
DRUGIEGO DNIA
na września drugi dzień
grupuję moje pułki
i tobie ślę
te listki, płatki, kolory i szypułki;
ta garść impresji niechaj
służy tobie
– co złego to nie ja
– a reszta?
pa

Wpisy po polsku

DRUGIEGO DNIA
na września drugi dzień
grupuję moje pułki
i tobie ślę
te listki, płatki, kolory i szypułki;
ta garść impresji niechaj
służy tobie
– co złego to nie ja
– a reszta?
pa

Ewa Maria Slaska
Krysi Koziewicz, Kasi Krenz, Julicie Bielak

Nie wiedziałam, że znajdę na Sylcie taką tablicę. Gdy siedziałam już w pociągu jadącym do Westerlandu, dostałam smsa od Krysi Koziewicz. Nie tylko, że przypomniała mi, że trzeba się na Sylcie spotkać z berlińskimi punkami, to na dodatek poinformowała mnie, że mam poszukać tej tablicy. Dzięki Krysia.
Tablica umieszczona jest na ścianie ratusza miasta Westerland, stolicy Syltu. Erygowano ją dziewięć lat temu, starannie budując zdania tak, by nie było wątpliwości, o co chodzi, ale zarazem tak, by żadne z nich nie wydrapało czytającym oczu i nie wyrwało serca. Pamięć w Westerlandzie zaistniała, ale nie boli i nie zadaje ran.

Były dom kuracyjny, dziś ratusz. To tu przez wiele lat burmistrzem był Heinz Rainefarth, niemiecki dowódca SS i policji niemieckiej, SS Gruppenführer, który w czasie powstania warszawskiego, w dniach od 5 do 7 sierpnia 1944 roku odpowiadał za rzeź Woli. Jak pisze Wikipedia “była to największa jednostkowa masakra ludności cywilnej dokonana w Europie w czasie II wojny światowej, a zarazem największa w historii jednostkowa zbrodnia popełniona na narodzie polskim”. “W licznych masowych i indywidualnych egzekucjach zamordowano tysiące polskich mężczyzn, kobiet i dzieci, w tym pacjentów i personel trzech wolskich szpitali. Masakrze towarzyszyły gwałty, rabunki i podpalenia.”
Myślę o tym, że mój pradziadek był ordynatorem oddziału laryngologicznego i pneumologicznego Szpitala na Czystem, który dziś nosi nazwę Szpitala Wolskiego im. doktor Anny Gostyńskiej. I że umarł w roku 1937. Jakie to szczęście umrzeć na czas.
I dalej, inny wpis w Wikipedii:
“Heinz Reinefarth (1903-1979), niemiecki wojskowy, od 1932 członek NSDAP, SS-Gruppenführer i Generalleutnant der Waffen-SS. Zbrodniarz hitlerowski, odpowiedzialny za liczne zbrodnie wojenne, popełnione przez wojska niemieckie podczas tłumienia powstania warszawskiego.
Po wojnie zachodnioniemiecki polityk. W latach 1951–1967 burmistrz miasta Westerland*, w okresie od 1958 do 1967 roku poseł do Landtagu Szlezwika-Holsztynu.
Nigdy nie poniósł odpowiedzialności za popełnione zbrodnie.”
Moja siostra, Katarzyna Krenz i Julita Bielak napisały o tym niezwykłą powieść, thriller, który dzieje się na tej właśnie wyspie i dotyczy, między innymi, tej właśnie sprawy. Pamięci, czy raczej Niepamięci potomnych.
To świetna książka. Nie ma jej w księgarniach, ale zawsze można liczyć na Allegro, Gandalfa albo Merlina.

HIER / TU napisałam po niemiecku o rzezi Woli / habe ich über Wola Massaker auf Deutsch geschrieben.
* Daty się nie zgadzają, wiem. Nic na to nie poradzę. I wydaje mi się to nieważne. Facet był zbrodniarzem wojennym i przez długie lata był politykiem i burmistrzem tego miasta; świadczy to o nim, świadczy to o polityce niemieckiej, o tym, jaką farsą był proces denazyfikacji Niemiec po wojnie, ale świadczy też po prostu o ludziach, którzy tu żyli, budowali to piękne, dostatnie miasto i wybierali zbrodniarza jako burmistrza.



Te polskie tablice nagrobne znajduję w Westerlandzie na Sylcie, gdy idę odwiedzić obóz berlińskich punków. Wyznaczyłam sobie trasę na mapie, najpierw Kościelna, potem Młyńska, a potem już Obwodnica. Na Sylcie nazwy ulic jeszcze coś znaczą. Na Kościelnej kościół, niestety zamknięty, na Młyńskiej stare zabudowania młyna. Obwodnica znajduje się na obwodzie miasta. U wejściu na Młyńską strzałka: Groby wojenne 200 metrów.
Koło kościoła stary cmentarz, pełen gęstych żywopłotów i kwiatów. Na starych kamiennych tablicach teksty o dzielnych kapitanach okrętów.



