Pałac na Marymoncie po śmierci króla

marymontpalac1Co działo się z Pałacem królowej Marysieńki na warszawskim Marymoncie po śmierci Jana III Sobieskiego? Kto w nim mieszkał? Kto go niszczył a kto rozbudowywał?

Jerzy Siemiginowski-Eleuter, Jan III Sobieski pod Wiedniem (Wikimedia Commons)

Anna Dobrzyńska

PO ŚMIERCI KRÓLA…

Przez jakiś czas po śmierci męża, królowa Marysieńka korzystała z pałacu, dopóki nie wyjechała do Włoch. Po jej śmierci pałac odziedziczył królewicz Konstanty – najmłodsze dziecko królewskiej pary, z tych które dożyły dorosłości. Królewicz, który przeszedł do historii jako „utracjusz”, nie przyczynił się do rozkwitu posiadłości, pałac popadł w zapomnienie.

ZA SASÓW…

Następnie pałac został odkupiony przez Augusta II i kolejno przejęty przez jego syna Augusta III. To były dobre czasy dla Marymontu. Rezydencja uległa gruntownej przebudowie, założono ogród ozdobny, duży zwierzyniec, winnice, zbudowano pawilony dla polujących na wilki, pojawiły się domki dla łowczych, organizowano doroczne winobrania oraz występy trup aktorskich.

marymontpalac (2)Waldemar Świerzy „Nowy poczet władców Polski” – Ojciec i syn – August II Mocny i August III Sas

Zarówno ojciec jak i syn organizowali tu przyjęcia i polowania. August II organizował polowania z ogromnym rozmachem. W 100 rocznicę bodaj największego z nich „Kurier Warszawski” napisał, że do lasu wpuszczono wówczas ogromną ilość zwierząt: 4 żubry, 3 niedźwiedzie, 44 jelenie, 200 saren, 80 dzików odyńców, które następnie przez 2-3 dni wybijano. Brało w tym udział łącznie – około  4900 osób: panów, paniczów, strzelców i chłopów naganiających zwierzynę.
Ale syn miał jeszcze większą fantazję łowiecką. Za czasów Augusta III bowiem, już nie tylko wpuszczano do lasu zwierzynę, ale naprędce posadzono dorodny las! Stało się to za sprawą księcia Hieronima Radziwiłła. Drzewa posadzono na terenie rozciągającym się od Lasu Bielańskiego do Marymontu.  Zaangażowano do tego celu tysiące ludzi i wpuszczono: dziki, wilki, łosie, żubry i niedźwiedzie – łącznie 600 sztuk. W polowaniu udział wzięło 300 strzelców i tyle samo sfor ogarów. Po dwóch dniach polowania odbyła się uczta, na której wypito – 300 beczek węgrzyna. Cała impreza kosztowała Radziwiłła – ponad milion złotych…. Za panowania Sasów, pałac został przebudowany na willę myśliwską.

Ale Marymont słynął nie tylko z łowów. Znany był również jako miejsce pojedynków. Tu przyjeżdżali panowie, by w honorowy sposób rozwiązać swoje konflikty, a publika często towarzyszyła takim wydarzeniom. Dlatego też Marymont nazywany był „krwawym”. Między innymi zginął tu Adam Tarło – wojewoda lubelski. Walczył z Kazimierzem Poniatowskim i prawdopodobnie dobity został przez sługę Czartoryskich.

SASCY DZIERŻAWCY…

Wraz ze śmiercią Augusta III skończyły się, dla Marymontu czasy, gdy zamieszkiwały go „koronowane głowy”. Zgodnie z obowiązującym prawem pałac przeszedł na własność elektorów saskich, a ci oddali go w dzierżawę. Nowymi użytkownikami stali się kolejno: poseł angielski –Wrought i marszałek koronny – Franciszek Rzewuski. Sascy najemcy o pałac dbali. Pierwszy – uporządkował posesję oraz wybudował amfiteatr widokowy, udostępnił całość dla publiczności. To sprawiło, że Marymont stał się idealnym miejscem na letniskowe wypady. Drugi zaś najemca – idąc w ślad za Sasami – rozwinął tu tradycje myśliwskie. Organizował polowania, dobudował stajnie, zasadził szpaler krzewów. Ogród i park połączył i ogrodził. W ten sposób teren został – zamknięty – dla osób postronnych… Skończyła się na Marymoncie sielanka dla ludu…

OD INSUREKCJI KOŚCIUSZKOWSKIEJ DO NIEPODLEGŁEJ POLSKI…

Sielanka się skończyła tym bardziej, że wybuchała Insurekcja Kościuszkowska. Na szczęście pałac wyszedł ze starcia z wojskiem pruskim obronną ręką, czego nie można powiedzieć o większości pozostałych budowli na Marymoncie, które zostały doszczętnie spalone. Pałacyk ocalał ale został sprzedany rządowi pruskiemu – w 1796 roku.

Dalsze losy Marymontu były burzliwe jak i losy Polski. Utworzono tu kolejno: Szkołę Agronomiczną, koszary wojsk carskich, schronisko dla nieuleczalnie chorych im. Św. Józefa oraz – po odzyskaniu niepodległości – koszary wojska polskiego w dawnym budynku Szkoły Agronomicznej, a w pałacu, który w tym czasie wydawnictwa II RP opisywały jako pozbawiony prawie zupełnie cech zabytkowych – urządzono kaplicę, którą opiekowało się duszpasterstwo wojskowe.

PRZEBUDOWA…

marymontpalac3

Kapelanem stacjonujących tu żołnierzy był bł. ks. Michał Sopoćko. Dzięki jego staraniom dokonano przebudowy budynku, który rezydujący tu wcześniej żołnierze rosyjscy zamienili w ruinę. Budynek został przebudowany, według projektu ppłk. Henrycha, w stylu eklektycznym, z klasycystycznym tympanonem i barokową attyką.

