Lusatia alias Vita 9

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Już sporo wody spłynęło nurtami Lubszy, Nysy i Szprewy, odkąd Viator (który wówczas jeszcze nawet nie nosił tego miana) skarżył się Czytelnikowi, iż trwać musi w niewygodnym szpagacie między nauką i sztuką (TU). W dniach teraźniejszych zwyciężyła nauka. I gdy Czytelnik we wtorkowy ranek lub przedpołudnie zasiada do lektury tego tekstu Viator, ukryty pod maską Prelegenta, produkuje się na pewnej konferencji. Wcześniej zaś musiał się do swego wystąpienia solidnie przygotować, co wymagało zaangażowania uwagi, ale przede wszystkim czasu. Miał więc trzy możliwe wyjścia z sytuacji, w jakiej się przez to znalazł: primo – w ogóle nie pisać odcinka opowieści o Łużycach (tego ani Czytelnikom, ani Ewie Marii uczynić nie chciał), secundo – poświęcić jakość tekstu, tertio – poświęcić jego objętość. Zdecydował się na rozwiązanie trzecie. Będzie krótko, ale zajmująco, miejmy nadzieję. Suspens i zagadka. Aby zaostrzyć apetyt przed kolejnym odcinkiem. Jako rekompensatę za tydzień obiecuje Viator wystawną ucztę, godną tego wzmożonego apetytu!

*************************

Opuszczamy rankiem mury Budyšina, kierując się na wschód, na spotkanie słońca. A że Łużyce to ziemia czarowników i mistyków, przeto wszystko zdarzyć się może takiego dnia. Ktoś wyszeptał zaklęcie. Jest początek siedemnastego wieku, któreś z jego pierwszych dwudziestu lat – nieistotne, które dokładnie. Viator, jak na ubogiego pątnika przystało, idzie pieszo (mógłby dodać, że boso i z kosturem w ręku, ale po co błaznować?) A Czytelnik nie odmówi mu przecież swej kompanii… Do pokonania mamy trzydzieści kilometrów, musielibyśmy się postarać, aby zdążyć do kolejnego miasta przed zapadnięciem zmroku. Ale po co pośpiech? Trakt jest bezpieczny, wszak Zwjazk šěsćiměstow, czyli Związek Sześciu Miast dba o to, aby nie grasowali tu żadni zbóje. Wokół lasy, strumienie, pola malowane zbożem rozmaitem… Po co się spieszyć? Jedyne, co nam grozi, to nocka spędzona sub Iove frigido. Nie pierwsza i nie ostatnia na pielgrzymim szlaku.

Toteż i nie spieszy się Viator. Maszeruje powoli, co i raz spogląda w prawo, gdzie na horyzoncie rysuje się ciemne i majestatyczne pasmo górskie, a wędrowiec kocha góry. Im więcej drogi we wschodnim kierunku pokona, tym wyraźniej widzi, jak wprost przed nim, pośród rozległej równiny, wyrasta jeszcze jedna, samotna góra, ostrym szczytem kłująca niebo. Tą swoją samotnością, osobnością intryguje. Viator zapatrzył się na nią i… stało się. Zmrok zapadł. Wędrowiec nigdzie już dziś nie dojdzie. Siada więc i, jak na romantyka przystało, patrzy na gwiazdy i słucha ciszy.

1 LandeskroneTajemnicza, samotna góra… Za tydzień odkryje swój sekret.

 A kilka kilometrów stąd, w małej izdebce, za drewnianym stołem, zasiadł prosty, ubogi szewc. Po całym dniu ciężkiej pracy i starań o chleb powszedni zajmuje się tym, co naprawdę ważne. Może siedzi w ciemności, pogrążony w modlitwie, albo i w mistycznej wizji. A może w migotliwym blasku kaganka zapisuje to, co usłyszał od aniołów.

Prostaczek bez żadnych szkół ani nauk takie słowa w górze usłyszał: Jeśli jest tak, że tylko powierzchownie panujesz nad wszelkim stworzeniem, wówczas ze swoimi chęciami i panowaniem należysz do zwierzęcego rodzaju i znajdujesz się tylko w niedoskonałym, przemijającym panowaniu. W zwierzęcą istotę wprowadzasz także twoje pożądanie, zarażasz się nią i jesteś w niej uwięziony, otrzymując również charakter zwierzęcy. Lecz jeśli jest tak, że porzuciłeś ten niedoskonały charakter i panujesz nad wszystkimi stworzeniami w otchłani, z której są one stworzone, to nic nie może ci zaszkodzić na ziemi, bowiem jesteś podobny do wszystkich rzeczy i do niczego nie jesteś podobny.

Takie oto przesłanie musi ogłosić rodzajowi ludzkiemu: To jest tak, że miłość może w tobie zapalić ogień. Wtedy poczujesz, jak spala się twoja jaźń a zatem cieszy się wtedy wielce twoim ogniem, że raczej pozwoliłbyś się zabić niż znowu wstąpić w twoje coś. Także jej płomień jest tak ogromny, że nie odstąpiłaby od ciebie, acz dotyczy to twego doczesnego życia, tedy idzie z tobą w swych płomieniach do śmierci. I gdy udajesz się do piekieł, niszczy piekło ze względu na ciebie.