Stoję już przed kościołem, gdy pojawia się miła starsza pani i pyta, czy potrzebuję pomocy? Mówię, że nie, że byłam na cmentarzu, bardzo mi się podoba, teraz zamierzam odwiedzić groby wojenne, a potem pójdę do punków. Zaprowadzę panią, mówi pani, nasze groby wojenne nie tak łatwo znaleźć. Kawałek dalej nowy cmentarz, wchodzimy i po lewej zatrzymujemy się przed kwaterą grobów wojennych.

“Tu jest dużo grobów rosyjskich i polskich robotników przymusowych i dużo grobów dzieci”, mówi pani. “Nie wiadomo, dlaczego umarły. Może z zimna, może z głodu.”
Na tablicach niekiedy napisy po polsku, litery “ś. p.”
Tadzio Byczkowski, urodził się i umarł w styczniu 1946 roku. Rok po wojnie. Ale jego grób ulokowano w kwaterze grobów wojennych. Dlaczego?
Stanisław Starzyński umarł w lipcu 1945 roku.
Po wojnie. Dlaczego więc jest tu pochowany?
Przed wojną Sylt był chętnie odwiedzany przez prominentnych nazistów i uważany był za szykowne miejsce. Trudno się dziwić, jest tu 40 kilometrów ładnej plaży. Podczas wojny przez jakiś czas przygotowywano wyspę do odparcia ataku wroga,przygotowano miejsca walki dla 10 tysięcy żołnierzy. Do walk jednak nie doszło. Wojna w zasadzie oszczędziła wyspę. W roku 1939 i 1940 Sylt został kilkakrotnie zbombardowany przez Brytyjczyków, ale cywilna infrastruktura wyspy nie odniosła szkód. Po bezwarunkowej kapitulacji Niemiec wyspa została zajęta przez Brytyjczyków. Nikt nie stawiał oporu.
Dlaczego więc umarli ci Polacy i Rosjanie? I jakie to w ogóle są groby wojenne, skoro nie było wojny?
Tabor Regresywny (Marek Włodarczak)
Powiedzmy sobie szczerze, demokracja parlamentarna to staroć z poprzedniego stulecia, zupełnie nie pasująca do dzisiejszego świata. Przydałoby się coś nowego, jakiś nowy powiew wiatru historii. Myślę, że jesteśmy świadkami narodzin nowego systemu politycznego, wykluwającego się na naszych oczach. Za jego początek proponuję uznać moment, w którym Jarosław Kaczyński oświadcza w Sejmie – “nikt mnie nie przekona, że białe jest białe a czarne czarne”. Nową formację ustrojową proponuję nazwać dyktaturą absurdalną. Po tym oświadczeniu Jarek założył prawy but na lewą nogę a lewy na prawą. Zebrała się rada polityczna na Nowogrodzkiej i nie wiedzą, co z tym zrobić. Sasin nieśmiało zwrócił uwagę, że elektoratowi może się to nie spodobać. Antek na to, że elektoratowi jest to obojętne, ale opozycja może się przyczepić, zaproponował więc, by prezes dla zmylenia założył prawy but na prawą nogę, a lewy na lewą. Prezesowi się to spodobało i tylko raz założył po swojemu, by wszyscy widzieli kto tu rządzi.
Nie ukrywam, że jako Emerytowany Komandor Spływu Kajakowego wprawdzie nie jestem zwolennikiem dyktatury absurdalniej, ale jestem jej fanem. Rozszerzyli rok emerytalny do 14 miesięcy i upchnęli go w 12 miesiącach kalendarzowych. Jako emeryt co roku jestem o dwa miesiące młodszy, co mi bardzo odpowiada. Mało tego. Rząd przyznał mi 2200 zł brutto, ale dostać miałem 1800 netto i wtedy Jarek pomylil brutto z netto. Próbowano mu to wytłumaczyć, a on na to, że nikt mnie nie przekona, że brutto to brutto a netto to netto. I w ten sposób dostanę 2200 zł netto, a nowe brutto w kwocie 2650 zł to problem rządu. Jakby Jarek znów pomylił brutto z netto, to może by się zebrała suma wystarczająca na drugą połowę łodzi.
Próbowałem wytłumaczyć Toniemu zawiłości polskiego systemu emerytalnego w okresie kampanii przedwyborczej. Nic nie rozumiał. No to sięgnęliśmy po rakiję. Dalej nic. I wtedy pojawiła się orkiestra cygańska.
Żałuję, że nie udało się nagrać wszystkiego, szczególnie pewnej tańczącej cyganki, ale efekt był piorunujący. Jak sobie poszli, Toni mówi do mnie:
