To już ostatni odcinek wspomnień Karusi z czasów II wojny. Kolejny nieopublikowany w książce Harcerki. Relacje i wspomnienia. Za tydzień umieszczę tu jeszcze, też zaczerpnięty z Archiwum Akt Nowych w Warszawie, tekst o opiece nad rozbisurmanionymi chłopakami w Warszawie na ulicy Chmielnej 26 tuż po zakończeniu działań wojennych w roku 1920.
A jako przerywnik notatka znaleziona w Przeglądzie Pedagogicznym z lutego 1929 roku.
Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia)
O niektórych naszych dzieciach
M A R E K
Marka zabrałyśmy ze schroniska dla dorosłych uchodźców z Warszawy, które było w jednej z willi Konstancina. Doszły nas bowiem wiadomości, że dziecko jest w bardzo złych warunkach. Istotnie zastałyśmy 3-letniego malca okutanego w szmaty, siedzącego na kolanach babki. Staruszka była tak niedołężna, że nie potrafiła w trudnych warunkach wywalczyć dla dziecka choć trochę ciepłej wody do umycia. Dzieciak był dosłownie zjadany przez wszy. Miejsca znajdujące się w zasięgu rączek były rozdrapane do krwi, a tam, gdzie nie mógł dosięgnąć – wszy siedziały jedna przy drugiej. Oczywiście dokładna kąpiel, ostrzyżenie główki i spalenie całego ubrania było pierwszym zabiegiem naszych młodych opiekunek dzieci. Czym było karmione to dziecko można sobie wyobrazić, skoro pierwszy kubeczek osłodzonej bawarki został przyjęty okrzykami „doble, bajdzo doble”. Marek był na ogół miły, rozmowny i rozgarnięty, tylko bardzo trudno było go nauczyć żeby „wołał” w porę.
W pierwszych dniach maja zgłosiła się po Marka powracająca z Niemiec matka.
M A N I U Ś
Brzdąc miał dopiero kilkanaście miesięcy. Przysłano go do nas razem z jego starszą 6-letnią siostrzyczką. Mała opiekowała się bratem ze wzruszającą troskliwością, a miała przy tym ruchy i gesty dorosłej wieśniaczki, co przy jej wymiarach wyglądało wprost śmiesznie. Ponieważ Maniuś był za mały jak na nasze warunki, zaczęły się staranie o umieszczenie go w rodzinie. Wskazano mi adres w Konstancinie, gdzie podobno ktoś chciał wziąć dziecko. Zastałam w ładnej willi matkę z młodą córką. Obraz wojennego nieszczęścia. Mąż młodej kobiety zginął – nie dopytywałam się w jakich okolicznościach. Maleńki, roczny synek umarł na jakąś infekcyjną chorobę. Młoda matka była zupełnie apatyczna, nie odzywała się ani słowem całkowicie zasklepiona w swojej rozpaczy. Natomiast starsza pani mówiła bez przerwy, miotając się nerwowo po pokoju. Z jej chaotycznej nieco mowy zrozumiałam sytuację. Matka wyobraziła sobie, że obce dziecko zastąpi córce zmarłego synka i pozwoli jej powrócić do życia. Po kilku dniach przyszła do nas, porwała Mańka na ręce, zachwycała się nim głośno. Jednak, skoro poznałam już sytuację tej tragicznej rodziny, postanowiłam twardo nie oddać tam dziecka. Biedna matka łudziła się tylko, że obce dziecko pomogłoby córce. Należało się raczej obawiać, że młoda kobieta znienawidzi dzieciaka za to, że żyje, skoro jej synek musiał umrzeć. Nasze wychowawczynie męczyły się więc czas jakiś z Mańkiem, aż na szczęście odnaleźli się jacyś dalecy krewni, którzy zabrali dzieci do Lublina.
K O R D U L A
Naprawdę nazywała się inaczej – Urszula-Krystyna. Ale druhna Kalina tak ją przezwała, jak tylko przyniesiono nam zawinięte w kocyk półroczne dziecko.
Kordula była urocza. Zdrowiutkie, okrągłe niemowlę o śniadej skórze i czarnych oczkach. Była nieślubnym dzieckiem młodej dziewczyny z inteligenckiego środowiska i przedstawiciela jakiejś obcej nacji. Matka zginęła w powstaniu, a maleńką ktoś przywiózł do Konstancina i tak dostała się do nas. Ogromnie się nam podobała. Miała prześmieszny obronny ruch rączki, kiedy się ją brało na rękę, ruch który robił wrażenie, że chce dać ci po buzi. Więc zaczęłyśmy hodować Kordulę. Trzeba było w tym celu użebrać co dzień choć z pół litra mleka dla Korduli, wyskrobać trochę cukru, nie można wszak było karmić Korduli kartoflanką i kapuśniakiem jak resztę dzieci. Mimo naszych starań okazało się po tygodniu, że Kordula straciła na wadze. Po następnym tygodniu – to samo. Wtedy postanowiłyśmy oddać Kordulę w lepsze warunki. Siostry Szarytki miały duży dom dla podrzutków i sierot w Klarysewie i tam zawiozłyśmy małą. Okazało się jednak, żeśmy dla niej źle zrobiły. Niedługo potem w Klarysewskim domu wybuchła jakaś epidemia i biedna Kordula znalazła się w liczbie tych dzieci, które jej nie przeżyły.
Bardzo mi miło, że zostałem zaproszony do tego blogu.
Przeglądając archiwa (i nie tylko) zaznaczyłem już rzeczy, które mogłyby tu zostać przywołane, opublikowane, z którymi chciałbym się podzielić – i nie tylko chodzi tu o sprawy muzyczne.
Od dawnych lat leży mi na sercu działalność – nazwijmy to pro publico bono – zawsze wydawało mi się, że jest wiele do zrobienia, właściwie – nieskończenie wiele – jeśli chodzi na przykład o namawianie ludzi z pasją, aby tę pasję przekazali innym – inspirowali, podzielili się doświadczeniami, a nawet pocieszyli kogoś, kto chwilowo nie ma siły, aby się swoją pasją z kimkolwiek dzielić.
To jednak na razie temat na następny wpis. Dziś…
Andrzej Rejman
Na Litwie
Dziś chciałbym się podzielić moimi świeżymi wrażeniami z krótkiego pobytu na Litwie, gdzie mój pradziadek Adam Doktorowicz-Hrebnicki miał piękny sad, w którym wyhodował do dziś znane odmiany jabłek. Na przykład “Ananas Berżenicki” – najulubieńsza odmiana jabłek Marszałka Piłsudskiego! (Jak pisze w swoich wspomnieniach Tomasz Zan, prawnuk “Promienistego”…)
Uwaga od Redakcji – tekst przysłany przez Andrzeja Rejmana nie pokazywał tego jabłka, wtrącam się więc, ale zaraz z powrotem oddam głos Autorowi.
Na stronie internetowej Stare odmiany znajduje się opis tego jabłka: Odmiana znaleziona na Wileńszczyźnie w Berżenikach koło Dukszt przez prof. Hrebnickiego jako siewka nieznanej odmiany. Owoce są duże lub bardzo duże, kulisto-stożkowate, lekko zwężające się ku kielichowi, delikatnie żebrowane. Skórka mocna, błyszcząca barwy zielonkawożółtej pokryta delikatnym, rozmytym, różowym rumieńcem. Miąższ kremowy, zwarty, po dojrzeniu kruchy, mało soczysty, winno-słodki, lekko aromatyczny. Dojrzałość owoce osiągają w pierwszej połowie sierpnia. Możliwe jest ich przechowywanie do końca września, szybko ulegają rozpadowi. Owoce typowo deserowe. Drzewa rosną bardzo silnie, tworząc kuliste, średnio zagęszczone korony. Późno wchodzą w owocowanie. Są wytrzymałe na mróz i mało podatne na choroby.
***
Pojechaliśmy z małżonką samochodem do Kowna, gdzie w tamtejszym Instytucie Sadownictwa znajdują się bogate zbiory archiwalne – rękopisy, listy, książki Adama Hrebnickiego. Jest tam piękny manuskrypt wielkiego dzieła pradziadka, które zostało wydane w 1906 roku – ATLAS OWOCÓW, jedno z najważniejszych w owym czasie fachowych wydawnictw tego typu na świecie. Wydane zostało w języku rosyjskim, ale Adam Hrebnicki był uczonym polskim, co zawsze podkreślał.
Czytamy tam: W 1886 roku Adam Hrebnicki ożenił się ze Stanisławą Stankiewiczówną, córką Jana i Konstancji z Bejnarów, właścicieli majątku Berżeniki, w powiecie święciańskim, na ziemi wileńskiej. Panna młoda wniosła w posagu część majątku Berżeniki, folwark Staniszki, w 1891 roku nazwane przez Hrebnickiego Rajem. Folwark Raj został planowo podzielony na kwatery po 100 drzew jabłoniowych w każdej. Drzewa jabłoniowe niskopienne wyprowadzane na pniach, wysokości od 1/2 do 3/4 arszyna, (ok 36-54 cm) uszlachetniane były zrazami, sprowadzanymi przez Hrebnickiego z Warszawy, Zaleszczyk, Rygi, Kijowa, ze środkowej i północnej Rosji i z Ameryki. Była tu także duża kolekcja dzikich drzew jabłoni ze wschodniej Syberii. Tak powstał jedyny w swoim rodzaju sad pomologiczny w Polsce, obejmujący 512 odmian jabłoni i 256 odmian grusz. Sad ten stał się terenem bogatych obserwacji i doświadczeń praktycznych, stworzył podstawę do licznych publikacji, opracowań monograficznych i podręczników.
***
Litwa jest pięknym krajem, mimo że patrzymy na ten kraj często przez pryzmat Unii polsko-litewskiej, Litwini bardzo dbają o podkreślanie swojej odrębności kulturowej – w końcu język jest zupełnie dla nas niezrozumiały, a pewne szczegóły (to właściwie zadanie dla antropologa kultury) zbliżają ją wyraźnie do krajów skandynawskich.
Tam nie ma wysokich płotów przy domach na wsi!!! Jak w Skandynawii!
I jest Święto Pieśni, obchodzone z wielką pasją, i zaangażowaniem.
Wszyscy śpiewają w tym dniu…!
Załączone zdjęcia nawiązują do naszych korzeni rodzinnych i przedstawiają moją rodzinę od strony mamy, czyli – Adama Hrebnickiego…
Wacław Stankiewicz i Adam Hrebnicki
Wacław gra na cytrze.
Rodzina Hrebnickich i Stankiewiczów w sadzie pradziadka – pierwszy z lewej Adam Hrebnicki, szósta z lewej Helena z Zanów Stankiewiczowa, prawnuczka Zana “Promienistego”, a piąta z prawej – Julia Hrebnicka, później Rejmanowa – moja mama.
Autor obu zdjęć powyżej: Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki.
Chyba nie odpowiedział mi na ten list; adres miałem z biura meldunkowego, musiał się zgadzać. Napisałem więc do ojca jeszcze raz, tym razem informując go, że na letnie wakacje wybieramy się z mamą do Międzyzdrojów, to niedaleko od niego i mógłbym przyjechać do Szczecina-Dąbia. Podobnie, nie otrzymałem odpowiedzi. Przyszło lato, któregoś dnia wsiadłem w Międzyzdrojach w pociąg, pojechałem do Dąbia i metodą koniec języka za przewodnika dotarłem na ulicę Goleniowską.
