Stuart 40

When my body won’t hold me anymore
And it finally lets me free
Will I be ready?
When my feet won’t walk another mile?
And my lips give their last kiss goodbye?
Will my hands be steady when I lay down my fears, my hopes, and my doubts?
The rings on my fingers, and the keys to my house
With no hard feelings?

Kiedy ciało przestanie mnie już trzymać
I w końcu będą wolny.
Czy będę przygotowany?

Na to, że nogi nie pokonają już ani mili?
A usta po raz ostatni pocałują kogoś na do widzenia?
Czy ręce nie będą drżały, kiedy odłożę już obawy, nadzieje i wątpliwości?
Zdejmę pierścionki z palców i odłożę klucze od domu
Czy zrobię to bez żadnych złych uczuć?

The Avett Brothers, No hard feelings

Joanna Trümner

Siostry

Siostra Briana – Jane z córką i Kate z partnerem i dwójką dzieci leciały z Abu Dhabi do Sydney tym samym samolotem. „Ta podróż to piekło”, przeklinała w duchu Kate, idąc z synem po raz trzeci w ciągu ostatniej godziny lotu do toalety. Postanowiła, że następnym razem przyleci do brata sama – bez dzieci i bez Waltera. Jego rozdrażnienie wielogodzinną podróżą rosło z godziny na godzinę. „Jeszcze chwila, a wybuchnie i będę musiała go uspakajać”, westchnęła Kate, siadając.

Kilka rzędów za nią siedziała siostra Briana – Jane. I ona myślała, że następnym razem wybierze się do Australii sama, bez naburmuszonej córki i jej złego humoru, który zaczął się już w Londynie. Wspólna podróż do Sydney była prezentem Jane na dwudzieste pierwsze urodziny Stelli. „Kiedyś człowiek w jej wieku stawał się pełnoletni i odpowiedzialny za swoje życie”, pomyślała. Wspominając minione burzliwe lata, Jane miała nadzieję, że dzięki wspólnej podróży uda jej się znowu nawiązać kontakt z córką. Stella, jeszcze niedawno grzeczna, otwarta do ludzi i roześmiana dziewczynka z długim końskim ogonem, zmieniła się ostatnio w zbuntowaną, znudzoną, wyzywająco umalowaną młodą kobietę. Kobietę, która weszła na ścieżkę wojenną z całym światem, przede wszystkim z matką. Jane bała się zostawić ją w Londynie, bała się, że pozbawiona kontroli córka znowu się upije i zaśnie na ławce w parku lub nie będzie jej kto miał odebrać z posterunku. Ostatnie lata obu kobiet były pełne napięć, Stella z trudem skończyła szkołę i od trzech lat zarabiała na utrzymanie dorywczymi pracami w knajpach. Często wracała do domu wczesnym rankiem i spotykała w drzwiach wychodzącą do pracy matkę. „Dobranoc”, pozdrawiała matkę prowokacyjnie. „Twoje życie jest puste, nie masz żadnych zainteresowań, żadnych planów, żyjesz z dnia na dzień, zmień coś, zanim będzie za późno”, powtarzała córce. Ona w wieku Stelli miała za sobą rok studiów na prawie, starała się o roczne stypendium w Stanach i wiedziała, kim chce zostać. „Wiem, że jesteś idealna i święta, a moim ojcem jest duch święty”, odgryzała się Stella, nawiązując do wielkiej tajemnicy, którą otoczony był jej ojciec. „Nawet nie wiesz, jakie to bliskie prawdy” – myślała Jane. „Dlaczego, do diabła, rany zadawane przez własne dziecko bolą tak mocno? Może dlatego, że to pozostaje bez konsekwencji, bo cokolwiek by powiedziała lub zrobiła, to i tak jej wybaczę?”

Tym ważniejsze było dla niej spotkanie z bratem, pierwsze po ponad trzydziestu latach od dnia, kiedy Brian stał się persona non grata w rodzinnym domu, dnia, kiedy Brian powiedział ojcu, że jest homoseksualistą. Ojciec zamknął mu na zawsze drzwi rodzinnego domu, mówiąc: „W naszej rodzinie zwyrodnialców nie ma. Od dzisiaj do nas nie należysz”. W ciągu najbliższych kilku tygodni z domu zniknęły wszystkie przedmioty, mające jakikolwiek związek z Brianem. „Jakby go w naszym życiu nigdy nie było”, myślała Jane, przyglądając się tym zmianom i obiecywała sobie, że nigdy nie straci kontaktu z bratem.

Teraz, w drodze do Australii, przypomniała sobie tę daną przed laty obietnicę – obietnicę, której nie dotrzymała. Czuła się podle, bała się, że Brian może ją zapytać, dlaczego milczała, dlaczego nigdy nie spróbowała nawiązać z nim kontaktu – żyli przecież w jednym mieście, a mogłoby się wydawać, że dzieliły ich tysiące kilometrów lub kontynent. „Najważniejsze jest chyba to, że po tych wszystkich latach go znalazłam i że się zobaczymy, wyrzuty sumienia niczego już nie zmienią” – pomyślała i zapadła w głęboki sen, z którego obudziła się dopiero podczas lądowania w Sydney.

Na lotnisku Stuart z zaskoczeniem rozpoznał Briana w tłumie czekających na samolot z Abu Dhabi. Od powrotu Briana z wycieczki po Australii Stuart widział go tylko dwa razy.
W kilka dni po powrocie Brian wpadł do niego z kopertą pełną zdjęć, żeby opowiedzieć o podróży. „To była jedna z moich najpiękniejszych przygód w życiu”, zakończył. Z Briana promieniowały spokój i pogoda. Stuart zastanawiał się, co mogło spowodować taką zmianę. „Może mi kiedyś sam opowie”, pomyślał, ciesząc się, że ma przed sobą człowieka, który pozbył się złych emocji i znalazł wewnętrzny spokój.

Brian postanowił, że zamieszka w Australii i wynajął dom na przedmieściu Sydney. Podczas kolejnej wizyty opowiedział Stuartowi, że poznał podczas podróży przyjaciela z Adelajdy i planują wspólną wyprawę do Azji. Po wyjściu przyjaciela Stuart długo rozmawiał z Sally o tych nowinach.

Podczas wspólnego czekania na przylot samolotu Brian opowiedział mu, że czeka na wizytę siostry, na pierwsze spotkanie po trzydziestu kilku latach i że bardzo chciałby na ostatnim etapie swojego życia odnaleźć rodzinę. „Trochę się obawiam”, zwierzał się Stuartowi. „Przecież ja nawet nie wiem, czy ją rozpoznam. Tak jak nie wiem, jakim jest człowiekiem i czy będziemy się rozumieli. Najważniejsze jest chyba, że mamy drugą szansę.”„Mówi o tym tak, jakby spotkanie siostry po ponad trzydziestu latach było najbardziej normalną i oczywistą rzeczą pod słońcem”, pomyślał Stuart.

Ich rozmowę przerwało wołanie Kate: „Tu jesteśmy!” Po chwili Stuart trzymał w ramionach siostrę, wkrótce potem dołączyły dzieci. Walter stał w odległości kilku kroków i przyglądał się rodzeństwu. Miał zagubioną minę, jakby zastanawiał się: „Po co ja tu jestem potrzebny?” Stuart podszedł do niego i podał mu rękę. W międzyczasie Kate rozpoznała w tłumie Briana. „W życiu się nie spodziewałam, że tu się spotkamy!”, powiedziała z radością i przedstawiła mu Waltera i dzieci – Laurę i Petera. Zajęty rozmową z Kate Brian nie od razu dostrzegł dwie kobiety, które weszły do hali w grupie ostatnich pasażerów. Szybko pożegnał się z rodziną Stuarta i ruszył w ich kierunku – nie miał wątpliwości, że jest to jego siostra z córką.

W godzinę później goście z Berlina siedzieli w domu i jedli przygotowaną przez Sally kolację. Sally i Kate od razu przypadły sobie do gustu. Po kolacji kobiety zaczęły wspólnie z dziećmi robić plany na pięć dni pobytu w Sydney. Mężczyźni przysłuchiwali się tej rozmowie w milczeniu, wreszcie Walter powiedział: „Fajny dom jak na kogoś, kto nie pracuje, ja się w Berlinie nigdy takiego nie dorobię”. „Od miesiąca pracuję, mam zastępstwo w szkole”, odpowiedział Stuart. „Dlaczego mu się tłumaczę, to przecież nie jego sprawa”, pomyślał ze złością. Wiedział, że nigdy nie będzie w stanie polubić tego sztywnego i pozbawionego humoru człowieka, z którym Kate budowała wspólne życie.

W dwa dni później Stuart z Sally i Kate z rodziną odwiedzili Briana w nowym domu. Brian przedstawił im siostrę i jej córkę. Ta niebrzydka, młoda dziewczyna wyglądała na bardzo znudzoną pobytem w Sydney. Widać było, że wizyta młodych ludzi jest dla niej zaskoczeniem. Siostra Briana – Jane wyglądała znacznie młodziej niż Stuart ją zapamiętał z lotniska. „Tak wygląda ktoś, komu spadł z serca wielki kamień”, pomyślał Stuart. W chwilę później zobaczył, że Sally rozmawia ze Stellą.

Po odejściu gości Brian odetchnął z ulgą – usłyszał, że Sally umówiła się na jutro ze Stellą. „Dobrze byłoby, gdyby spędziła chociaż kilka dni z ludźmi w jej wieku”, pomyślał, wiedząc, że i on sam chętnie odpocznie przez kilka godzin od obecności wiecznie naburmuszonej siostrzenicy.

Pięć dni wizyty Kate z rodziną minęło bardzo szybko, w ostatni wieczór ich pobytu w Sydney Stuart siedział z Walterem nad mapą ich podróży po Australii, zaplanowali wyprawę od Sydney przez Melbourne legendarną Great Ocean Road do Adelajdy. Po raz pierwszy od przylotu rodziny Kate Stuart nie odczuwał niechęci do Waltera. Z rozmowy widać było, jak bardzo Walter myśli o wygodzie dzieci i Kate. „Nie muszę go lubić”, pomyślał Stuart, „ważne, że kocha moją siostrę, i że ona jest z nim szczęśliwa”.

Jane opowiedziała Brianowi o przejściach z córką. Przyznała, że zrobiła wiele błędów wychowawczych. W ciążę zaszła na ostatnim roku studiów, tuż przed egzaminem końcowym. Rodzice byli przeciwni urodzeniu dziecka, tym bardziej, że Jane nigdy nie zdradziła, kto był jego ojcem. „To był koszmar, do dzisiaj nie wiem, jak udało mi się skończyć studia, urodzić Stellę i opiekować się nią przez kilka pierwszych miesięcy bez żadnej pomocy. Przez pierwszych kilka miesięcy mieszkałam u koleżanki, ta przyjaźń nie wytrzymała jednak nocnego płaczu dziecka. Musiałam szukać czegoś innego i wylądowałam w jednym z pierwszych domów dla samotnych matek w Londynie. Po roku zjawiła się matka. Zakochała się w Stelli od pierwszego wejrzenia i zaczęła namawiać mnie do powrotu do domu. Po wielu rozmowach z nią, a później z ojcem, zdecydowałam się wrócić do domu na kilka miesięcy, do czasu, aż znajdę pracę i mieszkanie. Z ‘kilku miesięcy’ zrobiło się pięć lat, w tym czasie zostałam zatrudniona w kancelarii adwokackiej, która zajmowała się głównie prawem socjalnym. Dostałam tam działkę ‘samotnych matek’ i ich roszczeń w stosunku do mężów. Nasłuchałam się przez te lata strasznych historii – o przemocy, o uzależnieniach, o nieszczęśliwych, źle wykształconych i kompletnie zależnych od innych kobietach. Codziennie wracałam do pracy w przekonaniu, że w porównaniu z tymi życiorysami spotkało mnie wielkie szczęście – miałam bogatych rodziców, którzy mi pomagali, zdrowe dziecko, którym ktoś się zajmował, kiedy byłam w pracy, dom i niezłe wykształcenie. To dziwne, że to, czego my nie mamy, zawsze odbieramy jako wielkie nieszczęście i wymierzoną przeciwko nam niesprawiedliwość losu, ale kiedy naprawdę rozejrzymy się dookoła, zobaczymy, że innym ludziom brakuje jeszcze więcej i że walczą jeszcze bardziej dla siebie i swoich dzieci”.