Co to za ziemia, która rodzi takich szewców? Cóż to za szewc, który z Panem gadał? Co go ku niebu pociągnęło: tajemnicza samotna góra, czy może pewna kaplica? I co to za kaplica, którą jeden z ziomków szewca wzniósł tutaj po wyprawie do Ziemi Świętej? o i jak to możliwe, że bogate miasto, wręcz personifikacja mieszczańskiej stabilizacji, naznaczone jest po wielokroć i na różne sposoby duchem pielgrzymstwa? Jakie to miasto? Czytelniku, czekaj cierpliwie, a stokrotnie nagrodzony zostaniesz! (A jak bardzo chcesz wiedzieć już i natychmiast, to zajrzyj do komentarzy – przyp. EMS)

2 KaplicaW niecierpliwym oczekiwaniu na Jeruzalem niebieskie wzniesiono tę kaplicę.

In Archiven und Museen (2)

Dorota Cygan

Marbach. Mal schnell in die Stadt und schon zurück im Archiv

 marbach5
In diesem Turm wohnte kein Dichter, der wahnsinnig geworden ist (in welchem denn und wo dann?), die Leser dürfen ohne andächtiges Schweigen den Anblick genießen.

(Erklärung: die Autorin meinte den Dichter Friedrich Hörderlin, geb. 1770, gest. 1843, der wahnsinnig geworden ist und 35 Jahre in einem Turm in Tübingen verbrachte.)

Und drunter: Vielleicht klärt mich jemand auf, ob es der schwäbische Pragmatismus ist, Mauern in die Häuser zu integrieren – oder vielleicht eine weit verbreitete historische Baupraxis?

 marbach7

Und schon wieder im Literaturarchiv.

Ich nehme an, dass diese Plastik darunter jedem sehr nahe steht, der schon mal mehrere Stunden und Tage hintereinander hier las und glaubte, die Augen würden ihm bald herausfallen. Dabei war es nur die Brille, die sich auf einmal verselbständigte und tanzte.

marbach8

marbach9

Wahrscheinlich lag dem ein demokratisches Prinzip zugrunde: Jeder Mitarbeiter des Archivs sollte gleich viel Licht in seinem Büro haben und ins Grüne hinaus gucken. Wir Benutzer haben freilich immer das Gefühl, ALLE sehen uns, wenn wir wieder einmal zu spät ins Archiv kommen.

marbachnoca

LiMoLiteraturmuseum der Moderne im geheimnisvollen Nachtgewand. Würde man es jetzt indiskret lüpfen, wäre man Zeuge der höchst privaten, epochenübergreifenden Kontakte zwischen Schriftstellern, Kritikern, Objekten und allerlei „Ismen“. Das nenne ich eine Party!

marbachsordek2

Oben und unten. Exklusive Fotos nur für Euch: Lesesaal von außen – das Fotoverbot (von innen) wird selbstverständlich eingehalten. Leser erzählen sich Anekdoten, wer alles schon beinahe eingeschlossen worden ist, weil er sich zwischen den Buchregalen festgelesen hatte und im letzten Augenblick bemerkt worden ist.

marbachsordek1

marbachsordek3So nüchtern wie dieser Eingang wirkt auch der Handschriftenbereich (Tiefgeschoss). Damit ist sichergestellt, dass die Schönheit des Raumes (also die Form) nicht die Schönheit der Archivalien (also den Inhalt) überdeckt.

lesesaalmarbach

Sancta sanctorum – Handschriftenlesesaal
Ich weiß selber nicht, warum ich mich in dem Fall der Wahrheit verpflichtet fühle und Euch das echte Foto vom Handschriftenlesesaal zeige. Ich könnte doch viel besser fabulieren: Den Handschriftenlesesaal erfüllt der Schein alter Möbel und alter Gegenstände, durch alte Fenster schimmert in der Sonne der alte Staub und die alten Archivare gehen am Stock und können sich noch detailliert an ihr letztes Gespräch mit Thomas Mann, nein, mit Franz Kafka erinnern… Nö. Warum sollt Ihr eigentlich die Sache weniger nüchtern sehen als ich? Das wäre ungerecht.

skarpetkischilleraUnd dort. Ja! Zum Beispiel Schillers Socken!
In der Kunstbibliothek in Berlin darf man viele alte Bücher nur mit weißen Handschuhen anfassen. In Schwaben gönnt man das eigentlich nur Schillers Socken. Gut so. Allerdings wäre der Anblick interessant: Benutzer tippen in weißen Handschuhen Briefe und Handschriften ab. Tradition und Modernität. Soll ich das vielleicht anregen?

marbachsordek4

Hier wohnen wir alle – Schnüffler, Buchfetischisten und manische Literaturdeuter. Eingeschlossen in den Mönchszellen. Ihre schlichte, aber interessante Innenarchitektur folgt dem demokratischen Prinzip – auch übrigens die Platzierung der Gäste. Ich durfte vier Wochen lang meinen Lärm einem hochverdienten älteren Professor zumuten.

marbachsordek5

Lemberger oder Trollinger – wenn es der Wein von hier sein sollte. Die Marbacher selbst trinken eher den edlen Italiener oder reden sich aus.

Prost!

Wielka Wojna (6)

Zadaję dziś zagadkę. Oczywiście, jak zdradza nadtytuł, będzie ona dotyczyła I Wojny Światowej. Zacytuję tu kilka fragmentów powieści, które w całości lub części, dotyczą wojny. Czy znamy te książki? Ułatwię Wam zadanie. Wszystkie cytaty dotyczą wojny widzianej od strony państw centralnych. Wszystkie są też tłumaczeniem. To przypadek, ale skoro już tak mi się te książki po kolei nasunęły, zostawię je w takim zestawie. W końcu to i tak wszystko jedno, w końcu i tak wojnę toczą władcy, wszystko jedno jacy, przeciw nam, zwykłym ludziom.

