Pani doktor

Następny wpis o Karusi, tym razem napisany przez Mirkę

Mirka

Karusia-z-kotemPrzed wojną Karusia, jako pracownik Uniwersytetu Warszawskiego, jeździła z grupą studentów w okolice jeziora Wigry w okresie wakacyjnym. Był to ciekawy teren pojezierza, ciekawy z punktu widzenia biologów, badających torfowiska i florę je porastającą.

Mieszkali zawsze w kilku chatach na wsi koło badanych terenów. Nie wiem, jak liczna była grupa studentów, ale sądzę, że od kilku do kilkunastu osób. Studenci zwracali się do Karusi “pani doktor”, bo taki miała wtedy tytuł naukowy.

Karusia przed wojną (z kotką Gryzeldą?)

Pewnego dnia po powrocie z torfowiska Karusia sortowała przyniesione materiały do badań, gdy do pokoju zapukała gospodyni i oznajmiła, że na podwórku ktoś na Karusię czeka.

Wyszła z chaty i zobaczyła chłopkę z małym dzieckiem na ręku.Karusia-w-mundurze
– Pani do mnie?
– Tak, pani doktor, dziecko mi choruje.
– Ale ja nie jestem lekarzem.
– Jakże nie, a mówią do pani doktor!
– Jestem doktor, ale nie lekarz.
– Ale dziecko mi choruje, pani je zbada, bardzo proszę, zapłacę.
– Zbadam, ale płacić nie trzeba.

Karusia zabrała do chaty matkę i dziecko, które miało niewysoka gorączkę, kasłało i miało katar. Obejrzała je dokładnie, nie miało żadnej wysypki, przyłożyła ucho do plecków, nic nie usłyszała podejrzanego, kazała więc matce iść do miejscowej zielarkixxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxKarusia przed wojną w mundurze harcerskim
i na kartce napisała, jakie trzeba dać dziecku zioła, bo na ziołach to się Karusia doskonale znała, a i z medycyna była otrzaskana, bo czasami Dziadek prosił ją o pomoc, kiedy przyjmował pacjentów w swoim gabinecie w domu, często też omawiał z nią ciekawsze przypadki.

KotzeSrodborowaMatka z wdzięczności pocałowała Karusię w rękę i poszła do domu, chwaląc głośno Boga i Panią Doktor.

Kuracja zapisana przez Karusie musiała dać dobre efekty, bo prawie co dzień wracając do chaty Karusia zastawała na podwórzu po kilka matek z dziećmi. Wszystko to były proste przypadki, które bardziej obyta i mądrzejsza matka sama mogła wyleczyć, sama też wiedziałaby, jakie podać zioła. Skoro jednak we wsi pojawiła się pani doktor, to należało jej pokazać dziecko i skorzystać ze światłej porady.

Szpital był daleko, a lekarz nigdy do wsi nie zaglądał.xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxKotka (Gryzelda?)

Zdjęcia ze zbiorów Autorki (te zachowane w starej cegielni).
Jeśli jest to rzeczywiście kotka Gryzelda, to miała to imię, dlatego że gryzła po nogach :-).
O Karusi jako harcerce jeszcze będę tu pisała.

W górę rzeki (13)

Zbigniew Milewicz

Dzieciństwo u komediantów

Po małej przerwie w rozsupływaniu moich rodzinnych korzeni, zacznę od sprostowań, które obiecałem w ostatnim wpisie. Po pierwsze mój wujek Wypler z Chorzowa był dobrym, zawodowym zdunem, ale Romek, jego syn, wyuczony mistrz kowalski, sam sobie wybudował w mieszkaniu kominek, co wcześniej przypisałem seniorowi. Zrobiłech to, żeby tacie pokazać, że som tyż poradza – powiedział. Po drugie, pierwszymi lokatorami moich dziadków w suterenie domu na Wesołej byli wujostwo Wilik i Milka Hanke, rodzice Jutki, mamy Romka i jej siostryTereski, którą pożegnaliśmy pod koniec ubiegłego roku. Miała to być dla nich pewna rekompensata za pomoc przy budowie domu. Po trzecie wreszcie, nie u niemieckiego szewca pracował na Śląsku mój ojciec w czasie okupacji, tylko u litewskiego. Warsztat znajdował się w Bytomiu, o czym powiedział mi Zdzich, mój starszy brat po mieczu, zorientowany w temacie z uwagi na to, że tym szewcem był ojciec jego biologicznej mamy.

na -balkonieStaram się sięgnąć pamięcią jak najdalej w głąb dzieciństwa i widzę różne twarze, przeważnie dobre. Na pierwszym miejscu mama Nina, jak na portrecie, który wędruje ze mną przez wszystkie mieszkania mojego życia – młoda, radosna i piękna. Później babcia – zawsze choćby trochę władcza, powściągliwy, dobroduszny dziadziuś, zadziorna i pyskata ciocia Irka… Jest wśród nich także młody, ciemnowłosy mężczyzna, który pochyla się nade mną w kuchni na Wesołej, ubrany w elegancki garnitur i białą koszulę z krawatem. W jednej ręce trzyma bukiet kwiatów, w drugiej małego, metalowego konika na biegunach, który jest dla mnie. Z twarzy mężczyzny najlepiej zapamiętuję oczy o mocnym wyrazie, które patrzą na mnie poważnie i uroczyście. W kuchni na taborecie siedzi dziadek, ze skwaszoną miną a ja biegam po mieszkaniu i drę się na całe gardło z radości, że tatuś przyjechał. Ile mogłem mieć wtedy lat? Może niecałe dwa, skoro rodzice rozwiedli się w czterdziestym siódmym, a to ich spotkanie na Wesołej było ostatnią próbą porozumienia, tym razem poniewczasie podjętą przez ojca.

