Droga. Wystawa w Löcknitz.

Już tu kilka dni temu pisałam o spotkaniu w Löcknitz. Spotkanie, podobnie jak cały dwudniowy wyjazd do tego nadgranicznego miasta, bardzo mi się podobało, szkoda więc, że towarzyszyły mu różne nieprzyjemne sytuacje. Dziś jednak przede wszystkim o jasnych i optymistycznych sprawach, zaobserwowanych w Löcknitz.

burg (2)-kl

Ewa Maria Slaska

Wystawa, zamek, kościół, uchodźcy

kosciol2a-kl

perspektywa (z małej litery!) – świetny projekt nadgraniczny, prowadzony przez niemieckiego historyka, socjologa i politologa Nielsa Gatzke i Agnieszkę Misiuk, polską germanistkę. Perspektywą wyznaczoną przez perspektywę jest demokratyczne społeczeństwo obywatelskie. Odpowiadają na propozycje oddolne i sami je inicjują. Działają na pograniczu, w mieście i regionie, gdzie w ostatnich latach zamieszkało wielu Polaków, w ich programie znalazły się więc też propozycje integracyjne, lokalne i ponadgraniczne.

nielsagnieszka

Oczywiście realne życie nie jest aż tak jasnozielone jak…

Neonaziści w Löcknitz od kilku lat ostro protestują przeciwko obecności Polaków w Brandenburgii i Meklemburgii, a co gorsza sprzymierzyli się z narodowcami w Szczecinie. Dziennikarz szczeciński, Bogdan Twardochleb, opowiadając nam w lutym tego roku o stosunkach polsko-niemieckich, tak jak się je widzi ze Szczecina, z dużą troską opowiadał o wspólnej demonstracji neonazistów niemieckich i polskich narodowców w Szczecinie…

Wobec napływu uchodźców arabskich do Niemiec, których umieszczono również w Löcknitz  i okolicy, front porozumienia się przesunął, i teraz Polacy zaczynają być widziani jako “nasi” i szuka się w nich sprzymierzeńców w proteście przeciwko przybyszom z Azji i Afryki.

Twórcy perspektywy są zaniepokojeni taką perspektywą. Martwi ich też, że spośród kilkudziesięciu rodzin mieszkających w Löcknitz  i okolicy, tylko dwie zaangażowały się pomoc uchodźcom. Nie wiem, czy to mało, czy dużo, wiem jednak, że ci zaangażowani, których poznałam, są po prostu nadzwyczajni.

Wystawa

To oni, wolontariusze polscy i niemieccy, wspólnie zorganizowali wystawę, którą można było obejrzeć wieczorem po moim spotkaniu, w siedzibie Regionu Pomerania.

wystawa (1)-kl

Towarzyszył jej taki tekst:

Najgorszym więzieniem jest zamknięte serce
Karol Wojtyła

Wyobraź sobie człowieka

Jest jeszcze młody, może przed trzydziestką, ma żonę i dzieci. Jest programistą, lekarzem, fryzjerem albo mechanikiem. Kocha swoją rodzinę i swą pracę. Małe miasteczko w którym żyje, jest od pokoleń małą ojczyzną jego rodziny.

Pewnego dnia, gdy wracał z pracy swoją ulicą, jego świat nagle się zawalił. I już nic nie było takie jak dawniej. W miejscu, gdzie kiedyś stał jego dom, ział krater wypełniony stertą dymiących gruzów. Sąsiedzi biegali z krzykiem, gestykulując. Na ulicy leżało kilka małych brudnych zawiniątek, nienaturalnie małych. Nie musiał nawet im się przyglądać, by wiedzieć, że to jego martwa żona i trójka jego dzieci – bliźniaki i to najmłodsze, trzyletnie.

Bezsensowna wojna domowa, która od lat targała jego krajem, upomniała się o nowe ofiary – tym razem o całą jego rodzinę, wszystko co miał, oprócz jego własnego życia i tego, co miał na sobie.

Pomyślał: byłoby lepiej, gdybym też umarł.

Wyobraź sobie tego człowieka teraz, gdy wraz z setkami podobnych sobie ucieka tygodniami. Głodny, brudny, zrozpaczony. Jest wyczerpany, zmarznięty, często płacze. Bezwzględni przestępcy wydarli mu ostatni grosz, aby mógł na zardzewiałej łajbie dotrzeć do bezpiecznego brzegu. Miał szczęście, bo razem z dwiema setkami innych dotarł na brzeg. Tam gdzie nie ma wojny, ale spokoju też nie. W kraju, do którego dotarł, nie ma dla niego miejsca, musi iść dalej. Jest noc, gdy wrzeszczący żołnierze i policjanci z gumowymi pałkami zaganiają go i trzydziestu innych do autokaru i wywożą w nieznanym kierunku.

Wyobraź sobie tego człowieka, który po tygodniach ucieczki, głodu, pragnienia, strachu, chłodu, bezdomności, poniewierki, wrogości, bicia, kopniaków, żebrania i błagania, znajduje się w miejscu, gdzie nie rozumie ani gestów, ani mowy, nie potrafi odczytać pisma i gdzie ludzie nie są wcale serdeczni i gościnni jak w jego ojczyźnie, ale ponurzy, zamknięci i wręcz wrodzy, mimo że nie zaznali ani wojny, ani głodu, nie muszą znosić samowoli i gwałtu i najwyraźniej korzystają z zamożności swojego kraju.

Owszem czasem trafiają się na jego drodze ludzie uczynni i naprawdę przyjaźni. Ale często bywają i tacy, którzy najchętniej przepędziliby go stąd albo zrobili coś jeszcze gorszego. Rozmawia z uchodźcami, którzy są tu już dłużej niż on, ale wciąż niewiele może zrozumieć z tego nowego świata.

A to jest właśnie miejsce w którym ma zacząć swoje nowe życie. Musi się śpieszyć: nauczyć nowego języka, odszyfrować obcy alfabet, zorientować się w obcym otoczeniu i dopasować do nowego społeczeństwa. Na opłakiwanie utraconych bliskich czasu już nie starcza.

I teraz wyobraź sobie, że tym człowiekiem jesteś Ty.

Manfred Häusler

Wolontariusz z ośrodka dla uchodźców w Plöwen, pod polską granicą

I takie pokazywała zdjęcia. Zdjęcia zrobili sami uchodźcy, zapewne, choć nie spytałam, przy pomocy tych komórek, które im się tak “wytyka”, nie pamiętając, że jest to najczęściej jedyny kontakt tych ludzi ze światem, tym który opuścili, i tym, do którego zmierzali. I że najczęściej był to ich jedyny drogowskaz, mapa, atlas i kompas. Myślę sobie, że uciekający przed Zagładą Żydzi wystawili by pomnik inżynierom, gdyby takie produkty myśli inżynieryjnej jak komórka i nawigator istniały już w latach 30 i 40 XX wieku.

wystawa (6)-kl

wystawa (9)-kl

wystawa (8)-kl

Niestety, wystawę można było zobaczyć tylko przez kilka godzin, po czym została zwinięta i schowana. Ale można ją od organizatorów wypożyczyć.

Wypożyczmy więc!

I ostatnia myśl. Na wystawie widać kobiety! Na zdjęciach ale i w realu!

onanawystawie

Zdjęcie powyżej Bogna Czałczyńska. Dziękuję! Pozostałe zdjęcia z wystawy, zamek i kościół – ja. Zdjęcia Agnieszki i Nielsa, flyer perspektywy oraz zdjęcia neonazistów niemieckich podczas wspólnej demonstracji w Szczecinie – znalazłam w sieci, dziękuję więc sieci.

Frauenblick

Monika Wrzosek-Müller

Junge Flüchtlinge mit den Augen einer älteren Lehrerin gesehen

Ewa berichtet jetzt seltener über Flüchtlinge. Da sich aber die Situation im Lande und besonders in Berlin sehr verkompliziert hatte, wollte sie doch über ein paar positive Eindrücke von der Arbeit mit den jungen Flüchtlingen schreiben.

Sie unterrichtete Deutsch, zuerst in einer Jugendherberge, wo ungefähr 80 männliche Jugendliche untergebracht waren, die ohne Begleitung nach Deutschland gekommen waren. Die ärztlichen Untersuchungen hatten alle absolviert; man hatte sie weiterhin als Jugendliche eingestuft, obwohl sie einige von ihnen eindeutig für älter hielt. Sie wurden geimpft und in Willkommensklassen untergebracht. Manche waren wirklich extrem begabt und fleißig; sie wurden in einem Talentcampus gesammelt und einen Monat lang besonders gefördert; zu ihrer Überraschung waren das eher Jugendliche aus Afghanistan als solche aus Syrien, von denen alle behaupteten, sie wären so gebildet und kultiviert.

