Strümpfe stopfen

Do moich polskich Czytelników – we wpisie jest mowa o cytacie z powieści Henninga Mankella Piąta Kobieta. Cytat dotyczy cerowania skarpetek. To bardzo ważny cytat. Kiedyś znalazłam link do tego cytatu po polsku, ale niestety w międzyczasie zniknął.

Ewa Maria Slaska

Wallander, Die Fünfte Frau und das Stopfen der Strümpfe

Ich lese gerade den 5. Roman von Henning Mankell. Gestern fand ich dort einen wichtiger Absatz, der eigentlich mit der Handlug der Krimistory nichts zu tun hat, viel aber mit dem Stand der unseren Gesellschaft. Wallanders Worte über Strümpfestopfen. Ich fand es interesant, dass ein sensibler Mensch schon in den 90gern, schon in reichen Schweden dies gesehen hat, was wir erst 10, 15, 20 Jahre später bemerkt haben. Er wusste, dass wir uns erst am Anfang von etwas befinden, das sich noch verschlimmern wird. Und so war es. Und so ist es. Und es läßt sich nicht ändern. Nicht umkehren. Ich dachte, ich möchte darüber hier, in diesem Blog erzählen, weil es so wichtig ist. Und dann fand ich, dass ich nicht die Einzige bin, die die Wörte von Mankell bemerkenswert findet. Es sind im Internet mehrere, die es tun. Ich möchte hier einem von Ihnen zitieren: Pastor Max Toepffer. 2012 schrieb er in einem Pfarrbrief:

Ich bin ein großer Krimi-Fan und besonders angetan haben es mir Kriminalgeschichten aus Skandinavien. Vor einigen Jahren las ich in einem Buch des schwedischen Schriftstellers Henning Mankell eine Passage, die mich sehr nachdenklich gestimmt hat. Da fragt Linda ihren Vater, den Kommissar Wallander, warum es so schwer sei, heute in Schweden zu leben:

„Manchmal stelle ich mir vor“, sagte Wallander, „dass es damit zu tun hat, dass wir aufgehört haben, unsere Strümpfe zu stopfen!“ Sie sah ihn verwundert an.„Ich meine das ernst“, sagte er. „Als ich groß wurde, war Schweden noch ein Land, in dem man seine Strümpfe stopfte. Ich habe es sogar noch in der Schule gelernt. Dann plötzlich eines Tages war Schluss damit. Kaputte Strümpfe wurden weggeworfen. Keiner stopfte mehr seine Wollsocken. Die ganze Gesellschaft veränderte sich. Verbrauchen und Wegwerfen wurde zur einzigen Regel, die wirklich alle vereinte. Es gab zwar Menschen, die darauf beharrten, ihre Sachen zu flicken, aber man sah und hörte sie nicht. Solange es nur die Strümpfe betraf, war diese Veränderung vielleicht nicht so gravierend. Aber das Prinzip griff um sich! Schließlich wurde es zu einer Art unsichtbarer, aber ständig gegenwärtiger Moral. Ich glaube, das hat unsere Auffassung von richtig und falsch verändert, von dem, was man anderen Menschen gegenüber tun durfte und was nicht. Alles ist so viel härter geworden. Immer mehr Menschen fühlen sich überflüssig oder sogar unwillkommen im eigenen Land. Und wie reagieren sie darauf? Mit Aggression und Verachtung! Am erschreckendsten aber ist, dass wir uns erst am Anfang von etwas befinden, das sich noch verschlimmern wird. Es wächst im Moment eine Generation heran, die mit noch größerer Aggressivität reagieren wird. Und die haben keine Erinnerung mehr daran, dass es tatsächlich einmal eine Zeit gegeben hat, wo wir unsere Wollsocken gestopft haben. Wo wir weder Wollsocken noch Menschen verbraucht und weggeworfen haben!“

