Expressionistische Märchen? (1)

Lidia Głuchowska

Berlin und andere Welten. Das hier und das ausserhalb davon… – Aquarelle von Inge Denker

Inge Denkers Werk ist poetisch und zart, von sensibler Einfindungskraft und liebevoller Hinwendung zur Natur und zur menschlichen Lebenswelt, zugleich aber hartnäckig insistierend auf die hinter der Idylle sich verbergenden Leiden. Zwischen leuchtender Strahlkraft und melancholischer Stimmung changierend, sind ihre Bilder auf keinen einfachen Nenner zu bringen. Auf den ersten Blick nehmen sie den Betrachter ihrer Schönheit wegen ein, dem zweiten Blick offenbaren sie untergründige Ambivalenz. Keine heile Welt wird gezeigt, aber eine Welt, die geliebt zu werden verdient, die des sorgenden Schutzes, ja der Rettung bedarf.

Verena Krieger, Zur Kunst von Inge Denker. In: Inge Denker. Aquarelle. Federzeichnungen. Lübeck 2004. ISBN:  3-00-014400-5.

Siehe auch: www.ingedenker-aquarelle.de

IngeAbb1Kleine Straße im Mondlicht, 1987

Verschwommene Farben, voll Licht, füllen Inge Denkers Bilder mit poetischen Gefühlen und einem Hauch von Nostalgie. Es sind Stadt- und Straßenansichten, flüchtige Erinnerungen aus unzähligen Spaziergängen – zumeist durch Berlin, manchmal durch Lübeck, seltener durch andere Orte. Gesehen, erlebt, festgehalten schaffen sie einen Gedankenraum für den Betrachter, der sie mit einem Blick erfassen und mit eigenen Gefühlen nacherleben kann.

IngeAbb3-4Erwachende Stadt, 1988 /Stadt unter der Nacht, 1987

Ein fester Bestandteil vieler Bilder ist Wasser – schon in der Textur vom Aquarell so sinnlich erlebbar, doch auch – mal als Regen, häufiger als Fluß oder die See – als das Element, das das Bild des Urbanen und der Landschaft belebt, das Natürliche, das die Festigkeit der Mauern durchbricht, das die Bewegung der Gedanken, der Schritte, des Winds in vielen Stadtecken spüren läßt.
In mehreren Ausführungen präsentiert die Malerin das Porträt einer Stadt (z.b. 1991), mit ihrem Großstadtfieber und ihrem Großstadtvulkan (1991, 1993), mit ihrem Tango-Boulevard (1996), ihrem Hohelied (1991) und ihren Engeln sogar – das facettenreiche Berlin – Berlin- grenzenlos (1993)…

Das gesamte Werk erweckt das Gefühl des Vertrauten, Bekannten und bleibt doch geheimnisvoll – fern von jedem journalistischen Dokument, gefiltert durch Fantasie und  subjektives Erleben.  Zum topographisch Konkreten tragen sprechende Titel bei, die die Routen der Malerin markieren, eine Stadt- und Landkarte mit Bildern und Schildern, ja Rufnamen, bestücken: die Rote Stadt (1987) und Stadt mit zwei Sonnen (1993). Doch es gibt hier auch den Kietz, den sie aus der Nahsicht betrachtet, wenn sie durch seine Straßen zieht und dort nicht selten anhält (z.B. Eckkneipe in Kreuzberg, 1995).

IngeAbb2-5Eckkneipe in Kreuzberg, 1995 / Müll im Hinterhof, 1995

Auf den ersten Blick scheint das Humane aus all den leeren Straßenzügen verschwunden zu sein, doch lüften diese Bilder den Atem der Malerin und des Betrachters, glühen mit deren Wärme und Sehnsucht, verzeichnen das Nachdenken, manchmal unbestimmte Hoffnung, ein anderes Mal wohl auch die Drohung des Beengtseins, und dann auch wieder einen hellen Traum. Wie eine Metapher menschlicher Gefühle wirken diese Häuser, offene Perspektiven weisen der Menschen Weg (Erwachende Stadt, 1988; Stadt in Erwartung, 1989; Trunkene Stadt; Toteninsel I und II, 1987).

IngeAbb6-7

Kleine Stadt am Wasser, 1996 / Nachtfassaden, 1996

Dem Expressionismus und der Neuen Sachlichkeit verpflichtet, bleiben diese Werke doch sehr eigen und trotz des allgemein Zugänglichen darin – intim. Vorbilder Inge Denkers waren Ludwig Meidner und Werner Heldt, doch anders als in den Bilder des ersteren von ihnen – wie es Verena Krüger zurecht bemerkt – spiegeln ihre Aquarelle nicht die Apokalypse der Gegenwart, sondern das alltägliche Dasein.  Zuzugeben ist hier jedoch, dass der Alltag der Apokalypse doch manchmal bedrohlich nahe steht. Daher äußert auch ein Teil dieser Bilder Protest gegen die Armut, die Schichtarbeit, die Naturvernichtung, existentielle Unsicherheit. Mit dem nächtlichen Anblick von Schornsteinen, dem Tor der alten Fabrik, dem Menschenzug vor der Frühschicht (1987) oder Müll im Hinterhof (1995) verzeichnen die Aquarelle Inge Denkers ungeschönt und wachsam neben der Geburt der Ökologiebewegung auch noch vor kurzem zahlreiche Friedensdemonstationen, Hausbesetzungen und – Streik (1992).

Kontrapunkt dafür ist die Landschaft – offen, breitatmig, gnädig – eine Spur des Paradieses, eine Zuflucht, ein Ruhepol. Als subjektiv erlebtes Refugium – In der Bucht, Im Norden, Winterlandschaft oder Frühling in Rußland (1988-89), gleich wie die Wolken am Watt (2008) der Abend am Leuchtturm (2002) oder – schließlich – ein Blaues Boot (1995) – locken  sie den durch ihren Anblick leicht verträumten Betrachter auf eine Reise hinter den Horizont, hinter die Stadtgrenze – weg aus der Zeit.

 inge8inge9

Winterlandschaft, 1988 / Boote am Ufer, 1988

Die neueren Aquarelle bringen Fassbareres mit herein – die in der Tinte getauchten Pastellstifte markieren unverwechselbar die Energiewege der Großstadtrhythmen, den genius loci unterschiedlicher Viertel, ihr Unverkennbares, ihre Anziehungskraft (so Berlin-Baustelle I, II, 1987; Altstadt am Wasser; Stadt der Männer, 1998, Stadt der Architekten, 2004 oder auch Klein Manhattan, 1994).

Geboren vor dem Kriege, in Düsseldorf (1936), von der Last des Nationalsozialismus geprägt, bis 1944 in Danzig-Langfuhr und Hilden, studierte Inge Denker Kunst in Düsseldorf und in Wiesbaden, dann reiste sie nach Paris, lebte in Lübeck. Jahrelang, im Berliner Kreuzberg, galt später ihre Zeit auch der Sozialarbeit, dem Großziehen der Kinder und daher dem Broterwerb. Empfindlich, empathisch, diskret veranschaulicht sie in ihrer Bilderwelt unermüdlich aufmerksam den Großstadtalltag in Geschichte und in Gegenwart. Selbst unsichtbar, Fassaden betrachtend, läßt sie in ihren Bildern auch andere sprechen und gleichzeitig – nachdenklich und vertrauensvoll – teilt sie dem Betrachter die eigene Erfahrung mit.