Leider musste die Gruppe die Herberge räumen und weit weg in die Stadt ziehen, doch soweit sie sah, kümmerte man sich wirklich gut um sie; nur dass der Weg zur Schule, also der Willkommensklasse so lang werden würde, hatte man nicht bedacht.

Es gab ein Abschlussfest mit persischem, afghanischem und deutschem Essen (Letzteres: Hähnchenschenkel mit Pommes). Wir – die Lehrer, die Sozialarbeiter und die Betreuer – stürzten uns auf Humus, die vielfältigen Salate und die Auberginen-Zubereitungen, die köstlich und bunt auf einem Buffet aufgebaut waren; die Jungs beluden ihr Teller mit Pommes, Hähnchen, Ketschup und Mayonnaise; jedem das seine, dachte sie. Selbstgebackener Kuchen und Süßes, auch Obst waren von den Lehrern mitgebracht worden. Die Jugendlichen halfen bei den Vorbereitungen, und sie hatten einen Film über ihren ersten Aufenthalt in Berlin gedreht. Das schöne dabei war, dass sich wirklich alle gegenseitig kenngelernt hatten. Die afghanische Gruppe wusste inzwischen, welche Städte es in Syrien, dem Irak gab und umgekehrt; sie wohnten immer noch in getrennten Zimmern unter sich, doch es waren auch Freundschaften quer zu den Nationalitäten geschlossen worden; auch die wenigen Schwarzen fühlten sich wohl in der Gruppe.

Nachdem die Aufgabe in der Jugendherberge zu Ende gebracht war, tat sie sich um, wo sie weiterhin Jugendliche unterrichten konnte. Sie fand in einem anderen Unterbringungsort Gruppen von Teenagern, die mit ihren Familien gekommen waren. Sie warteten länger auf die Aufnahme in die Wilkommensklassen. Ihr fiel auf, wie viel unbeschwerter und einfach netter sich in einer koedukativen Klasse mit Mädchen und Jungen unterrichten ließ. Sie waren alle auch ruhiger und „normaler“, unaufgeregt – wie viel doch die Anwesenheit von Angehörigen bedeutete, sah man hier ganz deutlich. Die Jungs räumten sogar den Klassenraum auf, fegten den Gang ohne Murren, und die Mädchen brachten Lächeln und Lockerheit, auch Schönheit in die Klasse.

Sie dachte, bei gut organisierter Hilfe würde man diese Jugendlichen leicht in die heutige deutsche Gesellschaft integrieren können. Man musste sich nur weiterhin sehr intensiv um sie kümmern, sie begleiten und fördern, auch persönlich, jeden Tag. Viele von ihnen schienen sowieso von der westlichen Kultur fasziniert zu sein, kleideten sich in Jeans und Nike-Sportschuhe, dazu kamen bei den Jungen die in ihren Augen besonders hässlichen modernen Frisuren. Die Mädchen trugen ihre Kopftücher sehr locker, es lugten immer Haare hervor, und ihre engen Pullover und Jeans beinahe gleich aus wie hier üblichen. Wichtig war, dass sie dieses „beinahe“ nicht als Demütigung empfanden, sich ihrer Vergangenheit nicht schämten und einen Weg für sich zu finden schienen.

Besonders für die Mädchen würde das viele Chancen eröffnen; sie würden dann ihr eigenes Leben leben können, entscheiden, was sie lernen und ob sie Familien gründen, arbeiten oder beides zusammen versuchen wollten. Sie dachte, dass man ihnen das kommunizieren müsse, immer wieder vor Augen führen, damit sie sich nicht in ihrer Vergangenheit gefangen und daran gebunden fühlten. Dazu würde man viele Lehrer, Begleiter brauchen; sie würden sich nicht so schnell auf dem Arbeitsmarkt durchsetzen, aber mit genug Geduld und Offenheit würde man ihnen etwas Neues für sie entwickeln können. An jungen Psychologen, die nur darauf warteten, alle in jeder Lebenslage zu beraten, fehlte ihres Wissens nicht; man musste sich nur eben auf diese Situation wirklich einlassen und die Jugendlichen fördern, unterstützen und informieren.

Und dann das große, alles übergreifende Wort „Integration“. Dazu fiel ihr nur eine Anekdote ein, ein Witz: Ein Flüchtling begegnet eine gute Fee und klagt über sein schweres Schicksal und das Leben in der Fremde. Darauf sagt die gute Fee zu ihm: „Dann will ich dir helfen. Ich erfülle deine drei Wünsche sofort“. Der Flüchtling denkt nicht lange nach. Er sagt: „Ich will ein schönes Haus haben“. Und schwupp die wupp steht ein schönes Haus vor ihm. Dann sagt er: „Ich brauche natürlich auch ein schnelles, schickes Auto“. Auch dieser Wunsch wird sofort erfüllt. „Und was ist mit dem dritten Wunsch“, fragt ihn die gute Fee. Ja, sagt der Flüchtling, „ich will ein Deutscher werden, mich nicht mehr fremd fühlen“. Da verschwinden sowohl das Haus als auch das Auto; der Flüchtling schaut die gute Fee ganz erschrocken an: „wohin sind meine zwei Wünsche verschwunden?“. „Du willst ein Deutscher werden? Dann musst du dir das alles schwer erarbeiten, fang gleich an“, sagt die gute Fee ganz ruhig.

 

Eating with Akil

Ewa Maria Slaska

Going out one Friday evening…

Ania and Thomas Alboth, which I presented already as people helping refugees in Berlin, invited friends and friends of friends for …

Syrian cook and us helping 🙂

We gonna have another lecker dinner (5th!!!). The last four were a big fun, food and help. More than 100 people already took part in that, great people with full bellies and fuller brains. If you want to join: click join and bring with you 12 euros (or more). The money will re-fund the shopping and become a salary (the only one) for our Akil. Thanks!!!

So I clicked join, went and took with me 12  or more and tulps and a book from refugee project of Jim Avignon and some beautiful Easter Decoration of Smilla Berlin, which is a wonderfull shop…

Akil (Akeel) Taleb is a Syrian refugee from Aleppo with a long experience of living and working in Dubai, co-habiting by Ania and Tom since September last year. He is actually a car mechanic, but as almost all Oriental men I know, he is an excellent cook.

We were more than 30 plus some 10 children or so. We were perfectly happy and the food was marvellous.

شكرا عقيل

perskidiner (11) perskidiner (10) perskidiner (9) perskidiner (8) perskidiner (7) perskidiner (6)   perskidiner (2) perskidiner (1) I have to confess… wherever I go maybe excluding the senior citizens meeting I am always the oldest one. In a cinema,  by the party, by risk and by fun… On Friday it was no different. So it’s me, the oldest one by the diner, with Ania and Jagoda, selfie made by me in a candle light.

pointylizm

Ach, and something new for cooking – potatoes on a Syrian way. I supposed we eated this:

Mashed Potato With Tahini

  • 2 pounds potatoes, peeled and cut into chunks
  • 7 garlic cloves, peeled
  • 1/4 cup tahini
  • 1 cup plain unsweetened soymilk
  • 1 tablespoon lemon juice
  • 1/4 teaspoon fine sea salt
  • 1 1/2 teaspoon toasted sesame seedsPlace potatoes and garlic in a large saucepan, cover with cold water by 1 inch and bring to a boil. Lower heat, partially cover pan, and simmer until potatoes are very tender, 15 to 20 minutes. Drain, return potatoes and garlic to pan and add tahini. Mash with a potato masher or large fork until very smooth. Place over low heat and stir in soymilk, lemon juice and salt; add a little more soymilk if potatoes are too thick. Spoon into a bowl and garnish with sesame seeds.

Delicious!

perskidiner (5)

Apel w sprawie uchodźców / Appel um Unterstützung für Flüchtlinge

deutsche Version – bitte nach unten scrollen

Szanowni Państwo, Drodzy Przyjaciele, Koleżanki
i Koledzy, Znajomi i Solidarni Ludzie!

Zwracam się z apelem o wsparcie akcji dobroczynnej na rzecz uchodźców. Akcja polega na zbieraniu datków pieniężnych, różnego rodzaju talonów, bonów, darmowych wejściówek na baseny, do akwarium, do ZOO, do muzeum, na wystawy, na koncerty, etc. Szczególnie ważne dla dzieci: np. do Legolandu, na Wieżę Telewizyjną, FEZ (Freizeit und Erholungszentrum), na przedstawienia tetralne (np. kukiełkowe) i wszlkiego rodzaju imprezy umilające życie i pozwalające oderwać się od monotonności pobytu w ośrodku dla uchodźców. Od dwóch miesięcy pracuję w takim ośrodku w dzielnicy Weißensee przy Woelckpromenade 11. Określenie ośrodek jest moim zdaniem zbyt przesadne. Jest to po prostu szkolna hala sportowa zaadaptowana na potrzeby ok 100 osób. Krótko mówiąc brakuje wszystkiego. Grono wolontariuszy robi co może by urozmaicić mieszkańcom czas, jednak większości nie stać na korzystanie z ogólnie dostępnych form rozrywki i rekreacji.

