Stare papiery 9 i koty

kotygraja-mysldniaEwa Maria Slaska o kotach, ale również o rodzicach

Ten anonimowy obraz flamandzki z roku 1600 “Koty grają i śpiewają” zobaczyłam na Facebooku dzięki zainteresowaniom Teresy Boguckiej. Każdy czytelnik tego bloga wie już, że jestem córką Ireny Kuran-Boguckiej i Dariusza Boguckiego. Jestem z domu Bogucka i Teresa Bogucka musiała siłą rzeczy zostać moją facebookową przyjaciółką, zwłaszcza, że zachwycają mnie zdjęcia, którymi się z nami tam dzieli – sztuka od średniowiecza do baroku i zdjęcia przyrody, zwłaszcza nadzwyczajnych ptaków. I kotów.

Koty były w domu zawsze. W swej autobiograficznej książce “Śladami życia” mój Ojciec poświęcił cały rozdział… A zresztą:

PSY, KOTY, KONIE I MOTORY

Kronika mojego życia byłaby niepełna, gdybym pominął innych niż ludzie współtowarzyszy, którzy w moim życiu odegrali niebagatelną rolę. (…)
Koty zaczęły się u nas pojawiać dopiero podczas wojny, w Pruszkowie. Ale odkąd w Gdańsku zamieszkaliśmy na Grunwaldzkiej, zawsze był w domu co najmniej jeden kot. Bywały różne, białe i łaciate, pręgowane i czarne, podwórzowe i kanapowe. Merdek, na przykład, był takim sobie zwyczajnym środkowo-europejskim zawadiackim dachowcem, ale już Baghera była piękną czarną syjamką z klasycznie załamanym koniuszkiem ogona. Z kolei jej syn, srebrnoszary Kitwas, skrzyżowany z kocurem rasy angora, był wielki i wyjątkowo okazały. I tak jak różniły się między sobą, tak różnie układały się nam nasze stosunki, od ledwie tolerancyjnych do opartych na pełnej zażyłości. Przy czym różne bywało rozłożenie akcentów, jeśli chodzi o te nici porozumienia. Niektóre koty darzyły większą sympatią mnie, inne uznawały tylko Irenę, a Kitwas zdecydowanie wybrał Kasię. Zwyczaje, podobnie jak wygląd, każdy miał inne. Wszystkie, niezależnie od rasy, sypiały, gdzie chciały, i łaziły też wszędzie, jak twierdzili złośliwcy, przede wszystkim nam po głowach. Ostatnia gdańska kotka wprosiła się do nas sama. Była chowu podwórzowego, na utrzymaniu sąsiada, który wyprowadzając się, pozostawił ją własnemu losowi. Kiedy pojęła, że została opuszczona, podeszła na ulicy do Ireny i miaucząc, dosłownie poprosiła o ratunek. I choć przedtem żyła praktycznie na podwórzu, od nas z domu nie wyszła ani razu, a żeby nie było w tym względzie wątpliwości, nigdy nawet nie podeszła do drzwi wejściowych.

rodzice-kotRodzice i Kitwas.

przebierancyNa zdjęciu obok rodzice z przyjaciółmi  wychodzą na bal przebierańców, a może zresztą ten bal, czy jakby to powiedziano za moich młodych lat – prywatka, co dziś się ponoć zwie domówka, był u nas w domu. Na pierwszym planie rodzice – Tata jako Kot Makawity z wiersza Eliota (ale na miejscu zbrodni nie ma Makawitego), Mama jako synkretyczna hiszpańska piękność. W ich kostiumach czuje się twórczą rękę artysty (Mama nie mówiła o sobie, że jest artystką, zawsze była artystą). Ta ręka zgoła nie metaforyczna pojawia się zresztą na sukni Mamy. Na drugim planie Jaś Korsak i Andrzej Lehman jako marynarze i korsarze. Streszczenie całego naszego świata. My dwie z siostrą (na pewno) zazdrośnie podglądamy przez uchylone drzwi.

Ile to lat tak było…

Madonna mit Kind und KatzeSzkic po lewej: Leonardo da Vinci, Madonna z kotem
Ciekawe, że jak człowieka jakiś temat trzyma w garści, to nie może się od niego oderwać. To nie miał być wpis o rodzicach, ale o kotach. Dzięki dwóm moim facebookowym przyjaciółkom, Teresie Boguckiej i Marynie Over – o kotach w sztuce. Gdy zbierałam materiały, pojawiła się jeszcze jedna – Barbara Wells Sarudy. Nie znam jej w ogóle, nawet facebookowo jej nie znam, ale okazuje się, że już się zetknęłam z jej blogiem o sztuce, kwiatach i emancypowanych kobietach. Dwa lata temu moja siostra podsunęła mi jej stronę It is about a time. Searching centuries of Art, Nature, & Everyday Life for Unique Perspectives, Uncommon Grace, & Unexpected Insights. Chodziło nam wtedy o wpis o piciu herbaty w sztuce, w sam raz na długie zimowe wieczory.

A teraz barokowe koty Barbary, Maryny i Teresy.

Frans Snyders (1579-1657) Martwa natura z langustą, drobiem i owocami

1h 2StillLife  Frans Snyders (Dutch artist, 1579-1657) Still Life with Lobster, Poultry, & FruitAdriaen van Utrecht (1599-1652) Martwa natura z psem i kotem

Adriaen van Utrecht (Flemish Baroque Era Painter, 1599-1652) Still Life with Dog and CatGiuseppe Recco (1634-1695) Kot kradnący rybę

1 Giuseppe Recco (Italian, Neapolitan, 1634–1695) Cat Stealing FishNieznany malarz holenderski (1625-1650) Koci posiłek

Unknown Dutch artist, The Cat's Meal. 1625-50Z kręgu Rembrandta, Mężczyzna głaszczący kota

rembrandt-nasladowca-mezczyzna-glaszczacy-kota-XVIIw

W przyszłym tygodniu zapowiedziany na dziś mój zielony zeszyt

W Nowym Jorku

Zbigniew Mierzwa

Wielkie Jabłko nocą

Wielkie miasta nigdy nie śpią. Nocą pracują na zwiększonych obrotach kelnerzy, barmani, krupierzy, divy nie operowe, ale za to operatywne, taksówkarze, złodzieje, policjanci. Pieniądz zarobiony w ciągu dnia, o zmierzchu toczy się dalej, takie jest jego prawo i każdy ma z niego swoją część. Nie inaczej jest w najludniejszej aglomeracji USA, Nowym Jorku, zwanej Big Apple, Wielkim Jabłkiem.

Urodziny Zosi 403 Wieczorem otwierają się drzwi setek nocnych klubów, jazzowych knajp, dyskotek i barów w całym mieście. Te najbardziej znane są na Manhattanie; w zależności od klasy i profilu lokalu, obowiązuje pewna rejonizacja. Turystyczna stonka  szturmuje  przede wszystkim znane restauracje, kina i bary na Times Square. W położonym centralnie Village, od Sixth Avenue do Brodwayu, życie toczy się na ulicy i w otwartych do późna kawiarniach i klubach muzycznych. W Soho dominuje styl ekstrawagancki, odpowiadający artystom, klientom z branży mody i mediów. Kochający inaczej gromadzą się w rejonie West Village, tam też działa cała masa dobrych klubów jazzowych. Klientów z grubszym portfelem zapraszają eleganckie lokale na Upper East i Upper West Side, słowem każdemu według jego upodobań i możliwości.

Urodziny Zosi 473Prawo wstępu do tych renomowanych, droższych klubów mają wyłącznie goście spełniający skrupulatne wymogi lokalnego dresscode, co oczywiście nie znaczy, że ktoś w eleganckim ubraniu od Armaniego będzie mile widziany na party naturystów, choćby i wykwintnym. Niezorientowanym w topografii rozrywkowej miasta przychodzą z pomocą różne agencje, organizujące nocne wycieczki stylowymi limuzynami, po wybranych według gustu klientów adresach. Bilety na takie eskapady zaczynają się od 50 dolarów i mają w cenie darmowe drinki w odwiedzanych lokalach. Wybawionych gości – głoszą  reklamy – nasz  przewodnik wsadza później do taksówek, albo do metra i bezpiecznie jadą sobie do domu, albo do hotelu.

Urodziny Zosi 469No tak, ale czy Nowy Jork jest w ogóle bezpieczny ? Policyjne statystyki pokazują, że choć nie jest on miastem aniołów, to od roku 2005 posiada najniższy wskaźnik przestępczości spośród wszystkich największych aglomeracji w tym kraju.

Urodziny Zosi 453Podejrzewam, że nowojorczycy zawdzięczają to w jakiejś choćby drobnej mierze samym sobie. Byłem świadkiem zuchwałej kradzieży damskiej torebki w metrze na Brooklynie, w biały dzień. Jakiś chłopak porwał ją pasażerce, kiedy pociąg stanął na jednej ze stacji i wtedy czmychnął przez drzwi. Ofiara rzuciła się za nim w pogoń, w sukurs pośpieszyło jej chyba ze trzech obcych, młodych ludzi. Nie wiem, czy złapali delikwenta, ale bardzo mi się podobała ta reakcja otoczenia. Parę tygodni temu natomiast, już za pośrednictwem you tube, z nie mniejszą satysfakcją obejrzałem filmik, który ktoś nakręcił komórką, pokazujący jak nowojorczycy obezwładniają w metrze innego łobuza, uzbrojonego w nóż. Może drobnymi kroczkami idzie nowe i spycha społeczną znieczulicę na margines. Oby!

Urodziny Zosi 452Wracając do nocnego Nowego Jorku – generalnie balować można w lokalach do godziny 4, ale wiele klubów zamyka dopiero rano. Od  04.00 do 08.00, a w niedzielę od północy, obowiązuje jednak zakaz sprzedaży alkoholu. Nie podadzą ci go również, jeżeli masz poniżej 21 lat. Amatorom grzeczniej spędzonych wieczorów, czy też  bardziej intelektualnych, wychodzi naprzeciw  Theater  District wokół Brodwayu, 42 ulicy i Times Square, Lincoln Center for the Performing Arts i Upper West Side. Oferta jest bogata, od światowej sławy inscenizacji teatralnych, operowych i musicali, poprzez ambitną sztukę kameralną i sceniczne debiuty, na Salonie Madame Tussaud i popisach cyrkowców w Big Apple Circus skończywszy. Na scenach, zarówno repertuar klasyczny, jak i awangardowy; bilety wstępu do Metropolitan Opera są oczywiście droższe od tych do gabinetu figur woskowych, ale przy odrobinie szczęścia, na parę godzin przed spektaklem, można je kupić także znacznie taniej. Znajomym udało się w ten sposób obejrzeć „Normę”  Vincenzo  Belliniego, ze znakomitą sopranistką, Sondrą  Radvanovsky w tytułowej roli  i cała przyjemność kosztowała ich 20$ od osoby.

