W górę rzeki (12)

Zbigniew Milewicz (i Marta)

Tereska i Jurek

Koniec roku skłania do obrachunków z czasem. Zacząłem w tym roku spisywać historię swojej rodziny, co wolno robić każdemu śmiertelnikowi, moi krewni to zaakceptowali, ale już wytknęli kilka faktograficznych nieścisłości i dzisiaj chciałem je sprostować. Zrobię to jednak w kolejnym wpisie, bo z rodziny odeszło całkiem niedawno dwoje wartościowych ludzi i im chciałbym tutaj poświęcić kilka słów.

W listopadzie zmarł w Katowicach, na Brzozowej, Jurek Nowak, mąż mojej ostatniej, żyjącej ciotki z rodziny Hamplów, Tereski. Ponieważ była najmłodszą z sióstr, całe życie wszyscy w rodzinie mówili na nią zdrobniale. Jurek trzy dni temu skończyłby 80 lat. Krótko chorował. Kilka dni przed śmiercią rozmawialiśmy jeszcze telefonicznie. Miał pogodny, młody głos, ja oczywiście starałem się go przekonać, że doczeka kolenych urodzin, ale on wiedział, że odchodzi. Niestety na pogrzebie nie mogłem być, dwa tygodnie później odwiedziłem jego grób na cmentarzu w Wełnowcu. Wieńce i kwiaty wyglądały, jakby dopiero je położono. Halina i Andrzej, dzieci zmarłego, czyli moi kuzynostwo mieszkają razem ze swoimi rodzinami niedaleko, koło wieży telewizyjnej w Bytkowie. Mieszkali przez płot, w dwóch sąsiadujących ze sobą domach. Żona Jurka, z którą od lat byliśmy na ty, często gościła u swoich dzieci. Po śmierci ojca Halina wolała, żeby mama u niej zamieszkała, zamiast sama na Brzozowej, miejsca w domu było dostatecznie dużo, także wnuczki nie chciały rozstawać się z babcią. Dawno się z Tereską i kuzynostwem nie widziałem, ostatnio, jak Halina z mężem Piotrkiem i córką Agatą mieszkali w Murckach, ile to lat temu… dziesięć, dwanaście? Ich córki Justyny chyba jeszcze nie było na świecie.

Kuzyn Andrzej, najstarszy z rodzeństwa, pracował w biznessie, zajmował się pompami górniczymi, Halina z Piotrkiem, który pochodził z Podhala, byli radcami prawnymi. Najmłodszy Boguś kierował natomiast jednym z technicznych działów w fabryce Audi w Ingolstadt. Z nim, mieszkając w Monachium, miałem najczęściej kontakt. Halina i Piotrek Jurczakowie zaprosili mnie do siebie, poznałem ich urocze córeczki, 11-letnią Justynę i 6-letnią Emilkę, która nosiła imię po prababci. Prawie już pełnoletnia Agata bawiła na jakimś szkolnym wyjeździe zagranicznym. Nie mogliśmy z Tereską się nagadać. Sporo mi naopowiadała o zdarzeniach w rodzinie, których po części nie znałem. Wspominaliśmy nasze wędrówki po Tatrach z ciocią Irką, nocleg w bacówce na Polanie Waksmundzkiej, gdzie najpierw trzeba było wejść krowie na zadek, żeby wywindować się na strych wysłany słomą, a przez dziurawe poszycie dachu widać było pięknie rozgwieżdżone niebo. Poprzez ciocię Irkę, która pracowała jako inżynier w zakładach mleczarskich i załatwiła tam pracę Teresce, poznała swojego przyszłego męża i przeżyła z nim całe życie. Zmarła niewiele ponad miesiąc po nim. W szpitalu, do którego przewieziono ją z ostrym atakiem kamicy żółciowej, operacja się udała, ale padła trzustka. Powiadomił mnie o tym telefonicznie Boguś.

Córka Andrzeja, Marta, która mieszka w Warszawie napisała wspomnienie, najpierw o dziadku, później o babci. Zrobiła to pięknie i pozwolę sobie je tutaj przytoczyć:

Pożegnanie dziadka i babci

Tereska z JurkiemPożegnanie dziadka Jurka

Dziadek Jurek. Jeden z najbardziej pracowitych i obowiązkowych ludzi, jakich kiedykolwiek znałam. Indywidualista o wielkiej inteligencji i równie wielkim poczuciu humoru. Człowiek twardy i konsekwentny, a jednocześnie ciepły i serdeczny, zawsze gotowy do pomocy, o cokolwiek by się go nie poprosiło.

Jakim był dziadkiem? Najlepszym, jakiego można sobie wymarzyć. Odbierał nas ze szkoły, zawoził na lekcje angielskiego, naprawiał szkolne plecaki, odprowadzał do pociągu, kiedy wyjeżdżałyśmy na wakacje. Z czasem zajęć przy wszystkich wnuczkach było tyle, że aby utrzymać ład i porządek zostałyśmy ponumerowane według wieku. I tak zostałam numerem 1, Dorota numerem 2, Agata – 3, Justyna – 4 i wreszcie Emilka – numerem 5. Dziadek był bardzo dumny ze swojej klasyfikacji, a my z niego, że wpada na takie genialne pomysły.

Genialnych pomysłów było więcej – zimą jeździł z nami na łyżwach po zamarzniętej Pogorii i na nartach po wiślańskich stokach, latem odkrywaliśmy wspólnie szlaki Beskidu Śląskiego. Nauczył nas grać w remika i grywaliśmy z pasją do późnej nocy. Uczył nas znaków drogowych, alfabetu Morse’a i jak porządnie strzelać z procy. Na wszystkich weselach uczył nas tańczyć.

Dziadek bardzo lubił jeździć samochodem i lubił samochody w ogóle, więc na pewno zapamiętamy go, jako dziadka za kierownicą. Każdą z wnuczek gdzieś podwoził – na pociąg, do lekarza, do przedszkola czy szkoły, niejednokrotnie czekając, aż będziemy gotowe do odbioru. Zawsze miał w aucie miętówki, którymi nas częstował. Uwielbiał spacery po lesie – był świetnym grzybiarzem, często mówił, że „wyczuwa” gdzieś grzyba, żebyśmy same mogły znaleźć upragnionego podgrzybka. Zapamiętamy też malowane przez Dziadka znaczki pocztowe. Zawsze ze słonikiem, datą i pieczątką. Rysowane na kopertach kartek okolicznościowych na nasze urodziny. I zapamiętamy scyzoryk, który przy sobie nosił.

Liczyć na Dziadka można było zawsze – bardzo o nas wszystkich dbał. Nawet, kiedy był już bardzo słaby, każdą naszą wizytę u niego kończył swoim tradycyjnym „w razie czego dzwońcie”. Pomagał rodzinie, pomagał sąsiadom. A rodzinę stworzył jedyną w swoim rodzaju. Ciepłą, wesołą, wspierającą się, okazującą szczere zainteresowanie drugim człowiekiem. Dziadek był bardzo z tej rodziny dumny – widać było błysk w jego oczach, gdy opowiadał w swoich bliskich.

Więc chyba nie powinniśmy pytać Pana Boga, dlaczego nam Dziadka zabrał, tylko dziękować mu, że nam Go dał. Że mogliśmy odbyć z nim te wszystkie rozmowy, które odbyliśmy, że było tyle wspólnych wyjazdów, imprez rodzinnych, spotkań, że razem kolędowaliśmy, żartowaliśmy, oglądaliśmy z nim mecze piłki nożnej, którą tak lubił. Że poznał swoje dwie prawnuczki.

I choć tak strasznie boli świadomość, że Dziadek już nie założy charakterystycznego czarnego beretu, nie podjedzie na naszą uliczkę niebieską Pandą, a na niedzielne śniadanie nie przygotuje swoich ulubionych parówek z serem, to głęboko wierzę, że tam gdzie teraz jest, jest mu dobrze. Bo wierzę, że Pan Bóg zabiera człowieka do siebie wtedy, gdy widzi, że zasłużył on sobie na niebo.

Marta czyli wnuczka nr 1

***

Pożegnanie Babci Teresy

W Tatrach z ciocia TereskaKiedy miesiąc temu towarzyszyliśmy w ostatniej drodze Dziadkowi Jurkowi, chyba nikt nie spodziewał się, że tak szybko przyjdzie nam żegnać i Babcię Teresę. Widok Babci bez Dziadka u boku był dziwny i trudny do zaakceptowania, myśl o rodzinie bez nich obojga zupełnie nie mieściła się w głowie. A jednak Babcia odeszła w zeszłą sobotę.

W Tatrach z Ciocią Tereską

Czy bała się śmierci? Raczej nie. Takiej wiary w Boga, jaką miała Babcia Teresa, można było tylko pozazdrościć. Była bardzo religijna i z całej rodziny to ona najbardziej dbała o nasz duchowy rozwój. Pilnowała, żeby msza święta była najważniejszym wydarzeniem każdej niedzieli, żebyśmy nie zapominali o modlitwie i regularnej spowiedzi. Przed każdą dalszą podróżą błogosławiła nam, robiąc nam znak krzyża na czołach. Jej modlitwa towarzyszyła nam cały czas. Kiedy zdawaliśmy ważne egzaminy, pobieraliśmy się, zaczynaliśmy życie na własną rękę. Kiedy rodziły się kolejne wnuczki i prawnuczki. Kiedy było dobrze i kiedy było trochę gorzej. Każdego dnia Babcia prosiła Boga o błogosławieństwo dla nas, jego opiekę i potrzebne nam łaski.

Ale Babcia Teresa kojarzy się nie tylko z wiarą i duchowością. Babcia to także poczucie humoru, ciekawość świata, otwartość i towarzyskość. Bardzo łatwo nawiązywała kontakty, lubiła ludzi – po prostu zaczynała z kimś rozmawiać i od razu zyskiwała nowego znajomego. Przyjaźniła się z sąsiadami, była w stałym kontakcie z bliższą i dalszą rodziną, pamiętała o swoich koleżankach z dawnych lat. Na urodziny pierwszy telefon z życzeniami był zawsze od Babci.

Emilka z babcia TereskaBabcia lubiła wiedzieć, co u kogo słychać i co się dzieje w rodzinie. Była duszą towarzystwa, więc wszelkie większe uroczystości i spotkania rodzinne były jej prawdziwym żywiołem. Często opowiadała wtedy niesamowite historie o swojej rodzinie, licznych ciotkach, wujkach i kuzynostwie. O powojennym Chorzowie i Bytomiu. Za każdym razem, kiedy wychodziło się z takiego spotkania, dziadkowie stali w    drzwiach mieszkania na Brzozowej i machali gościom na pożegnanie, dopóki ci nie zniknęli za zakrętem schodów.

