Takie mamy nazwisko, takie imię

Jacek Slaski

COSMO po polsku 


standPUNKTwidzenia: Nazywam się Slaski. Jacek Slaski

Pozwólcie, że się przedstawię. Jacek Slaski. Jacek po dziadku od strony ojca. No i Slaski, też po ojcu, jak wymaga tradycja. Niby prosto, ale jednak chyba zbyt polsko. Zarówno moje imię, jak i nazwisko wprowadzają Niemców w zakłopotanie. Mają trudności z wymową, z zapisem, z określeniem płci. Nie wiem już, jak często byłem Jaszkiem, Jaczkiem, czy Jatskiem.

To „c” w Jacku jest niebezpieczne. Niestety Jacka nie da się tak łatwo przetłumaczyć. I o ile każdy Michał jest Michaelem, a każdy Piotr Peterem, to moje imię nie ma germańskiego odpowiednika. No dobrze. Niby jest, ale Hyazinthem czy Hiacyntem od lat nikt już nikogo nie nazywa.

No i ze Slaskim bywają problemy. Zwłaszcza kiedy Polacy w Niemczech, albo Niemcy uważający się za znawców polskości, robią ze mnie Śląskiego. Nie, nigdy nie nazywałem się Śląski. Slascy to stary, polski ród. a nazwisko wywodzi się od ślaz. To taka roślina, jakby ktoś nie wiedział. Po niemiecku Malve. A zatem Jacek Slaski to Hyazinth Malve. Raczej nie chciałbym się tak nazywać.

Zresztą muszę przyznać, że nie jestem zwolennikiem germanizacji polskich nazwisk i imion. Jakoś mi to przypomina biurokrację z czasów, do jakich wolałbym nie wrócić. Wiele polskich rodzin, szczególnie tych z pochodzeniem niemieckim, decydowało się na niemiecką wersje imion, a czasami nawet nazwisk. Nie wiem, czy wracali do wersji oryginalnej, czy był to dalszy krok do asymilacji totalnej. Ale zawsze mnie bawiło, jak z Wojtka Kowalskiego robił się Adalbert Schmidt, a z Eugeniusza Nowaka Eugen Neumann. Trochę to śmieszne, a trochę smutne. Po takim chrzcie germańskim traci się część swojej osobowości.

A może nie? Miliony emigrantów, polskich, włoskich, niemieckich czy żydowskich, amerykanizowało sobie w Stanach imiona. Kiedy Jacomo Palmentini przypływał na Ellis Island, to na ulice Nowego Jorku wychodził już jako Jack Pallmer. I było mu łatwiej, bo nikt go nie wyśmiewał, nie przeinaczał mu imienia. Stawał się częścią czegoś większego. Był Amerykaninem.

Ale Niemcy to nie USA. Nieważne, jak długo mieszkam w Niemczech, czy mówię po niemiecku bez akcentu, płacę grzecznie podatki i chodzę na wybory. Jak tylko się przedstawię lub wpisze imię i nazwisko do formularza, maila czy ankiety, jestem automatycznie postrzegany jako cudzoziemiec. Jako obcy. Nie ma znaczenia, że prawie 30 procent ludzi w Niemczach jest innego pochodzenia i są obcymi. To jedynie znaczy, że w Niemczech żyje 30 procent cudzoziemców.

Na co dzień ta obcość mi nie przeszkadza. Owszem, przy szukaniu nowego mieszkania lepiej nazywać się Johannes Schulze niż Jacek Slaski, owszem, irytuje mnie, jak znów ktoś do mnie pisze „Hallo Frau Slaski”. Jednak nie chcę się nazywać inaczej, jestem Jackiem Slaskim, taki los i jest za późno, żeby się nazywać inaczej. Tylko czasami, na wakacjach, biorę urlop od prapolskiego Jacka i przemieniam się w anglosaskiego Jacka, takiego jak Nicholson. Śmieszne, pisze się oba imiona tak samo, ale przez wymowę dzielą Jacka i Jacka całe światy …

👉Jacek Slaski – dziennikarz, publicysta, urodzony w Gdańsku w 1976 r. Do Niemiec przyjechał z rodzicami, którzy uzyskali tu azyl polityczny. Od 1985 r. mieszka w Berlinie. Studiował etnologię i muzykologię europejską na Uniwersytecie Humboldtów. Pracuje jako dziennikarz w magazynie tip Berlin. Jego teksty ukazywały się m.in w Berliner Zeitung, Spex, Rolling Stone, Zitty, Galore. W latach 2003–2012 był współoperatorem przestrzeni artystycznej Zero Project na Kreuzbergu.