Jeśli jesteście gotowi wesprzeć akcję, proszę pamiętać o tym, że do większości aktywności potrzebna jest zawsze osoba towarzysząca, w przypadku dzieci osoba dorosła, niekiedy dwie gdyż oprócz rodzica nieodzowna jest osoba znająca język, miasto i jego rytm. Byłoby świetnie, by osoby te miały również zapewnione np. darmowy wstęp. Akcja ta jest moją prywatną inicjatywą. W porozumieniu z Polską Radą Społeczną, której byłem wieloletnim pracownikiem i wciąż jestem jej członkiem, uzgodniliśmy, że najprościej będzie ewentualne datki pieniężne przelewać wpłat darowizn na konto tej właśnie organizacji:

Polska Rada Społeczna
http://www.polskarada.de
Oranienstraße 34, 10999

Tel.:     0049 30 / 6151717 
Fax:     0049 30 / 61659288 
E-mail: polskarada@polskarada.de

Konto:
Polnischer Sozialrat e.V.
Deutsche Kreditbank AG Berlin
IBAN: DE 5512 0300 0000 1838 8306
BIC: BYLADEM 1001

Tytuł przelewu: Filet-Refugees

W przypadku talonȯw, bonȯw, wejściówek itp. proszę o kontakt ze mną lub o przysyłanie mi ich na mój prywatny adres, albo poinformowanie mnie gdzie można je ewentualnie odebrać. Możliwość odbioru „przy wejściu/kasie” jest też do przyjęcia. Wraz z Polską Radą Społeczną gwarantujemy uczciwość i wgląd do dokumentacji wszystkich wydatków. Proszę nie czuć się zobowiązanym do odpowiedzi/odzewu na mój apel. Proszę również o powstrzymanie się od komentarzy negujących słuszność mojej inicjatywy.

Z serdecznym braterskim pozdrowieniem „aby do wiosny!”
Andrzej filet Fikus
Mobil: 0172 32 10 815
filetosz@yahoo.de

refugees-welcome

Naszywka na swetrze sfotografowana podczas urodzin przyjaciółki / gesehen bei einem Geburtstag (Foto EMS)

An alle Damen und Herren, Freunde und Kollegen und solidarischen Mitmenschen,

die Flüchtlingskrise hat bereits seit längerem Berlin erreicht und rückt die Multikulturalität der Stadt mit seinen vielen Herausforderungen, aber auch Chancen immer mehr in unser tägliches Bewusstsein.

Persönlich wird mir dies seit meiner Arbeit in einer Unterkunft in Berlin Weißensee immer deutlicher. In dieser sogenannten provisorischen ‘Unterkunft‘ in einer ehemaligen Schulsporthalle fehlt es an allem. Vor allem aber an Abwechslung vom tristen und monotonen Alltag und der Bewältigung von Traumata und Flucht.

Gemeinsam mit euch möchte ich bei der Integration dieser Menschen mithelfen und durch kleine Lichtblicke ihr Leben in der Fremde aufhellen und mit Lebensfreude füllen.

Diese Lichtblicke können in Form von euch eingereichten Gutscheinen, Spenden bzw. Eintrittskarten für sportliche, kulturelle und ähnliche Aktivitäten geschehen. Egal ob Tickets für den Besuch im Schwimmbad, Zoo, Museum, Aquarium, Legoland, FEZ (Freizeit- und Erholungszentrum), Theater, Fernsehturm oder Kino – mit jedem eingereichten Ticket oder Gutschein können wir Kinder- und Elternherzen höher und glücklicher schlagen lassen.

Anregungen und Ideen für Ausflüge oder Freizeitangebote in Berlin könnt ihr unter

www.visitberlin.de/de/erleben finden.

Bitte denkt auch an Begleiter wie Übersetzer oder Kinderbetreuer, denen ein Eintritt mit einem Gutschein oder gekauftem Ticket erleichtert werden kann.

In freundlicher Zusammenarbeit mit dem Polnischen Sozialrat wurde für alle eingehenden finanziellen Unterstützungen ein Spendenkonto bereitgestellt.

Adresse und Kontodaten hierfür sind wie folgt:

Polska Rada Społeczna
Oranienstraße 34, 10999 Berlin
www.polskarada.de
Tel.: 0049 30 / 6151717 Fax: 0049 30 / 61659288
E-mail: polskarada@polskarada.de
Spendenkonto
Empfänger: Polnischer Sozialrat e.V.
Bankinstitut: Deutsche Kreditbank AG Berlin
IBAN: DE 5512 0300 0000 1838 8306
BIC: BYLADEM 1001
Betreff: filet-refugees

Gespendete Gutscheine können außerdem an meine Postadresse geschickt bzw. bei der Kino- oder Theaterkasse etc. hinterlegt oder von mir persönlich bei euch entgegen genommen werden. Bitte zögert nicht, mich bei Rückfragen zu kontaktieren oder per Mail mit mir in Kontakt zu treten.

Persönliche Daten:

Andrzej Fikus
Böhmische Str. 48/ II
12055 Berlin
Tel. 030/ 61 35 900
Mobil: 0172 32 10 815
E-Mail: filetosz@yahoo.de

Alle Spenden werden von mir und dem Polnischen Sozialrat ehrlich und transparent behandelt und zu 100% für die oben beschriebenen Aktivitäten verwendet werden.

Dieser Aufruf soll keine Verpflichtung zum Spenden darstellen, sondern Anstoß zum Helfen und Nachdenken geben.

Ich bitte außerdem von Kommentaren, bezüglich dieser Aktion abzusehen und appelliere an eure Mithilfe, Solidarität und Gemeinschaftsgefühl.

Ich verbleibe mit solidarischem Gruß und ‘aby do wiosny‘.

Listy z wanny

r.d. pisuje u nas mniej więcej raz na rok, czasem dwa razy, nieodmiennie budząc oburzenie osób dobrze wychowanych, bo słownictwo ma, no… ma, jakie ma. ale jak się wczytać, a nie obruszać, to pod spodem… no, to pod spodem szczera prawda. ostatnio został dziadkiem i podpisuje się z niemiecka opa r., ale to on.

hallo,

po przyjeździe ze szczecina z pogrzebu mojego starego kumpla (40 lat znajomości), rozchorowałem się na dobre.
katar, kaszel, gorączka (w szczecinie w obu kościołach było strasznie zimno, a na cmentarzu szalał wiatr).
ponadto na stypie tak się upiłem, że do berlina wróciłem prawie na czworaka. szczęście, kurwa, że mnie w pociągu nie okradli. miałem przy sobie fajny “elepstryczny” aparat fotograficzny ze zdjęciami z tego tragicznego dnia.
moja muza g. opierdoliła mnie dopiero następnego dnia. pierwszego i tak by do mnie nic nie dotarło.
ale wracając do przeziębienia. dzisiaj wlazłem do wanny i walnąłem cztery stakanki czeskiej beherovki. mam nadzieje, że już wyjdę na prostą.
(jeżeli chcecie obrazić czecha, to pochwalcie słowacką demänovkę jako lepszą od becherovki, a jeżeli chcecie mieć wroga w słowaku, to powiedzcie, że becherovka jest lepsza od demänovki. ja nigdy tego błędu nie popełniam i zawsze mam serce czecha/słowaka w kieszeni.)

w wannie czytałem sobie (po polsku) analizę twórczości tadeusza kantora. dowiedziałem się trzech rzeczy, które może i kiedyś już wiedziałem, ale zapomniałem:
– teatr “cricot” to pisany “z francuska” anagram od “to cyrk”
– o żydowskim pochodzeniu kantora, napisane było “od początku lat 40 mieszkał w krakowskim getcie” (pisane przez jedno “t”). kurwa, taki idiotyzm, “mieszkał” i “geto”, może napisać ktoś głupi, albo bardzo mody. w gettcie się nie mieszkało. tam człowieka zsyłano, osiedlano, zakwaterowywano lub zmuszono do pobytu.
– autorka napisała, z czym się zgadzam, że kantor w swoich działaniach (plastycznych i teatralnych) “ciosał, szlifował i studiował swoje wnętrze”.
zacząłem przemyśliwać tę analizę i wykrzyknąłem jak jakiś archimedes z wanny: “heureka!!!”
toż to za socjalizmu, zdążającego do komunizmu, za najbardziej szalejącej cenzury, w PRL, tworzono teatry na miarę światową, które coś do niego (światowego teatru) wniosły a niekiedy nawet i zrewolucjonizowały (kantor, szajna, grotowski). a teraz?