Urodziny Zosi 451Na koniec wypadałoby spróbować wyjaśnić, dlaczego Nowy Jork nazywany jest Big Apple. Wersji jest przynajmniej kilka i każda z nich wydaje się być prawdziwa. W 1920 roku niejaki John J. Fitz Gerald, dziennikarz sportowy z New York Morning Telegraph podsłuchał, jak stajenni w Nowym Orleanie nazywają w ten sposób nowojorskie tory wyścigów konnych. Tak mu się to spodobało, że redagowanej przez siebie kolumnie nadał tytuł : Around the Big Apple, czyli Wokół Wielkiego Jabłka, co czytelnicy też przyjęli z uznaniem. W prasie, wiadomo, najważniejszy jest tytuł. Później muzycy jazzowi zaczęli tak nazywać nowojorskie City, a zwłaszcza Harlem, gdzie grali i ta nazwa z czasem objęła całe miasto. Inni twierdzą, że Nowy Jork z lotu ptaka przypomina dorodne, okrągłe jabłko. Są też zwolennicy teorii, mówiącej, że nazwa wzięła się z Biblii. Podobnie, jak Adam i Ewa dali się skusić na jabłko z Drzewa Poznania Dobra i Zła, tak Nowy Jork, poprzez swoją wyjątkową siłę przyciągania, stał się pokusą dla milionów ludzi na całym świecie, której ulegli i nadal ulegają. Jedni na dobre, inni przynajmniej raz na jakiś czas.

Urodziny Zosi 549

Reblog: Moja Europa

patrimoniumEwa Maria Slaska – „Moja Europa”

Mama

 

W dzieciństwie i młodości osobą, która wywierała na mnie największy wpływ była moja Mama, graficzka i tłumaczka poezji hiszpańskiej, Irena Kuran-Bogucka. Były inne osoby, których miłości i opiece zawdzięczam pomyślne przetrwanie dzieciństwa. Bo Mamy dzieciństwo nie interesowało, interesowały ją tylko kontakty z inteligentnym partnerem, którego można poinformować i z którym można rozmawiać. Latami byłam dobrym odbiorcą informacji, przekonań i poglądów Mamy. Gdy dorosłam, stałam się kiedyś wreszcie także partnerem rozmowy. Ale to się zdarzyło co najwyżej pod koniec liceum, a może dopiero już na studiach. Natomiast na pewno pod koniec liceum spędzałyśmy czas tak, że Mama cięła grafiki z cyklu „Dzieje Gdańska”, pełne drobnych szczegółów i detali, a ja jej referowałam zasób wiedzy maturzysty z poszczególnych dziedzin nauki. Trzeba przyznać, że cierpliwie znosiła nawet chemię i fizykę, ale oczywiście najbardziej lubiła, gdy rekapitulowałam historię i język polski. Był to jedyny czas, jaki pamiętam z naszych wspólnych kontaktów, kiedy to ja mówiłam, a ona słuchała. Zazwyczaj było na odwrót. Mama nie rozmawiała o zwykłym życiu. Nie myślała o przepisach na kopytka, ani o praniu. Nie zajmowało jej sprzątanie. Jedynym ustępstwem na rzecz zwykłego życia były plotki o ludziach, z których wynikała bezwzględna wyższość artysty i człowieka myślącego nad resztą świata. W tym sensie nawet plotki przynosiły młodej istocie, czyli mnie, bezsprzeczną korzyść, bo wyznaczały normy postępowania. Ale głównym tematem rozmowy była sztuka – przede wszystkim malarstwo czy szerzej sztuki piękne i literatura. Dziwne, że muzyki się w domu słuchało, ale muzyka nie była tematem rozmowy. Historia, religia czy geografia były tylko o tyle istotne, o ile stanowiły kontekst dla życia i dzieła artysty. Mama miała swoich bezwzględnych ulubieńców. Wszyscy byli z Europy, ale wtedy o tym nie myślałam. Pierwszym był anonimowy prehistoryczny artysta, autor zbiorowy malowideł w grotach w Altamirze i Lascaux. „Sztuka współczesna”, mawiała Mama, „mogłaby buty czyścić malarzom z Lascaux, pod warunkiem, że nosiliby oni buty”. Po nim przychodził Homer, Homer i jeszcze raz Homer oraz anonimowy jak prehistoryczni malarze Grek malujący amfory. I rzymski rzeźbiarz, wykonujący rzeźby portretowe. Horacy, ale nie Wergiliusz. Ze średniowiecza – trubadurzy i rzeźbiarze wykonujący portale romańskich i gotyckich katedr. Wikingowie. W renesansie liczył się raczej Rafael niż Leonardo. Szekspir. El Greco. Z baroku ostał się tylko Vermeer van Delft, ale za to jaki ukochany, i Rembrandt. Z XIX wieku Heine a nie Goethe i Słowacki (pierwszy Polak na tej liście) a nie Mickiewicz. A potem dopiero Picasso. Federico Garcia Lorca i, ale to już z dużym dystansem do Lorki, Rafael Albreti. I znowu Polacy – Wierzyński, Tuwim, Skamandryci. I folklor Andaluzji. I wreszcie, na zakończenie, Günter Grass i jego trylogia gdańska. Dopiero w czasach współczesnych pojawiło się kilku pisarzy amerykańskich, w tym najważniejszy – Jack Kerouac. Gdy teraz patrzę na tę listę, aż mnie dziwi, bo jest ona niedługa, ba, skromna, a przecież wypełniła nam intelektualnie kilkanaście lat. Kilkanaście lat rozmów o sztuce. Wydaje mi się jednak, że o ile dla mnie z rozmów tych wyrosła Europa i nie zdefiniowane, ale jednak wyraziste pojęcie „dziedzictwa europejskiego”, o tyle dla Mamy to zbiorowe pojęcie nie istniało. Nie było Europy i sztuki europejskiej. Byli poszczególni artyści. To co się liczyło, to była indywidualność twórcy i jego wolność wypowiedzi. Typowe cechy sztuki europejskiej.

Okno

Pierwszy raz świadomie pomyślałam o Europie myjąc okna. (…)


PS od Adminki z roku 2020: Reszta tekstu została opublikowana na stronie Patrimonium Europae, strona jednak chyba zniknęła, a w każdym razie tekst zniknął i w sieci, i w komputerze, czyli go nie ma. Pisałam w nim na pewno o Dolnych Vestonicach i łowcach mamutów.

Ucho jaka

Anna Nacher i Marek Styczyński pojawili się w naszym berlińskim życiu jako Karpaty Magiczne, zespół grający muzykę świata, przy czym ten świat był rozległy aż po Ural i Himalaje, a zarazem karpacki i folkowy, górski i bagienny, archaiczny i nowoczesny, wyrażany przedziwnym instrumentarium i połączony z niezwykłymi projektami. Czy to była muzyka, nauka, rekonstrukcja świata nieistniejącego, fantasy czy kolekcjonerstwo?

Jestem człowiekiem konkretnym i ta przedziwna mieszanina, którą uprawiali / uprawiają Ania i Marek powodowała w moim umyśle niezwykły zamęt. A do tego, po czasie, doszły książki. Czasem zwykłe, np. Przewodnik po okolicach Nowego Sącza, czasem niezwykłe, jak etnobotanika i marginesy popkultury. Podstawowe pytanie brzmiało od zawsze: Jak im się to łączy?

Kiedyś tłumaczyłam na niemiecki kilka wierszy Ani. Szukam ich teraz po komputerze. Pamiętam jeden – żuraw, autobus, deszcz, żuraw na lewym ramieniu. Wielka Bogini Matka jedzie autobusem do Nowego Targu. Piękne. To zdanie tam nie pada, tej bogini w autobusie czytelnik musi się domyślić sam, ale przecież tak jest, starożytne religie to nie rekwizyty i eksponaty w Muzeum, ale ich trwanie po dziś dzień, w rozklekotanym autobusie i plastikowej butelce z wodą.

Znalazłam, i tłumaczenie, i wiersz. W wierszu nie ma autobusu, jest za to wąż.

Bajka

Pewnego dnia na jednym ramieniu
usiadł mi żuraw.
Na drugim ramieniu usiadł mi wąż.
Pewnego dnia na jednym ramieniu
usiadł mi żuraw, na drugim ramieniu
usiadł mi wąż.

Wąż ma wciąż coś do powiedzenia, żuraw tylko rozkłada skrzydła.

Pewnego dnia na jednym ramieniu
usiadł mi żuraw, na drugim ramieniu
usiadł mi wąż.

Mój Boże, żeby było cieplej.
To wtedy śmiać się można będzie więcej.

Miała być bajka a jest to co jest.
Miała być bajka a jest to co jest.
Miała być bajka.
Jest to co jest to co jest to co jest
Jest to co jest to co jest to co jest
co jest co jest co jest co jest co jest
Jest to co jest

uchojakaPrzed 10 laty dostałam od Ani i Marka “Ucho jaka”, książkę o kolekcjonowaniu instrumentów muzycznych. Miała zieloną okładkę. Po kilku miesiącach nie pamiętałam już, gdzie leży, a chciałam komuś pokazać. Szukałam, nie znalazłam, zmartwiłam się. Usiadłam na podłodze i zaczęłam słuchać, tak jak Kubuś Puchatek nasłuchiwał, jak go wołają baryłeczki z miodem. “Tej książki tu nie ma”, zawyrokowałam, “nie warto szukać”. I rzeczywiście, w kilka miesięcy później odkryłam ją przypadkowo w domu przyjaciół. Podeszłam do półki i od razu ją zobaczyłam. Stała wśród innych domowych książek. Miała dedykację dla mnie. Nie zapytałam, czy pożyczyli ją sobie, pytając mnie o zgodę, czy nie pytając. Nie miało to znaczenia. Znaczenie miał fakt, że istniał związek między mną a tym konkretnym egzemplarzem książki i że mogliśmy ze sobą rozmawiać. Było tak, jakbym wcale tej książki nie potrzebowała, bo miałam ją w sobie. Ucho jaka. Dobry tytuł. Byłam w Himalajach, ale czy widziałam jaka? Wydaje mi się, że tak. Mój syn twierdzi, że nie. Kupiliśmy sobie w Himalajach pęczek fletów od białego człowieka, który w samodziałowym gieźle szedł przez las i grał.

Jeden z tych fletów mam do dzisiaj, resztę rozdaliśmy w prezencie. Nie umiem grać na flecie. Na klarnecie też nie. W ogóle nie umiem grać na żadnym instrumencie.