– Czy z tym waszym systemem emerytalnym nie jest przypadkiem tak jak z naszą rakiją i sałatką na zagrychę. Bo wiesz, poszliśmy z kolegą do restauracji przed południem na kieliszek rakiji, do tego oczywiście sałatka szopska. Wypiliśmy po kieliszku, ale nam została sałatka, sałatka nie smakuje bez rakiji, to zamówiliśmy po następnym kieliszku i wtedy skończyła się nam sałatka, a rakija bez sałatki nie uchodzi, to zamówiliśmy następną sałatkę. I tak aż do wieczora.
Mówię mu:
– Trafiłeś w sedno. Ale jest problem. Wy zapłaciliście za tę sałatkę i rakiję, za to brutto, które zrobiło się netto też ktoś musi zapłacić, komuś trzeba zabrać. Jest okres przedwyborczy, ryzykownie jest zbierać, lepiej wziąć kredyt, niech zapłacą następne pokolenia. Problem w tym, że wąż powiedział, żadnym sposobem nie pomrzecie. Jeśli nie kłamał, to wszystko w porządku, niech się martwią następne pokolenia, ale jeśli zwodził, mówiąc prawdę i przyjdzie nam spłacać kredyt z odsetkami w czasie następnego tu pobytu, to ja dziękuję za takie netto.
Wracając do dyktatury absurdalnej, różni się ona od zwykłej tym, że w zwykłej dyktaturze prezydent i rząd są marionetkami w rękach despotycznego dyktatora, a w dyktaturze absurdalnej to dyktator jest bezwolną marionetką w szponach absurdalnej idei wyrażonej przez całkiem sympatycznego misia o małym rozumku, a prezydent i rząd to marionetki marionetki. Absurd?
Zbigniew Milewicz
Zasada pierwsza
Wierz, ale sprawdzaj.
***
– Po co ci ta wyprawa? – pyta Zuzia. – Tutaj masz Dalekiego Wschodu pod dostatkiem, sam do ciebie przyjechał.
Chodzimy po praskim bazarze, aby kupić dla mnie szorty na podróż i faktycznie, pełna egzotyka. Wietnamczycy, Chińczycy, Koreańczycy z tanią elektroniką, papierosami, ciuchami i różnymi gadżetami. Nikt dokładnie nie wie, ilu ich jest w mieście, ale na pewno niemało. Zachowują się – jeżeli można tak powiedzieć – bezszmerowo. Nie wchodzą w konflikty z Polakami, ale przecież w Warszawie żyją, rodzą się, umierają, gdzieś muszą mieszkać. Tylko miejskie statystyki niczego nie wykazują. Obok straganów bary, fryzjerskie kanciapy, powinienem jeszcze się ostrzyc przed podróżą. Wchodzę do pierwszego z brzegu zakładu, skośnooka klientela i mistrz nożyczek patrzą na mnie, jak bym z księżyca spadł, słyszę: „tylko dla personelu, proszę pana.” Brzmi to jednak grzecznie i zupełnie poprawnie po polsku. Zuzi zawdzięczam dach nad głową w Nowym Dworze Mazowieckim. Najpierw miał to być tylko jeden nocleg, ale jest pełnia sezonu urlopowego i dopiero na 16 sierpnia udaje mi się kupić bilety na pociąg do Moskwy. Całe trzy dni zatem będzie mnie miała na karku. Podejmuje mnie z kresową gościnnością, zaprawioną ciętym humorem, ma rodzinne korzenie spod Stryja. Z wykształcenia jest nauczycielką historii, niestety bezrobotną, prywatnie – matką dwojga świetnych nastolatków, Kasi i Jakuba, a z zamiłowania tarocistką, z tego żyją. Mnie kabały przed podróżą nie chce jednak postawić. Od przyjaciół nie bierze pieniędzy, a jak nie weźmie, to wróżba traci moc – tłumaczy mi z powagą, a w oczach tańczą jej wesołe diabliki.
– Na twoja wątrobę to ty jednak kochanieńki w tej Rosji uważaj i z kobietami też ostrożnie – radzi dobrotliwie.
Continue reading “Transsyb (1)”Krysi Koziewicz, która już w zeszłym roku z uciechą opowiadała mi o tym, co się dzieje na Sylcie.
Niewiele obejrzałam we Fryzji Północnej poza miasteczkiem Bredstedt. Ale jednak udało mi się dotrzeć do Flensburga i na Sylt. Flensburg to piękne małe miasto, które wydało mi się mniejsze wprawdzie, ale bardzo podobne do Gdańska. We Flensburgu mieszka 90 tysięcy mieszkańców, w Gdańsku prawie pół miliona, ale w centrum jest podobnie – ruchliwie, gwarnie, kolorowo, pachnie morzem, kawą i deskami ze starych okrętów.