***

Pada. Nie, rzucił się tylko na ziemię, albowiem nadlatuje wyjąc piekielny pies, olbrzymi granat, diabelska głowa cukru. Leży twarzą w chłodnym błocie, z rozstawionymi nogami, odwrócone stopy wbija obcasami w ziemię. A twór zdziczałej nauki, naładowany tym, co najokropniejsze, pada jak szatan o trzydzieści kroków na ukos przed nim, zarywszy się głęboko w grunt, pęka tam z okropną mocą i wybucha wysoką fontanną ziemi, ognia, żelaza, ołowiu i rozerwanych ciał ludzkich. Leżeli tam dwaj przyjaciele, którzy przytulili się do siebie w potrzebie; teraz zmieszali się z sobą i zniknęli.
O, wstydźmy się my, którzy będąc cieniami jesteśmy bezpieczni! Przerwijmy naszą opowieść! Czy nasz znajomy został trafiony? Sądził przez chwilę, że tak. Ogromna gruda ziemi uderzyła go w udo, zabolało mocno, ale to nic. Zrywa się, zatacza się kulejąc, nogi mu ciężą i śpiewa nieprzytomnie:

A po-szum jej gałą-ęzi
Jak gdy-by wołał mnie –

I tak w zgiełku, w deszczu, w zmierzchu znika nam z oczu.
Bądź zdrów, bądź zdrów, ty poczciwy utrapieńcze! Opowieść o tobie już skończona!

***
Biwakujemy dziewięć kilometrów poza frontem. Wczoraj zluzowano nas; teraz mamy brzuchy pełne fasoli z wołowiną i jesteśmy syci i zadowoleni. Nawet na wieczór jeszcze udało się każdemu zapełnić menażkę; do tego dochodzą poza tym podwójne porcje kiełbasy i chleba – to jest coś. Podobnego przypadku nie było już od dawna: kuchta o głowie czerwonej, przypominającej pomidor, sam pcha się z jedzeniem; każdego, kto przechodzi, przyzywa swą łyżką i udziela mu porcyjki co się zowie. Jest całkiem zdesperowany, gdyż nie wie, jak ma opróżnić swą kuchnię polową. Tjaden i Müller wytaszczyli skądsiś kilka misek i polecieli wypełnić je po brzegi, na zapas. Tjaden czyni to z żarłoctwa, Müller z przezorności. Jest zagadką dla wszystkich, gdzie się to podziewa u Tjadena. Jest i będzie chudy, jak śledź. Najważniejsze jest jednak, że dostaliśmy także podwójne racje tytoniu. Dla każdego po dziesięć cygar, dwadzieścia papierosów i dwie krymki tytoniu do żucia, to wcale przyzwoicie. Mój tytoń do żucia zamieniłem z Kaczyńskim na jego papierosy, stanowi to dla mnie czterdzieści papierosów, z tym da sobie człowiek radę przez jakiś czas. Przy czym cała ta feta właściwie nie należy się nam wcale. Prusacy nie są tak hojni. Mamy ją do zawdzięczenia wyłącznie omyłce.

***
zagadka-trupy

***

Niełatwo było patrzeć, jak szeregi młodych, pełnych życia ludzi podnoszą się z ziemi i niemal w tym samym momencie padają poskręcane, pogięte, zniweczone. Właściwie nie śmierć była najcięższa, ale jej nieokiełznanie, nieposzanowanie przez nią niczego, jej niemal beztroskie igraszki. Lekceważenie życia jednostki, kopniak wymierzony przez ślepą przemoc w to, co w owym piekle zniszczenia nosiło przecież koronę, nawet jeśli była to tylko korona posłuszeństwa i dzielności. Kopniak trafiający w ludzkie twarze z bezduszną i wręcz nieprzyzwoitą pewnością kowalskiego młota.

Trudny był też wyścig ze szczerzącą zęby śmiercią, kiedy z dalekich tyłów musiało się nosić amunicję, jedzenie, albo wodę do picia. I nie dlatego wyścig ten był trudny, że mógł się zakończyć utratą własnego życia, ale przez to, że mogło się stracić pożywienie i wsparcie dla innych. Trudne było owo okropne zziajanie w biegu przez skażone bezdroża parowów, przez błyski ognistych eksplozji pocisków, o których nigdy się nie wiedziało, gdzie uderzą. Trudno było padłszy na skrwawioną ziemię leżeć z oczami wbitymi w zasłonę składającą się z ognia i cierpienia, i słuchać daremnych jęków ranionych, które nie dolatywały do ojczystych stron. Ale najtrudniejsze były myśli, jakie nachodziły człowieka, kiedy wieczorem wsparłszy się o kilka porwanych worków z piaskiem patrzyło się na dymiącą linię, która dzieliła niebo i ziemię. Widać było ziemię pustą, ziemię, z której starty został wszelki ślad człowieka, zmierzwione pole, na które spadł żelazny grad. A na tym polu rozsiano błękitne i szare plamy mundurów, jak zapomniane snopy. I czarne postrzępione drzewa, drzewa żywe, zanim bowiem się rozwiały jak mgła, płynęły z lekkim powiewem wiatru. I parowy, nad którymi owa mgła unosiła się na kształt białawych obłoków, zaś na horyzoncie wzgórza, których nazwy oddano w pacht śmierci.