Ucho jaka. Muzyczne podróże od Katmandu do Santa Fe

uchojaka-ania-marekPiękne opowieści o podróżach poza szlakami turystycznymi. O klasztorach zamkniętych na głucho, z drewnianym kluczem na bramie, pilnowanych przez starą szaloną kobietę. Klasztor otaczają stare drzewa. Kilkunastometrowe i żylaste pnie potrzebowały setek lat, by wyrosnąć na wysokości 4000 m i nie poddać się zimnym wiatrom. Może pamiętają założyciela klasztoru, który medytował wytrwale w tej okolicy. Trwał w swej praktyce tak niestrudzenie, że yeti zaczął mu przynosić do jaskini wodę i pożywienie. Kiedy współczujący człowiek śniegu umarł, lama przechował jego rękę i skalp jako świadectwo tej zadziwiającej historii.
uchojaka-yetiA do tego muzyka, nagrania, kolekcja instrumentów. Większości nie znam, choć przecież studiowałam etnografię. Didżeridu, burczybas, warkotka, na tym chyba się kończy moja wyniesiona ze studiów wiedza. I kalimba, która pojawiła się kilkadziesiąt lat później, gdy moja przyjaciółka używała jej do usypiania małego chłopczyka. Tymczasem Ania i Marek w “Uchu jaka” omawiają budowę, sposób gry i wykorzystanie prawie stu instrumentów, wielu w Polsce zupełnie nie znanych.

uchojaka-instrumentyKsiążka czyli tradycyjny obiekt do czytania z dołączoną płytą jest wyczerpana, ale na stronie księgarni można odsłuchać kilku nagrań muzyki z Himalajów (niestety wordpress nie chce tego zapisać ani odtwarzać, szkoda): http://wsm.serpent.pl/sklep/album.php?alb_id=5414. Tak czy owak warto tam wejść.

Natomiast teraz, zgodnie z wymogami czasu, ukazał się ebook, który można kupić tu: http://bezdroza.pl/ksiazki/ucho-jaka-muzyczne-podroze-od-katmandu-do-santa-fe-anna-nacher-marek-styczynski,ucho.htm?nr=6148k&url=ucho. Cena: 31,90 złotych

Lub tu: http://ebookpoint.pl/ksiazki/ucho-jaka-muzyczne-podroze-od-katmandu-do-santa-fe-anna-nacher-marek-styczynski,ucho.htm

Kupcie sobie. Ja kupiłam.

Reblog: Muzeum Kraszewskiego w Dreźnie

pol-cafe-logo

opublikowała piękny tekst Leonarda Paszka o Muzeum Kraszewskiego w Dreźnie. Leonard jest twórcą i administratorem Pol-Cafe i Pepe TV, tak w wersji wirtualnej, jak i całkowicie realnej. Poprosiłam go o zgodę na zreblogowanie jego tekstu Kraszewskim.

Był autorem nadzwyczajnym! Napisał 232 powieści!

kraszewski2

Muzeum niczym z bajki

Już w momencie przekroczenia bramy posesji przy Nordstrasse 28 w Dreźnie można wyczuć dziwny i niecodzienny klimat. Drzewa, wypielęgnowana trawa, alejki i kwiaty, a w głębi piękna willa w szwajcarskim stylu. Wszystko to przypomina obrazy niczym z „Tajemniczego ogrodu”. W takim to miejscu mieszkał i tworzył w okresie drezdeńskim Józef Ignacy Kraszewski – najpłodniejszy pisarz polski wszystkich czasów i jeden z najpłodniejszych pisarzy świata. Obecnie w domu tym, od 1960 roku, mieści się muzeum upamiętniające jego twórczość i związki Polski z Saksonią. Jest to obecnie jedyne muzeum polskie na terenie Niemiec, a także miejsce spotkań i konferencji polsko-niemieckich i polonijnych.

Dom

Sam Kraszewski, chociaż po zakupie domu narzekał na wysokie koszta remontu, to jednak cieszył się jak dziecko z lasu za domem i z drzew w ogrodzie. W liście do najmłodszego brata – Kajetana pisał: U mnie zielono, drzewa szumią, a ja piszę i piszę lub w ogródku pracuję. Kosy, szpaki i wróble mi się przypatrują, a wiewiórki tylko czasami (…) Z okna pokoju, w którym piszę, zupełnie wiejski widok w las, na łąkę i strumień. Było dla niego wielkim szczęściem, że udało się znaleźć w Dreźnie, stolicy Saksonii, która zawsze rozjaśniała kulturalną mapę Niemiec, zakątek tak uroczy i sprzyjający twórczej pracy.

A pracował w Dreźnie bardzo konsekwentnie, narzucając sobie surową dyscyplinę, którą podziwiali wielbiciele jego talentu. Wstawał o ósmej, pół godziny na poranną toaletę, później skromne śniadanie i kawa, a przy tym przegląd prasy, której otrzymywał wówczas 60 tytułów. Później odpisywał na liczne listy. Doręczyciele z korespondencją przychodzili czasami kilka razy dziennie. Zawsze starał się odpisywać własnoręcznie i w tym samym dniu. O jedenastej robił przerwę i przyjmował gości. Przed obiadem jeszcze starał się wrócić do lektury prasy i korespondencji. O czternastej zasiadał do obiadu, a po nim obowiązkowa godzinka pieszego spaceru lub praca w ogrodzie. Miedzy szesnastą a osiemnastą znowu wracał do korespondencji i prasy. Do dziewiętnastej, godzinę poświęcał na fortepian, tylko oczywiście dla przyjemności. Później kolacja, po której w pokoju na piętrze, przy lampce olejnej przystępował do pisania, które kończył około drugiej w nocy. Pisanie przychodziło mu łatwo. Pismem drobnym zapełniał szybko kolejne kartki brulionu. W willi przy Nordstrasse powstały takie powieści jak: „Hrabina Cosel”, „Brühl” czy „Z siedmioletniej wojny”, które nazywane są również saską trylogią.

(…)

Kraszewski i Drezno

Kraszewski przyjechał do Drezna w lutym 1863 roku, czyli w 51 roku życiu. Była to ucieczka przed zesłaniem na Sybir z powodu zaangażowania w Powstanie Styczniowe. Ta 800-letnia metropolia od początków XIX wieku służyła jako schronienie dla uchodźców politycznych m.in. po upadku Powstania Listopadowego. Kraszewski nie zamierzał zostawać tutaj dłużej. Pragnął jedynie przeczekać polityczną zawieruchę i szybko wrócić do Warszawy, gdzie zostawił rodzinę. Pobyt w Dreźnie jednak przedłużył się na niemal całą resztę jego życia. Wspominał później: Z Warszawy wyjechałem w przekonaniu, że ją opuszczam na parę miesięcy, a pozostałem za granicą lat przeszło dwadzieścia w oczekiwaniu na coś nieokreślonego.

Słowa powyższe przypominają niejeden emigracyjny życiorys. Wielu uchodźców politycznych w ciągu całej historii Polski, opuszczało najbliższe sercu okolice, z myślą o rychłym powrocie. Jednak po pewnym czasie zapuszczają korzenie i zostają, traktując nowe miejsce jako drugą ojczyznę. Autor „Starej baśni” bronił się jednak przed nasiąkaniem niemieckością. Podczas wcześniejszego pobytu w Paryżu widział jak niektórzy uchodźcy polityczni z 1831 roku powoli „francuzieli”, dlatego był na tym punkcie przewrażliwiony. (…)

Całość tekstu i galeria zdjęć: TU.

Drei Könige und Die Aktion

Für Krzysztof zum Geburtstag

Heute ist der Tag der Heiligen Drei Könige. Das Bild unten, Erinnert euch im Winter an die Vogel oder Drei kleine Könige gehen zum Stall, stammt vom polnisch-tschechischen Maler, Wlastimil Hofman (1881 – 1970) und wurde erst 1956 gemalt. Nicht desto trotz ist es sehr typisch für den Jugendstil, in dem Hofman sein ganzes Leben malte  (http://muzeumsecesji.pl/galeria_pliki/hofman/hofman11.html)

3krolowieJetzt aber kehren wir zurück zu unserem Hauptthema: Weihnachten bei Avantgardisten. 1911

Dr. Lidia Głuchowska, unsere Fachfrau für Kunst überhaupt und für Kunst der Moderne und der Avantgarde insbesondere, stellt uns die Zeitschrift Die Aktion vor, eine von Franz Pfemfert von 1911 bis 1932 herausgegebene literarische und politische Zeitschrift, die dem Expressionismus zum Durchbruch verhalf und für eine undogmatische linke Politik stand. Die Aktion bereitete immer spezielle Weihnachtsseiten für jeweilige Dezemberausgabe vor. Mit viel moderner Graphik und Dichtung. Und, wie man sieht, viel Sinn für Prophezeiung.

1stronaHänget Baionetten an den Christbaum! (…) Für einen Tag, für zwei Tage geht die Kriegspolitik in Filzschuhen um die Welt. Friede auf Erden… Rings starrt die Welt in Waffen. Wir feiern unser Friedensfest mit geladenen Waffen. (…) brutales Unrecht, schamlose Gewalt und soziale Gewissenlosigkeit schreiten mit Siegergebärde durch die Laube. Kerker, Zuchthäuser, Galgen, Schafotte, Guilottinen, Kasernen, Kanonen, Bajonette, Polizei und Soldaten grüßen als Eckpfeiler einer göttlichen Weltordnung allüberall. Am Wege sterben Tausende…

Metaphern der Ungerechtigkeit. In drei Jahren werden sie schon die Realität. 2014 werden wir noch tausend Mal darüber erinnert und uns selber zum Erinnern erheben.

2stronaAuf der Seite 2 kommt ein Artikel von Chestel Zwi über “Weihnachtsjudentum” und ein anderer von Ferdinand Nürnberger über Gier des Papstums, betitelt “Eine Weihnachtslegende”.

Man fragt sich, was hier, in diesen zwei Artikel, kritischer ausfällt, das Auslachen der judüschen Assimilation, von den Gegner (laut Text) nicht ohne Grund “Heranschmeicheln” genannt oder die Kritik der habgieriegen Klerus der katholischen Kirche.

Es ist nicht so paradox und geschmacklos, unser Assimilationjudentum bringt es fertig! Oder: Im Gnademonat christlicher Liebe darf unsere Damenwelt der jüdischen Geldaristokratie niecht feiern.  Und darum feiert sie den ganzen Dezembermonat die fröhliche, selige, gnadenbringende Weihnachtszeit in so ausgiebieger Weise, dass ihr der Festestrubel jedes Gefühl dafür nimmt, wie gerne man auf sie verzichten würde, blechte sie nicht mit der Naivität solcher, die nicht sehen wollen, in braunen und blauen Scheinen für die Ehre “unter dem Protektorate Ihrer Kgl. Hoheit der Erbprinzessin von Soundso” – gedruckt zu stehen.

(…) die absonderliche Blüte der pseudojüdischer Assimilationssensucht erblüht unter den Kerzen des Weihnachtsbaumes. Geht am Heiligen Abend über den Kurfürstendamm, wo ihr die – nach Protzengeschmack – schönsten Weihnachtsbäume seht, da, des könnt ihr sicher sein, singen “Weihnnachtsjuden” das Lied von der stillen, heiligen Nacht!

Damit es aber gerechtig ausgeteilt wird, schreibt Nürnberger gleich nebenan über Rotte Korah, den Konkordatstürmer und über das Sammeln des Peterspfennige, dh. des Geldes fürs bezahlen der Watikansoldaten, über Steuer für Kriegszwecke, die Gefangene in Besserungshäuser von ihrem winzigen Lohn abgeben müssen…

Grüß Dich Gott, Statthalter, sagte der Knabe, ich bringe Dir meinen Peterspfennig. Aber sage, wozu brauchst du nur all diese Pfennige, he?
Um das Reich Christi zu verteidigen
Warum nicht gar! Der Menschen Sohn hatte nicht, wohin er sein Haupt legte, und soll sein Statthalter mehr haben? Mein Reich ist nicht von dieser Welt, sagte Christus.

