Zapiski z Lichtfelde, gdzie Licht powinno być rozumiane jako śnieg, a Felde jako popękany asfalt.

Matylda Wikland

So sind es also zwei Kräfte gewesen, die aus unserer Stadt das gemacht haben, was sie jetzt ist: die Fürsorge des Staates und der Fleiß und Einsicht der Bürger schaft, eine glückliche Vereinigung, die auch für die Zukunft die besten Hoffnungen erweckt.

Dr Erich Schmidt Historische Einleitung, Industrie und Gewerbe in Bromberg (1907)

,,Kulminacją przedwyborczej gorączki był piątkowy wieczór 11 grudnia, który niepostrzeżenie zamienił się w późną noc. […] Listy udało nam się wydrukować, popakować i komisyjnie złożyć do zamkniętego pomieszczenia, by tam czekały na swój wielki dzień. W dniu wyborów [do mającego powstać Parlamentu Studenckiego] miały zostać wyznaczone godziny rektorskie. Opuściłem klub już dobrze po północy, by wrócić do domu rowerem’’, czytam w uczelnianej gazecie, popijając kawę, którą w zagapieniu zaparzyłam zbyt słabą. Autor (A. Stanek) szkicuje mundi wokół uczelnianego axis, ,,przejechanie ulic Dębowej, Skłodowskiej-Curie i parku odbyło się w ciszy i spokoju”, siłą inteligentnego ssaka czuję zbutwiałe liście, tanią herbatę z automatów i ten efemeryczny zapach gęstej, zimnej mgły. O poranku, rozumie się. „Jakże inaczej wyglądało to na al. Zwycięstwa, wzdłuż której jechałem chodnikiem w stronę ul. Hallera (wówczas Marksa) (…)”, kontynuuje student-rowerzysta, wspominając: ,,Zobaczyłem kolumny czołgów, samochodów wojskowych i milicyjnych, których setki mijały mnie z hukiem na niemal całej trasie. W środkach przekazu mówiono o jakichś manewrach, więc uznałem, że to one właśnie są powodem wzmożonego ruchu sił porządkowych. Moim głównym zmartwieniem stał się wobec tego brak świateł w rowerze.” Nadchodzi puenta, której spodziewałam się, odkąd w biegu złapałam egzemplarz gazety wyłożonej w korytarzu kliniczno-seminaryjnym. ,,Dojechałem szczęśliwie do domu. Czekała mnie ostatnia sobota wolności przed stanem wojennym. Wybory oczywiście się nie odbyły.” Nawet gdybym jakimś zrządzeniem sklerozy zapomniała, oplakatowane pojazdy zbiórkomu by mi przypomniały. Rewolta grudnia! I stan wojenny! Pamiętamy, pamiętamy. My za was, my za nas, my za wszystkich i wszyscy za trupa jednego.

,,Wolałabym choć raz pojechać gdzieś, gdzie coś faktycznie jest,’’ dobiega mnie zniesmaczony głos O., dublującej jako szofer naszej weekendowej wyprawy. Nic sobie z tego nie robię, bo powinna wiedzieć lepiej, niż pytać mnie luźno ,,no, co to ty tam chciałaś na Mazurach zobaczyć?’’ To nie pierwsze puste pole, na które nas zawodzę, bardziej dla genus loci niż dla zmurszałych fundamentów, a i pewnie nie ostatnie. Odkładam jednak gazetę, żeby znaleźć te kilka zdjęć przeważająco pustych pól, aby ją przekonać.

Nasza trasa wężem ślizga się na granicy województw. Gdy wyjedziemy z miasta będzie zimno i mgliście, a nim dojedziemy do pierwszego zbioru współrzędnych, mgła rozleje się w czapę świeżego śniegu. Mgła, w śnieg. Stan gazowy, w stan stały. Prusy, w Polskę.