Soweit Kurt Wallander im Roman „Die fünfte Frau“. Das, was Henning Mankell da für Schweden feststellt (Schweden 1996 – noch so eine schöne Zeit! – Anm. EMS), gilt genauso für Deutschland wie für alle Staaten der westlichen Welt. Das Wegwerfprinzip hat tatsächlich unser Leben, unsere Wertvorstellungen, unsere Moral nachhaltig verändert. Es hat unsere Auffassungen von richtig und falsch verändert, von dem, was man anderen Menschen gegenüber tun durfte und was nicht. Und es mündet (überspitzt formuliert) in die bittere Feststellung: Wo man alte Socken wegwirft, da wirft man am Ende auch Menschen weg?! (Heine? wo man Bücher verbrennt, verbrennt man auch am Ende Menschen – Anm. EMS) Oder was zählt denn heute ein Arbeitnehmer auf dem Arbeitsmarkt, wenn er die 50 überschritten hat? Was zählt ein Hartz IV-Empfänger? Was ist ein Mensch in unserer Gesellschaft wert, wenn er körperlich, wenn er psychisch beeinträchtigt ist? Zu was ist ein alter Mensch noch nütze? Was erfahren Menschen mit Migrationshintergrund an Ausgrenzung, an handfester Gewalt in Deutschland? Und warum gibt es so viele Menschen, die am Rand unserer Gesellschaft stehen? So viele Einsame und Einzelgänger? So viele Erwachsene und Kinder, die im Grenzbereich einer menschenunwürdigen Existenz leben müssen? Warum ist alles so viel härter geworden? Und warum gibt es so viele Menschen, die sich überflüssig oder sogar unwillkommen fühlen?

Wenn ich in die Bibel schaue, wird mir wieder bewusst, wie so ganz anders Jesus mit Menschen umgeht – mit Menschen in Grenzsituationen, mit Menschen am Rand der Gesellschaft. Da erlebe ich Hinwendung und Beachtung, da geschieht Heilung. Für Jesus gibt es kein „Das geht mich nichts an!“ oder gar „Was habe ich davon!“ Wenn ich in die Bibel schaue, erlebe ich immer wieder staunend, wie behutsam und liebevoll, wie verbindlich Jesus mit den Menschen umgeht. Er hat keine Berührungsängste vor Menschen mit Behinderungen, körperlichen oder seelischen Gebrechen, Krankheiten, auch nicht vor Menschen, die anders sind. Damit setzt Jesus Maßstäbe!

Als Christen nehmen wir uns diese Maßstäbe zu Herzen! Wir versuchen, sie umzusetzen, zu leben. Das verlangt auch von uns ganz bewusst mehr Achtsamkeit und Behutsamkeit im Umgang mit anderen Menschen. Die Wegwerfgesellschaft darf uns nicht dazu verleiten, mit Menschen auch nach dem Prinzip: Verbrauchen und Entsorgen! zu verfahren. Jesus setzt Maßstäbe – und so ist für mich als Christ jeder Mensch, der an meinem Lebensweg steht, eine Aufgabe.

Ihr Max Toepffer

mankellskarpety

Ach jak przyjemnie…

Wiele lat temu, gdy wreszcie po długim czekaniu na przyznanie nam papierów azylowych, mogliśmy wreszcie wyjechać poza Berlin Zachodni, wybraliśmy się na wycieczkę autobusową w Góry Harzu, a dokładniej do ślicznego miasteczka Goslar. Pomysł był mój. Dusiłam się w Berlinie, chciałam zobaczyć przestrzeń, jakieś pola, łąki, szosę, chciałam, żeby gdzieś było daleko. Chciałam zobaczyć owiane historią Goslar. Mąż i syn po prostu przystali.

Byliśmy młodzi i głupi, nowi na Zachodzie, nie obznajomieni z trikami i chwytami. Reszta była dokładnie taka sama jak historia, którą w styczniu tego roku w Berlinie zaobserwowała…