Heute, hundert Jahre später, muss der Franziskus offensichtlich den Diskurs um das Haben und die Macht der Kirche, genauso führen wie der naive Knabe aus der Satire von Nürnberger.

Als Abschluss noch ein Gedicht aus der Dezember-Nummer in Die Aktion 1911:

René Schickele
Vorortballade

Um seine Villa beneidet der eine den anderen, um das Leuchten des Wannsees,
um seine Terrasse mit geflochtenen Stühlen, um das Segelboot „Ramses“.

Um seine Hühnerhöfe auch und den schattigen Garten,
wo er in vielen Nächten verdammt war zu warten,

bis eine Dame kam mit hellem Haar und dem Schlüssel zum Ausflug.
Ihr Haar fiel, und sie lachte leis, bis die erste Lerche im Tau schlug.

Nun aber möchte er Starkästen bauen, mit kleinen Hunden spielen,
dem Wetter vertrauen und im Schatten nach glitzernden Möwen zielen,

das Boot „Ramses“ besteigen, in Himmel und Wolken baden!
Vorallem aber wünschte er sehr, seine Freunde zum Essen zu laden

Wogegen der andre mit Schnaken kämpfte im schattigen Garten,
verdammt in vielen Nächten zu stehn und lange zu warten,

bis eine Dame käme, mit hellem Haar und dem Schlüssel zum Ausflug.
Ihr Haar fiel, und sie lachte leis, bis die erste Lerche im Tau schlug.

1910

3stronaWir werden noch ab und zu zum Thema Weihnachten bei Die Aktion zurückkommen. Es scheint, dass sich die aktuellen Themen gar nicht ändern.

Minne – Poesie – Poezja / Oswald von Wolkenstein

Oswald_von_Wolkenstein_2Er war der letzte Minnesänger. Geboren halbblind um 1377 in Südtirol, gestorben 1445 in Meran. Er dichtete selbst und komponierte Musik zu seinem Werke, war aber auch ein ein Politiker von mehr als nur regionaler Bedeutung und Diplomat in Diensten des deutschen Kaisers Sigismund I. Als er starb, starb die ganze Epoche der Troubaduren und fahrenden Ritter mit. Er führte interessantes Leben, voller Abenteuer, bereiste die ganze damals bekannte Welt, sang darüber und ließ in zwei Prachthandschriften diese Lieder verewigen. Der Portrait nebenan ist dem Liederhandschrift B entnommen. In den beiden Prachthandschriften sowie in vereinzelten Nebenüberlieferungen sind insgesamt 134 Texte überliefert. Er kannte mehrere Sprachen, darunter auch Polnisch und … Wendisch.

Durch Barbarei, Arabia,
durch Hermani in Persia,
durch Tartari in Suria,
durch Romani in Türggia,
Ibernia,
der sprüng han ich vergessen.
Durch Reussen, Preussen, Eiffenlant,
gen Litto, Liffen, übern strant,
gen Tennmarckh, Sweden, in Prabant,
durch Flandern, Franckreich, Engelant
und Schottenland
hab ich lang nicht gemessen,
Durch Arragon, Kastilie,
Granaten und Afferen,
auss Portugal, Ispanie
bis gen dem vinstern steren,
von Profenz gen Marsilie.
In Races vor Saleren,
daselbs belaib ich an der e,
mein ellend da zu meren
vast ungeren.
Auff ainem runden kofel smal,
mit dickem wald umbfangen,
vil hoher berg und tieffe tal,
stain, stauden, stöck, snee stangen,
der sich ich teglich ane zal.
noch aines tüt mich pangen,
das mir der klainen kindlin schal
mein oren dick bedrangen,
hand durchgangen.
Przez Berberię i Arabię
przez Armenię i Persję
kraj Tatarów i Syrię
i Bizancjum i Turcję
i Gruzję
a obym nie zapomniał
o Ruskich, Pruskich i Inflantach,
o Litwie i Łotwie, i Kurlandach,
o Danii, Szwecji i Brabancji
Flandrii, Francji i o Anglii
i też o Szkocji
choć mnie tam dawno nie było,
przez Aragonię i Kastylię,
Maurów Granadę i Nawarrę,
przez Portugalie i Ispanię
aż do Finisterre,
a z Prowansji do Marsylii
aż w końcu dom,
gdzie Dolomity
i gdzie mnie małżeństwo trzyma,
me utrapienie pomnażając,
bom tu niechętnie,
na ciasnym szczycie,
ciemnym lasem otoczony,
co dzień do syta widzę
góry wysokie i doliny niskie,
gdzie głaz, krzew, pień i śnieg
się mnożą
a jeszcze mnie męczą
dziatek krzyki,
uszy mi dręczą
i kłują.
tłum. Ewa Maria Slaska

http://de.wikipedia.org/wiki/Oswald_von_Wolkenstein. Lied gesungen von Andreas Scholl / śpiewa Andreas Scholl


Für diejenigen die des mittelalterlichen Deutsch nicht mächtig sind, noch eine Übersetzung ins Neutdeutsch von Wernfried Hofmeister (2011) – leider ziemlich humorlos:

Durch das Berberland, Arabien, / durch Armenien nach Persien, / durch Tartarenland nach Syrien/ über Byzanz ins Türkenland,/ dann Georgien: / diese “Sprünge” habe ich verlernt. / Durch Russland, Preußen, Estland,/ nach Litauen, Livland über die Nehrung / Richtung Dänemark, Schweden nach Brabant, / durch Flandern, Frankreich, England/ und Schottland / bin ich lange nicht mehr gezogen;/ durch Aragonien, Kastilien, / Granada und Navarra, / von Portugal, Léon-Galizien / bis zum Kap Finistere,/ von der Provence nach Marseille./ In Ratzes am Schlern, / hier hält es mich im Ehestand, / was meinem Jammer / sehr unwillkommen / auf einem runden, schmalen Kofel anwachsen lässt, / umgeschlossen von dichten Wald. / Tagtäglich sehe ich unzählig viele / hohe Berge und tiefe Täler, / Steine, Stauden, Baumstümpfe und Schneestangen. / Noch etwas bedrückt mich, / nämlich dass der Lärm der kleinen Kinder / heftig an meine Ohren brandet, / sie durchbohrt.

Był ostatnim trubadurem niemieckim. Urodził się półślepy w roku 1377 w Tyrolu, umarł w roku 1445 w Meranie. Tworzył poezję i komponował do niej muzykę.  Był też czynnym uczesnikiem ważnych zdarzeń politycznych swojej epoki i dyplomatą w służbie cesarza niemieckiego Zygmunta Luksemburskiego. Gdy umarł, odeszła wraz z nim cała epoka średniowiecznych mistreli i błędnych rycerzy. Prowadził ciekawe, pełne przygód życie, zjeździł niemal cały ówcześnie znany świat, opisał swoje przygody w pieśniach i zlecił uwiecznienie ich w dwóch wspaniałych rękopisach, które się do dziś zachowały. Portret powyżej pochodzi z rękopisu B.  Był jeszcze rękopis A, inaczej acz równie bogato ilustrowany. Z obu rękopisów i innych rozproszonych źródeł znamy 134 pieśni Oswalda o życiu, przygodach, miłości i polityce. Znał wiele języków, w tym polski i… wendyjski.

PS. Nie znalazłam tłumaczenia pieśni Oswalda na polski (żadnych tłumaczeń nie znalazłam), przetłumaczyłam ją więc sama, jak umiałam najlepiej.

Stare papiery 8 – skarbczyk

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Dedykuję Cioci Jance czyli Ciotuchnie

skarbczyk-maleW papierach Mamy znalazłam mały zeszycik, formatu A7 (chyba), z podziurkowanymi stronami, opisany na okładce moim pismem jako SKARBCZYK. Ale w środku są notatki Mamy a nie moje i to zaledwie kilka stroniczek, reszta zeszyciku jest pusta. To charakterystyczne dla nas obu,  zaczynamy coś notować w zeszycie czy notesie, jakiś czas dobrze nam idzie, a potem to zarzucamy. W Skarbczyku też tak jest. Dwie pierwsze stroniczki dotyczą tego, o czym można by było napisać. Np, jak tu, o pierwszych miesiącach w Warszawie.

zapiski1
Pokój nad kinem
Wizyty i powroty
Babki klozetowe w sąsiedztwie
Pożar stołka pod maszynką elektryczną
Mieszkanie na Mokotowie
Karwia

A pod spodem cytat, z kogoś, z czegoś – “a teraz wchodzimy w nową epokę życia”.  Cytatu nie rozumiem, bo wprawdzie sens tego zdania jest oczywisty, nie wiem natomiast, co skłoniło Mamę do zanotowania tej wypowiedzi i to w cudzysłowie. Ale za to poprzednie notatki to dla szperacza prawdziwe Eldorado, a to dlatego, że Mama sobie te pomysły zapisała, ale zrealizowała je na blogu “Kura” i “Qra” jej kuzynka czyli Ciotuchna i to tak dokładnie, jakby się w tych wpisach kierowała wytycznymi Mamy. Brakuje tylko palącego się stołka i babek klozetowych. A ja, od siebie, dodałabym jeszcze, że brakuje nie tyle historii czy nawet Historii, ile – historyjek, na przykład o stróżu i słoikach (“konfitury zjadłem, a jakże, dobre były, a słoiki oddaję, bo nie moje”), o sąsiadach (“nie śpią jeszcze, bydło rogate”) czy anegdotki o planowanej wizycie stryjka Felka.

zapiski2Zwracam się więc w tym wpisie do Ciotuchny i pytam, czy nie dałoby się odtworzyć i tych rodzinnych opowiastek?

Mieszkanie nad kinem opisane zostało TU
Powroty – TU
Powojenna Warszawa – TU
Wspólny urlop Mamy i Ciotuchny z nami czterema w Karwi – TU

Na obu blogach oraz w ich nowym wydaniu – W altanie – jest jeszcze sporo innych historii rodzinnych autorstwa Ciotuchny i warto je poczytać.

Obok – luźne kartki włożone do Skarbczyka. Wierszyk na temat Ojca:

Włóż szalik Tato
zimne akwilony
srodze za kołnierz
wieją ci z tej strony
a szron ci gęsty osiada na brodziezawartosc-inhalt
już chłodna jesień w mróz
grudnia przechodzi.

Czy  ten malutki rysuneczek pod wierszykiem to bezmyślne kreski, czy szkic maleńki do postaci Dzieciątka w szopce?

A tu spis zawartości paczki przysłanej przez przyjaciela z NRD, być może datujący, bo wydaje mi się, że Bernd przysyłał nam paczki tylko w czasie stanu wojennego.

