Adventssonntag beginnt am Samstag

Hans-Jürgen Moder

Weihnachtliche Holzschnitzkunst aus Polen in Magdeburg

Über 20 polnische Holzschnitzer zeigen derzeit ihre sinnenfrohen wie tiefsinnigen Kunstwerke, viele davon Unikate, in der Stadt am Elbestrom. Große Namen sind darunter, von Stanisław Apriasz, Adam und Eugeniusz Zegadło, Magdalena und Andrzej Wojtczak, über Józef Szypuła, Jan Mika, Stanisław Hołda bis zu Wojciech Oleksy und anderen. Das ist eine kleine Sensation.

Ohne den Magdeburger Sammler und Liebhaber naiver Kunst Hans Gieraths hätte ganz sicher keiner der Künstler und kaum eines der Stücke je den Weg nach Magdeburg gefunden.

Der Passion des pensionierten Theologen und seiner Ehefrau Edeltraud ist es zu danken, dass ihr beider jahrzehntelange Sammelleidenschaft aus Magdeburg ein Mekka polnischer naiver Schnitz- und Malkunst im Osten der Republik gemacht hat. Aus über Jahrzehnte gewachsenen Freundschaften sind inzwischen viele und vielbeachtete Ausstellungen entstanden.

Schnitzen ist in Polen ein jahrhundertealtes und immer noch sehr lebendiges Kunsthandwerk. In vielen Dörfern zwischen den Beskiden und den Bieszczady trifft man auf Holzschnitzer. Weit über tausend Menschen sollen es noch sein. Die Berufskünstler sind vor allem im Verband der Volkskünstler organisiert. Die Laienkünstler aber leben überwiegend in abgelegenen Dörfern.

Was dort entsteht, ist selten ein Serienprodukt, sondern oft noch unverwechselbarer Individualstil. Naive Kunst eben, entstanden und verstanden als Kunst des Einzelnen und Ausdruck unkomplizierter, vereinfachter Darstellung. Der Künstler öffnet uns auf der Suche nach dem unverdorbenen Ursprünglichen sein Herz und seine Seele.

Wer darauf neugierig ist, wird im Allee-Center Magdeburg bis zum 24.12.2015 viele Entdeckungen machen können. Die dort gezeigten Kunstwerke sprechen mit uns. Ihre Botschaften lassen sich entschlüsseln: Mit dem Strom – gegen den Strom; Hoffnung und Zuversicht; Flucht und Zuflucht. Das, was uns nicht nur in der dunklen Jahreszeit, sondern über’s Jahr hinaus bewegen sollte.

schnitzkunst_alleecenter_besucher

Übrigens lässt sich ab 3.Dezember Stanisław Apriasz aus Grybów beim Schnitzen im Allee-Center über die Schulter schauen. Eine seiner Besonderheiten: Alle Skulpturen sind aus einem Stück Holz geschnitzt.

***

Das Magdeburger Allee-Center liegt an der Hauptverkehrsachse Ernst-Reuter-Allee/Breiter Weg. Das Allee-Center ist sowohl mit dem Auto als auch mit öffentlichen Verkehrsmitteln gut zu erreichen. Von Haupt- bzw. Busbahnhof sind es zu Fuß knapp 10 Minuten.

Zum Nachlesen

Naive Kunst in Magdeburg. Blogspot von Hans Gieraths, Kunstsammler

Privatmuseum der polnischen Volkskunst von Prof. Marian Pokropek. Er gilt als bester Kenner polnischer naiver Kunst

Museum Bielsko-Biała. Exzellente Volkskunstsammlungen

Museum Żywiec. Bedeutende ethnologische Abteilung und Sammlung naiver Kunst

Volkskunstmuseum Paszyn. Einzigartige sakrale und volkstümliche Schnitzkunst aus der Region Nowy Sącz |

Volkskünstler und Holzschnitzer Stanisław Apriasz

Allpolnischer Verband der Volkskünstler

Galerie der Volkskunst

Internetportal Volkskunst

Allee-Center Magdeburg

Fotos:

Alle von der Netzseite Herrn Gieraths, also sein Copyright.

***
Und dazu eine kleine Zugabe aus Berlin:

Betlehem

Halloween, Thanksgiving…

Halloween dopiero co minął, a już nadchodzi Thanksgiving (jutro!)  – dwa amerykańskie święta, potem będzie niemiecki Adwent, żydowska Chanuka i nasze chrześcijańskie święta z choinką, ale na razie wciąż jeszcze Ameryka

Joanna Trümner

Boston

„Po co im potrzebne moje odciski palców?“ – zastanawiam się, grzecznie dotykając czterema palcami miniaturowego ekranu, „A teraz kciuk” – mówi uśmiechając się do mnie młoda Meksykanka, pracowniczka urzędu emigracji USA, decydująca na lotnisku w Dublinie o tym, czy będę mogła wsiąść do samolotu do Bostonu. Stojący za mną teść, 84 lata, jest zwolniony z tej procedury. „W tym wieku już nie trzeba zostawiać odcisków palców” – informuje uśmiechnięta, sympatyczna Meksykanka, tak jakby chciała przeprosić mnie za to, że tylko osiemdziesięciolatkowie i dzieci nie są potencjalnymi terrorystami.

ameryka-boston

Następny dzień spędzamy na zwiedzaniu Bostonu – jednego z najstarszych miast Stanów. Miasto ma przepiękne, historyczne części – eleganckie, zbudowane z czerwonej cegły domy, pełne przepychu kościoły, pierwszy uniwersytet Ameryki i równocześnie jeden z najbardziej elitarnych uniwersytetów świata – Harvard i duszę metropolii. Niewiele wiem o historii tego miasta, które odegrało tak ważną rolę w walce o niezależność Stanów. Dowiaduję się o Tea Party, masakrze w Bostonie, napływie niechcianych tutaj irlandzkich emigrantów, chodząc po prowadzącej przez historyczną część miasta Ścieżce Wolności (Freedom Trail). Zaskakuje mnie ilość młodych ludzi na ulicach i brak potomków niewolników, którzy po tam, jak w Massachusetts w roku 1793 zniesiono niewolnictwo, masowo uciekali do Bostonu.

Wieloryby

Jesteśmy w Maine, płyniemy statkiem po Atlantyku w poszukiwaniu wielorybów. Pani, sprzedająca nam bilety uprzedza, że morze jest burzliwe. Nie bardzo mogę w to uwierzyć, patrząc na spokojną zatokę. Jednak w miarę pokonywanych mil morskich pogoda staje się coraz bardziej sztormowa. Zatrzymujemy się po prawie dwugodzinnej podróży. Statkiem trzęsie potwornie, rzuca człowiekiem po pokładzie. Ledwie mogę utrzymać się na nogach. W momencie, kiedy przechodzi mi przez głowę myśl, że cały ten rejs to nabijanie turystów w butelkę, w odległości pięciu metrów od statku pojawia się wieloryb, patrzy na nas z zainteresowaniem, dając czas na zrobienie zdjęć i odpływa żegnając się fontanną wody.

Wszyscy pasażerowie gromadzą się na jednej stronie statku – morze jest tak niespokojne, że gdyby teraz ktoś wyleciał za burtę, nie byłoby żadnej szansy na wyciągnięcie go z wody. Moje czarne myśli o tym, że statek z wszystkimi pasażerami zgromadzonymi na jednej stronie pokładu przechyli się i zatonie, przerywa krzyk „na lewo!” W odległości kilku metrów od burty pokazują się grzbiety trzech wielorybów. Zwierzaki opływają dookoła statek i zanurzają się prawie synchronicznie w wodzie machając płetwami – wrażenie jest niesamowite – nigdy w życiu nie zbliżyłam się na taką niewielką odległość do tak wielkich i pełnych majestatu istot.

ameryka-wieloryby

W drodze powrotnej – fale nadal rzucają statkiem niemiłosiernie – udało mi się znaleźć miejsce siedzące na jednym z pokładów. Okropnie cierpię na chorobę morską. Przypomina mi się rada znajomego i koncentruję się na uporczywym wpatrywaniu się w linię horyzontu. Gapię się w tę nieruchomą linię, myśląc o tym, że mimo wszystko był to jeden z najpiękniejszych momentów w życiu. Z dezaprobatą patrzę na trzyosobową rodzinę Chińczyków, która pokonana przez chorobę morską, przespała tą chwilę.

W drodze

Wiele godzin spędzamy w aucie, jeżdżąc po pięciu stanach Nowej Anglii – Massachussets, Maine, New Hampshire, Rhode Island i Vermont – ponad cztery tysiące przejechanych kilometrów i dziesiątki godzin spędzonych na oglądaniu wiosek i miasteczek z okna samochodu. Nie da się opisać kolorów Indian Summer – eksplozji różnych odcieni żółci, czerwieni i brązu i widoku wielkich liliowych pól – to nie wrzosy, to plantacje żurawin.