Na zdjęciu: Emilka z Babcią Tereską

Babcia była doskonałą panią domu – kiedykolwiek nie wpadłoby się do dziadków, mieszkanie zawsze lśniło, a oni sami czekali z kawą, herbatą, ciasteczkami i obranymi owocami. Babcia była w rodzinie wytwórczynią najlepszych makówek, modrej kapusty ze smażonym boczkiem i pleśniaka. Dodam od siebie – i ciasteczek odziedziczonych po Babci Stasi – subtelnie i smakowicie nazywanych czołgami. Przepis na pleśniaka dyktowała nam z pamięci jeszcze tego lata. Również jej kompot truskawkowy nie miał sobie równych. Dzieci dostawały go zawsze w szklankach z grubego szkła, żeby przypadkiem nie zrobiły sobie krzywdy.

Bo Babcia troszczyła się o nas nieustannie. W zimie dbała, żebyśmy zakładali ciepłe kurtki, czapki i szaliki. W lecie denerwowała się, że biegamy boso po trawie i pijemy zbyt zimne napoje. Kupowała ciepłe kołdry, żebyśmy w nocy nie marzli. Dla najmłodszych zawsze miała w torebce coś słodkiego.

O co by nas prosiła? Na pewno o modlitwę. Tak jak ona pamiętała o nas, tak i my pamiętajmy teraz o niej. Byłaby nam wdzięczna za – jak to ona mówiła – „dziesiątek” różańca albo koronkę zmówioną w jej intencji. Prosiłaby nas też pewnie, żebyśmy szanowali rodzinne tradycje – dalej spotykali się z okazji urodzin czy świąt, często dzwonili do siebie, odwiedzali się i interesowali sobą nawzajem. Żebyśmy, tak jak dotąd, mogli na siebie zawsze liczyć.

Ciężko na sercu. Ciężko, bo rozstania z kochanymi, bliskimi i dobrymi ludźmi są zawsze trudne. Pozostaje nadzieja, że Babcia Teresa jest już razem z Dziadkiem Jurkiem, swoimi rodzicami – Emilką i Wilusiem, których tak wcześnie straciła i swoimi teściami – Stasią i Stasiem, których większość z nas miała jeszcze szczęście poznać, ciocią Jutą, wujkiem Józkiem i wszystkimi innymi ludźmi, których kochała, a którzy odeszli przed nią. I że kiedyś spotkamy się z nimi ponownie.

Marta

W górę rzeki (10)

Zbigniew Milewicz

Życie od nowa

Tak więc po 45 roku ludzie rozpoczynali swoje życie od nowa, a jak im się nie udawało, to jeszcze raz od nowa. Po rozwodzie mama zamieszkała ze mną w Chorzowie, u dziadków. Ociec zabrał Zdzicha i wyjechał z Katowic, wcześniej napisałem, że do Elbląga, ale faktycznie najpierw był Wałbrzych, gdzie ociec dostał pracę, jako kierowca w kopalni. Później Elbląg, z „przechowalnią” dla brata w Kętrzynie.

ojcieczesopemPóki ojciec nie znalazł oddzielnego lokum na Żuławach, Zdzich pozostawał pod troskliwą opieką babci Urszuli, w jej już ostatnim miejscu zamieszkania. Kiedy przywieziono go do Elbląga, najpierw było jakieś poddasze w domu, gdzie żyła prawdziwa ludzka zbieranina, tam też opiekowała się nim babcia. Nie opuszczała go na krok, żeby nie stało się mu nic złego, karmiła, pielęgnowała z całym oddaniem, kiedy był chory, wiele jej zawdzięcza. Później ojciec odprawił babcię i zabrał go do nowego, dwupokojowego mieszkania, gdzie brat poznał kobietę o imieniu Celina, do której od początku musiał mówić mamo. Ciężko mu to szło. Nowa partnerka ojca była pielęgniarką, pochodziła z niedalekiego Skórcza i ojciec się z nią ożenił. Na życie zarabiał pracą w miejscowej stoczni, po niespełna roku Elbląg mu obrzydł, wyjechali do Słupska. Tam starsza siostra ojca, Maria, która towarzyszyła im w exodusie z Katowic, powiedziała, że dalej już nie jedzie. Ze Słupska, po dwóch, albo trzech miesiącach, ojciec, jego nowa żona i Zdzich udali się bowiem do Szczecina i tam zapuścili korzenie. Na krótko ich adresem był dom w Niebuszewie, niedaleko gazowni, gdzie z klatki schodowej można było oglądać niebo, później już Goleniowska 76 w Dąbiu. Zdzich miał 5 lat, kiedy się tam wprowadzili.

Ciocia Irka i HeinzPo wojnie, rozłączeni bliscy ludzie starali się wzajemnie znowu odnaleźć. Moja babcia Jadzia łudziła się, że mimo wszystko gdzieś żyje jej brat Wili, rodzina dostała zawiadomienie, że zaginął pod Stalingradem, a więc w pojęciu Babci – nie zginął. Międzynarodowy Czerwony Krzyż, poprzez który wielu ludzi się odnalazło, nie potrafił jej jednak w niczym pomóc. Podobnie jak ojcu nie udało się później nawet usłyszeć w telefonie głosu młodszej siostry Stasi, którą sowieci wywieźli do Kazachstanu. Były narzeczony mojej mamy, Gerard służył w Wehrmachcie. Doczekał zakończenia wojny w Niemczech, nie wrócił do Polski, ukończył studia medyczne i został lekarzem. Poprzez moich dziadków nawiązał listowny kontakt z mamą i próbował ściągnąć ją do Niemiec, bezskutecznie, czuła się Polką i jej miejsce było w Polsce.

zbiorowemilewiczUdało się natomiast ponownie zejść cioci Marii i jej mężowi, Eugeniuszowi Bołtuciowi, choć było trudno. Przed wojną starsza siostra ojca wyszła w Wilnie za mąż za młodzieńca z dobrej, inteligenckiej rodziny. Byli w sobie zakochani, niestety ich związek trwał krótko; Marię wywieziono w głąb Rzeszy, on został na miejscu. Kiedy Rosjanie odebrali Niemcom Wilno i generał Sikorski rozpoczął formowanie polskiego wojska na terenie Związku Radzieckiego, Eugeniusz zaciągnął się. Przeszedł cały szlak bojowy z Armią Andersa, walczył pod Monte Cassino, na spocznij dał dopiero w Monachium. Jak i po co się tam znalazł, nie mam pojęcia. W Monachium w każdym bądź razie dowiedział się od kogoś, że jego ślubna jest znowu w Wilnie. Nad Isarą namierzyła jego ślady także ciocia Maria, ale nie zdążyła już skontaktować się z mężem. Załatwił sobie wizę wjazdową do ZSRR i ruszył fałszywym tropem. Trochę czasu minęło, zanim znalazła go z ojcem, w Poniewieżu pod Wilnem, jeszcze więcej zachodu kosztowało, żeby w ramach repatriacji i łączenia rodzin ściągnąć go do Polski. To już jednak nie był ten sam Gieniuś, co kiedyś – martwiła się Maria. Wojna wykrzywiła mu charakter, dużo pił, plecami odwróciła się od niego nawet najbliższa rodzina, która po wyjeździe z Wilna osiedliła się we Wrocławiu. Cioci Marii podobał się Słupsk, ale ostatecznie z rodzinnych powodów także zamieszkała na stałe w Szczecinie, tam też przyjechał jej mąż.

Ujek Jorg z ciocia Marysia, najstarsza Malgosia, Ewa, Heinzem i coreczka, ktora im pozniej zmarla.Również drugiej mojej cioci Marii, z domu Hampel, a po mężu Palluch (tak, tak ich nazwisko pisało się z niemiecka przez dwa „l”) udało się po wojnie zejść z mężem. Wszyscy w rodzinie mówili na nią zdrobniale Marysia, Marika, albo Marinchen. Była drobna, o pięknych, semickich rysach twarzy, dlatego też nosiła żartobliwy przydomek Żydek. Miała dwie córki – starszą Małgosię i młodszą Ewę oraz syna Hainca, nigdy nie słyszałem, żeby ktoś na niego powiedział Heniek. Mąż cioci, Jorg, który służył w SA, pod koniec wojny dostał się do niewoli amerykańskiej. Po denazyfikacji zamieszkał w bawarskim Glonn. Nie bardzo w związku z tym rozumiem, dlaczego ciocia Marysia w ramach łączenia rodzin wyjechała do Stadt Allendorf w Westfalii i tam mieszkała do końca życia, ale mam nadzieję, że kiedyś uda mi się to jeszcze wyjaśnić. Do tej miejscowości ściągnęła później Ewa ze swoim synem Januszkiem, później Małgosia z mężem, Jankiem Balonem, wreszcie ich córka Hania. W Polsce został tylko Hainc z dziećmi, stuprocentowy śląski górnik, który mówił piękną gwarą. W żartach często starałem się naśladować jego szorstką, szybką mowę, jednak daleki byłem od oryginału. Nie przeprowadził się również do Niemiec Jurek Balon, brat mojej kuzynki Hani. Myślę natomiast, że moja babcia odważyłaby się na taki ruch, ale na to dziadek nigdy by się nie zgodził. W sprawach zasadniczych był w domu twardy.

ModnisienabalkoniePóźniej, a może wcześniej wyjechała do RFN druga siostra mojej babci, Truda z wujkiem Alfredem oraz synami Erhardem i Karolem. Była to rodzina Hoffmannów, która mieszkała koło Opola. Erhard był ode mnie o kilka lat starszy, Karol młodszy, ale chciał, żebym do niego mówił wujku, co mnie oczywiście wtedy bardzo złościło. Wujka Alfreda pamiętam słabo, bo częściej odwiedzała nas na Wesołej siostra babci, ale była to ciekawa postać. Rdzenny Niemiec, postępowy i światły, do wybuchu wojny prowadził wspólnie ze swoim bratem drukarnię. Drukowali w niej m.in. książki autorów antyfaszystowskich i tłumaczenia z literatury polskiej. Język polski znał słabo, ale Pana Tadeusza w niemieckim tłumaczeniu – na pamięć. W czasie wojny poszedł służyć do Wehrmachtu. Kiedy wojna dobiegała końca, brat z żoną i córką Elinor wyjechali do Niemiec. Wujek Alfred wylądował natomiast w rosyjskiej niewoli, z której wrócił do domu w 1946 r., mocno zabiedzony. Ponieważ był Niemcem, skierowano go do ciężkiej pracy przy przenoszeniu worków z cementem, w cementowni Opole. Nie miał wyboru, chciał żyć i zapewnić byt żonie z Erhardem, więc targał te worki swoimi delikatnymi dłońmi. Później urodził się Karol.