Pamiętam, że tabliczka z moim nazwiskiem na drzwiach mocno mnie wzruszyła, ale postanowiłem trzymać fason. Drzwi otwarła drobna blondynka, powiedziałem, kogo szukam, wskazała na łazienkę koło przedpokoju. Szczupły, wysportowany mężczyzna w szortach obrzucił mnie badawczym spojrzeniem: Pan kto ?Syn Zbyszek – odpowiedziałem. Skurczył się jakby w sobie, zamrugał powiekami, powtórzył moje imię i zmienionym głosem powiedział, że nie spodziewał się… Kazał żonie wprowadzić mnie do pokoju. Wyglądało na to, że nie otrzymał ode mnie żadnego listu. Zajmowali parter w poniemieckiej willi, w jednym pokoju ganiał jakiś chłopak, przypuszczałem, że to mój młodszy brat po mieczu ( później okazało się, że był nim najmłodszy Edward ). W drugim, gościnnym, stała komoda, tapczan, stół z krzesłami i fotel, w którym ojciec po wyjściu z łazienki sobie usiadł i polecił żonie, żeby założyła mu buty. Był ubrany w elegancki garnitur, butów sobie sam nie zawiązywał, ponieważ – jak mi na poczekaniu wyjaśnił – cierpiał na bóle kręgosłupa. Wskazał żonie stół, jeden gest, żadnego słowa. Sprawnie i szybko nakryła go białym obrusem, z kredensu wyjęła zastawę i poszła do kuchni.
Tak pysznej sałatki pomidorowej, jaką przyrządziła, jeszcze nie jadłem. Ojciec wniósł do pokoju kryształową karafkę ze spirytusem, rozcieńczonym wodą, napełnił kieliszki i wzniósł uroczyście toast, za nasze spotkanie synu. Ucztowaliśmy tylko we dwóch, małżonka ojca, Celina, milcząco nam usługiwała. Napełnił ponownie karafkę, trunek był jeszcze mocniejszy niż poprzednio, ale zupełnie nie czułem jego działania. Myśli miałem klarowne, kontrolowałem, co mówię, a ojca interesowało, jak żyję ja, a co robi i jak wygląda moja mama, pochwalił, że studiuję w Krakowie. Sam o swoim życiu prawie nie mówił. Utrzymywał siebie i rodzinę z reperowania starych samochodów, które później sprzedawał, finansowo było to słabo opłacalne. Celina urodziła mu trzech synów, Ryszarda, Mariusza i Edwarda, czyli w sumie miałem czterech braci po mieczu, doliczając Zdzisława, najstarszego z nas. Powiedział, że często myślał o mnie i o mamie, jak nam się wiedzie na Śląsku i chciał płacić mi alimenty, które zasądził sąd, ale nigdy nie było z czego.
Nurtowało mnie także, czy prawdą było to, co w swoim czasie ciocia Maria, siostra ojca, opowiedziała mojej mamie. Mianowicie, że faktycznym ojcem trójki dzieci babci Urszuli był pewien hrabia, któremu ona prowadziła dom. Małżonka chlebodawcy cierpiała na bezpłodność i kiedy, jako drugi urodził się mój ojciec, hrabia tylko jemu dał swoje nazwisko (z wileńska wymawiało się to dźwięczniej, naźwisko ), aby ród Milewiczów nie zaginął. Ciocia Maria i jej siostra Stasia nie dostąpiły tego zaszczytu. Historia brzmiała dla mnie bardzo powieściowo (choć oczywiście na hrabiowski tytuł bym się nie obraził) i kiedy powtórzyłem ją ojcu, zaprzeczył, jakoby choć trochę miała być prawdziwa. Jego zdaniem, ciocia Maria zawsze miała wybujałą wyobraźnię. Na ścianie w gościnnym pokoju wisiała siemistrunnaja gitara ojca, poprosiłem, żeby na niej coś zagrał, ale już nie pamiętam, czy to zrobił. Dobrze się czułem w jego progach, emanował życzliwością, ale przecież kiedy powiedział, że spodziewa się, iż zagoszczę tutaj przynajmniej kilka dni, zobaczę jego przydomowy warsztat pracy, może w czymś mu pomogę, wymówiłem się. Chciałem wracać do Międzyzdrojów.
Wieczorem podziękowałem za gościnę, odprowadził mnie na stację, ponownie mieliśmy się spotkać za kilka dni w Międzyzdrojach. Tym razem we trójkę z mamą. Nie wiem, kto wpadł na ten niefortunny pomysł, ojciec czy ja. Rozmowa na plaży się nie kleiła, siedzieli obok siebie jak obcy sobie ludzie. Poszliśmy do restauracji coś zjeść, płacił ojciec, na odjezdnym powiedział, że znowu nas odwiedzi. Dawał mojej mamie do zrozumienia, że chętnie ponownie związałby się z nią, ale co zamierzał w takim razie zrobić ze swoją obecną rodziną, tego nie mówił. Ulubiona maksyma mojego ojca brzmiała: dopóki u człowieka siły witalne są, powinien rodzina zakładać. Wygłosił ją do nas, stojących na peronie, z okna odjeżdżającego pociągu, tym swoim głębokim, melodyjnym głosem, który nie pozostawiał cienia wątpliwości, że jest dokładnie tak, jak mówi. Chyba więc szczęśliwie dla wszystkich do kolejnego spotkania we troje już nie doszło.
Do domu z uczelni przyjeżdżałem średnio dwa razy w miesiącu. Zawoziłem brudne ciuchy, wracałem z czystymi, z wałówą i pieniędzmi od mamy na czynsz i życie w Krakowie. Na II roku zmienił nam się adres, mama dostała dwupokojowe mieszkanie spółdzielcze przy ulicy Dębowej w Tychach. Od III roku studiowanie stało się dla mnie przyjemnością, ubyło nauki, a przybyło wolnego czasu, który mogłem spożytkować choćby na śpiewanie w chórze akademickim UJ, którym dyrygował Stanisław Has, albo na działalność w teatrze studenckim. Co prawda wystąpiłem tylko w jednej sztuce, w Wariacie i zakonnicy Witkacego, wyreżyserowanej przez Łukasza Jasielskiego, ale co to była za rola! Zagrałem pielęgniarza, chyba Pafnucego, który w pewnym momencie sam wariuje i w końcowej scenie zawisa na podwyższeniu, w pozie Ukrzyżowanego. Dzisiaj myślę, że scena ta była zbyt naturalistycznie zagrana, ale wtedy wyznawałem zasadę: im mocniej tym lepiej.
Na III roku zacząłem waletować, nie byle gdzie, bo w Domu Studenckim UJ Żaczek, przy ul. 3 Maja, którym kierował legendarny Jan Buszek, postać godna oddzielnego tekstu, poza tym cyklem. Później udało mi się zalegalizować pobyt w akademiku. W Żaczku nauczyłem się grać w brydża i poznałem gorzki smak pokera. Poznałem też sporo fajnych, ciekawych ludzi – komicznego Jurka Kowalskiego, zwanego powszechnie dziadkiem, który studiował prawo, Wieśka Fiszera z psychologii, serdecznego Andrzeja Rygorowicza, też z psychologii, który był poza tym utalentowanym plastykiem, Bogdana Barwińskiego, z nim chodziłem po Tatrach, porąbanego rusycystę Szulkina… Straty finansowe w pokerze odrabiałem, albo i nie, w studenckiej spółdzielni pracy, która także nazywała się Żaczek. Tam nauczyłem się niestety trochę oszukiwać. Głównie świadczyłem usługi w zakresie szorowania różnych hal fabrycznych po malarzach, a przekręty polegały m.in. na mnożeniu przerobionych powierzchni, co było często stosowaną praktyka, więc jak natrafiała się ku temu okazja, nawet nie wypadało stosować równania 2+2=4. Najciekawsze było, że w tej spółdzielni pracowali przeważnie przyszli prawnicy, wśród których obracałem się w akademiku. Nigdy później w życiu nie wiodło mi się finansowo lepiej jak w tamtym okresie. Stać mnie było z kolegami na wynajęcie nocą taksówki do Zakopanego, na dancingi w Feniu, albo Cracovii. Kiedy kupiłem mamie na urodziny, na bazarze, piękny, drogi materiał na sukienkę, byłem dumny, że mnie stać.
Pewnego dnia Wieśkowi Fiszerowi udało się znaleźć w jakiejś podkrakowskiej stodole, pod stertą słomy, poniemiecki, terenowy samochód marki Volkswagen Kübelwagen, który podobno miał za sobą udział w kampanii Rommla w Afryce. Złożyliśmy się w kilka osób i za dwa tysiące złotych staruszek był nasz. Wiesiek został oficjalnym właścicielem, wyremontował silnik i po miesiącu już jeździliśmy nim po Krakowie, budząc zrozumiałe zainteresowanie. Celem eskapad były głównie żeńskie akademiki, skąd zabieraliśmy na wycieczki najładniejsze studentki. Wiesiek miał łeb do interesów, ubrany we frak i cylinder, woził młode pary do USC, a kiedy Janusz Morgenstern zaczynał kręcić w Krakowie kolejny odcinek Stawki większej niż życie, podpisał umowę o statystowanie z samochodem w filmie. Dziadkowi, który był świńskim blondynem i na różnych imprezach studenckich znakomicie parodiował przemówienia wodza III Rzeszy, także udało się załapać na statystę do filmu. Został szeregowym żołnierzem Wehrmachtu, w przerwach między zdjęciami chodził we wrogim mundurze po krakowskim rynku i kiedy łyknął sobie trochę piwa, to się ku uciesze przechodniów po swojemu wygłupiał.
Pod Wodogrzmotami Mickiewicza, autor z przyjaciółmi i weteranem szos…
Pewnego tygodnia zdjęcia zakończyły się już w piątek, do poniedziałku rana był czas, żeby wypróbować auto na dłuższej trasie, chociaż zgodnie z umową, pod groźbą finansowych restrykcji, Wieśkowi z rekwizytem nie wolno było opuszczać Krakowa. Pojechaliśmy całą paczką do Bukowiny Tatrzańskiej. Weteran spisywał się na trasie bez zarzutu, rozpędzał do ponad setki, choć trochę miał problemy z hamulcami, ale bezpiecznie zajechaliśmy na miejsce. Zaparkowaliśmy auto w obejściu Franka i Marysi Surówków, którzy znali mnie od dziecka, daliśmy im kluczyki, z przykazaniem, żeby nam ich już dzisiaj pod żadnym pozorem nie wydawać i poszliśmy na dancing do Janosika. To była magiczna knajpa, także zasługująca na oddzielną opowieść. Wspomnę tylko, że grała w niej najlepsza na świecie, cygańska orkiestra, która tak potrafiła wejść człowiekowi w duszę, że gotów był ją diabłu sprzedać, byle tylko jeszcze raz usłyszeć Czardasza Montiego, solo na skrzypcach. Kelnerki w lokalu nie mogły później nadążyć z trunkowymi zamówieniami i takiego to właśnie szalonego wieczoru wydarzył się wypadek.
Jakim cudem udało się Wieśkowi odpalić samochód, tego nie wiem. Do środka weszli Szulkin, dziadek i jakieś dwie młode góralki, które mieszkały w Białce i szarmancki kierowca, nie bacząc na swój stan nietrzeźwości, postanowił odwieźć je do domu. Ja wcześniej poszedłem spać do zaprzyjaźnionych gazdów, więc o wszystkim dowiedziałem się dopiero rano. Na drodze prowadzącej zakosami ostro w dół w pewnym momencie wysiadły reflektory. Kierowca myślał, że droga skręca w prawo, a było odwrotnie. Weteran w bojowym stylu pokonał stromy stok, przeleciał nad żerdką pola i wpadł chłopu do stodoły. Widocznie stodoła była mu jednak sądzona. Wrak długo później stał tam jeszcze, górale pokazywali to z drogi turystom, jako miejsce cudu, bo taki straśny wypadek, a nikomu nic się nie stało… Wieśkowi tylko stłukło się jedno szkło w okularach. Naturalnie mieliśmy później problemy z miejscową milicją, a w Krakowie z kierownikiem produkcji filmu, ale ostatecznie wszystko udało się załatwić polubownie. Takie wtedy były czasy.