***

PS od Eli Kargol:

To jest kościół Dominikanów w Amsterdamie i święty Hiacynt (Odrowąż). W Amsterdamie Jacek Slaski też byłby Hiacyntem, tylko nazwisko byłoby trochę trudniejsze do wymówienia. Ale było nie było – patron Polski, jeden z wielu:

7 thoughts on “Takie mamy nazwisko, takie imię

  1. Miło spotkać kogoś z podobnym kłopotem.
    Na imię mam Lech.
    Po raz pierwszy wywołało zamieszanie podczas mojego pobytu na Bliskim Wschodzie – najgorszy przekręt to była wymowa Liicz, od angielskiego leech – pijawka, w końcu ustabilizowało się jako Lek.
    Tak pozostało w Australii, ale oczywiście każda nowo poznana osoba prosi żebym przeliterował moje imię i wtedy próbują to wymówić na różne sposoby aż w końcu osiągamy porozumienie. Osoby wyjątkowo mi przychylne pracowicie grzebią w pamięci i radośnie anonsują: jak Lek Walesa!
    Oczywiście większość rozmów z nieznanymi osobami zaczyna się od pytania: skąd jesteś. Na szczęście w każdym przypadku jest to pytanie obustronne.

    1. Ach Tiborze, Polak do góry nogami, czyli Lech, czyli Pharlap był na blogu Ewy Marii już w legendarnych czasach Kury, ale rzeczywiście, dawno go tu nie było i można by wręcz pomyśleć, że jest nowy.

      1. myślałem o jacku (dżeku? lol)…
        no, ale masz i w jego wypadku racje, bo on na twoim blogu też już przecie bywał;

  2. Muszę powiedzieć, że ja akurat przeżyłam w Polsce odwrotną sytuację, z powodu niemieckiego nazwiska Griesgraber (ze strony ojca, choć od pokoleń pochodził ze Lwowa). W dzieciństwie, młodości, dopóki nie wyszłam za mąż, ciągle byłam konfrontowana z tym, że wymówienie go było dla niektórych absolutną niemożliwością. Najgorsze było to, że niektorzy urzędnicy wstydzili się, że nie potrafią go ani napisać, ani wymówić, dawali mi natychmiast kartkę, abym je napisała, co rozwiązywało sprawę.
    A w szkole, studenci mający praktyki u nas, czytając listę obecności zupełnie swobodnie przeskakiwali je, lub któryś kiedyś powiedział ” o Boże a to co, jak czytać Gries lub Gris…?”, która to?” (byłam w “babskiej” klasie). Wstałam i otrzymałam haczyk obecności…
    Z kolei starszy nauczyciel z matematyki powiedział zaraz na początku, że nie będzie sobie języka za każdym razem łamał i stałam się jedyną uczennicą, której mówił po imieniu i musiałam przynosić dziennik (jeśli to była pierwsza lekcja), a działo się to tak:
    “no Teresa, co tu jeszcze robisz, hulaj po dziennik”, no więc też hulałam.
    Na studiach natomiast, na jednym z ćwiczeń z biologii, asystent posadził mnie z kolegą, z kolei o nazwisku Hawlicek mówiąc: “tych obcokrajowcôw będę miał na uwadze, niech im się nie zdaje, że mają specjalne względy”, no i rzeczywiśnie nie mieliśmy lekko.
    Tych zabawnych sytuacji było dużo, dużo więcej, ale najzabawniejsze było jednak to, że własnie dzieci, już nawet w podstawówce, błyskawicznie, bez jakiekolwiek problemu nauczyły się jak się nazywam, no i przezywały mnie przekręcając nazwisko dla zabawy na wszystkie sposoby, lub wyżywając się na moim imieniu krzycząc “jedna deska, dwie deski, nie słuchajcie Tereski, bo Tereska zła baba, kłapie pyskiem jak żaba”.
    A więc tak czy siak, “cierpiałam” czasem na tę swą inność nazwiska, a przy okazji też zwykłego imienia.
    Dzisiaj wspominam wszystko jako mniej, lub bardziej zabawne, ale kiedyś, było mi często wcale nie do śmiechu.
    Rozumiem więc jak to jest z kolei odwrotnie do mojej sytuacjii:
    ja byłam dziwolągiem dla innych tak się nazywając, problemem administracyjnym w Polsce, a inni będąc za granicą, nie są również “prezentem”dla urzędników, wzbudzając z kolei ciekawość, zdziwienie, a czasem i niestety
    antypatię u normalnych śmiertelników.

  3. właśnie sobie uzmysłowiłam, że się nazywam Kargol. I wielu w Polsce witało mnie słowami z filmu “Sami swoi”: “Kargul, podejdź do płota…” A tu nikt Karguli nie zna. Szkoda.

Leave a reply to polakdogorynogami Cancel reply