W 1957 r., korzystając z odwilży w stosunkach polsko- niemieckich, rodzinie Hoffmannów udało się wyjechać do Niemiec, czym 16-letni Erhard wcale nie był zachwycony. Czuł się Polakiem i nawiał rodzicom z pociągu, nie pamiętam już szczegółów całej akcji, ale trudno go było namówić do zmiany decyzji. Początkowo kopał piłkę w jakimś niedużym, niemieckim klubie, później poszedł na studia politechniczne. Ciocia Irka, od której mam te wszystkie informacje, przypuszczała, że naukę finansował mu jego ojciec z odszkodowania, które dostał w Niemczech za zabraną mu przez Polaków drukarnię. Mieszkali w Trier, stamtąd i ze Stadt Allendorf przychodziły paczki do rodziny w Polsce, ze szczegółowym opisem, co jest dla kogo. Czasami cioteczki przyjeżdżały osobiście i zawsze wtedy było to wielkie święto. Gościłem w domu cioci Marysi i Ewy w Westfalii, byłem u Erharda, ale nie chciałbym popędzać czasu w swojej opowieści. Najpierw będzie Wigilia na Wesołej w Chorzowie.

***
Na zdjęciach po kolei z góry na dół:
* Ojciec już na północy Polski,  na zdjęciu ze swoim przyjacielem, Esopem
* Irka z Haincem jako dzieci
* Przed domem na Wesołej 5, od strony ogrodu, rok 1942. Z prawej, obok mojego dziadka, Alfred Hoffmann z żoną i Erhardem, w środku mama, babcia, ciocia Irka, z lewej ciocia Marysia. Z dzieci rozpoznaję tylko Hainca, stoi z tyłu
* Wujek Jorg z ciocią Marysią i dziećmi, najmłodsza dziewczynka im niestety zmarła w wieku kilku lat
* Modnisie na balkonie, na Wesołej 5, lata czterdzieste – mama, babcia i nieznajoma

Udręki pisania książki

Ewa Maria Slaska

Zdjęcia w cegielni

Julicie

albumCiociAlbum zdjęć rodzinnych – główny bohater dzisiejszego wpisu

Jak można pisać biografię? Jak w ogóle można pisać coś, co jest prawdą? Jeśli wymyślamy bohatera naszej opowieści, możemy wyposażyć go tylko w taką ilość informacji, jaka jest nam potrzebna, by ów “Fikcyk” mógł sprawnie funkcjonować w obrębie wymyślonego przez nas świata i ustalonej fabuły. Ale prawdziwa historia jest obarczona taką masą informacji, które wcale nie są potrzebne, żeby pchnąć narrację do przodu, ale przecież już są. Nie można się ich pozbyć. Gdzie jest miejsce na te szczegóły? W przypisach, w nawiasach, w zdaniach wtrąconych? Czy też tworzą one nowe zdania, akapity, rozdziały? Nową książkę?

Im szerzej zakrojona historia, tym więcej detali domaga się uwzględnienia. Z drugiej strony całej masy spraw nie wiemy, nawet się nie domyślamy, że ich nam brakuje. Jak to zrobiła na przykład Olczak-Ronikierowa, zajmująca się sześcioma czy siedmioma pokoleniami rodziny, gdzie w niektórych pokoleniach było nawet ośmioro dzieci? Wszystkiego wiemy za dużo, a i tak trzeba wymyślać.

U Ronikerowej na pewno jest taka wymyślona historia o babce autorki jako młodej dziewczynie. Jej brat i jego koledzy dyskutują o polityce, nie zwracając uwagi na młodą żądną poklasku pannę. Dziewczyna idzie do swojego pokoju i przebiera się w najbardziej oryginalny strój – czerwoną zamaszystą pelerynę. Wraca do salonu, a młodzi panowie nadal nie zwracają na nią uwagi. Wreszcie nie wytrzymuje i prosi brata o jakąś reakcję.
– Jak wyglądam? – pyta.
– Jak papuga – odpowiada brat.
Co za świetny dialog! Ronikerowa jakoś sobie radzi, choć po prawdzie ostatnie rozdziały Ogrodu pamięci, o dzieciach, wnukach i prawnukach rozsianej po świecie rodziny bardziej są już po prostu wyliczanką i daleko im do żywych i mięsistych części książki, w których pisze o prababce, babce, jej siostrach i braciach.

Ten brat “od papugi” ożenił się zresztą z siostrzenicą Prababci. Mojej Prababci. Naszej Prababci. Jaki ten świat jest mały, coraz mniejszy. Próbuję nawiązać kontakt z autorką, myślę, że mogłybyśmy wymienić plotki rodzinne, niestety nie udaje mi się zachęcić jej do spotkania. Mogłabym dalej budować dygresje, pan doktor Fetzki, ograniczany zewsząd powinnościami naukowca, ciągle mnie podpuszcza, czekając na scenki, a to wspólnej herbaty, jaką wypijają na ganku Sylwany pan minister Zagleniczny i Prababcia, wspólnie zgłębiający problemy niesienia pomocy ubogim i potrzebującym w okolicy. W końcu pan Senator miał zacięcie prawdziwego społecznika, nie darmo był podczas I wojny członkiem zarządu Rady Głównej Opiekuńczej. A to z kolei rozmów prawno-gospodarczych, jakie toczyli Pradziadek i ksiądz Zaremba, w końcu przez dobrych kilka lat byli wspólnikami.

Drogi Czytelniku, przeczytałeś już jedną stronę tekstu i nadal nie wiesz, o czym właściwie jest ten wpis i o co chodzi z tytułowymi zdjęciami z cegielni. Przepraszam. Zasadniczo do dzisiejszego wpisu potrzebne mi były dwa zdania. Zdjęcia rodzinne pochodzą z albumu będącego własnością Cioci. Album ten, podobnie jak wybrane książki, a w książkach tych ukryte zapiski i… fałszywe kennkarty Dziadków, został wyniesiony z mieszkania Dziadków w Zielonce w nocy po ich aresztowaniu i ukryty w starej cegielni, gdzie przeleżał od marca 1944 roku do maja 1945 roku. Nikt go nigdy nie znalazł. Dla potrzeb wpisu to wystarczy. No ale przecież wiem więcej.

Przedtem był wstęp, owe dwa zdania to rozwinięcie, zdjęcia z albumu to punkt kulminacyjny, a teraz następuje powolne zwijanie tematów, które się tu splątały. Ale żeby je zwinąć, trzeba je wyjaśnić

Babcia i karusia Babcia Hala i Karusia w mundurze harcerskim (miała stopień harcmistrzyni), kotka Gryzelda, rośliny pokojowe, którymi opiekowała się Karusia

Rodzina Cioci wyprowadziła się do Zielonki już przed wojną, bo Ciocia była słabego zdrowia i nie służyło jej mieszkanie w mieście. Ciocia twierdzi, że odziedziczyła po Prababci urodę, zawód i chorobę. Mieszkali więc w Zielonce, a nie w rodzinnym (rodowym) mieszkaniu warszawskim na ulicy Zgoda 9. Jakoś wyraźnie chłopaki z rodziny nie chciały mieszkać u Mamy i Taty. I Stefan, i Wiktor wyprowadzili się na swoje, a z Pradziadkami zostały na Zgoda obie córki, najmłodsza, niezamężna Karusia i starsza – Aniela czyli moja piękna melancholijna Babcia.

aniela-babciaPo lewej Babcia Aniela, po prawej Babcia Hala

Babcia studiowała chemię w Lozannie, wróciła do domu podobno z uwagi na postępującą chorobę oczu, ale tak naprawdę przez zawód miłosny. Mama twierdziła, że Aniela zakochała się z wzajemnością w koledze studencie z arystokratycznej czy szlacheckiej rodziny, któremu jednak rodzina nie pozwoliła na ślub z nieherbową panną. Aniela wróciła do Warszawy i zdaniem Mamy pielęgnowała melancholię, co Ciocia potwierdza, wie jednak również, że Aniela udzielała lekcji francuskiego. Melancholia jednak zwyciężyła i zjadłaby Babcię nim by zdążyła zostać moją Babcią, gdyby nie Pradziadek, który przymusił córkę do ślubu z kolegą lekarzem, Michałem.

nawakacjachMichała na zdjęciu nie ma, są Pradziadkowie, Wiktor, Halszka, Aniela i dwie dziewczynki czyli Mama i Ciocia.

Nota bene, jak to się w obu rodzinach, Taty i Mamy, podobnie ułożyło. Babcia Mita też wyszła za mąż za Dziadka Jana Feliksa po zawodzie miłosnym.

Tak to pojawił się w rodzinie kolejny lekarz, tym razem – pediatra, co się bardzo przydało, bo, jako się rzekło, Ciocia była słabego zdrowia i wujek Michał przybiegał lub, gdy rodzina Wiktora przeniosła się już do Zielonki, przyjeżdżał na każde wezwanie do chorej bratanicy. W marcu 1944 roku, Ciocia skończyła właśnie 14 lat, aresztowano całą rodzinę. Wiktor został z Pawiaka odtransportowany do obozu w Stutthofie, gdzie przebywał do końca wojny. Opuścił obóz zimą 1945 roku, pędzony w marszu śmierci gdzieś na Zachód, w stronę Niemiec i zapamiętał niezwykłą opiekę, jakiej udzielili więźniom mieszkańcy Żukowa. Napisze o tym po latach w książce Warszawiacy w Stutthofie, którą obecnie wznowiło Muzeum w Sztuthofie, niestety już bez tej niezwykłej okładki, której tajemnicę znała moja Mama, a której nie znały ani Ciocia ani jej córki, co się okazało jesienią tego roku we Florencji, podczas rodzinnego wesela. Mama zaraz po wydaniu książki pokazała mi, jak ta okładka została skomponowana. Przez całą jej szerokość, a więc przód i tył, biegł nabazgrany na szarym murze biały napis Pawiak. Nazwa uzasadniona, bo stąd autora wywieziono do Sztuthofu. Gdy książka była zamknięta, na jej przedniej okładce pozostawały tylko dwie litery – AK! Niewątpliwie inteligentny zabieg grafika – Sylwestra Wieczorka, ale czy na sugestię ze strony dziadka? I czy dyrektor wydawnictwa, niezapomniany Edward Mazurkiewicz, wiedział o tym? Tego się już zapewne nigdy nie dowiem. W każdym razie „numer” przeszedł. Niezauważony przez cenzurę czy za jej przyzwoleniem? Był rok 1971. Tego też się już pewnie nie dowiem.