Poszłam w Warszawie do baru Zakątek na Daniłowiczowskiej. Nie ma szyldu, tylko kartka w oknie. Schodzi się do piwnicy, idzie po ciemnych korytarzach, gdzie pojawiają się nieoczekiwane progi lub stopnie. W barze stoliki pokryte ceratą, za barem tęga bufetowa o donośnym głosie. Co za cudowna maszyna czasu! Pyszne domowe pierogi z kaszą gryczaną i barsz w kubku. Jakiś klient właśnie zjadł w tempie ekspresowym i wychodzi. Jestem sama, gawędzę z bufetową, dopóki nie wejdzie kolejny gość, jakaś potargana kobieta. Dlaczego pani taka potargana?, pyta bufetowa. Bo wiatr, odpowiada kobieta. Bufetowa szykuje placki z jabłkami dla potarganej pani, a my zaczynamy pogawędkę. Muszę się uczesać, mówi kobieta, dziś będzie wieczór poświęcony pamięci mojego męża. A kim był?, pytam zainteresowana. Redaktor bloga musi być zawsze czujny. Poetą. Był poetą, napisał Uwięzioną jaskółkę. Nazywał się Kazimierz Szemiot. Nazwisko mi nic nie mówi, choć wiem, że powinno, ale Jaskółka i owszem. To śpiewał Stan Borys?, pytam. Tak. Wiem, pamiętam. W zeszłym roku Jaskółka uzyskała bardzo wysokie miejsce w jakimś plebiscycie, mówię. Na 40-lecie Opola, odpowiada kobieta.
Przed wyjściem zostawiam pani Szemiot wizytówkę bloga. Może ją zainteresuje, może coś przyśle. W dwa dni później mail z Warszawy.
Szanowna Pani!
Wczoraj moja znajoma, wdowa po malarzu i poecie Kazimierzu Szemioth’cie – WANDA SZEMIOTH – przekazała mi wizytówkę Pani. Zajrzałem – na Pani blog – mnóstwo ciekawych rzeczy!
Pozwalam sobie przesłać trochę muzyki do ewentualnej ilustracji/zamieszczenia/… itp
Zamieszczam i piszę do autora maila z prośbą o kilka słów o sobie, dodając słowo PILNE. Przysłał.
Andrzej Rejman
Transitions
Urodziłem się w 1956 roku w Warszawie.
Dzieciństwo i młodość spędziłem “w Ursynowie” (jak się kiedyś mówiło, a nie “NA Ursynowie”, jak się mówi teraz).
Chodziliśmy z mamą na spacery na tzw ursynowską skarpę, skad przyglądałem się godzinami wędrującym chmurom. Czasami przeleciał samolot, a jego dźwięk, najpiew wysoki, potem coraz niższy i niższy, był jak łagodna muzyka, współgrająca z delikatnym istnieniem otaczającej przyrody.
Gdy miałem lat sześć, a może siedem, kupiono mi pianino i zacząłem mozolnie uczyć się grać. Granie z nut nie przychodziło mi łatwo, bo koniecznie chciałem coś zmienić, coś poprawić, dodać jakiś nowy,”swój”dźwięk. Moja nauczycielka muzyki, pani profesor Nela Gniazdowska, przyznając, że mam słuch absolutny, powątpiewała w moją karierę, mówiąc, że uznaję jedynie muzykę “bez kanonów”.
Sama wychowana na wzorcach klasycznych nie lubiła i nie rozumiała eksperymentowania w muzyce. Słuchałem wtedy “Mazowsza” i chodziłem na koncerty dziecięce do Filharmonii.
Dużym przeżyciem był dla mnie występ Edwarda Auera, laureata jednego z Konkursów Chopinowskich.
W tym mniej więcej czasie napisałem swoja pierwszą piosenkę. Była to piosenka o Warszawie – na jakiś konkurs. Niestety nagrody nie zdobyłem, ale odtąd pisałem już piosenki.
Potem studiowałem na SGGW w Warszawie. Ojciec mój uważał bowiem, że trzeba mieć jakiś konkretny zawód, a muzykę należy traktować jako hobby. Studia wspominam mile, bo założyłem wtedy piewszy prawdziwy zespół muzyczny i wiele koncertowaliśmy.
Byłem wówczas zafascynowany muzyką jazzową i jej odmianami z domieszką muzyki rockowej i popularnej.
Pierwszym moim “poważnym” nagraniem była piosenka dla Stanisława Wenglorza do słów Małgorzaty Maliszewskiej. Piosenkę nagraliśmy pod kierownictwem Ryszarda Sygitowicza w studio Polskich Nagrań przy ul. Długiej w Warszawie.
Czułem jednak, że moja muzyka dobrze współbrzmiałaby z obrazem i namówiłem przyjaciela, Jacka Bąka, który pracował wtedy w Poltelu, aby zrobić coś wspólnie do filmu. Tak powstało ponad 30 ścieżek dźwiękowych do filmów dokumentalnych, zrealizowanych przez różnych reżyserów głównie (ale nie tylko) dla Telewizji Polskiej.
Filmem, który wspominam bardzo miło, był dokument o Wandzie Rutkiewicz, zrealizowany niedługo przed jej śmiercią. W międzyczasie nagrałem również płytę z Markiem Surzynem dla wytwórni Veriton.
Na początku lat dziewięćdziesiątych, będąc z prozaicznych powodów mocno zaangażowany w tzw “produkcję reklam dźwiękowych”, poczułem pierwszy raz potrzebę napisania czegoś, co byłoby inne niż cały otaczający mnie zgiełk.
Tak powstał szereg moich utworów, łączących stylistyczne elementy jazzu, muzyki filmowej oraz muzyki współczesnej.
Ten kierunek jest mi najbliższy.
Andrzej Rejman, lipiec 2001
P.S. Potem jeszcze wydarzyło się mnóstwo ciekawych rzeczy, które opiszę kiedy indziej. Na razie pospiesznie wysyłam to, co znalazłem w archiwach:-)
*** I oczywiście Jaskółka. Dla przypomnienia, dla pana Kazimierza i pani Wandy.
Kazimierz Szemioth
“Jaskółka uwięziona”
Jaskółka czarny sztylet, wydarty z piersi wiatru
Nagła smutku kotwica, z niewidzialnego jachtu
Katedra ją złowiła w sklepienia sieć wysoką
Jak śmierć kamienna bryła
Jak wyrok naw prostokąt
Jaskółka błyskawica w kościele obumarłym
Tnie jak czarne nożyce lęk który ją ogarnia
Jaskółka siostra burzy, żałoba fruwająca
Ponad głowami ludzi w których się troska błąka
Jaskółka znak podniebny jak symbol nieuchwytna
Zwabiona w chłód katedry przestroga i modlitwa
Nie przetnie białej ciszy pod chmurą ołowianą
Lotu swego nie zniży nad łąki złotą plamą
Przeraża mnie ta chwila która jej wolność skradła
Jaskółka czarny brylant wrzucony tu przez diabła
Na wieczne wirowanie na bezszelestną mękę
Na gniazda nie zaznanie na przeklinanie piękna
Było to w styczniu 1945 r. Nasz „internat” dla warszawskich dzieci zostawionych bez opieki podczas powstania, urósł od sierpnia do 50 sztuk. Coraz trudniej było nam wyżywić tę gromadkę. Ofiarność społeczeństwa miejscowego, bardzo żywa w sierpniu i wrześniu 1944 r. do stycznia wygasła już doszczętnie. Żyliśmy wyłącznie ziemniakami i jarzynami, jakie przydzielili nam Niemcy jesienią. Najgorzej jednak wyglądała sprawa opału. Przy największych oszczędnościach wypaliliśmy już zapas koksu jaki był w naszym domu /w Anusi/, oraz z trudem wydostane resztki koksu z „Piasków”. W styczniu koks kończył się ostatecznie, a mrozy zaczynały się na dobre. Poinformowano nas, że są duże zapasy w pobliskiej papierni „Mirków”, ale trzeba mieć od Niemców pozwolenie na otrzymanie stamtąd koksu. Wydostaliśmy drogą skomplikowanych wywiadów adres tego oficera niemieckiego, który był „komercyjnym zarządcą „Mirkowa”; miało się go znaleźć w Zalesiu Górnym. Chociaż więc funkcja „proszenia Niemców” nie należało do przyjemnych obowiązków, jednak nikt prócz mnie nie mógł tego się podjąć, ponieważ tylko ja z całego personelu umiałam po niemiecku. Wczesnym rankiem wybrałam się w pieszą wędrówkę do Zalesia. Drogę wystudiowałam na mapie, więc nie miałam trudności z jej znalezieniem, ale było daleko i krótki zimowy dzień już się kończył, gdy dobrnęłam wreszcie do Zalesia.
Osiedle było dosłownie naszpikowane wojskiem. W laskach i zagajnikach stały armaty, karabiny maszynowe i wozy z amunicją. Wokół kręciło się mnóstwo żołnierzy. Musiałam jednak dopytać się o willę, w której mieszkał komisarz, więc zaczepiłam o to żołnierzy, bo nikogo cywilnego nie było widać na drodze. Oczywiście nie pierwszy, ale któryś z rzędu wskazał mi drogę. Drzwi willi były otwarte. Weszłam do komfortowego lokalu; dywany, kwiaty, lampy, przytulne ciepło. Na dole pilnujący żołnierz objaśnił mnie, w którym pokoju urzęduje poszukiwany oficer. Był to wspaniale urządzony gabinet z biurkiem i głębokimi fotelami. Okno zasłonięte cienką aksamitną storą. Oficer był młody, czyściutki, wylizany. Nie wiem z kolei jakie ja zrobiłam na nim wrażenie. Nosiłam w tym czasie czarny aksamitny płaszcz ze spiczastym kapturem, obszyty srebrnym króliczym futerkiem. Koleżanki twierdziły, że wyglądam w tym jak „żona świętego Mikołaja”. Bez wstępów rozpoczęłam trochę koślawą niemczyzną przemowę do „szanownego komisarza”. Było tam wszystko co potrzeba o niewinnych sierotach, o rurkach centralnego ogrzewania pękających od mrozu i o nieprzebranych zapasach koksu w Mirkowie. Skutek był szybki, ale nieproporcjonalnie mały: dostałam kartkę z poleceniem wydania z magazynu Mirkowa 1 tony koksu.
Było już późno żeby wracać z Mirkowa do domu, przenocowałam więc u Hanki Zawadzkiej w Zalesiu i na drugi dzień po południu wylądowałam w domu. Następnego dnia zaczęłyśmy się rozglądać za środkami przetransportowania owej tony koksu z Mirkowa. Ale wnet okazało się, że starania te są zbędne, a kwitek zacnego oficera nic już nie znaczy: był bowiem już 17 stycznia.