„To duch święty ci nie pomógł?”, zapytał Brian z uśmiechem.

Cdn.

Stuart 39

Wasted years been brainwashed by lies
Oh yes, I have, oh, wasted years
I’m talking about wasted years
Oh, I’m not seeing eye to eye
I just can’t see the things I should see
Wasted years, baby

Zmarnowane lata, kłamstwem wyprane z mózgu,
Tak, o tak, zmarnowane lata –
Mówię o zmarnowanych latach
Wciąż jeszcze nie potrafię objąć ich wzrokiem
Zobaczyć tego, co powinno się widzieć
Zmarnowane lata, dziecino

“Wasted Years” Joe Lee Hooker i Van Morrison

Joanna Trümner

Zmarnowany czas

„Co ja tu robię?“, zastanawiał się Brian czekając na  peronie na legendarnego „Ghana”, najsłynniejszy pociąg australijski, z Adelaide do Darwin. Brian przyglądał się pasażerom na peronie, „Wyglądają jak wycieczka z domu starców”, pomyślał w duchu. „Podróż jednym z najstarszych pociągów na świecie ma swoją cenę, młodych na to nie stać. Oni pewnie zwiedzają Australię wynajętym samochodem albo autostopem i śpią w tanich schroniskach albo pod gołym niebiem”.

Obok Briana stanęło starsze małżeństwo z dwiema olbrzymimi walizkami. „Mam nadzieję, że tym razem pamiętałaś o lornetce?”, zwrócił się do żony mężczyzna. „Ostatnim razem zapomniałaś i nie mogłem obserwować ptaków. To był zmarnowany czas, można było równie dobrze zostać w domu.”  „Zrobiłeś mi takie piekło, że tym razem była to pierwsza rzecz,  o której pomyślałam”, odpowiedziała kobieta. „Zamiast marudzić rozejrzyj się lepiej za kimś, kto nam wniesie walizki do przedziału”, dodała z pretensją w głosie. Brian zastanawiał się nad wiekiem tej pary. „On może zbliżać się do osiemdziesiątki, ona jest o parę lat młodsza”, pomyślał w duchu. „Są ze zobą od kilkudziesięciu lat, od wieczności i powiedzieli już sobie wszystko, co ważne. Wszystko, co mają sobie jeszcze do powiedzenia, to pretensje i złośliwości. Ciekawe, jaki ja będę za dziesięć albo piętnaście lat? Może też będę złośliwym starcem – samotnym i niezadowolonym z życia marudą?” Z myśli wyrwał go przyjazd pociągu. Na widok luksusu w przedziale sypialnym humor Briana poprawił się.

Po kilku godzinach podróży zgłodniał i wybrał się na poszukiwanie wagonu restrauracyjnego. Wkrótce potem oglądał z okna zielone wzgórza w okolicach Adelajdy i czekał na zamówiony stek z baraniny. „Czy mogę się przysiąść”, zypytał nieśmiało nieznajomy mężczyzna, którego Brian nie widział wcześniej wśród czekających na peronie. W pół godziny później na stole stała butelka chłodnego bialego wina, a Brian i Phil zatopili się rozmowie. Dla Phila była to podobnie jak dla Briana pierwsza w życiu podróż „Ghanem”. „Do tego luksusu można się przyzwyczaić”, skomentował cierpko i zaczął opowiadać o sobie. Do Ausrtalii przyjechał ponad trzydzieści lat temu z północnej Anglii. Znalazł pracę na uniwersyteckiej bibliotece w Adelajdzie, przez ostatnich dziesięć lat pracy był jej kierownikiem. Przed rokiem przeszedł na emeryturę i postanowił, że dokładnie pozna kontynent, który stał się jego drugim domem.   „Masz rodzinę, dzieci, wnuki?”, zapytał Brian i w tym samym momencie dotało do niego, że to pytanie było nietaktem wobec dopiero co poznanego człowieka. „Jakoś się nie ułożyło”, odpowiedział Phil. Brian przypomniał sobie w duchu dziesiątki razy, kiedy on sam wykręcał się od odpowiedzi na takie pytanie i zmienił temat. „Jestem w Australii od kilku miesięcy i spotkałem tylko dwie osoby, ktśre się tu urodziły. To mi się wydaje nieprawdopodobne. Przecież wszyscy nie mogą się wyprowadzić z naszej Anglii, ktoś musi tam zostać.”- powiedział. „Ja chciałem uciec od skomplikowanej rodzinnej historii”, odpowiedział Phil. „Szczerze mówiąc od obsesji, od krórej się chciałem przez ten wyjazd uwolnić”. Zapadło milczenie. Widać było, że Phil zastanawia się nad tym, czy opowiedzieć Brianowi swoją historię.

„Wyjechałem z Anglii w momencie, kiedy pozornie życie zaczęło mi się układać”, zaczął. „Miałem dobrą pracę na uczelni w Glasgow i powoli zapuszczałem korzenie. Ale nie mogłem sobie poradzić z obsesją szukania ojca. Kiedy byłem dzieckiem, matka nic mi nie chciała powiedzieć, a dziadkowie, u których się wychowywałem, unikali tego tematu jak ognia.  Nieznany ojciec zawsze mi w myślach towarzyszył. Kiedy miałem dwanaście, a może trzynaście lat założyłem zeszyt, w którym zapisywałem wszystko, czego dowiedziałem się o matce, w nadziei, że w ten sposób uda mi się znaleźć Wielkiego Nieznajomego. Nieznajomego, o którym nikt nie chciał ze mną rozmawiać i o którym nic nie wiedziałem. Kartki podzieliłem kreską na dwie części – fakty ważne i mniej ważne. Po stronie „ważne” zapisałem złamanie przez matkę ręki kiedy miała szesnaście lat i była uczennicą szkoły pielęgniarskiej. Wkrótce po zapisaniu tego wydarzenia doszedłem do wniosku, że On musiał być kierowcą karetki, która zawiozła matkę po wypadku do szpitala. Nawet nie wiesz, ile czasu spędziłem na chodzeniu od szpitala do szpitala i wpatrywaniu się w twarze kierowców karetek. O każdym z nich myślałem, że może być moim ojcem. Pamiętam, że kilku z nich nawet zapytałem, czy wieźli przed laty do szpitala młodą dziewczynę ze złamaną ręką.

Kiedy ten trop zawiódł, szukałem innych, latami szukałem swoich rysów twarzy w każdym napotkanym mężczyźnie. Byłem naiwnym głupkiem, opanowanym obsesją. Sam się dziwię, że udało mi się mimo to skończyć szkołę i studia. Dziadkowie przywoływali mnie do porządku: „Daj spokój, to nieważne, kto jest twoim ojcem. Masz nas i mamę.” Może podświadomie zdawałem sobie sprawę z tego, że prawda o tym, skąd się wziąłem, może być straszna. Czułem, że rodzina coś ukrywa. Kiedy miałem piętnaście lat, matka poznała kogoś i wyszła za mąż. Mam brata, a w zasadzie pół-brata, który jest ode mnie o osiemnaście lat młodszy. Po jego urodzeniu zdałem sobie sprawę z tego, że on jest dzieckiem chcianym i kochanym, a ja byłem i jestem jakimś złem koniecznym. Nie narzekam, miałem w miarę normalne dzieciństwo, były uroczyste urodziny, sprawdzanie lekcji, prezenty pod choinką, nigdy nie byłem głodny ale zawsze wiedziałem, że coś jest ze mną nie tak.

Prawdę poznałem dopiero po studiach, babcia zachorowała na raka i zdecydowała się, powiedzieć mi prawdę. Matka została zgwałcona przez nieznajomego mężczyznę w pociągu, którym wracała do domu. Nigdy nie udało się ustalić, kim był ten nieznajomy. Policja rozkładała ręce, a dziadkowie zdecydowali się mną zająć i umożliwić matce skończenie szkoły. W tamtych czasach nikt nie chodził po porady do psychologów, ale teraz z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że matka zachowywała się czasami irracjonalnie – jak ktoś, kto się boi. Pamiętam, że prawie nigdy nie wychodziła z domu po ciemku, nie zamykała drzwi, gdy szła do ubikacji, a do pracy zawsze przywoził i odwoził ją mąż. Po tym, jak dowiedziałem się prawdy, zdałem sobie sprawę z tego, jak dziecinnie okrutne były moje poszukiwania. Byłem zły na siebie i na czas, który poszedł na marne – lata pełne kłamstw i niedopowiedzeń. Bezpowrotnie stracony czas. W dniu trzydziestych urodzin postanowiłem diametralnie zmienić życie i zacząć wszystko od nowa, w innym miejscu, jak najdalej od domu. Przyjechałem do Alelajdy”.

Brian nie zdziwił się. Wiedział, że rzeczy intymne, bardzo osobiste łatwiej jest opowiedzieć osobie zupełnie obcej.

Wkrótce potem na dworze zrobiło się ciemno, Brian wrócił do swojego przedziału i długo myślał o nowo poznanym mężczyźnie i jego poszukiwaniach. Od dawna nie rozmawiał z nikim tak długo i intensywnie. Zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy od dawna nie czuł się samotnie. „Dobrze, że zdecydowałem się na tą podróż”, pomyślał i wziął do ręki gazetę ze stolika przy łóżku. Pobieżnie przeczytał wiadomości z pierwszej strony i tytuły artykułów z kolejnych stron: pożary lasów w Wiktorii, tysiące ofiar suszy w Somalii, wyniki gier australijskiego futbolu, napad na sklep jubilerski w Adelajdzie: „Co mnie to wszystko obchodzi? Przecież jestem na urlopie”, pomyślał i już chciał odłożyć gazetę, gdy zatrzymał wzrok na zdjęciu roześmianej, młodej rodziny – rodziców z dwójką dzieci i wielkim labradorem, stojących przed pomalowanym na żółto domem. „Czy są na świecie w ogóle takie naprawdę szczęśliwe rodziny?”, zastanawiał się, przyglądając się reklamie kredytu budowlanego dla młodych małżeństw.