później przerzuciłem się na najnowszy numer miesięcznika “jazz forum”. czytam/prenumeruje go już 50 lat. kurwa, jak ten czas leci. niesamowicie szybko. niezadługo pójdę/pójdziemy w ślady mojego kumpla. tak nawiasem to jego żonę znam dłużej. pod koniec lat 60, jako student, miałem ćwiczenia z metaloznawstwa w zakładzie odlewnictwa, gdzie właśnie alina, kobieta o oryginalnej i fascynującej urodzie (i dlatego wszyscy studenci ją na wsze czasy zapamiętali), była asystentką.

pod koniec stycznia byliśmy (g. i ja) 8 dni na nartach w austrii. (30 raz w tej samej wiosce i 30 raz w tym samym pensjonacie).
ja, jako profesor mniemanologii stosowanej oraz socjolog amator, prowokowałem z naszymi znajomymi rozmowy na temat “uciekinierów”. nie spotkałem nikogo, kto byłby pozytywnie nastawiony do tej problematyki. syn naszej znajomej jest oficerem w armii austriackiej, która została teraz odkomenderowana na granicę niemiecką do regulacji tego “przepływu” (gdyż służby graniczne i celne zostały już dawno zlikwidowane). żaliła się nam, iż z przerażeniem obserwuje, jak jej syn się teraz radykalizuje. te “uciekiniery” traktują austriackie urzędniczki poniżej kozy i aby wzmocnić swe arabskie argumenty, ponieważ nie znają niemieckiego, plują na nie. niekiedy zdarza się, że taki uciekinier zwraca się (po angielsku) z pytaniem: “a gdzie są klucze?”, “jakie klucze?”, “no do tego domu, który mamy otrzymać!”

3-tu-bylemnajlepszy numer udało mi się “wykręcić” w tamtejszej cukierni/piekarni/kawiarni. raz się żyje i grażyna poszła kupić ciastka. towarzyszyłem jej i po wejściu do cukierni powiedziałem “grüß gott… niech będzie pochwalony, my jesteśmy uciekinierzy z syrii i przyszliśmy spytać, co można u państwa otrzymać za darmo”. mieliśmy szczęście, była nowa sprzedawczyni, która nas nie znała. i ona, i siedząca przy stoliku para, popatrzyli na nas z takim obrzydzeniem, jakbyśmy byli gównem pływającym na powierzchni wody wypełniającej wannę, w której zaraz będą zmuszeni się wykąpać. w tym momencie usiłowałem wszystko zamienić w żart, co tylko jeszcze wzmogło podejrzliwość obecnych, którzy nie potrafili ocenić, co jest żartem.
następnego dnia g. poszła znowu kupić ciastka, raz się żyje, i wtedy była już nasza stara znajoma, gdy jej opowiedziałem epizod z dnia poprzedniego, śmiała się do rozpuku.

2-jazda-na-dol
no nic, idę spać.

opa r.

p.s. jak tak sobie niekiedy popatrzę, poczytam, posłucham w “internetowniku” tego, z czym się teraz w prl-bis produkują niejakie kukizy, ziobry czy maciarewicze, to dostaje odruchów wymiotnych.

List otwarty do Ministra i innych takich, co…

Najpierw posłuchajcie


teraz poczytajcie TU, a pod spodem pytanie do dyskusji: co o tym sądzicie?

Styczeń 2016, Berlin, Kolonia, Weimar…

List otwarty

do Ministra Edukacji
do Dyrektorów i Nauczycieli polskich szkół, a także rodziców i uczniów oraz wszystkich, którym nie jest obojętne

od Polaków mieszkających w Niemczech

Szanowne Panie i Panowie, drodzy Rodacy,

z ogromnym smutkiem, ale już też przerażeniem, obserwujemy wszystko, co w ostatnich miesiąch dzieje się na linii współpracy polsko-niemieckiej. Do każdego z nas docierają z Polski pytania od znajomych i nieznajomych: “czy w Berlinie jest bezpiecznie?”, “czy możemy jeszcze spędzić weekend w Niemczech, zanim będzie za późno?”, “co powiedzieć rodzicom, którzy rezygnują ze szkolnej wymiany polsko-niemieckiej?”, “jak przekonać nauczycieli, którzy nie chcą brać udziału w wycieczce za Odrę?“

To z jednej strony.

Z drugiej, tej niemieckiej, padają pytania: “czy w Polsce jest jeszcze bezpiecznie dla obcokrajowców?”, “czy mogę pojechać do Warszawy, jeśli mam ciemniejszą karnację?”, “czy moje dzieci na wycieczce klasowej nie doświadczą ogólnie dostępnego i akceptowalnego rasizmu?”

Mamy tego dość. Chcemy wspólnie przeciwstawić się strachowi! Strachowi podpartemu niewiedzą. Nie może tak być, żeby sąsiedzkie kraje tak bardzo się siebie bały.

Chcemy wypełnić pustkę, która wciąż panuje w Polsce. Wypełnić zaufaniem, wiedzą i doświadczeniem. Doświadczamy wielokulturowości na co dzień. Mieszkamy w niemieckich miastach, nie rozróżniamy ludzi na tych z jaśniejszą i ciemniejszą karnacją. I marzy nam się, żeby w naszej Polsce też tak było.

Nasze dzieci uczą się języka polskiego, czytają polskie książki i spędzają w Posce wakacje. Wielu z nas rozważa powrót do kraju. Ale do kraju otwartego na świat, otwartego na inność. Wierzymy, że to właśnie szkoły mogą zdziałać cuda. Pokazać, wytłumaczyć, zachęcić i uspokoić: swoich uczniów i rodziców. Szkoły i cały system edukacji, muszą przeciwdziałać nienawiści i nie pozwolić Polsce i jej obywatelom, także tym najmłodszym, by stały się prowincją Europy i świata.

My, Polacy w Niemczech

Reblog: “Eva, auch du wirst das Patriarchat hier in diesem Chaos nicht ändern können!”

Wie die Autorin arbeite auch ich in einem Flüchtlingswohnheim. Vieles, was sie hier beschreibt, scheint mir klischeehaft, vieles habe ich nie bemerkt, ist mir nicht passiert. Es ist mehr in diesem Text und zugleich zu wenig, viel zu wenig. Der Text ist kontrovers. Mehr noch, er hat mich irritiert. Aber ich finde es gut, dass es auch solche kontroverse Texte veröffentlicht werden, weil es tatsächlich viele Probleme gibt. Nicht nur unter und mit den Flüchtlingen, auch mit den Nutznießer und Profiteure der jetzigen Flüchtlingskrise, und das sind nicht nur reine kapitalistische Ausbeuter, weil es auch vermeintliche Gutmenschen sind oder diejenige, die sich angeblich für sie einsetzen sollen. Es bleiben noch viele Fragen, die hier nicht gestellt wurden, viele Beobachtungen, die stärker und präziser in die Gesellschaft geschickt werden müssen.

Ich sehe sie, bin aber durch unterschriebene Schweigepflichterklärung gebunden. Daher hier nur eine der vielen Fragen, eine, die mich seit Wochen um den Schlaf bringt.

In “meinem” Wohnheim zähle ich die Mädchen und Jungs, weil ich wissen möchte, wie viele Puppen und wie viele Autos vor Weihnachten zu kaufen gilt. Mit Schrecken stelle ich fest, dass bei uns ca. 60 Kinder wohnen, davon 45 sind Jungs und 15 – Mädchen! Statistisch unmöglich!  Ich frage rum herum, kein Mensch kennt die Antwort.

Wo sind die Mädchen?

Eva Quistorp

25.01.16

Mich nervt die sture Borniertheit vieler Männer

Wallraff-mäßig gehe sie vor, sagt die Autorin, die in einem Berliner Flüchtlingsheim arbeitet. Täglich muss sie mit den Männermassen klarkommen, ohne zu resignieren. Denn sie will Frauen helfen.

In der Kantine: ein Raum voller Männer, das ist eine europäische Frau nicht mehr gewohnt
Foto: E. Quistorp

Nein, ich bin nicht als sogenannter Gutmensch oder Vertreterin der euphorischen Willkommenskultur Ehrenamtliche geworden im Flüchtlingshaus in Berlin.

Ich ging nicht naiv in das Flüchtlingsheim, sondern eher wallraffmäßig auf feministisch, wusste, dass sexuelle Belästigung auch älterer Frauen durch die vielen jüngeren Männer kommen kann, dass sie Frauen ohne Schleier bedrängen könnten und auch die „eigenen“, falls sie allein geflohen sind. Ich wusste, dass einige Frauen auf der Flucht schon, wie Amnesty International jetzt bestätigt, vergewaltigt wurden. Ich wusste, dass die Väter dazu neigen, ihre Kinder zu schlagen, um die Kontrolle und Macht zu behalten.