Fortsetzung folgt in einer Woche

Z archiwum Exodusu 1

W tym roku obchodzimy 25-lecie transformacji ustrojowej w Polsce. Z tej okazji pragnę odkurzyć kilka swoich materiałów dziennikarskich, opublikowanych pod pseudonimem Tomasz Paluch ćwierć wieku temu na łamach Exodusu, pisma polskiej emigracji, wydawanego w skromnym nakładzie, w Monachium, przez Ks. Czesława Nowaka, charyzmatycznego proboszcza Polskiej Misji Katolickiej II i współpracownika Radia Wolna Europa. Będzie to więc opowieść o innym czasie, innej emigracji, niż obecna, choć mentalnie podobieństw jest sporo. Ciekawie jest również spojrzeć na siebie – autora w przeszłości.

urodziny
Zbigniew Milewicz

Urodziny

Gospodarzem imprezy jest „Indyk”. Ma wśród mieszkańców obozu taki pseudonim, bo po pierwsze lubi się chwalić. Po drugie, kiedy wypije, robi się czerwony, jak indor i kiedy

„Inżynier” przestrzega go, że szlag trafia tylko raz, zwykle śmieje się i odpowiada, że zna lepsze szlagiery. Na przykład ,,w gorącym słońcu Casablanki…” Jedno mamy miejsce, tu jest twój ciasny, ale własny kąt… Ą zawodzi ochrypłym barytonem i zaraz dodaje, że to jego miejsce jest i będzie w Bundes, bo jego dziadek wprawdzie służył w legionach Piłsudskiego i dochrapał się tam stanowiska starszego rotmistrza, ale pochodził z Mysłowic, więc był poddanym pruskim. Toteż on „Indyk” śmiało może startować na pochodzenie i ma gdzieś wątpliwości ,,Inżyniera”. Na miejscu kumpla zastanowiłby się raczej nad tym, czy jego matka, z którą „Inżynier”nie widział się od chwili wyjazdu z kraju, a więc od ośmiu lat, jeszcze żyje. Wtedy miała 68 lat i od tamtej chwili nie wysłał jej nawet pocztówki. Pewnie starsza pani zamartwiła się na amen brakiem wiadomości od synusia. „Inżynier” obrusza się: bzdura, raz wysłał, zaraz na samym początku, ale później dali mu kopa z pensjonu, w którym mieszkał i musiał sobie szukać innego kąta. Na pewno więc mama odpisała mu na stary adres, a obecnego nie zna, bo skąd. Fakt, że wypadałoby odezwać się, ale jak wytłumaczy jej tyle lat milczenia? Co napisze o sobie? Ona ma intuicję, nie uwierzy w jakiś jego wyimaginowany sukces. Kiedy zaś przyzna się, że praktycznie niczego dobrego – poza sławą dobrego pijaka i złodzieja w ciągu tych ośmiu lat życia na Zachodzie nie osiągnął, to ją załamie. Starsza pani ma chore serce i beznadziejnie wierzy w uczciwość swoich dzieci. Kiedy jeszcze mieszkał w Poznaniu, mało się nie przejechała na numerze, który wykręcił jego młodszy brat. Jednego dnia do domu wpadła milicja i bez słowa zgarnęli synusia. Jak się później okazało, za włamania do Pewexów. Starszy syn miał matce zrekompensować ten cios. Ukończył Politechnikę i jako dobrze zapowiadający się absolwent wydziału budownictwa lądowego znalazł się w biurze, gdzie za trzy i pół tysiąca złotych miesięcznie kazali mu segregować jakieś bezsensowne papierki. Marzył mu się raczej zagraniczny kontrakt gdzieś w Iraku albo w Egipcie i twardowalutowe apanaże, za które mógłby sobie zafundować upragnione BMW i dalsze podróże po świecie. Na łapówkę kontraktową niestety nie miał środków, matka z nauczycielskiej renty też nie mogła dołożyć, ale słyszał, że na Zachodzie Polacy na własną rękę i to w szybkim tempie dorabiają się fortuny, postanowił więc sam spróbować dorobić jeszcze jedną, własną. Do Niemiec było najbliżej, poza tym miał w Bremie stryja, który czasami przysyłał listy – pisał, że tęskni za rodziną. W Niemczech też mieli najlepiej płacić za prace budowlane… Wizę dostał na miesiąc. Przez ten czas spodziewał się „odkuć”, przynajmniej na używane, jakieś pięcioletnie BMW. Stryj owszem, ugościł bratanka, ale po trzech dniach grzecznie wyprosił go z mieszkania pod pretekstem wyjazdu z rodziną na wczasy do Hiszpanii. Nie poczytał mu tego za złe, po trzech dniach i tak brakowało im tematów do rozmowy, a stryj roboty żadnej też nie potrafił załatwić. Za to dał stówkę na drobne wydatki, a od stryjenki wałówkę na drogę.

„Indyk” rozlewa’ następną kolejkę i każe kumplowi po raz nie wiadomo który relacjonować, jak dziewczyny we Frankfurcie obrobiły go z forsy. „Inżynier” nie ma ochoty odgrzewać tego wspomnienia, ale ponieważ jestem nowy w towarzystwie, to mi powie. Dwie Niemki zdjęły go ze stopu na rogatkach Bremy i zawiozły autem do Frankfurtu. I tak nie wiedział, dokąd ma jechać. Na miejscu okazało się, że panienki pracują w wesołym interesie i w jakimś barze, do którego go zaciągnęły i gdzie urwał mu się film. Musieli mu w tym barze czegoś dodać do sekta, bo przecież miał wtedy jeszcze mocny łeb. Świadomość odzyskał dopiero nocą, na jakimś skwerze, torba turystyczna leżała obok, ale z czterystu marek, które stanowiły jego cały majątek, nie znalazł ani feniga. Policjantom z patrolu, którzy chwilę później zainteresowali się jego osobą, próbował łamaną angielszczyzną wytłumaczyć, co się stało, ale nie mógł sobie przypomnieć nazwy baru, ani miejsca, gdzie się znajdował.

Tak się zaczęła jego zachodnia przygoda, która trwa do dziś. O melinach z bezdomnymi, w których mieszkał i o zwyczajach panujących w lagrach dla azylantów i przesiedleńców i tych co jadą dalej na emigrację, zarówno tych we Frankfurcie, jak i monachijskich, mógłby „Inżynier” napisać książkę. Ale kto by ją czytał? Takim starym emigrantom, jak on niepotrzebna, bo to wszystko przeżyli na własnej skórze, a w kraju i tak większość ludzi patrzy na Zachód, jak na raj. Dlatego tym nowym, co przyjeżdżają nikt nie wytłumaczy, że mają na nosie różowe okulary.
– Pożyjesz tutaj „Indyk” trochę, to je zdejmiesz – mówi ,,Inżynier”.
Ma za sobą dwa wyroki za kradzieże. Zaczął od wynoszenia wódki z Aldiego, póżniej wyspecjalizował się w skórach z eleganckich domów handlowych. Za pół ceny bez problemu znajdowały zbyt w obozach. Wpadł na głupim tytoniu na skręty, a następnym razem – na flaszce whisky, ale przecież i tak prawie wszystko z tego, co miał z kradzieży, to przepuszczał na alkohol. Po odwykówce, na którą namówiła go ostatnia narzeczona, Czeszka, nie pił prawie rok. Kiedy dziewczyna wyjechała do Kanady, znowu zaczął, ale już nie tak, jak kiedyś.
– Pracowałeś? – pytam.
– Jasne. Najpierw na „czarno”, na różnych budowach, za siedem, albo osiem marek na godzinę. Później na „biało”, za dwanaście, trzynaście. Za każdym razem były to podrzędne funkcje pomocnika budowlanego, po których wysiadły „Inżynierowi” dyski i musiał pójść do zmywania naczyń w knajpach. Innej pracy jako auslender, nie potrafił sobie załatwić i to mimo iż nie miał żadnych trudności językowych. Już po dwóch latach nieźle mówił po niemiecku. Mógł jeszcze załapać się na dworcowego sprzątacza, ale te cholerne dyski mu nie pozwalały. Kiedy więc stwierdził, że żadnej kariery zawodowej tutaj nie zrobi, wrócił pod pretekstem złego stanu zdrowia na socjal – trzysta parę marek miesięcznie to też w końcu pieniądz – a na kielicha zaczął… naciągać „Hertiego” albo ,,Kaufhof”. Ale teraz i z tym przystopował. Nie uśmiecha mu się przymusowy wyjazd do Polski. Powiedzieli mu na policji: jeszcze jedna kradzież i musi opuścić Bundes. I tak są nad podziw tolerancyjni. Dostał dwie odsiadki po pół roku i do zapłacenia w sumie kilkaset marek grzywny, w ratach, ale mógł pozostać w Niemczech, dalej na tym samym pobycie tolerowanym.

Czy chciał kiedyś sam wrócić do kraju? Owszem, zaraz na początku, ale wprowadzono stan wojenny i został. Jakoś tych osiem lat zleciało, a teraz…? Wróciłby, ale z czym, jak dziad z czarno-białym telewizorem z wystawki i ciuchami z Caritasu?

,,Indyk” jest przeciwieństwem ,,Inżyniera”. Postawnej postury i niezłomnej wiary, że podbije Niemcy, jako wykwalifikowany stroiciel organów i fortepianów. O jego zatrudnienie ubiegała się już telewizja bawarska oraz filharmonia, ale nie mógł przyjąć żadnej oferty, bo jeszcze nie ma niemieckich papierów. Siedzący przy stole wybuchają spontanicznym zdrowym śmiechem. Skrzydła boksu, w którym mieszka „Indyk”, wykonane tak jak wszystkie – z prześcieradeł, uchylają się. Wzrok Wernera, który dzisiaj ma nocny dyżur w biurze, omiata zastawiony flaszkami stół i dwa łóżka, na których siedzi towarzystwo.
– Mąż ma dzisiaj urodziny – wyjaśnia żona „Indyka”, też zaczerwieniona na twarzy, ale z tego powodu, że kłamie.
– Ach tak, to wszystkiego najlepszego – uśmiecha się sztucznie Werner. – Ale o dziesiątej proszę zgasić światło, inni chcą spać.
W obozie, zwyczajowo można tylko wtedy się napić, kiedy ktoś ma urodziny. Szczęśliwie na sali mieszka około 70 osób – Polaków, Jugosłowian, Węgrów i innych, więc prawie co dzień można zrobić imprezę. Pojutrze zdaje się moja kolej.