Na zdjęciu: Z mamą i babcią na balkonie

Są sympatyczne przyjaciółki babci, które nas odwiedzały na Wesołej – pani Chudzińska, co tak mocno różowała sobie policzki, że pewnego dnia powiedziałem, że wygląda jak stara czarownica (oj, dostało mi się później za to), pani Pielawska, która pochodziła ze sfer artystycznych i pod koniec wojny odjęła sobie dziesięć lat z metryki, przez co potem musiała dłużej pracować do emerytury. Naznaczona piętnem cierpienia dobra pani Ślusarczykowa; kiedy nie mogła już wstawać z łóżka, zachodziłem do niej z drobnymi sprawunkami. Wujek Tyjduś, brat babci, o charakterystycznej, pociągłej fizjonomii, z racji swojej wrodzonej bladości zwany w rodzinie kyjzą. Wielki, chudy karawaniarz w czarnym, oblamowanym srebrno surducie i trójkątnym kapeluszu, kroczący z powagą przy konnym powozie z trumną. Czasami taki kondukt przechodził naszą ulicą, czarnej maści konie miały wpięte w grzywy srebrne pióropusze, czuło się w tym dostojeństwo śmierci. Karawaniarz zawsze miał katar i pociągał nosem, co psuło trochę powagę ceremonii, ale zyskiwało moją sympatię do niego, ponieważ ja też wiecznie byłem zakatarzony. Nazywałem go padockiem, bo jak się odezwał, to najczęściej używał słowa pado, co w śląskiej gwarze znaczy mówi. Podobno nie końca był zdrowy psychicznie, chorzowskie urwisy biegały za nim po ulicy i brzydko przezywały, więc kiedy dorosłem, to ich czasami goniłem.

Jest w tym kalejdoskopie naznaczona brodawkami twarz pani Elzy, naszej domowej krawcowej. Miała coś odpychającego w sobie, wąska czaszka i wargi, paciorkowate, blisko siebie osadzone oczy, nadawały jej jakiejś szczurowatości. Cały czas żuła ziarenka kawy (aż dziw, że ten napój dzisiaj lubię), a przymiarki jakichś cudacznych ubranek, w których kazano mi później chodzić, trwały w nieskończoność. Antypatia była obopólna, kiedy demonstrowałem niechęć na widok pani Elzy, ona mnie za to później kłuła szpilkami, niby niechcący, a nie mogłem przy tym ani drgnąć, bo dokuczała jeszcze mocniej. Obszywając całą rodzinę, przyjeżdżała na Wesołą zwykle na parę dni. Dzień zaczynała skoro świt, od gimnastyki, płaska, jak deska do prasowania, w podkoszulku i majtkach do kolan. Einz, zwei, drei, skłony, przysiady, rzadkie włosy fruwają na głowie, brodawki sinieją z wysiłku, wąskie usta zaciśnięte, jak zamek błyskawiczny ss-mańskiej panterki pod Stalingradem. Po polsku mówiła z trudnością, ja po niemiecku wcale, może dlatego nie umieliśmy się porozumieć. Po latach powiedziano mi, że była ciotką biskupa Bednorza, późniejszego arcypasterza diecezji śląskiej.

Pani Brachaczkowa również nie była jakąś pięknością, nie pamiętam, czy kiedykolwiek widziałem uśmiech na jej twarzy, ale to był dusza człowiek. Mieszkała pod numerem 1 na Wesołej, ciocia Irka przyjaźniła się z jej córką Dusią, ja z synem Mariuszem, który był ode mnie kilka lat starszy. Słusznego wzrostu i wagi, pochodziła ze wschodnich kresów i miała wiedzę oraz talent w leczeniu ludzi naturalnymi sposobami z ich rozmaitych dolegliwości. Kiedy ktoś w rodzinie niedomagał, w ruch szły domowe środki, np. na przeziębienie był czosnek, herbata z malinami i pocenie pod stertą pierzyn. Jak nie skutkowało, to sąsiadka przychodziła nawet w nocy. Na zapalenie oskrzeli i opłucnej stawiała bańki, paliła jakieś zioła, coś tam przy tym szeptała i zwykle pomagało. Babcia się z domowników najrzadziej przeziębiała, ale jej pani Brachaczkowa czasami stawiała pijawki i puszczała krew, ze względu na wysokie ciśnienie. Z usług rejonowego lekarza korzystaliśmy chyba rzadko, bo miał tak kiepską opinię, że sąsiadka znachorka musiała wystarczyć.

Głównym specjalistą od leczenia duchowych przypadłości wieku dziecięcego była w domu babcia. Dyscyplinujące narzędzie stanowił bat o pięciu cienkich rzemieniach, z drewnianą rękojeścią, wiszący za kuchennymi drzwiami. Wisi bat na ścianie, Zbyszek nim dostanie – podśpiewywała skrzekliwie ciocia Irka, stojąca w domowej hierarchii na przedostatniej pozycji; na ostatniej byłem ja i rzeczywiście czasami tym batem obrywałem. Zasłużenie i niezasłużenie, kiedy egzekutorka miała zły humor. Pewnego dnia skończyło się to, byłem już dostatecznie duży, żeby wyrwać bat z rąk babci, rzucić go za kredens i wykrzyczeć jej całą swoją urazę z powodu niesprawiedliwości otrzymanej kary. Pamiętam, że bardzo zaskoczył mnie wtedy jej uśmiech pełen aprobaty.