Kaplica podczas rozbudowy, 1924 rok.

Warto wiedzieć, że ów kapelan był spowiednikiem i duchowym przewodnikiem św. Siostry Faustyny – mistyczki, znanej na całym świecie, która spisała doznane objawienia Jezusa w „Dzienniczku”- przetłumaczonym obecnie na wiele języków. Relikwie błogosławionego kapelana znajdują się w kościele, jak i, od XVIII wieku, relikwie św. Cecylii.

OBECNIE…

Kaplica, odbudowana ze zniszczeń II wojny światowej, pełni do dziś swoje funkcje. Obecnie związani są z nią księża Marianie.  I tu historia zatoczyła w pewnym sensie koło… Gdyż pierwszy właściciel i „budowniczy” pałacu na Marymoncie – Jan III Sobieski był z Marianami bardzo ściśle związany. Bł. O. Stanisław Papczyński – założyciel zgromadzenia był, według świadków, spowiednikiem króla. Właśnie jemu Jan III Sobieski polecał zawierzenie Maryi losów Polski, przed bitwą pod Chocimiem. A po zwycięstwie, już jako król, wsparł tworzący się  Instytut Marianów i nadał mu wiele królewskich przywilejów.

marymontpalac (4)Kościół parafialny pod wezwaniem Matki Bożej Królowej Polski, przekształcony z pałacu królowej Marysieńki. Ul. Gdańska 6a,  2016. Fot. Anna Dobrzyńska

19 kwietnia

Anna Dobrzyńska

„WSZYSCY RÓWNI WOBEC CZASU I PŁOMIENIA…”

ogien

„Czarna dziura” – według definicji – Czasoprzestrzeń, której nic nie może opuścić, przy nagromadzonej dużej masie na małej objętości, pochłaniająca wszystko – nawet światło. Otoczona matematycznie zdefiniowaną powierzchnią, która wyznacza granicę bez powrotu. Granica oddziela obserwatora od zdarzeń, o których nie może on nigdy otrzymać żadnych informacji. A wszystko co przekracza granicę – znika.

Kiedy przychodzi 19 kwietnia, nie potrafię nie myśleć o tym co się tu, w Warszawie, 73 lata temu wydarzyło, nie potrafię myśleć o tym co się tu wydarzyło – cierpienie, ból, zło – są tak wielkie…

Ostatni na liście do komór gazowych podjęli nierówną walkę. To co sprawia, że Powstanie w Getcie jest tak wyjątkowe to fakt, że Oni walczyli o – śmierć. Ich walka była pozbawiona – nadziei i wiary w „lepsze jutro”. Wiedzieli, że zginą – chcieli to uczynić godnie, z bronią w ręku – jak wojownicy, bohaterzy… a nie ofiary.

Getto wydaje się być taką „czarną dziurą” – na mapie historii świata. W ciągu 32 miesięcy – 450 tysięcy ludzi zostało zgromadzonych na terenie 3 km2. To dało zaludnienie – 1,5 osoby /10 m2. W izbie mieszkało od 7 do 14 osób. Otoczone wysokim na 3 metry murem, wyznaczającym granicę, którą można przekroczyć tylko w jedną stronę. Odcięte od społeczeństwa i reszty świata. Gruby mur zwieńczony drutem kolczastym oddzielał obserwatora od zdarzeń i przepływu informacji. A każdy kto został zmuszony by tam mieszkać – ginął z głodu, choroby, wywieziony do Treblinki, nie pochowany, bez grobu – po prostu znikał…

Gdy Niemcy po raz trzeci otworzyli bramę Getta, by przeprowadzić tych co zostali na Umschlagplatz – Żydzi otworzyli ogień. To było w styczniu. Zaskoczeni Niemcy wycofali się i zamknęli Getto. To było z pewnością zwycięstwo Powstańców. Militarne i moralne. Wróg się wycofał i wreszcie też zaznał w Getcie śmierci… Ale okupione czekaniem na kolejny jego ruch… 19 kwietnia – Niemcy weszli i już się nie wycofali. Mimo nieporównywalnie słabszej pozycji Żydów– stłumienie Powstania było bardzo trudne. Niemcy ze zdumieniem zdawali raporty o wspaniałej walce żydowskich Powstańców. Po 28 dniach przyszedł jednak nieuchronny koniec. Zakończenie Powstania wyznacza data – 16 maja – i wysadzenie Synagogi na Tłomackiem, którego dokonał własnoręcznie gen. Jürgen Stroop, odpowiedzialny za stłumienie walk. Po tym akcie zameldował osobiście Hitlerowi – „żydowska dzielnica w Warszawie przestała istnieć”.

… Ładnie to ujął, trzeba przyznać – krótko, zwięźle tak „bezkrwawo” i „bezboleśnie”, jakby wprowadzony został właśnie nowy podział administracyjny. Naziści w ogóle ładnie nazywali tę zbrodnie – „Likwidacja Getta”. Przecież tym terminem określali wymordowanie prawie pół miliona ludzi w ciągu blisko trzech lat. „Likwidacja Getta” – brzmi równie dobrze jak – likwidacja spółki osobowej czy kapitałowej. Jakaś formalność, postępowanie prawne, zwykła urzędowa sprawa. Jakby pod pojęciem Getta nie kryli się ludzie a likwidacja nie była morderstwem idącym w setki tysięcy osób… A wywózki do komór gazowych – nazywane były „wielką akcją wysiedleńczą”… – w taki sposób określano przecież przymusowe, masowe zmiany miejsca zamieszkania… Albo „rozwiązanie kwestii żydowskiej” – to chyba najbardziej „estetyczne” sformułowanie, takie – „eleganckie”, wręcz „marketingowe”, jakby było jakimś – kreatywnym rozwiązaniem problemu – a nie ludobójstwem na skalę 6 milionów ludzi…