Szopka, wierszyk, taki, jakie Mama chętnie dołączała do prezentów gwiazdkowych, paczka. Być może Skarbczyk jest pamiątką grudnia 1981 roku. Albo roku 1982. Jak zwykle – to co najważniejsze pozostaje zakryte. “Księżyc zatajony”, mówiła Mama,
co jest staropolskim herbem szlacheckim
i nazwą jednego z układów kości w mahjongu.

W przyszłym tygodniu miał być “mój zielony zeszyt”, ale komputer robi, co sam chce i będzie wpis o kotach

Słowami poety

Roman Zygmunt Brodowski

Impresja chyba polityczna

Jesień, zwłaszcza ta typowo polska, przeplatana złotoczerwienią liści, zapachem brzemiennych sadów, od zawsze wywołuje we mnie nastrój nostalgicznej zadumy, melancholii czy też romantycznej wylewności, płynącej z często niezrozumiałych dla mnie samego uczuć. Natomiast chłodny, porywisty wiatr, zachmurzone niebo, brak słonecznych promieni oraz ciągle padający deszcz, stanowiące dla wielu przeszkodę dla dobrego smopoczucia zarówno fizycznego jak i psychicznego, pobudzają we mnie i tak wyostrzoną wyobraźnię. Z respektem i podziwem obserwuję zachodzące z dnia na dzień zmiany w otaczającej nas przyrodzie, gotującej się do zimowego snu.

jesien1Właśnie w taki jesienny, pochmurny dzień postanowiłem wybrać się na długi spacer, ciągnący się kilometrami nadbrzeżną alejką nad Niemnem. Rzeka o tej porze roku wygląda wyjątkowo pięknie. Odziana w tęczową barwę spadających liści, płynie powolnym rytmem w ukrytym w niezbyt wysokim wąwozie, od wieków tym samym korycie.

Zawsze, kiedy jestem w Grodnie, znajduję czas na to, by posiedzieć w ciszy nieopodal murów jednej z najstarszej budowli tego miasta, jaką jest prawosławna, Cerkiew pod wezwaniem św. Borysa i Gleba, zwana Kołożską. Nie bez powodu upatrzyłem sobie właśnie to miejsce dla moich, często wielogodzinnych, medytacji. Cerkiew ta znajduje się bowiem na stromym zboczu urwiska, pod którym płynie rzeka i jest niemym dowodem na to, że ten pozornie leniwy Niemen potrafi być niszczącym wszystko, co napotka na swojej drodze, żywiołem. Pozbawiona bocznej części muru, zabranego przez wzburzoną wodę podczas powodzi w 1853 roku, wskutek obsunięcia się skarpy, na której stała, świątynia ta swoją historią do złudzenia przypomina mi losy naszego kraju. Wielokrotnie niszczona, przechodząca z rąk do rąk, będąca własnością różnych wyznań, okradana, stoi nadal niczym nie zabezpieczona, czekając na kolejny gniew pozornie spokojnego Niemna. Po drugiej zaś jego stronie, na niewysokim wzniesieniu, widnieje zamek, pamiętający dzień abdykacji ostatniego króla Polski.

cerkiewJak zwykle usiadłem na leżącym tuż nad urwiskiem kamieniu, spoglądając to w dół, na odbijające sie w lustrze wody chmury, to w bok, na dobudowaną, butwiejącą powoli, drewnianą część cerkwi.

– Dlaczego nikt nie zabezpieczy tego obiektu przed ewentualną, kolejną powodzią, jaka może się przecież niespodziewanie wydarzyć? – pomyślałem. – Czyżby wydarzenia sprzed ponad stu pięćdziesięciu lat niczego nikogo nie nauczyły?

Na horyzoncie ukazał się klucz dzikich gęsi. Leciały w zorganizowanym szyku w kierunku południowym, w równych odstępach. Boczne flanki klucza i jego koniec zabezpieczały pojedyncze ptaki. Nawet one potrafią się zorganizować dla dobra i bezpieczeństwa swojego stada. A my?

Ten fascynujący widok przypomniał mi o niedawnych wydarzeniach, jakie miały miejsce w Polsce. Areną ich (nie po raz pierwszy zresztą) był polski parlament. Nienawiść, jaką wykazali w stosunku do siebie członkowie różnych ugupowań politycznych podczas debaty nad dalszą przyszłością państwa, w niczym nie ustępowała tej, która w nie tak odległej przeszłości doprowadziła do rozbiorów.

Popatrzyłem w kierunku zamkowego wzgórza i… wyobraziłem sobie postać Stanisława Augusta stojącego przy otwartym oknie.
Jak w dobrym, panoramicznym filmie, ukazały mi się dziwne, wiejące grozą obrazy tamtej jakże tragicznej dla nas, narodu polskiego, epoki.
Widziałem zwolenników reform zapoczątkowanych przez króla Stasia w 1764 roku, mających wprowadzić zmiany ustrojowe państwa, walczących z wilczym zapałem, przy wsparciu wojsk carskich, z przeciwnikami tychże reform. Bratobójcza walka doprowadziła do tego, że Polska straciła, i tak osłabioną, pozycję suwerena w regionie na rzecz carycy Katarzyny II. Widziałem podpisanie traktatu „wieczystej przyjaźni”, jaki zawarty został w lutym 1767 roku, na mocy którego Rzeczpospolita stała się oficjalnie protektoratem rosyjskim. Widziałem też zawiązującą się w Barze w 1768 roku Konfederację i walczących tam pod hasłem „Wiara i Wolność” pierwszych prawdziwych patriotów tamtego okresu. Widziałem rozpoczęty w tym samym roku, wielokrotnie zrywany, trwający cztery lata Sejm, który jako pierwszy w Europie ustanowił w 1791 roku najnowocześniejszą w ówczesnej Europie Konstytucję 3 Maja. Widziałem kolejną zdradę narodową, jakiej dopuściła się część polskiej magnaterii przy silnym wsparciu kleru, a jaką był twór zwany konfederacją targowicką. Widziałem pierwszy rozbiór naszej Ojczyzny. Słyszałem głos Tadeusza Kościuszki, składającego przysięgę na krakowskim rynku: „Ja, Tadeusz Kościuszko, przysięgam w obliczu Boga całemu narodowi…” Słyszałem odgłosy walki polskich kosynierów podczas Insurekcji, pierwszego zbrojnego powstania przeciwko zaborcom, oraz płacz bezbronnego i ogłupionego narodu.
Spojrzałem jeszcze raz w stronę zamku, a tam nic. Wszystko znikło, okna szczelnie zamknięte, nie widać w nich żadnej postaci. Krzyk rybitw siedzących na parapetach i przenikliwy wiatr oraz łzy w moich oczach sprowadziły mnie z powrotem w świat naszej szarej rzeczywistości.

– No tak, ale o czym to ja myślałem? Właśnie niezgoda i podziały, jakie panowały w narodzie w owym przedrozbiorowym okresie, i jakie panują dzisiaj wśród Polaków, w gruncie rzeczy takie same i prowadzące prostą drogą do kolejnej tragedii, do utraty, po raz kolejny naszej suwerenności. Tylko patrzeć, jak wykluje się nowa Targowica. A może ona od dawna już istnieje? Z jednej strony nieudolny rząd, sprawiający wrażenie, że robi coś dobrego dla kraju, forsujący (często dosyć kontrowersyjne) ustawy, który jednak nie potrafi poradzić sobie z przeprowadzeniem najprostszych, potrzebnych i jakże bardzo istotnych dla sprawnego funkcjonowanie państwa reform, i tak naprawdę prowadzący brutalną walkę z opozycją o utrzymanie się za wszelką cenę przy władzy. Z drugiej tak zwana opozycja, nie mająca nic wspólnego z prawdziwą w całym tego słowa znaczeniu opozycją parlamentarną. Jej zadaniem powinno być konstruktywne przeciwdziałanie w przypadku niekorzystnych lub niebezpiecznych dla interesu narodowego decyzji podejmowanych przez rząd, czy też blokowanie ustaw szkodliwych dla prawidłowego funkcjonowaniu naszego państwa.
Taka jest rola demokratycznej opozycji w nowoczesnym państwie. Tymczasem zadanie, jakie na siebie przyjęła dzisiejsza opozycja w Polsce, to nie praca na rzecz przyszłości w duchu dobra narodowego, lecz prowadzenie polityki zamętu, którym jedynym celem jest niedopuszczenie do tego, by rządowi udało się zrealizować cokolwiek z tak zwanych obietnic przedwyborczych. Niestety, dzięki tej pełnej nienawiści postawie ugrupowań politycznych (mam tu na myśli zarówno PIS jak i PO), do głosu coraz częściej dochodzi skrajna prawica, czasami wspierana przez instytucje kościelne.

Polska po raz kolejny, powoli, ale widocznie staje się na arenie międzynarodowej mało wiarygodnym partnerem zarówno w sferze społecznej jak i gospodarczej. Co raz częściej słychać opinie, że naród polski jest na tyle skłócony, że Polacy nie są w stanie się samodzielnie rządzić.

Tam gdzie w miejsce zgodnie współdziałających ze sobą w celach obrony tożsamości narodowej, rozwoju gospodarczegoi społecznego kraju organizacji rządowych, społecznych i religijnych do głosu dochodzi żądza władzy, pieniądza oraz wpływów, wcześniej czy później dojdzie też do ogólnospołecznych konfliktów.
Stare, mądre przysłowie, że „zgoda buduje, a niezgoda rujnuje” zwłaszcza dzisiaj nabrało szczególnego znaczenia.

W ciągu ponad trzystu ostatnich lat Polska była elementem rozgrywek pomiędzy Wschodem i Zachodem, i to się nie zmieniło. Zmieniły się natomiast metody tych rozgrywek. Dzisiaj nikomu niepotrzebne jest poszerzanie granic. Przecież jesteśmy w jednej Europie. Dzisiaj, jeżeli nie siłą, to sprytem, poprzez działania ekonomiczne, gospodarcze oraz politykę międzynarodową można skutecznie ograniczać suwerenność i niezależność narodów słabszych, do których niestety i my należymy. Bo przecież nie ma nic za darmo. Prawdą jest, że jesteśmy już prawie całkowicie uzależnieni od obcego kapitału i przemysłu. Nasze zadłużenie jest tak wysokie, że nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić, w jaki sposób je spłacimy. Jednak nie to mnie najbardziej niepokoi. Boję się tego, że retoryka i metody walki politycznej, jakie stosują rząd, opozycja i kler doprowadzą do tego, że i tak podzielony już naród w swojej niemocy rozpocznie walkę wewnętrzną, a to z kolei doprowadzi do…? To czego nie widać wewnątrz, gdzie negatywne emocje, a nie zdrowy rozsądek zaślepiają umysły, doskonale widać z zewnątrz, z boku. A widać wiele analogii z okresem przedrozbiorowym, czasem wręcz z czasem rozbiorów.

