Szopa w salonie 22

Łukasz Szopa

Bieda – nie tylko relatywna

Niedawno nowy niemiecki minister zdrowia, Jens Spahn, stwierdził, że w Niemczech żyjący na zasiłku ludzie nie tylko mogą z tym całkiem normalnie żyć, ale i zdrowo się odżywiać. Reakcje były niemal bez wyjątku krytyczne i negatywne (z wyjątkiem neoliberalnej FDP), ale warto zastanowić się nad tym, co powiedział, i skąd mu się to wzięło (opócz oczywistej próby wyprofilowania się jako konserwatysta i prawicowiec).

Na pierwszy rzut oka – szczególnie dla tych, którzy w Niemczech nie muszą żyć z zasiłku, t.zw. „Hartz 4“, albo dla osób z innych krajów – mogłoby się wydawać, że ma rację. Gdyż na przykład zasiłek na osobę – wliczając średnie koszty wynajmu mieszkania, które urząd opłaca – to prawie 800 Euro.

Niemała kasa – nie tylko dla uchodźców gospodarczych i niegospodarczych z Polski czy Gambii – gdy porównać to do „średniej krajowej“ zarobków w tych krajach, ale i do medianu zarobków (bo „średnia“ często jest statystycznie zawyżona tym malutkim, ale bardzo bardzo dobrze zarabiającym odsetkiem najbogatszych). Nie mówiąc o podobnych zasiłkach – o ile istnieją, i o ile ma się do nich prawo.

Dlatego, oczywiście, że niemieccy biedni – to bardzo bogaci biedni. W absolutnym porównaniu osób z podobnym statusem właśnie w Gambii czy Polsce. Za taką „niemiecką“ kasę miesięcznie można się nieźle urządzić – może nie w Warszawie czy Bandżulu, no ale już trochę na prowincji, czy to pod Częstochową czy nad Atlantykiem w Gunjur – jak najbardziej. Mały szkopuł jednak nie tylko w tym, że cóż nam z takich porównań „absolutnych zasiłków“, gdy niemiecki „zasiłkowiec“ raczej nie jest w stanie (a i mu nie wolno) wyjechać sobie w te piękne rejony i bytować – bo musi jednak pozostać tam, gdzie mu wypłacają tę niemałą sumę. No i tu właśnie pojawia się ten „domowy“ problemik, że… co prawda dobrze mieć te niecałe 800 eurosów, ale – na zakupy trzeba jednak iść za róg, a i koszta za czynsz, energię i inne raczej do życia niezbędne sprawy – trzeba płacić. W cenach – niemieckich, nie gambijskich czy częstochowskich. I tym samym ta okazała suma zasiłku jednak robi się mniej okazała.

A więc, nie tylko pan Spahn powinien pamiętać: patrz nie tylko na dochody i zasiłki, a również na wydatki czyli koszta, zanim powiesz, że można „zdrowo i godnie żyć“.

Ale jest i trzecia strona medalu (tak!, nie wiedzieliście, że medal ma zawsze trzy strony? To zobaczcie sobie dokładnie, w ręku, ten kawałek metalu. Kto nie ma, można użyć monety).

No i ta mało zauważalna strona medalu mówi, że jednak niemieccy zasiłkowcy nie powinni zapominać, że ogólnie, „relatywnie“, w porównaniu do bliźnich losem w Gambii czy Polsce – żyją jednak lepiej. I że wielu chętnie zamieniłoby się miejscami z takim niemieckim zasiłkowcem. Gdyż jedno wysokość zasiłku, drugie koszta życia, a trzecie – to jednak standard życia, który oferują kraje rozwinięte jak Niemcy, z czego korzyść ma każdy – od miliardera po biednego. Jest to poziom bezpieczeństwa, infrastruktura, szanse edukacji, poziom środowiska, albo tak „teoretyczne“ kwestie jak praworządność czy po prostu – pokój.

Fajne te Niemcy, ale – i tak narzekają. Na biedę. Szczyt narzekania to coroczne publikacje t.zw. „Raportu biedy“ („Armutsbericht“), który opiera się na statystykach biedy i ubóstwa właśnie… relatywnego. To znaczy, liczony jest odsetek osób, których miesięczny dochód to mniej niż 40% medianu dochodów netto. Wiem, trochę trudna definicja, proszę pogooglować, ale jakbyśmy tego dochodu nie tłumaczyli (czyli podstawy naszych 40%) – to problem jest w tym, że… problem ten będzie zawsze! To znaczy, istniał będzie tak długo, jak długo istnieć będą różnice w dochodach. Dam dwa przykłady. Pierwszy: wyobraźmy sobie, że wszyscy obywatele oprócz jednego mają z roku na rok ten sam dochód (obojętnie czy zarobek czy zasiłek czy emerytura itp.). Ale ten jeden dostał od wujka z Ameryki mega-spadek (tak, wujkiem jest Warren Buffet), czyli kilkadziesiąt miliardów dolarów. Efekt dla tej relatywnie mierzonej biedy? Taki, że nagle wszyscy statystycznie biedniejemy! No, oprócz tego jednego siostrzeńca pana Warrena…

Przykład numer dwa ze świata realnego. Pamiętacie kryzys finansowy w 2007 roku? Padały banki, akcje leciały w dół, produkcja, inwestycje, wzrost gospodarczy, bezrobocie – wszystko leciało w dół (no, to ostatnie oczywiście w górę…) A co powiedział nam „Armutsbericht“ opublikowany na początku 2008 roku? Że poziom relatywnej biedy w Niemczech… zmalał!!! Cud? Czyżby biedni potajemnie spekulowali i zainwestowali w opcje spadku cen na giełdach? Nie, po prostu… wtedy, w okresie niecałego półrocza, w dość krótkim czasie dość dużo (bardzo dużo!) kasy stracili ci najbogatsi – czyli ci, którzy są właścicielami i akcjonariuszami przemysłu, banków, obligacji państowych na szeroką skalę.