Ciocia i jej Mama zostały wykupione przez AK i po trzech miesiącach, latem 1944 roku, wyszły z Pawiaka. Nie wróciły jednak do mieszkania, gdzie mieszkały do momentu aresztowania, lecz do rodziny, skąd zresztą też po jakimś czasie musiały się wynieść. W międzyczasie w Warszawie wybuchło powstanie. W pierwszych dniach września Babcia i Ciocia z rodziną cudem nadzwyczajnym wyjechały do Żyrardowa.

Pozostaje jeszcze pytanie, dlaczego Ciocia i Babcia nie mogły wrócić do swojego mieszkania w Zielonce. To pytanie jak ohydny refren pojawia się wszędzie tam, gdzie są ludzie, których można wydać w ręce władzy lub z tych rąk za pieniądze wyrwać. Kto raz zapłacił lub za kogo raz zapłacono, musi natychmiast uciekać, bo ci, co wzięli pieniądze, wrócą, żeby dostać więcej. I jeszcze więcej. Tak działali szmalcownicy, tak działało Gestapo, które za pieniądze wypuszczało więźniów na wolność, tak w ubiegłym roku na lwowskim majdanie działali kolaboranci Janukowicza. Groźba była jasna: opłać się albo wylądujesz (znowu) w pudle i tam zgnijesz. Okup ratował doraźnie, ale jeśli się opłaciłeś, musiałeś natychmiast zniknąć.

Tak asymilowani Żydzi, opuszczali swoje mieszkania i decydowali się, jak matka i babka Olczak-Ronikerowej, na całkowite ukrywanie się, takie bez podchodzenia do okna i poruszania się w ciągu dnia. Takie, jakie znamy z Pamiętników Anny Frank. Tak Ciocia i jej Mama wyjechały za litr spirytusu do Żyradowa. Tak znajoma Karstena Haina, Viktoria, uciekła w zeszłym roku z Lwowa do Warszawy. Na ostatnią chwilę. Paląc za sobą mosty. Licząc tylko na to, że wojna, okupacja i prześladowania przeminą.

I to są właśnie udręki pisania tej książki. Wszystko, o czym tu piszę, nie ma dla książki najmniejszego znaczenia. Wszystko w ostatecznej redakcji wyleci. 

W górę rzeki (9)

Zbigniew Milewicz

Car Edward

Gdyby był aktorem, z łatwością mógłby zagrać Piotra Wielkiego. Tak jak on był przekonany o własnej nieomylności, ustanawiał w domu prawa i egzekwował je, a niesubordynację karał. Podobnie jak tamten był wielkim zwolennikiem pruskiego porządku i dyscypliny, z którymi zapoznał się na przymusowych robotach w Niemczech – może nie były one tak wyczerpujące, jak brukowanie litewskich dróg. Ludzi, a zwłaszcza kobiety, traktował przedmiotowo, miały służyć rodzajowi męskiemu jako domowa siła robocza, zaspokajać jego witalne – ojciec kochał to słowo – potrzeby, rodzić mu dzieci i wychowywać je, oczywiście według wskazówek mężczyzny.

Starowiejska 5Mieszkali z mamą przy ul. Starowiejskiej 5 (patrz foto powyżej) w Katowicach, w poniemieckiej kamienicy, w samym centrum miasta, dom ten stoi do dziś. Ojciec miał drobiazgowy i równocześnie wybuchowy charakter. Kiedyś mama przesoliła zupę, albo odwrotnie, zapomniała ją posolić, talerz wraz zawartością wyleciał z okna na trzecim piętrze. Albo kupił sobie kapelusz, który w domu okazał się za mały, wtedy ze złości pociął go nożem na drobne paski. Mama – w swoich relacjach o ojcu – usprawiedliwiała go, twierdząc, że te incydenty miały miejsce wtedy, kiedy rzucił palenie, był więc nerwowy. Obiad musiał być zawsze na czas, a mieszkanie świecić czystością. Jak przychodził do domu, zwyczajowo zakładał białą rękawiczkę i palcami sprawdzał, czy na przykład na szafie w przedpokoju nie ma kurzu. Coś tam znalazł, co mu się nie podobało, mamie dostawały się grube wyzwiska, kiedy miał gorszy humor, nie szczędził także pięści. Te drastyczniejsze fakty poznałem późno, mama nigdy nie lubiła pokazywać własnego bólu, przykrywała go uśmiechem i taką ją zapamiętałem.

Kamieniarze1Gdy spotykała się z najbliższymi i pytali ją, jak jej się wiedzie w małżeństwie, niezmiennie odpowiadała, że dobrze. To było jej życie, osobista decyzja, przysięgała panu Bogu przed ołtarzem, że wytrwa z mężem na dobre i złe do końca życia. To ją zobowiązywało, ale siniaki na ciele nie zawsze dały się dobrze zapudrować, więc któregoś dnia powiedziała, jak naprawdę układa jej się życie.

Kiedy we wczesny listopadowy poranek 1945 r. pojawiłem się na świecie, dla mamy była to pewna niespodzianka. Spodziewała się mnie dopiero w styczniu i bóle porodowe wzięła początkowo za dolegliwości nerek, dopiero jak wody odeszły, ktoś z otoczenia pobiegł po akuszerkę. Nie miała dla mnie jeszcze żadnych rzeczy do ubrania, więc rozebrała Feliksa, swoją ulubioną lalkę i to był mój pierwszy garnitur. Felix znaczy po łacinie szczęśliwy, ten dar towarzyszy mi w życiu. Jako wcześniak z widoczną krzywicą nie byłem zbyt urodziwy, kiedy ojciec mnie po raz pierwszy zobaczył, z niesmakiem skomentował ź wileńska: toż to jakiś czortowy wyrodek. Niewiele czasu minęło, przyszedł na Starowiejską z jakimś starszym niemowlakiem na ręce. Zanim zaskoczona mama zdążyła o cokolwiek zapytać, wręczył jej tobołek i powiedział, że to jest jego syn Zdzisław i ma się nim zaopiekować. Nie śmiała nawet zapytać, kto jest matką dziecka. Dopiero później dowiedziała się, że kobieta ma na imię Regina i mieszka w Bytomiu oraz że ojciec poznał ją wcześniej, kiedy tylko przyjechał na Śląsk.

Zdzich dwuletniOkoło dwuletni Zdzich, w solidnym, poniemieckim wózku, więc i mina odpowiednia…

Dziecko było wymizerowane, pokryte strupami, zajęła się nim jak własnym, choć protestowała urażona, kobieca duma. Kąpała w płatkach owsianych, żeby zeszły owrzodzenia i kiedy po trzech miesiącach odwiedził nas domowy lekarz, nie poznał malca, taki już był gładki i papuśny. Tak ma wyglądać dziecko – powtarzał ojciec drwiąco. To był zwariowany, powojenny czas, trwała wielka wędrówka ludów, każdy kogoś, albo czegoś szukał. Ojciec zarabiał handlując czym się dało, może i zajmował się szabrem. W naszym mieszkaniu na Starowiejskiej zatrzymywali się na noc różni ludzie, często obcy, w zamian dzielili się z nami zwykle jedzeniem, pieniądze nie miały żadnej wartości. Bywało, że nocowali za Bóg zapłać, gdyż poza dobrym słowem nie mieli nic. Dotarła do nas również na krótko babcia Urszula z ciocią Marią, które uciekły z Wilna przed sowietami. Nauczyły mamę gotowania kilku potraw, które lubił ojciec, a gustował w tłustych daniach, zwłaszcza w blinach ze śmietaną. Tylko czas ku temu był chudy.

Kiedyś do drzwi zapukała Cyganka z dzieckiem na ręku, obydwoje od kilku dni nic nie jedli. Mama solidarnie podzieliła się z przybyszami tym, co miała. Nazajutrz znowu ktoś do nas zastukał, mama uchyliła drzwi, patrzy a przed progiem stoi worek z mąką, drugi z cukrem, na nim jakiś połeć słoniny. Ktoś, kto to przyniósł, już schodził po schodach, więc zapytała, od kogo to, ale nieznajomy głos odpowiedział, że nie wie, kazali tylko dostarczyć.

Ociec z gitaraRodzice żyli ze sobą niewiele ponad dwa lata. Po jednej z domowych scysji, jak zwykle o jakąś błahostkę, mama poczuła, że osiągnęła kres nerwowej wytrzymałości. Otwarła okno i postanowiła skończyć ze sobą, podobno wtedy zacząłem płakać w łóżeczku i to ją otrzeźwiło. Rozwód dostała na pierwszej rozprawie. Ojciec zmarnował mamie kawałek życia, ale nigdy nie usłyszałem od niej złego słowa na jego temat. Jeżeli wspominała pewne zdarzenia, związane z jego osobą, nie oceniała go, czuło się tylko jej żal i niechęć. Kiedy czasami posprzeczałem się o coś z mamą, co działo się naprawdę rzadko, jej najsurowszą dla mnie oceną było: jesteś taki sam jak ojciec. Podobno jedną rzecz potrafił jednak naprawdę ładnie, mianowicie grać na gitarze i śpiewać, zwłaszcza jak sobie wypił wódeczki, którą nie gardził. Gitara była ruskiego stroju, siemistrunnaja, śpiewał barytonem, a w repertuarze miał m.in. stare romanse, które jak wiadomo nie mają z życiem wiele wspólnego.

Chór wieków

Ewa Maria Slaska

Lechowi

Rozmowy rodzinne z moją teściową

W rodzinie urodziło się nowe dziecko. Chłopczyk. Zapytałam, jak ma na imię?
– Chyba Konstanty. W każdym razie tak jak miał na imię ten ksiądz, co go Sowieci zamordowali. Bo on był stryjecznym dziadkiem Maćka.
Maciek jest dziadkiem dziecięcia, mężem Beci, kuzynki mojego (byłego) męża, Marka. Znam ich od lat, o dziadku zamordowanym przez Sowietów nigdy nie słyszałam. Co oczywiście o niczym nie świadczy. Mieszkamy daleko od siebie, a poza tym już nawet w naszej rodzinie jest nas dużo, w rodzinie mojego męża są po prostu tabuny kuzynek, wujków i stryjecznych dziadków. A każde z nich ma, lub może mieć kuzyna, ciocię, stryjecznego dziadka.