Krystyna Koziewicz

Z obserwatorium zwykłej baby: Ach jak przyjemnie…

Styczniowego popołudnia bieżącego roku, a więc całkiem niedawno, znajoma zaprosiła mnie na noworoczne przyjęcie niemieckiego Towarzystwa Turystycznego. W zaproszeniu znalazła się informacja, że  podczas spotkania organizatorzy zaoferują bezpłatny poczęstunek, dokładniej rzecz biorąc – kolację – oraz upominek. Dla każdego uczestnika. Propozycję przyjęłam, choć powątpiewałam w obiecanki cuda wianki. Znając życie uznałam deklaracje za chciwy chwyt organizatorów, bo kto dzisiaj rozdaje prezenty bezinteresownie?
Nie wiedzieć czemu, od początku byłam sceptycznie nastawiona  do  kuriozalnych imprez, o których wcześniej słyszałam od mojej sąsiadki, ale zgodziłam się towarzyszyć znajomej ze względu na nasze dobre relacje. Pani była, jak mi się wydaje, nadzwyczaj łatwowierna i już często widywałam u niej różne przedmioty, na których zakup dawała się naiwnie namówić, a to magnetyczny materac za dwa tysiące euro, a to zdrowotna poduszka za 200 euro, czy witaminy po 550 euro jedna seria, ale żeby poskutkowało – potrzebne były dwie. Kupowała, bo wierzyła, że będzie zdrowa od tych przedmiotów o magicznej  mocy.
Prasa niemiecka donosi czasem o nabieraniu ludzi w starszym wieku i nabijaniu ich w przysłowiową butelką. Moja sąsiadka jest tego przykładem, niestety nie dało się jej wytłumaczyć, że ma być ostrożna. Tym razem znajoma zapewniała, że chodzi o turystyczne prezentacje, a ponieważ zamierza wybrać się w  świat, to akurat coś dla niej. No dobrze – pomyślałam.
Spotkanie miało miejsce w restauracji w centrum Berlina, która ma nawet dość dobre wpisy (zajrzałam na stronę internetową, to wiem). Poszłam pod wskazany adres, gdzie  znajoma już wypatrywała mnie w oknie, oznajmiając przy powitaniu, że chyba mi się nie spodoba. No i miała rację, bo już na pierwszy rzut oka było widać, że będzie paskudnie. Bo oto weszłam do cuchnącej od papierosów sali o ponurym wystroju, stoły poustawiane jak na partyjnym zebraniu i żadnych oznak, że to – niby – jubileuszowe, noworoczne przyjęcie.
Spoglądając na uczestników przeżyłam drugi szok. Trzon zebranych stanowili staruszkowie, na moje oko – w wieku 80-90 lat. Później okazało się, że byli jeszcze starsi, jak np. kobieta licząca 105 lat!  Ciekawskim wzrokiem wodziłam po sali, zobaczyłam „prezydialny” stół, na którym leżały rozmaite produkty: biżuteria, wypolerowane garnki, odkurzacz, jakieś dziwne lampy, patelnia i komórka dla seniorów. Czyli wiadomo, w co mnie znajoma wpakowała. Chciałam zrobić  w tył zwrot, ale sąsiadka przekonała mnie, bym  jeszcze chwilę odczekała. Organizatorzy szybko dostrzegli moją skwaszoną minę, usłyszałam uszczypliwe uwagi. „Co ci szkodzi?” – mówiła znajoma – „najwyżej pośmiejemy się”. Do śmiechu nie było jednak ani razu, ani tyci, tyci…!
Kiedy już wszyscy uczestnicy na własny koszt pozamawiali napoje, zaczęła się pierwsza prezentacja. Na pierwszy rzut poszła nadzwyczajna w świecie  poduszka – „ taka prostokątna,  super wygodna do przytulania, na której zmieści się cała głowa – wynikało z objaśnienia – po bokach ma dużo wolnego miejsca do przytulania, bo każdy powinien mieć własną”. I  tak przez 20 minut wymieniano przyjemności z puchatą poduszką. To cudo poszło w obieg, można było dotykać, przytulić, więc ludzie wyrażali zachwyt, kiwali potakująco głowami, przyznając racje prowadzącemu. Wtedy pojawiła się informacja, że kto natychmiast za jedne 99 euro kupi tę poduszkę, otrzyma dodatkowo ”piękne” prezenty. Zgłosiły się cztery osoby, wyciągając  pieniądze z kopert pełnych banknotów. Szczęśliwcy otrzymują prezenciki – bezcenne badziewie z pchlich targów, jak uchwyt do zbierania śmieci, żeby się nie schylać, rękawice i skarpetę do podgrzewania w mikrofalówce. Pozostali, którzy nie zdecydowali  się od razu, spoglądali z zazdrością, że przegapili okazję, bo od tej pory poduszka dla niezdecydowanych podrożała, dając tym samym wyraźny sygnał, co oznacza szybka decyzja.
Zaraz potem w ruch poszły trzy garnki antybakteryjne, mega energooszczędne za jedne 1200 euro, komórka seniora z budzikiem za 199 euro, patelnia za 299 euro, mini odkurzacz za 299 euro oraz lampy rozgrzewające: mała za 1600 euro, duża za 3200 euro. Wymieniając ceny prowadzący bezustannie powoływał się na uszczęśliwioną żonę – posiadaczkę tychże produktów. Ludzie zaczynają nabierać ochoty bycia  szczęśliwym, postanowili zostać posiadaczami porcelanowej patelni, lekkiego odkurzacza i uzdrawiającej lampy. Przy okazji rewelacja – prezentowane eksponaty są wyprodukowane w Chinach i Korei, które  aktualnie na świecie są liderami w eksporcie, a jakość jest najwyższa (to już nie niemiecka????).  Zauważam, że ludzie wierzą w każde słowo prezentera i potakują mu.
A mnie ciśnienie skacze niebotycznie – nie można przecież bezkarnie wysłuchiwać takich bzdetów! I te dające się zewsząd słyszeć głosy starszych ludzi, użalających się na obolałe ręce, nogi, kręgosłup. Uzdrawiająca lampa to dla nich zbawienie! Kupują lepszą wersję, tę za 3200 euro i dodatkowo otrzymują wszystko, co jest wystawione na stole, łącznie ze świecącą biżuterią.
foto forumowe 025 Uczestnicząc w tej dziwacznej tragikomedii nie wytrzymałam i ostentacyjnie wyszłam, co też  pewnie przyniosło ulgę prowadzącemu, bo po co mu taka, co nie wykazuje zainteresowania kupnem i jeszcze kpiny sobie urządza!
Okazało się, że przegapiłam wiele okazji do śmiechu, kiedy ludzie po trzech godzinach totalnego wyczerpania kupowali drobiazgi za niby symboliczne jedno euro, a gdy przychodziło do płacenia to kwota wynosiła 20 euro (no  bo przecież tak się tylko mówi – wyjaśniał prowadzący zdziwionym). Był też trik z darmową kolacją, do której trzeba sobie było zakupić napoje. Zapytałam znajomą, co o tym sądzi, ale nie potrafiła mi niczego logicznie wytłumaczyć. Był to klasyczny pokaz wciskania starszym ludziom produktów, które na co dzień za znacznie mniejsze pieniądze można dostać w każdym domu towarowym albo w internecie. Być może osoby, które nie mają siły iść do sklepu korzystają z tego typu prezentacji. Im jesteśmy starsi, tym bardziej przecież potrzebujemy przedmiotów, które zlikwidują bóle i ułatwią życie. Niełatwo jest być wydanym na pastwę starczej niedołężności.
Wiedzą to organizatorzy i rozmaitej maści pośrednicy, sprzedawcy, prezenterzy, wiedzą też, że emeryci mają oszczędności, po które lekką ręką sięgną. I wiedzą, że ci ongiś pełni energii życiowej ludzie tęsknią za sytuacjami towarzyskimi. Kiedyś życie toczyło się wśród ludzi, teraz człowiek zostaje sam z bólem i lękiem. Jak przyjemnie pójść na imprezę noworoczną czy na spotkanie jubileuszowe, jak przyjemnie dostać upominki, lampkę wina, ciasteczko, a czasem nawet obfitą kolację. Ach jak przyjemnie…

