Była ikoną naszych czasów. Nie lubliśmy jej, gdy się pojawiła, bo byliśmy zdania, że to ona przyczyniła się do rozpadu Beatlesów. Na pewno mieliśmy rację. Miała wysokie mniemanie o sztuce i o sobie, tak wysoko ulokowane, że jak Lennon tam do niej dołączył, to nie mógł już dalej niefrasobliwie podskakiwać z chłopakami na schodach na dworcu albo w pałacu Królowej, bo przygniatał go ciężar odpowiedzialności za świat, sztukę, kondycję ludzką i, oczywiście, za Yoko Ono.
Mama wyszła za mąż za Stefana na początku lat 50; chyba wtedy jeszcze nie chodziłem do szkoły, mieszkałem u dziadków na Wesołej i adres na ulicy Wolności to była dla mnie dopiero sprawa przyszłości. Należą się więc Czytelnikowi moje przeprosiny, że wprowadziłem go w pierwszym odcinku w błąd, wspominając, jak to jeździliśmy z mamą za ojczymem po Polsce, a później wracaliśmy na Wolkę. Owszem, jazdy się zgadzały, tylko moim stałym adresem pozostawał nadal jeszcze dom na chorzowskim osiedlu Ruch. Prawdopodobne, że ojczym wynajmował już wtedy tamten pokój w centrum, remontował go, urządzał wspólnie z moją mamą, ale dokładnie tego nie wiem. Czas jest wrogiem pamięci. W każdym razie główną opiekę nade mną sprawowali wówczas jeszcze rodzice mojej mamy.
Powstanie Styczniowe było ostatnim zbrojnym aktem powstańczym narodu polskiego przeciwko zaborcom. Niestety wszystkie, począwszy od tego pierwszego, czyli Insurekcji Kościuszkowskiej, poprzez Listopadowe, Krakowskie, ogólnoeuropejską Wiosnę Ludów, a na Styczniowym skończywszy, zakończyły się totalną klęską. Jednakże była i, jeżeli można to tak nazwać, pozytywna strona tych wydarzeń, bo dzięki nim za każdym razem, jak to określił Adam Mickiewicz, naród polski budził się ze snu. W pewnym sensie wieszcz miał rację, gdyż powstania odradzały na jakiś czas we wspólnocie pierwiastek jedności, ważny element łączący naród do przeciwstawiania się wszelkim próbom wykorzeniania przez władze zaborczych państw, jej narodowych wartości.
Tekst: Ewa Maria Slaska Zdjęcia: Ela Michalak, Ela Kargol, Krysia Koziewicz, Ewa Maria Slaska, głównie jednak Ela Kargol
A więc było tak. Wczoraj był koncert. W fajnym miejscu, bo w tzw. Heimathafen, czyli Porcie Macierzystym – sali widowiskowej w berlińskiej dzielnicy Neukölln:
Program przygotował dyrygent orkiestry, Mariusz Woźniak, konferansjerkę prowadziła jego żona, grali i śpiewali młodzi ludzie z Zielonej Góry i okolic, a na zakończenie wystąpiła Kashia Vega, mieszkająca w Berlinie polska kompozytorka, pianistka i piosenkarka. Kasia właśnie nagrywa pierwszą płytę – Kropla – i wczoraj przedstawiła dwie piosenki z tej płyty.
I jeśli myślicie, że była to typowa impreza polonijna – to się mylicie, aczkolwiek rzeczywiście była to impreza polonijna.
A jeśli myślicie, że była to typowa produkcja estradowa, czyli tzw. chałtura, jak w PRL-u określano składankę tego i owego – to się mylicie, aczkolwiek rzeczywiście była to składanka.
Było wesoło, różnorodnie, radośnie, wszyscy się świetnie bawili, scena i widownia po równi tryskały energią, widownia była w nastroju do zabawy, a na scenie prezentowały się utwory na naprawdę wysokim poziomie, w ciekawej aranżacji i naprawdę profesjonalnie wykonane.
To my, Ela i ja, Kasia Vega oraz Kasia i ja.