…Ale walki jeszcze trwały …

Wydaje się, że nie można nie zadać pytania, jak to możliwe, że w centrum Europy, cywilizacji, w XX wieku, doszło do tak dobrze zorganizowanej, zaplanowanej, przemysłowo zrealizowanej – masowej produkcji śmierci. Kto jest winien? Hitler? Himmler? NSDAP? naziści? rasiści? antysemici? itd?Z pewnością. Lecz to wykonawcy. Ojcem tej zbrodni jest przekonanie, że są lepsi i gorsi. Ludzie I i II kategorii . Że życie jednego człowieka jest warte więcej niż drugiego… Że silniejszy ma prawo decydować o tym, kto powinien żyć a kto nie, eliminować tych, którzy są niepotrzebni, zbędni, gorsi, są ciężarem dla lepszych, ważniejszych, mocniejszych… – dla wspólnego dobra i lepszego życia, społeczeństwa, świata. To założenie wytyczyło drogę do Getta – i tak jak „Arbeit macht frei”, otworzyło bramy piekła.

Getto zostało zburzone, obrócone w pył jak żadna inna część Warszawy. To była pustynia, gdzie nawet ruin nie było. W takim stopniu tylko Zamek Królewski i parę pobliskich budynków zostało zrównanych z ziemią.

„Plan totalnej zagłady” – ale na Ziemi niczego nie da się przeprowadzić do końca zgodnie z planem. Na szczęście. Na szczęście jest jakiś margines, który wymyka się spod wszelkich rozporządzeń, ustaw, nakazów – pozostawiając niejako obszar wolności, przestrzeni do działania ludzkiego sumienia. Dlatego niektórzy przeżyli. Dlatego przepływ informacji był. Dlatego nie wszystkich udało się zastraszyć. Dzięki organizacjom żydowskim ŻOB, ŻZW, współpracujących z polskim ruchem oporu informacje o Getcie obiegły świat. Jan Karski – informował Zachód przedstawiając raporty, do których informacje zdobył przekradając się na teren Getta. Karski spotkał się z wieloma ważnymi osobistościami m.in. Rooseveltem. Apelował o pomoc, jednym z rozwiązań było zbombardowanie linii kolejowych prowadzących do obozów zagłady. Prezydent przerwał: „…Policzymy się z Niemcami po wojnie. Panie Karski, proszę mnie ewentualnie wyprowadzić z błędu, ale czy Polska jest krajem rolniczym? Czy nie potrzebujecie koni do uprawy waszej ziemi?”

Szmul Zygielbojm – członek Rady Narodowej RP w Londynie informował o Holocaustcie członków partii socjaldemokratycznych na konferencji w Brukseli także Światowy Kongres Żydów i Amerykański Kongres Żydowski. Rozmawiał z prezydentem USA, przemawiał także na antenie BBC. Efektów pomocy jednak nie było widać. Po upadku Powstania na znak protestu – Szmul Zygielbojm popełnił samobójstwo – jednocząc się ze swoimi współbraćmi – odkręcił gaz w swoim mieszkaniu.

Pomoc,wypraszana na salonach – wielkich tego świata – nie przyszła. Nie stało się nic, co by zmieniło bieg historii. Getto nie zostało ocalone, ale ocaleni zostali – ludzie – nie wszyscy, część z nich, mała część. Pomoc szła dzięki Żegocie – polskiej humanitarnej organizacji podziemnej o katolickich korzeniach, w działalność której zaangażowani byli zarówno Żydzi jak i Polacy – w większości działacze katoliccy. Szacuje się, że organizacja uratowała kilkadziesiąt tysięcy osób. Współpracowała z nią m.in. Irena Sendlerowa, dzięki której ocalonych zostało 2500 dzieci. Więziona i torturowana na Gestapo w Al. Szucha, po wyjściu na wolność dzięki wpłaconej za nią ogromnej kaucji – kontynuowała swoją działalność. Dzieci znajdywały schronienie u polskich rodzin, w zgromadzeniach zakonnych, sierocińcach polskiej organizacji charytatywnej RGO – wspieranej przez arcybiskupa Adama Sapiehę, domach dziecka. Około stu nastolatków trafiło też do partyzantki. Ocalony z Getta, u polskiej rodziny schronienie znalazł m.in. dziesięcioletni chłopiec – późniejszy prof. Bronisław Geremek, członek obrad Okrągłego Stołu i Minister Spraw Zagranicznych. Zgromadzenia zakonne – głównie Marianie i Urszulanki wydawały fałszywe metryki chrztu – które ułatwiały przetrwanie. Takich metryk zostało wydanych około – 60 tysięcy. Przy ulicy Żelaznej 97, w pałacyku, wzniesionym przez ojca polskiego teatru – Wojciecha Bogusławskiego, który od XIX wieku jest domem Zgromadzenia Sióstr Rodziny Maryi – dzieci żydowskie znajdowały schronienie. Niektórym udało się uciec z Getta na własną rękę.

Pomaganie było trudnym wyzwaniem. Potrzebne były pieniądze. Uratowanie to nie tylko wyciągnięcie z Getta. To ukrycie tej osoby, zapewnienie wyżywienia, higieny, kryjówki, lekarza, przekupienie wartowników, a także tych, którzy mogli milczeć i mogli donosić – w zależności od tego, co z tego mieli. A przecież nikt nie wiedział, ile czasu to będzie jeszcze trwało i czy w ogóle będzie to miało koniec… Niemcy dobrze znali typy urody semickiej, a każdy kto udzielał pomocy – zgodnie z prawem podlegał karze śmierci sam bądź wraz z całą rodziną, sąsiadami z kamienicy czy przypadkową grupą ludzi. Tak zginęła np. rodzina ogrodników – państwo Wolscy, którzy wraz ze swoimi podopiecznymi – 40-osobową grupą Żydów – zostali rozstrzelani. Był wśród nich historyk Emanuel Ringelblum – twórca podziemnego archiwum Getta Warszawskiego. Obecnie to wydarzenie upamiętnia tablica na murze przy ul. Grójeckiej 77.