Przejeżdżamy kilometry nie widząc ani jednego domu przy drodze. Mijamy małe miasteczka z jednym lub dwoma kościołami, wśród których najbogatsze wrażenie sprawiają „Królestwa” świadków Jehowy, i cmentarze z miniaturowymi nagrobkami – przy prawie każdym stoi amerykańska flaga. Zaskakujące jest dla mnie to amerykańskie podejście do państwa, pełne dumy, zaangażowania i braku roszczeń. Na przykład akcja „adopt a highway”, w ramach której poszczególne odcinki autostrady sprzątane są przez kościoły, kluby, firmy, nikt nie czeka na to, że zrobi to państwo. Albo renciści, pracujący społecznie w centrach informacyjnych parków narodowych, z dumą opowiadający o swoim regionie.

Mijamy Berlin, Norway, Poland, Hanover, Paris – domyślam się, że nazwy te nadali pierwsi osadnicy z Europy, chcący uczcić w ten sposób swoje ojczyzny.

Obsługa w centrach informacyjnych jest tak uprzejma, że zapominam o umieszczonym na drzwiach zakazie wnoszenia broni do budynku. Trudno mi jest wyobrazić sobie sympatycznego Boba, którego przodkowie przyjechali zresztą z Polski, czyszczącego giwerę, zanim wyjdzie z domu.

Mjamy tak samotne zakątki, że dopuszczam jednak do siebie myśl, że mieszkańcy takiej np. „Least Travelled Road” („najmniej uczęszczanej ulicy” – autentyczna nazwa ulicy z jednym domem w Maine) zaraz po przebudzeniu się sprawdzają, czy broń jest jeszcze na miejscu.

A jednak miałam kontakt z bronią w Stanach. W przeddzień odlotu byliśmy świadkami strzelaniny w centrum Bostonu. Dotarliśmy tam zaraz po fakcie, kiedy na miejsce przyjechały już trzy samochody policji i dwie karetki pogotowia. Po powrocie do Berlina wstukałam do Googla hasło „strzelanina Boston listopad 2015” i otrzymałam przerażającą informację o tym, że w listopadzie codziennie się tu ktoś strzelał.

Praca

Smutnym widokiem są starsi ludzie, którzy zmuszeni są ciągle jeszcze pracować – nie społecznie, z nudów, jak to robi Bob, tylko z konieczności. Pani, u której płacę za dżinsy, ledwie trafia palcami w klawisze kasy – może mieć 75-80 lat. Starsi smażą frytki i hamburgery, sprzątają hotele, obsługują w restauracjach, sprzedają bilety wstępu do atrakcji turystycznych. Starzy i bardzo młodzi wykonują wszystkie te niewykwalifikowane prace za kilka dolarów. W telewizji słyszę o tym, że bezrobocie w Stanach spadło do 5%, wszędzie można znaleść napisy „Hiring Now” (czyli „szukamy pracowników”) – jeżeli jeszcze tylko stoisz na nogach i wiesz, jak się nazywasz to możesz pracować.

Halloween

Dzisiaj mamy do pokonania 500 kilometrów – najdłuższy etap podczas podróży po Nowej Anglii. Znad Atlantyku w Maine w góry White Mountains w Vermoncie. Na śniadanie zatrzymujemy się w McDonaldsie. O tej porze jest dosyć pusto – przy jednym ze stolików siedzi grupa roześmianych rencistów, omawiających ostatnie szczegóły planowanej na wieczór party. Na jednym z krzeseł stoją dwie plastikowe torby z napisem Wallmart.  Do krzesła podchodzi bezdomny Murzyn, ubrany w czarną koszulkę ze śmiejącą się pomarańczową dynią. „Happy Halloween!” – mówi patrząc na nasze pełne talerze. Zabiera swój cały dobytek i udaje się do toalety.

Tablica informuje mnie o tym, że nasze śniadanie ma 1360 kalorii – czyli ponad połowę dziennego zapotrzebowania na energię. Po przeczytaniu tej informacji przechodzi mi apetyt, odchodzę od stołu zostawiając na nim talerz z naleśnikami „Happy Halloween!” Uśmiecham się do Dyni.

Hallowen prześladuje nas na każdym kroku – nie ma domu, przed którym nie stałaby dynia, niektóre ogródki przed domami zmieniają się w scenę, na której stoją figury zmarłych gwiazd show-biznesu.

ameryka-halloween

Moja córka, pracująca od kilku tygodni w Bostonie, spędza ten dzień w Salem. To niewielkie miasto na północ od Bostonu, znane z polowania na czarownice w latach 1692-1693. Ponad 200 osób oskarżonych zostało o „konszachty z dziabłem”, 20 z nich skazano. Miasto, w którym zresztą przez cały rok zwiedzać można domy czarownic, zmienia się w Halloween w wielką paradę miłośników tego święta. Córka opowiada nam potem o tej wielkiej party, pokazując zdjęcia adwokatów, bankierów, policjantów i nauczycieli poprzebieranych za dynie, Frankensteinów i szkielety.

„Mayflower”

Statek z pierwszymi osadnikami wyruszył z angielskiego Plymouth we wrześniu 1620 roku. Na pokładzie znajdowało się 102 pasażerów, którzy po 66 dniach spędzonych na morzu wylądowali w w Provincetown na Cape Cod. Podczas tej podróży urodziła się dwójka dzieci. Dzisiaj zrekonstruowany statek stoi w Plymouth w stanie New Hampshire. Nie po raz pierwszy zachwycił mnie amerykański sposób przekazywania widzom historii – tu aktorzy poprzebierani w oryginalne stroje z tamtego okresu opowiadają o powodach, dla których zdecydowali się opuścić Anglię, o politycznych konstelacjach w Europie i o podróży do Nowego Świata. Nie bombarduje się słuchaczy datami i nazwiskami, a fakty historyczne przemyca w formie anegdot i ludzkich emocji.

Pierwszą zimę koloniści spędzili na statku, który wrócił do Anglii w kwietniu 1621 roku. Po zejściu na ląd połowa kolonistów zmarła w ciągu roku z głodu i gdyby nie pomoc Indian nikt z pasażerów i załogi „Mayflower” nie przeżyłby kolejnego roku. Z pomocą Wampanoagów koloniści nauczyli się uprawiania ziemi, polowania i łowienia ryb. Pod koniec pierwszego lata spędzonego na lądzie w podziękowaniu Indianom koloniści obchodzili trzydniowy festyn dożynkowy, do dzisiaj obchodzony w USA jako tzw. Thanksgiving.

Nazwiskami pierwszych osadników z „Mayflower” nazwano wiele miast w Nowej Anglii.

Polityka

Wieczorami oglądam telewizję, wiadomości z Europy prawie nie ma, natomiast amerykańska kampania przedwyborcza zajmuje tyle miejsca, że mam wrażenie, że wybory są za miesiąc a nie za rok. Przez przeoczenienie kupuję sobie pasek z serii sygnowanej przez Donalda Trumpa – najbardziej kontrowersyjnego kandydata Republikanów na prezydenta USA, który doprowadza mnie do szału arogancją i szowinizmem. Muszę teraz chodzić z paskiem z podpisem tego durnia – a swoją drogą nie wyobrażam sobie, żeby pani Merkel albo którykolwiek z przywódców krajów Unii sygnował np. buty, spodnie albo kolekcje sukienek swoim podpisem.

American Way of Life

Podczas każdego pobytu w Stanach podziwiałam tą amerykańską umiejętność szybkiego nawiązywania kontaktu i grzeczne, pozytywne, czasami naiwne i dziecięce podejście do ludzi.

Ten luz czasami przybiera absurdalne formy – podczas śniadania w hotelach niejeden z gości siedzi w spodniach od piżamy.

Śniadania podaje się na talerzach z plastiku i je się plastikowymi sztućcami, zakupy pakuje się w sklepach w bezpłatne torby plastikowe – ilość zużywanego plastiku jest niewyobrażalna. W Massachussets zaczęto segregować butelki plastikowe i puszki – poza tym w Nowej Anglii nie istnieje żadna forma sortowania śmieci.

Josh, chłopak, który stuknął w nasze auto, jest przesympatyczny. „Zagapiłem się” – mówi rozbrajająco, informując równocześnie o tym, że jego samochodem nie musimy się przejmować, bo należy do mamusi, która jest na Florydzie. W ciągu dziesięciu minut wiem o nim prawie wszystko. Decydujemy się, że nie będziemy wzywać policji, na naszym samochodzie nie ma nawet śladu tej stłuczki. Na pożegnanie Josh podaje nam swój adres i adres mamusi na Florydzie (na wszelki wypadek) i z pewnym smutkiem mówi o tym, że bardzo chciałby kiedyś zobaczyć Paryż, Londyn i Berlin. Wyślę mu na Święta widokówkę z Berlina.