W swym magnum opus, ,,Myśli Nowoczesnego Polaka” (1903), tzw. Ojciec Polskiego Nacjonalizmu, Romek Dmowski, poświęcił trochę atramentu kwestyi, określmy to roboczo, ,,polaka pruskiego”. Stwierdziwszy, że gdy Polacy z innych dzielnic spotykają się po raz pierwszy z swoim kamratami zza zaborczej granicy, przykro bywają nieraz dotknięci ,,ich poglądami na życie, ich odmiennymi wprost zasadami etycznemi, razi ich suchy realizm, twardość i nawet w pewnej mierze nielitościwość w pojmowaniu spraw życia”, Romek D. oponuje przeciwko stwierdzeniu, że jest to wynik zniemczenia, spruszczenia, zwycięstwo Kulturkampfu. Zbyt proste to rozwiązanie dla tego Wielkiego Myśliciela Trademark. Nie, nie, drodzy państwo, meine Damen und Herren, jest to jedynie ,,pokłosie koniecznoś[ci] przystosowania się do warunków nieustannej walki”.

Za (niefortunny) przypadek przyjęte jest, że walczenie z wrogiem niby mimochodem doń upodobniło. Zresztą, jest to element tego całego kompleksu Dmowskiego, który skontatował, że ten ,,nowy, czynny typ Polaka w zaborze pruskim tym surowiej się przedstawia, tym mniej jest zrozumiały dla szlacheckiej inteligencyi innych dzielnic, tym więcej ją niezdolnością do idealizowania sprawy narodowej (razi), co mu nie przeszkadza przewyższać jej wyrobieniem obywatelskim.” Słowem, na bok odsuwajmy te marazmy, że Polacy bierni i zapieszali — czy Drzymała miałby energię i zacięcie przesuwać co chwilę ten swój wóz, gdyby były te cechy schyłkowej I RP nie do przezwyciężenia, hę? Stal hartowana jest w ogniu, ogniu furor Teutonicus. I hartowała się ta stal, doświadczała wczesnego kapitalizmu, rozwoju technologicznego ponad pozostałe zabory… I po latach spojrzała w otchłań, i usłyszała echo swego własnego porządek muss sein… Bądź, jak to ciut mniej melodramatycznie ujął Trzeciakowski, odwołując się do popełnionego przez kolońskiego profesora dzieła, którego ,,[c]elem dzieła było zwrócenie uwagi czytelnika na stworzenie przez Polaków „państwa w państwie””: ,,Autor podnosił ich niebywałą sprawność organizacyjną. Bernhard [Ludwig Bernhard, 1878-1935] pisząc o systemie spółdzielczym zwracał uwagę na znakomitą propagandę oszczędności, pisząc „Prowadzą oni propagandę oszczędzania pieniędzy, jakiej nigdzie nie spotyka się w rozwiniętych bankach zachodnioniemieckich”. Autor traktował wschodnie prowincje Prus jako doskonałą szkołę pracy organizacyjnej.”


Pole, łagodnie falujące, jak to pola na tym styku powiślańsko-mazursko-warmińsko-pomorskim. Staram się dopatrzeć wyraźniejszego od innych wzniesienia, takiego, które w przekazach możnaby nazywać górą – najpierw leśną, a następnie lisią, potencjalnie ze względu na błąd w tłumaczeniu –, lecz nigdy nie miałam najlepszego wzroku. Biały śnieg spływa mi się z białym niebem, i widzę mniej, im dłużej się wpatruje. Zadanie to by prawdopodobnie było ułatwione przez znajdującą się kiedyś na owej górze wieży. Solidnej, zgrabnej, ceglanej wieży. Tak dobrze jednak nie ma – była to również wieża Bismarcka, więc obecnie jest wieżą fantomową.

Jedynym, co się zachowało, są drzwi. Lekko wygiętę, przerdzewione, niezaprzeczalnie drzwi.