Następna opowieść z cyklu Exodus – za tydzień

Poezja / Krzysztof Kamil Baczyński

Musiałam przygotowując wpis na dziś wybierać między Niemenem a Demarczyk. Niemen za tydzień, a dziś…

Ewa Demarczyk

Kilka dni temu obchodziła urodziny. Urodziła się 16 stycznia 1941 roku w Krakowie.

Na moście w Avignon
Koncert w Poznaniu – maj 1980 rok /nagranie wideo – TVP S.A.
Muzyka: Andrzej Zarycki

Autor: Krzysztof Kamil Baczyński

Ten wiersz jest żyłką słoneczną na ścianie
jak fotografia wszystkich wiosen.
Kantyczki deszczu wam przyniosę —
wyblakłe nutki w nieba dzwon
jak wody wiatrem oddychanie.
Tańczą panowie niewidzialni
na moście w Avinion.
Zielone, staroświeckie granie
jak anemiczne pączki ciszy.
Odetchnij drzewem, to usłyszysz
jak promień — naprężony ton,
jak na najcieńszej wiatru gamie
tańczą liściaste suknie panien
na moście w Avinion.
W drzewach, w zielonych okien ramie
przez widma miast — srebrzysty gotyk.
Wirują ptaki płowozłote
jak lutnie, co uciekły z rąk.
W lasach zielonych — białe łanie
uchodzą w coraz cichszy taniec.
Tańczą panowie, tańczą panie
na moście w Avinion.

Oczywiście wszyscy wiemy, że to nie jest prawdziwa piosenka o tym moście. Ale oczywiście nie wiemy tyle, co Wikipedia:

Sur le pont d’Avignon – francuska piosenka, której treść odnosi się do mostu w Awinionie (pont Saint-Bénézet). Most, dziś częściowo zburzony, wybudowany został w latach 1171-1185 na rzece Rodan. Według legendy budowniczym mostu był św. Bénézet.

lavendaavignon
Treść piosenki opowiada o ludziach tańczących na moście, choć w rzeczywistości prawdopodobnie tańczyli oni pod mostem (sous le pont), gdzie znajduje się wyspa będąca popularnym terenem rekreacyjnym.

W Polsce tytuł ten kojarzy się z wierszem Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, do którego muzykę napisał Andrzej Zarycki, a wykonywali Ewa Demarczyk, Budka Suflera, Janusz Radek oraz grupa Czerwony Tulipan.

Sur le pont d’Avignon,
On y danse, on y danse,
Sur le pont d’Avignon,
On y danse, tous en rond.

Les beaux messieurs font comme ça,
Et puis encore comme ça.Sur le pont d’Avignon,
On y danse, on y danse,
Sur le pont d’Avignon,
On y danse, tous en rond.

Les belles dames font comme ça,
Et puis encore comme ça.

Sur le pont d’Avignon,
On y danse, on y danse,
Sur le pont d’Avignon,
On y danse, tous en rond.

Les cordonniers font comme ça,
Et puis encore comme ça.

Sur le pont d’Avignon,
On y danse, on y danse,
Sur le pont d’Avignon,
On y danse, tous en rond.

***
Auf der Brück’ von Avignon
Tanzen Leute, tanzen Leute
Auf der Brück’ von Avignon
Da tanzen die Leut’ im Kreis

Die Damen machen so
Und dann machen sie so

Auf der Brück’ von Avignon
Tanzen Leute, tanzen Leute
Auf der Brück’ von Avignon
Da tanzen die Leut’ im Kreis

Die Herren machen so
Und dann machen sie so

Auf der Brück’ von Avignon
Tanzen Leute, tanzen Leute
Auf der Brück’ von Avignon
Da tanzen die Leut’ im Kreis

Die Gärtner machen so
Und dann machen sie so

Auf der Brück’ von Avignon
Tanzen Leute, tanzen Leute
Auf der Brück’ von Avignon
Da tanzen die Leut’ im Kreis

***

On the bridge of Avignon,
We all dance there, we all dance there.
On the bridge of Avignon,
We all dance there in a ring.

The handsome gentlemen do like this,
And then like that.

On the bridge of Avignon,
We all dance there, we all dance there.
On the bridge of Avignon,
We all dance there in a ring.

The beautiful ladies do like this,
And then like that.

On the bridge of Avignon,
We all dance there, we all dance there.
On the bridge of Avignon,
We all dance there in a ring.

The soldiers do like this,
And then like that.

On the bridge of Avignon,
We all dance there, we all dance there.
On the bridge of Avignon,
We all dance there in a ring.

The musicians do like this,
And then like that.

On the bridge of Avignon,
We all dance there, we all dance there.
On the bridge of Avignon,
We all dance there in a ring.

***
A na moście w Avignon
każdy tańczy, każdy tańczy.
A na moście w Avignon
Każdy tańczy tak jak my.

Prześliczne panie tańczą
w przepięknych sukniach tańczą

A na moście w Avignon
każdy tańczy, każdy tańczy.
A na moście w Avignon
Każdy tańczy tak jak my.

Piękni poeci  tańczą
piękni muzycy tańczą

A na moście w Avignon
każdy tańczy, każdy tańczy.
A na moście w Avignon
Każdy tańczy tak jak my.

Piękne pisarki  tańczą
piękne malarki tańczą

A na moście w Avignon
każdy tańczy, każdy tańczy.
A na moście w Avignon
Każdy tańczy tak jak my.

Piękne kawiarki tańczą
smutne hafciarki tańczą

A na moście w Avignon
każdy tańczy, każdy tańczy.
A na moście w Avignon
Każdy tańczy tak jak my.

Ewa Demarczyk tańczy
Slaska z trudem tłumaczy…

Tańczą panowie, tańczą panie
na moście w Avignon

Foto: Krzysztof Pukański, tłumaczenie piosenki francuskiej na polski z braku lepszych ofert w sieci – Ewa Maria Slaska

Zielony zeszyt i Mama

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Zrezygnowałam z tytułu sobotnich wpisów “Stare papiery” – to są nadal stare papiery, ale jednak pojawiają się wspomnienia i bez papierów. Jak na przykład wspomnienia Kasi sprzed kilku dni, do których asumpt dały wcale nie stare papiery, lecz nowe rajstopy.

Wprowadzając regularny cykl wspomnień o Mamie wprowadziłam nie tylko mój świat i świat rodzinny w zawirowanie, ale spowodowałam zawirowania w świecie. Nagle wokół dawnych historii rodzinnych bardzo się dużo dzieje. Tak jakbym przywołując Mamę, poruszyła jakieś głębokie warstwy, z których wyłaniają się rodzinne elfy  ale i rodzinne strachy. Oczywiście, wywoływanie wspomnień to sprawa niebezpieczna. Moja facebookowa przyjaciółka, Maryna Over, napisała kilka dni temu:

Pal listy i fotografie. Drzyj notatki i zacieraj ślady. Inaczej pewnego poranka dopadną cię i wszystko zacznie się od początku. Nie ma rozdziałów, do których nie dałoby się czegoś dopisać. Nie ma zdjęć, które milczą i numerów telefonów, które zmieniają układ cyfr. Uczucia są jak podziemne źródła, a rany nie zabliźniają się. Uruchomisz efekt domina i mole przeszłości zjedzą ci kaszmirowy szal, w którym kryłaś się przed chłodem. Czas nie goi ran, to tylko wygodna iluzja. Dla rozdartych i samotnych.

Nie przechowuj pamiątek, bo z twojej szuflady / Wzbije się dym trujący dla twego oddechu. // (…) // Nie patrz w jeziora przeszłości: tafla ich rdzą powleczona / Inną ukaże twarz niż się spodziewałeś” (głos “Dziecięcia Europy” Czesława Miłosza).

Dziś z dawna obiecany zielony zeszyt. Pełen nieznanych mi już dziś tematów.

zielonyzeszytZielony zeszyt z notatkami.