Czasami wystawiano na próbę tylko siłę mojego ducha. Kiedyś o zmroku bawiłem się z ciocią Irką w chowanego. Światła w mieszkaniu były wygaszone, znikąd nie dolatywał żaden odgłos, nabrałem przekonania, że niepostrzeżenie wyszła na zewnątrz i zostałem sam. Wiedziony jakimś impulsem dalej jednak szperałem po różnych zakamarkach i kiedy zajrzałem pod łóżko w sypialni, wychynęła ku mnie podświetlona, diabla maszkara, którą trzymaliśmy w domu na różne krotochwile. Niby znałem tę okropną maskę, ale wtedy byłem pewien, że diabeł rzeczywiście ożył i dostałem ataku paniki. Ze stoickim spokojem natomiast przyjąłem do wiadomości, że nagle babcia umarła. Zdenerwowana mną – już nie pamiętam z jakiego powodu – osunęła się bezwładnie na ziemię i przestała dawać jakiekolwiek objawy życia. Potrząsnąłem nią raz i drugi, powiedziałem, żeby wstała, a kiedy nie odniosło to skutku, poprawiłem jej położenie na podłodze, splotłem palce dłoni na brzuchu, tak jak to widziałem w pewnej kaplicy cmentarnej, przyniosłem różaniec babci i książeczkę do nabożeństwa i zacząłem odmawiać wieczne odpoczywanie… Wtedy „nieboszczka” zaniosła się śmiechem, cóż, chowałem się w domu komediantów.

na-nartachDziadek na szczęście traktował mnie dużo poważniej. Nauczył mnie strzelać z wiatrówki, próbował mi zaszczepić smykałkę do majsterkowania, ale kiedy doszedł do wniosku, że jestem psuja, dał sobie spokój. Zamiast tego któregoś dnia wyjął ze schowka na strychu narty, na których sam kiedyś jeździł, a później dał mamie, i pokazał mi na sucho, jak się je zapina, jak szusuje, robi pług. To spodobało mi się od razu, nie mogłem doczekać się zimy, żeby pójść z dziadkiem do doliny szwajcarskiej, gdzie później powstał park kultury i jeździć naprawdę. Narty były świetne, drewniane, bardzo elastyczne, o mocno wygiętych noskach i w miarę krótkie. W sam raz dla początkującego narciarza; nosiły znak firmy, która je wypuściła i rok produkcji, pamiętam : Franciszek Bujak, Zakopane, 1920. Miały skórzane wiązania, zapinane na metalowe klamry, więc choćbym nie wiadomo jak wydziwiał na stoku, kończyło się to bezpiecznie. Buty narciarskie dla mnie niestety trzeba było kupić, bo wszyscy w rodzinie, poza babcią, mieli mniejsze stopy ode mnie, a ona na nartach nie jeździła. Spody desek smarowało się woskiem, żeby śnieg się nie kleił do nart i służyły mi one szczęśliwie przez lata, chyba aż do ukończenia liceum. Na śnieżne szaleństwo wyjeżdżałem w pobliskie Beskidy, albo do Bukowiny Tatrzańskiej, w której najczęściej spędzałem również letnie ferie ze swoimi najbliższymi.

Na zdjęciu: Mama z siostrą jadąw skiringu, czyli na nartach za koniem, początek lat czterdziestych

O tej miejscowości sprzed lat, która istnieje już tylko w nazwie i ludzkiej pamięci, o jej związkach z naszą rodziną będę chciał opowiedzieć oddzielnie. Teraz tylko przytoczę dwa wydarzenia z wczesnego dzieciństwa, które zapamiętałem w związku z Tatrami. Starsze jest z pielgrzymki do kaplicy Matki Boskiej Jaworzyńskiej pod Rusinową Polaną. Dziś mówią na to miejsce Wiktorówki. Z Bukowiny, spod klina, górale idą tam średnio ze dwie godziny (jeżeli któryś z nich to czyta i się mylę, to proszę o korektę), cepry potrzebują przynajmniej dwa razy więcej czasu. Kogo nogi już dobrze nie noszą, może podjechać autobusem na Wierch Porońca, albo Zazadnią, stamtąd to już niedaleko. Kiedyś po tatrzańskich, nieutwardzonych drogach kursowały jednak tylko konne fury i to nieregularnie, ale pielgrzymka miała być umartwieniem, więc szło się pieszo. Idziemy z mamą – pamiętam – kamienistym wąwozem, w żółtym błocie po kostki, w strugach deszczu, ludzie się modlą, śpiewają, nagle rozstępują się, bo jedzie powóz. Pod plandeką siedzi wyniosły i tęgi ksiądz Fox, proboszcz bukowiańskiej parafii. Mama prosi księdza, żeby mnie podwiózł kawałek w stronę kaplicy, odmawia. Tak się hartowałem. Może wtedy zrodziła się u mnie niechęć do kościelnej hierarchii, kto wie…

w-tatrachZ dziadkiem na wycieczce w górach

Drugi epizod wydarzył się kiedy miałem już dziewięć, albo dziesięć lat. Bardzo lubiłem wyprawy z moim dziadkiem w góry, w zależności od trasy trwały one zwykle trzy-cztery dni. Wyruszaliśmy z Bukowiny o świcie, zawsze pierwszym etapem była Jaworzynka, gdzie wypraszaliśmy u Tatrzańskiej Gaździny szczęśliwą drogę (nigdy nas nie zawiodła), zjadaliśmy coś z zabranego prowiantu, piliśmy z kotła herbatę, gotowaną przez ojców dominikanów, którzy opiekowali się kaplicą i dalej w góry. Przez Rusinową Polanę, Gęsią Szyję, Polanę Waksmundzką i Pańszczycę do Murowańca na Hali Gąsienicowej. Czasami, ale rzadziej, dziadek prowadził mnie z Rusinowej przez Palenicę i Wodogrzmoty Mickiewicza do Morskiego Oka i tam najpierw nocowaliśmy, ale wolałem pierwszą trasę, bo była ciekawsza. Nazajutrz zwykle był dzień ulgowy, nigdzie się nie spieszyliśmy. Trzeba było przyzwyczaić organizm do wysokości, robiliśmy spacery w stronę Kasprowego Wierchu, albo nad Czarny Staw, dziadek uczył mnie, jak rozkładać siły przy podejściach, żeby nie wypompować się zbyt szybko, jak gospodarować oddechem, ale miałem jeden problem, z którym nie umiałem sobie poradzić, mianowicie lęk wysokości. Żeby z Hali Gąsienicowej dostać się do Doliny Pięciu Stawów Polskich, trzeba pokonać Zawrat, a tam w pobliżu szczytu jest trochę łańcuchów i klamer. Idę pierwszy, nagle przede mną wyrasta rozpadlina, głęboka na wysokość drapacza chmur w Chorzowie. Po drugiej stronie, na wyciągnięcie ręki jest klamra, nie ma innej możliwości, muszę przekroczyć ten rów i przeciągnąć się na drugą stronę. Wtedy klamra wysuwa się ze skały, moje krótkie życie przelatuje mi przed oczami, łydki trzęsą się, jak galareta.