List otwarty do Pani Kempy

Aleksandra Puciłowska / współautorka: Kinga Chojnicka

To miał być żartobliwy, lekki tekst. Takim rodził się w mojej głowie. Kiedy spojrzy się bowiem na dyskusję na temat tzw. gender, której fala przelewa się obecnie w polskich mediach, to trudno o powagę. Jej zachowanie mogłoby w pewnym sensie gloryfikować całą tę mocno żenującą pyskówkę, której próbuje nadać się miano wymiany argumentów. Jako, iż – jedna z głównych Gwiazd tejże całej zagwostki – posłanka Beata Kempa, nie grzeszy ani poczuciem humoru, ani dystansem do swej własnej, jakże niezwykle ostatnimi czasy popularnej osoby, to zdecydowałam się jednak napisać tekst rzeczowy. O to prosi zresztą Pani Kempa nieustannie – o merytoryczne i rzeczowe argumenty. Pragnę ich jej dostarczyć, choć zapewne nie ma sensu ze mną i tak dyskutować. Jestem wszakże, podobnie jak Krystian Legierski – idąc logicznym tokiem rozumowania za wypowiedzią Pani Kempy w rozmowie z nim – jeszcze nienormalnym człowiekiem. Być może pozostaję dla niej również jedynie wyszkolonym przez nikomu bardziej nieznaną jednostkę dzieckiem, którego wypowiedzi potraktować można z należytą protekcjonalnością, jak pozwoliła się sobie zachować posłanka,wobec jednego z członków publiczności programu, którego gościem była ona sama. Całkiem możliwe jest również to, iż jako nie tylko dla feministki, ale i lesbijki – czyli w żadnym bądź razie kobiety zdrowej i zrównoważonej – nie ma już dla mnie zupełnie ratunku i należałoby – cytując tu z kolei Panią Miłkę Majer, która na jednym z dziennikarskich portali radziła mojemu ojcu sprać mi tyłek i wydać za silnego chłopa, któremu urodzę dziecko.