Andreas Schlüter

Ewa Maria Slaska

Działał w Gdańsku, Warszawie i Berlinie, w Wiedniu i Sankt Petersburgu. Jako młoda panna na życzenie Mamy oprowadzałam po Gdańsku jej zagranicznych gości i zapamiętałam Schlütera jako twórcę Kaplicy Królewskiej w Gdańsku i ołtarza w Katedrze Oliwskiej. Teraz podobno te wszystkie tzw. atrybucje zostały podważone, co uczenie udowadnia pan Michał Wardzyński w eseju opublikowanym na stronie internetowej Pałacu w Wilanowie.

Andreas Schlüter młodszy (ur. 1659 lub 1660, zm. 1714)

Artysta urodził się najprawdopodobniej w 1659 lub 1660 r. w Gdańsku jako syn miejscowego stolarza i snycerza cechowego Andreasa Schlütera starszego i Catheriny; jego bratem był zapewne rzeźbiarz Ernst Schlüter (zm. 1700), działający w Berlinie. Żonaty z Anną Elisabethą Spangenberg Andreas młodszy doczekał się czworga dzieci, z których tylko najstarszy syn David (ur. 1693, zm. po 1717) wybrał zawód inżyniera i architekta. Jego niezwykły talent oraz wszechstronne rzeźbiarskie i architektoniczne zdolności zostały docenione kolejno na dworze warszawskim Jana III (1688/89–1694), berlińskim elektora (króla) Friedricha III (I) von Hohenzollerna (1694–1713)  i rosyjskim cara Piotra I Wielkiego (1713–1714). Zmarł w 1714 r. w Moskwie po opuszczeniu Sankt Petersburga, gdzie wcześniej skradziono mu projekty i plany urbanistyczne i architektoniczne dotyczące budowy nowej stolicy Rosji. Schlüter jest zgodnie uznawany za najwybitniejszego twórcę rzeźby doby dojrzałego baroku w Europie Środkowej, a jego tylko w części udokumentowana twórczość doczekała się od 1861 r. wielu wszechstronnych analiz (…)

Czas i okoliczności edukacji artysty pozostają właściwie nierozpoznane, przy czym we wcześniejszych badaniach ścierały się dwie generalne hipotezy wskazujące na Francję i Włochy jako dwa alternatywne miejsca praktyki zawodowej, dopiero ostatnio zaczęto rozważać dłuższy pobyt w Holandii i Niderlandach Hiszpańskich. Niewiele też wiadomo o początkach samodzielniej działalności Schlütera po powrocie do Gdańska, a przyjmowany dotąd katalog atrybuowanych prac w świetle najnowszych badań źródłowych i interpretacji materiału zabytkowego wymaga jeszcze weryfikacji.

Zapoznałam się z tym tekstem, bo w Bode Museum Berlinie trwa jeszcze do 13 lipca  wystawa o Schlüterze, zatytułowana Schloßbaumeister – Budowniczy Zamku.

Schlüter to jedna z takich wspaniałych europejskich postaci, jakie dziś chętnie mianujemy patronami i symbolami zjednoczonej Europy, międzynarodowych artystów, których sztuka jak pieśni śpiew, nie znała granic i kordonów.

Teaser_637x311pxUniwersytet Techniczny organizuje właśnie poświęconą Wielkiemu Budowniczemu konferencję. W niedzielę 6 lipca można w towarzystwie znawców zwiedzić wystawę i obejrzeć budowle  Schlütera, a 7 – wysłuchać na uniwersytecie  referatów. schlueterkolloquium

W konferencji weźmie udział cała paleta ważnych znawców sztuki barokowej, w tym również liczni Polacy, w tym również pan Wardziński. Będzie mowa o tym, co Schlüter zdziałał w Gdańsku, Warszawie, Wiedniu i Berlinie, ale, ciekawe, nie będzie mowy o tym, co tak mimochodem znaleźć można w każdej biografii artysty:

W Sankt Petersburgu skradziono mu projekty i plany urbanistyczne i architektoniczne dotyczące budowy nowej stolicy Rosji.

Afera jak w Brzuchu architekta Petera Greenawaya.

Schlueter_2To najsłynniejsze dzieło Schlütera – barokowa przebudowa średniowiecznego zamku w Berlinie. Mistrz przeżył jednak przy tym i porażkę, bo w roku 1702 trzeba było rozebrać grożącą zawaleniem Wieżę Menniczą. Nie była to jego wina. Berlin to miasto zbudowane na podmywanym wodą gruntową piasku i w owym czasie niełatwo było sobie z tym poradzić. Niestety w dwa lata później przydarzyła się Schlüterowi kolejna katastrofa budowlana – w królewskim pałacyku w Freienwalde pod Berlinem. Architekt został odsunięty od realizowania monarszych zleceń i przeżył załamanie nerwowe.Według propagandowego filmu hitlerowskiego z roku 1942 Schlüter został za karę uwięziony i ułaskawiony tylko dzięki interwencji wiernej i kochającej żony. Film został wyreżyserowany przez Herberta Maischa, a artystę zagrał ulubieniec publiczności – Heinrich George.

Czy tak było? Nie wiadomo. Na pewno jednak to berlińskie porażki były powodem, iż architekt przyjął zaproszenie cara Piotra I i pojechał budować Sankt Petersburg. Pracował tam nad rzeźbiarskim wystrojem dwóch budowli – Pałacu Letniego oraz zespołu rezydencjonalnego w Peterhofie.