Otrząsnął się i pomyślał, że to chyba najwłaściwszy moment, żeby otworzyć… list. Jego korespondencja najczęściej nie była żadnym zaskoczeniem. Dozorca domu w Anglii raz na miesiąc pakował wszystkie listy do koperty i przysyłał je na pocztę w Sydney. Były to zazwyczaj listy z banku, zaproszenia na wystawy, reklamy, ale tym razem był również tajemniczy list, zaadresowany kobiecym charakterem pisma, list bez nadawcy. Brian przypomniał sobie scenę z jakiegoś kryminału, w której komisarz próbuje po zapachu koperty odgadnąć,  czy list na pewno napisała kobieta. „Co za bzdura!”, pomyślał, ale odłożyć moment otwarcia listu na niekreślone „kiedyś”. Tym razem bez zastanowienia sięgnął po list i otworzył kopertę. Po przeczytaniu pierwszego zdania miał ochotę odłożyć list na bok. „To ja, twoja siostra, Jane, mam nadzieję, że mnie jeszcze pamiętasz”. Brian nie był pewien, czy chce czytać dalej.  Nigdy nie zapomniał o tym, że miał dom, nigdy nie zapomniał o siostrze i rodzicach. W jednej z londyńskich gazet znalazł przed kilkoma laty nekrolog ojca. Nie poszedł na pogrzeb, bał się tego, co mogłoby tam spotkać. Bał się, że mógłby znowu usłyszeć: „Już nie należysz do naszej rodziny”. Takie były przecież ostatnie słowa ojca. Dopiero w kilka dni po pogrzebie poszedł na grób. Położył kwiaty i długo stał, tocząc w myślach decydującą rozmowę z ojcem. Opowiadał mu o trzydziestu latach, które minęły od ich ostatniego spotkania i z każdym słowem rosło w nim poczucie, że nie zmarnował tego czasu. „Przez większą część życia byłem szczęśliwy”, powiedział do siebie wychodząc z cmentarza. Przez wiele dni po tej wizycie zastanawiał się, czy nie popełnił błędu, czy nie trzeba było chociaż raz w ciągu tych trzydziestu lat odezwać się do rodziców lub do siostry, zadzwonić do nich z życzeniami świątecznymi, przejechać się samochodem pod rodzinny dom, zobaczyć, co zmieniło się od dnia jego niedobrowolnej wyprowadzki. Przypomniał sobie pierwsze lata po zerwaniu stosunków z rodziną, ból, jaki odczuwał podczas odwiedzin u rodziny Stuarta w Walton. On sam nigdy nie poznał ani męża ani dzieci swojej siostry, nawet nie wiedział, czy wyszła za mąż i miała dzieci. Był człowiekiem pozbawionym korzeni.  Po chwili zastanowienia Brian wziął ponownie list do ręki.

Cdn.

Stuart 37

It’s four miles to my lonely room
Where I will hide my face 
And about half a mile to the downtown bar 
That I ran from in disgrace

Lord, how long have I got to keep on running 
Seven hours seven days or seven years?
All I know is since you’ve been gone 
I feel like I’m drowning in a river
Drowning in a river of tears

Cztery mile dzielą mnie od samotnego pokoju,
W którym uda mi się ukryć twarz
Około pół mili stąd jest bar,
Z którego uciekłem ze wstydem.

Boże, jak długo już biegnę?
Siedem godzin, siedem dni czy siedem lat?
Wiem tylko, że od kiedy cię nie ma
Jestem jak tonący w rzece,
Tonę w rzece łez.

Eric Clapton, Drowning in a river of tears

Joanna Trümner

Powrót do domu

W kilka dni przed powrotem do Australii Stuart z przerażeniem zdał sobie sprawę z tego, że w Sydney nie ma dokąd wracać. Jego mieszkanie podnajmowała kuzynka Toma, a nawet gdyby udało się ją nakłonić do wcześniejszej wyprowadzki, to i tak powrót tam nie wchodził w rachubę, bo wejście na pierwsze piętro przekraczało możliwości Stuarta. Wózek inwalidzki, na który był w przyszłości skazany, nieźle komplikował mu życie. Ze szpitalnego aparatu zadzwonił do Toma i poprosił o znalezienie dla nich obu, jego i Briana, niedrogiego hotelu w Sydney. „Na razie możesz zamieszkać u nas”, zaproponował Tom bez wahania. „Kupiliśmy dom i na parterze jest małe mieszkanie z osobnym wejściem. W przyszłości i tak chcemy je wynajmować. Prawdę mówiąc, przydałoby się je pomalować i zmienić meble, przed ślubem na pewno nie zdążę tego zrobić, nie spodziewaj się więc luksusów. Możecie się wprowadzić od zaraz, tylko to naprawdę nie jest Hilton. Dlaczego wcześniej do mnie nie zadzwoniłeś? Nie wiedziałem, że byłeś w tarapatach, szukałem cię po całym mieście i zacząłem się już martwić, że nie będę miał świadka na ślubie. Odbiorę was z lotniska, to opowiesz mi więcej”.

Po tej rozmowie Stuart z ulgą wrócił do sali szpitalnej. Z wdzięcznością myślał o tym, że może polegać na bliskich mu ludziach.

Podróż z Cancun do Australii trwała ponad dwadzieścia godzin. Stuart zerkał od czasu do czasu na Briana, na którego twarzy malowało się coraz większe zmęczenie długim lotem, godzinami spędzonymi na lotnisku, zabijaniem czasu i pchaniem ciężkiego wózka inwalidzkiego. „Nigdy nie będę w stanie mu się zrewanżować. Ludzie, którzy na nas patrzą na pewno myślą, że jest moim ojcem, kochającym ojcem kaleki”, pomyślał. Im dłużej obserwował swojego opiekuna, tym bardziej nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jego wypadek był Brianowi do czegoś potrzebny.

Podczas ostatniego, wielogodzinnego lotu z Singapuru do Sydney Stuart zdobył się na odwagę i zapytał Briana wprost: „Jak to się stało, że zdecydowałeś się rzucić wszystko i z dnia na dzień przyleciałeś do mnie na drugi koniec świata?” Długo czekał na zaskakującą odpowiedź Briana: „Wiem, jak idiotycznie to zabrzmi, ale jestem wdzięczny losowi za ten wypadek i za to, że jestem ci potrzebny. Ostatni czas był dla mnie straszny. Jak z tej piosenki, seven hours seven days or seven years, siedem godzin, siedem dni czy siedem lat, nieważne. Czas. Nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak można być samotnym w momencie, kiedy wydaje ci się, że osiągnąłeś w życiu wszystko. Udało mi się sprzedać galerię z dużym zyskiem. Wkrótce potem sprzedałem kilka obrazów, które kupiliśmy razem ze Stuartem i o których od początku wiedzieliśmy, że przyniosą kiedyś prawdziwe pieniądze. Zarobiłem tyle, że już nie muszę pracować, mógłbym poszukać sobie jakiegoś hobby, albo nic nie robić i cieszyć się życiem. Pieniądze przyniosły mi pewną wolność, ale przede wszystkim wiele rozczarowań. W ostatnich latach zawiodłem się na każdym, kogo wcześniej uważałem za przyjaciela. Zacząłem unikać ludzi, powoli zmieniam się w zgorzkniałego, bogatego starca, który z niczego nie potrafi się cieszyć. Jedyna kartka świąteczna, jaką znalazłem w ubiegłym roku w skrzynce, to kartka z życzeniami stacji benzynowej, jaką wysyłają wszystkim stałym klientom. Samotność mnie zżera od środka, muszę coś zmienić, żeby nie zgorzknieć do końca. W tym roku na Sylwestra zacząłem robić plany podróży po świecie i gdyby nie wiadomość o twoim wypadku, pewnie byłbym już w drodze. Jak widzisz nie mam żadnego powodu, żeby być w Londynie. Jeśli nie masz mnie jeszcze dosyć, to chętnie zostanę w Sydney tak długo, jak długo będziesz mnie potrzebował. Pieniądze, które udało mi się zarobić, są w połowie pieniędzmi twojego wujka, a po jego śmierci należą do jego rodziny. Nie możesz do końca życia wynajmować mieszkania, musisz mieć coś własnego. Chętnie pomogę ci coś znaleźć”. Po tym niespodziewanym wyznaniu zapanowała między nimi długa cisza, Stuartowi przypomniała się zwrotka jednej z jego ulubionych piosenek Neila Diamonda: But I never cared for the sound of beeing alone, nigdy nie chciałem usłyszeć głosu samotności. „Każdą historię można opowiedzieć muzyką”, pomyślał, nie mogąc się doczekać chwili, kiedy znów weźmie do ręki gitarę.

Brian pomógł mu urządzić się w nowym mieszkaniu, ale sam wynajął sobie pokój w pobliskim hotelu. Przez następne dni był doradcą Stuarta przy zakupie garnituru na ślub i prezentu dla pary młodej – zrobionej z brązu statuetki śmiejącego się Buddy. Sam pomógł Stuartowi w drodze do stanu cywilnego, ale zaproszenia na ślub nie przyjął. “To Toma wesele, nie będę się plątał wśród samych obcych i mu zawadzał”.

Wjechanie do urzędu stanu cywilnego na wózku inwalidzkim było wielkim wyzwaniem. Urzędnik patrzył niecierpliwie na zegarek i ocierając z czoła pot powiedział: „Nigdy jeszcze nie mieliśmy świadka na wózku inwalidzkim”. W uszach Stuarta zabrzmiało to jak wyrzut, od czasu, kiedy przestał chodzić, odnosił wrażenie, że cały świat dookoła stworzony został z myślą o ludziach zdrowych. Przed wypadkiem nigdy nie zastanawiał się, jak trudnymi, pożerającymi siłę i czas zadaniami są codzienne czynności, wzięcie prysznica, ugotowanie obiadu lub banalne korzystanie z toalety. Przerażało go, że po wielu tygodniach od wypadku był co prawda w stanie podnieść się i przejść kilka kroków, ale ból w lewej nodze zmuszał go do szybkiego powrotu do wózka inwalidzkiego. Nie dopuszczał do siebie myśli, że już nigdy nie stanie na własnych nogach, nastawiał się na długie leczenie i rehabilitację.

Wesele Toma było wspaniałe. Stuart przez cały wieczór znajdował się w centrum zainteresowania, nieznajomi przywieźli go do samochodem do restauracji, w której było przyjęcie weselne, młody chłopak, który przedstawił się jako bratanek Toma, zawiózł go do bufetu i pomógł nałożyć jedzenie na talerz. A kiedy dotarł na swoje miejsce przy ośmioosobowym okrągłym, stole zobaczył, że miejsce obok niego przeznaczone jest dla „Sally”. „To na pewno ta kuzynka, która wynajmuje moje mieszkanie”, pomyślał, pytając się w duchu, jak mogło do tego dojść, że jeszcze jej nie poznał. Nie mylił się. W chwilę później miejsce po jego prawej stronie zajęła młoda, ładna kobieta w niebieskiej sukience. „My się przecież od dawna”, powiedziała, podając mu rękę na przywitanie. „Mieszkam w twoim mieszkaniu. Słyszałam o twoim wypadku, jeżeli chcesz wrócić do siebie, to powiedz, postaram się szybko znaleźć coś innego”. „Nie martw się, na razie nie mam szansy, by wejść na pierwsze piętro, więc możesz spokojnie mieszkać tam dalej”, odparł Stuart, przyglądając się nieznajomej. Podobała mu się. Długo rozmawiali o jego wypadku, jej studiach pedagogiki, radości przebywania z dziećmi i o muzyce. Sally śpiewała w chórze gospel na uczelni i uczyła się gry na skrzypcach. „Dlaczego wybrałaś skrzypce?”, zapytał Stuart z ciekawością. „Bo można je wszędzie ze sobą zabrać”, odpowiedziała Sally.

Wkrótce potem jak para młoda odtańczyła pierwszy taniec, parkiet zapełnił się gośćmi. Kiedy nieznajomy młody mężczyzna przerwał ich rozmowę i pociągnął Sally za sobą na parkiet, Stuart poczuł zazdrość. „Dlaczego nie mogę jak oni wygłupiać się, tańczyć, zapomnieć o wszystkich problemach?”, pomyślał, przeklinając w duchu swój beznadziejny wózek. Zdał sobie jednak sprawę, że był również zazdrosny o nieznajomego, który mocno przytulał do siebie Sally podczas kolejnego spokojnego tańca.