Niemieckim kierowcom Flensburg kojarzy się jednak przede wszystkim z tzw. “punktami” za niezgodną z przepisami jazdę samochodem (“Punkte in Flensburg”). Mieści się tu bowiem Kraftfahrt-Bundesamt, niemiecki centralny urząd ds. komunikacji drogowej. “Flensburg daje i odbiera”, daje punkty, odbiera prawo jazdy i kogo obchodzi, że tam tak ładnie.
Za to wszyscy wiedzą, że na Sylcie jest “samo najlepsze” (czyli najbogatsze) życie w Niemczech. Ci bogaci żyją sobie na Sylcie w pięknych drogich domach, mają piękne drogie samochody, jedzą piękne drogie jedzenie (tak, tak, również ośmiorniczki i pieczone obierki ziemniaków) i piją szampana z truskawkami.
Continue reading “Sylt 1. Pogoda dla punków i bogaczy.”Ewa Maria Slaska (i Viator)
Viator znalazł i sfotografował, ale odmówił napisania czegokolwiek. Szkoda, ale cóż ja biedna Adminka na to poradzę?
Rzecz została znaleziona w wiosce Siodło, jakieś 2-3 kilometry od Kunic, a to z kolei jest dzielnica miast(eczk)a… ach mniejsza, niech anonimy pozostają anonimowe również geograficznie.
W małej starej wiosce zwanej Siodło, w której mieszka zaledwie 200 osób, powstało najpierw okno do nieistniejącego świata…