Nie jestem historykiem, politykiem lub ekonomistą, a tylko Polakiem, poetą i marzycielem. Jako Polak mam jedno wielkie pragnienie, aby mój naród nigdy więcej nie doświadczył tego, czego doświadczyli nasi przodkowie. Aby Polacy swoją mądrością w prawdziwej jedności, odrzucając animozje, dokończyli dzieła budowy tej świątyni jaką jest niepodległa Polska.

Niemen

Powiadają, zwyczajna to rzeka,
Od wieków niezmiennie spokojna.
A dla mnie to obraz historii
To wieczność, to pokój, to wojna.

W jej nurcie, głębokim i żywym,
Wśród twardych granitu kamieni,
Spoczywa i godność, i wiara
Owoce polskości tej ziemi.

Tu nad brzegami, w szuwarach
Tysiące styczniowych rycerzy,
Walczyło o wolność, o Polskę,
O powrót do dawnej macierzy.

Wystarczy przyłożyć doń uszy
By poczuć, usłyszeć płacz wody.
W niej płacze ojczyzny niewola,
W niej płaczą ówczesne narody.

Niechaj mówią „zwyczajna to rzeka”
Lecz dla mnie to symbol wierności,
To świadek tragicznych wydarzeń,
Przestroga tragicznej przeszłości.

Berlin, 24.10. 2013

Drogi czytelniku, tekst ten napisałem, i odważyłem się go opublikować, bo od wielu lat obserwuję działania kolejnych rządów naszego kraju i, jako emigrant, zaniepokojony jestem tym, co się w mojej ojczyźnie, a zwłaszcza w polskim parlamencie dzieje. Ktoś w końcu musi (póki nie jest za późno) to powiedzieć. Niezgoda, ambicje jednostek i brak jedności już raz doprowadziły nasz kraj do upadku!

jesien2

W Toronto i Nowym Jorku

Ciąg dalszy opisu podróży do USA i Kanady, opublikowanego przed tygodniem pod znamiennym tytułem “Mówcie mi mierzwa”

Zbigniew Mierzwa

Najstarszy w Toronto, polonijny kościół – Św. Kazimierza – mieści się w dzielnicy Roncesvalles, wśród naszych rodaków bardziej jest znanej, jako Kazimierzowo; prowadzą go misjonarze Oblaci. Sakrament chrztu poprzedza niedzielne nabożeństwo, dziecko bez protestów wstępuje do katolickiej wspólnoty.

toronto-chrzcinyJak więc na dobrych chrześcijan przystało jedziemy uczcić ten fakt. Niestety już bez Adasia, bo musi wracać do NY, nazajutrz ma te swoje badania lekarskie. Włoska restauracja, w której zarezerwowano nam stół, karmi tak skutecznie, że drogę powrotną na Russel Hill Road postanawiam odbyć pieszo. Od kościoła do restauracji a stamtąd do domu nie jest daleko, tak mi się przynajmniej wydawało z okien samochodu. Syn tłumaczy mi, jak iść, żeby się nie zgubić, w razie czego miałem do niego zadzwonić z komórki. No tak, gdybym miał roaming na Kanadę, to bym mógł dzwonić. Na szczęście kompas w głowie jeszcze funkcjonuje w miarę sprawnie i po godzinie jestem na miejscu. Widok grubasa w garniturze, drepczącego wzdłuż nowoczesnej architektury ulicy, mógł dziwić. Krawaciarze (przepraszam warszawiaków, ale nie o nich mowa) siedzieli za kierownicami limuzyn, żeby jednak nie obrosnąć w tłuszcz, regularnie uprawiali sport, zwłaszcza popularny za oceanem jogging. Widziało się to na każdym kroku, szczególnie w weekendy. Od młodzieży po ludzi w mocno zaawansowanym wieku, naród przebierał się w dresy i biegał, gdzie się tylko dało, po skwerach, parkach, chodnikami wśród drapaczy chmur.

toronto-butelkiPo południu żegnają się z nami goście z Pensylwanii, jutro normalny, roboczy dzień. W poniedziałek, 14 października Kanada obchodzi natomiast swój Thanksgiving Day, czyli Święto Dziękczynienia i jest to dzień wolny od pracy. Syn z tej okazji spróbuje nam pokazać parę rzeczy w mieście. Jego teściowie goszczą już tutaj drugi tydzień, więc trochę już je poznali, natomiast my z Mirą chętnie wjedziemy np. na wieżę telewizyjną i zobaczymy Toronto z góry. Wjazd nie jest jednak tani i zadowalamy się panoramą miasta z wysokości 50 piętra wieżowca, gdzie mieści się biuro syna. Widok jest piękny, choć nie tak romantyczny, jak z Wieży Eiffla. Zjeżdżamy windą do piwnic biurowca, żeby zobaczyć słynny PATH – podziemne miasto, rozciągające się pod centrum Toronto.

Ten komunikacyjny system spełnia tutaj ważną rolę, szczególnie podczas męczących upałów, burz i zamieci śnieżnych. Łączna długość jego ulic wynosi około 27 kilometrów. Wszystko jest monitorowane przez kamery i ochronę poszczególnych budynków. Pierwszym, który sobie zafundował podziemne połączenie z nowym aneksem był dom towarowy Eaton Centre i miało to miejsce w 1900 r. Właściwa sieć podziemnych ulic powstała wraz z rozwojem Financial District, stworzonym głównie w czasie boomu lat 70. Każdy nowy biurowiec przeznaczał jedno, lub dwa piętra pod ziemią na ciąg handlowy i przyłączał się do sąsiednich biurowców. Tak powstało podziemne miasto, które mogłoby funkcjonować autonomicznie. Wikipedia podaje, że posiada ono ponad 1100 sklepów, domów towarowych i centrów handlowych, ma 5 stacji metra, stację kolejową, stację autobusów dalekobieżnych, obiekty sportowe, filharmonie, teatry, kina, restauracje, kawiarnie, 52 biurowce, giełdę papierów wartościowych, hotele i parę domów mieszkalnych. Ogarnąć tego wszystkiego samemu, na szybko nie sposób, podziwiam wyrazistość oznakowań drogowych. Trudniej zgubić się na powierzchni, niż tutaj.

toronto-kolumnaNad jeziorem Ontario nogi wchodzą mi już… nie powiem, gdzie. Biesiadne kalorie trzeba jednak spalić, zwłaszcza, że Ewa została z wnukiem i pitrasi obowiązkowego indyka, w końcu jest Thanksgiving Day. We wtorek wraca razem z mężem i synem do Monachium, ja dzień później do Nowego Jorku. Zostawię wnuka mojej byłej żonie i poszwendam się jeszcze przez parę dni po starych tropach sprzed dziesięciu lat. Przez internet kupuję sobie za 55 dolarów bilet na autobus, kursujący parę razy dziennie na Manhattan, syn w drodze do pracy zawozi mnie na dworzec i już jadę sobie wygodnie w piętrowym wehikule, który pierwszy przystanek ma w Buffalo, na granicy z Ameryką.

Drugi raz przechodzę dokładną kontrolę graniczną, pierwsza była w Atlancie, gdzie przyleciałem z Monachium i miałem przesiadkę do NY. Tam funkcjonariuszka odprawy paszportowej mówiła na szczęście po niemiecku i rozumiałem, co znaczy złożyć odciski palców na specjalnych czujnikach i rzucić okiem we wziernik, który je prześwietli aż do najskrytszych zakamarków myśli. Z jej kolegą w Buffalo miałem jednak pewne lingwistyczne problemy. Pytał mnie o coś po raz kolejny, ja mu na to za każdym razem, że jadę na tydzień w odwiedziny do przyjaciół. Przeszedł więc na język migowy, najpierw pstryknął znacząco kciukiem w szyję, a później pokazał, że pali papierosa. Mógł tak od razu, kiwnąłem przecząco głową. Nie przewoziłem w bagażu żadnego alkoholu ani papierosów.

Po ponad dwunastu godzinach jazdy autobusem wysiadam na ostatnim przystanku, nieopodal wejścia do metra. Z nieznanych powodów nie jest to jednak 42 ulica, gdzie mieści się centralny dworzec, tylko trzydziesta czwarta. Muszę skorygować marszrutę dojazdu na Queens, którą dał mi Adaś, bo stąd linia E nie kursuje. Moja komórka jest w Stanach równie bezużyteczna, co w Kanadzie, a w kieszeni brak ćwierćdolarówek na automat, żeby zadzwonić do przyjaciela. Sprzedawca hot-dogów w narożnej budce nie rozmieni mi dolarowego banknotu na monety, bo sam ich nie ma, a przechodnie słysząc słynną frazę koników spod PRL- owskiego Pewexu tylko szczerzą do mnie zęby. Schodzę więc do metra, studiuję mapę dojazdów i znajduję połączenie na 42. Trzeba tylko wybrać właściwy peron i pociąg, a wcześniej kupić w automacie bilet za 2,75$, za który dojadę na Queens. Wtedy poznałem Leslie, mojego Anioła Stróża, bez którego dalsza droga byłaby problematyczna.

Trzydziestoparoletnia z wyglądu, ciemnoskóra piękność stała w tłumie innych pasażerów na peronie. Dlaczego akurat ją zagadnąłem, czy czekamy na właściwy pociąg, tego nie wiem. Potwierdziła i jak to ciekawska kobieta zapytała, skąd przyjechałem. Aaaaaach z Niemiec – ożywiła się – więc możemy rozmawiać po niemiecku. Bywa od czasu do czasu służbowo w Hamburgu i Berlinie i zna ten język.

Mieszkała na Queens, jechaliśmy w tym samym kierunku. Na 42 ulicy trzeba było kawałek podejść do linii E, ale na Roosvelt Avenue, gdzie była kolejna przesiadka, nie dojechaliśmy. Z przyczyn technicznych pociąg zakończył bieg na jakiejś stacji za East River i dalej mieliśmy jechać zastępczym autobusem. Moja waliza, wypakowana w połowie markowymi dżinsami i kurtkami od syna, w których już nie chodził, ważyła coraz więcej. Ruchome schody w metrze nie działały, zejście w dół, później gramolenie się w górę, na powierzchnię dały mi nieźle popalić, ale taki już był ten mój syn. Widywaliśmy się dwa – trzy razy w roku i zawsze dostawałem podobne prezenty. Niektóre z tych rzeczy służyły mi dobrze, inne oddawałem bardziej potrzebującym, jednak tym razem była to wyjątkowo uciążliwa filantropia.

Autobus podstawiono i to nie jeden, niestety żaden nie jechał na Roosvelt Avenue. Trzeba było wziąć taksówkę i dobra setka pasażerów, która okupowała chodniki przy wyjściu z metra próbowała zrobić to samo. Wtedy z komórki Leslie zadzwoniłem do Adasia, żeby przyjechał po nas swoim samochodem i nagle zdarzył się cud. Zatrzymała się przy nas jakaś bardzo wysłużona toyota, z Arabem za kierownicą i  podchmieloną dziewczyną na tylnym siedzeniu, była to bez wątpienia najlepsza taksówka w Nowym Jorku. Na Roosvelt Avenue sięgnąłem po portfel, ale Leslie nie pozwoliła mi płacić za kurs. Kosztował kilkanaście dolarów, uregulowała należność kartą kredytową, a później czekała ze mną tak długo, póki nie zjawił się mój przyjaciel. Mieszkała parę kroków stąd. Pożegnaliśmy się serdecznie, jak byśmy byli starymi znajomymi. Na odchodnym dostałem od niej bilet wizytowy, z którego wynikało, że zajmuje się marketingiem w wydawnictwie płytowym, przy Madison Avenue. Wcześniej była wokalistką, ale o tym porozmawiamy może kiedyś, przy okazji spotkania w Niemczech.