Stuart rozglądał się po sali. Czuł się samotny przy opuszczonym przez gości stole. Nie od razu skojarzył, że wolne miejsce koło niego zajął starszy mężczyzna. „Garret, przyszywany wujek Toma”, przedstawił się. „Pana młodego znam od dnia, kiedy zaczął raczkować”, dodał po chwili. Stuart obawiał się, że zmuszony będzie wysłuchać długiego opowiadania o chorobach, dzieciach, wnukach i samotności, zaczął się rozglądać po sali w poszukiwaniu ratunku. Rozmowa potoczyła się jednak zupełnie niespodziewanie. W bardzo dowcipny sposób Garret opowiedział Stuartowu o rodzinie Toma. O jego rodzicach, którzy wspólnie wychowali czwórkę dzieci, a następnie postanowili się rozejść. O ojcu Toma, który od pięciu lat podróżował po świecie i który tylko przez przypadek dowiedział się o ślubie syna. O tym, że cała rodzina złożyła się na jego bilet z Japonii do Sydney i o tym, ile trudu i przekonywania kosztowało namówienie rodziców, żeby zgodzili się usiąść obok siebie podczas wesela. Dowiedział się o babci Toma, eleganckiej, prawie dziewięćdziesięcioletniej pani, siedzącej przy młodej parze, która w kilka dni po śmierci męża przemeblowała cały dom i zaczęła pisać wiersze.

Podczas rozmowy z Garretem Stuart zastanowił się, jak mało wiedział o Tomie, który był przecież jego przyjacielem. „Zawiozę cię na parkiet”, skończył rozmowę Garret, „bo inaczej ktoś ci odbije dziewczynę”.

Wracając taksówką do nowego mieszkania Stuart pomyślał, że od dawna się tak dobrze nie bawił. Umówił się na spotkanie z Sally w przyszłą sobotę.

Cdn.

Stuart 36

Don’t give in to your emotions,
Cause they’ll get the best of you
Don’t play up to your senses
Yes, the’ll probably rule your whole life through
You’ll be fine

Nie ulegaj emocjom
One odbiorą ci to, co w tobie najlepsze
Nie daj się ponieść uczuciom
One prawdopodobnie będą tobą kierowały przez całe życie
– Wszystko się dobrze skończy

Alex Care, You will be fine

Joanna Trümner

Szpital

Dopiero po kilku minutach rozmowy z młodym lekarzem Stuart zorientował się, że ten zwracał się do niego po angielsku. Wypowiadane przez niego słowa brzmiały tak twardo i niewyraźnie, że wyłapanie ich sensu było wielkim wyzwaniem. Stuart domyślił się, że lekarz mówił o jego wypadku – lewa noga jest złamana w trzech miejscach, do wyleczenia potrzebnych będzie kilka miesięcy. Podczas przemowy doktora kilkukrotnie padło słowo „fortuna”, w którym Stuart rozpoznał angielskie słowo „szczęście”. „Przecież wiem, że mało brakowało, a przypłaciłbym życiem tę niefortunną kąpiel w morzu”, pomyślał, uśmiechając się do lekarza z wdzięcznością. Starał się odgonić od siebie natrętną myśl o tym, jak bardzo działała mu na nerwy sala pełna nieznanych mężczyzn, ludzi z którymi nie był w stanie się porozumieć i hałas w pomieszczeniu, które było zbyt małe na tę liczbę chorych. Odnosił wrażenie, że pacjenci na sali nieustannie się kłócą i dają upust złości na sytuację, w której się znaleźli. „Czy to kwestia języka, czy też pełen emocji sposób, w jaki ze sobą rozmawiają?”, zastanawiał się Stuart. „My zwracamy się do siebie monotonnie, bez gestykulowania i podnoszenia głosu, trochę tak, jakbyśmy żyli w zwolnionym, wyciszonym tempie i nie potrafili, albo nie chcieli ujawnić uczuć”.

Po wizycie poczuł się bardzo zmęczony, wziął dwie tabletki z leżącego na małym stoliku przy łóżku pudełka i wkrótce potem zasnął. Z głębokiego snu wyrwały go odgłosy muzyki, wydawało mu się, że jego łóżko wibruje w takt trąbki, która była najgłośniejszym instrumentem w trzyosobowej orkiestrze mariachi, grającej przy jednym z łóżek w szpitalnej sali. Stuart przetarł z oczu resztki snu i przyglądał się pacjentom. Na ich twarzach pojawiła się radość i spokój, patrząc na chorych myślał o tym, jak bardzo ludziom potrzebna jest muzyka – nawet kiczowata i głośna. „Może ludzie, którzy otarli się o śmierć potrzebują muzyki jeszcze bardziej?”, myślał, wsłuchując się w pełne temperamentu dźwięki. Wkrótce potem do pokoju weszła rodzina jednego z pacjentów, mama z trójką małych dzieci. Najstarsze z nich – kilkuletni chłopczyk niósł w rękach duży tort z zapalonymi świeczkami. „Biedny maluch”, pomyślał Stuart patrząc na dziecko „gdyby się teraz potknął i przewrócił nikt z nas nie byłby w stanie wstać i pomóc mu posprzątać bałaganu”. Na szczęście dziecko dotarło do łóżka ojca bez problemu. W chwilę później w sali rozległo się głośne, wypowiedziane chórem przez wszystkich „Feliz dia!”

On na pewno nie zapomni tych urodzin”, pomyślał Stuart przyglądając się uśmiechniętemu i zajętemu rozmową z rodziną solenizantowi. On sam poczuł się w tym momencie bardzo samotny, z trudnością udało mu się zapanować nad strachem przed kolejnymi dniami i niechęcią do ludzi, z którymi zmuszony był dzielić czas. „Przecież oni tu też nie leżą z wyboru, muszę coś zrobić, żeby wykorzystać ten czas na coś sensownego, może uda mi się nauczyć kilku zdań po hiszpańsku?”, zastanawiał się, przjmując kawałek tortu z rąk dziecka. Uśmiechnął się do chłopca i powiedział „Dziękuję, życz ode mnie tacie wszystkiego najlepszego”. Zobaczył, że w okrągłych, brązowych oczach chłopca na dźwięk nieznanej mowy pojawił się wyraz zaskoczenia i ciekawości. „Może jestem pierwszym obcokrajowcem, z którym rozmawia?, pomyślał. Przypomniały mu się godziny zabawy z małym Georgem i jego pełne podziwu i ufności oczy, tak jakby wszystko, co miał mu do powiedzenia Stuart było absolutną, niepodważalną prawdą o życiu. Zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo mu brakuje małego i postanowił w duchu, że odwiedzi siostrzeńca kiedy wróci do zdrowia.

W trzy dni później dwie pielęgniarki przeniosły go na wózek inwalidzki i pomogły mu po raz pierwszy od początku pobytu w szpitalu opuścić salę chorych. W pokoju z napisem „consulta” na drzwiach, który wyglądał na jeden z najbardziej reprezentacyjnych pomieszczeń szpitala, Stuart z niecierpliwością i niepewnością czekał na to, co się wydarzy. Był wdzięczny za odmianę w codziennej rutynie i miał nadzieję, że za chwilę będzie po wielu godzinach przymusowego milczenia w końcu mógł porozmawiać z kimś w swoim języku, dowiedzieć się czegoś więcej o swoim stanie zdrowia i o tym, jak długo to jeszcze będzie trwało.

Wsłuchiwał się w ciszę w pomieszczeniu, przerywaną od czasu do czasu odgłosami z korytarza. Po kilku minutach czekania w pokoju pojawił się przystojny, szpakowaty mężczyzna. „Brandon Hall, honorowy konsul Australii w Meksyku”, przedstawił się nieznajomy, którego wiek Stuart ocenił na pięćdziesiąt kilka lat. „Przerwałem urlop ze względu na Pana wypadek”, dodał po chwili z delikatną dezaprobatą w głosie. Stuart próbował rozładować sytuację. „Wiem, że zachowałem się idiotycznie”, powiedział, w duchu myśląc o tym, że odwiedzający go mężczyzna wykonuje swoją pracę, pracę, za którą dostaje od państwa pieniądze i że nie tak wyobrażał sobie pierwszą od dni rozmowę w ojczystym języku. Czuł rosnącą antypatię do tego sztywnego i pełnego dystansu mężczyzny. Brandon wręczył Stuartowi grubą, podniszczoną książkę. „To na zabicie czasu”, dodał. Stuart patrzył na „Davida Copperfielda”, książkę, która była jedną z obowiązkowych lektur w szkole. Próbował przypomnieć sobie jej akcję i wrócił na chwilę myślami do szkoły w Walton. Ze wspomnień wyrwał go Brandon: „Na razie nie nadajesz się do powrotu do Australii, musisz zostać w tym szpitalu przez co najmniej trzy tygodnie. W Meksyku są też prywatne, o wiele lepiej wyposażone kliniki, ale wątpię, czy cię stać na ich zapłacenie. Powiadomiliśmy twoją rodzinę, za tydzień ktoś do ciebie przyleci i będziesz mógł zacząć organizować powrót do Sydney”.

Kto?”, zapytał Stuart z ciekawością, zastanawiając się w duchu, który z członków jego rodziny mógł się zdobyć się na podjęcie dalekiej podróży. Brandon zaczął grzebać w notatniku. „Gdzieś zapisałem, ale nie mogę teraz znaleźć tych notatek”. „Jeżeli czegokolwiek potrzebujesz, to powiedz mi teraz albo poproś kogoś w szpitalu, żeby do mnie zadzwonił”, powiedział na pożegnanie, wręczając Stuartowi swoją wizytówkę do ręki.

Po powrocie na salę Stuart poczuł się bardzo zmęczony. Zdawał sobie sprawę z tego, że kolejne tygodnie będą dla niego dużym wyzwaniem i miał nadzieje, że z dnia na dzień będzie wracał do sił. Zasnął jak kamień, nie czując jak „Dawid Copperfield” wypadł mu z rąk i spadł na podłogę.

Zbudził go chór męskich głosów mówiących synchronicznie te same słowa. Stuart domyślił się, że były to słowa modlitwy i zobaczył, że sąsiednie łóżko przykryte było białym prześcieradłem. Pacjent, którego już nie było, był jedyn, którego głosu Stuart przez te dni nie usłyszał. Od początku jego pobytu na sali młody mężczyzna z sąsiedniego łóżka ani razu nie otworzył oczu. „Kto decyduje o momencie, w którym wszystko się kończy?”, zastanawiał się Stuart i zdał sobie sprawę z tego, że on sam miał rzeczywiście masę szczęścia. Prawdopodobnie nigdy nie uda mu się odnaleźć człowieka, któremu zawdzięczał życie. „Dlaczego to właśnie ja przeżyłem, nikt przecież na mnie nie czeka? Mogłem utonąć i nikt by mnie nigdy nie odnalazł. Dlaczego to właśnie ja wygrałem w kasynie pieniądze? Przecież mógłbym żyć dalej i bez tej wygranej, na pewno każdy w tej sali bardziej by ich potrzebował”, zastanawiał się i obiecał sobie w duchu, że zrobi wszystko, aby wykorzystać tę drugą szansę w życiu.

Kolejne dni minęły na czekaniu na wizytę z Anglii i czytaniu „Dawida Copperfielda”. Ta książka stała się dla Stuarta jedyną odskocznią od wiecznego hałasu w pokoju, od godzin, które po prostu nie chciały mijać, od bólu, który nie pozwalał spać i złych myśli, z którymi nie zawsze potrafił sobie poradzić.

Niedzielnego popołudnia, kiedy szpitalna sala pękała w szwach, Stuart z zazdrością przyglądając się roześmianym, zajętym rozmową rodzinom i ganiającym pomiędzy łóżkami dzieciom, po raz pierwszy od początku pobytu w szpitalu poczuł zbierające się w oczach łzy. Był tak hermetycznie odizolowany i samotny, że nie od razu zobaczył, że do jego łóżka podeszły dwie pielęgniarki. Znowu przesadziły go na wózek inwalidzki, jedna z sióstr szepnęła mu do ucha „Visita” i przykryła go troskliwie kocem. W kilka minut później Stuart siedział w pokoju konsultacji i z radością rozpoznał czekającego tam na niego Briana, partnera swojego zmarłego wujka. „Jak się dowiedziałem o tej twojej przygodzie, od razu zaproponowałem, że się tym zajmę”, przywitał Stuarta z uśmiechem. „Mam czas, mogę zostać tutaj tak długo, jak to będzie potrzebne, a potem przewieziemy cię do domu”. Stuart patrzył na Briana z wdzięcznością, myśląc o tym, że zmarły przed kilkoma laty ukochany wujek Stuart-senior nawet znad grobu odgrywa w jego życiu rolę anioła-stróża.