Ich war schockiert, als ich merkte, wie wenige Familien und Männer direkt aus Syrien oder dem Krieg kommen, wie von Politik und Medien immer behauptet wurde.

Keine Frau spricht hier offen mit mir

Viele junge Männer sind aus Pakistan, aus dem Irak, aus dem Iran und die meisten aus Flüchtlingslagern in der Türkei oder dem Libanon, weshalb sie zu dem Haus, in dem sie jetzt in Zweier- oder Dreierzimmern wohnen, auch immer noch “Camp” sagen.

Ich kann den Frauen nicht einfach so Fragen nach sexueller Gewalt stellen. Wenn ich ihnen helfen will, muss ich behutsam sein. Ich muss viel Zeit und Geduld mitbringen, erst einmal Vertrauen und Stabilität einer Beziehung aufbauen.

Die Sozialarbeiterinnen und die Frauen im medizinischen Flüchtlingsdienst können zwar sichtbare Wunden feststellen, falls die Frauen überhaupt zu ihnen kommen. Doch die unsichtbaren Wunden sehen sie nicht.

Kaum eine Frau geht mit ihren Ehe- und Sexualitätsgewalterfahrungen zu einem Sozialarbeiter oder einer Ärztin hier. Schon viele Übersetzer sind Männer, die nicht gerade sensibel wirken. Die meisten Helfer bräuchten selbst erst einmal einen Sensibilisierungskursus!

Eva Quistorp mit einer großen Familie. Die Frauen haben, wenn sie älter als 27 sind, mindestens drei bis fünf Kinder. Die Mädchen müssen helfen, die Jungs dürfen spielen. Kennen wir das nicht auch von früher?
Foto: E. Quistorp

Schauen Sie sich doch die Security-Leute in den Heimen an. Viele sehen aus wie Türsteher vor Discos, nicht gerade wie Vertrauenspersonen, die man wegen Missbrauchs von Mädchen ansprechen kann.

Einer mit Salafistenbart wollte mich, breitbeinig dastehend, einmal nicht ins Haus lassen und behandelte mich, als sei ich eine Hexe. Inzwischen ist er zum Chef aufgestiegen und hat sich rasiert.

Nach dem täglichen Gang an den Sicherheitsmännern vorbei bin ich oft schon geschafft, weil ich es gar nicht mehr gewohnt bin, mich in einem so männerdominierten Milieu zu bewegen.

Als ich mir das erste Mal die lange Schlange von jungen Männern vor der Kantine ansah, wurde mir mulmig. Weniger, was sie mir antun könnten, sondern was sie wohl bei dem überstandenen Frust während der Flucht, bei dem Druck, unter dem sie stehen, Geld zu verdienen, denken.

Sie müssen lernen, mir die Hand zu geben

Was, wenn sie hier nicht klarkommen, die Welt nicht mehr verstehen und sich weiter durchschlagen in unserer Gesellschaft – wie auf einer ewigen Flucht? Die Männer aus der syrischen Mittelschicht, die öfter auch mit ihren Familien da sind, oder Studenten sind anders.

Ich gehe an der Menge der Männer vorbei, ohne den Blick zu senken, mit sicherem Schuhwerk, bunter Kleidung, meist mit offenem Haar. Ich lasse mir das laute Lachen, das Händeschütteln nicht nehmen, teste die Männer.

Sie lernen bei mir, einer deutschen Frau die Hand zu geben, auch zu fragen, wie es ihr geht. Einige Männer, aus Afghanistan meist, strecken mir nur ihren Arm mit Pullover hin. Die Hand zu geben ist wohl schon unrein und zu nah an der weiblichen Sexualität.

Doch gleichzeitig scheint es ein Doppelleben im Heim zu geben, wie Huerdem, die Sozialarbeiterin, die Türkisch und Arabisch spricht, mir sagte. “Abends und nachts brodelt hier das Liebes- und Sexleben. Es gibt neu Verliebte, was natürlich Spannung bringt.”

Kinder werden von ihren Vätern verprügelt

Die Männer wissen alle, wo die Frauen wohnen, die alleine geflohen sind. Zwei Frauen haben mich schon gefragt, wie sie abtreiben können. Sie lacht dabei, als ginge es um das freiheitliche Leben in Prenzlberg.

Seit Kurzem gibt es sogar Mädchen, die schon mit neun Jahren ein Kopftuch tragen, eines sogar schon mit vier Jahren, was eindeutig wahabitischer Einfluss ist.

Eine Afghanin hat mir aufgeregt erzählt, dass ein Vater sein Mädchen schlimm schlägt und es zwingt, darüber zu schweigen. Er drohe ihm mit Abschiebung und will es mit sieben Jahren zurückschicken, um es früh zu verheiraten. Was tun?

Der Kinderschutz reagierte wie ein Trampeltier, vollkommen ineffektiv kamen sie spät am Abend, brachten einen Teddybären mit und befragten in Anwesenheit des Vaters das Kind. Was soll das? So wird doch der schlagende Vater nur lernen, besser aufzupassen und den Nachbarn zu verbieten, irgendetwas zu sagen.

Seitdem ich das weiß, fühle ich mich auch von Männern, die mir nichts tun, irgendwie betrogen und bin angespannt, weil es ein Doppelleben zu geben scheint, das ich nicht durchschauen kann.

Die Frauenärztin wartet oft stundenlang umsonst auf Frauen und Mädchen. Einmal reichte es Huerdem, und sie klopfte an die Türen und rief mit drohender Stimme: “Ihr müsst jetzt alle sofort zur Frauenärztin kommen!” “Das ist die Sprache, die sie verstehen, Eva”, sagte sie mir.

Für die Kinder ein Spielzimmer, für die Frauen ein Frauenzimmer. Alleingänge und Trennungen haben manchmal Sinn
Foto: E. Quistorp

Ein Aufruf der Ministerin oder von Politikerinnen zu mehr Kinderbetreuung und zu mehr Schutz der Frauen ist wohlfeil. Ministerin Schwesig habe ich auf dem SPD-Parteitag Anfang Dezember letzten Jahres darauf aufmerksam zu machen versucht, jedes Heim brauche mindestens eine Sozialarbeiterin und Ärztin, die auf das Thema sexuelle Gewalt spezialisiert sind und entsprechende Übersetzerinnen haben müssten.

Alle Ehrenamtlichen und Hauptamtlichen müssen zum Thema weitergebildet und auch geprüft werden. Es muss viel genauer hingeguckt werden, ob es auch unter Ehrenamtlichen und Besuchern Männer gibt, die ähnlich wie am Lageso an kleinen Kindern ein Missbrauchsinteresse haben. Da reichen polizeiliche Führungszeugnisse wirklich nicht.

Zettel auf Arabisch gegen Gewalt

Dass in Deutschland bestraft werden kann, wenn ein Mann seine Frau oder sein Kind schlägt, das hängt zwar als Zettel auf Arabisch an der Wand. Aber ich habe das noch niemanden lesen sehen, und selbst das Lesen würde ja nicht reichen.

Das muss zum Diskussionsthema in allen Deutsch- und Integrationskursen werden, mit Apps, Bildern und Rollenspielen und Comics ergänzt werden. Das müssen Autoritäten der Moscheen, der Schulen, der Sport- und Popwelt und eventuell eigene Fernsehprogramme beibringen.

“Beratung” und “Integration” sind große Worte. Haben sie den gleichen Klang auf Arabisch?
Foto: E. Quistorp

Die Erfahrungen, in der U-Bahn verfolgt und gierig angestarrt zu werden, habe ich zum Glück nicht gemacht. Auch schwere Belästigung von Ehrenamtlichen kamen bei uns im Haus, wo es kleine Zimmereinheiten gibt, bisher nicht vor. Eher sind Turnhallen und Zeltlager Brutstätten sexueller und anderer Gewalt.

Ob die Frauen, die zwar die Duschen abschließen können, aber sich in die Masse der jungen Männer begeben müssen, draußen angemacht worden sind, weiß ich nicht. Angst werden sie auf jeden Fall haben. Sie sollten einen eigenen Duschbereich bekommen, und allein flüchtende Frauen sollten ihre
Zimmer abschließen können.

Christinnen werden beleidigt und bedroht

Die Mädchen sollten nicht wegen der Faulheit der Eltern auf die Männertoiletten geschickt werden, die meist offen stehen und mit Papierabfällen verdreckt sind. Die meisten Kinder laufen unbeaufsichtigt herum. Da hilft auch kein Infozettel an der Wand.