Teściowa nie ma komputera ani dostępu do internetu i właśnie jak już myślę, że na razie niczego więcej się nie dowiem, okazuje się, że mam wejść na fotel, nie, jednak na stół, bo z fotela nie sięgnę i wyciągnąć książkę, w której jest wiersz o księdzu Budkiewiczu. chorwiekow-dedykacjaChyba Iłłakowiczówny. Teściowa nie jest pewna, ale dobrze pamięta koniec wiersza, rozmowę, jaką prowadzi dusza zamordowanego księdza z duszą matki Lenina.
– Taka gruba książka, Chór wieków. Okładka jest biała, pożółkła i poszarpana.

Sięgam ze stołu, szukam i nader szybko znajduję, nie ma to jak precyzyjne instrukcje. Książka pochodzi z Bystrzanowic, o których tu już kilkakrotnie pisałam, majątku w którym wyrastała moja teściowa jako młoda panna. Rodzina była zmuszona opuścić Bystrzanowice w dramatycznych okolicznościach w roku

Obracam w rękach gruby pożółkły tom. To oczywiście przypadek, że rodzina przed wojną posiadała tę książkę i że antologia przetrwała zawieruchy dziejów i stoi teraz na półce u mojej teściowej na Brodwinie. Maćka, dziadka małego Konstantego, jeszcze nawet w planach nie było, nikt nie kupił tej książki z przyczyn rodzinnych. Po prostu takie książki się wtedy miało i czytało. Teściowa mówi, że kiedyś kopiowali ten wiersz Iłłakowiczówny (bo jednak Iłłakowiczówna!) i wysyłali do Beci, gdy wyszła za mąż za Budkiewicza. Książkę oficjalnie wydano w roku 1936, ale najwyraźniej można ją było kupić już kilka tygodni wcześniej, skoro dwaj kuzyni Teściowej mogli ją byli ofiarować jej Mamie, babci Konstancji, na Gwiazdkę 1935 roku.

chorwiekowChór wieków, antologia poetycka w układzie Wandy Miłaszewskiej, Jana Rembielińskiego i Stanisława Miłaszewskiego / z przedmową Jego Ekscelencji Ks. Arcybiskupa Józefa Teodorowicza.
Iłłakowiczówna napisała ten wiersz w roku 1927.

Kazimiera Iłłakowiczówna, Z opowieści o moskiewskiem męczeństwie

IX

A dlaczego posmutniały krzyże w Krasławiu* nade drogą!?
A dlaczego rybitwy na Dźwinie zapłakały nad wodą?
Brzozy stoją po gościńcach całe deszczem spłakane,
płoty nisko poklękły, czują żałość i stratę;
i piasek się przesypuje między kolejami,
O tem, skąd ta boleść płynie, szeptem radzi;
staw jeszcze lodu całkiem pod most rzeczułką nie zrzucił,
cały się w niebo zapatrzył, cały się do nieba obrócił.

W grobie leży święte ciało Chrystusowe
całe w biały całun spowite,
schodzą się do niego prości ludzie
niespokojni, żałośliwi, opuszczeni.
A wieczorem z poklasztornych białych ganków
wolno idą popod lipy starzy księża,
starzy księża, suche dziady, ślepe babki,
postukują, pokaszlują, biedę czują,
szepcą pacierz za skazanych w Moskwie księży,
pod figurą świętych Rocha i Donata,
szepcą pacierz za prałata Budkiwicza,
znajomego niegdyś chłopca w jasnych włosach.

*W Krasławiu urodził się ksiądz Budkiewicz.

Z Wikipedii:
Konstanty Budkiewicz
(ur. 1867 Zubrach koło Dyneburga, zm. 1923 w Moskwie). Polski ksiądz. Był synem Juliusza i Marii z Borkowskich. W latach 1886-1890 uczył się w seminarium duchownym, a następnie w Akademii Duchownej w Petersburgu. Święcenia kapłańskie uzyskał w 1893 roku. Był zastępcą proboszcza, a potem proboszczem w kościele św. Katarzyny w Petersburgu. Dzięki jego działalności polskie gimnazja, męskie i żeńskie przy jego parafii osiągnęły bardzo dobry poziom nauczania. Zajmował się organizowanie oświaty dla najbiedniejszych. Brał udział w pracach Towarzystwa „Sokół Polski”. Był członkiem Ligi Narodowej. W 1917 roku kierował pracami Polskiego Komitetu Obywatelskiego, udzielającego pomocy Polakom przebywającym na terenie Rosji. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości pozostał w ZSSR i przyjął obywatelstwo sowieckie, dla zapewnienia opieki religijnej ludności polskiej. Od sierpnia 1922 roku był profesorem w ukrytym seminarium duchownym w Petersburgu. W marcu 1923 roku prałat Budkiewicz i 12 innych księży zostało wezwanych do Moskwy, gdzie wytoczono im proces przed Najwyższym Trybunałem Rewolucyjnym: o propagandę antyradziecka, przeciwstawianie się oddzieleniu Kościoła od państwa oraz konfiskacie dóbr kościelnych i przechowywanie w kościołach zwłok zmarłych. Arcybiskup Cieplak i prałat Budkiewicz zostali skazani na śmierć przez rozstrzelanie. Cieplakowi złagodzono wyrok na 10 lat więzienia. Prałat Budkiewicz został zabity strzałem w tył głowy 31 marca 1923 roku w moskiewskim więzieniu na Łubiance. Zwłoki zostały prawdopodobnie spalone.

XII
Szedł sługa Boży, ksiądz Konstanty
Budkiewicz i – już blisko niebieskich bram –
nagle mu się zdało,
że jest nie całkiem sam;
więc przerwał różaniec pacierzy,
patrzy – ktoś obok bieży,
dusza mała, starcza, osobliwa,
smutna wielce, widać,
choć chustą oczy zakrywa.
Krzyżyk ma na sukni
wyszarzanej, zrudziałej,
i zapłakała, ale tak smutno
– aż stanął zdumiały.

I mówi dusza żałośliwa w te słowa:
“Jam jest biedna matka,
stara Uljanowa

mam jednego syna
Wołodję Lenina.
Och biedne moje stare kości!…
… Dobre dziecko było od małości.
Straszni mi bez niego tęskno
I do nieba niesporo;
chcieli mię tam wziąć, alem się skryła,
i moż mnie stąd nie zabiorą:
zawsze tu jakby bliżej do niego;
niż z nieba, co go straże anielskie strzegą.
Ale mię za to skarano ślepotą,
i oto
nie widzę oczyma temi
jak inne dusze – ziemi!
Powiedz że mi tedy, dobry człowieku,
pielgrzymie litościwy,
czy mój Wołodja jeszcze po ziemi chodzi żywy?”

“O matko biedna,
o stara Uljanowo-Pani
śpieszno mi tam odejść,
gdzie królują wybrani.”

“O, powiedz mi przynajmniej,
niż staniesz w bramie gwiazdami zasnutej,
czy mój Wołodja syty,
odziany i obuty?”

“O matko biedna,
o biedna matko droga,
śpieszno mi bardzo
dojść do tronu Boga.”

“Więc mi tylko powiedz,
bo mój wzrok się w noc zanurza;
czyś widział przy nim blisko
jego Anioła Stróża?”

“O stara Uljanowo,
o Pani nieszczęśliwa,
muszę już Was porzucić
bo Chrystus mie przyzywa.”

“O dobry mój człowieku,
boję się pytać dalej!
Wielu tu przechodziło,
nic mi nie powiadali…”

“O matko najbiedniejsza,
mija moja godzina,
będę prosił u Chrystusa
o miłosierdzie dla twojego syna.

Będę na klęczkach prosił,
aż kolana rozranię,
aby miał nad Leninem
corychlej zmiłowanie.”

Persische Gattin

hochzeit5Renata Borowczak-Nasseri publizierte bei uns ihre Geschichten aus dem Leben einer persischen Gattin. Sie sammelte sie jetzt zusammen, bearbeitete sie. Aus den Lebenserfahrungen wird Literatur. So ist eine Radiosendung entstanden. Sie wurde am 14. November gestrahlt.

Anna heiratet in Deutschland schlicht und standesamtlich Ahmed, einen Iraner. Dann fährt sie mit ihm in sein Geburtsland, um die Verwandten kennen zulernen. Sie wird als Ahmeds Ehefrau mit Respekt und Zuneigung behandelt. Doch auf einer Erkundungsreise durch den Iran muss Anna feststellen, dass ihre deutsche Heiratsurkunde nicht zählt.

Nicht einmal ein gemeinsames Hotelzimmer darf sie mit Ahmed beziehen, ohne die Rezeptionistin zu gefährden. Anna und Ahmed müssten nach hiesiger Sitte heiraten – vor einem Mullah. Aber dann könnte Anna ohne das Einverständnis ihres Mannes nicht mal das Land wieder verlassen. Obwohl Ahmed seit über 40 Jahren in Deutschland lebt, wird Anna bei diesem Gedanken mulmig zumute.

Und überhaupt: Wie lebt es sich eigentlich als persische Gattin? Anna lässt sich von den Frauen ihrer neuen Familie erzählen – besonders ihre Schwiegermutter, eine lebendige Dame von 84 Jahren, erweist sich als wahre Scheherezade.

***

Liebe Leser(innen) – leider ist der Link zur Sendung nicht mehr aktuell. Schade.