Pomijając jednak wyżej wymienione różne aspekty mojej egzystencji, chciałabym móc skorzystać z okazji iż – jako, iż posługuję się słowem pisanym, a nie mówionym – w związku z czym Pani Posłanka nie będzie w stanie mi przerwać i być może pierwszy raz wysłucha racji drugiej strony do końca – dorzucić i moich kilka groszy do tematu, który wzbudza tak wielkie kontrowersje po wschodniej stronie Odry.

Wpierw chciałabym się odnieść do programu “Równościowe przedszkole”, na który tak chętnie powołuje się pani Kempa. Słynny już chyba powoli wierszyk, który deprawować ma polskie dzieci o płci, która nie ogranicza mnie, cytowany nagminnie przez posłankę Solidarnej Polski ma, jak się okazuje, swoją dalszą część – być może już nie tak wygodną i zdatną na manipulację, dlatego też pomijaną skrzętnie przez Panią Kempę:

„Bawię się z kim chcę, robię to, co chcę,
płeć nie ogranicza mnie.
Czy jestem dziewczynką, czy jestem chłopakiem,
mogę być pilotką, mogę być strażakiem
Czy jestem chłopakiem czy jestem dziewczynką,
bawię się lalkami i olbrzymią piłką.
Bawię się z kim chcę, robię to, co chcę,
płeć nie ogranicza mnie!”

Bo, o ile pierwszy wers powyższej prostej rymowanki, może w co niektórych, mniej otwartych na nowości i krytyczną analizę umysłach, wzbudzić pewne wątpliwości, to cały wierszyk nie ma prawa budzić już żadnych kontrowersji. O fakcie tym posłanka Kempa doskonale wie, dlatego też cytat swój skrzętnie ogranicza. Podobnie, jak odnośnik w programie do obecnych czytanek i rymowanek, którymi raczy się dzieci w przedszkolu. Posłankę wzburza fakt, iż dziecko wypowie głośno słowa o tym, iż jego płeć go nie ogranicza i może zostać, tym kim chce – czy to pilotką, czy strażakiem. Nie oburza jej jednak sytuacja, w której w wierszykach kobiety przedstawiane są, jako kury domowe, które mają pełne ręce roboty, i może faktycznie można by im czasem w tych porządkach i sprawunkach ewentualnie pomóc, podczas gdy mężczyzna jeździ z synem po mapie i pokazuje mu ciekawy świat. Jeżeli dysonans, który się z tego tak diametralnie stereotypowego postrzegania ról kobiety i mężczyzny wyłania, nie jest dla przeciwników nauki gender jasny, to już służę pomocą i wyjaśniam: wierszyk proponowany przez program Równościowe Przedszkole, jak i główne założenia całego programu mówią o czymś dokładnie odwrotnym. O rolach kobiet i mężczyzn, które nie powinny ich odgórnie ograniczać. Bo to nie jest tak, że mama jest od prania, a tata od grania w piłkę. O tym mówi ten program, a nie o operacjach na 4-letnich dzieciach, które decydują się zmienić płeć, jak próbuje wmówić nam z uporem maniaka polska prawica oraz Kościoł.
Nie mówi również o nauce masturbacji, jak mieliśmy wątpliwą przyjemność usłyszeć już nieraz. Szczerze – trudno mi sobie nawet wyobrazić, jak miałaby wyglądać owa nauka? Jeżeli wyobrażenie to zagościło zaś w głowie posłanki Kempy, to gratuluję tejże niezwykle wybujałej oraz rozbudowanej mocy wyobraźni. Dzieci w pewnym wieku zaczynają się interesować ciałem, czy to się nam podoba, czy nie. Robiły to od zawsze, robią to teraz i będą robić również w przyszłości. Nie zmienimy tego. To co możemy natomiast zmienić, to nastawienie do tego. Od dawna wiadomo, iż dotykanie swoich okolic intymnych przez dzieci najczęściej kończyło się ich strofowaniem. Dzieci tego nie rozumieją – dlaczego mogę dotykać ucha i policzka, ale nie wolno mi dotknąć penisa/łechtaczki?
Strofowanie to doprowadzić może do zaburzeń w przyszłym życiu seksualnym. A, jako iż cała nasza polska prawica niezmiennie dba o zdrowe, jak i moralne pożycie seksualne wszystkich Polaków, to powinna podziękować gender za to, iż próbuje zapobiegać problemom seksualnym naszych rodaków. W programie Równościowe Przedszkole, Droga Pani Kempo nie ma ani jednego słowa o nauce masturbacji. Jest mowa o poinformowaniu dziecka, że nie ma w tym nic złego, jeżeli dotykamy samych siebie. Jeżeli i ten dysonans nie jest dla Pani i Pani popleczników zrozumiały, to Państwo wybaczą, ale kijem Wisły zawracać nie będę. Bo się zwyczajnie nie da. Jak mówił Einstein: “Tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat i ludzka głupota. Co do tej pierwszej są jednak pewne wątpliwości.”