– Widzisz tych taterników? – dziadek pokazuje mi grupę ludzi, wspinających się przy pomocy haków i lin po sąsiedniej, prawie pionowej turni.

Widzę. Ich spokojne, fachowe ruchy przywracają mi wiarę we własne siły i w tę klamrę, że jednak nie wysunie się zupełnie ze skały i nie spadnę w przepaść. Wtedy pozbyłem się lęku wysokości. Kiedy po latach, już jako dorosły, ponownie szedłem przez Zawrat do Pięciu Stawów, ta klamra przypomniała mi o moim strachu z dzieciństwa, gdyż nadal wysuwała się ze ściany. Zabrakło jednak dziadka, żeby mi powiedział, że to głupstwo, którym nie ma się co przejmować.

Pieredwiżniki I

Tomasz Fetzki

Odszedł za wcześnie. Sześćdziesiąt dwa lata to nie jest wiek na umieranie (inna sprawa, że trudno stwierdzić, kiedy ten wiek nadchodzi – jednak na pewno nie wtedy). Kto go znał, wiedział, z jakim gigantem ducha i intelektu (mimo formalnie skromnego wykształcenia) i z jakim wielkim sercem ma do czynienia. Niewielu go jednak znało – szkoda, ich strata. Skromny i dobry (po prostu – dobry) jako człowiek, dyskretny i nienachalny był także jako ojciec. Właśnie: BYŁ, znacznie bardziej, niż działał. BYŁ, a nie kształtował. Ale to całkowicie wystarczyło. Patrzę na siebie i bez fałszywej kokieterii, bez szczypty kabotyństwa stwierdzam: efekty takiego wychowania okazały się być bardziej, niż zadowalające. Co jest oczywiście zasługą wychowującego, nie wychowywanego.

A dziś mija dokładnie dziesięć lat, odkąd już nie mamy okazji spojrzeć sobie w oczy i pogadać o czymś ważnym, lub choćby ciekawym. Bardzo mi go brakuje. Ojciec. Tato…

Dziesięć lat temu wyszedłem na ulicę. I co? I nic. Ciemność nie zaległa całej ziemi, choć powinna. Nie zaćmiło się słońce i nie rozdarła się zasłona świątyni na dwoje, mimo, że był powód. Ziemia się nie zatrzęsła i skały nie popękały, chociaż tak należało. Samochody jeździły jak przedtem, ludzie chodzili, jakby nigdy nic. Oczywiście, nie ma niczego oryginalnego w tej konkluzji, nie ja pierwszy doświadczyłem takiego zdumienia. Co gorsze, nie ja ostatni również… trzymajcie się, moi przyszli młodsi bracia i siostry w przykrym zaskoczeniu.

Wtedy nikt niczego nie zauważył. Tym bardziej dziś, gdy czarną dziurę drąży nieubłagalny czas. A co mi tam – nieubłagalny czy ubłagalny – trochę z nim powalczę! Tylko jak wspominać, żeby nie popaść w banał, ale też i nie wystawiać na widok publiczny intymnych części duszy? No, jak?

************************

Co mi po nim zostało? Fascynował się malarstwem, sam czasem chwytał, z interesującymi efektami, za pędzel. I namiętnie gromadził albumy z reprodukcjami. W latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych pamiętnego wieku dwudziestego kupić dobry album nie było wcale tak prosto. A On kupował. Na przykład luksusowe (jak na owe czasy), eksportowe wydawnictwa radzieckie.

Od zawsze (od mojego zawsze, rzecz jasna) leżały na półkach. Nikt nie bronił do nich dostępu, mimo ryzyka, jakim było znalezienie się, drogiego bądź co bądź, woluminu w rękach kilkulatka, który już to okładki nie uszanuje, już to wzbogaci reprodukcję własną kredkową twórczością, już to… strach nawet pomyśleć, co jeszcze. A malec brał album, coś tam faktycznie uszkodził, ale czego się napatrzył i nachłonął, to mu zostało na resztę życia.

Dziś część tych zbiorów należy do mnie. Szczególny sentyment czuję do jednego z tomów. The Itinerants. Pieredwiżniki. Towarzystwo Objazdowych Wystaw Artystycznych. Wydawnictwo Aurora, Leningrad, rok 1974. Jeżeli tu i ówdzie rozlegną się ciche pomruki zdegustowanych miłośników awangardy i nowoczesności, odpowiadam im po prostu: tylko jedno kryterium liczy się przy ocenie sztuki. Ona dzieli się wyłącznie na dobrą lub złą. Styl nie ma tu nic do rzeczy.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAWygląd obwoluty to efekt grzechów dzieciństwa. Gdyby tak człowiek wiedział wtedy to, co wie teraz… Wnętrze przetrwało na szczęście bez strat.