Zaduszki Kresowe

Roman Brodowski

Zaduszki

Szarojesienny, wilgotny wiatr
Tańczący w alejkach cmentarnej,
Zamkniętej ludzką historią,
Unoszonej zapachem niebytu, ciszy

Krzyże wpatrzone w płonące znicze
Białe, żółte kwiecie chryzantem,
Świeżo zerwane gałązki świerku
I ledwo słyszalny głos przemijania.

Melancholia stojąca przy grobach
Zmarznięte dłonie splecione pokorą
I modlitwa za spokojny sen bliźnich
Wysłana nadzieją zmartwychwstania.

I Oni, – przywołani mrokiem pamięci,
Powracający jesienną mgłą tęsknoty,
By odejść z nastaniem chłodnej nocy
– Jak dobrze mieć wspomnienia –

Mateńko

Drzwi do raju jeszcze daleko.
Moje jestestwo nadal płynie,
A ja już czekam, Mateńko
Kiedy obudzisz się ze snu.

Pamiętasz?

Przytulony do twojej piersi
Do twojej matczynej miłości
Karmiłem się mlekiem prawdy
Płynącym z twojego wnętrza

A gdy wyrosły mi skrzydła
Wyfrunąłem w bezkres świata
W celu poznania sensu bytu,
Poznania drogi przeznaczenia

Pamiętasz?

Dałaś mi palto na pożegnanie
Uszyte siłą twojej wiary
Talizman na ciężkie chwile
By chronił moje zwątpienie.

Błądziłem po nieboskłonie
Szukając przystani na wieczność.
Pływałem po morzach bezsensu
Po dogmatycznych tajemnicach…

Pamiętasz?

Szukałem Boga pośród ludzi,
Szukałem w ludziach Jego światła,
A gdy nie znalazłem, odszedłem
Niespełniony jak syn marnotrawny…

Tyle już czasu minęło, Mateńko,
A ja nadal nie pojmuję nadziei,
Codziennie modlę się o wczoraj.
I szukam Ciebie… wśród zniczy.

Ojczyzno

Położyłem bukiet kwiatów,
Zerwanych przy strumieniu,
Na małej leśnej mogile.
Bukiet żółtych kaczeńców.

Okryty w starość kamień
Dźwiga balast historii,
Wyryte słowo – „Nieznany”
I data ur. 1892 – zm. 1916.

Z brzozowych gałęzi
Ułożyłem biały krzyż
Na pamięć przeszłości.
Akt młodzieńczej pokory.

Pośród smukłych sosen
Odprawiłem modlitwę.
Ptaki zaśpiewały psalm
A wiatr zapłakał w konarach.

Tylko ziemia milczała,
Tuląc matczynym ramieniem
Śpiącą, przerwaną historię.
Milczące dziecię narodu.

Położyłem bukiet kwiatów
Zerwanych przy strumieniu,
Na małej leśnej mogile.
Bukiet żółtych kaczeńców.

– Dobrze że jesteś – Ojczyzno!

Do Adama

„Ktokolwiek będziesz w Nowogròdzkiej ziemi…“
Pamiętasz? –  to twoje Wieszczu są słowa,
No więc jestem! – tu w twojej  przestrzeni
By poczuć smak epoki… by jej zakosztować.

Ty piórem znaczyłeś drogę ku przyszłości
Wolność żywym słowem bliźnim rozdawałeś
I uczyłeś naród nasz czystej miłości
Do ojczyzny, do Matki którą tak kochałeś.

Wznosiłeś modlitwy do pagórków leśnych.
W strumieniach widziałeś nadzieje płynące,
W polnych drzew konarach układałeś pieśni
Grzałeś serca rodakom jak majowe słońce.

Tak Mistrzu Adamie – mój Ty przyjacielu
To w twoich marzeniach Polska się rodziła
W „Stepach Akermańskich“, w „Panu Tadeuszu“ ,
W „Dziadach“ twych, w Sonetach, patriotyczna siła.

Więc pozwól, że dzisiaj będąc w Nowogròdku
Ja skromny poeta w wolnej już ojczyźnie,
Szczęśliwy, że mogę odwiedzić twe progi,
Hołd złożę za Ciebie twojej Grodzieńszczyźnie.

Bo choć ona daleko i granica dzieli
To zawsze ta sama, pachnąca Świtezią
I po wieczne czasy, dzięki twej poezji
Połączona myślami z prastarą macierzą.

Elegia

Kiedy odejdę, starym kalendarzom,
Zapiętym klamrą niespełnienia
Zamilkną usta spraw codziennych
Czekając swego przebudzenia.

W szufladzie usną żółte kartki.
Pokryte kurzem i tęsknotą,
Nie przeczytane jeszcze wiersze.
I to pytanie – komu, po co?

A na pianinie, od lat już niemym
Chopina zagra ktoś nokturny.
Lecz tej melodii nie usłyszą
Prochy mej szklisto czarnej urny.

I tylko pamięć gdzieś zapuka,
W sercu przypadkiem się obudzi
Chwilkę zabawi w swym niebycie.
Pośród bytowych jeszcze ludzi.

Tyle zostaje nas dla innych
Ile nas w myślach swoich noszą,
Jakaś elegia, krzyż lub kamień
I to pytanie – komu, po co?

Kiedy odejdę starym kalendarzom
Odziany w zgrzebny strój przeszłości
To pozostawię w pustym miejscu…,
Tak! te pytania dla potomności.

Sen o Wołyniu

Tylko jeden wtulony w mech krzyż
Na ziemi pszennokrwistej ofiary
Jedno powolne konanie człowieka
Pustka w przestrzeni nowego czasu

Tylko jeden krzyk zabrany w drogę,
W daleki świat innego jestestwa
Garstka zmurszałej wołyńskiej ziemi
Dotykana ciepłotą spragnionych ust

Tylko jeden dzień wołający z niebytu
Jeden tlący się w zbłąkanej duszy znicz
Cierpienie szukające odkupienia
W chłodnych kamieniach zapomnienia

Ziemio wołyńskiego przemijania
Dlaczego tulisz w swojej czeluści
Szlachetne ziarna polskiego ludu?
Ścięte przedwcześnie sierpem nienawiści

Dlaczego nie znaczysz swojej tajemnicy
Zagonami krzyży pośród śnieżnych brzóz
Ziemio wołyńskiej, staropolskiej pieśni…
Nie odchodź – jeszcze nie czas na sen

– P A M I Ę T A M –

Berlin 19.10.2015

2 listopada 2015
w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej im. Zbigniewa Herberta
w Gorzowie Wielkopolskim
odbędą się
„Zaduszki Kresowe”

W programie
Inscenizacja II i III części Dziadów Adama Mickiewicza
Recytacja wierszy Romana Zygmunta Brodowskiego
Program muzyczny przygotowany przez młodzież gorzowską
Marsz żałobny i dwie sonaty Fryderyka Chopina w wykonaniu Filipa-Amosa Brodowskiego, syna poety
Przekazanie gorzowskiej młodzieży symbolicznego ognia pamięci
Przesłania wygłoszone przez wicewojewodę lubuskiego, Jana Świrepo, radną sejmiku a zarazem organizatorkę spotkania, Grażynę Wojciechowską oraz kresowego poetę z Berlina, Romana Brodowskiego.

Imprezę zorganizowała Gorzowska Fundacja „Czysta Woda”, Biblioteka Wojewódzka oraz Towarzystwo Wilna i Okolic, a patronat objęła Wojewodzina Lubuska, Katarzyna Osos.

Wieczór Kresowy poświęcony jest pamięci tych, którzy odeszli, naszych bliskich, naszych przyjaciół, oraz tych, dla których Kresy stanowiły sens i misję życia. W spotkaniu wezmą udział przedstawiciele organizacji kresowych, działających na terenie Ziemi Lubuskiej i Pomorza Zachodniego, kombatanci, Sybiracy, młodzież szkół gorzowskich oraz przedstawiciele władz wojewódzkich i miejskich.

Zaduszki Kresowe rozpoczynają się o godzinie 17°°

Zapraszamy

Brückner raz jeszcze / Wieder Prof. Brückner

Ewa Maria Slaska & Roman Brodowski

Dzień zmarłych / Allerheiligen

Zaproszenie3-malePo polsku pisałam już TU o profesorze i jego grobie na Cmentarzu Parkowym Tempelhof, a TU i o grobie, i o naszej wspólnej wizycie tam przed rokiem.

ambasada4Über Professor Brückner und sein Grab

Zünden wir wieder die Grabkerzen.
Lassen wir unsere Erinnerungen frei.
Die Gestorbenen “leben” nur so lange, wie lange wir uns an sie erinnern.