Ich fürchte, dass es viel unsichtbare Gewalt und Belästigung gibt. Die Frauen werden aber erst dann reden, wenn sie den Asylstatus haben, eine Wohnung, wenn sie mit der deutschen Sprache auch gelernt haben, ihre Rechte in Anspruch zu nehmen, sich sicher fühlen und wagen können, ihren Männern zu widersprechen.

Es gibt auch syrische Christinnen, die sich als extreme Minderheit im Heim bedroht fühlen, weil sie kein Kopftuch tragen. Eine Polizistin aus Bagdad wurde sogar mit dem “Hals ab”-Zeichen der Islamisten aus Algerien, Afghanistan und des IS-Terrors bedroht, wenn sie sich nicht endlich an die Muslime anpassen würde.

Die syrische Christin Boshra mit Sohn vor Multikulti-Werbung in Berlin. Sie zeigt Tatkraft, will, dass ihr Sohn zur Schule geht. Sie selbst war Chemielehrerin in Aleppo
Foto: E. Quistorp

Sie werden mit dem Abspielen von “Allah Akbar”-Rufen eingeschüchtert und erniedrigt. Auch die Christinnen aus Eritrea sind eher für Gespräche offen, doch auch sie haben zuallererst Überlebenssorgen um ihre Kinder, ihren Mann, eine Wohnung.

Wir müssen besser werden in den Beratungsformen, die Frauen den Weg weisen, über Tabus zu reden, die Angst zu verlieren, sich auf Hilfe zu verlassen, müssen endlich auch die Gewalt gegen Mädchen anzusprechen wagen, statt wegzugucken. Große Sprüche und Kampagnen helfen da nicht.

Extra Zimmer nur für Frauen, die “Frauenzimmer”, sind ein bescheidener Anfang, wo es nicht nur Nähmaschinen gibt, sondern auch Aufklärungsmaterial in allen nötigen Sprachen. Viele sollten Workshops mit dem in Präventionsarbeit gegen Salafisten erfahrenen Ahmed Mansour machen, der erst jetzt langsam in der deutschen Öffentlichkeit in all seiner Kostbarkeit wahrgenommen wird.

Wir werden den Flüchtlingen die Freiheit unserer Frauen erklären müssen, als Nächstes den Karneval. Doch nicht alles in diesem Lande können wir schönreden, indem wir sagen, das seien unsere guten Sitten, der Lebenslust geschuldet, der Ekstase gegen die Herrschaft des öden Arbeitsalltags, der katholischen Kirche oder des Militärs. Das Dschungelcamp und Werbung für Pornos und Prostitution insgesamt als Ausdruck von Freiheit zu verkaufen wird schwer werden.

Die Flüchtlinge geraten in schwere Identitätskonflikte, siehe auch die Karriere von Bin Laden, der vom Lebemann zum Terroristen mutierte. Viele sagen mir deutlich, dass sie fürchten, ihre Töchter würden hier zu selbstständig werden und eventuell nicht jungfräulich bleiben bis zur Ehe. Daher kapseln sie sich ab.

“Mama, wir machen Deutschland kaputt!”

Denn Aufklärung ist für viele Verunsicherung, Kontrollverlust der Väter, Mütter, Ehemänner. Die “taz” macht es sich da zu einfach, die bisherigen Hefte zur Sexualkunde zu nutzen, Sex voraussetzungslos als etwas ohne Eros, ohne Liebe, ohne Kultur, ohne Bindungen. Soll das etwa unsere Leitkultur sein?

Ich werde noch nicht aufgeben. Doch ich war auch schon nahe am Nervenzusammenbruch, denn es sind emotional enorme Belastungen, weil ich mich in diesem Sprachvakuum bewege und in einem Labyrinth undurchschaubarer Regeln. Die Arbeit ist ein Fass ohne Boden, da ständig neue große Gruppen an jungen Männern nachkommen.

Ich werde mehr Grenzen ziehen müssen, denn mich nerven Unzuverlässigkeit, zu hohe Erwartungen, mangelnder Respekt gegenüber meinem Engagement, meiner Zeit, die sture Borniertheit vieler Männer, die Heuchelei gegenüber dem Wunsch nach Sexualität, das Misstrauen gegenüber unseren Regeln der Freiheit.

Ein Afghane, den ich wegen Arthrose zum Arzt begleitete und der mich “Mama” nennt, meinte: “Eva, wenn das so weitergeht, werden wir Deutschland kaputt machen.” Die Gynäkologin im Heim, die ich noch aus der Frauenbewegung kenne, meinte letztens lapidar: “Eva, auch du wirst das Patriarchat hier in diesem Chaos nicht ändern können!”

Uciekinierzy refugees Flüchtlinge

List w sprawie patronatu / ein Brief über Patenschaften

Szanowni Państwo,

w związku z napływem dużej ilości uchodźców zainicjonowany został nowy program pomocy tzw. “Gemeinsam.Schaffen.Patenschaften für das WIR der Verschiedenen.” Poszukiwani są wolontariusze, którzy chcieliby pomóc uchodźcom w integracji i objąć ich swoim “patronatem”. Zainteresowane osoby proszone są o kontakt z Polską Radą Społeczną w Berlinie:

tel.030/6151717

mail: polskarada@polskarada.de

Event na facebooku

PSR_Flüchtlinge

Meine Damen und Herren,

wegen der großen Anzahl von Flüchtlingen wurde ein neues Förderprogramm mit dem Namen “Gemeinsam.Schaffen. Patenschaften für das WIR der Verschiedenen” ins Leben gerufen. Wir suchen nach Freiwilligen, die helfen wollen Flüchtlinge zu integrieren und sie zu unterstützen.Personen, die Interesse haben, können sich gern an den Polnischen Sozialrat wenden:

Tel.:030/6151717

E-Mail: polskarada@polskarada.de

Facebook-Event

z poważaniem
mit freundlichen Grüßen

Dorota Kot
&
Polnischer Sozialrat e.V.
Berlin-Kreuzberg
Städtepartner Stettin-Kreuzberg/Friedrichshain

Polnischer Sozialrat e.V.
Oranienstraße 34
10999 Berlin
Tel.: 0049 30 / 6151717
Fax: 0049 30 / 61659288
email: polskarada@polskarada.de
Öffnungszeiten:
Montag, Dienstag, Donnerstag, Freitag
10.00 – 16.00

patronat-chlopaki

“Wir gehen zum Bowling” / Idziemy na kręgle
Unsere polnische Patin, Iwona, mit den syrischen Jungs aus einem der Flüchtlingswohnheime von AWO / Iwona, polska wolontariuszka, z syryjskimi chłopakami z jednego ze schronisk prowadzonych w Berlinie przez AWO (Arbeiterwohlfahrt)

***

Und noch eine kleine Bemerkung:

Ucieczka do Krainy Minionków

Auf Deutsch: wirschaffenes

Ewa Maria Slaska w imieniu Antona

Zabawy dziecięce

Tytuł pożyczyłam, oczywiście, od Pietera Bruegla Starszego. Rok był 1560. Od czasów starożytnych nikt nie malował dzieci. A on tak. Tak:

Dziś jednak historia całkiem współczesna o zabawach dziecięcych. Z zeszłego tygodnia. Bawimy się z wnukiem, co się odbywa według pewnego, od kilku miesięcy nie zmienianego schematu. Dostaję do ręki jakąś zabawkę wraz z informacją, czy jest ona „dobra” czy „zła”, i z pewną instrukcją wyjściową. Mam na przykład dwie pandy (pandy są “dobre”) i zadanie, by zbudować dla nich dom (to zabawa z tygodnia, gdy prasa podała, że zoo w Berlinie zakupi w Chinach nowe pandy; dla tych, co nie wiedzą informacja, że Berlin miał przez wiele lat dwie pandy, Yan Yan i Bao Bao, które kiedyś niestety zdechły – Yan Yan w roku 2007, Bao Bao w pięć lat później). Proponuję różne wersje domu, gaj bambusowy, namiot z koca, pudełko po butach, a pan reżyser decyduje, czy moje propozycje mu się podobają czy nie. Zaakceptowany domek dla pand okazał się pudełeczkiem-łóżeczkiem ustawionym koło doniczki z bambusami, a pod lampą, żeby misiom było ciepło. Wokół zamieszkały różne inne zwierzęta, krokodyle, delfiny, rekin, słoń, które przypłynęły do zoo arką…

Tym razem miałam wybudować dom z klocków lego. Potem drugi, potem trzeci. Jak się okazało domy stały na wyspie, a wokół reżyser ułożył morze z niebieskich szalików i kocyków. Do brzegu wyspy dobijały po kolei coraz to nowe amfibie. Mieliśmy naprawdę dużą flotę.