Drzwi, i nie mogę powstrzymać się od sardocznicznego docenienia potencjału metaforycznego tego. Drzwi, i gdy spojrzałam na adres muzeum, w którym są przechowywane, z zaskoczeniem zobaczyłam, jak internetowa mapa wyrzuca mnie za granice państwowe i dwa landy w bok. Widząc nazwę Heimatmuseum Stuhm, na niemieckojęzycznej stronie, założyłam, jak pierwszy naiwniak, że znajduje się ono w mieście Stuhm. Id est, pomorskim Sztumie. Jakbym się urodziła wczoraj, ostatnia idiotka. Heimatmuseum Stuhm znajduje się w Bremervörde, nieopodal Hamburga. Wciąż Wybrzeże, lecz czy tego samego morza? Bałtyk a Ostsee. Ostseele, eksmitowane. Oporny ten upiór, upiorny ten opór. Ta ziemia nie jest Atlantydą, nie jest nawet Doggerlandem. Złośliwi mogliby pokusić się o Eden, a irredentystyczni o Itakę. Kto wie, może i przyrównać ją do Teb (nie)widzianych z Kolonos.

Patrząc na niezmącone, niezbroczone połacie śnieżnej bieli, pod którymi przykryte leżą wieżowe fundamenty i, jeżeli wierzyć internetowym źródłom, kamień z wyrytą swastyką†, nieodzownie przypomina mi się motyw danse macabre, równość poprzez zniszczenie. Przypomina mi się niedaleki tak znów pomnik bitwy pod Grunwaldem, postawiony nieopodal zlikwidowanego pomnika bitwy pod Grunwaldem, edycja Tannenberg ’14. Auto mknie dofinansowanym z niedawnego Funduszu Odbudowy asfaltem, śnieżne morze po obu bokach, leniwe przypływy przeczytanych gdzieś kiedyś słów na peryferiach świadomości. Takie ,,Czyż bez logiki poznasz, że cię nie zwodzę sofizmatem?” (Epiktet), czy ,,Mit wechselndem Schlüssel/schließt du das Haus auf, darin/der Schnee des Verschwiegenen treibt./Je nach dem Blut, das dir quillt/aus Aug oder Mund oder Ohr,/wechselt dein Schlüssel.” (Celan). Takie: To, czy drzewo spadające w pustym lesie wydaje dźwięk, zależy od definicji dźwięku. Czy: To, czy drzewo spadające w pustym lesie wydaje dźwięk, zależy od definicji pustości.


Gdy pierwszy raz przeczytałam o teorii abiektu (abjection), coś mi bardzo nie stykało. Chwilę zajęło mi rozgryzienie, o co szło mojemu zdezelowanemu umysłowi, ale ostatecznie było to dość monotematyczne — jak niby negatywne jest poddawane represji, gdy gdziekolwiek się nie ruszę, nadziewam się na “ziemia krwią uświęcona”, czy “tutaj padł”, etc. Choć ostatnio się dowiaduje, że tu może jednak problem związany ze mną, gdyż umiejętność ludzi do życia w przestrzeni bez świadomości jej szczegółów, subiektywnie nachalnych, zaskakuje. Wracając. Nie stykał mi abiekt. A potem przeczytałam esej Kristevy z ‘82.