Wyprawa po ziemniaki
W październiku 1944 r. nasz internat dla warszawskich dzieci w Konstancinie otrzymał przydział ziemniaków i jarzyn. Było tego w sumie 1000 kg, ale do odebrania w Szymanowie. Wobec tego że o środki transportu musiałyśmy się starać same, a drogi przez Warszawę i transporty kolejowe były niedostępne, przywiezienie tych ziemniaków z odległości 80 km po bocznych drogach było czystą niemożliwością. Wobec tego wziąwszy cenny kwit do kieszeni wybrałam się do Pruszkowa, żeby wytargować tam zmianę przydziału na składnicę w Piasecznie. Droga do Pruszkowa była w owym czasie dość skomplikowana. Najpierw szło się po południu piechotą do Piaseczna. Stamtąd kolejką podjeżdżało się do stacji Pyry. W Pyrach nocowało się u koleżanki Marysi Z., która miała tam folwarczek. Następnego dnia wczesnym rankiem następowała najważniejsza część podróży, przemarsz piechotą od Pyr do Salomei czyli do linii kolejki elektrycznej. Ten spacer zajmował około 6 godzin, zależnie od stanu dróg. Wtedy były one w stanie nieco mizernym, że mniej więcej w połowie drogi noga ugrzęzła mi tak głęboko w błocie, że wyjęłam ją w skarpetce, a półbucik został wklejony w drogę. Wydobyłam go z trudem, ale okazało się, że tylna część spłaszczyła się tak, że dalszą drogę szłam w jednym pantoflu bez pięty. Wieczorem dobrnęłam do Pruszkowa, gdzie trzeba było znów przenocować, bo za późno już było na urzędy. Pielgrzymka po nich rozpoczęła się nazajutrz rano. Zaczęłam od R.G.O. Tu wytargowałam najpierw parę drewniaków, które zastąpiły mi rozklapane w błocie półbuty. Potem dowiedziałam się, że niestety zmiana adresu otrzymania ziemniaków zależy od przedstawicieli „Herrenvolku”. Poszłam zatem do odnośnego urzędu dyrygującego przydziałem ziemniaków. Wyrecytowałam krótkie ale treściwe przemówienie po niemiecku, na co otrzymałam krótką a treściwą odpowiedź „Alle polnische Weisen können für mich krepieren”. Na razie wyszłam, ale po pół godzinie wróciłam z tą samą przemową. Tym razem otrzymałam wskazówkę: powinnam wyjść od razu za drzwi. Tu nastąpiła dyskusja w tonie coraz gorętszym. W każdym razie oświadczyłam w końcu „nie wyjdę z tego pokoju bez przydziału ziemniaków w Piasecznie”. Pomogło. Nie był to jednak jeszcze koniec „zdobywania ziemniaków”. Po 1,5 dnia trwającej powrotnej pielgrzymce, zaczęłam starania o wozy, któreby ziemniaki z Piaseczna przywiozły. Oczywiście trzeba było znów chodzić do Niemców, bo większość chłopów miała konie zarekwirowane.
Pamiętam szczególnie dobrze wizytę w tej sprawie w szkole gospodarczej w Chyliczkach. Jakiś podoficer niemiecki przyjął mnie tam bardzo życzliwie, powiedział, że mają konie i wozy, wykazał pełne zrozumienie dla konieczności wyżywienia internatu. Ale zanim zdążyłam umówić termin przewozu i odejść, zjawił się jakiś inny Niemiec wyższy szarżą od mego rozmówcy. Ten stanął na baczność, a zapytany wyjaśnił treść mojego życzenia. W odpowiedzi usłyszałam długą litanię wyzwisk pod moim adresem, naszych dzieci, a także uprzejmego rozmówcy podoficera. Było tam jeszcze dużo mówienia o niemieckich rękach przeznaczonych do innych celów niż pomoc dla Polaków. Widząc, że na nic moje starania, zaczęłam po cichu posuwać się ku drzwiom, szczęściem otwartych. Odetchnęłam z ulgą znalazłszy się już za drzwiami. Ale teraz trzeba było wnet znaleźć innych Niemców, do których trzeba będzie iść i prosić o wozy
Licealista początku lat 60 nie miał tak lekko jak dzisiaj jego wnuk, jeżeli chodzi o szkolną dyscyplinę. Nauczyciele zwracali uwagę na schludność wyglądu uczniów, ich fryzury, szkolne tarcze na rękawach ubrań, dziewczyny musiały nosić granatowe fartuszki „do kolan“ z białymi kołnierzykami, a chłopcy, przy większych okazjach – garnitury i krawaty. Te na szczęście były wtedy w modzie. Któregoś dnia doszedł nam nowy rygor: nie ma żadnego chodzenia po kawiarniach i późnym wieczorem po mieście, chyba, że w towarzystwie dorosłych.
Z dyrekcją liceum, która wydała te zarządzenia, nie było sensu ani zwyczaju dyskutować, szkoła miała jeszcze swój autorytet. Można było natomiast próbować obchodzić niewygodne i – co tu dużo mówić – nieludzkie przepisy. Tarczę mocowało się przy pomocy plastra do agrafki, zamiast przyszywać ją na fest do ubrania, fartuszek koleżanki zostawiały po lekcjach w szatni, skromna bluzeczka znikała w torbie z książkami, a na światło dzienne wychodził seksowny, różowy sweterek, który kuzynka przysłała z RFN. Największą trudność sprawiał wybór właściwego lokalu na randkę. Kawiarnia Malinowa w ogóle nie wchodziła w rachubę, była zbyt blisko budy i belfrowie lubili w niej bywać. Pozostawała Delta albo Nasza. Kiedyś wybrałem Deltę i miałem pecha, bo ledwo usiedliśmy przy stoliku, a tu wchodzi do kawiarni nasz chemik, prof. Szarszaniewicz w towarzystwie jakiejś kobiety. Udawał, że mnie nie widzi, ale przy najbliższej okazji w szkole nie omieszkał zapytać, co tam robiłem i w czyim byłem towarzystwie. Na szczęście dziewczyna siedziała tyłem do niego i nie mógł widzieć jej twarzy. Skłamałem więc, że to była moja ciocia Irka, za złamanie zakazu groziło obniżenie stopnia z zachowania. Profesor znał ciocię, w swoim czasie także uczył ją chemii, podobnie, jak prof. Jazowy – łaciny. Wtajemniczyłem ją zatem w szczegóły afery i poszła na najbliższą wywiadówkę, zamiast mamy. Ciocia Irka umiała kłamać jak z nut, tylko że stary, kresowy lis też o tym wiedział, niby uwierzył, że to ona towarzyszyła mi w Delcie, ale do końca liceum miałem u niego przechlapane. Hrabia, co psy obrabia – docinał mi, kiedy nie radziłem sobie z ćwiczeniami na lekcjach, ale chemika mimo wszystko nie można było nie lubić.
Z chwilą zdania egzaminu dojrzałości cały ten balast ograniczeń przestał nas, młodych ludzi, obowiązywać. Kiedy przyszedłem ze Słowaka na Wesołą, mama usadowiła mnie na fotelu w gabinecie, uroczyście poczęstowała wawelem z ozdobnej, drewnianej papierośnicy i podała mi kieliszek wina. Pamiętam, że był to tokaj aszu. Domyślała się, że od pewnego czasu podpalam papierosy, a na prywatkach, na które wprawdzie rzadko, ale chadzam, pija się nie tylko oranżadę. Było mi wtedy – pamiętam – bardzo niezręcznie z tymi atrybutami dorosłości.
Mama i Ciocia Irka ze świeżo upieczonym maturzystą
Na temat mojej przyszłości w domu nie rozmawialiśmy. Mama niczego mi nie sugerowała, nawet swoją ulubioną metodą między wierszami , chciała, żebym sam podjął decyzję, a ja do końca nie wiedziałem, co chcę robić. Najpierw postanowiłem, że złożę podanie do Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni, ale na przeszkodzie stanęły wysokie wymagania w zakresie nauk ścisłych. Później zobaczyłem siebie na scenie zawodowego teatru. Za radą profesora Gurgacza zacząłem przygotowywać na egzamin początek Popiołów Stefana Żeromskiego, Ogary poszły w las… Chciałem też zadeklamować którąś z mickiewiczowskich ballad a na improwizację pokazać np. jak krótkowidz nawleka igłę nitką, ale w międzyczasie pojawił się wątek łapówki dla kogoś ważnego z komisji egzaminacyjnej, bez której podobno trudno było zdać. Z tzw. wiarygodnych źródeł wynikało, że oczekiwana jest suma rzędu 30 tysięcy złotych, takiej kwoty w domu nie było.
Zdjęcie poniżej: Autor w wawelskim grodzie
Mama milczkiem zaczęła się więc rozglądać za jakimś ciepłym stołkiem dla mnie w administracji, w której miała kontakty, kiedy ją zaskoczyłem. Za pięć dwunasta złożyłem podanie na studia, na Wydziale Filologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, w katedrze slawistyki, zdałem egzaminy wstępne i zostałem studentem I roku. W tamtym czasie Polska dopiero otwierała się na zagranicę, wycieczka nad ciepłe morze w Bułgarii była równie egzotyczna, co dziś na Hawaje. W nagrodę za zdaną maturę mama zafundowała nam obojgu wyjazd do Złotych Piasków i tam poznałem Bubę, piękną dziewczynę z Sofii, w której oczywiście zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Ogólnie bowiem byłem chłopię kochliwe. Kiedy więc później pytano mnie, dlaczego postawiłem na bułgarystykę, w sumie mało praktyczny kierunek studiów, zawsze zwalałem na Bubę, argumentując, że miłość jest ślepa. Teraz przyznam się, że wierutnie kłamałem, bo dokonałem tego wyboru jeszcze przed wyjazdem nad Morze Czarne. Nie wyszło mi ze szkołą morską i teatralną, więc postawiłem na miłą mi cyrylicę, którą zaszczepiła mi pani Żurkowa w podstawówce. Najchętniej poszedłbym na rusycystykę, ale tam przypadało piętnastu kandydatów na jedno miejsce, a na slawistyce tylko bodaj siedmiu, wolałem nie ryzykować. Chciałem dostać się na studia w Krakowie. Po pierwsze były one nobilitacją, szansą na wyfrunięcie z Chorzowa, na usamodzielnienie się w mieście, przed którym Śląsk zawsze zdejmował czapkę. Mogła ciocia Irka skończyć swoją akademię rolniczą w Cieszynie-Olsztynie, chciałem i ja pokazać, że nie jestem głupszy. Mama gotowa była to finansować. Alma Mater Jagiellonica obchodziła właśnie 600-lecie istnienia, był to dla mnie wielki splendor.
Katedrą Filologii Słowiańskiej kierował prof. Stanisław Urbańczyk, ceniony językoznawca, bohemista, który przyjął do wiadomości, że zamierzam zostać bułgarystą, ale bardziej mu pasowałem jako czechista, więc zapisał mnie na swój kierunek. Po roku miałem sam zdecydować, czy będę to kontynuował. Z dzisiejszym rozumem byłbym wdzięczny profesorowi za jego ingerencję w moje plany edukacyjne, bo i dorobek kulturalny nad Wełtawą był bogatszy i miałem większe szanse na pracę po studiach jako bohemista. Uparty, bałkański osioł uległem jednak swoim sentymentom i kiedy po trzecim roku pojechałem po raz pierwszy na praktykę językową do Sofii i tam spotkałem się z Bubą, bez przeszkód mogliśmy się porozumiewać w jej języku ojczystym. Niestety blondyni o nordyckiej urodzie mieli na Bałkanach dużo większe notowania u dziewczyn, niż chłopaki takie, jak ja i zawiesiła oko na Ryśku, moim koledze z roku. Doszło do skandalu, z zazdrości poniosły mnie nerwy i publicznie pobiliśmy się z kolegą. Nigdy więcej już nie spotkałem Buby, ale przecież nie przerwałem z tego powodu studiowania języka, który tak naprawdę w późniejszym życiu do niczego mi się już nie przydał.
Główną zmorą na I roku był scs, język starocerkiewno-słowiański, czasami Krystian Cichowski mi przypomina, jak kułem na głos czytanie starych tekstów. Drugą – zajęcia z historii języka polskiego, które prowadziła bardzo wymagająca prof. Ewa Ostrowska. Zamieszkaliśmy razem z Krystianem na Długiej 18, na stancji u rodziny Rajpoldów, albo Raypoldów, w przejściowym pokoju; Krystian zdał do Wyższej Szkoły Pedagogicznej, na kierunek geografii i miał swoje Himalaje wiedzy do zdobycia, a najmłodszy syn gospodyni był bardzo żywotny i nie dawał łatwo skupić się nam na nauce. Stara, krakowska kamienica nadal stoi, kiedy jestem pod Wawelem, czasem dochodzę tam z Basztowej. Nie ma już tego małego sklepiku przy wejściu, w którym było wszystko czego dusza zapragnie, za to są domofony i krata na stu włamywaczy w drzwiach.