Cdn.

O dobroci z obowiązku

Anna Dobrzyńska

Jak łatwo być dobrym na niby,

W swych progach drugiego ugościć,

Pokazać mu swoje dobytki,

Pokazać mu swoje radości,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Okazać współczucie i troskę,

Ciekawość dla czyichś problemów,

Ciekawość dla czyjejś słabości,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Zrozumieć kogoś, wysłuchać,

Zaprosić na kawę, na obiad,

W radości się bawić, wygłupiać,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Pokazać się komuś gorszemu,

Lepszym, mądrzejszym, szczęśliwszym,

Że więcej należy się jemu,

Jak łatwo być dobrym na niby,

I widzieć w oczach drugiego,

Tę radość, wdzięczność, nadzieję,

Że szczęście też przyszło do niego,

Jak łatwo być dobrym na niby,

Dla czasu zabicia, ot, tak w wolnej chwili,

Byle nie płacić nic a nic,

Byle się nic nie wysilić,

Tak łatwo być dobrym na niby,

Uważać jednakże należy,

Na podłość, niewdzięczność Darbiorcy,

Co jeszcze w coś więcej uwierzy,

Bo w końcu zaczyna traktować,

Darczyńcę swego i pana,

Jak lubianego człowieka,

Ufnego kolegę, kompana,

Bo w końcu, w ufności swej zwykłej,

Darczyńcę zaczyna traktować,

Normalnie, po prostu, po ludzku,

Zaczyna go chcieć, potrzebować,

I wtedy należy być czujnym,

Bo kiedy ta biedna istota,

Uwierzy w przyjaźń, broń Boże,

Darczyńca się nie wymota,

Więc kiedy nadejdzie kres w końcu,

I czas na dobro przeminie,

Co w planie dnia umieszczony,

Codziennie o jednej godzinie,

I kiedy Dobrodziej odhaczyć,

Już może dobroci spełnienie,

Ptaszkiem, krzyżykiem, czy kółkiem,

Ołówkiem, czy piórem skreślenie,

I kiedy ta biedna osoba,

ta biedna i smutna i nudna,

Doprawdy, zrozumieć nie może,

Że sprawa się robi paskudna,

I zamiast z wdzięczności w pokorze,

Odejść, po cichu, w półmroku,

Zniknąć jak Pan Bóg przykazał,

Wciąż jest i się kręci gdzieś z boku,

I gada coś o przyjaźni,

I … z Dobroczyńcą – rozmawia!!!

No skandal! jak może?!, doprawdy?

„Dobroć dostała – niech spada”!

A jeśli wciąż pojąć nie może,

Że wszystko to było na niby,

No…., z obowiązku, …dobroci,

…Z rozrywki Darczyńcy – ciiii,

… a nawet gdyby!

Jeśli tak durna jest, nic nie rozumie,

I wciąż się naprzykrza,

Wyłącz telefon, wykasuj maila, zapomnij,

I dalej – czyń dobro.

To wartość najwyższa.

Stuart 35

When you don’t need to worry there’ll be days like this
When no one’s in a hurry there’ll be days like this
When you don’t get betrayed by that old Judas kiss
Oh my mama told me there’ll be days like this

When you don’t need an answer there’ll be days like this
When you don’t meet a chancer there’ll be days like this
When all the parts of the puzzle start to look like they fit it
Then I must remember there’ll be days like this

Będą takie dni, kiedy nie będziesz musiał się martwić
Dni, w których nikt nie będzie się do nikąd spieszył
I nikt nie oszuka cię judaszowym pocałunikiem
Mama mówiła mi, że będą takie dni.

Dni, kiedy nie będziesz potrzebował żadnych odpowiedzi,
W które nie natkniesz się na żadnego pozera
A wszystkie części puzzla zaczną układać się w całość
– Muszę pamiętać, że będą takie dni.

Van Morrison Days like this

Joanna Trümner

Podróż

W kilka dni później siedział w helikopterze i niecierpliwie czekał na lot nad Wielkim Kanionem. Kiedy samolot w końcu wystartował, Stuart przylgnął twarzą do okna i patrzył z góry na morze zieleni. „Może nie warto było wydać tyle pieniędzy na ten lot?”, pomyślał, rozczarowany pięknym, ale jednostajnym widokiem. W tle słyszał patetyczną muzykę – „Mozart? Beethoven? Haydn?”, zastanawiał się i uświadomił sobie z zawstydzeniem, jak mało zna muzykę klasyczną. Nagle monotonnię niekończącej się zieleni przerwał widok rozstępującej się ziemi, skąpanego w słońcu Wielkiego Kanionu i płynącej dołem, wcinającej się w podłoże turkusowej rzeki Kolorado. „To jedna z tych chwil, które pamięta się przez całe życie”, pomyślał, nie mogąc oderwać oczu od widoku za oknem.

Z każdym dniem podróży Stuart coraz mocniej czuł, że wraca mu chęć do życia i chęć pisania nowych utworów. Piękne krajobrazy, które widział w parkach narodowych w Utah, spotkania z otwartymi, przyjaznymi ludźmi i fakt, że co wieczór siadał do zeszytu i zapisywał słowa kolejnych piosenek, uświadomiły mu, jak słuszna była decyzja, żeby na miesiąc zrobić sobie przerwę od codzienności.

Kolejnym etapem podróży było Las Vegas. Na ostatniej stacji benzynowej przed Doliną Śmierci zaczepiła go młoda dziewczyna. „Możesz mnie wziąć do Vegas?”, zapytała, a widząc, że Stuart się waha, dodała „Jestem z koleżanką, bardzo byś nam pomógł”. Wielkie plecaki dziewczyn z trudnością zmieściły się w bagażniku samochodu. Zamykając klapę Stuart pomyśl, że panny mogły uciec z domu. „Zawsze się muszę w coś wpakować”, pomyślał ze złością na siebie samego. Nie wiedział, jak wybrnąć z sytuacji, więc bez słowa otworzył drzwi auta i czekał, aż pasażerki zajmą miejsca na tylnym siedzeniu.

Po kilku minutach młodsza z dziewcząt – Jenny – przerwała ciszę w samochodzie. Opowiedziała, że ona i Katy, jej najlepsza przyjaciółka, wybierały się do Las Vegas w poszukiwaniu pracy. Obydwie skończyły niedawno dwadzieścia jeden lat i przed laty wspólnie podjęły decyzję o wyrwaniu się z Paradise Valley – „największej dziury w całej Ameryce, a może i na całym świecie”. To dziecinne stwierdzenie rozbawiło Stuarta i rozwiało jego obawy. Przypomniało mu się rodzinne Walton i małe miasta, w których dawał koncerty. „Tak można byłoby opisać tysiące miejsc na ziemi”, pomyślał, obserwując współpasażerki w ludterku wstecznym. Przysłuchiwał się ich chichotom i rozmowie pełnej radosnego oczekiwania, co też im się wydarzy w Las Vegas. „W ich wieku całe życie jest jedną wielką przygodą”, pomyślał z zazdrością. „Ani przez chwilę nie pomyślałyście, że mogę was zgwałcić albo zabić?”, zapytał, chcąc chociaż na chwilę przerwać atmosferę infantylnej radości. „My się znamy na ludziach”, odpowiedziały równocześnie dziewczyny. Ta odpowiedź kompletnie rozbroiła Stuarta, z trudnością powstrzymywał się od śmiechu, myśląc o tym, że prawdopodobnie piętnaście lat temu on był tak samo naiwny.

W kilka minut później samochód zatrymał się na krótką przerwę w Dolinie Śmierci. „Jedźmy dalej, wszystko zobaczyliśmy. Na pewno cała ta twoja Australia też tak wygląda”, ponaglała Katy. Stuart musiał jej przyznać w duchu rację, przez wiele kilometrów drogi przez pustynię odnosił wrażenie, że jest w miejscu, gdzie już był. Po wjeździe do Las Vegas rozstał się z dziewczynami i rozglądając się za hotelem myślał o tym, że przez wiele godzin wspólnej jazdy samochodem przyzwyczaił się do paplaniny i śmiechu z tylnego siedzenia.

W kilka godzin później, po zapadnięciu zmroku, wybrał się na spacer po rozświetlonym i pulsującym życiem mieście. W końcu wszedł do kasyna. Długo stał przy stoliku z ruletką i przyglądał się grze. Próbował odgadnąć, kto z graczy wygra, kto szybko zrezygnuje, a kto przegra wszystko. „To trochę jak zabawa z losem”, pomyślał i postanowił zagrać. Zajął miejsce przy stole z ruletką i już po kilku rundach wiedział, że szybko od niego nie odejdzie. Na początku stawiał tylko część żetonów na parzyste lub nieparzyste cyfry lub na kolor, z czasem nabierał coraz więcej pewności i obstawiał pojedyncze cyfry, zachowując kilka symobolicznych żetonów w ręku, po wielu godzinach przy stole z ruletką zdecydował się postawić wszystkie żetony na odpowiadający jego wiekowi numer 35. W napięciu obserwował obracającą się kulkę i wsłuchiwał się w jej odgłos. Odliczał obroty kulki, wydawało mu się, że nigdy nie nadejdzie moment w którym zatrzyma się jej ruch. Kulka wylądowała w przedziale z cyframi „3” i” 5”.

Stuart zaczął rozglądać się po kasynie, chciał upewnić się, że to, co właśnie przeżywa, nie jest snem. Była czwarta rano, tylko przy nielicznych stolikach siedzieli jeszcze gracze, przy jego stoliku został krupier, starsza kobieta, która w ciągu nocy przegrała wszystkie żetony i Chińczyk, który trzymał kurczowo w ręku kilka plastikowych krążków. Widać było, że walczy z pokusą dalszej gry, postawienia wszystkiego, co pozostało mu w ręce, na jedną kartę. Stuart postanowił odejść i nie prowokować dłużej szczęścia.

39.567 dolarów”, powiedziała młoda dziewczyna w kasie dając mu w zamian za żetony pękającą w szwach plastikową torbę bez napisu. „Dziwna suma”, pomyślał, zostawiając dziewczynie z kasy 100 dolarów napiwku. Wyszedł i wsiadł do jednej z czekających przed kasynem taksówek. W hotelu rozłożył gotówkę na podłodze i przeliczył ją ponownie. „Szkoda, że nie mam komu tego pokazać”, pomyślał przed zaśnięciem.

Wstał przed dziesiątą, widok rozłożonej na podłodze gotówki przypomniał mu o wczorajszym wieczorze. „Więc to nie był sen. Co mam teraz zrobić z tymi pieniędzmi?”, pomyślał i wybrał się w drogę na poszukiwanie banku, w którym mógłby przelać kasę na swoje konto w Australii. Prowadząc samochód po głównej ulicy Las Vegas, budzącym się o tej porze do życia Stripe, zastanawiał się nad tym, jak nieobliczalne jest życie. W jednej z bocznej uliczek znalazł filię Bank of America. Tuż obok niej było biuro podróży, kuszące wielkim plakatem: „Tydzień plażowania w Cancun – tylko 199 dolarów”. Na widok turkusowego morza i skąpanej w słońcu, pustej plaży Stuarta opanowało dziwne przeczucie, że nie znalazł się w tym miejscu przypadkowo. W kilka dni później siedział w samolocie do Cancun.