,,Not me. Not that. But not nothing, either. A ―something that I do not recognize as a thing. A weight of meaninglessness, about which there is nothing insignificant, and which crushes me. On the edge of nonexistence and hallucination, of a reality that, if I acknowledge it, annihilates me. There, abject and abjection are my safeguards. The primers of my culture.” Przytrzymany przez granicznika rzeczywistości, którego uświadomienie niszczy — tutejszy abiekt, jako taki, który doznał przesunięcia, gdzie tym odrażającym stał się akceptowany dobrobyt. Czy mamy konkretną definicję dobra, w znaczeniu: dobrego stanu? Czy mamy jakąś propagandę nie przeciwko komuś, a za czymś? Gdy definiujemy cele na zasadzie negacji, jak uwierzyć w możliwość czegoś dobrego, nie lepszego? Nie mówi się już, Polska papugą narodów, lecz czy sprzeciw nie jest po prostu innym rodzajem odnoszenia się? Co znaczy się tyle, że gdy czytam ,,Abjection, on the other hand, is immoral, sinister, scheming, and shady: a terror that dissembles, a hatred that smiles, a passion that uses the body for barter instead of inflaming it, a debtor who sells you up, a friend who stabs you. . .” nachodzi mnie myśl: terror, że zostaniemy pozbawieni sprawdzonej retoryki, nienawiść wobec Nich nazwana miłością wobec Nas, dłużników wczorajszych wybawicieli, których aby spłacić się rozczłonkowujemy nożami wyjętymi z poharatnych pleców, gdzie zostały wbite przez niedoszłych przyjacieli… Może obrazowość trochę mi uciekła, ale argument wciąż wydaje mi się raczej sensowny.

Jako naród osiągamy rzadką harmonię w bezwyznaniowej modlitwie, ,,Oby nie za­sko­czy­ło nas zwy­cię­stwo”. Wiele prawdy umościło się w tych słowach Zagajewskiego, że ,,Na­praw­dę po­tra­fi­my żyć do­pie­ro w klę­sce”. Ten wiersz, z którego cytuje, zresztą cały mógłby zostać wyryty na niejednym z wszechobecnych w tym nadwiślańskim kraju głazów pamięci. Dopiero w klęsce, dopiero wtedy ,,nawet rzeczy zdają się oczywiste”. Najtrudniej jest funkcjonować Nam poza sytuacją skrajną. Gdybyśmy kiedykolwiek w takowej nie tkwili, trzeba by ją wymyślić. Wymyślić, wyolbrzymić, wypatroszyć z wszelkiego niuansu i kontekstu, aż ,,Ciem­ne syl­wet­ki wro­gów od­ci­na­ją się od ja­sne­go tła na­dziei. Ro­śnie mę­stwo./Oni, mó­wi­my o nich, my – o so­bie, ty o mnie”. No i oczywiście, oby tylko nie zaskoczyło nas zwycięstwo. Taki już nasz szwung.

Jedno z wielu przedmurzy, jeden z wielu ostatnich szańców, jedna z wielu rzeźni — leży bielik z powyrywanym pierzem, i złowieszczo charczy.


„Czekaj, czekaj, zatrzymaj się,” wyrywa mi się, gdy przecinając Dzierzgoń de domo Christburg primo voto Kiszbork/Kiszpork, z okien auta dostrzegam gotyckie krzyże na uporządkowanym wzgórku. Po zawodzie Lisiej Góry, świerzbi mnie potrzeba przejścia przed czymś, dotknięcia, osiągnięcia prawdziwości doświadczenia w ten najbardziej elementarny ze sposobów.

„Idź, ja obrócę,” O. mówi właściwie do moich pleców, gdy w pośpiechu wygramolam się na mróz. Płaszcz narzucę już w trakcie krótkiej drogi wzdłuż rachitycznych krzewów ku bramie będącej bardziej rdzą niż metalem. Oddziela ona od ulicy uporządkowane poletko z gotyckimi krzyżami i tanimi zniczami. Nie jestem w stanie rozczytać większości nagrobków, lecz jest to mniej spowodowane ich stanem, a faktem że są odgrodzone ciasnym rzędem krzewów, które choć pozbawione liści stanowią marną blokadę, postanawiam respektować jako płot i nie przeskakiwać. Zadowalam się wyraźnie nowszą tabliczką wbitą między jednym z krzyży a bramą, informującą, że tu, przy ulicy Wojska Polskiego, mogę obejrzeć groby majętnych mieszkańców ubiegłych wieków. Na samym dolne wypłowiałej tabliczki rewitalizacyjnej, czytam: dofinansowane przez Unię Europejską. O radości, iskro eurodotacji, kwiecie spójnościowych funduszy. Wrona skona, a my jej (pomożecie?) pomożemy, wyciśniemy z jej wronich atrament, zabutelkujemy w niewykorzystanym koktalju molotowa i podpiszemy nim akt powołania nowego państwa, naszego państwa, naszej rzeczy (pospolitej). I to nowe państwo, nasze państwo, nasza rzecz (pospolita) sforsuje mur (już rozebrany) i dopadnie (wreszcie, nareszcie, na reszcie) krzesła u europejskiego stołu.