Szukając Mamy, od czasu do czasu opuszczam karton po świeżych jajach i przeglądam półki z papierami. Zielony zeszyt z notatkami jest mój. Pisałam w nim w roku 2010, gdy z powodu trzech ciężkich operacji niemal bez przerwy przebywałam w szpitalach a potem w sanatorium. Nie pamiętałam wcale, że w tym zeszycie Mama jest wciąż obecna. Pojawia się w różnych miejscach i naprawdę muszę teraz wszystko przeczytać, żeby zobaczyć, że nagle, w ostatnim zdaniu jakiegoś tekstu znajdzie się i ona, choć cały tekst dotyczy czegoś zupełnie innego.

W notatkach jest właściwie wszędzie.

Zaczyna się od pojedynczych zdań, wszystkie zapisane w szpitalu. Te notatki są jak “Skarbczyk” Mamy – zapisy tego, o czym chciałabym napisać. Niektóre linijki są dziś dla mnie całkowitą tajemnicą.

krowa i tygrys
prosiłam i przyszło
Cez Noteboom

zielonyzeszyt-stronaNoteboom pojawi się też na następnej stronie. Marquez, Cortazar, Philip Roth. Przerwa. Grass, Kundera, Murakami, Noteboom.

Tu mogę się tylko domyślać, że prawdopodobnie chciałam przygotować cykl opowiadań (tego się nauczyłam od Mamy – trzeba pracować cyklami, dzięki temu nawet małe rzeczy znajdą swoje miejsce w narracji), których nadrzędnym hasłem byłoby nazwisko pisarza. Stworzyłam taką opowieść o Murakamim, a pewnie chciałam mieć ich siedem, może osiem albo dziewięć.

Ale nie wiem, jak do tych pisarzy (dlaczego to są sami mężczyźni?!) pasują te dwie kobiety?

Druga żona ojca pani z pokoju (to na pewno notatka szpitalna) – pani Arab wcale nie była Arabką, lecz Iranką, jej ojciec wziął sobie jako drugą żonę – drugą synchronicznie a nie chronologicznie – szkolną koleżankę córki. Dziś już nie tylko ojciec jest bardzo stary, ale i obie dziewczyny posunęły się znacznie w latach, bardzo się ze sobą przyjaźnią i opiekują sobą nawzajem.

Fauzia i gaje migdałowe. Opowieść o Fauzii jest konsekwencją słuchania historii pani Arab. Fauzia, Afganka, uciekinierka, była wiele lat temu moją koleżanką w pracy. Czasem, jak akurat nie miałyśmy nic do roboty, opowiadała mi o swoim życiu w Kabulu w czasach, zanim przyszli Rosjanie. Była jedną z czterech córek zamożnego człowieka, właściciela wspaniałych sadów i gajów migdałowych. Rodzina mieszkała zimą w dużym luksusowym domu w Kabulu, a na lato wyjeżdżała do pałacu w górach

Włamywacz – to historia którą zapisałam i opublikowałam zarówno na tym blogu jak w miesięczniku „Odra”. To przez niego byłam w szpitalu. Strasznie chorowałam, a wszystko wywołał stres, jeśli można nazwać stresem strach, który to zdarzenie wywołało. Ten człowiek przyszedł w nocy, obudził mnie i powiedział, że musi mnie zabić.

Operacja Hiszpania Holandia – bez przecinków. Tu znowu nie mam pojęcia, o co mi chodziło, oprócz może pewnej mini powieści Ceza Notebooma „Następna historia” – to taka inna, wcześniejsza chyba, wersja „Nocnego pociągu do Lizbony” –  wiem wiem, to inni autorzy, „Pociąg” został napisany przez Paula Merciera, ale mimo to jest to ta sama opowieść. Stary nauczyciel języków starożytnych z Amsterdamu we śnie przenosi się do Barcelony, gdzie jeszcze raz przeżywa miłość do dwóch kobiet: pięknej rudowłosej koleżanki-nauczycielki oraz swej najzdolniejszej uczennicy, która ma romans z mężem jego kochanki.

Günter Grass jest pojęciem nadrzędnym. Pod spodem są punkty, które zapewne łączy Gdańsk.

Gołąb w kościele
Mama tłumaczenia
Komputer Mamy
Menonici / Starowiercy
Dwie Ewy Slaskie
Dwie siostry księżniczki
Jacek i rewizja

Kilka z tych historii już zapisałam. Powstał wpis o dwóch siostrach, nazywa się, jakże oryginalnie, dwie siostry. Czteroletni Jacek pojawia się we wpisie „Bimber na kartki” – wpisu już nie ma, ale historia, jak mój ówczesny mąż pędził bimber i przyszła rewizja, została zapisana TU (trzeba wpisać w opcję szukania słowo “bimber”, a potem poczytać wcześniej i później).  O drugiej Ewie Slaskiej też już ostatnio napisałam we wpisie „Ewa Śląska jesienią”, choć pewnie należy się jej osobny wpis.

Menonici / Starowiercy? Grass pisał menonitach, ja o starowierach. Widziałam w tym kiedyś pewne nieoczekiwane zbieżności – dwie konserwatywne grupy, fanatycznie religijne. Menonici uciekinierzy z Holandii, Starowierzy z Rosji. Gdzieś na linii między Żuławami a Mazurami jest granica, której nie przekroczyli, a więc się nie spotkali. Jak granica między siedliskami buka i sosny.

Trzy pierwsze historie miały dotyczyć Mamy. Gołąb w kościele – wiem, oczywiście wiem, wydaje mi się, że już gdzieś o tym pisałam, o mszy żałobnej za Mamę – podczas podniesienia do kościoła wpadł gołąb i do końca mszy fruwał nad nami, bynajmniej nie spanikowany. Wszyscy byliśmy przekonani, że to dusza Mamy.

Tłumaczenia? Tu naprawdę nie wiem, o co mi chodziło.

Piszę ten tekst w pociągu ze Szczecina do Gdańska. Właśnie stoimy w Lęborku. Długo. Tu wysiadłam 15 lat temu z porannego pociągu z Berlina, wsiadłam do autobusu i pojechałam do Kartuz, dokąd odwieziono rodziców po wypadku. Ojciec wyszedł po kilku dniach. Mama po dziesięciu dniach umarła. A zapowiadało się, że idzie już ku lepszemu, ordynator szpitala odesłał mnie więc do Berlina. Był początek roku szkolnego, a ja pracowałam wówczas jako nauczycielka i właśnie zaczynałam pracę w nowej szkole. Przyjechałam na jeden dzień. Następnego dnia Mama umarła. Miałam pociąg o 6 rano. W nocy układałam nekrolog z wierszem Maschy Kaleko, którą Mama jako pierwsza w Polsce tłumaczyła. Koło północy na dole zaczęło krzyczeć wniebogłosy małe dziecko. Mamo! Mamo! Mieszkało na parterze, ja na trzecim piętrze. Rodzina się właśnie wprowadziła, wcale ich nie znaliśmy, ani rodziców, ani dziecka. Potem zresztą szybko się wyprowadzili. Być może z mojego powodu, bo to ja w nocy zareagowałam na krzyki chłopca. Najpierw zeszłam do niego na dół, usiadłam na progu przed zamkniętymi drzwiami i próbowałam go uspokoić. Podziękowałam mu za to, że wołał Mamę, bo to ja powinnam krzyczeć na cały świat “Mamo, Mamo”. Potem opowiadałam mu bajki. Gdy jednak po godzinie słuchania chłopczyk znowu zaczął krzyczeć Mamo! zadzwoniłam po policję. Przyjechali dokładnie w tym samym momencie, kiedy wrócili też rodzice. Policja nie miała powodu, żeby ze mną rozmawiać, rodzice na mnie nawrzeszczeli. Nigdy tego dziecka nie zobaczyłam.

Wracam do notatek z zielonego zeszytu. Tłumaczenia Mamy. Tłumaczyła kilka wierszy Grassa, czy to miałam na myśli?

W notatkach tego nie ma, aż dziwne, ale pisałam już też o śmierci mamy w kontekście Stefana, którego 15 lat wcześniej spotkałam po raz pierwszy i wtedy go nazwałam Thanatos. Pojawił się u mnie w Berlinie jak grom z jasnego nieba zaraz po śmierci swojej Matki, Giny, tłumaczki Achmatowej, odszedł wkrótce potem, gdy symbolicznie odprowadził na śmierć moją Mamę.

No i ostatnia notatka pod nazwiskiem Grassa – komputer Mamy. No tak. Zatrzasnął się na zawsze po jej śmierci i nigdy nic nie udało się z niego odzyskać, mimo że zatrudniliśmy specjalistów. Dlatego dziś możemy się posłużyć tylko papierami.

niebieskizeszytCiekawe, że w papierach Mamy pojawi się ciemnoniebieski zeszyt, niemal “brat” mojego zielonego. To była pierwsza Mamy książka z tłumaczeniami Lorki. Rękodzieło.