Wielokrotnie i od dziecka oglądane obrazy, zwłaszcza wybitne, muszą jakoś kształtować osobowość. A w moim albumie co reprodukcja, to arcydzieło. Niektóre bardzo znane. Inne mniej, albo i wcale – na nich chciałbym się skupić. Ale zacznę niekonsekwentnie, od pracy dość popularnej. Bo zawsze, ilekroć na nią patrzyłem, robiła na mnie kolosalne wrażenie. Największe spośród wszystkich zamieszczonych w książce.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIwan Nikołajewicz Kramskoj, Chrystus na pustyni

Możliwe chyba tylko w rosyjskiej duszy pomieszanie boskiego i ludzkiego. Coś tutaj niepokoiło mnie od zawsze, ale dopiero gdy dorosłem, potrafiłem ten niepokój nazwać: toż to nie Jeszua, ale Dostojewski z twarzą napiętnowaną epilepsją i z głęboką znajomością mroków ludzkiej natury. I ta Pustynia Judzka, skalista oraz zimna! Zmrok, a może przedświt. Samotność, która aż boli.

A teraz dwa obrazy znacznie mniej znane. Każdy z nich przykuwa uwagę z osobna, ale zestawione ze sobą (jam to, nie chwaląc się, sprawił, w albumie znajdują się daleko od siebie) przemawiają jeszcze głośniej. Za jakość fotografii przepraszam: jeśli czytelnik zechce, znajdzie w Wielkiej Sieci reprodukcje lepszej jakości. Ja też mogłem, ale wtedy to by już nie była TA KSIĄŻKA…

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIwan Pietrowicz Bogdanow, Nowicjusz

SAMSUNG DIGITAL CAMERAAntonina Leonardowna Rżewskaja, Wesoła minutka
(a może lepiej byłoby Chwilka wytchnienia?)

Bieda biedą, ucisk uciskiem, opresja opresją, a przecież ostatecznie zawsze decydujące jest to, co człowiek ma w sobie. Prawda? I niech ktoś spróbuje jeszcze pleść bzdury o tym, że Pieredwiżniki byli protoplastami realizmu socjalistycznego.

Na koniec jeszcze jeden obraz. Car Iwan Groźny solidnie zapracował na swój przydomek. Grozę roztaczał także wśród swych najbliższych. Zdarzyło mu się na przykład pobić brzemienną synową. Gdy zaś jego własny syn, następca tronu, carewicz Iwan stanął w jej obronie, został przez rozwścieczonego Groźnego zakatowany na śmierć. Temat sam w sobie mroczny, a gdy jeszcze dodatkowo za jego przedstawienie weźmie się Mistrz nad Mistrze… Studium miłości, nienawiści i szaleństwa. A wszystko to skupione jedynie w oczach cara.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIlia Jefimowicz Riepin, Iwan Groźny i jego syn Iwan
16 listopada 1581 roku

Zaiste, przewrotnie przywołałem ten obraz! Nie ma tu bowiem żadnej aluzji. Przeciwnie: uświadamiam sobie, że z moim Tatą nigdy się nawet tak na serio nie pokłóciłem. Nie mówiąc już o konflikcie pokoleń, wybijaniu się na niezależność, czy wyrywaniu spod przytłaczającego autorytetu. Nie było takiej potrzeby, On zawsze szanował moją wolność.
I dlatego tak bardzo mi Go brak…

Za tydzień wspomnień serdecznych ciąg dalszy.

Rok 1944 (3)

Nocą z 29 lipca na 30 lipca na tory w Zielonce wjechał Niemiecki pociąg pancerny i ostrzelał północną cześć Zielonki. Czołgi się wycofały, a z nimi znaczna część naszych akowskich żołnierzy, dobrze już uzbrojonych. Jaki jest stosunek Bolszewików do żołnierzy AK nie bardzo było wówczas wiadomo. Doszły nas wieści, że 1 sierpnia wybuchło Powstanie Warszawskie, ale z braku wsparcia Powstanie na Pradze zostało odwołane i zeszło do podziemia.

Mirka

Biła się dzielnie Warszawa, a my nie mogliśmy jej pomóc, co nas bardzo bolało.

Pośrednio jednak brałam udział w powstaniu, bo w lecie 1943 roku wszystkie patrole łączniczek zostały przeszkolone w robieniu opasek zapalających. Opaski te miały być nakładane na butelki z benzyną i przy stłuczeniu butelki benzyna wchodziła w reakcję chemiczną z zawartością opaski i dawała potężny słup ognia.

Laboratorium, gdzie robiłyśmy opaski, było urządzone w cegielni, pod wiatą, pod którą w kozłach suszyły się cegły. W samym środku ogromnej wiaty zostawiono puste miejsce, postawiono duży stół, gdzie z czterech stron stały apteczne wagi, a na podłodze obok krzesełek ustawione zostały worki z chemikaliami, które w odpowiednich proporcjach należało połączyć. Miejsce było doskonałe, górą był naturalny przewiew, który wywiewał na zewnątrz szkodliwe pyły. Przychodziłyśmy z rana, każda osobno, zmiana liczyła nas cztery, bo tyle było wag, ubierano nas w białe kitle i maseczki. Znałyśmy doskonale recepturę i proporcje. Na wadze kładło się dość szeroki pasek papieru pergaminowego i na to sypało się poszczególne składniki dokładnie je ważąc. Następnie składało się papier robiąc opaskę, a końcówki wkładało się jedna w drugą. Gotowy produkt układało się w koszu. Jaki był skład tego proszku nie pamiętam, pamiętam jedynie, że była tam kalafonia, od której lepiły się nam ręce. Pracowałyśmy około czterech godzin dziennie. Po południu chłopcy pakowali te opaski do kartonów, zaklejali paskami z napisem „uwaga, trucizna na szczury” – napis był po polsku i po niemiecku – i transportowali te paki do Warszawy, w jakieś miejsce składowania, my jednak nie wiedziałyśmy gdzie. I tak po roku nasza praca przydała się do niszczenia niemieckich czołgów w czasie Powstanie Warszawskiego.