Samo miasto ma historię o ogólnych rysach dość powszechnych dla tego nadbałtyckiego regionu.

Prawie zmieciona z mapy przez Szwedów w trakcie Potopu. Czas leczy rany. W trakcie wizyty w Meklemburgiii-Pomorzu Przednim, w otoczeniu hanzeatyckiej architektury Starlsundu, ówczesny szwedzki premier Olof Palme, odnosząc się do tego Pommerland ist abgebrannt Potopów, przyznał, że „to możliwe, że ta tęsknota za Europą czasami wymykała się spod kontroli i skłaniała nas do przesadnych działań, […] w tym okresie Pomorze stało się ważniejsze dla Szwecji, niż Szwecja dla Pomorza.”

Możliwe, że tęsknota wymykała się spod kontroli. Potop stanowi architektoniczną i historyczną cezurę całego wręcz regionu, zapomnianą głównie nie dlatego, iż została przepracowana, lecz dlatego, że, no cóż. Gottes Mühlen mahlen langsam — mamy świeższe, soczystsze traumy do roztrząsania.

,,I jak?” pyta O., gdy zmarznięta wracam do ciepłej puszki samochodu.

,,Wiesz, tak zauważam, że im mniejsze te miasta, tym lepiej zachowane ich cmentarze ewangelickie.”


Czyż nie jest to trochę kuriozalne, że podczas gdy, ogólnie rzecz ujmując, polskie rocznice osadzają się na początkach, wybuchach, rzeczy o tragicznym końcu, mało mamy rocznic zakończeń, i jednym z największych jest takie, które obchodzone jest wspak kontynentalnej tendencji? Podczas gdy większość kontynentu opłakuje, ten skrawek Polski unosi się w juwenaliach. Tam gdzie dwóch (a i pięciu) silnych się bije, trzeci słaby korzysta. Mam na myśli ubiegłomiesięczne obchody rocznicy zakończenia pierwszej wojny światowej vel Święta Niepodległości. Przecież tkanka tego konfliktu jest bogata, jeżeli chodzi o potencjał męczenniczy, cierpiętniczy. Już w pierwszym roku konfliktu, nazwanego dość pochopnie i optymistycznie Wielką Wojną, poeta (E. Słoński) przyuważył, że wielu Polaków znajdowało się w sytuacji, gdzie ,,Rozdzielił nas, mój bracie,/zły los i trzyma straż –/w dwóch wrogich sobie szańcach/patrzymy śmierci w twarz./W okopach pełnych jęku/wsłuchani w armat huk,/stoimy na wprost siebie –/ja – wróg twój, ty – mój wróg! (…) Na nasze niskie szańce szrapnelów rzucasz grad/i wołasz mnie i mówisz:/– To ja, twój brat… twój brat! –/Las płacze, ziemia płacze,/w pożarach stoi świat,/a ty wciąż mówisz do mnie:/– To ja, twój brat… twój brat! –”. Dość znamienne to, nawet wśród całego tego tableau rozpaczy. W pożarach stoi świat, a my wciąż do siebie, rodacy, rodacy, węzeł sprawy polskiej silniejszy od węzłów obywatelstw, węzeł sprawy polskiej jak szubieniczny sznur, jak samobójczy sznur. ,,O, nie myśl o mnie, bracie,/w śmiertelny idąc bój (…) A gdy mnie z dala ujrzysz,/od razu bierz na cel/i do polskiego serca/moskiewską kulą strzel. Bo wciąż na jawie widzę/i co noc mi się śni,/że TA, CO NIE ZGINĘŁA,/wyrośnie z naszej krwi.” Słoński, służący od 1915 w Legionach, okazał się być poetą jednego utworu, lecz cóż za utwór! Nie dość, że profetyczny, to i podwójnie. Gdyż i wyrosła (choć mniej z tej abelowej krwi, jak z kalkulacji politycznych i tym podobnych), i po latach, nie myśli się wpierw o jedynastym jako dniu pokoju, a dniu zwycięstwa. I oczywiście część tego może osadzać się w fakcie, że z trzech zaborców dwóch było w sojuszu, a trzeci wypadł z wojny już wcześniej, lecz wciąż. Możnaby się pokusić: pozostawmy innym opłakiwanie tych trupów, jesteśmy zajęci świętowaniem celu, do którego po nich doszliśmy?