Był zadowolony, że spędzi kilka dni wylegując się na plaży, liczył na to, że spisze chodzące po głowie melodie, cieszył się, że będzie miał spokój. Pozwolił sobie na luksus i wynajął apartament z widokiem na morze. „Skończyła się zła passa”, pomyślał i z zadowoleniem stwierdził, że zmęczenie, które mu dokuczało w ostatnim czasie, należy do przeszłości. Życie nabrało sensu, cieszył się na ślub Toma za kilka tygodni i zastanawiał się, jak zainwestować wygraną z kasyna. Wieczorem siadał na tarasie, pił wino i wsłuchiwał się w szum morza. Wszystko wydawało się możliwe. „Na to też przyjdzie czas”, powiedział, patrząc na puste miejsce w dwuosobowym łóżku w sypialni.

Rano ruszył w poszukiwaniu plaży, która nie byłaby oblegana przez amerykańskich turystów. Po długim spacerze wzdłuż morza znalazł w końcu miejsce, gdzie oprócz niego była tylko młoda meksykańska rodzina z dwójką małych dzieci. Usiadł w cieniu wielkiego drzewa i pogrążył się w pracy spisywałowa i melodie nowych piosenek. Załował, że nie wziął ze sobą gitary, miał ochotę zagrać nowe utwory, postanowił, że po powrocie z plaży przejdzie się po mieście i poszuka sklepu z instrumentami muzycznymi.

To wygląda jak kiczowaty obrazek”, pomyślał wchodząc do turkusowej wody. Oddalił się od brzegu, płynął w kierunku skał, walcząc z coraz większymi falami. Nagle poczuł, że woda wciąga go wgłąb. Kątem oka zobaczył, że siedzący na plaży mężczyzna wstał i bezradnie przygląda się zmaganiom Stuarta z wodą. Czuł coraz mocniej siłę wody, zdał sobie sprawę z tego, że walczy o życie i próbował zapanować nad paniką. W pewnym momencie poczuł straszny ból w lewej nodze, przez chwilę miał uczucie jakby ktoś przecinał ją nożem wzdłuż. Stracił przytomność.

Kiedy otworzył oczy znajdował się w szpitalnej sali, w pomieszczeniu niczym nie przypominającym luksusowego pokoju, w którym przez wiele miesięcy codziennie odwiedzał Meg. W wielkiej sali leżało oprócz niego siedmiu mężczyzn. Nie wiedział, co przerażało go bardziej – czy fakt, że całą lewą nogę mu zagipsowano, czy głośna prowadzona w niezrozumiałym języku rozmowa pacjentów z sąsiednich łóżek, rozmowa, która w uszach Stuarta brzmiała tak, jakby pacjenci głośno się między sobą kłócili, czy wreszcie wiszący mu prosto nad głową, żle naoliwiony wentylator, który sprawiał wrażenie, jakby miał za chwilę spaść.

Cdn.

Stuart 34

Gravity is working against me
And gravity wants to bring me down
Oh I’ll never know what makes this man
With all the love that his heart can stand
Dream of ways to throw it all away

Siła przyciągania jest przeciwko mnie
Siła przyciągania chce mnie ściągnąć w dół
Nigdy nie dowiem się, co sprawia, że człowiek
Którego serce może pomieścić tyle miłości,
Myśli o tym, żeby to wszystko porzucić.

Gravity, John Mayer

Joanna Trümner

Siła przyciągania

Pobyt Stuarta w Nowej Zelandii przedłużył się, z planowanych kilku miesięcy zrobił się rok. Rok, podczas którego Stuart nie musiał martwić się o występy, gdyż jego trasa koncertowa nabrała własnej dynamiki. Bardzo często w hotelach, w których nocował, czekał na niego telefon lub kartka z propozycją kolejnego wieczoru.

Również Wellington, gdzie spędził kilka pierwszych miesięcy pobytu w Nowej Zelandii, było miastem bardzo mu przychylnym. Louis wprowadził go do grona swoich przyjaciół, muzyka Stuarta podobała się publiczności. Po kilku tygodniach pobytu Stuart doszedł do wniosku, że wcale mu nie brakuje ani Sydney, ani tempa życia w wielkim mieście. Zaczął się zastanawiać, czy nie zamieszkać na stałe w spokojnym, przyjaznym Wellington. Podczas jednej z imprez w mieszkaniu Louisa pojawiła się Catherine. Patrząc na nią Stuart nie mógł opanować uczucia dumy, że tak piękna kobieta przez kilka miesięcy była częścią jego życia.

Obydwoje byli jednak wyraźnie zażenowani tym niespodziewanym spotkaniem. Podczas krótkiej i pełnej dystansu rozmowy Stuart uświadomił sobie, że czas zmienił ich w dwójkę obcych ludzi. Był rozczarowany. W czasie, kiedy on i Catherine byli parą, nawet przez chwilę nie przeszłoby mu przez głowę, że jego dziewczyna da się kupić za pieniądze bogatego, starego mężczyzny. Mężczyzny, który od dłuższego czasu siedzi na wózku inwalidzkim i którego życie prawdopodobnie nie będzie trwało zbyt długo. „Przecież ona na pewno nie jest szczęśliwa. A może już wtedy, kiedy byliśmy razem, tylko tego chciała od życia – pieniędzy i pozycji?”, zastanawiał się.

Przez cały wieczór unikał jej obecności, a kiedy w kilka minut przed północą Louis zaproponował mu, żeby wspólnie z nim zaśpiewał „You‘ve got a friend” Carole King, był wdzięczny przyjacielowi za rozproszenie pełnych goryczy myśli. Ich głosy uzupełniały się tak doskonale, że goście poprosili o kilka dalszych piosenek. „Jesteśmy po prostu perfekcyjni”, pomyślał Stuart. „Może powinniśmy nagrać płytę w duecie?”, zapytał Louis, podając Stuartowi kieliszek czerwonego wina. W miarę upływu wieczoru i alkoholu ich wspólne plany muzyczne nabierały konturów, o czwartej nad ranem na stole leżała mapa Stanów z zaznaczonymi miejscami przyszłych wspólnych koncertów.

W kilka dni po tym wieczorze Stuart ruszył w drogę po miastach i miasteczkach Nowej Zelandii. Podczas koncertu w Queenstown po raz pierwszy poczuł, że ogarnia go dziwny niepokój. „Przecież to tylko kolejna mała sala w kolejnym małym miasteczku, gdzie ludzie czekają na moją muzykę. Oni przez chwilę zabijają nudę, a przy okazji ja przez chwilę czuję ich podziw”, pomyślał, przywołując się do spokoju. Od tego koncertu jednak zaczęła w nim natrętnie powracać myśl, że jest zmęczony i że coś się wypaliło. „Nie ma żadnego powodu, żebym tak myślał. Przeciwnie, nareszcie wszystko zaczęło się układać. Nikt nie umarł, nikt nie zwariował, robię to, co zawsze chciałem robić i zarabiam niezłe pieniądze”, powtarzał sobie kilkakrotnie w ciągu dnia, próbując odnaleźć zgubiony optymizm. Im bardziej starał się zapanować nad uczuciem smutku, tym mocniej jakaś niewidzialna siła ciągnęła go w dół, nie pozwalała mu cieszyć się na kolejne spotkania z publicznością, wywoływała uczucie, że stanął w miejscu i że nie ma siły na dalszy krok.

Stojąc przed publicznością nieraz myślał o tym, że koncert, który daje dzisiaj, niczym nie różni się od koncertu, który dawał wczoraj. Począwszy od tradycyjnego papierosa tuż przed wejściem na scenę, a skończywszy na bisie, zawsze tym samym – piosenki Beatlesów „Let it be”. Zmieniały się tylko sale i twarze. Z niesmakiem myślał o tym, że podczas miesięcy koncertowania zmienił się w oszusta, osobę, która śpiewa o emocjach, jakich już nie doznaje. Bał się, że publiczność go zdemaskuje „Może po prostu powinienem zrobić przerwę, zatankować trochę siły. Zanim ludzie sami przestaną mnie słuchać”, zastanawiał się, patrząc na kolejną pełną salę.

Przypomniała mu się rozłożona na stole Louisa mapa Stanów. Już wiedział, dokąd poprowadzi go dalsza podróż. Pod koniec marca pożegnał Nową Zelandię i wsiadł w Auckland do samolotu do Phoenix. Chciał zacząć miesięczną podróż po Stanach od Wielkiego Kanionu, o którym Louis powiedział mu kiedyś, że jest ósmym cudem świata. Zamierzał też odwiedzić Las Vegas i Dolinę Smierci, polecieć do Nashville i zakończyć podróż w Nowym Orleanie. Za radą Louisa niczego nie rezerwował, nie chciał pozbawiać się możliwości spontanicznej zmiany planów. W samolocie rozłożył przed sobą mapę Stanów i wodził po niej palcem, próbując prześledzić przebieg podróży po Ameryce.

Koło niego siedział młody mężczyzna, któremu stewardesa pomogła się przesiąść z wózka inwalidzkiego. Stuart miał wrażenie, że jego sąsiad bardzo cierpi. „Jak on wytrzyma ten lot?”, zastanawiał się. Siedzieli w rzędzie przy wyjściu awaryjnym, mieli więc miejsce na wyciągnięcie nóg i Stuart z ulgą pomyślał, że nie będzie musiał budzić sąsiada, żeby pójść do toalety. Siedzieli tak obok siebie i milczeli. Po kilku godzinach lotu stewardessa podała im tace z posiłkami. Stuart przyglądał się zmaganiom sądiada, widział, że krojenie posiłku nożem i widelcem sprawiało mu trudność. Po kilku minutach odważył się zaproponować: „Chętnie ci pomogę”. Nieznajomy popatrzył na niego z wdzięcznością w oczach i podziękował.

Po posiłku Stuart położył tacę nieznajomego na swoją i czekał w milczeniu na przyjście stewardessy. „Jeszcze przed rokiem byłem zupełnie inną osobą”, odezwał się nieznajomy. „Miałem niezłą pracę w biurze turystycznym, zobaczyłem kawał świata, w czasie wolnym grałem w rugby, albo spotykałem się z moją dziewczyną. Od kilku miesięcy mieszkaliśmy razem, planowaliśmy ślub. Któregoś dnia, zupełnie niespodziewanie straciłem czucie w nogach i przewróciłem się na ulicy. Natychmiast podeszła do mnie jakaś młoda kobieta, pomogła mi wstać i zapytała, czy ma wezwać lekarza. Była bardzo ładna, może dlatego nieźle się zmieszałem, podziękowałem i powiedziałem, że się zamyśliłem i potknąłem. Upadki zaczęły się powtarzać, zacząłem tracić czucie w rękach, po kilku tygodniach nie mogłem już nikomu, a przede wszystkim sobie, wmawiać, że wszystko jest w najlepszym porządku. W końcu wybrałem się do lekarza, do jednego, drugiego, trzeciego, w końcu czwarty lekarz zdiagnozował stwardnienie rozsiane. Mam jakąś nietypową odmianę, która bardzo szybko postępuje. Lekarstwa njiezbyt pomagały. W sumie jestem chyba wdzięczny za tą chorobę, od czasu, kiedy jestem chory, dostrzegam rzeczy, które mnie do tej pory nie interesowały – wschód słońca, dobrą muzykę, to, że wstałem i potrafię jeszcze sam przejść kilka kroków. Nauczyłem się nie złościć na głupotę innych, czy też rzeczy, które sprzysięgają się przeciwko mnie, jak zablokowane przez liście kółko wózka inwalidzkiego. Trzeba je po prostu usunąć i jechać dalej. Rodzina pozbierała pieniądze na pobyt w klinice w Bostonie, gdzie testują nowe lekarstwa. Rzekomo jest to najlepsze, co w tej chwili medycyna ma do zaoferowania w walce z MS”.