Wioska jest stara, została założona pod koniec XII wieku. Mieszkali tu Łużyczanie. A teraz na drzwiach wiejskiej stodoły w małej starej wsi, powstało miasteczko, kocie i psie…



Obok stodolna łąka pełna motyli…


Motyle zamieszkały również u…

A potem pojawił się domek krasnoludków – ziemnych ludków w korzeniach i pniu starego drzewa, a może zresztą pojawiły się najpierw krasnoludki, potem motyle, a potem dopiero koty – kto to wie, jak powstają małe, małe magiczne światy:


No i patrzcie, moi kochani, krasnoludki jeżdżą na rowerze!

Teresa Rudolf
“A ty ptaszku, gdzie swe gniazdo masz?”
Kiedyś pomyślałam, żeby napisać krótko o jednym ze zjawisk, które spotykam w sobie, a nie wiem jak to jest u innych.
Nie piszę tu o koneserach, znawcach muzyki, zajmujących się nią zawodowo lub z zamiłowania. Chcę napisać o zwykłych ludziach, mających jedynie może bardziej wrażliwe ucho, połączone (zależnie od nastroju) z jakąś emocjonalną percepcją.
Możnaby porównać to z odbiorem zjawiska przyrody lub dzieła sztuki (np. zachwyt nad jakimś obrazem). Muzyka jest w tym przypadku jedynie bodźcem, “dziubiącym” nagle duszę. A “dziubać”, lub “gonić mnie”, może wszystko, tak jak to już napisałam.
I choć trudno mi, ale rozumiem niektórych ludzi (ich gust znajduje się nieraz poza moim progiem wrażliwości), że akurat lubią i śpiewają sobie niektóre piosenki z Disco-Polo (byle nie po pijaku i nie za głośno) lub jakieś inne szlagiery, a czasem i wśród nich znajdzie się nagle coś, co za mną “pobiegnie”, najczęściej z tych tzw. wpadających w ucho, przy których na dodatek bardzo dobrze się tańczy.
Czasem się więc coś do człowieka przyczepi, ale na szczęście dużo mniej szkodliwie niż kleszcz…
Nie mogę tutaj nie wspomnieć o Jerzym Pilchu, który był akurat miłośnikiem dobrej muzyki, który w opowiadaniu “Żółta sukienka” (w książce “Pod nocnym Aniołem”) napisał o tym, jak na okrągło (zanim znów musiał sięgnąć po alkohol), słuchał kiedyś melodii skomponowanej przez Karela Svobodę, a zagranej na saksofonie przez niejakiego Felixa Slovaćka.
Przeczytałam to i natychmiast znalazłam tę melodię w sieci, a potem nie opuszczała mnie na długo, bo saksofon też mnie czasem nieźle… goni.
A tytuł jej: “A ty ptaszku gdzie swe gniazdko masz”
Kochani, Dobrzy Ludzie!
Chełmsko Śląskie –
wieś leżąca w województwie dolnośląskim, w powiecie kamiennogórskim, w gminie Lubawka, kiedyś Schömberg. Jest to charakterystyczne miejsce w Sudetach, gdzie zachowały się drewniane domy tkaczy lnu, wybudowane przez Cytersów w roku 1707. Niezapomniany klimat tej miejscowości tworzą swoją unikatową architekturą ponad trzystuletnie budynki. Pierwotnie Chełmsko było miastem, dzisiaj nie posiada już praw miejskich.
Domów było pierwotnie dwanaście. Nazywano je apostołami, każdy dostał imię jednego z towarzyszy Jezusa. Kiedyś jeden spłonął. Akurat ten, który nosił imię Judasza.
Po kilku przypadkowych wizytach w tej miejscowości – w ramach poszukiwania miejsca, w którym mogłabym już na stałe zapuścić korzenie – wzywana przez echo tożsamości jako urodzona w Świdnicy wnuczka przesiedleńców ze Lwowa, pewnego znaczącego dnia zobaczyłam ogłoszenie o przetargu na wynajem jednego z domków tkaczy. Przeznaczenie dało o sobie znać natarczywą i pulsującą intuicją, nasunęło mi myśl, że po latach wędrowania po świecie – Chełmsko Śląskie jest tym miejscem, którego szukam. Miejscem do życia, pracy, działania i rozwoju, a także do niesienia pomocy, współpracy, realizacji celów i sięgania po więcej, według swoich przekonań, w dobrych intencjach.
Założona przeze mnie rok wcześniej Fundacja Fames Artis w pierwotnym zamiarze miała jedynie POMAGAĆ Uniwersytetowi Lwowskiemu, prowadząc siostrzany kierunek pisania ikon w Pustelni Złotego Lasu, w pokamedulskim, 400-letnim klasztorze. Jednak bardzo szybko działania Fundacji zaczęły dotykać potrzeb w innych miejscach i środowiskach, nie tylko kulturalnych. Jako autorka, scenarzystka i działaczka kultury stopniowo, przez lata, odkryłam w sobie misję społecznikowską, którą traktuję bardzo poważnie, odpowiedzialnie i etycznie pod każdym względem. Pole działania Fundacji rozszerzało się stopniowo o malarstwo i teatr. Fundacja reaguje na każdą zgłaszaną potrzebę, pełni wiernie swoją misję, organizuje akcje, angażuje się.
I tak z dnia na dzień trzystuletnie domy, na drodze przetargu, rozpoczęły z Fundacją… drogę-pracę! Fundacja, której siłą jest rodzina, a tym samym trzy kobiety-artystki, jest świadoma, że zabiera się za bardzo trudną misję. Pragnie zbudować miejsce żywej kultury, które miałoby charakter kliniki dla artystów – tych wykluczonych, niedocenionych, niezauważonych; dla tych, którzy nie zostali jeszcze odkryci, i dla tych już niechcianych. Jest w tym wyzwaniu siła trzech kobiet, które postanowiły walczyć o miejsce, o przestrzeń, o przyszłość tak niezwykłej szansy. Wiemy, że same niczego nie dokonamy!, że ludzie muszą działać razem. Nie jesteśmy sami na świecie, budujemy piękne przestrzenie razem i chociaż brzmi to socjalistycznie, być może jest to jakaś droga.