Przeczytałam niedawno, korzystając z rocznicy jako uzasadnienia, E. Showaltera „Tannenberg: Clash of Empires, 1914”. Jest to książka, w której równa ilość stron poświęcona jest działaniom wojskowym, co przygotowującym podeń grunt dyplomatycznym. Punktem spinającym narracje jest tytułowa druga bitwa pod Tannenbergiem (alternatywnie: druga bitwa pod Grunwaldem, bitwa pod Tannenbergiem, Bitwa pod Stębarkiem, Bitwa Gdzieś Tam w Okolicach Pruskiego Ówcześnie Olsztyna), znacząca zwycięstwo sił niemieckich (pruskich) nad cesarskimi-rosyjskimi. Rozbicie weń rosyjskiej Drugiej Armii powstrzymało dotychczasowy marsz wojsk cesarskich przez Prusy Wschodnie, choć znaczenie tej bitwy od początku było bardziej propagandowe niż militarne. Nie tu o tym pisać. Przywołuję tę książkę gdyż zatrzymał mnie na chwilę sposób zamknięcia narracji wybrany przez Showaltera.

Epos, rozpięty od machinacji dworów cesarskich w Berlinie i Moskwie, od annałów dyplomacji na każdym szczeblu we wczesnych latach dwudziestego wieku, epos od rozważania doktryny dyplomatycznej Bismarcka i sytuacji ekonomicznej schyłkowych Romanowów, opisujący dumne tradycje pruskiej wojskowości i zagrażające im widmo rosyjskiej modernizacji kolei, a więc ten etos autor postanawia uwieńczyć relacją z obchodów rocznicy bitwy pod Tanennbergiem, tyle że tej pierwszej. Przytaczając dłuższy fragment: ,,In January, 1945, as the Red Army drew closer, the coffin of Field Marshal Paul von Hindenburg was removed from its place in the Tannenberg monument and taken to the port of Konigsberg. On a warship packed with refugees, place was made for a symbol. (…) The monument itself was destroyed by German engineers. Goebbels’ Rundfunk promised it would be rebuilt after the war. “After the war” the ground over which Tannenberg had been fought became instead part of the People’s Republic of Poland. New families, themselves often refugees (…) moved into the empty houses and plowed the deserted fields. They gave the land a new identity. Allenstein is now Olsztyn. Neidenburg became Nidzica. Osterode was renamed Ostroda. In 1960 Poland celebrated the 550th anniversary of the Teutonic Order’s defeat by dedicating its own newly built monument on the site. Aircraft traced red and white smoke patterns in the sky to symbolize the “unity, strength, and readiness of the Polish people.” (…) Poland’s victory remained a frequent subject of study in the pre-Solidarity People’s Republic. Any celebrations of the Tannenberg of 1914 in either of the German successor states have remained private affairs.”