Nikt na podstawie programu Równościowe Przedszkole nie przebiera ani żadnego chłopca w dziewczynkę, ani żadnej dziewczynki w chłopca. Dzieci robią to same, dobrowolnie. Wystarczy przeczytać ten program, by o tym wiedzieć. Pani Kempa twierdzi, że go przeczytała. Możliwości są trzy: albo Pani nie potrafi czytać ze zrozumieniem, albo kłamie i wcale go nie czytała. Trzecią i ostatnią opcją jest podejrzenie, iż Pani nie tylko go przeczytała, ale i zrozumiała – i działa z premedytacją, manipulując faktami wedle własnego widzimisię. Przez wzgląd na niezwykłą czułość pani posłanki na punkcie własnej osoby i nadmierne zdolności do uczucia obrazy własnego jestestwa, powstrzymam się od komentarza, która z powyższych opcji mnie osobiście wydaje się najbardziej prawdopodobna. Wracając jednak do tematu: dzieci faktycznie się przebierają – robią to jednak całkowicie dobrowolnie oraz w formie teatrzyka. Część dzieci wychodzi z sali i przebiera się poza nią, same dobierają akcesoria i same decydują o tym, czy odgrywać będą dziewczynkę, czy chłopca. Reszta dzieci na podstawie ubioru, stylu zachowania oraz atrybutów zgadnąć ma, kogo dane dziecko odgrywa. Całość kończy się dyskusją na temat postrzegania dziewczynek oraz chłopców – skąd dzieci wiedziały, że Marysia z pistoletem gra chłopca, a Jasiu z odkurzaczem dziewczynkę?
Bardzo rozwijające i wiele wnoszące do rozwoju dzieci ćwiczenie można, więc jak widać przeobrazić w szatański plan, który na celu ma wychować morze transwestytów i miliony lesbijek – bo tego się chyba nasza prawica w tym wszystkim obawia.

Proponuję zakazać Jasełek, jeszcze sobie któreś dziecko naprawdę pomyśli, że grany przez niego osiołek jest nim, i dopiero narobimy bigosu. Nie mówiąc już o zaburzeniach, jakie mogą zniekształcić umysł małego chłopca, który za młodu wysłuchiwać będzie od kolegów docinków o “oślich uszach”.

Co do zaś granicy 4 lat, o której wciąż się słyszy, która wyznaczać miałaby magiczny punkt zwrotny w życiu dziecka, w którym odarte do tej pory ze swej płci dziecko, miałoby dokonać jej wyboru: przeciwnicy gender wykazać musieli się tu zaiście dużą dozą złej woli, by sprawę metaforycznego tekstu dla rodziców dzieci przekazać mediom w wyżej wymieniony sposób. Ten metaforyczny tekst opowiada bowiem o tym, iż dzieci zanim przekroczą próg przedszkola najczęściej nie nabrały jeszcze stereotypowych cech dla swej biologicznej płci – mądry rodzic nie chce bowiem, by dziecko chodziło ubrane tylko w jednym kolorze, czy miało zabawki rozwijające je tylko w jednym kierunku. Tego uczymy się już w przedszkolu – w kąciku chłopców znajdziemy klocki Lego i samochody, w kąciku dziewczynek różowe lalki Barbie i kołyski dla lalek. I dzieci tym nasiąkają. Znam to dobrze z autopsji: pomimo, iż w domu budowałam coraz to nowe konstrukcje z Lego oraz bawiłam się z moim kuzynem w wojnę, to w przedszkolu nie dane mi było nigdy pobawić się na obleganym przez chłopców dywanie, przypominającym swym wzorem autostradę. Bo to był dywan chłopców, by mogli wykorzystać go dla swoich samochodów. Ich samochodów. Moje były ponoć lalki. Ale ja ich nie chciałam. I to się nie liczyło. Liczył się podział na chłopców i ich samochody oraz dziewczynki i ich lalki. Ja się w tym podziale gdzieś zagubiłam, stałam błędem statystycznym. Bo przecież dziewczynki zawsze wolą lalki, czyż nie tak..?