Historia naszych ludzkich rodzin mówi nam, że nie chcemy syndromu odciętej ręki. Moja prababka, z domu Treffler, przed I wojną światową przybyła wraz z rodzicami jako Niemka w okolice Lwowa, gdzie jako kolonijna rodzina, otrzymali majątek oraz ziemię do uprawy. Tak to stali się obywatelami Polski. Mąż i ojciec rodziny objął służbę komendanta policji w Bóbrce. Kiedy jednak wybuchła wojna, nie podpisał listy Volksdeutschów i poszedł wraz z polskimi żołnierzami na front walczyć pod Monte Cassino. Babka została sama w majątku z trójką dzieci i jakby miała mało problemów, przygarnęła jeszcze trzech Żydów i ukrywała ich na strychu. Została wydana przez sąsiadów i tylko dlatego, że była Niemką, okupanci nie zabili jej, lecz wysłali do obozu koncentracyjnego na Śląsku. Po wojnie tylko kilka osób wiedziało, że babka jest Niemką. Najstarszy syn, który został pułkownikiem, zabronił jej komukolwiek mówić, że ma syna w Niemczech. Moja babcia pisała więc w tajemnicy listy po niemiecku do swojego syna, otrzymywane od niego paczki ukrywała przed sąsiadami, a sama nigdy nie przyznała się do swojego pochodzenia. Do końca swoich dni mieszkała w skromnym pokoiku, w domu najmłodszego syna. Dopiero po jej śmierci odkryłam jej tajemnicę.
Z tego powodu bez wahania postanowiłam nie zacierać śladów kultury niemieckiej w Chełmsku Śląskim. Jestem przekonana, że to, co wydarzyło się w przeszłości i tworzyło to miejsce, ubogaciło i wypełniło to nowe, które nadchodziło, nowe, czyli polskie. Widzę w tym miejscu ruch trzech kultur, polskiej, niemieckiej, ukraińskiej. Z chwilą, kiedy pozwolimy tym trzem wiatrom hulać po myślach, snach, drogach, marzeniach, śladach przeszłości, możemy przeżyć wiele cudownych doświadczeń. To miejsce jest prawdziwym rezerwuarem energii do życia!
Przejęliśmy trzy domy po tkaczach. Okazało się, że są w stanie uniemożliwiającym pracę twórczą i jakąkolwiek inną. Zdewastowane, zaniedbane przez różnych lokatorów, w końcu krzyknęły do nas: „Ratunku!” Fundacja przeznaczyła wszystkie prywatne środki na odnowienie dwóch pokoi w jednym z tych domów.
Bardzo dbam o to, by odtworzyć pierwotny charakter tych domów, zachować ich naturalność, nie ingerować w drewno i charakter architektury. Chcę doprowadzić je do stanu jak najmniej komercyjnego. Powoli udaje się przeprowadzić ten proces w pierwszym budynku. Efekty są niezwykle motywujące i podkreślają zbawienne dla istnienia tych domów działanie fundacji.
Docelowo chcemy odnowić trzy domy. Wiedziałam od początku, że jeden z nich poświęcę nobliście, Gerhartowi Hauptmannowi, twórcy dramatu Tkacze, który dobitnie rozumiał niedolę tytułowych tkaczy w owym trudnym dla nich czasie. Nie ma większego autorytetu literackiego w tych domach. Jeśli ktoś powie: „Dlaczego nie Polak? Czemu wracamy do Niemców? Budujmy swoją kulturę!”, takie stwierdzenie uznam za infantylne. Gdyby nie tkacze, Cystersi nigdy nie wybudowaliby tu takich domów. To właśnie śląscy tkacze swoją historią sprawili, że pisarz Hauptman się wybił. Tu, w tej kulturze i na tej ziemi.
Tuż za płotem, w Rudzie, mieszka nasza współczesna noblistka, wybitna Olga Tokarczuk. Czy to nie symboliczne? Zatem pierwszemu domowi patronuje Gerhart Hauptmann. To dom pisarza i dom aktora, dawna przestrzeń tkaczy wykluczonych. Niech stworzony przez nas nowy dom też będzie schronieniem, pomocą, kliniką dla artystów prowincjonalnych, niezauważonych, niedocenionych, odrzuconych, słabych, ale i tych, którzy potrafią jak zbuntowani tkacze odszukać w sobie siłę, wartość. Niech z tej kliniki wychodzą nobliści, siłacze sztuki!
Jako fundacja od teraz nie spoczniemy, dopóki nie zbudujemy w tym miejscu fabryki kultury. W projekt angażują się cudowni ludzie, co jest bardzo wzruszające. Chcemy stworzyć serię wydawniczą, którą już nazwaliśmy i zorganizowaliśmy proces jej ukazywania się. Pragniemy stworzyć miejsce pobytu dla pisarzy i chcemy, abyście to Wy zgłaszali nam potrzeby tych najskromniejszych, najcichszych, ale i zdolnych , którym potrzebna jest pomoc.
Stworzyliśmy Teatr Sudecki, który pozwoli nam pokazywać to, co odchodzi już w zapomnienie, co starsi pamiętają jeszcze gdzieś z przekazów, a co jest bogactwem tego miejsca. Niech więc Teatr Sudecki przejmie tę nader ważną misję, by tak jak słowo pisane, tak i mówione stało się częścią tej duchowej, niematerialnej wartości Sudetów.
Mam wizję tego miejsca jako domu szeptuchy, stojącego w starym sudeckim lesie, domu który posiada w sobie mądrość wielu pokoleń tych ziem… Niech dom pisarza i aktora – gromadzi mądrość pokoleń, serdeczność i ciepło gościnności; wiarę w to, co każdy nosi w sercu, przy równoczesnej tolerancji dla odmienności.