W górę rzeki (8)

Zbigniew Milewicz

Wileńskie kołduny

Jakiś czas temu napisałem już wstęp do tego pamiętnika, taki oto:

Gdzie leży Polska ? Propaganda komunistyczna nie pozostawiała cienia wątpliwości, że na wschód od Łaby. Obecna konsekwentnie powiada, że na zachód od Bugu, że bliżej nam do Rzymu, niż np. na Polesie, do Dubicz Cerkiewnych, gdzie co roku na Iwana, na Kupała świętuje się staropogański obyczaj wiosenno-letniego przesilenia. Stereotypy są złe, odzwyczajają od samodzielnego myślenia, wyłażą z nich różne oszołomy, rodzą nacjonalizm. Pochodzę z czysto kresowej rodziny, po mamie z kresów zachodnich, z Górnego Śląska, ojciec urodził się w Wilnie, na polskich kresach wschodnich. W śląskim gorku miejscowe krupnioki warzyły się razem z polskim barszczem i niemieckimi bokwurstami, w wileńskim tyglu litwskie kołduny pyrkały w rosole pani Ćwierciakiewiczowej, popijało się je ukraińskim kwasem chlebowym, albo białoruską wódką, a żydowska maca była wszędzie. Przepraszam za tę kulinarną przenośnię, ale tak to widzę. Pod koniec drugiej wojny światowej moi przyszli rodzice jakoś tak wpadli na siebie i głodni życia, połączyli obydwie kuchnie, z czego wyszedł niezły bigos…
Na początek jednak wileńskie kołduny, które obiecałem w poprzednim wpisie, choć u pani Antoniowej pojawiają się one na stole rzadko. Familia żyje biedniej niż Paluchowie z Chorzowa, ale mieszka w samym sercu miasta, przy ulicy Ostrobramskiej, pod nr 20, a później 23. Dziadek Antoni, ojciec mojego ojca, pracował jako woźny w urzędzie inżynieryjnym w Wilnie i ze skromnej pensji utrzymywał żonę i trójkę dzieci. Wcześnie zmarł, Edward miał zaledwie trzy lata. Aby wyżywić rodzinę, babcia Urszula zajęła się dorywczym praniem i sprzątaniem u sąsiadów. Widocznie nie mogli z tego wyżyć, skoro starsza siostra ojca, Maria, została oddana pod opiekę sióstr Urszulanek, do ochronki żyjącej z darów hr. Ożarowskiej. Arystokratka hojnie wspierała wileński klasztor, starała się o to, aby dzieci zdobyły dla siebie jakiś pożyteczny zawód na przyszłość, niektórym nadawała swoje nazwisko. Stąd w dokumentach cioci Marii pisało, że jest z domu Ożarowska.
To nazwisko pojawiło się już raz na tych stronach, we wpisie Babcia Urszula. Nosiła je mama mojego ojca, co zostało odnotowane w księdze zgonów kętrzyńskiego USC. Ponieważ to dzieci dziedziczą nazwiska po rodzicach, a nie odwrotnie, przypuszczam, że sprawczynią wyjątku w tej regule była ciocia Maria, bo tylko jej mogło zależeć na formalnym uproszczeniu rodzinnej historii. Kiedy zamknęła mamie oczy, dopełniła formalności w ratuszu , powiedziała, że zmarła nazywała się Ożarowska i urzędnik tak to zapisał, bo krótko po wojnie przyjmowano jeszcze w urzędach różne informacje na wiarę. Poza tym zmarłemu jest chyba obojętne, jak nazywa się po śmierci, a świętemu Piotrowi dokumenty są niepotrzebne. To jest jednak wyłącznie moja teoria. W dokumencie zawarcia związku małżeńskiego moich rodziców pisze się, że mama ojca była z domu Gorczycka, a dziadek nazywał się Milewicz, ale brak innych dowodów, które by to potwierdzały.

po mieczuMój ojciec, po ukończeniu szkoły powszechnej, poszedł do zakładu ślusarsko-mechanicznego niejakiego Michalskiego, aby nauczyć się rzemiosła. Ze względu na brak pracy w tej branży, latem 1931 r. przyjął się do zarządu dróg w Wilnie, jako kamieniarz. Układał nawierzchnię dróg w mieście i powiecie, wyrabiał kostkę brukową i tłuczeń granitowy, zimą spał z kolegami w przydrożnych szopach, latem wprost na trakcie.

brukowanie

XXX
Zdzich, mój starszy brat po mieczu, który dzieli się ze mną tymi informacjami, mówi, że do wybuchu II wojny światowej ojciec na pewno utrzymywał się z brukarstwa. Losy okupacyjne jego i rodziny są mniej przejrzyste, zawierają sporo luk.

Brat pokazuje mi pożółkły dokument ze swastyką i zdjęciem ojca, jest to tymczasowy paszport bezpaństwowca z Litwy, wystawiony 10 grudnia 1942 r. w Katowicach. Pod koniec czerwca 1941 r., po zbombardowaniu Wilna przez Luftwaffe, do miasta wkroczył Wehrmacht i przez trzy lata było ono niemieckie. Ojciec i jego starsza siostra zostali wywiezieni na przymusowe roboty w głąb Rzeszy. Ciocia Maria trafiła do fabryki celulozy w Mannheim, gdzie produkowano owiewki do samolotów, on gdzieś w okolice Essen. Ojca trudno było namówić na zwierzenia z wojennej przeszłości; raz powiedział rodzinie, że uciekł z robót, w czasie podróży z Essen do Katowic, dokąd jeździł na jakieś badania lekarskie, w związku z utratą zdrowia w fabryce. Mogło tak być, ale dziwne, że go później nikt nie szukał. Zastanawiam się, jak to się stało, że uciekł, a później dostał pracę u niemieckiego szewca na Śląsku, no i kiedy wystawiono mu ten paszport, przed czy po ucieczce?

Najmłodszą Stasię sowieci zesłali do Kazachstanu. Nie wiadomo, kiedy się to stało, podczas ich pierwszej okupacji Wilna, czy latem 1944 r., jak odbili miasto Niemcom. Jedni oprawcy warci byli drugich, w czasie wojny hitlerowcy wspólnie z litewskimi nacjonalistami zamordowali w podwileńskich Ponarach około 100 tysięcy polskich obywateli, zwłaszcza Żydów. Natomiast sowieckie prześladowania i deportacje objęły około 35 tysięcy mieszkańców Wileńszczyzny, głównie polskiego pochodzenia. Stasia trafiła do łagru w Jekybastuz (Ekibastus), gdzie swego czasu więziony był również Aleksander Sołżenicyn.

Stasia pokłóciła się o jakąś błahostkę z ulicznym przekupniem, a że język miała ostry, zadenuncjował ją w NKWD, pewnie na okoliczność ustrojowej nieprawomyślności, to wystarczyło. Niewiele o niej wiem, tyle zaledwie, że czuła się kobietą wyzwoloną, miała poglądy lewicowe, krewki charakter i jako najmłodsza z rodzeństwa była oczkiem w głowie rodziny.

Po wojnie ojcu udało się za pośrednictwem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża odszukać Stasię, nawiązał z nią listowny kontakt i rozpoczął starania o jej repatriację do kraju, pisał w tej sprawie do władz w Moskwie. Urzędnicza machina, jak to ona, pracowała jednak opieszale. W latach 60 udało się ojcu uzyskać zezwolenie na rozmowę telefoniczną z siostrą. Mieszkał wtedy już na Goleniowskiej, w Szczecinie-Dąbiu. W domu nie miał telefonu, poszedł na pocztę i czekał, długo czekał. Wreszcie rozległ się dzwonek, roztrzęsiony z emocji o mało nie wyrwał w kabinie słuchawki z automatu. Obcy głos z centrali poinformował go tylko beznamiętnie, że połączenie nie może zostać zrealizowane. Później otrzymał urzędowy list, że jego siostra zamarzła w drodze do rozmównicy. Była w łagrze kaczigarą, palaczką.

Prot d. Berlinerblau 2

Tomasz Prot Parę słów o sobie Jestem ostatnim męski potomkiem tej niegdyś licznej rodziny, który, gdyby nie przyjęcie przez ojca pseudonimu z legionów, nadal nazywałby się Berlinerblau. Urodziłem się w Pionkach, już po śmierci mojego brata Andrzeja, jako drugi po mojej siostrze Janinie. Zaważyło to w pewnym sensie na całym moim życiu. Z jednej strony moja matka, po stracie pierworodnego syna, przez wiele lat otaczała mnie zbyt czułą opieką, z drugiej strony moja siostra źle znosiła ten nadmiar troski, skierowany głównie na młodszego brata. Także w małżeństwie moich rodziców nie układało się najlepiej, ojciec bardzo zajęty budową Pionek miał mało czasu dla żony i dzieci, natomiast mama była osobą depresyjną i wymagającą szczególnej troski. Zakończyło się to skandalem. Mama w czasie nieobecności ojca wyjechała z dziećmi i z wykonującym ich portrety młodym malarzem z Pionek do Warszawy. Po paru miesiącach ojciec zabrał nas z powrotem do Pionek, malarz wyjechał do USA gdzie został znanym portrecistą, a mama podjęła pracę ogrodniczki i bibliotekarki w Zakładzie dla Niewidomych w Laskach pod Warszawą. Po dwóch, trzech latach pobytu w Pionkach, zostałem ze względów zdrowotnych oddany pod opiekę mamy, z którą do 1938 roku mieszkałem w Rabce i Zakopanym. Z siostrą widywałem się w czasie wakacji, a z ojcem tylko w czasie jego rzadkich wizyt. Po powrocie do Warszawy zamieszkaliśmy na Bielanach, gdzie poszedłem do publicznej szkoły powszechnej. Źle się tam czułem ze względu na mój żydowski wygląd i narastający w Polsce antysemityzm. Przezywany byłem przez kolegów „Żydek” „Mosiek” itp. Po wakacjach 1939 roku spędzonych z siostrą w Pionkach u ojca i jego nowej żony, malarki Haliny Freund, na parę dni przed wybuchem wojny dotarliśmy do Warszawy. Czas oblężenia miasta przeżyliśmy u wujka Wildera, a po kapitulacji Warszawy wróciliśmy na Bielany. Wkrótce, pomimo że czuliśmy się Polakami o żydowskich korzeniach, zostaliśmy przez okupanta i sąsiadów zaliczeni do Żydów i chcąc uniknąć przeprowadzki do getta, zostawiliśmy mieszkanie i z niewielkim dobytkiem i przenieśliśmy się do Lasek, pod opiekę Sióstr Franciszkanek. Jednak, po około 1,5 roku i tam sąsiedzi zaczęli się interesować Żydami mieszkającymi na terenie klasztoru, jak również mniszkami pochodzenia żydowskiego. W związku z tym wszyscy, także siostry zakonne, aby nie narażać podopiecznych Zakładu, opuściliśmy Laski. Od tego czasu każdy z nas ukrywał się osobno. Siostra tułała się po różnych ludziach, aż zaopiekowała się nią troskliwie nadzwyczajna rodzina państwa Kielanów, Mama imała się różnych zajęć, przez pewien czas była gosposią i opiekunką dzieci, potem zatrudniła w kuchni RGO, wydającej posiłki dla ubogich podopiecznych. Ja, przez parę tygodni mieszkałem u pani Zofii Stefanowskiej na Żoliborzu. Miała ona dwoje dzieci starszych ode mnie i bardzo się obawiała konsekwencji, ale, ze względu na przyjaźń z mamą, podjęła się czasowego przechowania mnie. Następnie zostałem przyjęty, jako syn polskiego oficera zaginionego w czasie wojny, do internatu RGO i w kolejnych domach prowadzonych przez tę instytucję, z różnymi przygodami, przetrwałem do końca wojny. Dla wyjaśnienia podam może, że RGO – Rada Główna Opiekuńcza – była jedyną świecką organizacją charytatywną, czynną podczas I i II wojny światowej. Podczas II wojny prowadziła działalność za zgodą władz okupacyjnych. Była związana z AK. RGO wspomagała 700-900 tysięcy osób rocznie, w tym wielu Żydów.