Liebe Freunde,

heute ist der Tag der Allerheiligen, der Tag an dem die Katholiken ihren Gestorbenen gedenken.
Wie jedes Jahr werden wir heute die Gräber unserer Nächsten besuchen, uns an sie erinnern, an die Zeit denken, als sie noch unter uns weilten.
Wir sollen uns aber auch an die Menschen erinnern, die längst vergessen wurden.
Für uns, Polen in Berlin, ist Professor Aleksander Brückner solch ein Mensch. Der Linguist, Humanist, Historiker. Fast 60 Jahre lebte er in Berlin, 44 Jahre leitete er das Slawistik-Institut an der Humboldt-Universität, das er als junger Wissenschaftler gegründet hatte. Er hatte 600 Bücher auf Deutsch un Polnisch verfasst und unzählige Artikel, Kritiken, Besprechungen. Gestorben 1939, wurde er allmählich vergessen, bis wir, die Polen in Berlin, uns an ihn erinnerten und ihn in die kollektive deutsche und polnische Gedächtnis wieder rückten. Seit vielen Jahren besuchen wir sein Grab. Manchmal geht nur eine von uns hin, manchmal zwei, letztens sind wir aber immer mehr.

Auch dieses Jahr gehen wir wieder hin. Wir treffen uns am Sonntag, den 1. November um 11 Uhr unten in der U-Bahn-Station Ullsteinstrasse.

ambasada2 ambasadaUnd so war es. Kwiaty ufundowała Ambasada Polska w Berlinie.

brucknerFotos Ania /1. November 2015

Kupała w Skiroławkach

Poprosiłam Zbyszka Milewicza, naszego specjalistę do spraw cielesnych, żeby przygotował jakiś wpis na Kupałę, a ten wykpił się na całej linii, napisał mianowicie: Ewuniu, nie napiszę nic na święto Kupały, bo kawał lenia ze mnie. Chciałem podeprzeć się prozą Zbigniewa Nienackiego, który w Raz w roku w Skirolawkach dał bardzo soczysty obraz tych pogańskich obrzędów, ale nie mogłem nigdzie znaleźć jego książki. Może Tobie by się udało, w Berlinie.

Porządnemu redaktorowi naczelnemu zawsze się udaje spełnić życzenia swoich autorów. Opis wprawdzie nie jest tak soczysty, jak to Zbyszek zapamiętał, ale proszę bardzo, przypomnijmy sobie niewinny świat PRL (był rok 1983!), w którym Skiroławki zakwalifikowane zostały jako ubrana w pozory literatury pornografia. I tak to zapamiętaliśmy, seks na każdej stronie… Ach.

Zbigniew Nienacki

Raz w roku w Skiroławkach
Rozdział 34
O kwiecie paproci i krótkiej chwili szczęścia

Z początkiem czerwca w Skiroławkach noc trwa już zaledwie niecałe osiem godzin, przez co — zdaniem proboszcza Mizerery — diabeł ma mniejszy dostęp do człowieka, gdyż jako Król Ciemności lubi przede wszystkim mrok nocny. Tedy zaraz po święcie Bożego Ciała Mizerera bierze urlop i wyrusza nad morze, gdzie wdycha zapach jodu. W tym czasie duszpasterstwem zajmuje się wikary oraz częściej niż zazwyczaj przyjeżdża pastor Dawid Knothe i po okolicznych wioskach w prywatnych domach lub kaplicach odprawia swoje protestanckie nabożeństwa. Bóg jest bowiem jeden, natomiast zło jawi się w rozmaitych postaciach i na wszelkie sposoby należy z nim wojować. Umówił się więc proboszcz Mizerera z pastorem Knothe, że gdy któremuś z nich urlop się przydarzy czy choroba albo, jak to było w przypadku pastora, że na uniwersytecie przewód doktorski otworzył o pieśniach ludowych zebranych przez pastora Gizewiusza, jak nie jeden, to drugi będą dbali o to, aby do ludzkich serc nie wkradło się zwątpienie czy niewiara.

Myliłby się bowiem ten, kto by sądził, że Szatan tak zupełnie w czerwcu próżnuje. Czy to nie koło świętego Jana zdarzają że od wieków wśród ludu rozmaite zberezeństwa, panny łatwiej tracą cnotę, a mężatki chętniej decydują się na zdradę swych mężów? Tak mówi tradycja, którą szanuje pisarz Lubiński, choć doktor Niegłowicz odrobinę z niej pokpiwa, twierdząc, że kobieta przez cały rok wytwarza ciała naukowo zwane ciałami rujotwórczymi, tedy cały rok skazana jest na cielesne pokusy, ale w czerwcu są one po prostu bardziej widoczne, gdyż noc trwa krócej i ciemność ich nie osłania. Kto ma rację -trudno tę sprawę rozstrzygnąć. Jedno wydaje się pewne, a to mianowicie, że o kobietach, dobrze lub źle, przyjemnie się w czerwcu rozmawia, podobnie zresztą jak w każdym innym miesiącu.

Z początkiem czerwca jezioro zmienia swoją barwę. Z modrego, jak oczy zmarłej córki Jonasza Wątrucha, staje się ciemnoniebieskie, a potem zielonkawe. W Skiroławkach przekwitają bzy, nad łąkami latają motyle, a nocami krąży wokół stodół gacek wielkouch. W zbożach zakwitają pierwsze chwasty — purpurowoliliowe kąkole, ciemnoniebieskie ostróżeczki i rumian polny. A w okopowych kwitnie różowy groszek bulwiasty i żółty szczawik.

Na bagnach i torfowiskach za domem doktora na kępach turzyc pokładają się pędy przytulii błotnej okrytej białym kwieciem. Żółci się tojeść, jak gwiazdy skrzą się kwiaty jaskra wielkiego, a na pełzających po ziemi pędach żurawiny pokazują się malutkie ciemnoróżowe płatki kwiatuszków. W lasach kwitną głogi, kalina, berberys, znaleźć można kwiat lilii złotogłowej, a z nią i fijołek leśny. Na sosnach widać młode szpilki, a na szczytach świerków sterczą czerwonawe szyszeczki podobne do kolorowych świeczek.
Zielonymi liśćmi okryte są już nawet najstarsze dęby, które ostrożnie i nieufnie otwierają pąki. Powiadają ludzie, że w czerwcu w lasach na jedną noc zakwita paproć, a kto ją ujrzy — staje się szczęśliwym. I jest to szczerą prawdą, ponieważ człowiek bywa szczęśliwym tylko na jedną noc, na krótki czas. Nigdzie nie jest powiedziane, że człowiek ma być szczęśliwym zawsze, przez całe swoje życie i to rozumie mędrzec, który tylko czasem, na krótką chwilę, czuje się szczęśliwy. Natomiast głupiec i prostak idzie do lasu, aby szukać kwiatu paproci, znajduje go jednak tylko w baśniach, gdyż głupiec i prostak nie wiedziałby nawet, co robić ze swoim szczęściem.

Wie o tym doktor Niegłowicz i nie chodzi do lasu po kwiat paproci, a tylko leczy ludzi w ośrodku zdrowia. Wie o tym również pisarz Lubiński i dlatego jeśli w czerwcu zagląda do lasu, to tylko po to, aby pani Basieńce przynieść bukiecik leśnych fijołków. Po kwiat paproci wybrała się jedynie pani Luiza, nauczycielka tuż przed emeryturą, gdyż nigdy przez całe swoje życie nie czuła się ani przez chwilę szczęśliwą. Lecz tego dziwnego kwiatu należy szukać o dwunastej w nocy, a ona zawróciła o zmroku, aby, broń Boże, ktoś sobie coś złego o niej nie pomyślał.