Ula jeszcze nie śpi, w kłębach dymu pochłania z You Tube najnowsze doniesienia komisji Macierewicza.

– Cześć, obiad jest na kuchence, tylko sobie podgrzej – rzuca, nie odrywając
wzroku od ekranu laptopa.

Bardzo lubię karkówkę, tylko kto to je o północy. Robię gryza, reszta będzie na jutro. Jestem w bardzo gościnnym domu, parę dni przed moim przylotem do Stanów Ula pożegnała swoją siostrzenicę z Polski, śpię na skórzanej kanapie w gościnnym pokoju. Rano Sowa jedzie po wyniki badań, Ula, jak w każdy czwartek, ma wolne w pracy i może trochę poleniuchować, a ja do metra i na Manhattan. Mój lewy staw biodrowy klnie jeszcze na wczorajszą walizę i tym bardziej trzeba go rozruszać. Pogoda dalej sprzyja ludzkiemu mrowisku, uwijającemu się po ulicach, tylko jest już chłodniej, niż przed tygodniem. Od Hudsonu wieje, żeglarze mają powody do radości, zastanawiam się, czy nie ruszyć jednym ze statków wycieczkowych, kursujących wzdłuż Manhattanu, ale wybieram World Trade Center.

Półtora roku po terrorystycznym zamachu na Centrum Handlu Światowego, w którym zginęło prawie 3 tysiące osób, zobaczyłem tutaj tylko tragiczny krater. Dziś uwagę turystów przyciągał przede wszystkim 7 WTC, pierwszy biurowiec z nowo budowanego kompleksu, który został oddany do użytku w 2006 roku. Ma ponad 227m wysokości, 56 kondygnacji i stoi w miejscu swojego poprzednika o podobnej nazwie, który zawalił się po Twin Towers. Bliźniacze Wieże – w swoim czasie budowle najwyższe w świecie – w które ugodziły samoloty z pełnymi zbiornikami paliwa, runęły na sąsiednie budynki. Spadające odłamy elewacji i kolumny rdzenia zmiażdżyły hotel Mariott i WTC7 oraz mocno uszkodziły Financial Center 3, Deutsche Bank Building, Winter Garden, pobliską cerkiew prawosławną a także liczne domy mieszkalne. Władze Stanów Zjednoczonych podjęły decyzję, że nie będzie się odbudowywać Twin Towers. W ich miejscu, według projektu Daniela Liebeskinda, do 2015 roku ma powstać zespół budynków, w którym główny – Wieża Wolności – sięgać będzie 541 m, a więc jeszcze wyżej, niż Bliźniacze Wieże.

pomnik0Pamięci ofiar poświęcony jest park-muzeum 9/11, otwarty w dziesięciolecie zamachu. W miejscu fundamentów zburzonych budynków powstały dwa baseny, woda spływa po wewnętrznych krawędziach większego, tworząc w dole taflę, w środku której czernieje wlot mniejszego. Wygląda, jak studnia, albo otwarty grób, dna nie widać. Wymowna symbolika pustki po Twin Towers i ludziach, których pogrzebały. Ich nazwiska wyryte są na tablicach z brązu, rozmieszczonych wokół większego basenu, dostrzegam na nich także polskie. Wejść do muzeum trudno, jest kontrola, jak na lotnisku i trudno się temu dziwić. Wstęp w zasadzie darmowy, jednak grupa młodych ludzi z pojemnikami z plexiglasu, gorąco wszystkich namawia, żeby wspomóc fundację, która zajmuje się ochroną tego miejsca pamięci. Za banknot o większym nominale dostaje się się ciepłe, gulgoczące podziękowanie, za jakiś bilon – mocno wymuszony uśmiech.

W starej, protestanckiej kaplicy św. Pawła przy Church Street, oddalonej o kilkadziesiąt metrów od WTC, czynna jest wystawa pamiątek ze Strefy Zero. Jest wśród nich hełm i sprzęt strażacki, popalony mundur, są zdjęcia z akcji ratowniczej, kartki od rodzin i przyjaciół, poszukujących swoich bliskich, które wieszano na ogrodzeniu kaplicy oraz przeróżne wota i podziękowania zanoszone Bogu i ludziom za uratowanie życia. XVIII-wieczna świątynia zrządzeniem Opatrzności przetrwała zamach. Krucha, bardzo kontrastująca architekturą z nowoczesną zabudową Lower Manhattan, była pierwszy schroniskiem dla strażaków, policjantów, ich psów ratowniczych, żołnierzy i licznych wolontariuszy, którzy pospieszyli na ratunek ofiarom, ocalałym z zamachu i do odgruzowywania. W kaplicy wydawano im posiłki, była ona jednocześnie noclegownią.

Podobną funkcję pełnił pobliski, katolicki kościół św. Piotra, do którego przeniesiono zwłoki franciszkanina Mychala F. Judge`a, uznanego symbolicznie za
pierwszą ofiarę śmiertelną Ground Zero. Z pochodzenia Irlandczyk, pełnił funkcję kapelana nowojorskiej straży pożarnej. Bardzo lubiany przez swoich podopiecznych, przybył na miejsce zamachu wraz z pierwszą grupą ratowników. Spowiadał i udzielał rozgrzeszenia rannym i umierającym, najpierw na ulicy, później w lobby Północnej Wieży. Zginął, kiedy runęła południowa i jej gruzy śmiertelnie raniły wiele osób. Zdjęcie kapłana, niesionego przez pięciu mężczyzn przez zgliszcza, zrobione obiektywem fotoreportera z Agencji Reutera jest jednym z najbardziej znanych obrazów, związanych z 11 września, uważa się je za amerykańską Pietę.

Wśród śmiertelnych ofiar zamachu ponad czterysta stanowili ci, którzy pośpieszyli innym na ratunek, co nie znaczy, że jest to lista zamknięta. Wśród ludzi, którzy w krytycznym czasie mieszkali w rejonie WTC oraz brali udział w różnych akcjach ratunkowych, czy porządkowaniu terenu, z roku na rok przybywa zgonów – zwłaszcza na choroby płuc i nowotworowe, których nabawili się wdychając toksyczny pył. Dziewięć lat po zamachu rząd USA przyznał żyjącym poszkodowanym fundusz w wysokości 4 mld. dolarów, z którego finansuje się obecnie pomoc medyczną i odszkodowania za utratę zdrowia. Sowie dawano jednorazowo 50 tysięcy, ale nie przyjął, uważa, że powinien dostać więcej. Ewentualnie mogłaby to być jakaś przyzwoita, dożywotnia renta.

Wyniki badań są OK, czekają go jeszcze badania psychologiczne. Póki co jedziemy do psychiatryka na Bronx, gdzie pracuje jego brygada. Chce mi pokazać, jak wygląda robota przy ściąganiu azbestu. Tym razem jest to pryszcz – kawałek rury w kotłowni szpitala, który trzeba oczyścić i zabezpieczyć. Zajmuje się tym już drugi dzień pięciu emigrantów z Serbii i Polski. Najpierw musieli zbudować z folii trzy namioty – przepisy mówią, że w jednym robotnicy przebierają się z cywilnych ubrań w robocze, w drugim czyszczą skażone azbestem przedmioty, w trzecim myją się po pracy. Do tego zamontowali wyciąg powietrza, żeby ulotniły się zawarte w nim toksyny. Przede wszystkim jednak każdy musi pracować w masce, aby nie zachorować na pylicę azbestową albo inne świństwo i Sowa za te wszystkie sprawy odpowiada, bo jest kimś w rodzaju inspektora bezpieczeństwa i higieny pracy. Na wypadek związkowej kontroli z zewnątrz wszystko musi być formalnie zapięte na ostatni guzik, ale życie rządzi się swoimi prawami. Kiedy gonią terminy, pracuje na równi z innymi, a jak przepisy ochronne hamują tempo robót, to je sam omija.
Przeżył osiemdziesięciu kolegów, z którymi zaczynał na azbestach – chwali się. Widocznie starszy Pan na górze jeszcze czegoś od niego chce.

Mikrej postury blondas o komicznie zakrzywionym nosie, któremu zawdzięczał swój ptasi pseudonim, uchodził cało z najgorszych opresji. Parę tygodni temu, gdy stał na rusztowaniu, przeżył bez szwanku przelatujący mu tuż obok głowy nóż monterski, który niechcący upuścił jakiś pracujący wyżej słowacki robotnik. Oczywiście Adaś nie miał wtedy hełmu na głowie, bo było upalnie. Przed moim przyjazdem natomiast o mało nie wypadł z windy z XVII piętra. Na pomoście pracowali, jak zwykle, we dwóch. Winda zawalona była gruzem z azbestem, który ściągali z elewacji biurowca. Kiedy zjeżdżali w dół, trzeba było nogami równomiernie i z czuciem odpychać się od ściany, żeby nie zahaczyć o wystające klimatyzatory. Za którymś razem nie udało się. Jedna noga się spóźniła, winda zaczepiła wewnętrzną krawędzią o skrzynkę, gruz przesunął się po podłodze tam, gdzie stał Sowa i znaleźli się prawie w pionie. Gdyby nie zapięte pasy bezpieczeństwa, na dole nie byłoby czego zbierać. Oczywiście pytam, jak z tego wyszli. Adaś na to, że nie wie i rechocze po swojemu. Jakoś tak pomału, nie nerwowo udało im się tę windę w końcu wypoziomować – mówi.

Uświadamiam sobie, że ja właściwie nigdy nie widziałem go zdenerwowanego. Czasami miewał doła, ale w przeciwieństwie do mnie, zawsze potrafił trzymać na wodzy negatywne emocje. Miał naturalny talent komiczny, umiał każdego rozweselić, więc może i starszemu Panu na górze podoba się oglądanie go dalej na scenie życia. Tego lata, na początku sierpnia, wybrał się na przejażdżkę motorowym pontonem po dzikich rozlewiskach niedaleko Queens. Jest tam trochę niezamieszkałych wysepek z rezerwatami wodnego ptactwa i na którąś z nich dotarł.
Wciągnął ponton na brzeg, rozebrał się do naga i skoczył do wody. Jak każdy pływak, po pewnym czasie sprawdził, jak daleko odbił od brzegu i wtedy zobaczył swój ponton w wodzie. Zapomniał, że istnieje coś takiego, jak przypływ. Przeszedł w szybki crawl, ale podwodny prąd był silniejszy. Stracił ponton z oczu, od wysepki dzieliła go już spora odległość, więc zaczął płynąć po prostu przed siebie, na przetrwanie. Czasami w pobliżu pojawiała się jakaś motorówka, wtedy machał ręką, wołał o pomoc, tylko nikt go nie słyszał, ani nie widział. Uratował go dopiero kuter rybacki, płynący z turystami na wycieczkę.