protowieTomasz i Janina Prot /„Rodzeństwo”, fot. J. Mierzejewska 1947

Pod koniec 1945 roku zamieszkaliśmy z mamą i siostrą we Wrocławiu, tam ukończyłem szkołę średnią i zaliczyłem trzy lata studiów chemicznych. Następnie studiowałem na Uniwersytecie Łódzkim i po uzyskaniu tytułu magistra rozpocząłem pracę w Warszawie, gdzie przeniosła się już moja siostra – neurolożka z tytułem doktora medycyny – i matka, wówczas zastępczyni dyrektora Biblioteki Głównej Politechniki Warszawskiej. Ja, kontynuując tradycje moich przodków-chemików, pracowałem kolejno w Instytucie Tworzyw Sztucznych na Żoliborzu, Politechnice Warszawskiej i Politechnice Radomskiej. Wyniki moich badań naukowych zawarłem w licznych artykułach i patentach, oraz w pracy doktorskiej (1963 rok) i habilitacyjnej (1977 rok). Jako profesor byłem przez wiele lat kierownikiem Katedry Chemii Polimerów, byłem też prorektorem Uczelni i dziekanem Wydziału na Politechnice Radomskiej. tomaszprotWprawdzie nie pełniłem tak odpowiedzialnych zadań w przemyśle jak mój ojciec, ale także, jak sądzę, dobrze zasłużyłem się polskiej chemii, kształcąc kadrę polskich chemików, jako promotor i opiekun prac doktorskich i magisterskich, a także przekazując do przemysłu technologię wykorzystywanych w praktyce żywic lakierniczych. Po przejściu na emeryturę przez dwie kadencje, w latach 2006-2012 byłem wiceprzewodniczącym zarządu Stowarzyszenia „Dzieci Holocaustu” w Polsce. Moja siostra, Janina Prot-Wald, po marcu 1968 wyjechała z rodziną do USA. Stwierdziła, że nie chce, by jej dzieci żyły w kraju, gdzie po Holocauście mogło dojść do następnej, popieranej przez partię i rząd, fali antysemityzmu. W Stanach nostryfikowała dyplom lekarza i pracowała wiele lat w Lexington pod Bostonem, a po emeryturze przeniosła się do córki do Seattle, gdzie zmarła w maju 2011 roku. Moja córka Katarzyna Prot została lekarzem psychiatrą, jej prace naukowe dotyczą głownie traumy, szczególnie traumy ocalałych z Holocaustu. Jej praca habilitacyjna była porównaniem traumy Żydów polskich z traumą Żydów rumuńskich. Obecnie, poza leczeniem chorych, wykłada psychiatrię na Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie *** Pisząc niniejszy tekst opierałem się na wspomnieniach rodzinnych, oraz na książkach i artykułach:

  1. Janina Prot-Wald Nie ma powrotu, Warszawa-Seattle 2010
  2. Marek Gałęziowski Na wzór Berka Joselewicza, Warszawa 2010
  3. Michał B. Balasiewicz Przemysł chemiczny 92/9 2013
  4. Szkice z dziejów Pionek, tom I pod red. Marka Wierzbickiego

Dziękuję Jakubowi Wdowickiemu za udostępnienie wielu danych i fotografii z rodzinnego albumu.

W górę rzeki (7)

Zbigniew Milewicz

Skutki wspólnego kopania rowów

milewiczkopanierowowNowym kamieniem wśród tych śląskich, Paluchowych i Hamplowych, który pewnego dnia wpadł do ogródka przy ulicy Wesołej, był mój przyszły ojciec. Stanowił w pewnym sensie okaz egzotyczny, bo i mówił, i zachowywał się inaczej niż miejscowi, co niekoniecznie musiało się wszystkim podobać, ale może właśnie dlatego mama się nim zainteresowała. Pochodził z Wilna, z ojczyzny polskiego wieszcza narodowego, którego wiersze kochała, wiele z nich znała na pamięć. W maturalnym roku pojechali cała klasą na wycieczkę do Nowogródka, który wówczas był jeszcze polski, do nowo otwartego muzeum Adama Mickiewicza. Ojciec nawet podobnie się nazywał, więc jak przejść obok kogoś takiego obojętnie? A mogła to zrobić.

milewiczzareczyny (2)Tak jak kiedyś do Jadzi Hamplówny, również do Niny Paluchówny uderzało w konkury wielu młodych ludzi. Wszyscy dobrze ułożeni, z tzw. porządnych domów; Zerwane zareczyny...jeden z nich miał na imię Gerard (na zdjęciu po prawej), dziadkowie go akceptowali, jako ewentualnego zięcia i z nim mama była już prawie, a może faktycznie zaręczona, tego dokładnie nie wiem. W międzyczasie jednak pojawił się człowiek o imieniu Edward, którego poznała w ostatnich miesiącach wojny, prawdopodobnie przy kopaniu rowów przeciwlotniczych. Od kilku lat pracowała już wtedy w firmie drzewnej Gebr. Grabowski w Katowicach, gdzie najpierw zajmowała się stenografią, a później prowadziła dział kalkulacji. Podobno firma ta do dziś istnieje w Niemczech. Kiedy spotkała ojca, miała 23 lata, on był o 7 lat starszy. W niczym nie przypominał Ninie dotychczasowych adoratorów, zwykle rówieśników, z którymi dyskutowała o przeczytanych książkach albo obejrzanych sztukach teatralnych, przekomarzała się i flirtowała. Mówił niewiele, ważył słowa, a głos miał głęboki, śpiewny, wielu kwestii nie dopowiadał do końca, co dodawało mu tajemniczości i sprawiało na mamie wrażenie, że jest bardzo mądry.

milewiczparamlodaBył pierwszym mężczyzną z prawdziwego zdarzenia, który stanął na jej drodze, pewnym siebie i zdecydowanym, który bodaj po kilku tygodniach znajomości oświadczył się. Powiedział, że chciałby z nią założyć rodzinę, bo wydaje mu się, że jest dobrym materiałem na żonę i matkę ich przyszłych dzieci. Nie wiem, czy powiedział, że mamę kocha i będzie dobrym mężem, ale nie zdziwiłbym się gdyby, jako człowiek w gruncie rzeczy mało romantyczny, uznał to za zbędne. Mama zaś o życiu wiedziała niewiele. Rosłam w domu jak pod kloszem – opowiadała mi później. – Umiałam coś ugotować, posprzątać, grać na pianinie, świadectwo maturalne wyglądało ładnie, ale z moją mamą na wiele tematów nie można było w ogóle rozmawiać. Kiedy miałam 21 lat i po raz pierwszy pocałowałam się z chłopakiem na randce, to myślałam, że od tego zachodzi się w ciążę. W szkole o ważnych sprawach też nie uczono, były tematem tabu.

Z pojedynczych zdań, które Edward wypowiedział o sobie, wynikało, że w Wilnie nie miał łatwego życia, a kiedy do miasta wkroczyły hitlerowskie wojska, wyjechał na przymusowe roboty do Niemiec, gdzie ciężko pracował. Mama postanowiła w małżeństwie wynagrodzić mu te wszystkie niedostatki. Wyrosła na romantycznej literaturze, w tradycyjnym, katolickim środowisku i naturalna empatia szła u niej w parze z łatwowiernością; myślę, że te cechy po niej oddziedziczyłem. Widziała, że ojcu brakuje towarzyskiej ogłady i tzw. manier, nie umiał tańczyć, a ona taniec uwielbiała, w kościele nie bardzo wiedział, jak się zachować, ale wierzyła, że wszystko to przyswoi mu w przyszłości. Była urodzoną optymistką.

milewiczzareczynyDziadkom nie pasował jako kandydat na męża dla córki. Przede wszystkim nie był ze Śląska i mało o nim wiedzieli. Życiowej zaradności nie mogli mu odmówić, ale wątpili w szczerość jego małżeńskich zamiarów; niczego materialnie nie posiadał, ożenek z moją mamą mógł być podszyty chęcią wzbogacenia się, mogło mu np. chodzić o dom, który był ich oczkiem w głowie. Ciocia Irka opowiadała mi, że mój ojciec nie nosił litery „P“ na ubraniu, pracował u jakiegoś niemieckiego szewca i miał niemieckie dokumenty, które pozwalały mu na korzystanie z basenu, kina czy kawiarni, przeznaczonych tylko dla obywateli III Rzeszy. Czyli był przymusowym robotnikiem, ale jakby na specjalnych prawach, co dziwiło dziadków. Na Bugli w Katowicach, gdzie przed ślubem ojciec chodził z mamą popływać, ludzie oglądali się za nimi i wzdychali, jaka to piękna para. Rodzice mamy też wzdychali, ale ze zmartwienia, że Nina dokonała takiego wyboru i niczego nie daje sobie wytłumaczyć. W tym momencie pasowałoby mi przerwać na jakiś czas śląski wątek i wrócić do wileńskiego, od którego rozpocząłem swoją rodzinną opowieść. Wilno będzie jednak w następnym wpisie, bo właśnie na Śląsk nadchodzą krasnoarmiejcy, a oni lubią to robić bezzwłocznie.

milewiczzareczyny (1)Innymi słowy, te rowy przeciwlotnicze czy przeciwczołgowe, które moi przyszli rodzice razem kopali, nie na wiele się zdały. W styczniu 1945 r. Armia Czerwona przełamała na Górnym Śląsku niemiecki front i tutaj wojna się już zakończyła, ale powstały inne problemy. Kiedy bojcy albo NKWD dotarli na Wesołą, Erwina, jako niemieckiego faszystę, postawiono pod murem. Odbył się krótki sąd polowy i gdyby nie sąsiad z domu obok, pan Kruzel, który zaświadczył, że dziadek jest powstańcem śląskim, nikt by mi już tak pięknie nie pokazał, ani nie opisał Tatr. Pan Kruzel to była też piękna postać. Przyszedł razem z radzieckimi żołnierzami z ugrupowania marszałka Koniewa, w polskim mundurze oficerskim. Nie wiem, czy w tym ugrupowaniu służył, ale przyszedł z frontu do domu. Zapamiętałem po latach jego łysą, jak księżyc głowę, przysadzistą sylwetkę i jowialną, dobrą twarz. Pamiętam też jego uroczą, zawsze pogodną żonę, podlewającą kwiaty w ogrodzie i oranżerii na pierwszym piętrze. Bardzo się kochali. Kiedy po latach wspólnie spędzonego życia, ona pierwsza odeszła, on z rozpaczy popełnił samobójstwo.