ucieczka6

W domach na wyspie zamieszkały różne ludziki lego. Wszystkie były „dobre”. Potem na wyspę napadli „źli”. Byli olbrzymi i pochodzili z innej kategorii lego, takiej, która pozwala konstruować potwory i roboty (dla znawców informacja: lego technics). Był zły zielony Sven (imię jest wspomnieniem po historyjkach o Wickim, małym wikińskim chłopcu), jego kolega – duży zły zielony Sven i jeszcze większy czerwony Sven, też zły.

ucieczka4 Złe Sveny napadły na wyspę i zaczęły burzyć domy. Reżyser zarządził, że „moje” ludziki muszą uciekać, ale niestety wciąż się okazywało, że każda amfibia, którą wzięłam do ręki, nie jest już nasza, bo zajęli ją “źli”. Wreszcie cudem jakimś udało mi się zbudować małą łódkę płaskodenną, zapakować na nią wszystkie moje ludziki i uciec z nimi na morze. Łódka płynęła bardzo niepewnie, było na niej tak ciasno, że wszystkie ludziki musiały stać.

ucieczka1

Dopłynęliśmy do tapczanu przykrytego białą narzutą. Były to Białe Góry, gdzie niestety też czaił się „Zły”. Przebrał się drań, wyglądał jak zwykły ludzik, ale tak naprawdę był „zły” i znowu trzeba było brać nogi za pas i wiosła w dulki. Na szczęście nasza łódka umiała fruwać i dolecieliśmy na szczyt wielkiej góry. „Zły” nas nie dogonił, ale i tak stało się niebezpiecznie, bo to był wulkan i po raz kolejny musieliśmy uciekać przez Białe Góry.

ucieczka3

Chciałam wracać na naszą wyspę, ale okazało się, że jest zrujnowana i nie ma dokąd wracać.

ucieczka5

Wreszcie zobaczyliśmy z daleka spokojny wesoły kraj. Był cały żółto-niebieski. Mieszkały tam minionki i jadły banany. Dopłynęliśmy ostatkiem sił i minionki powiedziały, że możemy zostać. Daliśmy ludzikom banany i położyliśmy je do łóżka.

ucieczka7

Co teraz, zapytałam? Nie wiadomo, odparł reżyser. Zawsze mogą się pojawić jacyś „źli” i zacząć strzelać. A jak trafią, to każdy „dobry” też stanie się „zły” (tak się zdarzyło w jednej z historyjek o smerfach). A co zrobić, żeby nie trafili? To zależy od Królowej.

Okazało się, że musimy opowiedzieć Królowej bajki. Ja mam opowiedzieć „dobrą” bajkę, pan reżyser – „złą”. Jeśli królowej spodoba się moja bajka, to dobrze, ale jeśli wybierze „złą”…

Opowiedziałam w skrócie coś w rodzaju Królowej Śniegu, która mieszkała w Białych Górach, i porwała chłopczyka, dziewczynka go szukała i znalazła, a pomagały jej pszczoły i ptaki. Królowa  podziękowała dziewczynce, przeprosiła chłopczyka i… Chłopczyk natomiast opowiedział o wielkiej czarnej dziurze, gdzie mieszkały czarne wielkie dinozaury (widzieliśmy takiego przed tygodniem w Muzeum Historii Naturalnej, miał na imię Tristan – idźcie zobaczyć). Wielkie dinozaury zjadły wszystkie czarne wrony i wypluły piórka. Tak dużo, że świat stał się cały czarny (tak się zdarzyło w legendach królestwa Chima).

No i co, zapytałam. Którą bajkę wybrała Królowa? Twoją, odparł reżyser. Powiedziała, że ludziki mogą zostać i „damy radę”.

Tak powiedziała: “wir schaffen es”.

ucieczka2

Flüchtlinge – uciekinierzy

Tekstów o uciekinierach coraz więcej. Zgodnie z zapowiedzią będę je więc publikowała w każdą środę, a nie tak jak dotychczas – w co drugą.  Dziś dwugłos Monika Wrzosek-Müller i ja. Mój tekst – po polsku – pod tekstem Moniki. Oba zatroskane.

MonikaWrzosek-Müller

Die Jugendherberge und die jungen männlichen Flüchtlinge

Sie war erstaunt, dass jemand sich über eine so schöne Herberge noch beklagen konnte. Ein Zufall wollte, dass sie da mit ihrem Sohn vor Jahren an einem Vorbereitungskurs für seine Reise nach Kanada teilgenommen und er in der Herberge auch übernachtet hatte. Auf jeden Fall war die Unterkunft sehr schön gelegen, am Seeufer, fast im Wald, mit großem Essraum und allen denkbaren hygienischen Einrichtungen.

Die Jungs, die jetzt dort wohnten, kamen hauptsächlich aus Afghanistan, Syrien, dem Libanon und dem Irak; es gab vereinzelt welche aus Afrika: Ghana und Eritrea. Sie gaben an, unter 18 zu sein, doch sie vermutete bei vielen, dass sie diese magische Grenze schon überschritten hatten. Auf die Frage: „Wie alt bist du?“ kam meistens eine Zahl, die mit dem Gesicht nicht korrespondierte: 15, 16 – und die Gesichter waren eher die von Männern über 20. So einigte man sich auf eine ärztliche Untersuchung, die jetzt das ungefähre Alter feststellen soll. Eigentlich wusste sie nicht, wie man das feststellen konnte; wenn jemand ganz schlimme Erlebnisse hatte, würde er auch älter aussehen. Sie würde, wäre sie Ärztin, diese Aufgabe nur sehr ungern übernehmen.

Die ersten Wochen waren die Sprachgruppen national fast homogen, erstaunlich wie die einzelnen Nationen zusammen hielten; später wurden sie nach Grad und Fähigkeit Deutsch zu lernen eingeteilt. Es kam eine bunt gemischte Gruppe heraus. Eigentlich waren sie lernwillig, manche lernten auch wirklich schnell und konzentriert, aber es gab auch solche, die die ganze Zeit redeten und sich vielleicht gar nicht konzentrieren konnten. Es gab auch großen Bedarf an Alphabetisierung; viele kannten das lateinische Alphabet nicht, bei einigen wenigen hatte sie den Eindruck, dass sie überhaupt lernungewohnt waren.

Es gab viele Lehrer; die Jungs wurden in vier Gruppen eingeteilt und es wurde an allen fünf Tagen der Woche unterrichtet. Nachmittags organisierten die Sozialarbeiter für sie Ausflüge oder Heimkino, sie hatten auch Monatskarten, um mit der BVG zu fahren. Es war schon ein gut durchdachtes und funktionierendes System bei allen, die sich für die Jungs einsetzten. Sie dachte auch, dass es gerade für so junge Leute leichter sein müsse, sich an das Land und die Sitten zu gewöhnen. Bei einigen musste man dann auch hart durchgreifen, damit sie das machten, was von ihnen verlangt wurde. Allgemein waren sie aber eher fröhlich und zuversichtlich – sie dachte: vielleicht doch irgendwie aus besseren Verhältnissen.

Das wichtigste Accessoire war natürlich das omnipräsente Handy mit blinkender Oberfläche, je größer desto besser. Und natürlich versuchten sie am Anfang auch während des Unterrichts am Handy zu fummeln. Dann machte sie die Ansage, dass sie im Flugzeug wären und für die Flugzeit würde das Handy auf Flugmodus gestellt; das kapierten sie erstaunlich schnell und die Handyslagen unberührt; doch kurz vor dem Schluss des Unterrichts rief immer ein digitaler Muezzin sie per Handy zum Gebet und dann war Ende mit der Ruhe und der Schule; wie in ihren Heimatländern die Disziplin in den Schulen gehandhabt wurde, konnte sie sich nicht vorstellen.

Die Weihnachtsparty, die die Deutschlehrer organisiert hatten, war ein voller Erfolg. Die Jungen sangen aus vollen Herzen, sprangen herum und tanzten, führten auch ihre Lieder vor: den Afghan-Rap, die Lieder aus ihren Ländern. Manchmal dachte sie, als sie ganz wild herumtanzten und johlten, das ist jetzt aber zu viel, wir werden es nicht schaffen sie zu beruhigen, und doch endete alles erstaunlich ruhig und gesittet, aufgeräumt und still. Das Bingo-Spiel wurde mit großer Freude mitgespielt, die Lehrer hatten wirklich ein schönes Programm angeboten, mit Weihnachtsgebäck und Früchten und Getränken… die Jungs fühlten sich wohl und mit Aufmerksamkeit bedacht.