Tak naprawdę to ten kwiat znalazła tylko piękna Brygida, lekarka weterynarii z Trumiejek, choć wcale nie poszła po niego do lasu. Ze swoim chorym dzieckiem przyjechała do doktora na półwysep, gdyż tego dnia doktor miał dzień wolny od pracy, a ona nie darzyła zaufaniem pani doktor Kuraś. Niegłowicz osłuchał dziecko, tu i ówdzie dotykał swoimi palcami tak delikatnie, jakby to nie istota ludzka była a jakiś drobny kwiatek. Dał Brygidzie butelkę z kroplami i powiedział, że dziecku już pod wieczór minie gorączka, a za trzy dni będzie zupełnie zdrowe.
— Myślałam, że dziecko wypełni mi cały świat i zabierze całe serce. Ale ono zabrało mi tylko połowę świata i połowę serca — powiedziała do doktora Brygida, jakby tłumacząc się mu, że ma nieślubne dziecko, nawet nie wiadomo od kogo.
Popatrzył też doktor w duże, dziwnie smutne oczy Brygidy, które były jak oczy jałowicy, pogłaskał Brygidę po jej czarnych puszystych włosach i także smutnie się uśmiechnął.
Zapragnęła Brygida powiedzieć doktorowi coś miłego i serdecznego, ale ilekroć znalazła się przy nim, niczym nie wyjaśniony i nawet dla niej samej niezrozumiały gniew ją ogarniał na niego i jego sposób życia. Głośno bowiem było w okolicy, że stara Makuchowa kobiety mu na noc drzwiami z tarasu do sypialni sprowadzała jak loszki do knura. I dlatego, choć winna mu była słowa podziękowania za zbadanie dziecka i lekarstwa na chorobę, szykując się do opuszczenia gabinetu lekarskiego nie potrafiła się powstrzymać, aby nie napytać złośliwie:
— Czy wciąż jeszcze, doktorze, musi pan najpierw kobietę upokorzyć, zanim w nią pan wejdzie?
— Tak — wyznał szczerze.
I ta jego po prostu bezczelna szczerość jeszcze większą złość w niej rozbudziła.
— Pan nie jest chyba zdolny do prawdziwej miłości —zawołała. — Nigdy też pan nie będzie miał do czynienia z kobietą wartą miłości. Bo czy taka kobieta pozwoli się upokorzyć mężczyźnie? Mamy takie same prawa jak mężczyźni, nie jesteśmy gorszymi od mężczyzn istotami. Nie pozwolimy się upokarzać.
— Nie namawiam pani, panno Brygido — odparł jej doktor — choć przyznaję, że jest pani najpiękniejszą kobietą w całej gminie Trumiejki. Wiele razy myślałem, że można by panią zaprosić do mojej sypialni, wiem jednak, że nie da się pani upokorzyć.
— Nigdy! Nigdy! — oświadczyła z mocą Brygida.
— To i lepiej — powiedział doktor.
— Dlaczego “lepiej”? — spytała.
— Nie interesują mnie kobiety warte miłości. Byłem już raz w życiu zakochany. Otrzymałem w zamian tylko cierpienie. Nie pragnę, aby to samo powtórzyło się po raz wtóry.
Ucieszyła się Brygida, że powiedział o niej jako o kobiecie wartej miłości, ogromna radość i wielka tkliwość wypełniła jej serce. Ale nie chciała mu tego okazać. Wzięła dziecko na rękę i zaraz odjechała. Ale była przez chwilę szczęśliwa, chyba bardzo krótko, przez taką chwilę jak kwitnie paproć.

Nadzieję na krótką chwilę szczęścia przeżyła i pani Halinka Turlej, gdy wracając z początkiem czerwca ze szkoły liczyła sobie, ile to jeszcze dni pozostało jej do końca roku szkolnego, a także myślała o tym, że przed trzema dniami zepsuł się silnik w hydroforze leśniczówki, wstąpi więc do Porwasza i zapyta go, czy może wykąpać się w jego łazience ze starą armaturą. Niestety, nadzieja zaraz prysła. Już z daleka zobaczyła, że u Porwasza okna są szeroko otwarte i gruba żona gajowego Widłąga myje szyby, wypinając w stronę drogi swój szeroki zad. Na ten widok zrobiło się pani Halince bardzo smutno, minęła dom Porwasza, a w leśniczówce zrobiła awanturę mężowi, że nie stara się o naprawę hydroforu. Kładąc się spać dwukrotnie przekręciła klucz w drzwiach do swego pokoju.


Wioska Jerzwałd, pierwowzór Skiroławek

Święto Lasu

…obchodzone od 1933 roku, najważniejsze święto leśników.

skrzydla-karusia (2)Artykuł pod tym tytułem ukazał się w czasopiśmie Skrzydła napisany przez osobę pod pseudonimem Bukowa Jagoda. Było to czasopismo harcerek, wydawane w latach 1930-1939, a  jego główną redaktorką była Karolina Lubliner-Mianowska czyli Karusia. Na pewno wiele niepodpisanych tekstów redakcyjnych było jej autorstwa, np. interesująca dyskusja, czy pisze się druhna czy druchna (konkluzja była, że druchna!). Czasem Karusia coś publikowała w Skrzydłach, podpisując się albo inicjałami KL, albo właśnie pseudonimem Bukowa Jagoda, co zresztą podczas wojny było też jej pseudonimem konspiracyjnym.  Piękny pseudonim i tajemniczy, bo nie ma przecież bukowych jagód.

Karusia kochała las i wielokrotnie mi powtarzała, że są ludzie gór i ludzie morza, a ona na pewno jest człowiekiem lasu.

Przejęłam to po niej.

Bukowa Jagoda

Święto Lasu

Już drugi rok z inicjatywy Związku Leśników Rzeczypospolitej Polskiej w ostatnią niedzielę kwietnia społeczeństwo obchodzi Święto Lasu. W dniu tym leśnicy będą się starali zainteresować ogół, a w szczególności młodzież, wszelkimi sprawami sprawami dotyczącymi lasów. Na odczytach, wycieczkach, pogadankach będzie można dowiedzieć się, czem jest las, jak powstaje, jak żyje, co mu zagraża, czem nas darzy i co winniśmy mu wzamian.

Nie wiem w jakim szopniu poszczególne Komitety Święta Lasu w różnych miejscowościach współpracują z innymi organizacjami, w szczególności zaś z harcerstwem, Ale to wiem, że jak zwykle, gdy robi się coś pięknego i pożytecznego, nie powinno zabraknąś tam naszej pomocy. Zwłaszcza, że my, harcerki, zawdzięczamy lasom i leśnictwu może więcej, niż inni. Nie wyobrażamy sobie przecież obozu w miejscowości bezleśnej. Co roku rozbijamy namioty w cieniu lasów i prowadzimy nasze obozowe “leśne” życie, do którego się przygotowujemy przez cały rok. Znamy też dobrze przychylną zawsze w stosunku do nas postawę władz leśnych, które nie szczędzą pomocy i opieki obozującym drużynom.

Zdarzało się nam słyszeć głosy, że owe dodatkowe święta są zbyteczne, że dość jest świąt kościelnych i narodowych, nie trzeba mnożyć innych. Nie wiem, co o tem myślicie, ja osobiście uważam, że jest to ciekawa i pożyteczna inicjatywa, jeśli przedstawiciele jednego zawodu chcą zapoznać ogół z tem, co robią, jak pracują, jaki jest wynik ich pracy, jaką wartość przedstawia jej warsztat. Zwłaszcza, gdy teren pracy tego zawodu jest tak wszechstronnie piękny, ciekawy i pożyteczny, jak właśnie las.

Udział drużyn w Święto Lasu może pójść w dwu kierunkach. Z jednej strony możemy i powinniśmy zgłosić się do współpracy z działającym najbliżej nas komitetem leśników. Jakie okażą się potrzeby tej pomocy, zależeć będzie od warunków miejscowych, ale napewno będą to prace wykonalne dla drużyny, gdyż Święto Lasu obejmie przedewszystkiem młodzież szkolną.

Z drugiej strony możemy zainteresować Świętem Lasu naszą drużynę i wciągnąć niejako tę sprawę do naszego programu pracy. Przykłady: wycieczka do lasu z szeregiem specjalnie dobranych przyrodniczych leśnych ćwiczeń. Ćwiczenia międzyzbiórkowe zastępów poświącone przyjacielskim przysługom dla drzew i lasów. przygotowanie przedobozowe: odszukanie w książkach, jakie lasy są w tej okolicy, dokąd jedziemy na obóz, czy są tam jakieś lasy szczególnie ciekawe, chronione (rezerwaty), czy są w okolicy rzadkie czy wyjątkowo stare drzewa? Możnaby nawet polecić zastępom takie odszukanie potrzebnych informacji, jako rodzaj zawodów, który zastęp więcej i dokładniej zdoła się dowiedzieć. Rozstrzygnięcie takich zawodów w dniu Święta Lasu będzie ładnym związaniem tej uroczystości z wewnętrzną pracą drużyny.

Warto dodać, że Związek Leśników wydał z okazji Święta Lasu szereg popularnych broszurek, które informują nas o życiu lasu, jego hodowli, pożyteczności i.t.p. Broszurki te są b. tanie (5 gr. sztuka), a cały ich komplet (9 sztuk) oprawiony razem powinien znaleźć się w bibljotece drużyny. Książeczki wysyła Związek Leśników, Warszawa, ul. Żórawia 13.

W majowym numerze Skrzydeł chętnie zamieścimy sprawozdania poszczególnych drużyn i hufców z ich udziału w Święcie Lasu.

skrzydla-karusia (1)

 

Sady Pradziadka i majowe okolice

Andrzej Rejman

Dziś Trzeci Maja, wszędzie widać flagi, dzień podniosły, ale spokojny, majowy. W mieście cisza, wszyscy na majówce, słońce dopisuje, choć dosyć zimnawo, prawdziwa wiosna powoli, trochę nieśmiało zaznacza swą obecność.