Bolszewicy podeszli nieco bliżej, Niemcy umacniali się na morenowych wzgórzach Zielonki. Były w sierpniu noce, kiedy zjawiały się radzieckie czołgi, ale rano znów byli Niemcy. 10 sierpnia przyszła w lasy zielonkowskie doborowa armia niemiecka Hermana Goeringa. Wtedy było wiadomo, że będzie gorąco. Obie z Mamą wróciłyśmy do naszego mieszkania, a raczej do naszej piwnicy, bo te nocne przepychanki między dwiema armiami nie obywały się bez bitwy, bezpieczniej więc było w piwnicy.

W dzień wychodziłam do naszego mieszkania i porządkowałam je, odkurzałam, zmywałam brudne naczynia, ustawiałam je na półkach, gdzie zawsze miały swoje miejsce. Robiłam to, wiedząc, że ta praca nie ma najmniejszego sensu, bo w każdym momencie wszystko mogło zostać zniszczone. Bomba, pocisk, a nawet odłamek mógł zniweczyć moją pracę. Po tylu miesiącach tułaczki i ucieczek ta praca, mimo braku sensu, dawała ukojenie nerwom, przywracała pozory normalności, która tak bardzo była mi wtedy potrzebna. Któregoś dnia wpadli Niemcy i zgarnęli wszystkich młodych i silnych do kopania okopów na froncie, zgarnęli i mnie, i pognali wszystkich do tartaku. Tu usiadłam na jakiejś belce i rozpłakałam się jak małe dziecko – „wylazłam z łap Gestapo, a teraz mam zginąć na froncie?” Po kilku godzinach przyszedł żołnierz i kazał mi iść do bramy, oddał mnie zdumioną w ręce Mamy. Jak się okazało, dostał za tę przysługę litr spirytusu. Tyle było warte w tych czasach życie ludzkie.

Od początku września zaczęły chodzić „słuchy”, że nas wyrzucą z Zielonki, bo tu będzie walna bitwa. W ośmiu mieszkaniach naszego domu były same kobiety z dziećmi w różnym wieku. Moja Mama była jedną z najstarszych kobiet. Była też osobą bardzo mądrą i dobrze zorganizowaną. Wszystkie przychodziły do niej po radę. Czekało nas opuszczenie naszych mieszkań, nadchodziła jesień i zima, co zabrać ze sobą, jak się spakować, jak uchronić małe dzieci, aby nie doznały uszczerbku na zdrowiu w czasie tułaczki, która nas czekała? Mama stworzyła trzyosobowy „komitet”, który zarządził, że każda z kobiet ma przygotować rzeczy do zabrania, a komitet obejrzy to, co kobiety przygotują i powie, co jest konieczne a co nie. To, co zastał „komitet” w tych mieszkaniach, jeżyło włosy na głowie. W rzeczach do zabrania były np. firanki (bo nowe), a nie było swetrów i ciepłych butów dla dzieci. Na szczęście Mama miała taki autorytet u tych kobiet, że poddały się dyktatowi i posłusznie pakowały to, co było bardzo potrzebne. Drugim problemem było niesienie tych tobołków. Byłyśmy w domu trzy dziewczyny nastolatki, podjęłyśmy się reperacji starych rowerów i wózków jako środków transportu.

4 września wyrzucono nas z domów i kazano iść na Pragę do kościoła św. Floriana. Ze wszystkich stron Zielonki szły w kierunku Ząbek i Pragi szeregi ludzi, starców, kobiet z dziećmi, wszyscy smutni, zapłakani, opuszczali swoje miejsca na ziemi, w których wyrośli i w które wrośli. Teraz, nie z własnej woli, musieli wyrwać te korzenie, które często trzymały ich przy życiu. Były też obrazy śmieszne – mały, trzyletni chłopczyk trzymał się wózka wypełnionego dobytkiem, a pod pachą dźwigał stołek o trzech nogach, bo czwartej nie było, i Plastusiowy Pamiętnik, swoje dwie ukochane rzeczy. Pierwszą noc tułaczki spędziłyśmy w jakiejś szopie w Ząbkach. Następnego dnia marsz od szóstej rano. Kolumna ludzi szła na Pradze ulicą Radzymińską, wzdłuż kolumny jeździły patrole niemieckie na motocyklach.

Od Radzymińskiej w lewą stronę pod kątem ostrym odchodziła ulica Wołomińska, to był nasz cel. Odczekałyśmy, zwalniając, aż przejedzie patrol, i odbiłyśmy od kolumny, wchodząc spokojnym krokiem w Wołomińską. Nikt z obstawy tego nie zauważył, prowadziłyśmy wolno rower obciążony naszym jedynym dobytkiem. Wołomińska, mała uliczka, kończy się na ulicy Folwarcznej, akurat na bramie domu, gdzie mieszkał Edward, brat Mamy, z żoną. Weszłyśmy w bramę witane przez znanego nam dozorcę. Wujostwa nie było w domu, oboje pracowali w Monopolu Spirytusowym i tam byli skoszarowani. Dozorca z żoną poczęstowali nas zupą i pozwolili umyć się, posłali też syna do Monopolu, aby zawiadomić Wuja i Ciocię, że jesteśmy. W niedługim czasie przybiegli oboje i przyjęli uciekinierki. Wiedzieli już, że ósmego września Monopol będzie ewakuowany do Żyrardowa, nie wiedzieli, czy uda się załatwić i naszą ewakuację. Przenocowałyśmy u nich dwie noce i okazało się, że możemy jechać razem z nimi (jaka była łapówka za załatwienie tego, do dziś nie wiem).