Krystian i autor na stacji u Rajpoldów
Zanim dostałem się na studia, pojechałem do Krakowa zobaczyć Juvenalia, przy okazji składania dokumentów na uczelni. Mówiono później, że było to ostatnie, krakowskie święto żaków w wielkim stylu, w końcu wpisywało się ono w historyczny jubileusz UJ. Zapamiętałem z niego dwa obrazy – karykatury władz uczelni i jej profesorów, niesione przez wesołych przebierańców i model amerykańskiej, kremowej limuzyny, którą z wysiłkiem dźwigała gromada studentów. W środku siedział sam Melchior Wańkowicz, ubrany w jasny garnitur, w kapeluszu z szerokim rondem, towarzyszyła mu elegancka pani, podobno żona. W listopadzie 1963 r. stuknęła mi natomiast osiemnastka. Kiedy przyjechałem do Chorzowa, żeby poświętować z tej okazji, okazało się, że odezwał się także wielki nieobecny, mój ojciec. Przysłał mi ze Szczecina-Dąbia telegram z życzeniami urodzinowymi i był to dla mnie powód do radości. Wtedy postanowiłem napisać do ojca list, żeby się z nim spotkać.
Dalszy ciąg wspomnień Karusi z okresu wojny. Ich publikację rozpoczęłam tydzień temu. Dziś tekst z archiwum, nieopublikowany w relacjach harcerek.
Ciąg dalszy w najbliższy czwartek.
Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia)
Jak sprzedawałam dzieci
Dom dziecięcy „Piaski” w Konstancinie, prowadzony przez harcerki pod firmą R.G.O., został wysiedlony w końcu lipca 1944 r. Niemcy założyli w tym budynku radiostację. W tym czasie prowadziłam przy owym domu ogród i szklarnię, więc nie pojechałam z naszym domem za Wisłę, ale zostałam, żeby pilnować ogrodu. Z tego pilnowania jednak nic nie wyszło, bo Niemcy obrazili się na nas za to, że wykopałyśmy z ogrodu wczesne ziemniaki. Zrozumieli bystro, że to dlatego, żeby im nie zostawić. Wobec tego, nawrzeszczawszy, że to „eine Schweinerei”, zabronili mi wstępu do ogrodu.
Zatem przeniosłam swoją „służbę” do domu małych dzieci w „Anusi”. Kierowniczka tego domu, późniejsza naczelniczka Wiktoria Dewitzowa, przeniosła swoich wychowanków do Zalesia, obawiając się w Konstancinie nalotów. Dom w „Anusi” został pusty, ale została w nim 5 osobowa załoga dla dopilnowania inwentarza i niewielkich zapasów żywności. Już w pierwszych dniach sierpnia 1944 r. zaczęli przychodzić do Konstancina uchodźcy z południowych dzielnic Warszawy, Czerniakowa, Wierzbna, Służewca. Wśród uchodźców trafiały się pogubione, opuszczone dzieci. Zaczęłyśmy je zbierać do naszej pustej „Anusi” i w ciągu sierpnia nagromadziło się tego drobiazgu ponad 30 osóbek w wieku od trzech do 14 lat. Niektóre błąkały się samotnie, inne przyprowadzili sąsiedzi, lub skierowywał do nas urząd gminny. Ponieważ w naszym gospodarstwie nie miałyśmy wcale nabiału, bardzo niechętnie przyjmowałyśmy dzieci poniżej trzech lat, dla których nie było odpowiedniej żywności. Władze gminy upoważniły nas wobec tego do oddawania tych małych dzieci na wychowanie do miejscowych rodzin. Jeżeli było stwierdzone, że Rodzice maleństw zginęli w powstaniu, mieliśmy oddawać dzieci na własność. Z takim właśnie zaleceniem przyniesiono nam z gminy 1,5 rocznego Stasia, bardzo uroczego chłopczyka. Przebył u nas około tygodnia, przyczyniając nie mało kłopotu naszej szczupłej załodze. Jednak rozeszła się wieść, że mamy dzieci „do sprzedania”, bo zgłosiła się do nas para młodych wieśniaków z jednej z okolicznych wiosek, z życzeniem zabrania chłopca. W owym gorącym czasie nie było możliwości sprawdzenia, jak to się robi obecnie, jaką opinię mają przyszli Rodzice, czym się trudnią, jak wygląda ich dom itp. Wystarczyło nam, że małżeństwo wyglądało sympatycznie, a młoda kobieta zwierzała się, że nie może mieć własnych dzieci, choć bardzo tego pragnie. Podpisali nam zatem jakiś mało formalny dokument, że biorą na wychowanie Stasia, zostawili swój adres, a nawet wyrazili gotowość… zapłacenia za dziecko. Ale powiedziałam im, że cena na osierocone niemowlęta nie jest jeszcze ustalona, więc obeszło się bez płacenia. Staś bez protestu dał się zabrać przybranej matce.
Ale na tym nie skończyła się historia „sprzedanego” dziecka.
W końcu kwietnia, jeszcze przed ostateczną kapitulacją Niemiec, przyszła do nas rodzona matka Stasia. W powstaniu zginął jej mąż, ona sama była wywieziona do Niemiec, szczęściem do dzielnic wschodnich – więc wnet po zajęciu tych terenów przez armię radziecką, wróciła do kraju. Adres Stasia otrzymała w Czerwonym Krzyżu, bo stale przesyłałyśmy tam nazwiska dostarczanych nam dzieci. Oczywiście dałyśmy jej adres przybranych rodziców Stasia i poszła tam nie zwlekając. Tegoż dnia, późnym wieczorem wróciła do nas zrozpaczona. Adres był fałszywy. We wskazanej wiosce nie było ludzi podpisanych na naszym dokumencie. Nie wiedziałyśmy, czy umyślnie podali fałszywy adres, czy zmienili miejsce zamieszkania. Biedna matka postanowiła jednak szukać dalej. Przypuszczałyśmy, że fakt adoptowania dziecka rozchodzi się w formie plotki po okolicznych wsiach, i że drogą rozmów i zwiadów u gadatliwych wieśniaczek uda się odnaleźć Stasia. Przenocowawszy u nas, matka poszła na poszukiwania synka. Szczęściem udało się jej. W jednej wsi baby „słyszały o adoptowanym dziecku” i wskazały matce nowy adres. Nad wieczorem przyszły do nas już obie „matki” razem ze Stasiem, który przez pół roku bardzo urósł i dobrze wyglądał. Musiałyśmy odbyć istny „Sąd Salomona”, z tą różnicą, że rzeczywista matka była niewątpliwa. Przybrana jednak długo nie chciała ustąpić, bo zdążyła się mocno przywiązać do chłopca. Rozpaczała tak, jakby to jej ukradziono rodzone dziecko. Z trudem udało się wreszcie ją pocieszyć i uspokoić. Byłyśmy wszak mimowolnie sprawcami całej historii, chociaż zawinił tu najwięcej niedokładny wywiad gminy.
Okazji do wystąpienia na scenie w sali gimnastycznej czy na czwartym piętrze w auli Słowaka nie brakowało. Były liczne akademie ku czci…, rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego, wśród zapraszanych gości pojawiali się prominenci. Czasem zaszczycał nas obecnością brat naszego polonisty, słynny tenor operowy, Bohdan Paprocki, a wtedy dokuczała mi trema. Jakże tu bowiem zaśpiewać popisowe Mississippi*, żeby taki zawodowiec później przy rodzinnej herbatce nie zapytał: a skąd żeście wytrzasnęli tego amatora?
W czasie występu miałem więc podzielną uwagę. Z jednej strony starałem się jak najlepiej oddać klimat amerykańskiego musicalu i wcielić w mojego idola- był nim zaś sam Paul Robeson – a z drugiej baczyłem na minę dostojnego gościa. Nie znając oryginału, śpiewałem ten utwór po polsku, ale kto wtedy poza anglistą znał na sali angielski… Chętnie też deklamowałem wiersze przy różnych okazjach, występowałem w konkursach recytatorskich, aż do pamiętnego zjazdu absolwentów chorzowskiej szkoły handlowej, któremu towarzyszył program artystyczny, w Domu Kultury Huty „Kościuszko“. Dziś jest to Teatr Rozrywki.
Na prośbę dyrekcji Słowaka miałem w nim wystąpić z wierszem, który chyba nosił tytuł Szkoła, ale już nie pamiętam, czyjego był autorstwa. Traktował on o uczniu, który miał nauczyć się na pamięć wiersza i odpytywany przez nauczyciela, pogubił się w treści. Czasu na przygotowanie deklamacji było sporo, około tygodnia, tylko za bardzo nie czułem tego tekstu. Jak na mój gust był zbyt liryczny. Wolałem ekspresyjne wiersze, w rodzaju Spotkania Jerzego Jurandota, śmieszne Słówka Boya, lubiłem klimat mickiewiczowskich utworów. Wkułem jednak wiersz na pamięć, a przynamniej tak mi się wydawało, stanąłem za kulisami i czekałem, aż przyjdzie na mnie czas. Najpierw miałem być na scenie czwarty z kolei, później reżyser zdecydował, że pierwszy po przerwie, a w rzeczywistości wyszedłem jako przedostatni. Sala miała około 500 miejsc i zajęta była do ostatniego fotela. Kiedy zmrużyłem oczy pod światłem jupiterów i powiedziałem pierwszą zwrotkę, w głowie zapanowała idealna pustka a suflera pod sceną nie było. Do miejsca, w którym uczeń z wiersza zapomniał słów brakowało dwóch zwrotek, więc jak bym nie kombinował, była klapa. Skonfundowany skłoniłem się przed publicznością, powiedziałem przepraszam i przy brawach wyszedłem za kulisy. Rozpoczynały się letnie wakacje, ze wstydu przez kilka dni nie opuszczałem domu. Mama, która uczestniczyła w tym zjeździe, pocieszała mnie jak mogła, że wyszło naturalnie, wszyscy myśleli, że zagrałem zapominalskiego. Sporo czasu musiało jednak minąć, zanim przełknąłem tę pierwszą, dużą porażkę w swoim życiu.
W harcerstwie nie było złych dni. Nasza drużyna, którą kierował znakomity Maciek Gadomski, stała się wodniacka dopiero w połowie mojej licealnej edukacji. Z początku chodziliśmy, jak to lądowe szczury, z kompasem na azymut, zdobywaliśmy beskidzkie szczyty, a najpierw uczyli się harcerskich praw, żeby móc złożyć przysięgę. Później zdobywało się odznakę ZHP. Moim zastępowym był kolega z klasy, Romek Hardyk, po jakimś czasie sam dochrapałem się tej funkcji, w stopniu ćwika. Kiedy zastępy zamieniły się w załogi, zostałem załogowym. Żeby mieć na czym pływać, pod okiem instruktora wzięliśmy się za budowę kanadyjek, harcówka zamieniła się w pracownię szkutniczą i było to pasjonujące zajęcie. Nie używany magazyn na dziedzińcu szkolnym własnoręcznie wyremontowaliśmy i przerobiliśmy na hangar. W czasie 1-Majowego pochodu nasza drużyna, dwójka , maszerowała ulicą Wolności i z dumą niosła te łodzie na barkach, oczywiście z pieśnią na ustach. Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec… Przyszedł czas na ich zwodowanie, żadna nie wymagała poprawki. Tylko już nie pamiętam, gdzie my na nich pływaliśmy: na Pogorii, w Paprocanach, czy w Goczałkowicach?
Z druhem Zdebikiem, chyba w Goczałkowicach.