Jednostkom udało się ocalić życie dzięki Powstaniu – jak przywódcy – Markowi Edelmanowi, który przeszedł kanałami z kilkoma innymi osobami i wyszedł włazem przy ulicy Prostej 51 – obecnie w tym miejscu znajduję się pomnik upamiętniający to wydarzenie.

(…)

Na terenie dawnego Umschlagplatz, przy ulicy Stawki stoi pomnik upamiętniający tych, którzy zostali wywiezieni do obozu zagłady. Jest to prostopadłościan, na kształt wagonu deportacyjnego. W kulturze żydowskiej, złamane drzewo symbolizuje przedwcześnie zakończone życie, nagłą śmierć. Nad wejściem znajduje się płaskorzeźba, przedstawiająca połamany las. W środku są wypisane imiona od „a” do „ż” – nie sposób przecież wymienić wszystkich… W „ścianie wagonu” – jest szczelina, a w niej widnieje drzewo. Drzewo wykiełkowało zaraz po wojnie… Drzewo nie jest złamane, rośnie, …to symbol nadziei…

Nadziei – że jak ono rosnąć będzie wiara w słowa –„wszyscy równi wobec czasu i płomienia” …

Wszyscy.

Reblog Varsawiana

Anna Dobrzyńska

Marymont (1)

Nowadays –  it is a housing estate – but earlier? How did it look like, what was it famous for? And why is this place called “Marymont’?

… Oak forests, ponds, meadows – there are suburbs of Warsaw in 17 century.  This is here where Jan III Sobieski – as a commander-in-chief still – was coming for hunting and religious events to the nearby Camaldolese monastery. In the diary of the royal secretary Kazimierz Sarnecki we can find an information that on May 26, 1693 …

“Just after the mass, king left for hunting, ate a dinner, passed Marymont of queen, and shot two hares”.

marymont (1)Jan III Sobieski leaving Wilanów for hunting. Painted by Józef Brandt. Wikimedia Commons

marymont (2)-mapkamalaThe area of king`s estate. The borders follows:
in the south along Bieniawska Street from the crossroads
 of Maria Kazimiera adn Potocka Street, in the east:
along Jelinka Street, in the west: alongMarymoncka Street.
 In the north – the border was marked out by Bielański Forest.

When he became the king, he bought the property from the monks, at Półkowo village and build here a very beautiful palace for his beloved wife – Marysieńka. Queen – using French language – called this palace “Marie Mont’, that is “Mountain of Mary” which in Polish language gave the name: “Marymont”.

marymont (3)Engraving of G. Bodener based on picture of J. S. Mocek, 1730.
Wikimedia Commons

The palace was a very high-class architectural masterpiece, designed by the royal architect – Tylman from Gemeren. The building was situated on approximately 10 meters high hill on the two steps terrace. The form of palace –  was a cube with an external stairs, covered by a tent roof, topped with a pinnacle with an figure of an eagle. There were a few rooms on the ground floor and a representative hall – on the first floor. It was in shape of a cross, because there were small offices in the corners. In this room a very beautiful view opened onto the Vistula, mills at Rudawka and Bielański Forest. This palace from the beginning was acting as a summer residence.

At Marymont a historical meeting between the king Jan III Sobieski and an Austrian deputy – Wilczek – was held. The king sworn him a participation of Poland in the war expedition against Turks at the Battle of Vienna.

Also here, the Polish proverb: “the word was said – the mare is at the fence” has its origins. It was made by a nobleman – Jakub Zaleski, who wanted to plead the king for his deceased brother starosta takeover. However he was not entertained by king, but got the information that the king was busy and was going to take a part in a hunting. The nobleman mounted a horse and raced into Pólkowo village region where the hunting was taking a place. Among the wood, he met the king, but he thought it was a courtier, so he referred him the matter and ask for an audience with the king enabling. “The courtier” asked: “What will happen if the king cannot carry out your request?” “He may kiss my mare under the tail” – the nobleman answered. “The courtier” promised to help. When during the audience, the nobleman recognized courtier`s face in the face of the king – he terrified and understood his mistake. When, under the new circumstances, the king repeated the same question asked in the forest: “what will happen if the king cannot carry out your request?”, the nobleman decided to save his face and said proudly: “the word was said – the mare is at the fence”. The king found it very funny, gave him a title of starost, and this sentence came into Polish language on permanent and is functioning until this day.

marymont(4)

The royal couple, Jan III Sobieski with his wife Marysieńska and children. Painted by Henri Gascar. 
The first one at the left side – prince Konstanty, heir of the palace, in the future. Wikimedia Commons.

And what was the palace surroundings?

Equally beautiful. The palace was surrounded with a park, modeled on French gardens of Ludwik XIV times. Many paths, two little lakes and a ravine – there were perfect places for walking. The headland which was extended to the Vistula encouraged to look into the depths of the river and the Royal Canal, 600 meters long, invited to row, which was used very often by the queen together with her close friends, family and guests. The numerous sources, at the mouth of the ravine, which delivered water to the canal, enhanced the picturesqueness and romantic mood.

A slightly lower on the hill, closer to the Vistula, there were located two buildings, which acted as the kitchen and the house for servants. One of them has survived until this day.

Varsaviana – Cerkiew św. Jana Klimaka

Anna Dobrzyńska

Jak zmieniła się Warszawa gdy zajęli ją Rosjanie?

Temat-„rzeka”, ale skupmy się jednym aspekcie. Na pewno stała się bardziej wielokulturowa. Rosyjscy żołnierze, przyjeżdżali do Warszawy wraz ze swoimi rodzinami, zwyczajami, tradycją i wiarą. Skutkiem  było powstawanie na terenie miasta prawosławnych kościołów.

zdjęcie1Budowanie cerkwi miało nie tylko wymiar społeczny ale i polityczny – podkreślało dominację rosyjską. Car miał bowiem cel przekształcenie wizerunku Warszawy z polskiego na typowy dla wschodnich miast kresowych.