Następną noc spędziliśmy w Monopolu, a raniutko załadowano nas wszystkich na ciężarówkę przykrytą szczelnie brezentem. Był to jedyny dzień, kiedy można było przejechać przez Warszawę, bo zarządzono zawieszenie broni, aby z miasta mogli wyjść starcy i kobiety z małymi dziećmi. Do dziś nie mogę zapomnieć widoku kolumny wynędzniałych ludzi i zburzonego miasta, na które w śmiertelnym milczeniu patrzyliśmy przez szparę zrobioną w brezencie. Po przejechaniu przez Warszawę w samochodzie długo nikt się nie odezwał.

Późnym popołudniem dojechaliśmy do Żyrardowa na teren tamtejszej gorzelni. Wyładowano nas przed budynkiem składu korków do butelek. Wcale nie wiedziałam, że tak dobrze śpi się na korkach od tzw. setek, koreczki były drobne i elastyczne. Na tych korkach spędziliśmy kilka nocy, dopóki nie znaleźliśmy mieszkania, może to za duże słowo, było nas sześć osób i zamieszkaliśmy w jednej izbie wiejskiej w chacie pod Żyrardowem. Trzy osoby miały pracować w Gorzelni, a z tej wsi było bardzo daleko do pracy.

Po kilku dniach przenieśliśmy się do mieszkania w „centrum” miasteczka. Dwa maleńkie pokoiki i ciemna kuchenka odtąd służyły nam za miejsce do życia. Wujostwo pracowali w Gorzelni i do swoich pensji mieli dodatek w postaci wódki i spirytusu, a była to w tamtych czasach dobra waluta.

Nic nie wiedzieliśmy o Ojcu, który był w obozie w Stutthofie, nie miałyśmy możliwości posłania mu paczki z jedzeniem i bardzo nas to gnębiło, od niego też nie otrzymałyśmy żadnej wiadomości.

Nadchodził czas Bożego Narodzenia, którego bardzo się bałam. Nie było choinki, bo nikt z nas jej nie chciał. Wigilia była postna, tzn. kartofle i śledź, gdzieś zdobyty przez Ciotkę. Nie dzieliliśmy się opłatkiem, bo nie chcieliśmy płakać. Gromada ludzi bez miejsca do życia i żadnych perspektyw na najbliższą przyszłość. Front stanął na Wiśle, a i co było za tym frontem, też nie było wiadomo. W takim nastroju minorowym dotrwałam do Sylwestra i wtedy, jak to się teraz mówi puściły mi nerwy, ten wieczór i noc spędziłam siedząc na worku kartofli, zalewając się łzami i podsumowując miniony rok i wspominając poprzedniego Sylwestra. Tak minął rok 1944.

P.S. piszę te wspomnienia w 2010 roku, mając 80 lat. Mówi się, że z wiekiem pamięć zanika, że nie pamięta się szczegółów z lat minionych. Jeżeli jednak te lata niosą we wspomnieniach duży ładunek emocjonalny – niczego się nie zapomina, nawet mając już sklerozę. Pisząc musiałam selekcjonować szczegóły, żeby nie robić nudnej wspomnieniowej „piły”. Z opuszczonych fragmentów mogę napisać następne opowiadanie, ale nie mam już siły.

P.S. od redakcji: ojciec Mirki, wywieziony do obozu w Stutthofie, przeżył wojnę i wrócił do rodziny wczesnym latem 1945 roku. Mirka pisze o tym we wpisie Powrót Taty na blogu “Jak udusić kurę…”

Karusia

Ewa Maria Slaska

Trawy, mchy i porosty

Była moją najukochańszą Babcią, co z tego, że cioteczną? Innej nie miałam. Babcia Aniela, Mama Mamy, zmarła jeszcze podczas wojny, Babcia Mita, Mama Ojca, gdy miałam 4 lata. Doprawdy nie wiem, dlaczego się tu jeszcze nie pojawiła. Owszem, pisałam już o niej tu i ówdzie, nawet nie tylko raz, bo i TU się pojawiła w serdecznym wspomnieniu, i TU, ale to były zaledwie fragmenty postów, nie wystąpiła tu natomiast jako samodzielna osoba, i to gdzie, na blogu, na którym wspomnienia rodzinne są jednym z głównych powodów jego istnienia.
karusia-z-mikroskopemKarolina Lubliner-Mianowska, córka Prababci i Pradziadka Lublinerów, siostra Wiktora, o którym w postach o roku 1944 pisze Mirka, przyrodniczka, specjalistka w dziedziniach tak tajemniczych, jak trawy, mchy i porosty.

Biografię Karusi zaczerpnęłam z Zielnika Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego, zachowując i stylistykę, i skróty.