W Harcerskim Ośrodku Wodnym nad Jeziorem Goczałkowickim zdobywałem patent żeglarski, w warunkach, jak przystało, surowych. Przez trzy czwarte kursu lało jak z cebra, my pod namiotami, albo na dezetach, najpierw na wiosłach, jezioro wzdłuż i wszerz, dzień za dniem. Później stanęły żagle i zaczęliśmy się uczyć od podstaw żeglarskiego rzemiosła oraz egzotycznie brzmiących achterpików, rafów, fałów i halsów. Za przewinienia i psoty na pokładzie czołgaliśmy się za karę w kapokach pod ławkami lub wspinaliśmy na top grota. Stare łodzie musiały lśnić czystością, codziennie pod okiem bosmana szorowaliśmy dek ryżowymi szczotkami, jak na burcie farba się łuszczyła, trzeba było ją zdrapać i położyć nową warstwę. W zamian bosman uczył nas węzłów i opowiadał ciekawe historie. Między innymi o tym, jak powstało to sztuczne jezioro, jak zalano wieś razem z jej cmentarzem i po nocach straszyło, jak pływały trumny z umrzykami, słychać było różne jęki i wycia. Kiedy więc zgodnie z programem zorganizowano nam nocny alarm i kazano wypłynąć na środek jeziora, na jakąś mieliznę i wyskoczyć za burtę, żeby znowu zepchnąć łódź na wodę, było trochę strasznie. Po powrocie do ośrodka, w namiotach zrzuciliśmy mokre mundury, zawinęli w suche koce, każdy dostał kubek gorącej herbaty, chyba z kroplą czegoś mocniejszego i więcej niczego do szczęścia nam już nie brakowało. Oczywiście najpiękniejszą chwilą, jaką zapamiętałem z Goczałkowic, było ogłoszenie wyników egzaminów na stopień żeglarza. Zdali wszyscy, kiedy usłyszałem, że przyznano mi patent, poczułem się jakby mnie pasowano na mężczyznę.
Także letni spływ kajakowy, który nasza drużyna rozpoczęła w okolicach Krzepic na Liswarcie a zakończyła w Bydgoszczy, był dużym wyzwaniem. Płynęliśmy Wartą, Notecią i kanałami do Gopła, a później Kanałem Bydgoskim, zajęło nam to dwa tygodnie, dłonie od wioseł miałem zgrabiałe i kiedy spływ się skończył, odetchnąłem z ulgą. Z drugiej strony miałem satysfakcję, że podołałem trudom tej wyprawy. Ukoronowaniem moich młodzieńczych, wodniackich przygód było bałtyckie, przybrzeżne pływanie, w ramach praktyki po zakończeniu kursu żeglarskiego. Odbywaliśmy ją na starych szalupach z Batorego, przebudowanych na trójżaglowe jachty, z kojami dla dziewięciu osób. Po tygodniu pracy na pokładzie, trudnych, nocnych wacht i wrześniowych sztormów, zawinęliśmy znowu do Gdyni i musiało minąć trochę czasu, zanim ląd przestał nam chybotać pod stopami.
Część naszej klasy i grono profesorskie przed egzaminem dojrzałości, autor to ten grubas z tyłu.
Między wakacyjną przygodą i popisami na scenie w liceum trzeba się było uczyć. Szło mi to różnie, ale starałem się traktować naukę poważnie i nie chodziłem na wagary. Nauczycieli mieliśmy na ogół wymagających, jednych darzyło się sympatią, innych nie za bardzo. Z polonistą, prof. Januszem Paprockim nie miałem najlepszego kontaktu, choć sam przedmiot lubiłem. Naszym wychowawcą był nieco kostyczny profesor Jan Brzoza, który nauczał historii; w XI klasie przejęła tę funkcję dla odmiany ciepła w relacjach międzyludzkich profesor Wala Michalska, także historyczka. Profesor Franciszek Gurgacz, pedagog już starszy wiekiem, prowadził szkolną bibliotekę i to on uczył mnie warsztatu recytatorskiego, doradzał wybór lektur, był człowiekiem wielkiej kultury i mądrości, a prywatnie ojcem serdecznej przyjaciółki cioci Irki. Prof. Jazowy, mój surowy nauczyciel łaciny w liceum, mieszkał wraz z rodziną na parterze naszego domu przy ul. Wesołej. Jako dzieciak zawdzięczałem mu ratunek z pewnej opresji; łażąc po wysokim płocie, oddzielającym nasz ogród od podwórka, w pewnym momencie straciłem równowagę i zawisnąłem głową w dół, z nogą między sztachetami. Na szczęście był w domu, kiedy zacząłem się drzeć i wołać o ratunek. Nie mogłem więc obijać się z łaciny, dług wdzięczności trzeba było spłacić.
Fizyki nauczał wielki oryginał, profesor Emil Pieczka, zawsze gładko zaczesany do tyłu. Solidnej budowy ciała, latem przychodził do szkoły w pumpach i trampkach, zimą w swych słynnych spodniach i butach narciarskich oraz flanelowej koszuli w kratkę. Siadał bez słowa i cienia wyrazu na twarzy za katedrą, wyjmował czarny, zatłuszczony notes, otwierał go na jakiejś stronie, marszczył czoło i dopiero wtedy zaszczycał nas spojrzeniem. Zgromadzeni w amfiteatralnej sali śledziliśmy lot tej strzały, panowała pełna napięcia cisza, ale czasami nas zwodził. Zatrzymywał np. wzrok na Adamie Kandziorze, a padało nazwisko Milewicz i trzeba było iść do tablicy. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek dostał u Emila piątkę, dobry stopień trafiał się bardzo rzadko, natomiast czysta trója stanowiła dla ucznia powód do dumy. Był jednak sprawiedliwym nauczycielem.
Z Krystianem Cichowskim i Krzyśkiem Kozubskim na licealnym balu przebierańców.
O matematyku, profesorze Swadźbie, którego nie można było nie lubić, pisałem w poprzednim odcinku. Z tego, co mówił mi Krystian Cichowski, wynika, że Jasiu nie daje się czasowi. Stuknęła mu już osiemdziesiątka, ale dalej czynnie uprawia turystykę górską w Tatrach i organizuje wystawy filatelistyczne. Z Krystianem przyjaźnimy się od Słowaka, od ponad ćwierćwiecza mieszka w Berlinie. Podobnie jak ja zawsze lubił chodzić po górach, a na nizinie po kawiarniach i sporo tych wędrówek odbyliśmy razem. Z Wieśkiem Polczykiem razem żeglowaliśmy, prześcigali się w zbieraniu znaczków pocztowych i z zapałem grali w ping-ponga. Dobry kontakt miałem z Krzyśkiem Kozubskim, Jurkiem Żakiem, Maćkiem Gibasem, Januszem Durajem, Andrzejem Gregorczykiem, Sewerynem Sowiakiem i Mietkiem Kozłowskim. Z dziewczyn, z Basią Marklowską, Krysią Pudełko i Haliną Delakowicz. Z Krysią sympatyzowaliśmy już w podstawówce, z Haliną uczyliśmy się razem do matury rosyjskiego, który wybraliśmy na przedmiot dodatkowy.
Adresatką moich pierwszych, młodzieńczych amorów była jednak Inga, córka sąsiadki przy ulicy Wolności. Jej mama sprzątała nam czasami mieszkanie, myła okna a zdarzało się, że robiły to razem. Dziewczyna była starsza ode mnie o kilka lat, pewnie miała już za sobą jakieś seksualne doświadczenia i gotowa była się nimi ze mną podzielić, ale ja nie potrafiłem przemóc chorobliwej nieśmiałości w stosunku do dziewczyn, choć niesamowicie mi się podobała. Miała południowy typ urody, bujne kształty, wesoły i bezpośredni sposób bycia, tylko wypadało rwać taką wisienkę.
Z Gienią, którą później poznałem w Słowaku, było podobnie. Dla odmiany blondynka, ale też bardzo aerodynamicznie zbudowana, poruszała się tak zmysłowo, że nie mogłem oderwać od niej wzroku. Miała w sobie coś z Nany, głównej bohaterki powieści Emila Zoli, którą „pożyczyłem“ sobie z księgozbioru cioci Irki i czytywałem w tajemnicy przed dorosłymi. Z rasowej, paryskiej kurtyzany… Takie typy kobiet najbardziej przemawiały do mojej seksualnej wyobraźni. Na pierwsze, niewinne pieszczoty z Gienią pozwoliłem sobie jednak dopiero, kiedy skończyłem 18 lat… Uwierzycie, że nawet wtedy nie posunąłem się dalej…? Taka była ze mnie romantyczna gapa.
* „Showboat”, muz. Jerome Kern a utwór, który śpiewałem nosił w oryginale tytuł Ol`Man River. Po niedawnym odsłuchaniu na youtube znakomitego nagrania z 1936 r., mam nadzieję, że nikt nie nagrywał w liceum moich popisów.
Kolejny wpis o Karusi, ale tym razem oddaję głos jej samej. Już przed wojną Karusia zaangażowała się w działalność harcerską i uzyskała stopień harcmistrzyni. Podczas wojny początkowo zajmowała się chorą mamą (czyli prababcią Eugenią), potem pracowała przez kilka miesięcy w różnych miejscach, używając jednak nazwiska Mianowska lub pseudonimu Bukowa jagoda. W tym pierwszym okresie wojny pomocy udzielała jej między innymi Irena Dąbkowska (1901-1942? – data i miejsce śmierci nieznane) – dr filozofii (botanika i geologia), nauczycielka, żołnierz Podziemia. To ona wystarała się o fałszywe dokumenty dla Karusi i załatwiła jej pierwszą wojenną pracę, w Muzeum Fizjograficznym PAU w Krakowie. Irena należała do Związku Walki Zbrojnej. Zginęła w nieznanych okolicznościach w walkach partyzanckich na Polesiu. Karusia natomiast powróciła do Warszawy, znowu pracowała dorywczo u różnych osób, po czym już na stałe przeszła do pracy w domach opieki nad dziećmi w Konstancinie, jako ogrodniczka w ogrodzie i w szklarniach, zaopatrzeniowiec, a wreszcie opiekunka dzieci.
Na prośbę redaktorek książki Harcerki 1939-1945 (tom: Relacje, pamiętniki) opisała kilka zdarzeń z tej pracy. Niektóre zostały opublikowane, inne znalazłam w Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Karusia spisała swe wspomnienia ręcznie, przepisała je na maszynie już po jej śmierci jedna z koleżanek-harcerek. Pożółkłe przechowywane w archiwum kartki nie dają się odczytać za pomocą programów odczytujących teksty, a z kolei ja nie miałam czasu, żeby je przepisać. W pierwszej wersji niniejszy wpis zawierał po prostu zdjęcia kolejnych kartek, dość trudne jednak do czytania. W marcu 2015 roku moja kuzynka, córka Mirki, Maria, przepisała tekst na komputer. Zdjęcia kartek zostawiam jednak jako ilustracje.
I jeszcze jedna informacja: to właśnie przez działalność Karusi w harcerstwie Mama (Irena Kuran-Bogucka) w roku 1947 przyjechała na wakacje do Gdańska i poznała Tatę (Dariusza Boguckiego). Tata to opisał i kiedyś opublikuję tu odnośny fragment jego wspomnień.