Ikony w górnej Cerkwi Św. Jana Klimaka
Fot. Anna Dobrzyńska

Niestety akcja rewindykacji, czyli przejmowania ale także – wyburzania – cerkwi po odzyskaniu niepodległości, pozbawiła Warszawę cennych obiektów. W pewnym sensie akcja ta jest zrozumiała, bo cerkwie to symbol zaborcy, który niewolił Polaków przez 123 lata,  ale… budynków szkoda.

Obecnie w Warszawie znajduje się dziewięć kościołów prawosławnych, z czego dwa są bardzo okazałe, charakterystyczne, najbardziej rozpoznawalne. Jeden to Cerkiew Św. Magdaleny równej Apostołom na Pradze a drugi – Cerkiew Św. Jana Klimaka na Woli.

Inicjatorem wybudowania cerkwi na Woli był arcybiskup rosyjski – Hieronim Egzemplarski. Miał to być obiekt sakralny a zarazem miejsce pochówku jego syna – Iwana oraz samego hierarchy. Cerkiew miała również pełnić funkcje pomocniczą dla stojącej obok cerkwi parafialnej, przekształconej z kościoła katolickiego Św. Wawrzyńca.

Cerkiew Św. Jana Klimaka na Woli. cerkiew1
Fot. Anna Dobrzyńska

W 1905 roku prace budowlane zostały ukończone a grobowce, zgodnie z życzeniem arcybiskupa, znajdują się w podziemiach. Architekt – Władimir Pokrowski, zaprojektował budowlę tak aby przypominała XVII- wieczną cerkiew z rejonu Rostowa, a więc jednego ze średniowiecznych miast rosyjskich. Typowym elementem architektury rostowskiej jest wejście do świątyni prowadzące przez wysunięty ganek. Patronem świątyni został – Św. Jan Klimak. Był on mistykiem i pustelnikiem, żyjącym w VI wieku. Uznawany jest za świętego zarówno przez kościół prawosławny jak i katolicki. Zasłynął z napisania traktatu o rozwoju duchowym,
zatytułowanego „Drabina do Raju”.

Cerkiew uznawana jest za skromną, jednakże znajdują się w niej cenne arcydzieła. Do najważniejszych należą drewniany ikonostas i freski namalowane przez Jerzego Nowosielskiego.

cerkiew1a

Świątynia znajduje się na terenie cmentarza, a więc od samego początku jej istnienia odbywały się w niej ceremonie pogrzebowe i nabożeństwa w intencji zmarłych.

Ikonostas. Fot. Anna Dobrzyńska


 

wizytówka

Swedes in Warsaw

Anna Dobrzyńska

Treasures in Vistula

During the 17 century Warsaw was occupied by Swedish army. In this time there was a process of taking away the works of art from Warsaw to Sweden. Intensity of this process increased at the moment of pulling the army back from Poland. Swedish soldiers were loading the masterpieces to the barges so much, and so quickly – that very often they were overloaded… and sinking.

When Warsaw was liberated from Swedish army, Poles interested in treasures in the bottom of Vistula for the first time. But – after war – Warsaw was exhausted  and had a lot of  difficulties to overcome, so they stopped searching. And until the 20 century nobody remembered the treasures in Vistula.

And just before the I world war the men, who were taking away the sand from the bottom of the river, discovered an amazing archeological find. Among the sand there were parts of architectural elements, garden sculptures, columns and capitals – and very famous dolphin made of marble (!). This dolphin was a part of a garden fountain from the summer royal residence of Waza dynasty – Villa Regia. At present this palace is called Kazimierzowski Palace and it is one of the buildings of Warsaw University. In the past – there was a sculpture of a little boy who was sitting on the dolphin. And why do we know that? Because this dolphin is mentioned in the 17th century‘s guide book. The author – Adam Jastrzębski – described it as a “strange kind of a fish with a cruel muzzle”.

vistula1

The copy of the famous dolphin of marble in the Royal Castle garden.
The original sculpture is stored  in Museum of Warsaw.
Photo by Anna Dobrzyńska

In those time they took out about 100 historical objects. But not everybody were happy because of this discovery. The imperial Russian authorities regarded this fact as unnecessary interest of Polish history. And when the eagle relief was found at the bottom – they forbidden the searching continuation.  The treasures were hidden in “Zachęta” National Gallery of Art and until 1936 nobody remembered about them. In this year in independent Poland the Museum of Warsaw came into existence and the exhibits were deposited there. The other precious objects were delivered by inhabitants of Warsaw who were encouraged to this action by newspapers.

vistula2

The search organisers, Dr Hubert Kowalski, Dr Justyna Jasiewicz and Marcin Jamkowski with the emblem of Waza dynasty. Photo by Marzena Hmielewicz. 
http://www.polskieradio.pl/7/179/Artykul/1504487,Skarby-odzyskane-ze-szwedzkiego-potopu

When – in 2009 – young scientists of the Polish Science Academy took up a challenge of bottom research, nobody believed in their success. People though the treasures had been moved very far away or were covered by a thick layer of sand. However – using the special equipment – they managed to took out precious discovery. After renovation, treasures were deposited in Museum of Warsaw.

So, the treasures came back again to Warsaw after – 350 years of getting soaked in Vistula…

vistula3

A part of the “Swedish treasure” at Vistula bottom. Photo by PAP/Tomasz Gzel 
http://www.polskieradio.pl/7/129/Artykul/688320,Skarby-z-dna-krolowej-polskich-rzek

 

Varsaviana – Szwedzi wciąż w Warszawie

Anna Dobrzyńska

szwedi-kadr

Kadr z filmu „Szwedzi w Warszawie”, w reżyserii Włodzimierza Gołaszewskiego. 1991 r.