Gdy przyjrzeć się uważniej tej okładce, to widać, że to nie zeszyt, lecz oprawiony przez introligatora maszynopis.

niebieskizeszyt-strona1
niebieskizeszyt-strona2

Za tydzień – teczki i kolejne zeszyty

Usuwalnia bagażu

torby
Zdjęcie zrobione przez Dorotę Cygan na Dworcu Głównym w Szczecinie

Dorota Cygan

Zaraz, ta fotka coś mi przypomina… no, nie wiem, nieufna wyobraźnia podsuwa mi, że może praktyki bankowe (w Polsce się kiedyś mawiało „masz jak w ruskim banku”) – niestety, akurat aktualne: ty dajesz w dobrej wierze coś na przechowanie, a twoje dobra, zamienione w akcje, bank wystawia na sprzedaż, więc ich dalszy los nie zależy już od ciebie ani od banku… no, nie, niezupełnie to skojarzenie jest logiczne, ale właściwie to całkiem typowe dla skołowanego klienta wszelkich usług, które w trakcie realizacji obracają się w przeciwieństwo tego, czym miały być.

Więc właściwie ta dworcowa przechowalnia bagażu to całkiem inteligentny pomysł na mały biznes, od czegoś trzeba zacząć. Udziałem niejednego podróżnego zresztą było już z pewnością nie raz doświadczenie, że – abstrahując od sposobu – zredukowanie bagaży podnosi standard podróżowania. Ot co. Pomyślmy zresztą, jaki wymiar metaforyczny ma torba – i od razu poczujemy ulgę, że ktoś nas uwolnił od bagażu doświadczenia, balastu przeszłości itp.

Zatem – jako żeśmy urodzeni pod znakiem Analityka – przyjrzyjmy się tej inteligentnej idei biznesowej nieco dokładniej. Torba, w której dotąd coś nosiliśmy, zostaje wyceniona i wystawiona na sprzedaż. Obiektywnie, bez udziału naszych sentymentalnych skamleń, że przecież była z nami na Majorce i w Stanach, i wszędzie się sprawdziła, nawet jako przemyślny schowek przy przemycie papierosów (co akurat w pociągach relacji Szczecin – Berlin nie jest bez znaczenia). No, mówię przecież, że wyceniają obiektywnie.

Jasne, rozumiem ten szmer protestu, ja też uważam, że moja torba, niesprawiedliwie wyceniona na trochę mniej niż stówę, zawiera całkiem cenną zawartość.  Zwyczajowo pakuję bowiem do niej: …, …, …, (to jest ćwiczenie na biernik liczby pojedynczej, standardowo stosowane jako przerywnik w zajęciach językowych dla grup na poziomie A1), ale pakując z uczniami wspólną lekcyjną torbę zawsze mam ochotę powiedzieć „pakuję NIC” (po niemiecku tak można), bo takie jest moje największe marzenie, żeby wybrać się w podróż bez niczego. Jakaż to zresztą gramatycznie subtelna i ważna różnica w stosunku do odjechania z niczym! Niestety i tak nieprzydatna, bo „NIC“ jest po niemiecku nieodmienne, na lekcji o bierniku więc zupełnie nieprzydatne. Zaś w samej lekcji o życiu – to każdy niech sobie zdefiniuje, jak tam woli.

A więc jeśli torbę wyceniają obiektywnie, to jakie właściwie kryteria są dla usuwalni bagażu istotne? Czym się ona przy wycenie kieruje? Pojemnością? Rodzajem skóry? Powierzchownością czy wnętrzem mojej torby? Może jej treścią metaforyczną? Jeśli są w niej przedmioty naładowane znaczeniowo, to co? Jest tym samym automatycznie cięższa i droższa? Na co mogę liczyć? A gdyby był w niej na przykład świstek papieru, notatka z pojęciami network, sukces, samorealizacja, rodzina – to czy ma to już  ciężar gatunkowy poradnika czy jedynie hasłowej listy przebojów, aktualizowanej co tydzień nowymi derywatami tychże haseł po głównym wydaniu dziennika? A takie np. jedno zdanie z Konwickiego, mocno już pożółkłe, ale świeże jak nie wiem co, jakby napisane dzisiaj: „Każdy zaczyna od pisania wierszy a kończy na spekulacjach giełdowych” – no więc gdyby tam było na kartce papieru to jedno zdanie, wynotowane z tekstu na resztę mojej człowieczej podróży, to co? Miałoby ono wartość sentencji, wizji, przepowiedni, smutnego proroctwa  (pomyślmy, napisane w 1984 roku!)? I ile by zaważyło przy wycenie mojej torby życiowej? A może przelicznik jest inny: liczy się długość zdania, ilość liter lub głosek (by nie faworyzować grubych rz, dz i cz kosztem chudych) – no to wówczas tekst dobrego, zwięzłego  aforysty nie przysporzyłby nam niestety korzyści, wodolejstwo i redundancja oczywiście by wygrały. A może, jeszcze banalniej, decyduje sama skóra torby? Gruba czy cienka – czy ja wiem, co dzisiaj właściwie jest w modzie i społecznie akceptowane? No, a  jak to jest w przypadku ludzi? Kogo by wycenili na więcej? Może „cienkoskórnego”, co?  Hehe. Każda skóra ma swoją cenę? Precz cyniku, tu chodzi jednak o pryncypia. Inna sprawa, że niby skóra torby nie równa się skórze twarzy, ale bywa, że torba jest naszą twarzą, bezbłędnie poznasz, kto jest kto i skąd przybył, prędzej jeszcze niż po rysach. Więc co będzie wisieć na mojej torbie? Jaka cena? Dociągnę do stówki? To mniej więcej tak samo łatwo zgadnąć jak to, czy dociągnę do sześćdziesiątki. Jak widać, zdjęcie pokazuje pewien problem egzystencjalny, gdyby jeszcze ktoś miał wątpliwości.

Przypomina mi się tu jeden nieśmieszny epizod mojej życiowej podróży, sprzed jakichś siedmiu lat. Gdy wracałam z fundowanego pobytu bibliotecznego, złodziej-idiota, włamawszy się do mojego samochodu, „wyswobodził” mnie z dwóch toreb pełnych… odręcznych notatek z archiwaliów, lekko licząc 10 kilo razem, pisanych ołówkiem, drobnym maczkiem przez trzy miesiące po ileś godzin dziennie, wbrew zmęczeniu i na przekor innym ciągotom. Nie mam złudzeń, ciężar gatunkowy tych notatek  mniej go może poraził niż fakt, ze targał głupiec te torby z wysiłkiem, by na koniec (niechybnie tak było, bo zapadły się pod ziemię mimo moich upartych poszukiwań przez kilka dni w całym mieście) wyrzucić je ze złości do Odry. Jedynie ten obrazek jest mnie dziś w stanie skłonić do uśmiechu na myśl o ciężarze gatunkowym mojej ówczesnej torby, – a i wadze tego doświadczenia, że wiedzę jednak lepiej przechowywać w głowie niż w notatkach. A ile jest warte takie rozpoznanie? I na ile zależy od zawartości torby? Dla mnie subiektywnie może więcej niż stówkę.

A moje Życiowe Torby Zebrane? Gdyby je tak przyjęto do usuwalni bagażu? Wraz z innymi, i bagaże wszystkich podróżnych przechowano by  w ten sam sposób – i gdyby się okazało, że wszystkie wycenione torby natychmiast znalazły nabywcę, poszły w mig, tylko moja jakoś nie – to co? Jakby tak została i nie byłoby chętnych? Co by to znaczyło? Że mój bagaż życiowy nic niewart? Albo mniej niż doświadczenia innych? W dodatku dla wszystkich jest to jasne i oczywiste – oprócz mnie jednej? I nikt mi tego przez delikatność nie mówi, żeby mnie nie zranić? I tak, na przykład, każdy wita się ze mną jakby nigdy nic, wiedząc dobrze już po sekundzie, że niczego z tego życia by nie chciał kupić? To  co by to właściwie znaczyło? Że za mało w nim głębszych treści? Za mało atrakcyjnych gadżetów? Produkt nieoryginalny, zapożyczony, czy wręcz ordynarna podróbka cudzego życia? Zawartość niesprzedawalna, bo nieurozmaicona? Tak, najprędzej chyba to ostatnie.