Einige wenige gingen schon in die Willkommensklassen, die lernten natürlich am schnellsten, hatten auch in den Pausen Kontakt zu anderen deutschen Jugendlichen. Es war wirklich der beste Weg sie zu integrieren, zusammen mit den anderen lernen, spielen, zusammen sein; sonst waren sie ausgegrenzt und im Ausnahmezustand, das sah man ihnen an. Viele waren apathisch oder sehr nervös und gereizt. Sie stürmten plötzlich aus der Klasse wegen angeblichen oder doch existierenden Durchfall, Nasenbluten etc… Sie versuchte dahinterzukommen: waren das wirkliche Symptome, oder wollten sie gerade aus der Gemeinschaft, aus dem Unterricht raus. Es war sehr wichtig, ihnen Aufgaben zu stellen, bei denen sie auch nachdenken mussten; zusammenzählen, etwas erfinden, mit abstrakten Dialogen und Situationen taten sie sich schwer; aber vielleicht taten sich alle Jugendlichen damit schwer.

Sie wollte zu dem Café-Treffen der Ehrenamtlichen gehen und fragen, wohin die Jungendlichen denn ab Ende Februar verlegt werden würden, was mit ihnen geschehen würde, denn die Betreiber der Herberge wollten für den Frühling keine Flüchtlinge mehr haben. Das war das Mindeste, was sie für sie weiter tun konnte, auch wenn sich nicht nur Erfreuliches im Unterricht ereignete.

Eine von den Deutschlehrerinnen wollte mit den Jungs in ein Supermarkt gehen, um die Sachen konkret beim Namen zu nennen, schauen was sie interessiert, was sie einkaufen, ihnen helfen sich zu orientieren und ihnen erklären, was die Sachen in der Verpackung sind. Sie hat jedem 2,50 € geben wollen, damit sie sich eine Kleinigkeit kaufen könnten. Natürlich hat sie das von ihrem Geld gespendet, wollte nur eine Quittung haben, vielleicht wegen der Steuererklärung… sie hatte das Geld schon einigen ausgegeben, als zwei Jugendliche sie überfielen und ihr den Beutel mit dem übrigen Kleingeld wegrissen und wegrannten. Die anderen rannten ihnen hinterher, es entwickelte sich eine Schlägerei, in der einige verletzt wurden. Sie war völlig entsetzt und meinte, so was wird sie nicht noch Mal versuchen.

Sie dachte bei sich, man soll auf alle Möglichkeiten vorbereitet sein; sie kannte nicht einmal deutsche Jugendliche gut und wusste nicht, wie die in einer Gruppe funktionieren. Die Flüchtlinge, nach ihren Erlebnissen in der Heimat und auf dem Weg, und in völlig fremder Umgebung sind natürlich überfordert. Und dann dachte sie weiter: die Aufgaben, die auf uns warten, sind unendlich schwer – damit sie wirklich integriert werden und in Frieden mit sich und mit der Umgebung leben könnten.

Ewa Maria Slaska

Sylwester

Drugą część tego tekstu napisałam przed Sylwestrem. Rzeczywistość mnie jednak dopadła, zanim zdążyłam podzielić się z Wami myślą, że uchodźców wcale nie widać na ulicy. Bo niestety w Sylwestra było ich widać i to w sposób groźny.

Dla kobiety gwałt jest jedną z najbardziej przerażających wizji tego, co je może spotkać. Na szczęście kultura zachodnia od lat tępiła i potępiała gwałty, tak w sferze prywatnej jak i publicznej. Kobiety w Niemczech czy w Europie nie liczą się już z tym, że jest to realna codzienna groźba. Sylwester 2015 pokazał, że może stać się znowu realna i może stać się zjawiskiem społecznym.

Gdy wiadomości o tym dotarły do mediów, w pierwszym odruchu pomyślałam, że to nieprawda, że to prawicowa prowokacja wewnątrzniemiecka wymierzona w rząd Angeli Merkel. Im bardziej jednak doniesienia się mnożyły, tym bardziej, nie wiem zresztą dlaczego, prowokacja prawicowa wydawała mi się mniej realna.

Gdzieś zgwałcona została kobieta w średnim wieku – miała, jak podała prasa, 58 lat. Oczywiście, może jest to pani, która znakomicie wygląda, tak też może być, ale jeśli jest to jednak starsza pani, to znaczyłoby, że był to gwałt wojenny, który nie jest zaspokojeniem potrzeby seksualnej, tylko metodą poniżenia wroga przez poniżenie zadane jego kobietom. Tak gwałciła zwycięska Armia Czerwona tryumfalnie wkraczająca na tereny padających na kolana Niemiec, a jej ideologiem był Ilja Erenburg…

A wtedy mogłoby to oznaczać, że była to prowokacja, ale nie ze strony skrajnej prawicy niemieckiej czy europejskiej, lecz ze strony państwa islamskiego. I że znajdujemy się w stanie wojny. I że rzeczywiście są tu ONi i jesteśmy MY.

I tę myśl zapisałam kilka dnie temu, a następnego dnia również policja niemiecka, wychodząc zresztą nie z przesłanek lecz poszlak i dowodów, doszła do wniosku, że była to zorganizowana akcja ISIS.

Stale powtarzam, przede wszystkim trzeba myśleć.

Czy uchodźców widać na ulicy?

Ludzie z Polski wciąż pytają, czy uchodźców widać na ulicy? A moja odpowiedź, wprawdzie trochę niepewna, brzmi – nie, nie widać. Widać i słychać cudzoziemców, niewątpliwie, i to zarówno tych, którzy mieszkają tu na stałe, jak i turystów. Przede wszystkim zresztą Włochów i Hiszpanów. Ale uchodźców niemal nie widać. Mieszkam naprzeciwko nieczynnego lotniska Tempelhof, oddzielonego od ulic Tempelhofer Damm i Columbiadamm wielkim prawie stuletnim budynkiem, kiedyś najdłuższym budynkiem na świecie. Teraz podobno jest jakiś dłuższy.


Ja mieszkam po drugiej stronie ulicy, na samym prawym końcu tego gmaszydła. W tym budynku ulokowano w listopadzie kilka tysięcy uchodźców, głównie samotnych mężczyzn, czekających na przeniesienie do jakiegoś bardziej przychylnego ludziom miejsca. Pewnej soboty miały tu miejsce bójki, o których donosiła prasa na całym świecie. A ja co? A ja, choć mieszkam od nich o rzut beretem, początkowo nawet ich nie widziałam. Oni wchodzą do siebie głównym wejściem, wysiadają więc przystanek wcześniej niż ja – bo wejście główne i boczne oddziela odległość całej stacji metra. Moja jest dziś całkiem niepozorna, ale w latach 20 wysiadali tu robotnicy budujący lotnisko. Były ich tysiące. Szli do pracy 17 tunelami!

Oni i ja korzystamy z tej samej linii metra, a jednak początkowo w metrze też ich nie było. Raz, gdy szłam na dworzec o 4 w nocy, spotkałam jednego zbłąkanego, szukał drogi do najbliższego szpitala, którego adres ktoś mu nieporadnie zapisał na świstku.

Teraz w budynku ulokowano ponad dwa tysiące uchodźców, w przyszłości ma ich być nawet siedem tysięcy. Jest ich teraz, po kilku tygodniach, może troszeczkę więcej w metrze. Widocznie się oswoili i otarli, dostali bilety na komunikację miejską, odważają się więc, wychodzą ze schroniska, zbaczają z utartych tras prowadzących do urzędów. Ale nadal widzę ich niewielu. Nawet w pobliskim sklepie, który zasadniczo jest i ich, i mój, ich nie ma. Jak się czasem spotka jakichś cudzoziemców, to najdalej przy kasie okazuje się, że mówią dobrze po niemiecku i są na pewno berlińczykami od dawna.

Pracuję z uciekinierami, pracowałam z nimi wiele lat, między innymi  w ogromnym schronisku dla tysiąca ludzi, ale nawet ja nie umiem sobie wyobrazić, jak może wyglądać taki moloch, gdzie zakwaterowano dwa, trzy, cztery, pięć tysięcy osób. Oczywiście – w ogromnym pustym gmachu jest dość miejsca, aby pomieścić tysiące ludzi. Ale jak ich karmić, jak mają się kąpać, jak załatwiać potrzeby fizjologiczne? Jak sprzątać? I co mają robić? To chyba główne pytanie – co mają robić, żeby nie zwariować w tym natłoku cudzej obecności i niedoborze sensownego zajęcia?

To niesamowite – tylu ich jest wśród nas, a my ich nie widzimy. Z jednej strony zaskakujące, z drugiej pocieszające. Najwyraźniej taki organizm miejski jak wielokulturowy Berlin, z jego prawie czterema milionami mieszkańców, jest w stanie bez śladu wchłonąć sto tysięcy przybyszów.