Karolina Lubliner-Mianowska
Harcerskie domy dziecięce w Konstancinie
Do Konstancina przyjechałam jesienią 1941 roku. To było tak: spotkałam na ulicy Józefinę Łapińską. Pyta mnie: co robisz? Na razie mówię, kończę układać na zimę jabłka w piwnicy, u Hani Piotrowskiej w Komorowie. To jak skończysz z tym, mówi Józefina, to przyjedź do nas. Gena Woroniecka ma tam mnóstwo tulipanów do posadzenia, pewnie się na tym znasz, to jej pomożesz. No i w tydzień potem już sadziłyśmy te tulipany z Geną. Po tulipanach trzeba było jeszcze robić porządki w ogrodzie i w szklarni przed zimą. Pod koniec listopada wybuchła w internacie epidemia grypy. Kierowniczka, Marysia Steckiewicz, przy śniadaniu pyta mnie nieśmiało: czy ty umiesz pielęgnować chore dzieci? Pewnie, że umiem. Jakby nie było – instruktorka Z.H.P. od tylu lat. Epidemia trwała kilka tygodni, przeszło 70% dzieci chorowało, było co robić. Pojechałam do Warszawy po nowy transport atrium benzoikum (na kaszel) i na stacji kolejki spotkałam Natkę Hiszpańską. Chodź do nas, zaproponowała, – my widzisz, idziemy na całego. Słusznie – przyjdę do ciebie, tylko – jak się skończy ta grypa u Marysi, na razie jestem tam potrzebna. Nie wiem dokładnie ile czasu po tej rozmowie Natka wpadła i jak wiadomo zamęczyli ją w Oświęcimiu. Pożyteczna okazała się dla mnie ta grypa.
W Konstancinie były w tym czasie trzy domy dziecięce prowadzone przez harcerki (formalnie były one pod opieką R.G.O. – Rada Główna Opiekuńcza, przyp. EMS). Jeden w willi „Corso” – kierowniczką była Maria Wocalewska, gospodynią Aniela Libionka, która dawniej pracowała na Buczu. Drugi w willi „Piaski” pozostawał pod kierownictwem Marii Stockiewicz, instruktorki z Wilna. Gospodynią była osoba „cywilna”, Janina Wąsowska, siostra Józefiny Łapińskiej. Oba te domy miały dzieci starsze, powyżej pięciu lat, w każdym było ich około 40. Trzeci wreszcie dom, w willi „Anusia”, chronił około 30 małych dzieci, od dwóch lat do pięciu. Kierowniczką była Wiktoria Dewitzowa, która sama miała córeczkę w tym właśnie wieku i męża w oflagu.
Personel tych domów był przeważnie złożony z harcerek, jedynie pracownice fizyczne były to kobiety wysiedlone z wiosek w zachodnich dzielnicach kraju. Skład osobowy tego personelu był dość zmienny, często zdarzały się zmiany i przesunięcia. Organizacja często przysyłała nam do domów w Konstancinie te jednostki, które trzeba było ukryć i ochronić przed aresztowaniem. Zdarzali się i chłopcy w takich sytuacjach, zatrudniało się ich wtedy w charakterze praktykantów w ogrodzie w „Piaskach”. Były także i harcerki żydowskiego pochodzenia, które znalazły schronienie konstancińskich domach dziecka. Oprócz piszącej te słowa, pamiętam siostry Teresę i Jadwigę Kajfarowicz z Lublina i Annę Wirską z Wilna.
Pracę z dziećmi prowadzono metodami harcerskimi. W pierwszych latach okupacji cała nauka dzieci też była w rękach kierownictwa domu, dopiero później, w 1943 i 44 roku, dzieci chodziły do szkoły podstawowej w Skolimowie. Dużo czasu i wysiłku poświęcano różnym imprezom, które miały na celu urozmaicenie życia. Różne przedstawienia, jasełka, śpiewy, zajęcia w domu i w ogrodzie urozmaicały monotonne dnie. Gorzej było z wycieczkami i spacerami; dzieci przeważnie nie miały odpowiedniego do chodzenia obuwia. Pamiętam, jak raz dzieci poszły popatrzeć na mecz piłkarski, rozgrywany przez miejscową młodzież. Wtem zjawiła się na boisku ciężarówka z żandarmami, którzy zamierzali wyłapać grających w piłkę chłopców. Ci oczywiście umykali w różne strony, a żandarmi odpowiadali strzałami. Nasze dzieci bez tchu przybiegły do domu, dwie wychowawczynie dla pośpiechu przerzucały je do ogrodu przez parkan. Skończyło się szczęśliwie na strachu, ale dzieci długo potem bały się wychodzić poza obręb naszego ogrodu.
Bardzo dużo pracy miały w domach dziecięcych higienistki. Normalnie była tylko jedna na cały dom, tylko w wypadkach nasilenia chorób przydzielano drugą siłę do pomocy. Poważniejszych epidemii udało się uniknąć, dzięki temu zapewne, że każde nowe dziecko przebywało kilka tygodni w szpitaliku, izolowanym od reszty dzieci. Najwięcej kłopotu przysparzało to, że dzieci, bardzo nieodpowiednio odżywiane, łatwo dostawały różnych czyraków, krost i ropni. Każde skaleczenie ropiało i goiło się tygodniami, toteż wieczorem po myciu, długa kolejka czekała zawsze na opatrunki.
Odżywianie naszych dzieci było stałym powodem do niezadowolenia ze strony wychowawczyń i kierownictwa, przynajmniej na „Piaskach”. Gospodyni szła tutaj po linii najmniejszego oporu i nie wykazywała tyle pomysłowości i innowacji, ile wykazywały jej harcerki, gdy szło o urozmaicenie dzieciom zajęć. Rano, sześć razy w tygodniu dawano tzw. „mel” czyli mączną zupę. Były to dwa litry grubej razowej mąki, rozrobione zimną wodą i wlane następnie na osolony wrzątek. Całość była okraszona paru litrami zbieranego mleka. Potrawa ta żywo przypominała pierwsze pożywienie prosiąt w racjonalnej chlewni. W niedzielę na śniadanie biała kawa i kartkowy chleb z marmoladą. Na obiad bywała zupa, dwa razy w tygodniu mięso, poza tym kartofle z jarzyną: brukiew, kapusta, buraki, marchew. Była to prawdziwa pasza objętościowa, po której dzieci musiały leżeć najmniej 2 godziny, żeby poradzić sobie z tą masą błonnika, toteż wszystkie miały wzdęte wydatnie brzuszki. Na kolację znów była zupa, najczęściej żur. Personel, który po położeniu dzieci do łóżek miał jeszcze przed sobą dobrych kilka godzin pracy: szycia, prasowania sprzątania etc., dostawał jeszcze o 9 wieczorem po szklance namiastki herbacianej i po kawałku chleba ze smalcem. Był to przywilej, którego dzieci ogromnie nam zazdrościły.
Należałoby tu wymienić nazwiska tych naprawdę ofiarnie pracujących dziewczyn. Większość z nich czynem wyrażała to, co słowem wyraziła Anielka Kowalska, już podczas powstania: „Ja się wcale nie martwię, że pilnuję dzieci, zamiast zabijać Niemców”. Niestety pamięć zawodzi i tylko niektóre już teraz mogę wymienić. Główna wychowawczyni „Piasków” Tamara Zacharow, niewyczerpana kopalnia pomysłów dotyczących zabaw i przedstawień. Zofia Słowikówna – tej specjalnością było przygotowanie dzieci do pierwszej komunii. Przeprowadzała tę akcję po prostu z talentem; nie była to ani formalność, ani obowiązek, tylko niesłychanie cudowne przeżycie. Wianek i biała sukienka nie stawały się, jak to często bywa, głównym celem, tylko nędznym rekwizytem, nic nie znaczącym wobec powagi wewnętrznego doznania. Janina Skalanka, najlepsza z naszych pielęgniarek, opuściła nas jednak przed samym powstaniem.
Pod koniec okupacji losy trzech domów dziecięcych w Konstancinie były różne. „Corso” przeniesiono do Warszawy z początkiem lata 1944 r. Nie pamiętam już dobrze, co było tego powodem, zdaje się że fakt, iż „Piaski” wysiedlili Niemcy w lipcu tegoż roku. Budynek zajęty został na radiostację, która jednak już w początku sierpnia opuściła „Piaski” i przeniosła się dalej na zachód. Dom z „Piasków” umieszczono po drugiej stronie Wisły w osiedlu szkolnym w Rycicach pod Józefowem. Z całego personelu ja tylko zostałam w Konstancinie, gdyż próbowałam jeszcze pilnować mego ogrodu. Dom małych dzieci z „Anusi” W. Dewitzowa w początku sierpnia 1944 r. przeniosła do Zalesia, a stamtąd aż do Zakopanego. Był to wynik niesłychanie trudnych starań i zabiegów, zakończonych jednak pomyślnie. Dewitzowa wystarała się o kilka towarowych wagonów, do których załadowano cały zakład. W jednym urządzona była nawet kuchenka, gdyż podróż trwać musiała kilka dni. Dewitzowa wyjeżdżała ciężko chora na zapalenie płuc i pod koniec dyrygowała cała ewakuacją w pozycji leżącej. W willi „Anusia” pozostała na razie czteroosobowa załoga, ja również do niej należałam. Nie pamiętam już dobrze jej składu – wiem tylko, że była tam miedzy innymi p. Helena Sowińska, matka ośmiorga dzieci i żona oficera W.P., osoba bardzo delikatna i dziwnie bezbronna wobec ciężkich kolei losu. Niedługo potem załoga „Anusi” powiększyła się jeszcze o kilka harcerek, które stanowiły personel jakiejś kolonii letniej, ulokowanej na południe od Warszawy.
Już w pierwszej połowie sierpnia okazało się, że wśród ludzi uciekających z południowych dzielnic Warszawy znajdują się pogubione dzieci. Ponieważ w „Anusi” miałyśmy łóżka, pościel, a także trochę żywności, postanowiłyśmy się zająć tymi dziećmi. Na razie było ich kilkoro, ale szybko widocznie wiadomość o naszym domu rozeszła się po okolicy i coraz częściej przyprowadzano nam zmęczone, brudne i wygłodzone maleństwa. Oficjalnie kierowniczką domu została, przysłana nam przez Dewitzową Janina Klimecka. Pracowała z nami około 2 miesięcy, potem jednak zaczęła chorować i wyjechała do matki, a miejsce jej zajęła pozostająca dotąd bez funkcji Wanda Szlamińska. Personel nasz powiększył się jeszcze o bardzo pożyteczną parę uchodźców z Mokotowa, małżeństwo Brodzińskich, z których ona pełniła funkcję kucharki, a on woźnego, reprezentującego jedyną wśród nas męską siłę. Wkrótce okazała się nowa potrzeba: wiele dzieci przychodziło chorych, nieraz z chorobami zakaźnymi, potrzebny był dziecięcy oddział szpitala. Szpital dla dorosłych (św. Ducha z Warszawy) już był się w tym czasie zainstalował w opuszczonej już przez Niemców willi „Piaski”. Po porozumieniu więc z lekarzami tego Szpitala, zajęłyśmy pustą, maleńką willę „Perełka” i tam umieszczałyśmy chore dzieci, pod opieką jednej z matek. (córeczka jej miała szkarlatynę, a po niej ciężkie zapalenie ucha, była więc na długie tygodnie unieruchomiona w szpitaliku). Drugą pacjentką została dorosła osoba, ale również chora na szkarlatynę, harcerka Marysia Moszyńska z Warszawy. Z tą, mimo opieki lekarskie i naszych starań, nie powiodło się nam. Po szkarlatynie wywiązało się zapalenie wsierdzia, którego nie przeżyła. Było to dla nas szczególnie ciężkie jeszcze dlatego, że śmierć Marysi nastąpiła w dniu kapitulacji powstania i nazajutrz przyszła do nas jej siostra-bliźniaczka, która szczęśliwie ocalała mimo udziału w akcji powstania. Szpitalik w „Perełce” był czynny przez kilka miesięcy i bardzo byłyśmy rade, że w wypadkach chorób nie trzeba było trzymać małych pacjentów w „Anusi”, między zdrowymi dziećmi.
Dom w „Anusi”, jako azyl dla pogubionych warszawskich dzieci, przetrwał do lata 1945 r. Potem resztę dzieci, których nie pozabierały rodziny, przekazano do stałych sierocińców, a do „Anusi” wróciły dzieci z dawnego domu „Piaski”, razem z częścią personelu.