Bo trzeba patrzeć, co się wkłada do torby. No proszę, gdyby nie Dworzec Główny w Szczecinie, jutro bym pewnie starym zwyczajem znów wyjałowiła dzień z wszelkich przyjemności, wypełniając swą dzienną torbę łańcuszkiem obowiązków. Na ramię i w drogę, jak od lat. Może tymczasem jednak, dzięki napotkanej usuwalni bagażu, w porę pomyślę o spakowaniu do torby jednego lekkiego słowa: „nie”. Waży niewiele, a jakiż ma ciężar gatunkowy! I siłę rażenia także. Biorę. O ileż lżej mi będzie z tym słówkiem w bagażu. No to jedziemy. Za późno nie jest.

Ciepłe majtki w kwiatki

Dziś wpis mojej siostry, ale najpierw pewna uszczypliwość ode mnie. Otóż aby zilustrować to, o czym pisze Kasia, zapragnęłam znaleźć obrazek z bardzo specjalnymi ciepłymi majtkami w kwiatki. Wpisałam takie hasło w polskiego google’a i oto co mi się pokazało:

cieple-majtki-kwiatki-polRównież przy (sc)rolowaniu w dół odpowiednich majtek nie znalazłam. Przetłumaczyłam więc polskie hasło na niemiecki (warme Unterwäsche Blumenmuster) i otrzymałam TO!

cieple-majtki-kwiatki-niemPatrzyłam i patrzyłam, oczom nie wierząc. To jest społeczeństwo, w którym żyję od ćwierć wieku! O mamo!

rajstopyOK, obejdziemy się bez obrazka majtek. Musi Wam wystarczyć wyobraźni.

Katarzyna Krenz o Irenie Kuran-Boguckiej

Dla wyjaśnienia – dostałam od mojej siostry na gwiazdkę czarne rajstopy w małe czerwone różyczki. Piękne. A tuż przed gwiazdką kupiłam sama sobie granatową sukienkę Vintage w malutkie czerwone kwiatuszki. Oba elementy konfekcyjne odtworzyły nagle i niespodziewanie gdańskie lata 60. Wczoraj Esden-Tempski i Anka Gwiazda zabrali mnie do Polski lat 80, dziś moja siostra wysłała mnie w lata 60.

Cieszę się, że ci się podobają, wiem, że lubisz ładne rajstopy,
🙂
Poza tym nie wiem, czy wiesz, dlaczego kupuję te rajstopy tak namiętnie, bo nie wiem, czy pamiętasz, że dostałyśmy kiedyś takie “ciepłe majtki” od Mamy. Przywiozła je nam z Włoch, gdzie była na stypendium. Pamiętasz? Spędziła tam 3 miesiące. Jeździła, zwiedzała, a pieniądze, jakie dostała z ministerstwa Kultury i Sztuki, podzieliła na “bieżące” i “na zaś” czyli na prezenty. Bieżące szły na jedną puszkę sardynek i tabliczkę czekolady – to była jej codzienna porcja, do końca życia szprotki ją wzruszały, bo przypominały jej słońce na ulicach Florencji i Neapolu. Jadła te puszki na ulicy? w parku? w tanim hosteliku? (bo przecież nie w porządnym hotelu, na co stypendium ministerialne zapewne nie pozwalało). A więc szprotki, a do tego jedna kostka czekolady, kupowała najtańszą, kulinarną, w grubych tabliczkach o dużych kostkach, pamiętam, że przywiozła jedną – może ostatnią z tych swoich dziennych porcji? I przywiozła nam  prezenty: ciepłe majtki. To była zmora naszej młodości, konieczny dodatek do cienkich nylonowych pończoch z pasem i klamerkami, z kawałkami gołego uda wystawionego na podmuchy zimowego wiatru. A tu nagle takie majtki: eleganckie, wyjątkowe i wyjątkowo piękne. Ty dostałaś czarne w niebieskie kwiateczki, a ja właśnie takie, jak te pończochy, na czarnym tle kolorowe! Nosiłyśmy je tak, żeby brzeżek wystawał spod krótkiej spódniczki, żeby je pokazać! Poza tym Mama przywiozła nam kostiumy kąpielowe – elastyczne, do ciała, mój był w niebieskie kwiaty, nosiłam go latami, przez studia, do czasu, gdy wyszłam za mąż. Mam go jeszcze dziś! Dostałyśmy też bluzki – moja była w białe, kremowe i błękitne paski, dzianina była prążkowana. Zagraniczna! Jak z filmu! Sandałki? Czy przywiozła nam też sandałki?

Bluzki nie pamiętam, sandałków na pewno nie było, kostiumy – tak, oczywiście pamiętam, ale przede wszystkim hitem prezentowym były te majtki! Te majtki!
Dziękuję mojej siostrze za ten wpis!

Stanisław czyli tam i z powrotem

Był / jest z Gdańska. Znałam go wiele lat temu i była to znajomość nowojorska (jeśli na przyjęciu porozmawiałeś z kimś dłużej niż minutę, to jest on twoim znajomym). Byłam bardzo dumna z tej znajomości, bo fajnie było znać autora skandalicznego tomu wierszy. Chodzi mi o debiutancki tom, zatytułowany “Wytrwale rozwijam swe złe skłonności” (Wydawnictwo Morskie, 1978). Wiele lat później przeczytałam jego powieść “Łowcy orchidei” o wyjeździe “tam” czyli do USA. Na owe czasy była rzadkim w Polsce zjawiskiem literackim, bo jej bohaterami byli dwaj homoseksualiści, czy raczej – chyba – biseksualiści. W każdym razie wątek homoseksualny był w niej bardzo wyraźnie zarysowany. Potem autor zniknął mi z oczu i pamięci, aż objawił się z powrotem tym oto zdjęciem na Facebooku:

pustynna-mleczarniaPod zdjęciem znalazł się taki oto wpis:

PUSTYNNA MLECZARNIA for sale
Ten opuszczony budynek znalazłem włócząc się po pustynii Mohave. Kiedy wyjeżdżałem do Polski Tymoteusz Karpowicz zapytał mnie – „Na czym opieram decyzję wyjazdu do Kraju?” i zostawiam majątek, który przez lata pobytu w Chicago zgromadziłem, amerykańską żonę, przyjaciół. W jego oczach ujrzałem strach przed tą decyzją, bo zagrażała jego pewności, że dobrze robi, mieszkając tyle lat poza krajem i sprzedając swój talent i Misję za dolary, zarabiane wykładami na amerykańskim Unwersytecie. − Ja po prostu, odrzekłem, wracam do domu… bo umieram z tęsknoty. Każdego dnia cieszę się chodząc ulicach rodzinnego Miasta (…) coraz głębiej wbija mi się nóż Codzienności. Muszę, jak wszyscy, płacić srogo za swoją romantyczną decyzję. Tymek umarł w Chicago i to była ta odpowiedź jego serca. A ja, cóż, płacę podatki za deszcz i śmieci, nienapisane książki, o których długo w noc dyskutowaliśmy z mym przyjacielem, Gigantem polskiej poezji. Kto powiedział, że życie artysty jest łatwe? Pani Katarzyna Krzan, Szefowa e-bookowa wydała właśnie ŁOWCĘ ORCHIDEI i, tak jak przedtem, UCIECZKĘ DO POLSKI, a w przygotowaniu jest KUNDEL, a wszystko to w TRYLOGII HETEROSEKSUALNEJ Ciągle rozmawiam w myślach z Tymkiem. Do zobaczenia Przyjacielu. Jeszcze muszę odbębnić moje DRUGIE ŻYCIE, ale w końcu się zobaczymy, mam nadzieję, że nie będzie to Piekło.

ucieczka-do-polskiZnawcy Gdańska i polskiej literatury współczesnej już wiedzą, o kim tu piszę. Stanisław Esden-Tempski. Twierdzi, że polski światek znienawidził go za tę nową powieść czyli “Ucieczkę do Polski”. Bohater wyjechał “tam”, teraz wraca “z powrotem”. Weszłam na stronę e-bookowa. Znalazłam fragment “Ucieczki” do poczytania za darmo i kupiłam ją sobie za złotych polskich 12. Warto! Zanim jednak przejdę do samej książki, poproszę, byśmy spojrzeli na okładkę. Bo to dowód na to, że świat jest mały. Okładkę zaprojektowała Anna Gwiazda, kolejna moja nowojorska znajoma, siostra słynnego Andrzeja Gwiazdy, wspaniała graficzka. Anna, Andrzej i Stanisław wspólnymi siłami skonstruowali dla mnie maszynę czasu i przenieśli mnie do Gdańska młodości (mojej) i wolności (naszej).