Stuart przyglądał mu się z mieszaniną współczucia i podziwu, po głowie chodziło mu pytanie o narzeczoną młodego mężczyzny. On uprzedził pytanie. „Zerwałem narzeczeństwo, nie chcę żeby ktoś był przy mnie z litości, nie chcę, żeby za kilka lat moja partnerka żałowała, że musi się opiekować kaleką”. Stuart patrzył na nieznajomego z sąsiedniego miejsca w samolocie z coraz większym zainteresowaniem, wiedział już, że właśnie prowadzi jedną z tych rozmów, które pamięta się przez całe życie. Młody człowiek był spokojny i rzeczowy, opowiadał bez rozgoryczenia, bez żalu, bez smutku. Potrafił pogodzić się z wyrokiem losu i zachować poczucie humoru i optymizm. „Jakie mam szczęście”, pomyślał Stuart i zdał sobie sprawę, że jego zmęczenie życiem i wypalenie są niczym w porównaniu z losem nieznajomego.

Na lotnisku w Phoenix na nieznajomego z samolotu czekała starsza kobieta z kartką w ręku. „Gage Barrows”, przeczytał Stuart i obiecał sobie, że nigdy nie zapomni tego nazwiska. Ale też od dawna nie spotkał nikogo, kto by go tak zafascynował. Po raz pierwszy spotkał człowieka o imieniu Gage. „Niezwykli ludzie noszą niezwykła imiona”, pomyślał w drodze z lotniska po samochód, którym miał rozpocząć podróż po Stanach.

Cdn.

Szopa w salonie 11

Łukasz Szopa

Pokojowy luddysta

Szósta piętnaście. Od tego roku zegar codzienności trochę się nam zmienił: syn zmienił szkołę, ma dalej, wychodzi na autobus o siódmej rano, a wspólne rodzinne, przynajmniej półgodzinne śniadanie – nadal jest świętą tradycją.

Więc zaczynam od kawy. I tym samym od efektywnego obudzenia reszty rodziny. Nie, nie jakimś głośno i piskliwie zwijącym się automatem do kawy jak niemiecki Krupps, włoskie Saecco czy polski Zelmer – a młynkiem. Nie, nie elektrycznym jaki mieli jeszcze moi rodzice w latach osiemdziesiątych, a takim ręcznym, kupionym na pchlim targu w Berlinie. Czekając na zagotowanie kawy zmywam resztki z talerzy i kubków po wczoraj.

Następny problem, to poszukiwanie dzbanka na kawę. Gdyż o ile ja pomywam zawsze ręcznie, to moja partnerka używa do tego zmywarki. Którą ja w sumie bojkotuję. Właśnie ta zmywarka jest chyba najczęstszym przedmiotem związkowych kłótni: „Jak jeszcze nie pomyłeś od pół dnia, jak zawsze twierdzisz, to mogłeś włożyć choćby do zmywarki!“, „Gdzie jest znowu ten obieracz do ziemniaków, pewnie od dni tkwi w twojej zmywarce!…“, „Ooo, znowu ta twoja zmywarka domaga się uwagi – piszczy już piąty raz“, „To twoje zmywanie jest strasznie nieekologiczne, pomyślałeś o tym kiedyś, tyle gorącej wody!…“ i tak dalej.

Jak często w moich tekstach muszę się do czegoś przyznać. Po pierwsze, że jestem pokojowym luddys. A po drugie, że nie zawsze konsekwentnym, nie zawsze się da.

Luddyści – byli to robotnicy w XIX wieku, którzy walczyli z postępującą mechanizacją – odbierającą im miejsca pracy i poziom płacy. Walczyli niszcząc brutalnie fabryczne maszyny.

Ja jestem, jak wspomniałem, luddys, który przemoc i zniszczenie odrzuca. Po prostu staram się bojkotować wszelkie maszynki napędzane nie własną siłą – czyli prądem lub paliwem.

Wiadomo, tak całkiem się nie da. Jak już wspomniałem, wodę zagotowałem w elektycznym czajniku, a nie rozpalając pośrodku kuchni palenisko by jak Clint Eastwood zagrzać wodę w kociołku. I, tak, jeżdżąc między Berlinem a Włosieniem, który jest wioską w Polsce, korzystam głównie z samochodu (wyprawa rowerowa w tym roku nie wypaliła). Ale na przykład odkurzacza w obu mieszkaniach używam coraz rzadziej, podłogi z desek to naprawdę „postęp“ w porównaniu z wykładzinami w mieszkaniu moich rodziców, gdy byłem dzieckiem i musiałem codziennie odkurzyć cztery pokoje. Dobra miotła i potem przetarcie gorącą wodą dają dużo lepsze efekty. Z kolei w odróżnieniu od wojny w sprawie zmywarki, z pralki automatycznej korzystamy na bazie równouprawnienia – zarówno ją napełniając, jak i opróżniając. Tu przynajmniej, gdyż podobnie jak ręczne pomywanie lubię wieszanie mokrej odzieży, udało się uniknąć suszarki prania. Unikam jednak w stu procentach takich „wynalazków“ jak elektryczna maszynka do golenia, suszarka do włosów, elektryczna szczotka do zębów, wibrator, mikser kuchenny (nawet ziemniaki do placków obieram ręcznie – jeśli uda mi się odnaleźć wspomniany obieracz!). Wolę rower i własne nogi od metra czy autobusów. Zdarza mi się za to nadal użyć toastera i gdy chcę posłuchać muzyki, to nie proszę córki, by zagrała na gitarze, lecz jednak korzystam z odtwarzacza CD. No i gdy przyszło nam kopać dwanaście metrów rowu do kanalizacji, głębokiego na 1,5 metra, to nie oponowałem, gdy sąsiad zaoferował pomoc kolegi z koparką. Z kolei po tym jak wysiadła po latach niezbędna do wysokiej trawy kosiarka widłowa – postanowiłem na wiosnę poprosić innego sąsiada o kurs… koszenia kosą! Za samochodu, jak wspomniałem – korzystam, jednak bez nawigacji (włączam ją jedynie, by się z dziećmi pośmiać z efektów jak „ona mnie nie-rozumie“, gdy w podróży radio nie łapie nic oprócz stacji państwowych czy Radia Ma-Ryja, które wszystkie bojkotuję – ale to już inny bojkot). Lepsza mapa i zagadywanie ludzi na wsiach, gdzie jechać. Główna funkcja mojego staromodnego telefonu to… własnie telefonowanie (czyli jednak nie komunikuję się na odległość, krzycząc z balkonu w kierunku Friedrichshainu! Choć, kto wie, może i to byłoby dobre?) Na wsi, oprócz dwóch pieców (typowego i elektrycznego), mamy z kolei dwie lodówki: elektryczną, ale i „piwniczną“.

Powoli więc, powoli jest jakiś POSTĘP. Coraz więcej rzeczy robię ręcznie, maszynki staram się omijać, bojkotować, lecz nie niszczyć (przynajmniej nie z premedytacją – bo ww. defekt kosiarki to w sumie moja wina). I naprawdę, zupa o której wiem, że każda jarzynka została pokrojona własnoręcznie – smakuje lepiej! Nie wspominając o zapachu świeżo zmielonej kawy z młynkowej szufladki…

(A że ten tekst, podobnie jak podobny w niemieckim piśmie „der Freitag“ https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/bin-ich-ein-gewaltfreier-luddit pisałem na komputerze, a nie ręcznie, by wysłać go pocztą kurierską do Ewy Marii – o tym proszę zapomnijcie…)

Reblog: Rozmyślania w samolocie

Jacek Pałasiński

CHAOTYCZNE PRZEMYŚLENIA STARSZEGO MĘŻCZYZNY FRUWAJĄCEGO W DNIU SWOICH URODZIN

LOT
Z góry… Z góry wszystko wygląda inaczej. Relatywnie. Trudno sobie nawet wyobrazić, patrząc, przez okienko samolotu, że istoty, których z tej wysokości nie widać, mogą emanować złe emocje w ilościach zdolnych zniszczyć ich samych i tę piękna planetę…

DOM
Z okien samolotu za Rzymem dostrzegłem górę. Z drugiej jej strony stoi budynek, który długo nazywałem „moim domem”. Moje dorosłe, bardzo dorosłe Dzieci, nadal uważają to miejsce za swój „dom rodzinny”. A przecież wszelkie związki między tamtym domem a nami ustały.
W domu nie ma śladu po nas; to w nas jest ślad po nim.

LOS KOLIBRA
K. też jest w Rzymie, a właściwie ponad nim. Nie chodzi, lecz unosi się nad jego ulicami w zachwyconej euforii. Mówi, że chce się tu natychmiast przenieść i mam wrażenie, że to miejsce daje jej namacalne poczucie szczęścia, gdzieindziej nie zaznanego. Ciesz się tym szczęściem, bo ulotne.
I co: mówić jej, jak to się kończy dla kolibra, kiedy nie oderwie wzroku od magnetycznych oczu kobry i zginie, pożarty? Czy pozwolić, by odkryła, że najbardziej dewastujące rozczarowania dotyczą obiektów naszej miłości? O, bo Rzym rozczaruje każdego kto zechce się przebić przez jego magiczną powierzchowność, gdy zajrzy do jego czarnej i zepsutej duszy.

ŚLAD
Jak wygląda ślad po domu, który zwykliśmy nazywać „naszym domem”? Jest niematerialny, zapisany, zapewne wyłącznie jako mikroładunki elektryczne w jakiejś, nie wiadomo jakiej, mgławicy neuronów wewnątrz tej wstrętnawej galaretki, jaką nosimy w głowie?
Ile jest wart ten prąd? Da się wycenić coś tak nieskończenie małego? Nie? To czemu przywiązuję do tego tak dużą wagę?
Czemu ją przywiązuję do tak wielu mikroprądów w zwojach mego mózgu, skoro zsumowane nie dadzą razem jednego miliwata, a ileż może być wart jeden miliwat i jak się on ma do wielkiego świata widzianego z okna samolotu?

PROBIERZ
I jeżeli są one, choć nie wiem dlaczego, coś warte dla mnie, to ile mogą być warte dla innych? Nic, kompletnie nic? Czy tylko w zakresie, w jakim moje mikroładunki pokrywają się z mikroładunkami bliźnich mojej epoki?
Jak się o ich wartości dla bliźnich przekonać?
Po ilości komplementów? Pozytywnych uczuć? Po liczbie ludzi na moim pogrzebie?
Ilu ich będzie? Czy przyjdą znaczni, czy przyjdą sławni? Zechcą coś powiedzieć? Czy będą to nieznośnie banalne, puste słowa, ubrane w pozór emocji? Próba wylansowania siebie przed wdzięczną, bo cichą widownią?
Czy będą smutni, czy będą płakać szczerymi łzami, czy przyjdą z poczucia obowiązku, bo w gruncie rzeczy, cóż zanik mikroprądów może obchodzić kogoś innego poza ich posiadaczem? Czy naprawdę poczują w sercu przykry brak, kiedy zejdą się na cmentarzu, albo kiedy wpadnie im w oko mój nekrolog? Bo ponoć jesteśmy w stanie znieść nawet najgorsze cierpienie. Bliźniego…

CAPSTRZYK
Chciałbym, żeby nad moją trumną odegrano ukochaną przeze mnie muzykę, ale wszak to ja ją kochałem, a nie zebrani w kondukcie: męczyć ich czymś, czego zapewne nie zrozumieją? I, na dodatek, ktoś przyśle wdowie po mnie rachunek za nieopłacone prawa autorskie od publicznego wykonania tej muzyki. Nawet dzwon nie jest za darmo, bo dzwonniczemu trzeba za targanie sznurem zapłacić. Milczenie zatem?