Jest rok – 1656 i Szwedzi zajmują Warszawę. Wyniszczenie finansowe miasta, grabieże, awantury, rozboje, gwałty – to od 11 miesięcy codzienność warszawiaków.

Oblężenie Warszawy 1656 rok

Wobec bezskutecznych negocjacji ze stroną szwedzką, król Jan Kazimierz zdecydował się na militarne zdobycie miasta i rozpoczęło się oblężenie.

A co się działo zanim do tego doszło?

Warto pamiętać, że walki między armią: szwedzko-branderburską i polsko-litewską rozgrywały się na rozległych terenach, które obecnie należą do Warszawy czyli na Pradze, Kamionku, Skaryszewie, Tarchominie, Żeraniu, Brudnie a także na Bemowie – ale w 17 wieku – to jeszcze nie była Warszawa.

Aby umożliwić komunikację między prawym a lewym brzegiem, z rozkazu króla zostały wybudowane mosty łodziowe, których wyloty znajdowały się w okolicach Solca oraz Cytadeli. Podczas przejścia wojsk koronnych doszło do starć ze szwajcarskimi rajtarami, mimo wszystko jednak straty nie były duże i żołnierze znaleźli się na lewym brzegu prężni i gotowi do walki. Król pozostał pod Warszawą i stamtąd dowodził zdobywaniem miasta.

szwedi-mury

Mury obronne. Fot. Anna Dobrzyńska

Wówczas po raz pierwszy w historii swą rolę odegrały mury obronne. Niestety to Polakom przypadło się z nimi zmierzyć. Niestety – ponieważ były bardzo masywne, podwójne, ceglane. Wstępu do miasta broniły trzy bramy oraz barbakan, który był twierdzą samą w sobie, w praktyce nie do zdobycia. Mury dodatkowo były wzmocnione przez Szwedów, rowami, palami oraz kobyliniami – czyli zaostrzonymi pniami z gałęźmi. Dodatkowo kościoły znajdujące się w pobliżu murów zostały przez okupanta umocnione i zamienione w twierdze – między innymi kościół Św. Jacka i kościół Św. Ducha. A budynki, których nie sfortyfikowano – spalono – w celu ułatwienia odparcia ataku. I tak wypaleniu uległy ulice: Freta, Mostowa, Długa, Senatorska, a także część Krakowskiego Przedmieścia i całe Nowe Miasto. Wyburzanie zabudowy – to znana taktyka obronna, która dzięki uzyskaniu otwartej przestrzeni umożliwia strzelanie do atakujących jak do przysłowiowych – kaczek, a Warszawa, poprzez zastosowanie tej taktyki jeszcze nie raz ucierpi.

Polacy zdobywali Warszawę w czterech podejściach i dopiero za ostatnim razem szturm był skuteczny, dzięki specjalnie sprowadzonym ciężkim działom oblężniczym.

Wojska koronne weszły do miasta, zdobywając Bramę Nowomiejską oraz Krakowską. Barbakanu – król Jan Kazimierz nawet nie próbował zdobywać, znając jego wspaniałą, obronną konstrukcję. Sprzymierzeńcem Polaków było wycieńczenie odciętych od świata Szwedów, a także zaraza rozprzestrzeniająca się w obrębie murów. Najcięższe walki miały miejsce od strony południowej czyli w okolicach kolumny Zygmunta.

Wobec zdobycia miasta, rezydujący na zamku Arvid Wittenberg – feldmarszałek szwedzki, dowodzący obroną Warszawy, nie miał innej możliwości jak – skapitulować. I tu walki powinny się były zakończyć – jednakże walczący ochotnicy ale także regularne wojsko polskie było tak nastawione na łupy wojenne, że dopiero królewski datek w wysokości 40 tysięcy złotych – powstrzymał wojaków od walk… ale nie wszystkich i nie od razu…

szwedi-zam-ujaz

Zamek Ujazdowski, fot. Anna Dobrzyńska

Niestety Polakom nie udało się tego zwycięstwa umocnić. 3 sierpnia król Karol Gustaw zajął Zamek Ujazdowski i miasto znów znalazło się w rękach szwedzkich. Dwukrotni zdobywcy Warszawy, właśnie w tym momencie rozpoczęli grabieże na masową skalę. Zmusili mieszczan do pomocy w pakowaniu łupów, grożąc konfiskatą majątku prywatnego. Z Zamku Królewskiego wywieziono między innymi dwieście obrazów, plafony z pięciu sal zamkowych, królewskie srebra i trzydzieści trzy arrasy.

Mimo iż ponownie zajęli Warszawę, Szwedzi czuli, że ich pozycja słabnie. Wojny bowiem toczyły się całym terenie Królestwa Polskiego. 1 września wycofali się z Warszawy. Nie zrobili tego jednak – „po angielsku”. Przeciwnie – do ostatniej chwili ładowali na barki liczne dzieła sztuki, księgi, zabytki, w tym jaspisowe kolumny z ogrodu królewskiego, malowidła Tomasza Dalabelli pokazujące koronację króla Zygmunta III i wiele innych. …Grabili tak dużo, w takim pośpiechu i z taką zachłannością, że przeciążone barki często …tonęły… Opuszczając Warszawę Szwedzi spalili to co jeszcze pozostało nie spalone na Krakowskim Przedmieściu, a także wysadzili Bramę Krakowską. Mieli jeszcze w planach całkowite wysadzenie murów obronnych i kolumny Zygmunta, ale na szczęście magistrat miasta wyprosił u Karola Gustawa, by tego nie robili i król Szwecji się ulitował.

Jaki był dalszy los Szwedów?

Musieli zostawić te kosztowności, które przygotowali do zabrania, zobowiązać się, że oddadzą, to co złupili i …powrócić do Szwecji.