Podobnym błędem był mój kolega z podwórka, który uwielbiał tzw. “dziewczęce zabawki” – kolekcjonował lalki, wózki dla nich, lubił zabawy w dom. Jego rodzice nieustannie kupowali mu zaś plastikowe traktory, karabiny maszynowe oraz klocki Lego, mając nadzieję, iż to zmieni jego upodobania. Ale on pozostawał nieugięty i wymieniał kupowane mu przez rodziców zabawki na te, które podobały mu się faktycznie. Sama skorzystałam na tym nieraz – zamieniając przykładowo lalkę Barbie na gumowego rekina, któremu domalować mogłam następnie czerwonym mazakiem krew na paszczy i tym samym uwiarygodniać jego ataki na ludziki z klocków Lego w naszej wannie. Chłopiec ten budził kontrowersje na całym osiedlu i nieraz bywał obiektem docinków rówieśników. Ja z nim zaś wymieniałam zabawki i poniekąd rozumiałam jego odczucia. Choć ja i tak miałam lepiej – dziewczynka, która bawi się autami i pistoletami wyrośnie przynajmniej na jakiego inżyniera, czy doktora. A chłopak, który bawi się lalkami, to z cała pewnością będzie pantoflarz albo niedołęga życiowa. Albo nie daj Boże pedał jeszcze jakiś. A propos pedałów! Chciałam zarówno Pani Kempie, jak i innym uroczyście obwieścić, iż faktycznie zdarza się tak, iż królewicz zakochuje się w królewiczu. Pani Kempa dała odczuć w pewnym programie swemu wzburzeniu wobec tych faktów.