Na zdjęciu willa “Piaski” w Konstancinie, w tekście – maszynopis Karusi
Kolejne teksty Karusi będą się tu pojawiały w odstępach (mniej więcej) tygodniowych
Jako dziecko często zastanawiałem się nad tym, dlaczego babcia siada w kościele zawsze z przodu i najgłośniej ze wszystkich się modli do Bozi, a dziadek stoi z tyłu i umiarkowanie porusza ustami. Tak samo mama z ciocią Irką wolały na niedzielnej mszy siadać na mniej eksponowanych, tylnych ławkach. Pewnie w znacznej mierze wynikało to z charakteru każdego z nich, ale kiedy jako dorosły przeglądałem rodzinne papiery, znalazłem wśród nich kopię dwustronicowego maszynopisu, który zdawał się podpowiadać dodatkowe wyjaśnienie tego zachowania.
Pismo nosiło datę z pamiętnego dla mnie marca 1968 roku i skierowane było przez moją mamę do organizacji partyjnej, tzw. POP-u, przedsiębiorstwa, w którym pracowała (o ile się nie mylę – wtedy Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Handlu Spożywczego w Katowicach) na stanowisku kierownika działu organizacyjno-prawnego. Stanowiło ono odpowiedź na udzieloną jej naganę, w związku z moimi antypaństwowymi wystąpieniami (patrz wpis Papierowych rycerzy ciąg dalszy), za które mogła zapłacić utratą stanowiska i pracy. Broniła się długoletnim stażem w PZPR i tym, że do partii należała zarówno jej siostra jak i ojciec. Wychowano mnie więc w duchu zdrowych pryncypiów ustrojowych, po linii i na bazie, a że zbłądziłem na ideologiczne manowce, można było spisać jedynie na karb młodzieńczej lekkomyślności. O cioci Irce wiedziałem, pracowała w zakładach mleczarskich w Bytomiu i gdyby nie należała do partii, nie zarządzałaby laboratorium. Podobnie moja mama, nie kierowałaby wcześniej kadrami w katowickim handlu, ale partyjny dziadek mnie zaskoczył. Po wojnie pracował, jako urzędnik w Chorzowskim Zjednoczeniu Przemysłu Węglowego i udzielał się w Stowarzyszeniu Właścicieli Nieruchomości, może jako bezpartyjny miałby tam ograniczone możliwości awansu.
Wywodziłem się więc ze środowiska, do którego pasowała stalinowska teza, że Polacy są, jak rzodkiewka, z wierzchu choćby nie wiadomo jak czerwona, a w środku biała. Z pewnością nie brakowało rodzin, które żyły wtedy uczciwiej, zgodnie z własnymi przekonaniami, choć biedniej, ale jakże smakowały mi te lody, które ciocia Irka czasami przywoziła w termosie z mleczarni i kremówka, tak gęsta, że nie można jej było wylać z butelki. Dzięki mamie w niedzielę na obiad były rolady albo schabowy i chociażby za to, w podziękowaniu, paliło się Panu Bogu świecę.
Świętujemy Boże Narodzenie na ul. Wolności, z ciocią Irką.
Pamiętam, jak na Wesołej co wieczór klękaliśmy wszyscy do wspólnej modlitwy, jak babcia każdemu przed wyjściem rano z domu kreśliła na czole znak krzyża. Przed progiem wisiała na ścianie kropielniczka z wodą święconą z Jaworzynki, zanurzała w niej swoje chropowate palce spracowanej dłoni, szeptała słowa błogosławieństwa i już nikomu nie mogło przytrafić się żadne nieszczęście. W południe na Wesołej odmawiało się Anioł Pański, w czwartki babcia chodziła do kościoła na adorację Najświętszego Sakramentu, piątki były bezmięsne, a w niedzielę poza mszą świętą maszerowałem na nieszpory. W maju – na nabożeństwa majowe, w październiku na różaniec, a w Wielki Post na Drogę Krzyżową i Gorzkie Żale, które babcia chętnie celebrowała także w domu. Do I Komunii Świętej poszedłem już jako sześciolatek. Babcia miała wobec mnie swój plan, chciała, żebym poszedł do seminarium duchownego i został księdzem, o czym dowiedziałem się od niej dopiero przed maturą. Zachwycony tym pomysłem nie byłem, mama stanęła po mojej stronie, miała sceptyczny stosunek do stanu duchownego i babcia, choć urażona, ustąpiła.
Po uroczystości I Komunii Św., z naszą katechetką, stoję w ostatnim rzędzie drugi od prawej
Drugi to już raz ją zawiodłem, bo pierwszy się zdarzył, gdy, chyba w pierwszej klasie licealnej, przestałem chodzić do szkoły muzycznej. Dojadła mi mozolność codziennych ćwiczeń na domowym pianinie, wymagających dyscypliny i pokory. Bat, którym babcia je egzekwowała, był już za kredensem, a ja wiedziałem, jak rozmawiać z mamą, żeby uwolnić się od uciążliwego zajęcia. W dzienniku szkolnym miałem dobre stopnie i dziś żałuję swojego młodzieńczego braku wytrwałości. W domu naprzeciw, na Wesołej, mieszkała pani Kotyczkowa, której syn grał na skrzypcach, ilekroć patrzyłem w ich okna zawsze ćwiczył. Zazdrościłem mu tego zacięcia w pracy z instrumentem, dzięki któremu zdobył później sławę wirtuoza. Pianino zamieniłem na gitarę, którą dziadkowie trzymali w jadalnianej kozetce, w schowku na pościel. Wydawała mi się łatwiejsza od pianina i kiedy przy pomocy Jurka Żaka opanowałem wreszcie ze trzy akordy, którymi można było na siłę okrasić każdy aktualny przebój piosenkarski, uznałem się za spełnionego muzyka. Boże wybacz.
Mieszkanie na ulicy Wolności, z mamą i ojczymem Stefanem, dawało mi więcej swobody, niż Wesoła, co nie znaczy, że zawsze mądrze z niej korzystałem. Mama wracała z pracy w Katowicach późnym popołudniem, albo wieczorem, ojczym różnie, nie zapomnę awantury, jaką zakończyła się pewna moja wyprawa rowerowa z Chorzowa nad Jezioro Paprocańskie. Gdybym wtedy wiedział, że po latach zamieszkam w jego sąsiedztwie, to może uniknąłbym reprymendy, mama na wiele mi pozwalała, ale musiała znać moje plany. Kiedy więc po jakiejś dłuższej grypie nagle zniknąłem z domu, żeby z koleżką pojechać na wycieczkę i wróciłem dopiero o zmroku, zdzieliła mnie szmatą w twarz, bo właśnie myła korytarz. To by jedyny raz, kiedy od niej dostałem. Druga afera wydarzyła się na moje szesnaste urodziny, czy też raczej w ich przededniu. Mama z ojczymem zapowiedzieli, że idą do kina, więc chata była wolna i przyszli dwaj koledzy z prezentami. Dokładnie z winem pisanym patykiem, ledwo postawili butelki na stole, a tu dorośli wracają, bo niby czegoś zapomnieli. Jakże mi było głupio, do dziś pamiętam ten bulgot z butelek opróżnianych przez mamę do zlewu.
Stefan był inżynierem, więc ten jeden pokój w starej kamienicy, w którym mieszkaliśmy, zmyślnie poprzegradzał jakimiś płytami i mieliśmy sypialnio-jadalnię, kuchnię i przedpokój. Do spania dysponowałem rozkładanym fotelem, ubikacja była na korytarzu, a myliśmy się w balii. Poszczególne części mieszkania oddzielały płócienne kotary, zawieszone w przejściach, co nadawało mu pewnej teatralności. Stefan pomagał mi w matematyce i rysunku technicznym, miał poczucie humoru i lekki sposób bycia. Razem, we troje, jeździliśmy na wakacje, wreszcie zobaczyłem morze, ale ciągnęło go do gorzały i jak zaczynał pić, to nie potrafił przestać. Towarzyszyły temu domowe awantury, co z czasem stało się na tyle przykre, że wróciłem do dziadków. Próbował zerwać z nałogiem, kupił motocykl, emzetkę, w czasie przejściowego ocieplenia stosunków rodzinnych babcia dała się nawet namówić na wycieczkę z nim do Zakopanego. Później opowiadano w domu bez końca o tym, jak Stefan nie mógł już szybciej prowadzić motoru, a pasażerka z tyłu pytała, dlaczego tak wolno jedzie. Zasadniczo dziadkowie nie akceptowali jednak wyboru córki, po pierwsze dlatego że kościół nie uznawał cywilnych związków. Drugim powodem był alkohol, trzecim – pochodzenie Stefana. Miał zagłębiowskie korzenie, co dla szanujących się Ślązaków było wtedy wielką ujmą.
Pierwszy raz zobaczyłem morze…
Kiedyś przypadkowo znalazłem jego dane osobowe na liście osób poszukiwanych w czasie wojny przez Gestapo. Miał za sobą udział w Powstaniu Warszawskim, ale jaki, tego nie wiedziałem. Kiedy go o to pytałem, zawsze tylko powtarzał, że pędził bimber. Kiedy trunek był gotowy, zwyczajowo musiał wypić garnuszek, później pocałować denko, a na koniec gwizdnąć, co nie zawsze mu się udawało. Kto wie, może taka opowieść była najbezpieczniejsza dla żołnierzy wyklętych. Mama w końcu rozwiodła się ze Stefanem, kochała go, podobnie jak wcześniej mojego ojca, ale przegrała z nałogiem. Osobliwe, że Stefan po latach zmarł w Warszawie, w kolejną rocznicę Powstania.
Liceum Ogólnokształcące im. J. Słowackiego w Chorzowie, do którego uczęszczałem, cieszyło się opinią szkoły o wysokim poziomie i taką ma do dzisiaj. W dziewiątej klasie okazał się on nawet za wysoki dla mnie i zagroziła mi poprawka z chemii. Dzięki Matce Boskiej Częstochowskiej (poskutkowała piesza pielgrzymka do jej sanktuarium) i kuciu z łaciny, skończyło się jednak na strachu. Nasz chemik, prof. Szarszaniewicz, i łacinnik, prof. Jazowy, byli niekonwencjonalnymi pedagogami, pogadali ze sobą, doszli do wniosku, że kariera następcy Mendelejewa raczej mi nie grozi, ale mógłbym podciągnąć się w języku Owidiusza. Dostałem więc poprawkę z łaciny. Z matematyki kulałem nadal, aż w dziesiątej bodaj klasie przyszedł do nas energiczny i wymagający, świeżo po studiach, prof. Jan Swadźba. Życzę każdemu takiego pedagoga. Tak potrafił wszystkich zarazić swoim entuzjazmem do królowej nauk, że na ustnym egzaminie maturalnym dostałem lepszy stopień z matematyki niż z polskiego. Kiedy po latach pojechałem do Chorzowa na zjazd absolwentów Słowaka, z okazji 190 rocznicy urodzin wielkiego poety, Jasiowi Swadźbie zgotowaliśmy najdłuższe owacje. Nie wiedziałem, że tak wielu z waskocha matematykę – podziękował z właściwym sobie humorem, nadal młodzieńczy duchem.
Liceum pozwoliło mi rozwinąć zainteresowania artystyczne, przyjęty zostałem do chóru, który prowadził prof. Norbert Szklorz, do amatorskiego kółka teatralnego i do kabaretu, stworzonego przez naszego rusycystę, prof. Stefana Chaszczyńskiego. W Słowaku wstąpiłem do harcerstwa, do słynnej chorzowskiej dwójki, drużyny wodniackiej i jeździłem na niezapomniane obozy. Był to wreszcie okres, kiedy zwarłem nowe przyjaźnie, kiedy w głowie zawróciły mi najpierw Inga, później Gienia i przez to do szkoły chodziłem czasem niewyspany z marzeń. Ale o tym za tydzień.