Warszawa została jeszcze raz zajęta przez Szwedów podczas III i ostatniej wojny północnej. Na szczęście i tę okupację udało się pokonać.

I tak wyglądał burzliwy lecz na szczęście „mało-powtarzalny” – motyw „szwedzkiej okupacji Warszawy”.

szwedi-grob

Jedyny grób w Warszawie, który zachował się z czasu „Potopu”.
Inskrypcja głosi: „Bogurodzica…Pamięci poległych w bitwie w obronie Warszawy ze Szwedami rp. 1656, którzy tu spoczywają w Panu”. Grób znajduje się na przykościelnym cmentarzu, przy Konkatedrze Matki Boskiej Zwycięskiej w Warszawie. Fot. Anna Dobrzyńska

Szwedzi w Warszawie

Anna Dobrzyńska

szwedziwwarszawie

Budowa kolumny Zygmunta III Wazy

Co działo się w Warszawie po ustawieniu na Placu Zamkowym słynnej kolumny króla Zygmunta? Cztery lata później tron objął jego syn – Jan II Kazimierz, też król Szwecji. Urodził się na Wawelu, lecz w chwilę później ród królewski przeniósł się do Warszawy, a więc wychowywał się i dorastał na Zamku Królewskim. Już jako dorosły z pewnością obserwował z okien zamku postępującą budowę kolumny, na której szczycie usytuowany został pomnik jego taty. W Szwecji nigdy nie był, ale więzy rodzinne – jego dziadek był królem Szwecji – nadały mu w ten zaszczytny tytuł. A skoro był tytularnym królem Szwecji, to jego krewny, król Szwecji – Karol X Gustaw poczuł , że jego władza jest zagrożona, i postanowił podbić Królestwo Polskie.

…W bogatym tle historycznym mamy jeszcze najazd Moskwy na Polskę i całą resztę aspektów II wojny północnej ale – skupmy się na Warszawie i jej mieszkańcach.

szwedziwwarszawie (1)

Kadr z filmu „Potop” w reżyserii Jerzego Hoffmana

W lipcu 1655 roku rozpoczął się najazd kilkutysięcznej armii szwedzkiej. Warszawa nigdy wcześniej nie doświadczyła żadnej okupacji, była więc kompletnie nie przygotowana, ani militarnie ani mentalnie. Szwedzi po prostu – weszli – przez bramę miasta i zajęli zamek. Po drodze napotkali jedynie symboliczną obstawę zamku w ilości około 200 żołnierzy. Wobec takiej przewagi i faktu dokonanego władze poddały miasto i oficjalnie 8 września wręczyły królowi Karolowi Gustawowi klucze do miasta.

I wtedy Warszawa poznała po raz pierwszy smak okupacji, smak, który w swej historii wiele razy jeszcze będzie musiała poczuć.

Szwedzi od razu nałożyli na miasto ogromną kontrybucję, którą musieli płacić mieszkańcy Starego i Nowego Miasta, a także ci, którzy mieszkali na przedmieściach. Im kto bogatszy – tym więcej płacił. Łączna kwota, która miała zasilić szwedzki skarbiec to – 240 tysięcy zł. Była to kwota ośmiokrotnie przewyższająca roczny budżet miasta. A co miał zrobić ten, który pieniędzy nie posiadał? W tej sytuacji pomagało miasto i dawało pożyczkę z kasy miejskiej a mieszkaniec zobowiązywał się do oddania pieniędzy po zakończeniu wojny. To okazało się nierealne i magistrat do końca XVII wieku pożyczki anulował, narażając się na ogromne zubożenie a raczej – wyniszczenie.

Dodatkowych problemów dostarczał warszawiakom nakaz kwaterunku. Mieszkańcy musieli „gościć” żołnierzy w swych własnych domach, zapewniając im wikt i opierunek. Ci, w zamian, awanturowali się, rozrabiali, rabowali i gwałcili. Miasto próbowało zjednać sobie wyższych rangą oficerów, by trzymali swoich podwładnych w ryzach – kupując im drogie podarki, ale nie dawało to żadnego skutku, tylko narażało na kolejne straty finansowe.

szwedziwwarszawie (2)Trudne relacje polsko-szwedzkie na ulicach Warszawy

Ponadto rozpoczęły się grabieże na masową skalę. Szwecja nie była krajem tak rozwiniętym jak dziś, rabowano więc wszystko. Ogołocono z dzieł sztuki Zamek Królewski i inne rezydencje oraz kościoły. Wyrywano z murów marmurowe kominki, kolumny, schody, posadzki, drzwi a nawet ramy okienne wraz z szybami. Wywieziono niezwykle cenne zbiory bibliotek Zamku Królewskiego i Ujazdowskiego oraz akta z archiwum Metryki Koronnej. Stąd w Szwecji tyle poloników. Wszystko to pakowano na barki, szkuty i spławiano do Gdańska i dalej do Szwecji.

W takiej sytuacji nie trudno sobie wyobrazić, że spowodowało to odwet ze strony polskiej i konieczność zakończenia tej przedłużającej się skądinąd – „rodzinnej wizyty”.

Świąteczna Warszawa

Anna Dobrzyńska

warsz-swieta-1Tegoroczne świąteczne udekorowanie Łazienek Królewskich zachęca do spacerów po zmroku. Bo oto przechadzamy się między paniami w długich sukniach i „paltotach”, którym towarzyszą równie dostojni panowie, w surdutach i cylindrach. To wprowadziło mnie w klimat dawnej Warszawy i poczułam nastój świąt sprzed 150 laty.