Odpowiadając na Pani pytanie wówczas postawione: “Czy to jest normalne?” – “Tak droga Pani, to jest normalne.” Zdarzało się nieraz, zdarza nadal i będzie zdarzać nieustannie. Choć może współcześnie nie tak już często wśród królewiczów. To, że istnieje pewna grupa ludzi, która nie jest sobie z tym faktem w stanie poradzić, nie zwalnia nas jednak z obowiązku do tego, by uczyć nasze dzieci i młodzież, że ludzie są różni i każdy zasługuje na szacunek. W przeciwnym wypadku musielibyśmy milczeć również o tym, iż na świecie żyją osoby czarnoskóre. O tym, że niektórzy mężczyźni nie zakładają rodzin, a postanawiają żyć całe życie w celibacie i służyć tym samym Bogu również nie wypadałoby powiedzieć. Fakt, iż czasem niektóre osoby nie słyszą i trzeba z nimi komunikować się na inny sposób również objęty powinien zostać tajemnicą. Wszystkie te przypadki nie są bowiem normą. A to normy właśnie, Pani Posłanka chce, zdaje się bronić i strzec przed deprawacją tego świata. Proponuję jednak wykluczać zbiorczo – a nie jedynie wedle własnych uprzedzeń i fobii. To byłoby przynajmniej choć odrobinę uczciwe.
Kolejną wskazówką, jaką mam dla Pani Kempy jest choć spróbowanie czytania całych tekstów oraz źródeł, na które się później powołujemy. Pani Kempa nie omieszkała bowiem odnieść się do “narzucania płci” dziecku przy narodzinach, mówiąc o tym, czy narodziło się chłopcem, czy dziewczynką. Jednocześnie nie zadała sobie ona jednak trudu odnalezienia źródeł tego założenia oraz jego filozoficznych uwarunkowań. Mówiła o tym bowiem naturalnie Judith Butler odnosząc zdanie wypowiadane przez położną po narodzinach dziecka, tj. “to dziewczynka” do własnej teorii o wypowiedziach performatywnych. Zakłada ona, iż wypowiedzi te kreują naszą rzeczywistość, tworząc tym samym sztuczny konstrukt płci społecznej, mylnie utożsamiając go z płcią stricte biologiczną. Mówiąc “chłopaki nie płaczą” zamykamy mężczyzn w konstrukcie, w którym chcąc zachować twarz oraz dumę, jako “prawdziwy mężczyzna” (gender) powinni być twardzi i nieczuli. Choć przecież biologia pozwala im płakać i współodczuwać, tak jak kobietom. To założenie odniosła Butler do wypowiedzi “to dziewczynka” – bo za tym zdaniem idzie cała masa skojarzeń oraz następstw narzucanych nam przez społeczeństwo i kulturę. Mówiąc “to dziewczynka”, położna zawiera podświadomie w swej wypowiedzi oczekiwania wobec noworodka, by wpasowało się ono w koncepcję dziewczynki, jaką zna nasze społeczeństwo. “To dziewczynka” – będzie więc grzeczna, będzie bawić się lalkami, a następnie poświęci karierę dla swojego ukochanego męża. Takie są oczekiwania zawarte w tym krótkim zdaniu. I tylko ta dziewczynka, która im – chcąc, czy nie chcąc – sprosta będzie mogła mianować się tzw. “prawdziwą kobietą”.
Pani Kempo – proszę uwierzyć, że ani Judith Butler, ani nikomu innemu nie chodziło ani o to, aby zabronić wypowiadania owego zdania na porodówce, ani o negowanie biologicznej płci dziecka. W filozofii nie zawsze wszystko należy brać dosłownie.
Jaskinia Platona też była jedynie metaforą, Pani Posłanko…
Kończąc już, jeszcze jedno zdanie na temat ulubionego naukowca Pani Kempy, a więc Johna Money’a. Zgadzam się z posłanką Kempą i też nie jestem zwolenniczką praktyk tegoż to, zmarłego już seksuologa. Ale cytując eksperta zespołu parlamentarnego, któremu Pani Kempa ma zaszczyt przewodzić, księdza Oko, napiszę “Wśród nas też są Judasze.” Skoro tłumaczenie pana Oko w zupełności wystarcza posłance Kempie w wypadku pedofilii w Kościele, tak samo powinno jej wystarczyć w tym wypadku, czyż nie…?
Miałam powstrzymać się od retoryki używanej przez Panią Kempę, ale nie mogę sobie odmówić: jeżeli Pani hasłem przewodnim jest “Wara od naszych dzieci”, to ja już nie powiem, od czego wara Pani – Pani Posłanko – w moim i innych ludzi życiu.


PS od Adminki: myślę, że w ramach porad kulturalnych koniecznie trzeba tu przpomnieć nadzwyczajną powieść Jeffreya Eugenidesa pt. Middlesex (2002, przekład polski 2004). Przeczytajcie ją koniecznie. I bez dyskusji o gender – warto, w ramach dyskusji to po prostu obowiązek!

 

Polska Zielona Sieć

kupujodpowiedzialnie

Związek Stowarzyszeń Polska Zielona Sieć jest ogólnopolską organizacją pożytku publicznego zrzeszającą organizacje ekologiczne działające w największych miastach Polski. Naszym celem jest rozwój w zgodzie z naturą. Działamy poprzez budowanie obywatelskiego poparcia dla zrównoważonego rozwoju, tworzenie mechanizmów społecznej kontroli wydatkowania publicznych funduszy, zwiększenie wpływu konsumentów na jakość produktów oraz politykę globalnych korporacji, a także wspieranie ekorozwoju krajów Globalnego Południa oraz społeczeństwa obywatelskiego w Europie Wschodniej.

Wiele z naszych działań opiera się na aktywności organizacji regionalnych, które wspierają inicjatywy obywatelskie na rzecz ochrony środowiska. Współpracujemy również z organizacjami krajowymi i międzynarodowymi.

Aktywnie działamy dla natury, człowieka i rozwoju.

Główne programy PZS to:
Kampania Kupuj odpowiedzialnie!
Akcja dla Globalnego Południa
Program Dla klimatu
Fundusze dla zrównoważonego rozwoju

fabryka

Przypomnijmy
23 kwietnia 2013 zawaliła się fabryka odzieży w Dakce
zginęło 1100 osób.
Produkowano w niej ubrania dla
Primark, Bon Marché, Joe Fresh, El Corte Ingles, Mango, Benettona.
Mam sukienkę z Primarka. A inne, skąd są?
Skóra mnie boli.
HOME  BOOKS  ETHIC  CONTACT