Zrobiłem kilka zdjęć.

maj_3maj_2 maj_1***

Wieczór. Ruch duży. Powroty z majówki.

Wciąż 3 maja, refleksja nad Polską, ale bez przesady – żeby nie wpaść w nadmierne rozmyślania. Po prostu – w razie czego – działać.

Trochę tak, jak w dzisiejszych czytaniach: “…nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą! …” (1 J 3)

***
No to zobaczmy co działo się kiedyś w maju:

Babcia moja – Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka (1890-1975) pisze: (zapiski codzienne w “Kalendarzu Marjańskim” 1922-1939, nie publikowane, styl i pisownię zachowuję bez zmian)

maj (1926)

Deszczyk majowy, to jak łzy dziecięce, porosił, popłakał i nie płacze więcej.

12-go – Piłsudski następuje na Warszawę, zamach stanu.

14-go – siedzimy siedem godzin w piwnicy w czasie nawiększej kanonady, brania lotniska i wystrzałów karabinów maszynowych po Rakowieckiej.

W dom nasz trafiło osiem kul.

maj (1928)

13-go obchód 35-lecia ślubu Stankiewiczów, na spółkę z rodziną kupiliśmy im lampę.
Oprócz tego kupiliśmy im różową azalię – sobie – białą.

17-go byliśmy z Julcią w kinie na “Wróbelkach” z Mary Pickford.

20-go były dzieci u Julci na czekoladzie.

25-go byłam u p. Kowalczykówny* w sprawie Julci. Zgodziła się ją przyjąć do swojej szkoły.
Nadzwyczaj sympatyczna.

* szkoła żeńska J.Kowalczykówny i J.Jawurkówny w Warszawie (dop. mój)

maj (1929)

Czytam “Świat Kobiecy” Marii Grossek Koryckiej
Niezmiernie mi się podoba, jest mądra, poetyczna, i cudownie prawdziwa

3-go w ogrodzie zoologicznym z Kazikiem

8-go u Jasiów

10-go Baniewiczowa,

Określenie marnotrawstwa – “Hulki, hulki, potem bez koszulki”.

maj (1930)

Byliśmy na dźwiękowym filmie “Moralność Pani Dulskiej”
Ładne melodie Różyckiego. Batycka jest wspaniała.

Potem byliśmy na filmie “Wołga Wołga” – śliczny, doskonały.

Kupiliśmy węgla pół tony = 500kg za 30 złotych.

Jedna miara kartofli kosztuje 1 zł. 20 groszy, jaja po 15 groszy.

maj (1931)

10-go Byliśmy (dzieci i ja) na przedstawieniu “Za siedmioma górami” w teatrze “Jaskółka”.
Dekoracje bardzo prymitywne, stylizowane w stylu ludowym. Takie sobie.

9,10,11 – robiłam wywiady (kolonie dla dzieci), w jednej rodzinie poczęstowali nas wódką!!!!
Musiałam wypić pół kieliszka, by nie obrazić biedaków.
Zrobiłam 26 wywiadów. Bolą nogi.

maj (1932)

6-go został zabity prezydent francuski Paul Doumer

maj (1933)

8-go wybory nowego Prezydenta. Został wybrany ponownie prof. Ignacy Mościcki.

maj (1934)

1,2,3 Śliczna pogoda. Trwa gorąco. Strasznie sucho.

3-go byliśmy u Aliny.

5-go z Kazikiem u dr Korsak, zapisała phosphit z żelazem, jak najlżej ubierać.

6-go byłam z Kazikiem, Zosią i Haneczką na przedstawieniu klasowym i loterii. Julcia wygrałą brudną, podartą, jedwabną chusteczkę, Kazik – obsadkę i tenisówkę.

9-go byli Jasiowie.

12-go Julcia była na wieczorku u pp. Morozewiczów, do domu wróciła o 4-tej.

13-go niespodzianie przyszła c. Misia, która zatrzymała się na jeden dzień w Warszawie, jadąc do Lipna do swojej kuzynki Woyczyńskiej. Jeździłyśmy z nią na Żoliborz, ale ani Mani Mickiewicz., ani Baniewiczowej nie zastałyśmy w domu.

Małpa-szympans – Jędrzejewicz nareszcie wyleciał z premierostwa, może teraz kryzys zacznie maleć, oswobodzony z pod jego cięzkiej łapy. Premierem jest prof Kozłowski, na koniec człowiek wysoce inteligentny, a do tego archeolog-geolog. Hurrrrra!!!

maj (1935)

1-go Oziębiło się bardzo

2-go Zima w całej pełni, zawieja śnieżna przy1 śniegu nawaliło moc, biedne bzy zginają się pod ciężarem, śnieżne okiście i podwiędłe liście zwieszają się smutnie z kasztana, tulipaniki pogrążają się stopniowo w puch śnieżny

12 maja – umarł Marszałek Józef Piłsudski. Byliśmy w Alejach Ujazdowskich w czasie eksportacji zwłok z Belwederu do Katedry. Było już prawie ciemno. W nocy z 16 na 17 go chodziliśmy do Katedry, ale już nie trafiliśmy gdyż o 12 tej zamknęli. W nocy lał deszcz.

17-go patrzeliśmy z góry Instytutu na uroczystości żałobne na Polu Mokotowskim.

W czasie defilady ostatniej przed Marszałkiem na Polu Mokotowskich niebo pokryło się złowrogimi chmurami, a zaraz po ukończeniu salw armatnich rozległ się grzmot i rozpętała się burza. Wkrótce po uroczystościach zmarł na udar serca wiceprezydent Warszawy – Zawistowski, inż Balcerski, który zawiadywał urządzeniem Pola Mokotowskiego – spadł samolotem w Ameryce w czasie nabożeństwa żałobnego p Marszałku.

maj (1936)

12-go Warszawa w głębokim nastroju obchodziła rocznicę śmierci Marszałka.
Dzień też był całkiem żałobny, pochmurny i płaczący.

13-go Kazik jeździł z wycieczką szkolną do Modlina statkiem, wrócił do domu o pierwszej w nocy.

20-go Byłam z Kazikiem u laryngologa w klinice na Litewskiej.

28-go z Kazikiem u laryngologa Szymańskiego (Lecznica Nowy Świat 21)

w końcu maja kot Puk wyszedł z domu i więcej nie wrócił!

maj (1937)

7-go u dra Fisza.

8-go u okulistki, były p. Moszczyńska z córką Wandzią

14-go C. Ola wyjechała do Ostroga. Boleś sprzedał dom.

22-go byli “Rafułkowie”, Władek, Mickiewiczowa, potem Budelcia.

23-go umarła Piotrowska, żona woźnego z chemii.

25-go przyjechał Ignal

30-go byliśmy w Wawrze

maj (1938)

1-go była p. Olga, a potem my oprowadzając ją w Waszkańcach.

7-go wyjechałam z Raju i przyjechałam do Warszawy.

11-go przyjechał Dziadunio Adam Hrebnicki – Profesor

13-go wyjechał

20-go byłam u okulistki

21-go …u d-ra usznego (przepłukiwanie uszu)

znalazł się cudownie pierścionek z granatem, którego szukałam rok cały.

22-go imieniny Julci, moc bzu, konwalii, niezapominajki, maczki pomarańczowe i żółte, białe i różowe. Moc ciastek, 7 osób gości, dwoje dzieci z nimi.

27-go byłam z Julcią na majowym nabożeństwie, lodach włoskich i na filmie “Wrzos” wg Rodziewiczówny.

30-go Staś wyjechał na letnie roboty.

maj (1939)

1-go wyjechał Ojciec Profesor, byli Krzyżkiewiczowie z psem. Krzyżkiewicz przyniósł Julci czekoladki wygrane i robił fotografie.
P. Marychna całowała się i ściskała z Dziaduniem, mówiąc, że ma śliczne oczki.

7-go byliśmy z Krzyżkiewiczami na “Hamlecie”.

8-go była c. Misia, Tyszkiewicz i Łaszkiewicz z Tomkiem.

9-go był Władek, Krzyżkiewiczowie wyjechali

12-go byłam u Baniewiczowej

13-go byłam w kuratorium i dowiedziałam się, że Kazika szkoła jest zlikwidowana.

18-go byłam u Baniewiczowej i razem z nią w kinie na “Banicie”.

19-go byłam u Aliny. Kazik zaczął korepetycje z uczniem IV klasy gimnazjum im. Żeromskiego.

22-go na imieniny Julci była MM z kwiatami, p. Zosia i p. Jadzia.

28-go byłam z Kazikiem na filmie ….. i z p. Wardęską na filmie “Wielki Walc”, śliczny, Strauss i jego walczyki.

________________________

Ileż to się działo w maju!!!! Nawet śnieg był!!!