Do Stanów przypłynąłem pontonem. Na ten wspaniały ponton musiałem najpierw zarobić. Pierwszy miesiąc pobytu w tym pięknym kraju spędziłem na zbieraniu glist i innego robactwa na polach dla firmy zajmującej się zaopatrzeniem wędkarzy w żywą przynętę. Musiałem gonić je na kolanach, w świetle księżyca, jak jakiś glizdojad, a one zawsze umiały skryć się przede mną pod ziemią. Nigdy nie myślałem, że dżdżownice mogą tak szybko uciekać przed człowiekiem! Na przestrzeni kilku metrów urządzały sobie tor wyścigowy. Te robaki miały mi podsunąć pod stopy latający dywan, bym mógł dotrzeć do Chicago. Musiałem zebrać dwa tysiące kanadyjskich dolarów, by przeszmuglować się przez granicę którymś z polskich traków. Wreszcie robaki śniły mi się po nocach. Po zebraniu dwudziestu skrzynek dżdżownic i innego świństwa, wychodzącego o zmroku z ziemi, miałem dokładnie tyle, by kupić sobie ponton. Wyobrażałem sobie tę chwilę, jak start w nowe, wolne życie. Wyzwolenie, które glisty powitają chóralnym wrzaskiem, płosząc krety i pieski stepowe.

esden-recenzja
Ciekawe, że w recenzji, która krytykuje ilość błędów w e-booku, też są błędy. “Na rzeczywistość spoglądamy oczami Sławka Balda, czterdziestoparolatka, który właśnie wrócił do Polski po kilkunastu lat spędzonych na nielegalnej emigracji w USA.”

Ale jeszcze ciekawsze jest to, że najwyraźniej powrót do kraju (Kraju?) z amerykańskiej wylęgarni mitów o powodzeniu, budzi niezwykłe, negatywne emocje. Mieszkam od lat w Berlinie – w tym czasie dziesiątki moich znajomych powróciło z Niemiec do Polski i nie wydaje mi się, by te powroty spotkały się z jakąkolwiek krytyką.

Może rzeczywiście problemem jest mit, polski mit o ZAGRANICY. My, ci z Niemiec, nie mamy za sobą żadnych mitów, a jeżeli, to same negatywne. Gdy wyjeżdżaliśmy – byliśmy zdrajcami i sprzedaliśmy się za niemieckie pieniądze. Jak porzucamy mit negatywny i wracamy, to być może podświadomie widzi się w nas powracających do domu braci marnotrawnych. Natomiast ci, którzy jadą TAM, za Ocean, to zupełnie inna sprawa. Przy wyjeździe otacza ich podziw i zazdrość, a gdy wracają – pogarda, bo nośnik mitu zakłada, że potwornie się nam tam nie udało. Myślę, że tak może być. Ale może Stanisław, który odbył mityczną drogę tam i z powrotem, coś nam tu dopowie.

Koty once mehr

Kilka dni temu chciałam napisać o kotach, a i tak mi wyszło o kotach i rodzinie. Ciekawe, co dziś wyjdzie? W planie obrazy nowoczesne, które znalazły i opublikowały na Facebooku Maryna Over i Teresa Bogucka.

Dopisane i dodane kilkanaście godzin później. Do facebookowych inspiratorek dołączyła Graża Grużewska.

Henri Matissematisse-dziewczynazczarnymkotem (1869-1954)

Dziewczyna z czarnym kotem / Mädchen mit schwarzer Katze / Girl with a black cat / Marguerite avec un chat noir

1910







ernst-ludwig-kirchner-die-artistin-die-bruckeErnst Ludwig Kirchner (1880-1938) – deutscher Maler und Grafiker, Gründungsmitglied der Künstlergruppe Brücke / niemiecki malarz i grafik, jeden z założycieli grupy Brücke / German painter, one of founder of an artist group Brücke

Artistin Marcella / Dziewczyna z cyrku /Circus girl

1910




teresa marzy - z kotem - Balthus1938 - MOMA

Balthus (Balthasar Kłossowski de Rola 1908-2011) 1938
MOMA
Thérèse dreaming

ein polnisch-deutsch-französischer Maler / malarz polsko-francusko-niemiecki / a Polish-German-French painter

Dreaming

nowoczesneJA


Ten autoportret został namalowany w roku 1933  przez Kate Diehn-Bitt, niemiecką malarkę, urodzoną w roku 1900 w Berlinie (zmarła w roku 1978).

Selbstporträt 1933

Self-portrait


Mary Beth MackenzieMary Beth McKenzie

Amarican painter born 1946

Balysh Nastulya (Балыш Анастасия Ивановна) z Mińska / aus Minsk Belaruss / from Minsk White Russland – modern painter

Balysh Nastulya -z kotem

Siergiej Rimashewskij / Rymaszewski (Сергей Pимашевскй)

sergiej-rimashewskij

PS. I do not know anything about last two painters. Balysh Nastulya is a young woman, Siergiej Rimashewskij must be a man, but where is he from or how old?
I did not find anything about him in internet.

Co się zdarzyło w Kambodży?

Clean Clothes Campaign potępia przemoc wobec pracowników branży odzieżowej w Kambodży

Clean Clothes Campaign oraz inne organizacje walczące o ochronę praw pracowniczych a także związki zawodowe na całym świecie wyrażają swoje oburzenie w związku z brutalnymi aktami przemocy i represją w Kambodży w odpowiedzi na demonstracje pracowników branży odzieżowej i obuwniczej, którzy domagają się podniesienia płacy minimalnej.

Clean Clothes Campaign, International Labor Rights Forum, Worker Rights Consortium, Maquila Solidarity Network, United Students Against Sweatshops, International Union League for Brand Responsibility, Workers United, SEIU, Framtiden i våre hender, oraz CNV Internationaal wzywają globalne marki odzieżowe do podjęcia natychmiastowych działań oraz do podjęcia rozmów z rządem w Kambodży, żądając:

  • Natychmiastowego zakończenia wszelkich aktów przemocy i zastraszania wobec pracowników i ich przedstawicieli;
  • Uwolnienia wszystkich osób aresztowanych za udział w walkach*;
  • Poszanowania prawa do wolności zgromadzeń oraz prawa pracowników do strajku;
  • Powstrzymania się od postawienia zarzutów pracownikom i przywódcom związków zawodowych, którzy uczestniczyli w strajku;
  • Wznowienia pokojowych negocjacji dotyczących płacy minimalnej; oraz
  • Zapewnienia, że wszystkie osoby odpowiedzialne za przemoc wobec strajkujących zostaną pociągnięte do odpowiedzialności.

Akty przemocy wobec pracowników branży odzieżowej rozpoczęły się po tym, jak 24 grudnia 2013 r. związki zawodowe w Kambodży wezwały do ogólnokrajowego strajku.  Pracownicy domagali się podniesienia minimalnej płacy miesięcznej do wysokości 160 USD.  W odpowiedzi na kontynuację protestów, w dniach 2 i 3 stycznia policja i wojsko użyły siły, zabijając co najmniej 4 osoby i raniąc niemal 40.

7 stycznia br. siedem marek wystosowało otwarty list do rządu w Kambodży, w którym wyraziły swoje zaniepokojenie w związku z ostatnimi aktami przemocy.  To godne pochwały, że te marki są gotowe wyrazić swoje poparcie dla sprawy i bulwersujące, że tak wiele innych marek pozostaje biernych w obliczu tak rażącego pogwałcenia praw człowieka w ich sektorze. Ponieważ u podstaw demonstracji leżą głodowe płace, globalne marki odzieżowe muszą także uznać rolę, jaką pełnią w tej sprawie i podjąć natychmiastowe działania, obejmujące:
* Publiczne oświadczenie, że wszelkie przyszłe zamówienia dotyczące odzieży i obuwia w Kambodży będą uzależnione od:
natychmiastowego zaprzestania aktów przemocy wobec pracowników;
uwolnienia wszystkich osób zatrzymanych podczas protestów płacowych i wycofania wszelkich oskarżeń
przywrócenia przez rząd prawa do strajków i zgromadzeń
* Płacenie godnych cen fabrykom, wystarczających do tego, by pracodawcy mogli wypłacać godne pensje;
* wspieranie żądań pracowników o znaczną podwyżkę płacy minimalnej (do 160 USD); oraz
* Zobowiązanie się do utrzymania wolumenu zakupów z Kambodży, jeśli płace wzrosną.