A teraz już po kolei: pani konferansjerka i Kasia w roli moderatorki, a potem soliści i zespół. Może się mylę, ale zespół instrumentalistów składał się niejako z dwóch części – orkiestry kameralnej i zespołu rokowego z gitarą, gitarą basową, perkusją, wiolonczelą i klawiszami. Gitary były znakomite.
A tu jeszcze raz Kasia z piosenkami z własnej płyty:
O Kasi jeszcze tu będzie, bo już się umówiłyśmy na rozmowę. Czyli – ciąg dalszy nastąpi.
I na pożegnanie – wesołe kolorowe zdjęcie młodych kobiet.
Naprawdę – bardzo to było ładne, wesołe, barwne. I ani razu nie mówiliśmy o tych wszystkich ohydnych dziadach! Niech żyje muzyka!
Rabunek o wartości miliona. Włoski kolekcjoner i rzadkie kaktusy.
Laura Dahmer / gazeta Tagesspiegel 15 marca 2025
Zaczęło się już kilka lat temu. W lutym 2020 włoska policja przez przypadek odkryła milionowej wartości przekręt. Na werandzie domu pewnego włoskiego kolekcjonera znaleziono towar, dostarczony w tysiącach egzemplarzy drogą wodną przez Grecję i Rumunię.
Od strony ulicy, na parterze, mieści się pod tamtym adresem elegancka kawiarnia, już od wielu lat. Najpierw nazywała się Chopin, a teraz Paterman, od nazwiska właściciela, chorzowianina z dziada pradziada, który stworzył całą sieć tych lokali. Nazwisko ma niemieckie, ale polską duszę, co lubi podkreślać w różnych wywiadach. Kiedy przyjeżdżam do Chorzowa, zwykle zachodzę tam na kawę i sobie wspominam, jak mi się żyło piętro wyżej na przełomie lat 50 i 60.
Napięta sytuacja w Królestwie i groźba wcielenia działaczy niepodległościowych do armii carskiej spowodowały, że Aleksander hrabia Wielopolski, z nadania cara od czerwca 1862 roku naczelnik rządu cywilnego Królestwa Polskiego, aby uniknąć rozruchów antyrosyjskich, zaplanował na 25 stycznia 1863 roku „brankę”, czyli przymusowy pobór do wojska. Zmusiło to kierownictwo polskich organizacji patriotycznych, zwłaszcza działaczy „obozu czerwonych”, do podjęcie decyzji bezzwłocznego rozpoczęcia powstania. Jeszcze w przeddzień powstania ogłoszono Manifest do Narodu, wzywający Polaków do zbrojnego oporu przeciwko Rosyjskiemu Imperium. Wraz z manifestem, dla pozyskania chłopów, ogłoszono również dekret uwłaszczeniowy, gwarantujący nadanie ziemi bezrolnym chłopom.
w Polskiej Kafejce Językowej (SprachCafé Polnisch) & w galerii art.endart
Mam 21 lat. Jestem z Polski, urodziłem się w Bieszczadach, przeniosłem sie do Szczecina, a stamtąd pojechałem do Londynu.
Interesuje mnie haft.
Zrobiłem licencjat z haftu ręcznego w The Royal School of Needlework w Hampton Court (2021-2024) Obecnie studiuję sztukę na University of Westminster (2025-2026)
Więc tak, niemiecka Lachyoga jest tłumaczona na polski bardzo poważnie jako Joga śmiechu. Ja sama na mój ówczesny blogowy, a był to zamierzchły blog, dziś nieistniejący, wiele lat temu całkowicie zlikwidowany przez Gazetę Wyborczą, na swój zatem blogowy użytek przetłumaczyłam ją na jogę śmieszkę, nawiązując do mewy śmieszki. Joga śmiechu stawiała wówczas pierwsze kroki, myślałam, po raz drugi w życiu zresztą, że uda mi się wprowadzić do polszczyzny fajne spolszczenie zamiast zwykłego dosłownego tłumaczenia. Zamiast lajków proponowałam lajkoniki, a jogę śmiechu chciałam nazwać jak mewę – śmieszką. Ale cóż, nie przebiłam się. 😦