Łuna zajmuje pół nieba…

Andrzej Rejman

Napisane w Wielki Piątek 2015

Sięgam do archiwów rodzinnych… tak będzie z pewnością łatwiej coś napisać…

Przeglądam zapiski i zdjęcia sprzed lat.

Kresy. Warszawa. Polska międzywojenna, potem wojenna.

Szukam czegoś o świętach Wielkanocnych. Znajduję święta w cieniu Zagłady.

Moja babcia, Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka, pisała w każdej wolnej chwili.

Były to dzienniki lektur, krótkie zapiski w kalendarzu – co działo się, kto był z wizytą, czyje obchodzono imieniny, jakie rocznice, no i święta. Pisała regularnie, dokładnie, co grają w kinach, do jakich lekarzy chodzili po poradę, co działo się w mieście.

letni_wypoczynek_u_dziadunia_Hrebnickiego_ok_1930_fot_StZ zapisków w latach 1922-1939 dowiadujemy się wiele o minionej Warszawie, letnich wakacjach na Kresach (w opisywanym już poprzednio “Raju”, Dziadunia Hrebnickiego). Potem znowu nadchodzi wojna (która to z kolei?) – którą tym razem Hrebniccy (poza krótkim okresem pierwszych tygodni działań wojennych, gdy wychodzą całą rodziną z Warszawy) spędzają aż do połowy sierpnia 1944 w mieście, w mieszkaniu Instytutu Geologicznego przy ulicy Rakowieckiej 4.

jezioro_Berzenickie_wakacje_ok_1930_fot_St._Hrebnicki***
W roku 1943 babcia pisze:

Malgorzata_Hrebnicka_dziennik_czasu_wojny_1943_Wielkanoc“23 kwietnia

Znowu biorę zupy ze stołówki RGO. (Rada Główna Opiekuńcza przyp. mój). Są lepsze niż dawniej. Ograniczenie gazu doprowadza mnie do rozpaczy. Można spalić tylko 30 m., a w zeszłym miesiącu spaliliśmy 72! Już nie grzejemy wody na naczynia, nie prasujemy, nie gotujemy bielizny, z rana nie pijemy herbaty. Przyszła paczka z Raju (już znowu nie ma granicy… to już po 1941 r., znów we władaniu Niemców, paczki mogą swobodnie przychodzić do Generalnej Gubernii, przyp. mój): kiełbaska, torcik, cukier, pierniczki, mąka.

24 kwietnia

Upiekłam dwa placki i tort biszkoptowy… Zaraz po obiedzie poleciałam po drożdże i do 5-ej godz. ciasto zdążyło podnieść się. Więc będziemy nawet mieli na Święta ciasto! Myślałam, że będzie sam chleb. Kwitną już wiśnie i tulipany. Ładnie się robi na świecie, a tym razem nad ghett’em unoszą się kłęby dymu. Makabra! Jak delikatnie pachną rozwijające się listki, powietrze łagodne i orzeźwiające.

25 kwietnia

Wielkanoc! Zasiedliśmy do uroczystego śniadania – jajka farbowane na czerwono, czerwone i białe tulipany w zielonym wazoniku, tradycyjny baranek z czerwoną chorągiewką (kupiony 20 lat temu w Wołominie). Kiełbaska rajska (z “Raju” od Dziadunia Hrebnickiego, przyp. mój) placek. Po najedzeniu się pojechaliśmy do Anina. Był bardzo chłodny wiatr. Zawieźliśmy Marysi (Maria Chodorek z domu Tyszkiewicz, kuzynka, do dziś mieszka w Aninie, absolwentka SGGW, nauczycielka, wciąż bardzo czynna społecznie i zaangażowana na rzecz Warszawy i Anina, przyp. mój) niebieską bransoletkę szklaną, Jankowi (Jan Tyszkiewicz, kuzyn, brat wspomnianej Marysi, znany i ceniony historyk, profesor UW, mieszka z rodziną w Warszawie, wtedy miał niecałe 4 lata! przyp. mój) zielone drewniane jajeczko i jeszcze kółeczka do serwetek szklane. Jedliśmy szynkę konserwowaną jeszcze przedwojenną! Barszcz na mięsie, króliki i rozmaite ciasta. W domu jak zwykle na kolację spożyliśmy kartofle ze skwarkami, chleb i torcik, do chleba mieliśmy wędzonkę rajską. Było ciepło, zacisznie i przytulnie, błogi spokój, a tymczasem od strony ghett’a wciąż wali dym i łuna zajmuje pół nieba. A przecież Żydzi są też ludźmi… W Aninie urodziły się dwie prześliczne kózki, wesołe, skaczące i merdające krótkimi ogonkami…”

autorka_dziennika_Malgorzata_Hrebnicka_z_dziecmi_ok_1928 -1940(Małgorzata Hrebnicka, Dziennik Czasu Wojny 1939-1944, fragmenty – ze zbiorów A.R. Na lewej fotografii Autorka z dziećmi w roku 1928, na prawej w roku 1940.)

Wpis świąteczny. Wiosna i jeszcze raz sady Pradziadka

Leon Wyczółkowski, Wiosna w Gościeradzu (1933)

Tak wyglądała wiosna w Gościeradzu nieopodal Bydgoszczy. Pokój w dworku, jaki w roku 1922 ofiarowało artyście Muzeum Poznańskie w podziękowaniu za hojny dar złożony z orientalnych obrazów, porcelany, mebli, kilimów i rzeźb. Artysta, wówczas już w podeszłym wieku, (urodził się 11 kwietnia 1852, zm. 27 grudnia 1936 w Warszawie) oddał Muzeum zbiory swojego życia. Nie jest to pierwszy raz w tym blogu, że szukając inspiracji do wpisu trafię na coś, co wiąże się ze zdarzeniami aktualnymi. Wybrałam ten obraz Wyczółkowskiego (mój ulubiony!) jako wstęp do świątecznego wpisu Andrzeja Rejmana, po raz drugi i zapewne nie ostatni, o sadach jego pradziadka. Wybrałam go, bo jest lekki, wiosenny, szczęśliwy – świąteczny.  Okazało się, że obraz wplątał się po kilkakroć w dziesiejszą rzeczywistość, tę z wpisu i tę w realu. Za kilka dni googlowska czyli 163 rocznica urodzin artysty, który był niemal rówieśnikiem Adama Hrebnickiego (1857-1941), a za niespełna dwa tygodnie w Poznaniu wystawa donacyjna Stanisława K. Kubickiego, o czym będzie jeszcze tu znacznie więcej. A poza tym po prostu wiosna. Kwitnące drzewa jabłoni i grusz…

20_A_Hrebnicki_with_his_fruitsTo oczywiście późne lato lub nawet jesień, a nie wiosna, ale trudno o lepsze zdjęcie pokazujące sens życia Adama Hrebnickiego – sady, owoce, praca niestrudzonego popularyzatora wiedzy… Biurko pełne papierów i owoców. Ideał szczęścia.

Przez lata przyjaźniłam się z ludźmi, którzy mieli sad, wiosną chodziłam jak księżniczka z bajki pomiędzy kwitnącymi drzewami, jesienią cały dom pachniał owocami, latem na rozklekotanym stoliku ustawionym pod drzewami pisałam matryce do podziemnej gazetki Unimoru.

Andrzej Rejman

Sady pradziadka po raz drugi

Byliśmy wielokrotnie na Litwie, gdzie Adam Hrebnicki założył piękny 24 hektarowy sad, i nazwał go Rajem. Nawet planuję zrobić wystawę fotograficzną – Adam z Raju:-)

Tam jest jego muzeum – i pomnik z nazwiskiem Adomas Hrebnickis
http://www.muziejai.lt/ignalina/hrebnickio_muziejus.en.htm

Adam Hrebnicki był Polakiem, ale można śmiało stwierdzić, że był uczonym międzynarodowym, – w rosyjskich źródłach
występuje jako Гребницкий (Докторович) Адам Станиславович, a jego biografia zasadniczo jest bez podania narodowości –
http://sadisibiri.ru/grebnickijAS.html

W źródłach litewskich pradziadek występuje jako Adomas Hrebnickis, co jest ciekawym przyczynkiem do ewentualnych dyskusji na temat imion i nazw własnych w różnych językach różnie brzmiących.

Wielkanoc-AtlasPlodowOstatnio odkryłem, że w jednej z miejscowości w Rosji – wieś Popówka, (Popovka) rejon Koroczański w obwodzie
Orenburskim (Rosja, centralny okreg federalny) – jest ciekawe Muzeum Jabłka, gdzie jednym z eksponatów jest Atlas Owoców Hrebnickiego.