I coś w tym jest. Coś w tym jest, że te Hollwegi, Hohenzollerny i Samsonovy, te Romanowy, Rennenkampfy i Moltki (młodsze) kończą się na uchodźcach zamieszkałych w domach innych uchodźców, patrzących w niebo na wyraz armii, która miewała w zwyczaju do nich podobnym wybijać pociskami z głowy dysydenctwo, świętując własną gotowość. Na co, ku czemu? Jesteśmy gotowi.

Coś w tym jest, że to wszystko kończy się tym, że gdy kilka lat temu pojechałam do Olsztyna zobaczyć pomnik wzniesiony z kostki post-mauzoleumowej, zobaczyłam jedynie barierki, takie jak przy budowie, postawione wraz z adwentem krajowej dyskusji o sensowności posiadania pomników wdzięczności wobec czerwonej armii w obliczu poczynań jej spadkobiercy tuż za wschodnią granicą.

Coś w tym jest, że podczas gdy Prusacy wygrywali swoją ,,zemstę’’ na Północy, gdy ich sojuszniczka Austria wykrwawiała się w Galicji, jeden z jej medyków, Georg Trakl, pod wpływem doświadczonego (w roli medyka) pogorzeliska w okolicy Gródka, popełnił wiersz, zresztą jeden ze swych ostatnich przed odebraniem sobie życia. Patetyczny to obraz, lecz: medyk-poeta, po dniu zszywaniu ran innych, jątrzy w ranie własnej, ranie duszy. ,,Doch stille sammelt im Weidengrund/Rotes Gewölk, darin ein zürnender Gott wohnt,/Das vergossne Blut sich, mondne Kühle;/Alle Straßen münden in schwarze Verwesung./Unter goldnem Gezweig der Nacht und Sternen/Es schwankt der Schwester Schatten durch den schweigenden Hain,/Zu grüßen die Geister der Helden, die blutenden Häupter;/Und leise tönen im Rohr die dunkeln Flöten des Herbstes.”

Coś w tym jest, co napisał Witkac, że ,,na samą myśl o wojnie dostaję drgawek obrzydliwej nudy. Małość tego, dla czego by można zginąć, przeraża mnie”.

Coś w tym jest, i tego nie trzeba ze sobą przynosić. Jeżeli coś trzeba już ze sobą przynieść, to okulary. Bądź właściwie nie, nie. Nie okulary. Jedynie czystą wodę do przemycia oczu.

Jaka szkoda, że praktycznie cała już jest zanieczyszczona. Krwią? Błotem? Atramentem?

Nie nam to. Zresztą.


Jedziemy przez kolejne pole, według mapy co chwilę zmieniając województwo (co odczuwamy tak, że P-skie ma dróżki polne odśnieżone bardziej, niż W-skie, z jakiegokolwiek powodu), gdy nagle dostrzegam kropki koloru w połaci szarości nieopodal Jasnej, zwanej niegdyś Lichtfelde (bei Marienburg).

,,Szybko, patrz,” mówię, wskazując palcem na prawo, “sarenki na polu, sarenki!”
“Staram się nie wjechać w rów,” odpowiada O., skupiona na przedniej szybie.
“Zatrzymaj się, tu nikt i tak nie jedzie. Sarenki!”

Wzdycha, ale zatrzymuje się, i patrzy tam, gdzie radośnie wskazuję.

“O Holender, faktycznie. Sarenki.”

† „Wieża oczywiście nie zachowała się do naszych czasów. Zachowało się natomiast coś innego. Niewielki głaz ze swastyką, napisem „Hitler Eiche” oraz z datą 20. 4. 1933 znajduje się do dzisiaj na Leśnej Górze. Nie udało mi się ustalić, kto i z jakiej przyczyny mieścił tam ten obelisk.”, za info.elblag.pl. Osobiście za zagadkę nie uznaję tego, że takowy głaz się tam znalazł, a że — pozostał

Leave a comment