Jednak nie poradzimy sobie sami z wyremontowaniem tych domów. Są one w naprawdę złym stanie. Aby funkcjonowały w sposób, który pozwoli Was w nich ugościć, Kochani, potrzeba 500 tysięcy złotych.
Liczymy, że są na tym świecie osoby, które zapragną mieć w swoich dokonaniach – jako jeden z życiowych sukcesów – postawienie na nogi domu pisarza czy domu aktora, z kameralną sceną im. Gerharta Hauptmanna w Chełmsku Śląskim. Ożywmy go w miejscu, gdzie jego tkacze każdego dnia w urokliwych domkach tworzyli charakterystyczną dla tego regionu kulturę i tradycję, dając światu piękny, naturalny len; len, o którym można by opowiadać w nieskończoność. Będziemy darczyńców reklamować na całym świecie i na każdej planecie!
Tak mówiąc o tkaczach i lnie, nie sposób nie wspomnieć, że jest w Chełmsku Śląskim wiele wspaniałych osób, pięknych ludzi, którzy z pasją już od wielu lat tworzą historię. Pomóżcie nam odbudować trzy domki tkaczy, w których będzie miejsce dla literatów, aktorów, przewodników, historyków i malarzy. Znacie doskonale Kazimierz nad Wisłą. Niechaj pozostanie Kazimierzem. Ale wypromujmy też podobnie Chełmsko , niech też stanie się wyjątkowym i dostrzegalnym miejscem, o którym będzie się mówić z dumą i nostalgią; miejscem, gdzie artyści będą chcieli zamieszkać, budzić się rano, pić kawę w kawiarni na rogu; gdzie będą mogli zamówić miód i ser u pana Heńka, a wieczorem u noblisty będą dyskutować o tym, jak pomóc Wandzie, która ma takie a nie inne problemy. I niech przyjeżdża Warszawa, niech Poznań wykupuje mieszkania, razem z Sokołowskiem, Mieroszowem. Pokażemy światu, że nie trzeba jechać do Toskanii, by emocje drgnęły. Aż w końcu tak Chełmsko zalśni, że Boguszów-Gorce przestanie wyprzedawać mieszkania za bezcen i przyjmie wracających studentów, którzy po zdobyciu dyplomu nie wyjadą, lecz zostaną, aby tworzyć te niedopisane studnie, oceany niewiarygodności, magii Dolnego Śląska.
Jak Nowa Ruda ma swoje Góry Literatury, oczywiście Olgę cudną i Karola, i tylu pięknych wariatów, tak pomóżcie mojej fundacji, aby miała swoją klinikę. I podobnie jak w sztuce kręconej w Chełmsku Śląskim przez znanych aktorów, Krystynę Jandę i Jurka Stuhra, niech fundacja będzie taką panią, która przychodzi z ratunkiem dla uśpionego i smutnego terenu, dla którego nie ma lekarstwa – niech zabije miejscową dulszczyznę, stereotypy i lenistwo. Przyznajmy, że choćby z tego powodu warto!
Powiem na koniec tak: jak będą domki wyremontowane, to będzie dom pracy twórczej, to będą zlecenia dla potrzebujących artystów. Będzie galeria z ich dziełami, ba!, nawet kilka galerii. Będzie księgarnia, będzie teatr i wystawiane sztuki dla kameralnej widowni. Będą wystawy i warsztaty. Będą nagrywane filmy dokumentalne. Będą spotkania z ludźmi na miarę Nobla i w literaturze, i w miłości do świata. Będzie wydawnictwo i będzie wino. Będzie kawa i będzie piernik. Będzie loteria z wielką wygraną i pomoc dzięki tej loterii dla kogoś, kto stanie na nogi. I będziemy blisko z artystami ukraińskimi, szczególnie z tymi, którzy zostali tam – tam, gdzie zamienili pióro na karabin. I dla nich, i dla ich rodzin zawsze będzie u nas miejsce. A wszystko to będzie “megawartościowe”:)
I temu, kto teraz powiedział: „No, zobaczymy…”, odpowiadam jako prezeska tej fundacji: „No zobaczymy, zobaczymy!”:) Kochani! Odbudujcie z nami trzy domki. Będą służyć światu, zareklamują WAS, PODKREŚLĄ Waszą rolę w tym, co dzisiaj jest, a czego jutro może już nie być.
I jeszcze jedna ważna zasada – i fundacji, i domów Hauptmanna. Prosimy o to, aby szanować nasze zasady, bo my szanujemy Was takich, jakimi jesteście. Nie róbmy sobie tego, czym sami nie chcemy być dotknięci. Przyświeca nam dewiza: Kochaj i rób, co chcesz! W życiu i w świecie jest tyle stresu i bólu, nie wolno nam produkować kolejnych… Może komuś z Was jest po drodze z nami. Zapraszamy! W Chełmsku Śląskim jest jeszcze tyle pięknych, niezagospodarowanych uliczek😊
Czekamy na Was i na Waszą pomoc.
Fundacja Fames Artis
Agata Patralska-Obarewicz
Proszę zobaczyć rekomendacje😊
https://youtu.be/j5U0LD https://youtu.be/j5U0LDu-bAQ https://youtu.be/4JK9NNaG9aI https://youtu.be/II4JDjGOILM https://youtu.be/-GvHIi9bcCM
P.S.
Oczywiście składamy projekty o dofinansowanie remontów, ale by nie stać w miejscu, kiedy brak odpowiedzi pozytywnych z miejsc obdzielających zabytki, podciągamy rękawy i szukamy pomocy sami!
***
Jeśli chcecie dokonać wpłaty:
Fundacja Fames Artis
PL 64114020040000310283375932
Tytuł wpłaty: renowacja domków tkaczy w chelmsku slaskim
Kontakt:
apoliterat@wp.pl
To już było tu, ale tylko fragment
Zbigniew Milewicz