Atlas ten znajduje się też w bibliotece Instytutu Sadownictwa w
Skierniewicach i w Bibliotece Narodowej w Warszawie. Jego nazwa rosyjska to Atlas Plodov – i mam go nawet w pdfie – jest on olbrzymi, ma piękne kolorowe rysunki owoców. Egzemplarz znajduje się m.in. w Bibliotece Narodowej w Warszawie, bywa czasem w antykwariatach w Rosji, gdzie potrafi kosztować ok 250 tysięcy rubli:-) (ok 3 tys. euro)
http://www.rusbibliophile.ru/Book/Atlas_plodov:_100_tablic_

Wielkanoc_Hrebnicki_oryginal_atlasu_1To rękopis jednej ze stron Atlasu

W Polsce Hrebnicki znany jest doskonale przez sadowników,
specjalistów, – a z okazji sesji naukowej poświęconej Hrebnickiemu w 2007 roku która odbyła się w Babtai koło Kowna – dworek-muzeum Hrebnickiego odwiedzili naukowcy z Instytutu Sadownictwa w Skierniewicach, z ówczesnym wicedyrektorem Instytutu – profesorem Żurawiczem.

Sam Hrebnicki był w Warszawie w 1934 roku, gdzie przewodniczył sesji naukowej Towarzystwa Ogrodniczego Warszawskiego.

Towarzystow_Ogrodnicze_Warszawskie_Adam_HrebnickiRosjanie mówią, że był to wybitny uczony rosyjski, Litwini że litewski, a Polacy nie bardzo znają go, chociaż wśród fachowców jest znany i ceniony. A w archiwach pod Kownem, gdzie byliśmy w zeszłym miesiącu, są jego piękne dzienniki, obserwacje i zapiski, pisane oczywiście po polsku. Przecież była to do 1939 roku Polska – gmina Dukszty, powiat święciański.

Trzeba zaznaczyć że Hrebnicki działał na przekór wojnom, granicom, systemom politycznym w myśl zasady że nauka łączy a nie dzieli, i jest dla dobra całej ludzkości. Tak też postępował jego syn, Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki, wybitny polski geolog i kartograf.

***

A na zakończenie dzisiejszego wpisu jeszcze dwa zdjęcia rodzinne, z Petersburga w roku 1910.

Zmęczona rodzina przy zastawionym stole i młode pokolenie muzykuje. Ten zastawiony stół towarzyszył nam wczoraj, a i dziś na pewno znowu do niego zasiądziemy. Ale zapewne nie wszyscy z nas, pomiędzy kolejnymi odsłonami tradycyjnej kuchni świątecznej, siądą i do instrumentów. Mówię, bom smutny i sam pełen winy. Też nie gram na żadnym instrumencie. Szkoda, szkoda…

Wielkanoc_Hrebnicki_family_in_Petersburg_ca._1910Wielkanoc_Zygmunt_Alina_and_Maria_Hrebnicki_Petersburg_ca_1910

Wykłady profesora Dąbrowskiego o wyższości…

Dawno nie widziany profesor, tym razem nie tyle może o wyższości co o starszeństwie pogaństwa…

Redakcja przyłącza się do życzeń!

Ryszard Dąbrowski

Z okazji święta wiosny, nazywanego eufemistycznie świętem wielkanocnym, składamy Wam serdeczne życzenia: dużo zdrowia, słońca, pomyślności oraz pogody ducha.

P.S. A teraz na poważnie i bez żartów jak poprzednimi laty.

SAMSUNG CAMERA PICTURESŚwięto wiosny, wraz z zimowym i letnim zrównaniem dnia z nocą, było najważniejszym świętem w religiach „pogańskich”, czytaj w: animizmie, kulcie płodności, szamanizmie oraz megalityzmie.

Kościół katolicki prowadził dwojaką politykę wobec dawnych zwyczajów i elementów „pogańskiej” i ludowej kultury. Część praktyk bezwzględnie zwalczono, a część przyswojono, przejęto i zaadaptowano. Kościół katolicki wprowadził do kalendarza liturgicznego wiele obrzędów szamańskich i ludowych.

1. Początek wiosny, kiedy przyroda budzi się do życia a wszystkie organizmy zwiększają swoją aktywność po zimowej przerwie, zawłaszczono i przemianowano na „Wielkanoc”.

Jako przeciwwagę do „pogańskiego” święta wiosny, na Soborze Nicejskim w 325 roku, wprowadzono „Święto Wielkanocne”.

SAMSUNG CAMERA PICTURES2. W dniu przesilenia zimowego w grudniu, kiedy noce zaczynają być krótsze, a dnie się wydłużają, kiedy zostaje przezwyciężona „ciemność”, dziwnym trafem urodzili się prawie wszyscy bogowie licznych religii. W wielu religiach dzień ten był obchodzony jako święto urodzin słońca. Kościół katolicki dopiero w IV w. wprowadził w tym dniu „Boże Narodzenie”, święto urodzin Jezusa, który w rzeczywistości urodził się w zupełnie innym dniu. Miało to być przeciwwagą do obchodzonych w tym dniu narodzin perskiego boga słońca Mitry. Kult jego traktowany był przez kościół katolicki jako największy konkurent w walce o wiernych w Imperium Rzymskim.

Niezwyciężony Bóg Słońca Mitra „Sol Invictus”, wszystkowidzący i wszystkowiedzący, panował nad światem i prawdą oraz sądził umarłych zapewniając im wieczne „życie” (!). Jego urodziny przez dziewicę (!) w ubogiej grocie (!) przypadały na dzień zimowego przesilenia w grudniu. Czczony w Persji od XIV oraz w Indiach od XII wieku przed narodzeniem Chrystusa. W Cesarstwie Rzymskim bóg ten, nazywany również Mithras, czczony był od ponad stu lat przed narodzeniem Chrystusa do IV w., kiedy religię tą wyparło chrześcijaństwo.

3. Przesilenie letnie, kiedy wydłużają się noce, kościół katolicki zawłaszczył dopiero w XIII wieku i przemienił na „Boże Ciało”. Święto to wprowadzono dla upamiętnienia widzeń (schizofrenicznych halucynacji?) belgijskiej zakonnicy Julianny (1193 – 1258).

SAMSUNG CAMERA PICTURES4. Od 1956 roku, po „zadekretowaniu” przez papieża Piusa XII dnia „1 maja” „Świętem św. Józefa Rzemieślnika” (ojczyma Jezusa), kościół katolicki usiłuje, jak do tej pory, bez powodzenia, zawładnąć tym „świętym” świętem robotników.

„1 Maja” ustanowiono 14 lipca 1889 roku w Paryżu, podczas zjazdzu założycielskiego II Międzynarodówki, jako dzień upamiętniający strajki i demonstracje w maju 1886 roku w Chicago. Wówczas podczas strajków o skrócenie dnia pracy z 12 do 8 godzin doszło do starć z policją, podczas których zginęło kilkudziesięciu robotników oraz siedmiu policjantów. Policjanci ci zmarli na skutek obrażeń odniesionych podczas eksplozji bomby rzuconej, jak dzisiaj wiemy, przez tajnego prowokatora. Ośmiu anarchosyndykalistów, przywódców strajku, skazano na kary śmierci. Wyrok wykonano na czterech skazańcach, jeden popełnił samobójstwo, a trzech ułaskawiono po 6 latach więzienia. W 1890 roku, w dniu 1 Maja zorganizowano, po raz pierwszy masowe strajki i demonstracje na całym świecie, w tym również i na terenach ziem polskich pod zaborami.

Ale kto to wie i pamięta poza starymi dziadkami Mrozem i Mikołajem.

***

Te rysunki (ilustracje) namalowałem „własnymi rencami”. Są to symbole z okresu megalitycznego. Ponieważ pisma wtedy nie używano, albo nic nam na ten temat nie wiadomo, nie zachowały się żadne źródła pisane, co to zacz, liczni naukowcy droga dedukcji i porównań odczytują te symbole w następujący sposób:

– malunek nr 1: spirala, symbol ludzkiego życia,

– malunek nr 2: okrąg podzielony na cztery części, okrąg jest symbolem słońca, te cztery części to pory roku; tutaj dodałbym jeszcze od siebie moje dodatkowe, subiektywne i intuicyjne rozumienie tego symbolu: cztery strony świata oraz cztery światy – nadziemny, ziemny, podziemny i może nasz własny w nas samych, osobisty(?);

– malunek nr 3: statek transportujący słońce ze wschodu na zachód (dzień) i przez cztery pory roku;
moja subiektywna i osobista interpretacja tego symbolu, to także transport duszy ludzkiej po śmierci w zaświaty; właśnie do obowiązków szamanów należało dokonanie tej czynności – szaman towarzysząc duszy zmarłego członka społeczności musiał bardzo uważać, aby tam w tym podziemnym świecie, zamieszkanym przez dusze nie pozostać i wrócić z tej podroży.

Te moje prywatne interpretacje są sterowane genami i wynikają z resztek nadprzyrodzonej wiedzy odziedziczonej po mojej prababci szamance.