milewiczweseleMoi rodzice pobrali się 27 marca 1945 r. w Chorzowie. Ceremonia ślubna odbyła się w urzędzie stanu i kościele, a wesele w domu młodej pani, na Wesołej, w wąskim gronie rodziny i najbliższych sąsiadów. Ze strony ojca nie było nikogo, poza jego przyjacielem Ryszardem Esopem, który świadkował mu na ślubie. Rodzice poszli mieszkać na swoje, z mieszkaniami w owym czasie nie było problemów, wiele stało pustych. Ich niemieccy właściciele ewakuowali się w ślad za pokonaną armią na Zachód, ale atrakcyjne adresy były w cenie. Dziadkom pewnego dnia zagroziła eksmisja, oficjalnie z powodu volkslisty i wtedy mój ojciec pokazał, co potrafi. Nie wiem, jak to zrobił, ale przy pomocy osobistych kontaktów, gdzieś tam, udało mu się ten nakaz anulować. Wujka Jurka, brata dziadka, nie było już wtedy w Chorzowie, ale w suterenie na Wesołej nadal mieszkała jego żona z dziećmi. Nie wiem, kto zajmował parter po Rosenbergach, później wprowadził się tam pan Jazowy, mój przyszły profesor łaciny w Słowaku, z rodziną. To już jednak znacznie nowsze dzieje.

Po śladach życia

Ewa Maria Slaska

Siedlce czyli Dębe Wielkie czyli Halinów czyli Olesin

EugeniaLubliner2Gdy zaczynałam szukać szkoły, którą sto lat temu założyła i prowadziła Prababcia, szukałam jej w Siedlcach, bo tak podawał Polski Słownik Biograficzny. Dopiero rozmowy z Ciocią pozwoliły uściślić: dojeżdżało się do stacji Dębe Wielkie, leżącej na trasie Warszawa – Siedlce, a szkoła była w Halinowie. Ja już się dalej nie umiałam ruszyć, ale nasz blogowy Autor czyli Viator, występujący tym razem jako historyk, doktor Tomasz Fetzki, poszedł jeszcze krok dalej i znalazł gazetę internetową Kurier Skruda, a w niej artykuł o… Olesinie.

http://kurierskruda.pl/index.php/historia-olesina/historia-regionu

Czyli tak jak napisałam w tytule, trzeba było mentalnie przejść przez cztery miejscowości, aby dotrzeć tam, gdzie Prababcia – zapewne – prowadziła swoją szkołę.

prababciajakoslicznapannaI tak się wędruje po śladach – w górę rzeki jak Zbigniew Milewicz, w głąb własnych wspomnień jak Konrad Sałagan czy Krzysztof Mika, po dokumentach jak Tomasz Prot. A jest jeszcze Jacek Slaski, który rozmawiał ze swoją Babcią, Zofią Slaską i jest mój ojciec, który zapisał swoje życiowe wspomnienia, które zatytułował Śladami życia. Tyle osób zebrałam na blogu, tylu tych, którzy próbują odtworzyć miniony czas, swój i swojej rodziny.

Na zdjęciu moja śliczna Prababcia jako młoda kobieta.

Napisałam do redakcji Kuriera Skrudy, podając to, co wówczas wiedziałam o pedagogicznych przedsięwzięciach Prababci. Nie wiedziałam wiele, a i tak niemal rok zajęło mi uporządkowanie tego, czego przecież nie wiedziałam. Tekst poniższy jest już uzupełniony o informacje, które zebrałam, gdy tydzień temu pojechałam do Olesina. Nieocenionym źródłem informacji okazał się miejscowy historyk, pan Jan Majszyk, któremu niniejszym bardzo dziękuję.

Obozna5-rok1885Opowieść o Prababci

Prababcia z koleżanką panią Dorotą Zylberową założyły, sfinansowały i prowadziły w Warszawie szkołę dla dzieci mało zdolnych. Szkoła powstała w roku 1908 i istniała tylko kilka lat, a mieściła się przy ulicy Oboźnej 5 w bardzo znanej warszawskiej kamienicy. Została ona zbudowana w 1882 roku przez architekta Karola Kozłowskiego na potrzeby Zakładu Wodoleczniczego doktora Wincentego Brodowskiego. Zakład istniał nota bene aż do II wojny światowej. W kamienicy znajdowały się też mieszkania do wynajęcia, a jednym z lokatorów był słynny artysta, rysownik, ilustrator i malarz, ale też bohater Powstania Styczniowego, więzień i katorżnik carski, Michał Elwiro Andriolli. Budynek rozebrano po wojnie, a stojący tu obecnie dom został zbudowany z wykorzystaniem części zachowanych murów. Szkoła, jako się rzekło, istniała zaledwie kilka lat, ale była ważnym kamieniem milowym w historii pedagogiki polskiej – była to bowiem pierwsza taka szkoła na ziemiach polskich. Dodajmy też, że była ona niemal w całości finansowana przez panią Zylberową i Prababcię, bo opłaty za naukę wnosiły tylko rodziny dzieci zamożniejszych, a było ich zaledwie kilkoro.

Około roku 1910 Pradziadek zakupił wraz księdzem Stanisławem Zarembą majątek w Dębem Wielkim kolo Mińska Mazowieckiego w dawnym powiecie Siedlce. Majątek ten, część miejscowości Halinów, leżał we wsi służebnej Olesin Duży.

Ten ksiądz Zaremba był pierwszym proboszczem parafii Dębe Wielkie. Tradycja głosi, że był człowiekiem rzutkim i obrotnym. Wiadomo, że zajmował się handlem majątkami, które powstały w drugiej połowie XIX wieku, kiedy to zmieniony został status prawny dotychczasowej królewszczyzny w Dębem Wielkim. Zarembę oceniano nader kontrowersyjnie. Z jednej strony uważano, że jego zachowanie bardziej znamionuje przedsiębiorcę niż osobę duchowną, ale patrzono też na niego jako patriotycznego reprezentanta pozytywistycznej idei pracy u podstaw. Tak czy owak najpierw obaj panowie, mój Pradziadek – lekarz i ksiądz proboszcz, byli współwłaścicielami majątku i dopiero w roku 1913 rozwiązali spółkę i założyli osobne księgi hipoteczne. W roku 1917 ksiądz, już teraz nie wspólnik lecz sąsiad, odsprzedał swoją część senatorowi RP Janowi Zaglenicznemu. Mniej więcej w tym czasie, tuż po Wielkiej Wojnie, Prababcia założyła tu szkołę i zamieszkała na stałe w Olesinie.

Podobno nie było to żadną wielką rewolucją rodzinną, dom w Warszawie świetnie sobie dawał bez niej radę, w końcu był to czas kucharek i służących. U pradziadków służące były dwie, kucharka jedna.

dworzec Zbudowany w roku 1918 dworzec w Aleksandrówce (Dębem Wielkim), w roku 2014 wpisany do rejestru zabytków

Jeśli prababcia akurat przyjechała do Warszawy, to wracała do Olesina koleją. W każdym razie wiadomo, że rodzina nie posiadała automobilu, a Prababcia zarzekała się jeszcze, że do tego paskudztwa nigdy nie wsiądzie. Dojazd koleją był jak najbardziej możliwy i wygodny, bo w roku 1918 na trasie kolejowej Berlin – Warszawa – Moskwa powstał nowy dworzec: w Aleksandrówce czyli w Dębem Wielkiem.

duktZ dworca do Olesina były trzy kilometry, dobrą ubitą drogą, zwaną przez miejscowych duktem lub ulicą Brukową, którą ufundował pan senator.

Według tradycji rodzinnej majątek Pradziadków w Olesinie został nazwany Sylwana, co na dokumentach złożonych w archiwum w Otwocku zostało zapisane jako Silvana.

Sylwana była szkołą z internatem, gdzie mieszkało kilkanaścioro dzieci małozdolnych i niezamożnych, żeby nie powiedzieć – po prostu biednych. Utrzymanie majątku, szkoły i dzieci finansował pradziadek, który był wziętym lekarzem laryngologiem i ftyzjatrą. Dzieci kształcono metodą wprowadzoną w Polsce przez Prababcię i panią Dorotę Zylberową, polegającą na połączeniu prostej nauki szkolnej z nauką czynności manualnych. W szkole byli więc zarówno nauczyciele jak rzemieślnicy, przygotowujący uczniów do wykonywania zawodu (kowal, ślusarz, cieśla).

Sylwana istniała ok. 10-12 lat, po czym została sprzedana. W pamięci rodzinnej sprzedaż Sylwany nastąpiła w roku 1930, z akt wynika jednakże, że majątek już w roku 1929 został zakupiony przez gimnazjum im. Zamojskiego w Warszawie, które prowadziło tu letnisko dla niezamożnych uczniów oraz programy, dziś zasługujące na miano “zielonej szkoły”. Gimnazjum zachowało nazwę Sylwana bądź też to właśnie nowy właściciel przemianował Sylwanę na Silvanę.

mapaolesin

***
O Olesinie i Sylwanie będę jeszcze donosiła. Już dziś znajdzie się sporo ciekawostek, o których można będzie opowiedzieć, jak np. rok wielu wesel, Mama i pies Haluś, stawy rybne, wielki dąb czy wreszcie opowieść o przypalonym szpinaku. Nie da się tego wmieścić w jeden wpis, a przecież mam jeszcze wielkie plany poszukiwań archiwalnych.

Na razie chciałabym bardzo podziękować redakcji Kuriera Skrudy, a zwłaszcza jej naczelnemu  – Arturowi Czyżewskiemu za nadzwyczajną opiekę, jaką mi zapewnił podczas wizyty w Olesinie! Pan Artur jest na co dzień właścicielem eleganckiej restauracji La Veranda Verde w Cisiu. O panu Arturze też jeszcze opowiem, na razie donoszę, że w Zielonej Werandzie bardzo dobrze karmią!