– Rzucili z pokładu koło ratunkowe i wyłowili z morza starego, nagiego
człowieka – ironizuje Sowa. – Przy trapie dostałem zaraz jakiś koc, bo oczywiście byłem turystyczną atrakcją, poszły w ruch fotoaparaty. Prawie nic nie widziałem, morska sól zalepiła mi oczy. Poprosiłem o coś do picia, dostałem papierosa. Na brzegu czekała już na mnie policja. Opisałem całe zdarzenie, wysłali łódź na poszukiwanie pontonu i nawet szybko go znaleźli. Cały poobijany, był już prawie na pełnym morzu. Fale zmyły z burty wszystkie moje rzeczy, które zostawiłem – ciuchy, portfel, okulary, komórkę… Tylko sandały zostały, bo je wrzuciłem na pokład. Sporządzili protokół, zadzwonili do Uli, do pracy, zawieźli do domu, porządne chłopy. Możesz sobie wyobrazić zdziwienie Uli, jak mnie zobaczyła czekającego przed drzwiami, w policyjnym dresie i w klapkach. Moja lekarka, do której zgłosiłem się na badania, na następny dzień, zapytała mnie, jak długo mniej więcej płynąłem. Powiedziałem, że orientacyjnie około trzech godzin. To nieźle, jak na faceta po zawale, z bajpasami – usłyszałem. EKG wypadło w każdym razie bez zarzutu.

W sobotę rano na niegdyś bardzo polskim Green Point można kupić w hurtowni świeżuteńkie, dobrze uwędzone ryby. Brygada Sowy kończy pracę na Bronx i zbieramy zamówienia, komu łososia, komu dorsza. Polacy zaczęli się pomału wyprowadzać z tej dzielnicy, kiedy gruchnęła pogłoska, że w pobliżu powstanie wysypisko śmieci i część domów zostanie zburzona. Okazało się to zwykłą plotką, a grupa przedsiębiorczych biznesmenów, która ją rozpowszechniała, wykupiła pustostany i zrobiła z Green Point małe Las Vegas, z kultowymi kawiarniami, salonami gry, nocnymi barami i dyskotekami. Widać to zwłaszcza przy Bedford Avenue. Ceny nieruchomości w dzielnicy poszły mocno w górę i kogo nie było stać na wyższy czynsz, wyprowadzał się, ale polskich akcentów nadal na Green Point nie brakuje. Widać je na szyldach sklepów, biur podróży, banków, restauracji, słychać na ulicy.

Ryby podzielone, należność od kolegów skasowana, możemy jechać na zaplanowaną wycieczkę do ważnego dla tutejszej Polonii maryjnego sanktuarium w Doylestown, zwanego amerykańską Częstochową. To niedaleko od Nowego Jorku, około 100 mil. Pogoda dalej dopisuje, ale niestety dobry fart opuszcza Sowę. Na przedmieściach Doylestown przejeżdża skrzyżowanie na czerwonym świetle i zalicza stłuczkę. Tęgi brodacz z terenówki, który miał już zielone światło i nie zdążył wyhamować, ma ledwo porysowany zderzak, za to Sowa będzie miał chyba tylny wahacz i drzwi do wymiany, a na pewno nie wróci tym autem samodzielnie do domu. Jęczy, że nówka Honda i tak potrzaskana, a powinien się przede wszystkim cieszyć, że nikomu się nic nie stało. W drugim samochodzie jechała cała rodzina, poza ojcem za kierownicą – matka w zaawansowanej ciąży i dwie dziewczynki. Wszyscy zachowali spokój; przyjechała policja, zrobiła, co do niej należało, brodacz pojechał w dalszą drogę, a my z Sową policyjnym autem na parking.

W sumie byłoby to banalne wydarzenie, warte może tylko krótkiej wzmianki, gdyby nie godne laurki zachowanie miejscowego stróża prawa. Pierwotnie auto miało zostać na parkingu, a my mogliśmy wracać do domu i organizować transport Hondy do zaprzyjaźnionego warsztatu, co wiązało się z podwójnymi kosztami. Miejscowa pomoc drogowa nie wyjeżdżała poza granice miasta. Emerytowany sergeant o wyglądzie Clinta Estwooda, który na pół etatu dorabiał jeszcze w służbie, dał się jednak uprosić i zaczął ze swojej prywatnej komórki obdzwaniać znajomych, żeby nam pomóc. Udało się, przyjechała dwuosobowa ekipa, wciągnęli auto na pakę, Sowa zajął trzecie miejsce w kabinie, a ja znów do autobusu. Pojechaliśmy najpierw do jakiegoś sklepiku, który pełnił również funkcję kasy biletowej, policjant sprawdził, o której mam połączenie do Nowego Jorku, a później zawiózł na przystanek, przykazując, żebym się stąd nigdzie nie ruszał. Skromnie licząc poświęcił ponad dwie godziny prywatnego czasu na pomoc obcym bliźnim. Thank you sergeant!

Autobus zatrzymywał się w każdym miasteczku, przez które przejeżdżaliśmy. W sobotni wieczór ruch pasażerów był umiarkowany. Wejścia do domów i witryny sklepów były już udekorowane na nadchodzący Halloween najwymyślniejszymi straszydłami; w jakimś otwartym, rzęsiście oświetlonym garażu, długowłosy artysta o końskiej twarzy rzeźbił drewniane figury, w innym muzykowała grupa country, a wszędzie widać było niezliczone lampiony, wykonane z pomysłowo wydrążonych dyni. Tym razem autobus zakończył kurs, gdzie trzeba, na 42 ulicy i na Queens dotarłem bez problemów. Uszkodzona Honda stała na parkingu stacji benzynowej niedaleko domu; póki nie zostanie naprawiona, Ula z Adasiem będą korzystać z ich starej Hondy, która działała bez zarzutu. W niedzielę jedziemy nią na Green Point, do polskiego kościoła, wypada podziękować Bozi za to, żeśmy wyszli cało z wypadku.

Droga powrotna do Europy zaczyna się na lotnisku La Guardia, niedaleko od Queens. Z okien samolotu, przy bezchmurnym niebie, podziwiam Statuę Wolności, której tym razem nie udało mi się zobaczyć z bliska, ruch statków po Hudsonie, panoramę metropolii. Spędziłem w tym ponad 8-milionowym mieście okrągły tydzień, nie obejrzałem Manhattanu z wody, za to powłóczyłem się późnym wieczorem po rzęsiście oświetlonym Broadwayu i za dnia po Parku Centralnym. Nie zwiedziłem żadnego ze słynnych muzeów, nie zarobiło na mnie żadne biuro turystyczne, ale byłem pełen wrażeń. Kocham chodzić bez celu po obcych ulicach, obserwować różne ludzkie typy, łowić zapachy dolatujące z knajp, perfumerii, dźwięki muzyki z tanecznych parkietów, przycupnąć w jakiejś przydrożnej kafejce.

Któregoś dnia zaniosło nas z Adasiem na Brighton Beach, na południowym cyplu Brooklynu, za którym już tylko Atlantyk. Na ulicy nikt nie mówił po angielsku, był za to bazar za bazarem, jeden kusił cytrusami, drugi wódeczką, jakiej byś nie zapragnął, w następnym mogłeś sobie kupić kożuch, bo przecież szła pomału zima, a w każdym poczęstować cię mogli czajem, jeżeli oczywiście byłeś poważnym klientem. Nie bez powodu nazywano tę dzielnicę Małą Odessą, tu skupia się od pokoleń rosyjska – w szerokim tego słowa znaczeniu – emigracja. Było więc swojsko. Przy szerokim deptaku nad piaszczystą plażą rozsiadły się restauracje i bary, w których zjeść można było soljankę albo pielmieni, napić się zimnej baltiki, posłuchać kawałów, opowiadanych rosyjsko-żydowskim żargonem, albo popatrzeć, jak walczy z kielichem starszy jegomość. Purpurowa od wódeczki twarz, jakby wycięta z kreskówki o wilku i zającu, zdradza pełną determinację. Kolega w kaszkiecie nalewa z karafki, żołądek już nie przyjmuje, ale hańba odmówić, więc walczy. Co zwróci, to uzupełni, zuch! Ponoć ziąb nadchodzi i słoty, dobrze byłoby wykąpać się jeszcze w morzu, na pamiątkę pobytu w Brighton Beach. Idziemy więc na plażę i nura do wody, ale jest dosyć chłodno i długo sobie nie popływamy.

– Proszę, jacy ci mężczyźni odważni – zaczepia nas piegowata plażowiczka.

lilianaJej śpiewny angielski zdradza, że nie urodziła się na Brooklynie. Przechodzimy na rosyjski, Liliana jest naszą rówieśniczką i pochodzi z Mińska. W Stanach mieszka od 13 lat, podobnie jak Adaś ma amerykańskie obywatelstwo i pracuje jako pielęgniarka w szpitalu na Coney Island. W Mińsku była lekarzem, tutaj nie uznano jej dyplomu, więc skończyła studium pielęgniarskie i mówi, że jest zadowolona. Zarabia dobrze i dalej pomaga ludziom. Jest wdową, mąż był Irlandczykiem i pracował w policji. Zapraszamy Lilianę na kawę, a ona nas później na ukraiński barszcz, który kupuje w swoim sprawdzonym sklepie. Jemy go z plastikowych pojemników, na ulicznym skwerze i rozmawiamy o życiu.

Międzylądowanie znowu w Atlancie. Ogromne jest to lotnisko, z terminalu na terminal jedzie się podziemną, ekspresową kolejką, są oznaczone kolejnymi literami alfabetu, jak osiedla w Tychach. Podobnie, jak w tamtym kierunku, korzystam z porządnego serwisu amerykańskich linii Delta Airlines. Po kilkunastu godzinach lotu wita nas Europa, już spowita jesiennymi szarugami. Nad Monachium burza i gęsta mgła. Przy optycznie zerowej widoczności pilot pewnie osadza maszynę na płycie lotniska. Kiedy wraz z innymi pasażerami stoję w kolejce do odprawy paszportowej, wchodzą bocznymi drzwiami – kapitan samolotu wraz z załogą, wszyscy niemłodzi, a stewardessy wyraźnie zmęczone. Pierwszy pilot, o szerokiej, ogorzałej twarzy, z siwą grzywą włosów opadających na kołnierz munduru, niesie niedbale swój wiekowy kuferek, który gdyby mógł mówić… Drugi przypomina starego pirata, nie mają w sobie nic z tych irytujących, operetkowych póz, tak często odgrywanych przez ich młodszych kolegów.

– Jak było? – pyta mnie po powrocie młodszy syn, Mikołaj.
– Przejechaliśmy na czerwonym świetle, jest mandat za 126 baksów, ale na szczęście wszyscy zdrowi – odpowiadam.

Za tydzien jeszcze raz Nowy Jork