Co jednak zdarzyło się tam z jego planami urbanizacyjnymi dla stolicy Rosji? Kto je wykradł i dlaczego? Czy po to, żeby ktoś inny mógł je zrealizować pod swoim nazwiskiem czy po to, żeby to Schlüter nie mógł ich zrealizować?

Niezwykłe życie, pełne dramatycznych zakrętów i tajemnic, życie godne niezwykłego twórcy.

schlueter_gr_1Niestety, szukałam informacji o tym, co przydarzyło się artyście w St. Petersburgu. Szukałam i nie znalazłam, może jednak znajdzie się ktoś, kto nam o tym opowie.

Poza osadą Tczew

Kolejny tekst Romana Brodowskiego o zielonej miłości, a ode mnie – Redaktorki – postmodernistyczna zagadka – z nagrodą! Kogo i gdzie tu parafrazuję? Ja, nie Autor!
Rozwiązanie zagadki w komentarzach pod wpisem.

Roman Brodowski

Kiedy zimową nocą podróżny…

Nareszcie rozpoczęły się ferie. Długo oczekiwane, zimowe ferie. Spakowane walizki, od kilku dni stoją pod stołem, w oczekiwaniu na komendę wymarszu, na dzień naszego wyjazdu do rodzinnych domów, do naszych najbliższych, przyjaciół. Ja niecierpliwie liczę godziny dzielące mnie od spotkania z moją Marią, układając coraz to inny scenariusz tego wydarzenia.
Przed chwilą wrócił Mietek z dworca kolejowego z zakupionymi na wieczorne pociągi, biletami. Tak się złożyło, że obydwa wyjeżdżają, prawie równocześnie.
Pociąg do Gdańska o osiemnastej, a ten w kierunku na wschód, do Białegostoku dziesięć minut później. Jeszcze tylko wspólny, ostatni w tym roku obiad w stołówce, krótki odpoczynek przed podróżą, wkładamy mundury i… można powoli kierować kroki do dworca.

Pożegnaliśmy się kierownictwem internatu i z kolegami z klasy i wreszcie wyruszyliśmy. Na ulicach o tej porze mimo chłodnej, a ściślej mówiąc mroźnej pogody było jeszcze tłoczno i, wbrew naszym oczekiwaniom, nikt nie zwracał na nas szczególnej uwagi. Obładowani bagażami, zmarznięci i zmęczeni, dotarliśmy na dworzec pół godziny przed odjazdem pociągu.
Usiedliśmy w barze mlecznym i, popijając ciepłą herbatę z plasterkami świeżej cytryny, z uwagą wsłuchiwaliśmy się w skrzeczące zapowiedzi, wydobywające się z głośników. Tak usłyszeliśmy, że „pociąg osobowy z Krakowa do Gdyni, z powodu złych warunków atmosferycznych, jest opóźniony około czterdziestu minut”. Spojrzałem rozżalony na Mietka, który właśnie starał się wyłowić ze szklanki żółty, bogaty w witaminę C kawałek owocu.
– Cholera! – powiedziałem prawie krzykiem, przerywając panującą w poczekalni ciszę.
– Nie ekscytuj się, bo to ci tak czy tak, w niczym nie pomoże. Twoja Marylka czekała na Ciebie tyle czasu, że jedna godzina niczego nie zmieni – starał się mnie uspokoić Mietek.

Poczekalnia która jeszcze przed kilkunastoma minutami świeciła pustkami, teraz wypełniła się podróżnymi aż po brzegi, a my w obawie przed brakiem miejsc siedzących w pociągu i perspektywą wielogodzinnej jazdy na stojąco, obmyślaliśmy strategię działania takiej. Postanowiliśmy, że w momencie zatrzymania się pociągu, ja błyskawicznie wskoczę do wagonu, zarezerwuję miejsce i otworzę okno, a Mietek poda mi nasze bagaże, po czym zamienimy się miejscami. Mietek z natury jest spokojny i nieco ślamazarny, więc nic w tym dziwnego, że martwiłem się o komfort jego podróży.
Jak postanowiliśmy, tak też uczyniliśmy. Natychmiast po zapowiedzi pociągu, pośpiesznie udaliśmy się na peron, na którym stała już kilkusetosobowa grupa podróżnych.
Mietek pilnując naszych tobołków stał nieco z boku peronu, ja natomiast w chwili, kiedy pociąg zatrzymał się, przecisnąłem się przez najpierający tłum, otworzyłem drzwi wagonu i pod naporem „ludzkiej masy” wciśnięty zostałem do środka. Nie obyło się oczywiście bez inwektyw ciskanych w moim kierunku, ale czego się nie robi dla prawdziwych przyjaciół. Najważniejsze, że udało mi się zapewnić mu miejsce i to przy oknie, i w kierunku jazdy. Dalej poszło jak z przysłowiowego płatka. Mietek podał mi bagaże, wszedł do pociągu, usadowił się wygodnie na wskazanym przeze mnie miejscu. Ja natomiast, pożegnawszy się z nim serdecznie, opuściłem wypełniony już wagon, by stojąc na opustoszałym peronie, pomachać mu na pożegnanie.