Łazienki Królewskie, 2015 fot. Anna Dobrzyńska

A jaki on był? Jak spędzano w Warszawie ten wyjątkowy czas? Jakie prezenty kupowano dla bliskich? Na pewno nie smartfony i ipady. Zapraszam do małej podróży w czasie… 🙂

…Na Nowym Świecie – ruch i gwar… Ostatnie zakupy, prezenty, wybieranie przysmaków na wigilijny stół. Tuż naprzeciwko pomnika Kopernika w szwach pęka księgarnia – Samuela Orgelbranda. U tego, słynnego na całą Warszawę wydawcy, warszawiacy kupują poczytne powieści francuskie – A. Dumasa oraz dzieła polskich autorów – Kraszewskiego, Fredry, Słowackiego, Boguckiego, również wiele książek historycznych i przyrodniczych.

warsz-swieta-2

„Mężu! Ach, patrz, co za cudny szal w kraty!” Rys. Franciszka Kostrzewskiego z cyku „Szkice z życia warszawskiego”, „Tygodnik Ilustrowany” z 1 kwietnia 1865 roku.

Tuż obok – znajdują się delikatesy Skorupskiego, tu – mieszkańcy Warszawy – zaopatrują się w wino oraz wykwintne frykasy. Ci, którym nie udaje się kupić wybranego trunku czy przysmaku, pędzą szybko na Plac Zamkowy do Dobrycza lub na Miodową do Purwina. Panowie kłaniają się szarmancko napotkanym damom oraz zdejmują z głów bobrowe lub karakułowe czapki. A panie majestatycznie kroczą w sukniach z półłokciowym trenem, spływającym spod tiurniury, na który trzeba bardzo uważać by owej damie nie przydepnąć. Po delikatesy jeszcze można wstąpić do Gouta na Elektoralną – tam spotkamy z pewnością rosyjskich generałów, którzy ten sklep bardzo polubili.

…I wreszcie pierwsza gwiazdka, tak długo wyczekiwana…

Żona pod choinką znajduje parę wełnianych pończoch i prunelowe buciki. Porządna kobieta bowiem jedwabnych ani lakierków nie włoży. A dzieci – pozytywkę – grającą największe hity: walce – „Na falach Dunaju” i „O moja ty królowo”, bo dawny „Tyrol i jego syn’ – zszedł już z list przebojów.

Po wieczerzy w programie jest śpiewanie kolęd. Dzieci znają je dobrze, bo wiele razy ćwiczyły z ojcem. Gdyby, któreś zapomniało tekstu – wstyd!

Kościoły wydają wigilijne wieczerze dla najuboższych…

warsz-swieta-3

Kolęda dla ubogich rozdawana w pierwszy dzień Bożego Narodzenia u księży misjonarzy w Warszawie. Jan Feliks Piwarski, 1859 rok.

Nazajutrz, już od rana – wszystkie kościoły mocno zaludnione. A jak spędzić czas po Mszy Świętej? Dla dzieci atrakcją będzie wycieczka tramwajowa.

warsz-swieta-4„A co to za atrakcja?!” – dziś byśmy powiedzieli. Ale pierwsze konne tramwaje pojawiły się w Warszawie dokładnie 149 lat temu. A 15 lat później, na ulice miasta wyjechał, tzw. tramwaj belgijski, w kolorach szafirowo-żótych, więc dla Warszawy była to – nowość. Struktura linii tramwajowych nie była skomplikowana więc zamiast numerów na tramwajach widniały różnokolorowe tablice, które w nocy zastępowano latarniami.

Łazienki Królewskie, 2015
fot. Anna Dobrzyńska

I tak do Mokotowa dojechalibyśmy tramwajem – białym, do Placu 3 Krzyży – czerwonym, na Wolę – niebieskim. Były też tablice: niebiesko-żółte, zielono-żółte, różowe i żółte.

…Ojciec kupuje bilety… Dla rodziców – pierwszej klasy, za 7 kopiejek, a dla dzieci – drugiej – za 5 kopiejek. Pierwsza klasa jest zlokalizowana w tylnej części wagonu. Rodzice zasiadają na wyściełanych czerwonym pluszem krzesłach, druga klasa – nie jest tak wystawna. W powrotną drogę dzieci już nie siedzą – tylko stoją – za 3 kopiejki. Dlaczego nie jadą wszyscy razem? No cóż, budżet domowy nadwątlony świątecznymi zakupami a nie wypada by rodzice jechali drugą klasą albo co gorsza – mieli miejsca stojące.

warsz-swieta-5…W drugi dzień świąt – dzieci udają się na ulicę Freta do budynku zwanego zwyczajowo „klasztorem ojców Dominikanów”. Dlaczego „zwyczajowo”? Dlatego, że zakonnicy zostali wygnani z klasztoru w roku 1863,  po Powstaniu Styczniowym, a budynek stał się siedzibą sierocińca oraz szkołą i internatem dla jego absolwentów. W korytarzu czeka na dzieci już ustawiona scena i ławki, które najmłodsi w pośpiechu i hałasie zajmują…

Łazienki Królewskie, 2015
fot. Anna Dobrzyńska

Rozpoczynają się jasełka… Z wypiekami na twarzy dzieci śledzą pochód Trzech Króli w purpurze i złotych koronach, podążających, by złożyć hołd Boskiemu Dzieciątku. Adrenalina burzy się we krwi, gdy śmierć goni Heroda, a gdy ścina mu głowę, przerażenie mrozi widownie. Wrażenie pozostanie w pamięci na całe życie. Aktorami są sieroty, które przygotowały jasełka pod okiem sióstr zakonnych z Towarzystwa Dobroczynności. A owe towarzystwo ma swoją siedzibę w Pałacu Kazanowskich, na którym do dziś znajduje się napis – Res Sacra Miser – co znaczy: „biedny jest świętością”.

I tak mijają wyjątkowe trzy dni 19-wiecznej warszawskiej rodzinie…

…prunelowe buciki, ipady, pozytywka, MP3… zmieniają się przedmioty, wychodzą z mody, odchodzą do lamusa. To co najważniejsze, co najbardziej raduje lub czego najbardziej brakuje w ten szczególny czas to – miłość, której życzę wszystkim bardzo dużo z okazji Świąt Bożego Narodzenia.