Telefon, czyli opowiadanie znalezione w książce

Ewa Maria Slaska

Powiecie zapewne, że wszystkie opowiadania, jakie czytamy, znajdujemy w gazetach lub książkach. Ale ja nie to mam na myśli. Proszę Czytelnika i Czytelniczkę, by zechcieli zrozumieć to dosłownie. Wzięłam do ręki książkę i na pustych kartkach z tyłu znalazłam moje własne opowiadanie. Jest nieważne i chyba już wtedy, gdy je zapisałam, musiało być nieważne, bo nigdy go nie przepisałam, więcej – bez reszty o nim zapomniałam.
Zdjęcie opowiadania znalezionego w książce jest TU. I przyznaję się – tak, piszę w książkach, podkreślam, notuję, zaginam rogi, poprawiam błędy, zadaję autorowi pytania i w ogóle robię z książkami okropne rzeczy. Tego dnia, trzydzieści dwa lata temu, gdy chciałam coś szybko zanotować, okazało się, że nie mam ze sobą ani kawałka papieru, tylko książkę Gdybym był królem, Andrzeja Kijowskiego… Ukazała się w roku 1988.

Nagle ogarnęła mnie zgroza. Błahe, niewarte uwagi zdarzenie, dziecinny żart telefoniczny, nic naturalniejszego w świecie. A jednak zgroza. Wczoraj to samo dziecko było u mnie z wizytą. Miła, młoda, rozchichotana, jak to w tym wieku bywa, podrastająca panienka, ot, pensjonarka. Ma problemy z angielskim, potrzebuje szybkich korepetycji. Rozmawiamy z sensem, nawet poważnie, ale oczywiście 14 lat to 14 lat, chichot jest na stałe obecny. Jest nas czworo, dziewczynka, tata, przyszły korepetytor i ja. Podżartowujemy, że w tym kwartecie mam pełnić funkcję nadzorcy. Rozstajemy się w miłej, serdecznej atmosferze.
To wczoraj.
Dziś telefonuję do jej ojca, dziewczynka zgłasza się z niemiecką (choć jeszcze dziecinną powagą). ….., pada nazwisko w formie męskiej, jak to na Zachodzie w zwyczaju.
Cześć, mówię. Wczoraj się przecież widziałyśmy. Na wszelki wypadek podaję nazwisko. W formie żeńskiej.
Po drugiej stronie chichot, ale jakiś groźnie niepanieński, prześmiewczy. Zimny.
Hej, mówię, nie wygłupiaj się, poproś tatę.
Głuche charczące burczenie, kilka obraźliwych słów po niemiecku, na ułamek sekundy ryk muzyki i trzask słuchawki.
Czuję zimny dreszcz, choć może to wynika z faktu, że telefonuję z kawiarnianego automatu, wiszącego na ścianie przy drzwiach, które się nie domykają, a na zewnątrz grudniowe zimno.
Dreszcz jednak pozostaje, w telefonie czai się wykrzywiona twarz karła, garbusa, grającego na bębenku wiecznego trzylatka. Coś, co podobno tkwi w każdym z nas, ale rzadko się ujawnia. Potworne gęby rzygaczy z Notre Dame, twarze z labiryntów krzywych luster. Rozrośnięta możliwym okrucieństwem gęba potwora.
Bezmyśnie wpatruję się w słuchawkę.
Na emigracji wszystko się pogłębia, nabiera ponadnormalnej wyrazistości, każdy gest, każde słowo, dziecinny żart. Symbole emigracyjnej rozpaczy, utraty gruntu pod nogami. To zresztą wcale nie grunt – to cienka skorupka lodu – pieczołowicie hodowane, odchuchane okruchy sympatii, przyjaźni, porozumienia, tak rzadkie i przez to ważne. Parę godzin, dziecko, młody chłopak, dojrzały mężczyzna i ja, coś powstało, coś się zawiązało, coś nieważnego, ale jednak miło!
Banalność smutku emigranta. Płytkie sympatie, w których brodzimy, czekając, aż kiedyś wreszcie coś stanie się poważne, głębokie, będzie miało sens i znaczenie, co przyda ciężaru nieznośnej lekkości życia byle gdzie.
Ale głębia zamieniła się w czarny dół. Okrutny dziecinny chichot w słuchawce znosi zarówno sens poprzedniego wieczoru, jak i tolerancję dla dziecinnych żartów.
Wracam do stolika, płacę za kawę, wcale jeszcze nie chcę wychodzić, ale potrzebuję drobnych na telefon. Chcę odczarować wstrętną gębę emigracji. Wykręcam numer i… deja vue: chichot, buczenie, wyzwiska, muzyka, a potem trzask słuchawki.
Czy nie będzie to śmieszne, patetyczne i egzaltowane, jeśli zatytułuję to opowiadanie “Rozmowa”? Bo przecież rozmawiałyśmy. “Rozmowa, czyli rozpad urojonej rzeczywistości”.

PS 1. Wszystko bez znaczenia. Piję kawę i obmyślam model sukienki sylwestrowej, którą sobie uszyję z dwóch innych sukienek. Czerń i srebrny błękit. Coś przecież musi być rzeczywiste.

02.12.1988

PS 2. Nie pamiętam, czy uszyłam sobie tę sukienkę. Nie pamiętam, co to była za dziewczynka.

08.02.2020

PS 3. Czy ktoś zna określenie deja vue, ale dla przypomnienia wrażeń słuchowych, a nie wzrokowych? Przecież głupio jest pisać, o tym, co się słyszy, że to coś, co się już widziało…

09.02.2020

3 thoughts on “Telefon, czyli opowiadanie znalezione w książce”

  1. Niemiecki filozof ERST Bloch utopista napisał — Wszystko juz zostało po siedmiokroć napisane. Wszystko już zostało po siedmiokroć powiedziane ale napisane czy powiedziane w innym czasie, to już nie to samo. — To nie cytat, tylko tyle ile z cytatu zapamietałam. Wszak pamięć ulotna jest ale słowa oddają treść. Tak to bywa. Kiedyś na warsztatach dwie obce sobie poetki napisały całkiem podobny tekkst, ,jakby własne plagiat. Znały się, więc by tego nie zrobiły. Dlatego słowa Blocha sĄ DLA MNIE WAŻNE . oTÓŻ MI RÓWNIEŻ ZDARZyŁo SIE ZNALEŹĆ PODOBNy CAŁKIEM TEKST. sKOMENTUJE TAK: Umysł jest jak kosmos, a my wszyscy w tym kosmosie więc następować może iskrzenie.

  2. Podoba mi sie bardzo to ostatnie komentujace zdanie Pani Lucy! Swietne spostrzezenie.
    Tak, znam tez to…. iskrzenie…
    T.Ru
    🌑🌗🌘🌏

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.