Do odjazdu mojego pociągu pozostało jeszcze trzydzieści minut, które spędziłem w towarzystwie nieco starszej, dopiero co zapoznanej dziewczyny, która jak się okazało, tak jak ja, jechała na święta, tym samym pociągiem, w tym samym kierunku, tylko nieco dalej, bo do Gdańska. Zosia była studentką pierwszego roku pedagogiki i uczyła się na uniwersytecie śląskim.
Aby i nam udało się spędzić w godnych warunkach podróż, zastosowaliśmy ten sam fortel, co z Mietkiem. I tym razem wszyskto poszło zgodnie z planem. Zajęliśmy wygodne miejsca w przedziale, obok okna, na przeciwko siebie.
Zosia opowiadała mi o studenckim życiu, o planach na przyszłość, a ja w milczeniu patrzyłem na nią szukając w niej podobieństw do mojej Marii, i im bardziej ją obserwowałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że nie ma nikogo, kto mógłby chociaż w najmniejszym stopniu jej dorównać.
Maria jest jak Nefretete, jak Mona Liza, tajemnicza, piękna, emanująca niebywałym i niewytłumaczalnym ciepłem. Jest jedynym egzemplarzem, jaki stworzył Pan Bóg i żadna, choćby nie wiem jak piękna kopia nie jest w stanie jej zastąpić – myślałem z dumą. Zosia mówiła, mówiła, mówiła, a ja oparty o rozkładany stolik, słuchałem jej cierpliwie, od czasu do czasu wtrącając jakieś słowo, aż w końcu, nie wiedząc kiedy, usnąłem.

Nagle poczułem delikatne szturchnięcie, oraz dobiegający z oddali głos.
– Obudź się! Zbliżamy się do Tczewa.
– Do jakiego Tczewa? – zapytałem zdziwiony – W Tczewie mamy być o czwartej rano, a my dopiero co wyjechaliśmy z Bytomia. Zosia roześmiała się dobrodusznie, podstawiając mi pod nos zegarek.
– O piątej rano? Dochodzi już piąta. Pociąg z powodu śnieżycy jest opóźniony o ponad pół godziny – powiedziała. – Całą noc spałeś, chrapiąc tak głośno, że zagłuszałeś ciągnącą nas lokomotywę – dodała, śmiejąc się jeszcze bardziej, a wraz z nią pozostali pasażerowie.
Czułem się bardzo głupio, i to nie z powodu chrapania, ale dlatego, że zasnąłem wówczas, gdy Zosia opowiadała mi o sobie. Bałem się, że mogła poczuć się z tego powodu urażona…, do czego miała pełne i słuszne prawo. Oczywiście, zacząłem przepraszać, prosić o wybaczenie, tłumaczyć się, a ona słuchając tego wszystkiego była wyraźnie zdziwiona i zażenowana moim szarmanckim zachowaniem. Pożegnaliśmy się ciepło, życząc sobie wzajemnie pięknych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia.

Na zaśnieżonym peronie, pośród wielu ludzi udających się do pracy, stała niewysoka, w szczelnie zapiętym, grubym płaszczu, czekająca na mnie, dobrze znana mi postać – moja dobra, kochana mateńka.

Uczę się Ciebie

Uczę się Ciebie Mario codziennie
Codziennie czytam twoje wyznania
I jest mi jakoś dziwnie przyjemnie
I coraz bardziej pragnę, kochania

Budze się ze snu wczesnym rankiem
Zły, że już muszę wstawać do szkoły.
We śnie byłem twoim kochankiem
To był czas dla nas bardzo wesoły

Gdy w siedzę w szkolnej, pustej ławce
Myślami pływam w marzeń świecie…,
Tam widzę Ciebie na huśtawce
I tam Cię obsypuję kwieciem.

Ty jesteś w moim sercu, we mnie
I będziesz po czas niezmierzony
Walczyć z tym faktem jest daremnie.
Kiedyś zagrają dla nas dzwony.

Uczę się Ciebie Mario codziennie
Noszę przy sobie fotografię.
I wiem, że pragnę Cię niezmiennie
Lecz tego wyznać nie potrafię

Bytom, 10.03.1977

A niech sobie mówi!

Ktoś powiedział, że jesień jest szara
Komuś smutno widocznie na świecie.
Dla mnie jesień jest porą poezji,
Którą tworzę kochanej kobiecie.

Ktoś powiedział, że nie lubi zimy,
Bo jest mroźna, bez koloru, biała,
Dla mnie zima to pora nadziei.
A nadzieja zawsze jest wspaniała.

Ktoś powiedział, że nie lubi lata
W lecie dużo słonecznych udarów
Dla mnie lato to pora szczególna
Czas miłości i miłosnych czarów.

Ktoś powiedział…, a niech sobie mówi,
Ja szczęśliwy jestem każdą, miła, porą
Zakochani przecież widzą tylko siebie,
Życie bardziej romantycznie biorą

Więc nie słuchaj moje Ty kochanie
Tych, co ciągle tylko narzekają
Widać, brak im tej mojej radości.
Oni Ciebie po prostu nie znają