Podobne statystyki robi zresztą na większą skalę OECD – i wychodzą takie ciekawostki, że… relatywna bieda w Niemczech (9,5%) niższa niż w Kanadzie (12,6%), ale wyższa niż na Słowacji (8,7%), a nasza Polska „wyprzedza“ Niemcy w biedzie minimalnie (10,4%).

Dziwne wrażenie, dziwne odczucia?

Nic dziwnego. Gdyż tu dochodzę do punktu, o którym wspomniany Jens Spahn kompletnie zapomniał: poczucie biedy. Pisząc o tym, oczywiście pozostawiamy całą sferę statystyk i liczb relatywnych i absolutnych, a – pozostajemy przy ludziach, przy człowieku. Może się nam ten homo sapiens w swoim może mało racjonalnym zachowaniu i odczuwaniu nie podobać, ale faktem jest – że właśnie bieda czy ubóstwo odczuwalne ma dużo większe znaczenie niż liczby, wskaźniki i porównania.

Gdyż ubóstwo to często wykluczenie. Nie każdy poradzi sobie jak Robinson (który, nota bene, był na swojej wyspie równocześnie najbogatszym i najbiedniejszym, póki nie pojawiła się Piętaszek), i nie jest to tylko pusta zawiść, a po prostu wstyd i przykrość, gdy widzą, że nie mogą jak większość społeczeństwa wielu rzeczy: jechać na urlop, czy w ogóle czymkolwiek jechać oprócz metra i autobusu, iść do knajpy i zaprosić rodzinę czy przyjaciół na „rundkę“ czy kolację, pójść do kina czy do dyskoteki, w końcu – kupić coś nowego do ubrania. Nikt z braku tego wszystkiego co prawda nie umiera (no, chyba że powoli, ze smutku, goryczy, depresji – to też statystycznie udowodnione, a propos!) – ale żyje się źle. Biedę się czuje.

No i można by powiedzieć, „a niech tam! Co mnie te smutasy obchodzą, mnie dobrze, radzę sobie!“. Tak? A jak się żyje w kolejnym kraju, gdzie prawica staje się tak radykalna, że pełną garścią sięga po postulaty i wyborców opuszczonych przez lewicę, „troszcząc się“ o nich i „rozumiejąc ich“? Może warto przypomnieć sobie niby altruistyczne, ale w praktyce jak najbardziej utylitarystyczne doświadczenie ludzkości, że SOLIDARNOŚĆ SIĘ OPŁACA?…

One thought on “Szopa w salonie 22

  1. Ciekawy i bliski mi temat.
    Po pierwsze jednak – mam ogromne trudności w znalezieniu danych na temat medianu dochodów. Google uparcie kieruje do stron ze średnim dochodem.
    Znalazłem stronę wikipedii z medianem na rok 2013 ( https://en.wikipedia.org/wiki/Median_income ), ale wydaje mi się, że podaje złe dane – Niemcy – dochód na rodzinę $33,333 na osobę $14,083.
    To znaczy $1,160 czyli około EU860 na miesiąc. W tym kontekście EU800 zasiłku wygląda całkiem dobrze. Ale inne źródła wskazują, że minimalna roczna płaca w Niemczech to EU17,800. Mediana niższa od minimum? To znaczy ponad połowa społeczeństwa na zasiłkach? Bzdura.
    Po drugie zatem, ignorując medianę, wspomnę tylko jeden aspekt swoich doświadczeniach w instytucji charytatywnej – Stowarzyszenie św Wincentego a Paulo.
    Nie będę się wypowiadał na temat “normalności” życia gdyż teraz tak się pomieszało na świecie, że dla każdego może to oznaczać coś innego.
    Pozostaje drugi temat – zdrowo się odżywiać. Tutaj zgadzam się z ministrem. Po prostu – zdrowe odżywianie jest tańsze od niezdrowego. Co tydzień odwiedzam osoby proszące o pomoc i niestety większość z nich nie potrafi racjonalnie gospodarować. Kary za niezapłacone w terminie rachunki (a jest prosta furtka żeby tego uniknąć), bałagan w domu , ktorego gospodarz nie musi chodzić do pracy. I fast food. Niezdrowe, gotowe do spożycia, potrawy. A za oknem kawałek ogródka, w ktorym możnaby coś wyhodować – zarośnięte od dawna niekoszoną trawą.
    Według mnie to bezczynność jest powodem tego upadku.
    Rząd wciąż sprawdza wskaźniki wydajności pracy i cieszy się gdy rosną. Tylko że to oznacza zastąpienie naszych rodzimych, nisko wydajnych pracowników, maszynami lub eksportem wielu prac to krajów trzeciego świata. Koszta społeczne się nie liczą.

Leave a reply to Pharlap Cancel reply