W sierpniu 2007 roku, w polsko-rosyjskiej polityce wiało chłodem, nie jakuckim mrozem, jak dzisiaj, ale już nie było letnio. Ociepliło się dopiero w listopadzie, kiedy resetowy Donald Tusk doszedł do władzy; ja wtedy odpoczywałem już po wojażach transsyberyjskich w domu i nawet jeszcze nie zabierałem się do pisania. Dlaczego tam pojechałem? Chciałem zobaczyć na własne oczy, jaka jest Rosja i jej mieszkańcy. To mi się częściowo udało, jednak swoje wrażenia opublikowałem na tym blogu dopiero w styczniu 2013 r. Świat wyglądał wtedy już inaczej, niż parę lat wcześniej – po rosyjskiej napaści krwawiła Gruzja, w Polsce opłakiwano ofiary tragedii smoleńskiej, liczono pokłosie I i II wojny w Czeczenii. Dzisiaj świat wygląda jeszcze gorzej, bo Rosjanie mają na rękach także krew syryjską i ukraińską. Za naszą wschodnią granicą ta wojna, którą wywołał Kreml, trwa niestety nadal. Z medialnych doniesień wynika, że mimo fatalnej prasy Federacja Rosyjska nie narzeka jednak na brak zainteresowania ze strony zagranicznych turystów. Prym wiodą wśród nich Chińczycy, sporo jest Niemców, ale podobno nie brakuje też Polaków. Fake newsy to – Made in Russia – czy prawda?
Wobec tego zapraszam na podróż do czasu przeszłego dokonanego tego kraju. Jego polityczna geografia już się w międzyczasie trochę zmieniła, ale rzeki, tajga, góry i miejscowości, przez które przejeżdżałem, pozostały tam, gdzie były. Z ludźmi jest inaczej, bo są zmienni, niezależnie od szerokości geograficznej. Pokazuję takie twarze, jakie zapamiętałem. Twarze nie idealne, ale przeważnie ludzkie. Wśród oprawców z Buczy i Mariupola takich nie znajdziecie, choć przecież nie wiem, czy na przykład pocieszny handlarz Miszka, albo Igor z Władywostoku też tam nie byli.
Zasada pierwsza – wierz, ale sprawdzaj
PS od Adminki: To ja zaproponowałam autorowi, żebyśmy wrócili do jego starej, już tu kiedyś w skrócie opublikowanej, relacji z podróży koleją transsyberyjską. Skłoniło mnie do tego kilka powodów. Pierwszy wydawał mi się najważniejszy – myślałam, że nigdy już tam nie pojedziemy. My, Polacy. Nie tylko dlatego że teraz tam wojna, myślałam bowiem, że nawet jak ta cholerna wojna kiedyś się skończy, to Rosja jeszcze przez dziesiątki lat będzie wrogiem i przecież nie jeździ się turystycznie do oprawcy. W każdym razie nie od razu, co dla mnie oznaczało, że nigdy. I pomyślałam, że od lat chciałam przejechać przez Syberię tą koleją, a moje chęci wzmogła jeszcze lektura Lodu Jacka Dukaja, którą to powieść uważam za jedną z najlepszych we współczesnej literaturze polskiej i często w myślach do niej wracam, ale nigdy tego nie zrobiłam, a teraz też i nie zrobię.
Napisałam do autora, wyłuszczyłam powody (że nigdy i że Dukaj) i spytałam, czy chciałby może wrócić do tych tekstów.
W międzyczasie Facebook, który jak wiadomo czyta wszystko, co piszemy, podsłuchuje, o czym mówimy, a czasem, tak mi się wydaje, czyta w myślach, podsunął tę niewiarygodną, tak mi się wydawało, informację, że turystyka w Rosji kwitnie i ma się lepiej niż przed wojną. I to mimo sankcji nałożonych na Moskwę za inwazję na Ukrainę, które spowodowały zawieszenie lotów z większości krajów europejskich. W zeszłym roku sytuacja rosyjskiej turystyki była dramatyczna. Pandemia, brak wiz elektronicznych, brak możliwości płacenia kartami bankowymi i brak bezpośrednich lotów spowodowały ogromny spadek liczby turystów. Podawano nawet, że o 95-97%. I nagle, po roku wojny radykalna zmiana. Napływ turystów wzrósł o 130 % (naprawdę tak się liczy?).
Jak już napisał autor, najwięcej turystów przyjeżdża do Rosji z Chin, druga w kolejce jest Turcja, Niemcy są na trzecim miejscu, Polacy w pierwszej dziesiątce.
Nie mamy wstydu, czy nie myślimy? Czy może Rosja stała się po prostu tania?
Kto i dlaczego jeździ do Rosji?
Nie wiem, ale jednak nie jedźmy, kochani moi Czytelnicy, do Rosji. Poczytajmy fajny opis podróży przed kilkunastu laty i pomyślmy, że to dziś dla ludzi wrażliwych takie samo fantasy jak Lód Dukaja.
Zaczynamy za tydzień (zawsze we wtorki)
Lidia Głuchowska
for English & Polski scroll down / zeskroluj

FILM „Hommage an Jan Buck (II): Nach der Kohle… Gesichter und Landschaften der Lausitz“
Fotoausstellung, Symposium und Exkursion
Noch bis zum 27.08.2023 ist in der Alten Segeltuchfabrik/ Stara płachtowa gótnica in Cottbus/ Chósebuz die Fotoausstellung „Nach Kohle… Gesichter und Landschaften der Lausitz“ mit Werken von Frank Höhler, Thomas Kläber, Jürgen Matschie/ Maćij und Carla Pohl zu sehen.
Organisiert wurde sie im Rahmen des Projektes „Hommage à Jan Buck“ (II) unter der wissenschaftlichen Leitung von Dr. Lidia Głuchowska vom Institut für Visuelle Künste der Universität Zielona Góra, als zweite – nach der Ausstellung „Hommage an Jan Buck (II): Wir haben den Ort gesehen“. Den Film zu der letzteren haben wir am 9. Juli 2023 präsentiert.