Bytom, 23.11.1976

Nie lubię poniedziałku

Dorota Cygan 

„Nie lubię poniedziałku“ – dla Polaka takie westchnienie jest odniesieniem nie tylko do uniwersalnych ludzkich doświadczeń, ale – no, do czego, Drogi Czytelniku? Wiemy, wiemy, banalne pytanie, ten tytuł ma pewnie swoje miejsce w zbiorkach Skrzydlatych słów albo leksykonach pospolitych westchnień/ przekleństw – i nic na to nie wskazuje, by kiedykolwiek straciło swoją aktualność. My przewrotnie pomyślałyśmy, że nasz ostatni wspólny poniedziałek (26 sierpnia) będzie dobrą okazją, żeby dokonać małej aktualizacji: Tak, jak kiedyś reżyser wspomnianego filmu chciał pokazać najładniejsze zakątki Warszawy (w roku 1971!), tak my Wam pokażemy subiektywny wybór co ładniejszych zakątków Berlin,  uchwycony podczas malej przejażdżki statkiem owego poniedziałku 2013 roku. Bo łatwo się domyślić, że to przed poniedziałkiem właśnie schroniliśmy się na statku i udaliśmy się w mały Rejs, (a to akurat cytat niezamierzony, proszę nie iść tym tropem), choć istniał tez i inny, bardziej uroczysty powód, którego nie ma po co  zdradzać (uwaga, ci co znają niemiecki już i tak wiedzą!) Mamy wcale niemałe wewnętrzne przekonanie, ze wpis ten da Wam dobry argument dla pracodawcy, żebyście każdy następny poniedziałek spędzali w Berlinie. Nie ma wyjścia, skoro tak jak my nie lubicie poniedziałku.

To wszystko (przewodnik po Berlinie = widziany z wody) BĘDZIE, niechybnie w następnym wpisie. Jako doświadczeni uczestnicy rynku produktów kultury wiemy jednak, że koniecznie trzeba wyprodukować mały zwiastun, żeby Wam zaostrzyć apetyt. To więc to, co przeczytacie dzisiaj, temu właśnie (zwiastowaniu? oj, może nie aż tak) służy – i zupełnie nie jest nam z tego powodu głupio.

Dzisiejszy mini-fotoreportaż ma tytuł:

My berlińczycy w czasie pracy.

No, i znów wyszedł w połowie niemal cytat. To niech to będzie zagadka. Kto pamięta? Kto sięgnie do pamięci i jakoś skomentuje? Nie bądźcie tacy, napiszcie coś. Jedna z uczestniczek tej poniedziałkowej przejażdżki w tym wydarzeniu nawet maczała palce, więc będzie jej bardzo miło…

reporterkaDobrze, ale teraz już będzie na temat.

Na pozór wszystko wygląda na wakacyjną ściemę. Ale nie! Berlińczycy działają! Zjednoczeni w tym działaniu i jak rzadko zgodni polscy i niemieccy berlińczycy, a także inni, ci z domieszka protestanckiej etyki pracy lub, jak kto woli,  benedyktyńskiej. Działają!

Jako fotoreporterzy, niestrudzenie chwytając życie na gorąco. Ciągi obrazów układają się im potem w historie. A wszystko to dla Was.

P1170308Akredytacje zdobywają dzięki Instytutowi Polskiemu, finansowanemu przez… (nie powiemy, to nie jest tekst sponsorowany!)

P1170307W ciężkim upale jedni prowadzą rozmowy biznesowe, a  inni testują działanie promieni słonecznych w warunkach eksperymentalnych.

P1170302Podróżując statkiem, dzięki niecodziennej perspektywie na Tränenpalast zbierają materiał na researching na temat granic, ich przekraczania oraz wolności jednostki pływającej.

P1170301Jako poważni inwestorzy patrząc z pozoru na fasady dokonują wyboru miejsc pod siedzibę biur, mając na uwadze zwłaszcza tworzenie miejsc pracy.

P1170297Zasilają kasę miasta pozwalając zarobić armatorowi.

P1170296P1170290Szukając wątków polskich odkrywają działalność konspiry: zakamuflowane polskie flagi jako znak, że nasi zdobyli już niejeden przyczółek stolicy Niemiec.

P1170294Odbywają bilateralne spotkania orientacji proekologicznej.

P1170292 P1170293Biorą udział w castingach do nowej wersji Rejsu, poprawnej politycznie, być może w kooperacji z zagranicą.

P1170289Zbierając materiały na konkurs fotografii architektonicznej są gotowi powtarzać przejażdżkę nawet poza poniedziałkami, by ujęcie było perfekcyjne.

integracjaAle ponad wszystko z wielkim zaangażowaniem udzielają się w ramach działalności aktywizującej polsko-niemiecko-berlińskie spotkania interkulturowe, przy soczku lub kawie, a czasem też przy piwie, czego reporter, dziwnym trafem, nie uchwycił.

Nie zapominajmy: berlińczyk pracuje zawsze. Nawet gdy okoliczności temu przeczą.

Zwłaszcza w poniedziałek. 

Ausflug in Berlin

Es war Montag. Wir waren zu sechst. Dorota, Lida, Felice, Mini, Adrian und ich. Eine von uns hatte Geburtstag. Wir machten eine Schifffahrt. Drei FFF, richtig? Am Ende des Tages ist ein gemeinsamer Text entstanden. Mit unheimlich viel Konjunktiven. Die Polen und Polinnen unter uns freuen sich deshalb, da ein Konjunktiv etwas Feines und in Polnischem kaum Benutztes ist. Im Laufe des Tages sind auch jede menge Fotos entstanden. Ein davon ist ein Rätsel.

Was ist es?

zagadka-berlin-zwodyEs ist der Schatten eines Polers (eines Knechts) auf dem Schifftisch.