„Chociaż koncentrujemy się przede wszystkim na bezpieczeństwie i dobrostanie zatrzymanych pracowników, wzywamy także marki do tego, by uwzględniły długofalowe konsekwencje swoich praktyk zakupowych.” powiedział Jeroen Merk z Clean Clothes Campaign. „Dopóki marki nie uświadomią sobie, że te praktyki przyczyniają się do głodowych pensji wypłacanych pracownikom w Kambodży, a te z kolei do demonstracji, których właśnie jesteśmy świadkami, żadna marka, która pozyskuje produkty z Kambodży, nie może twierdzić, że działa w sposób sprawiedliwy czy przyzwoity.”

Branża odzieżowa w Kambodży, w której zatrudnionych jest ponad 500.000 osób, stanowi około 95% eksportu tego kraju i jest warta 3,38 miliardów euro rocznie.  Minimalna płaca jest daleka od godnej płacy, a pensje głodowe otrzymywane przez pracowników przyczyniają się do szokujących poziomów niedożywienia głównie wśród młodych kobiet pracujących w tej branży.

„Ostatnie przerażające wydarzenia pokazują, dlaczego władze nie mogą już pozwolić sobie na ignorowanie aktualnych problemów społecznych oraz złych warunków życia pracowników w Kambodży,” powiedział Tola Meoun, przewodniczący programów pracowniczych dla ośrodka kształcenia prawnego sektora NGO w Kambodży (Labor Programmes for the Cambodian NGO Community Legal Education Centre).

W piątek, 10 stycznia, w ambasadach i innych miejscach na całym świecie odbywają się akcje prowadzone w akcie solidarności z pracownikami z Kambodży.  W ramach tego dnia wsparcia uczestnicy kampanii będą wzywać rząd w Kambodży do uwolnienia osób zatrzymanych podczas protestów oraz do przywrócenia negocjacji w sprawie płacy minimalnej.
___
* Co najmniej 23 osoby zostały zatrzymane.  Do dnia 8 stycznia ich miejsce pobytu było nieznane.  Wczoraj otrzymano potwierdzenie, że są oni przetrzymywani w więzieniu CC3. Jest to odizolowany zakład kary mieszczący się w odległości dwóch godzin od miasta Kampong Cham na północny wschód od stolicy, Phnom Penh.  Więcej informacji można znaleźć na stronie: http://www.licadho-cambodia.org/

Materiały źródłowe:

Systematycznie uaktualniane informacje na temat wydarzeń w Kambodży można znaleźć pod następującymi adresami:

LICADHO – Cambodian League for the Promotion and Defense of Human Rights – http://www.licadho-cambodia.org

CLEC – Community Legal Education Center – http://www.clec.org.kh/

Informacje na temat wydarzeń z dnia wsparcia 10 stycznia dostępne pod adresem: https://www.facebook.com/events/712507662107438/permalink/713185108706360/

U nas na blogu już kilkakrotnie wspierałam akcje polskiej Zielonej Sieci i polskiego odziału kampanii Clean Clothes. Namawiałam też (i nadal oczywiście namawiam) do świadomego kupowania odzieży.

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/05/15/polska-zielona-siec/
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/05/29/cropp/
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/09/25/apel-clean-clothes-polska/

Poesia – Poesie – Поезія / Bella Ciao

Goran Bregović śpiewa Bella Ciao upominając się o prawa Cyganów (i niech mnie arcybiskup Michalik wyklnie za używanie słowa Cygan!). Artysta w informacji napisał, że to jego słowa i jego muzyka.

Bardzo lubię Bregovića i jestem bardzo “za” w kwestii cygańskiej, ale Bella Ciao to stara włoska piosenka, śpiewana już w latach 20 przez robotnice, zbierające owoce, które skarżą się na szefa i okropne warunki pracy.

W czasie wojny śpiewali ją partyzanci i oryginalny tekst z tego czasu, już przerobiony na pieśń bojową, brzmi tak:

Una mattina mi sono svegliato,
o bella, ciao! bella, ciao! bella, ciao, ciao, ciao!
Una mattina mi sono svegliato,
e ho trovato l’invasor.O partigiano, portami via,
o bella, ciao! bella, ciao! bella, ciao, ciao, ciao!
O partigiano, portami via,
ché mi sento di morir.E se io muoio da partigiano,
o bella, ciao! bella, ciao! bella, ciao, ciao, ciao!
E se io muoio da partigiano,
tu mi devi seppellir.E seppellire lassù in montagna,
o bella, ciao! bella, ciao! bella, ciao, ciao, ciao!
E seppellire lassù in montagna,
sotto l’ombra di un bel fior.Tutte le genti che passeranno,
o bella, ciao! bella, ciao! bella, ciao, ciao, ciao!
Tutte le genti che passeranno,
Mi diranno «Che bel fior!»
«È questo il fiore del partigiano»,
o bella, ciao! bella, ciao! bella, ciao, ciao, ciao!
«È questo il fiore del partigiano, morto per la libertà!»
 Eines Morgens bin ich erwacht
(An diesem Morgen bin ich aufgestanden)
Oh Schöne Ade, Schöne Ade, Schöne Ade! Ade! Ade!
Eines Morgens bin ich erwacht
Und fand den Eindringling vor.Oh Partisan, bring mich fort
Oh Schöne Ade, Schöne Ade, Schöne Ade! Ade! Ade!
Oh Partisan, bring mich fort
Denn ich fürchte bald zu sterbenUnd falls ich als Partisan sterbe
(Und falls ich in den Bergen sterbe)
Oh Schöne Ade, Schöne Ade, Schöne Ade! Ade! Ade!
Und falls ich als Partisan sterbe
(Und falls ich in den Bergen sterbe)
Dann musst du mich begrabenBegrabe mich dort oben auf dem Berge
(Und du musst mich begraben)
Oh Schöne Ade, Schöne Ade, Schöne Ade! Ade! Ade!
Begrabe mich dort oben auf dem Berge
(Und du musst mich begraben)
Unter dem Schatten einer schönen BlumeUnd die Leute die daran vorbeigehen
(Und alle jene die daran vorbeigehen)
Oh Schöne Ade, Schöne Ade, Schöne Ade! Ade! Ade!
Und die Leute die daran vorbeigehen
(Und alle jene die daran vorbeigehen)
Werden mir sagen: „Welch schöne Blume!“
(Und sie werden sagen: „Welch schöne Blume!“)Dies ist die Blume des Partisanen
(Und dies ist die Blume des Partisanen)
Oh Schöne Ade, Schöne Ade, Schöne Ade! Ade! Ade!
Dies ist die Blume des Partisanen
(Und dies ist die Blume des Partisanen)
Der für die Freiheit starb

Ciekawe, że tekst niemiecki jest prawie dwa razy dłuższy niż włoski. Z dzieciństwa pamiętam, że śpiewaliśmy tę piosenkę na koloniach letnich jako bardzo niewinną historyjkę zbieraniu kwiatów dla mamy. Potem, w miarę jak dorastaliśmy, okazywało się, że jednak “dam ojczyźnie ogromny bukiet, a z nim serce moje dam”.  Refren brzmiał “Bella Ciau” a właściwie nawet “Bella ciał”.

Polska Wikipedia podaje oficjalne tłumaczenie wersji oryginalnej, ale nie potrafię się z nim utożsamić. Dla mnie to jednak piosenka o tym, że poszedłem w góry o świcie i nazbierałem bukiet kwiatów. Ale proszę bardzo, jak ktoś chce, to tłumaczenie jest TU.

Z biegiem czasu ta włoska piosenka ludowa stała się jedną z najsłynniejszych bojowych pieśni antyfaszystowskich, aby jeszcze po kilkudziesięciu latach stać się po prostu wyrazem protestu –  tu Bella Ciao w dziewięciu językach. W tym po chińsku, arabsku i turecku.

A na zakończenie tekst przerobiony na ukraiński i opublikowany na you tubie w grudniu 2013 roku:

Всі кажемо Віті ЧАО (Wszyscy mówimy odejdź Witia)

Прощай, гаранте, Не повертайся!
А Вітя чао, Вітя чао, Вітя чао-чао-чао!
І Межигір’я, і Сухолуччя
Музеєм стане завтра все.

Жорстокий беркут, Суди продажні…
А Вітя чао, Вітя чао, Вітя чао-чао-чао!
Ні прокурори, ні Вовка Путін,
Не захистять вони тебе!

Вставай Країно! Прокиньтесь люди!
А Вітя чао, Вітя чао, Вітя чао-чао-чао!
Всім на Майдани виходить треба
Проти свавілля влади стать.

Нам буде важко, Ми всі це знаєм.
А батя чао, батя чао, Батя чао-чао-чао!
Та за свободу рідного краю
Боротись будем до кінця!

***

A tu wersja z Omanu, którą wstawiłam do tego wpisu 27 października 2022 roku, czyli prawie 10 lat później.

https://www.facebook.com/664672729/videos/10156758445437730/