DOBRE ŻYCIE
Jak powinno wyglądać tzw. „dobre życie”, takie, po którym twój pogrzeb będzie tłumny i pełen łez? Wszak największe kondukty chadzały często za trumnami największych potworów, jakich wydał rodzaj ludzki. Za władcami, a przecież władza demoralizuje, demoralizuje wszystkich bez wyjątku. A Giulio Andreotti, przy którymś wywiadzie nie wytrzymał i na powtórzoną mu sentencję „władza demoralizuje” odpalił: „władza demoralizuje tych, którzy jej nie mają”. Więc wszyscy jesteśmy zdemoralizowani?
Tłumne kondukty chodzą za aktorami, politykami, osobami powszechnie znanymi; ich odejście wydaje się znaczyć dla bliźnich więcej niż odejście osób mniej znanych, choćby najlepszych, choćby najuczciwszych, choćby najbardziej altruistycznych.
Jeśli pogrzeb to ukoronowanie, podsumowanie istoty czyjegoś życia, jego wagi dla społeczności, to trzeba za życia dać się poznać możliwie szerokiemu gronu; to daje, w chwili śmierci pocieszenie, że twój pogrzeb będzie innych zasmuci, a smutek innych będzie naszą satysfakcją i nagrodą.

A MOŻNA BYŁO INACZEJ
A gdybym coś był zrobił inaczej? Gdybym nie był taki pryncypialny? Gdybym nie uważał, że dziejące się właśnie wydarzenie potrzebuje mojego, w gruncie rzeczy mało znaczącego i nic nie zmieniającego udziału? Gdybym zapisał się, gdzie chcieli, a potem, w sprzyjającym czasie nawrócił? Gdybym czytał w dzieciństwie inne książki i miał średnio-krajowe poczucie honoru? Średnio-krajową ideę patriotyzmu? I gdybym w końcu porzucił ten szkodliwy zwyczaj stawiania się przełożonym, tego poczucia, że skoro więcej się przygotowywałem, to wiem więcej i lepiej? Gdybym, nie bacząc, że są irytujący i nieciekawi, kultywował znajomości z możnymi i znanymi:czy wtedy na mój pogrzeb przyszłoby więcej ludzi, byli by smutniejsi?

ŚMIECH
A może jestem jednak znacznie przeciętniejszy, niż mi powtarzano od pierwszej klasy, może zbyt łatwo w to uwierzyłem, bo chciałem wierzyć, nie zbadawszy, jak to jest naprawdę? Może najzwyczajniej w świecie nie zasługuję na uwagę bliźnich, na ich zainteresowanie, na ich ewentualny żal, gdy zniknę?
„Chciałem dobrze” – napiszę sobie na nagrobku.
Przechodnie będą parskać śmiechem. Dobre i to: przynajmniej przeczytają nazwisko, choć im nic nie powie, a na dodatek śmiech rzecz nieczęsta (zwłaszcza na cmentarzu), a dla zdrowia ważna.
A może lepiej zabrzmi „Chciałem mieć dobre słowo dla każdego”?

JASKINIA I WIEŻA
Tłumy na pogrzebach sław mogą prowadzić do wniosku, że „dobre życie” uwieńczone dobrym pogrzebem oznacza dać się poznać jak największej liczbie bliźnich. Nieważne, czy cię polubią, czy będą się ciebie bali, tłum przyjdzie oglądać popularnych piechurów w kondukcie. Bo powodem ich obecności prawie na pewno nie będzie konsekwencja zmarłego w postepowaniu skromnym, „moralnym” i społeczności przydatnym…
Mimo to są tacy, którzy nie oczekując nagrody w postaci tłumnego pogrzebu, wybierają inną drogę niż popularność.
Są ludzie, którzy chcą żyć bez reszty moralnie; zamykają się wtedy w grotach i tam żyją w łachmanach i o misce strawy – i wtedy nazywamy ich pustelnikami.
Są też i tacy, którzy zamykają się w wieży z kości słoniowej, żyją tam w pogardzie grzechu – i wtedy nazywamy ich mizantropami.
Ich śmierć bywa cicha, pogrzeby samotne.

ŚREDNIA AMORALNOŚCI
Mało jednak mnichów, mało mizantropów; cnotą jest sztuka surfingu po okolicznościach bez moralnego wartościowania czynów. Świat tego nie ma za złe. Nawet Kościoły, powołane do wydawania ocen moralnych. Ba, czyny kapłanów, zdarza się, wykraczają poza „średnią amoralności” ogólnie w społeczeństwach przyjętą, więc ich oceny uwagi nie warte.
Czy ma zatem sens życie anachronicznie moralne, jeśli społeczności tego nie dostrzegają, jeśli tego nie potrzebują, jeśli traktują to, jako irytujące dziwactwo?

ŻAL I MIŁOŚĆ
A jeśli na moim pogrzebie ludzie będą i poczują żal – przykre mikroprądy w którymś z mózgowych zwojów – to jak długo on trwać będzie?
Ja je czuję, gdy zniknie ktoś dla mnie ważny; czyjeś zniknięcie jest dla mnie bólem, lecz ból z czasem się zmniejsza, jest absorbowany przez mój organizm jak guz czy krwiak.
O niektórych żywych jeszcze – myślę z rzewną czułością: to musi być właśnie miłość, bezinteresowna, irracjonalna, nie wywołana żadnym hormonem, żadnym popędem, żadnym interesem – miłość.

POKORA
Takie wzloty powinny być obowiązkowe, obowiązkowe okresowe wyglądanie przez bulaj samolotu.
Obowiązkowe powinny być też wyprawy w strefy sejsmiczne. Bo gdy się z góry nie dojrzy proporcji – człowiek-świat, gdy nie poczuje się potęgi ziemskiej skorupy, wtedy będzie się miało wypaczone spojrzenie na wszystko: na siebie samego i na rzeczy naszego Życia, zawartego w kilku miliardach mikroprądów, tak nikłych, że nie wynaleźliśmy jeszcze instrumentu zdolnego zmierzyć ich nieskończenie małą wartość.

Tylko wtedy, świadomi naszej istoty, będziemy zdolni z pokorą przyjmować nasze życie i naszą śmierć. Niepomni liczby tych, którzy pójdą za nasza trumną.

Bild könnte enthalten: 1 Person, lächelnd

Die beste aller Welten / Najlepszy z możliwych światów

Morgen startet den Film / Jutro premiera filmu: Die beste aller Welten

Idźcie koniecznie! / Geht hin! Und zwar unbedingt. Denn: Wenn ihr nicht in der ersten Woche hingeht, verschwindet der Film von der Leinwandoberfläche der deutschen Kinos… So sind die Regeln der unsichtbaren Hand des Marktes.

Dorota Cygan i Ewa Maria Slaska

Film, na który nigdy byśmy nie poszli i byłaby to strata niepowetowana
Zum Film, den wir uns wohl kaum angeschaut hätten – was aber sehr schade wäre …

Obejrzałyśmy ten film, bo wybrali go do preview redaktorzy berlińskiej gazety miejskiej TIP. Poszłyśmy, bo w międzyczasie nauczyłyśmy się, że jeśli ta grupka krytyków wybrała jakiś film, to znaczy, że jest on naprawdę warty uwagi. Dzięki nim obejrzałyśmy przed rokiem Manchester by the sea i wyszłyśmy naprawdę pod wrażeniem siły i autentyczności tego obrazu, a potem, ale dopiero potem dostał on Oskara. Do kogoś trzeba mieć w życiu zaufanie, my pokładamy je w tych kobietach i mężczyznach. Sie schrieben für uns auch, wovon der Film handelt:

Wir haben uns den Film angeschaut, weil er von der Redaktion der Stadtzeitung TIP für ein Preview empfohlen wurde. Mittlerweile haben wir ja auch gelernt, dass Filme, die von den Filmkritikern der TIP ausgewählt wurden, wirklich sehenswert sind. So verdanken wir ihnen, vor einem Jahr Manchester by the sea gesehen zu haben: Wir waren zutiefst beeindruckt, als wir den Kinosaal verließen, und zwar von der Kraft und Authentizität des Dargestellten.Der Film bekam (später!) auch den Oskar. Auf etwas muss man sich verlassen können – etwa auf das Urteil des Redaktionsteams, das uns im Falle von Die beste aller Welten folgendes von der Handlung verrät:

Der kleine Adrian stellt sich seinen Alltag immer wieder als grandioses Abenteuer vor. Und er hat auch allen Grund dazu, denn seine Mutter hat ein Riesenproblem: Sie steckt tief im Salzburger Drogenmilieu fest, und versucht verzweifelt, dem Sohn mit fantasievollen ­Geschichten über die bittere Wirklichkeit hinwegzuhelfen. Adrian Goigingers „Die beste aller Welten“ ist ein gelungener Versuch über die Schutzfunktion der Fantasie und über die Risse, die jede Lügengeschichte irgendwann bekommt. Die kindliche Perspektive lässt „Die beste aller Welten“ zu einem schmerzhaften Psycho­thriller werden. Der Salzburger Dialekt trägt viel zur besonderen Atmosphäre dieses Films bei.  

Am Ende des Previews könnten wir Fragen an die Hauptprotagonistin und einen der Nebendarsteller, den sog. Griechen, stellen. Wir traffen sie auch in der Kinobar.

Adminka z główną aktorką filmu, foto: Dorota Cygan

Uwaga, jest coś, czego gremium redaktorów nie napisało (i chwała im za to) i co się okazuje dopiero, jeśli się uważnie i ze zrozumieniem przeczytało końcowe napisy. Nie psujcie sobie i innym napięcia, z jakim ogląda się ten film, nie szukajcie tej informacji (bo na pewno gdzieś jest), nie zdradzajcie jej innym, ale nie wychodźcie z kina zanim film się naprawdę nie skończy i obsługa zgasi światła na sali… Bo ominie was efekt całkowitego zaskoczenia.

Aufgepasst: Das Redaktionsgremium hat eines nicht verraten (vielen Dank dafür!). Dies erschließt sich einem erst, wenn man den Abspann aufmerksam (und verstehend:-)) verfolgt hat. Sucht diese (sicherlich irgendwo versteckte) Info nicht im Vorfeld – seid nicht eure eigenen Spielverderber, bringt euch nicht um den Spaß und die Spannung, mit der ihr den Film sehen könnt. Und bitte plaudert auf keinen Fall etwas aus. Verlasst den Kinosaal nicht, bevor der Film zu Ende ist und die Lichter ausgehen. So lasst Ihr Euch nicht etwas entgehen, was Euch komplett überrascht.

Kiedyś to było oczywiste, że podobnie jak pierwsze sceny tak i ostatnie napisy są częścią filmu i nikt się nie ruszał z kina przed czasem. Była przecież wciąż jeszcze muzyka, ważne informacje, czasem nawet pojawiała się jakaś najostatniejsza scena. W Berlinie jednak jest obyczajem powszechnym wychodzenie z kina natychmiast, praktykują to również mieszkający w Berlinie Polacy, obawiam się więc, że ten plebejski zwyczaj dotarł już i do Polski.

Früher mal war es für die Zuschauer selbstverständlich, dass der Abspann genauso zum Film gehört wie der Vorspann oder die erste Szene. Daher hat niemand den Kinosaal vorzeitig verlassen, schließlich lief noch die Musik und es konnte gut sein, dass ganz zum Schluss noch die allerletzte Szene oder die allerwichtigste Information kam. In Berlin hat sich allerdings der Brauch durchgesetzt, das Kino sofort zu verlassen. Davon sind auch die Berliner Polen nicht ausgeschlossen, daher nehme ich an, dass der plebejische Brauch mittlerweile in Polen angekommen ist.


Jeden z bohaterów filmu, tzw. Grieche / Grek w foyer berlińskiego kina