Der Rest der Fotos und kleine Reportage für diejenige, die Polnisch kennen – morgen. Für heute dies, was am Tag selber entstanden ist:

Wenn ich das gewusst hätte, was auf mich zukommt, hätte ich nichts zum Frühstück gegessen, hätte ich mich gestern noch mehr drauf gefreut, hätte ich mich über jeden Grashalm auf der Strecke informiert (Adrian lacht über “Gras” – Gras wäre tatsächlich eine gute Ergänzung zum Chillen gewesen). Ich hätte nichts anders gemacht! Aber vielleicht hätte ich vorher ein Buch über die Architekturgeschichte Berlins lesen sollen. Berlin ist eine Stadt am Wasser, alles spiegelt sich und leuchtet, und ich habe so viele Bauten gesehen, die ich nicht kannte.

Alle

PS. 1. Hiermit verpflichte ich mich zum nächsten Geburtstagausflug mit Lida ein bisschen Gras zu besorgen. (Vom feinsten) – Adrian.

PS. 2. Ist gut. Ich habe gerade mit Johanna und Tanja den Film Paulette gesehen. Danach haben sie den Wunsch geäußert, unbedingt einen Schokokuchen mit Haschisch zu essen. Ich glaube ein mit Gras ginge auch. Den soll ich backen! – Ewa Maria Slaska.

PS. 3.

Zum Geburtstag für Liduś am 26. August 2013

Hab Dank für einen schönen Tag
voll Sonne und Burgunder,
nach Landwehr, Spree und Bundestag
im Ankerklausenwunder.

Auf dass noch viele solche Tage
gemeinsam uns begleiten –
In Schleusen geht es auf und ab,
wie in des Lebens Weiten.

Mini

Fortsetzung folgt morgen / To be continued tomorrow / Ciąg dalszy nastąpi jutro

Und zum Schluß schöne Geburtstagsmusik:

http://www.youtube.com/watch_popup?v=G4nX0Xrn-wo&sns=em

Miasta w sezonie / Städte in Saison

Das Rätsel wurde von Anne Schmidt gelöst: Das Städtchen heißt Köpenick, das Buch von Carl Zuckmayer – “Hauptmann von Köpenick. Ein deutsches Märchen in drei Akten” und der wahre Held der Geschichte – Friedrich Wilhelm Voigt.

Jest początek lipca 2013 roku. Godzina 12 w południe. Piękna pogoda. Słońce, ciepło, ale nie upalnie, lekki wietrzyk. Pojechałam służbowo do małego miasteczka nad jeziorem.
W miasteczku jest kompleks ładnych budynków barokowych położonych na wyspie w pięknym parku.

I jest pusto. pusto. Pusto. Pusto….

Co to za miasteczko? Was ist das für ein Städtchen?

puste10 puste01 puste02 puste03 puste04 puste05 puste05a puste05b puste05c puste06 puste07 puste08
hauptmannW tym miasteczku stoi pomnik pewnego bohatera literackiego, który wzorowany był na losach pewnej autentycznej postaci.

er

Kto to? Wer ist es? Friedrich Wilhelm Voigt.
Co zrobił? Was hat er gemacht? Am 16. Oktober 1906 hat er als Hauptmann verkleidet einen Überfall auf das Rathaus der Stadt Cöpenick bei Berlin organisiert;  mit einem Trupp gutgläubiger Soldaten drang er ins Rahaus ein, verhaftete den Bürgermeister und raubte die Stadtkasse.
Kto o nim napisał? Wie hieß der Autor? Carl Zuckmayer
Jak się nazywała książka o nim? Wie hieß das Buch?
– “Hauptmann von Köpenick. Ein deutsches Märchen in drei Akten” (1931); es war nicht das erste (und nicht das letzte) Theaterstück über Voigt, dafür aber das berühmteste.

I notatka dla polskich czytelników: http://pl.wikipedia.org/wiki/Kapitan_z_K%C3%B6penick

Puppendienstag: Olga

Gertraud Pohl, eine Photographin und Dichterin, gastierte hier vor einer Woche mit der Puppe namens Bukfenz, heute – Olga.

Über Olga schrieb die Autorin:

Olga begleitet mich seit fast 50 Jahren, sie hat alle Stürme meines Lebens miterlebt, und die “Geschichte, die sie zu erzählen hat”, ist auch meine eigene Geschichte.

Olga4.webWen hab´ ich gestört?

Der Folter der Worte
Für immer entfliehn
Zur himmlischen Pforte
Von geistvollem Sinn.
Gefängnis aus Fragen
Und keiner, der schützt,
mein Weinen und Klagen,
es hat nichts genützt,
mein Schweigen verklungen,
von keinem gehört.
Die „Mörder“ gedungen –
Wen hab´ ich gestört?

Olga3.webOlga1-2
Puppen sind magisch. Puppen sind unheimlich. Puppen sind symbolisch. Weil… Puppen sind wir,  von unbekannten Gewalten am Draht gezogen, sagt Danton in “Dantons Tod” von Georg Büchner. Und Heinrich von Kleist verstärkt es noch mit seinem berühmten Zitat aus dem Text “Über das Marionettentheater” (1810):

Die Puppen brauchen den Boden nur, wie die Elfen, um ihn zu streifen, und den Schwung der Glieder, durch die augenblickliche Hemmung neu zu beleben, wir brauchen ihn, um darauf zu ruhen, und uns von der Anstrengung des Tanzes zu erholen.

Olga & Sara.web
Dieses Foto kam mit der Unterschrift: Olga und Sara. Vielleicht kommt Sara auch Mal zu uns.