Karolina Lubliner-Mianowska (1899- 1963), botanik. Ur. 29 IV 1899 w Warszawie, córka Stanisława Leopolda, lekarza i Eugenii z Cohnów. Rozpoczęte w 1916 i przerywane z powodu wątłego zdrowia studia przyrodnicze odbyła na UW, uzyskując w 1925 doktorat filozoficzny w zakresie botaniki. Po kilku miesiącach asystentury w Zakładzie Nauk.- Bad. na Polesiu, pracowała w 1926- 28 jako nauczycielka biologii w szkole średniej. W 1928-39 rozpoczęła pracę naukową w dziedzinie briologii w Zakładzie Systematyki i Geografii Roślin UW pod kierunkiem B. Hryniewieckiego oraz wykonywała prace zlecone przez różne instytucje naukowe lub gospodarcze. Od V do IX 1939 była zatrudniona w Biurze Plan. Kraj., wykonując prace terenowe na kresach wsch., gdzie też zastał ją wybuch II wojny światowej. Lata okupacji spędziła, ukrywając się w Warszawie, potem w Krakowie, gdzie m.in. oznaczała zbiory Muz. Fizjogr. PAU, w 1942-45 jako ogrodniczka w szklarni w Domu Dziecka w Konstancinie. W 1945-46 pracowała w Referacie Torfowym Min. RiRR, po czym przeniosła się do Gdańska dla objęcia adiunktury w kat. Botaniki Wydziału Chemii Polit. Gd. W 1955 została mianowana doc. etat. W 1956-60 była samodzielnym pracownikiem naukowym w Zakładzie Ochrony Przyrody PAN w Krakowie, Oddz. w Gdańsku, skąd przeszła do PIHM w Gdyni na kier. Sekcji Datowania Osadów Morskich w Zakł. Geomorfol. i Geol. Morza, organizując tu pierwsze w Polsce badania palinologiczne osadów dennych morza. Zm. 18 XI 1963 w Gdańsku. Pochowana na cmentarzu we Wrzeszczu. Głównym kierunkiem jej badań była briologia i torfoznawstwo łącznie z analizą pyłkową torfowisk, z którą zapoznała się w pracowni St. Kulczyńskiego we Lwowie (1933); dla pogłębienia znajomości analizy pyłkowej miodów odbyła studia w Bernie Szwajcarskim (1937). Ważniejsze prace: Analizy pyłkowe torfowisk pasa bezświerkowego (1934); Wskazówki do badania torfu, Metody geobotaniczne, polowe i laboratoryjne (1951); Badania składu chemicznego pyłku, (1-2 1956, 1957); Analiza pyłkowa prób powierzchniowych osadów dennych Zatoki Gdańskiej (1962). Poza wieloletnią pracą w ZHP (pseud. Bukowa Jagoda) brała czynny udział w pracach PT Przyr. – Pedag., PTBot., PTPrzyr. im. Kopernika. Była aktywną działaczką LOP i ogłosiła z tej dziedziny kilka prac.

Karusia-my-dwie2No, co najmniej połowy tych rzeczy nie rozumiem, a niektórych również nie wiedziałam! Ale też nie zapominajmy, że  Karusia, przy wszystkich swoich osiągnięciach naukowych, była przecież Babcią, choć nie nazywałyśmy jej tak i zawsze mówiłyśmy do niej po imieniu. Podobno miłość Babci to inwestycja, która procentuje dopiero po kilkunastu latach, ale wydaje mi się, że w tym wypadku było inaczej i że kochałam Karusię od zawsze i na zawsze. Przede wszystkim miała dla mnie czas, a poza tym pozwalała mi brać udział w swym życiu zawodowym. Pisałam już o tym, że mogłam jej “pomagać” w organizowaniu wystaw grzybów, ale wolno mi też było jeździć z nią na wyjazdy terenowe ze studentami. Studenci mieli oznaczać trawy na wydmach lub bagnach, a ja ZAWSZE byłam lepsza od nich! To nieprawdopodobne, jak “bycie lepszym” buduje człowieka, na całe życie! Karusia to świetnie umiała. Uczyła mnie rysować, kupiła mi aparat fotograficzny, chwaliła za to, co umiem i podsuwała, czego się jeszcze mogłabym nauczyć. Pilnowała, żebym pisała, co myślę o przeczytanych książkach w specjalnych zeszytach do lektur, które zawsze od niej dostawałam.

Ciekawe, że potwierdzenie tej zachęcającej i wspierającej postawy Karusi znalazłam w naukowej publikacji profesorów Kazimierza Tobolskiego i Sławomira Żurka o zaginionych analizach pyłkowych torfowisk w Wieliszewie. Karusia przeprowadziła te analizy jako pierwsza, ktoś je kiedyś wspominał, ale nie zostały opublikowane i zaginęły gdzieś, wydawałoby się, że na zawsze. Panowie odnaleźli je jednak, opisali swe odkrycie, a pan Tobolski dodał tam osobiste wspomnienie o Karusi i o jeszcze jednym swoim profesorze. Wydaje mi się, że to w polskim krajobrazie życia naukowego rzecz zupełnie nietypowa, bo chyba na co dzień jest na odwrót i chodzi raczej o to, żeby się wypaść na tym, co zrobił inny, student, praktykant, kolega, współpracownik.

Pomimo, że odnaleziony diagram „Wieliszewo” jest tylko mniejszą częścią zapomnianego rezultatu palinologicznych studiów, jakie Pani Docent Lubliner-Mianowska zrealizowała w końcowych latach swego pracowitego życia, zdecydowaliśmy się upowszechnić wiadomość o tym znalezisku. Motywowało nas kilka faktów, w tym zwłaszcza:

  • nadal duża wartość poznawcza odnalezionego diagramu;
  • entuzjazm badawczy i pracowitość Pani Docent (zasługujące na odrębny tekst);
  • moja (K.T.) wdzięczność za nauczycielskie przewodnictwo sprzed pół wieku w moich wczesnych kontaktach z pomorską telmatologią.

W pracy badawczej i nauczycielskiej Docent Lubliner-Mianowskiej (…) palinologia służyła badaniom torfowisk oraz ich ochronie. Należała do czołowych znawców rozległej problematyki telmatologicznej, nie zawężonej do florystyki i fitocenologii, choć i w tych zagadnieniach była mistrzynią, co między innymi dokumentują książkowe wydania przewodników do oznaczania mchów brunatnych i torfowców oraz artykuły o ochronie torfowisk. Dużą pomocą w terenowych i laboratoryjnych pracach były tej Autorki: „Wskazówki do badania torfu. Metody geobotaniczne, polowe i laboratoryjne” z roku 1951. Dzięki tej książce w roku 1957 nawiązałem bezpośredni kontakt, gdy Pani Docent pracowała w Katedrze Botaniki Politechniki Gdańskiej. Za namową i pośrednictwem prof. Z. Czubińskiego pod Jej kierunkiem odbyłem dobrowolny staż z zakresu morfologii subfosylnych roślin torfowiskowych, połączony z klasyfikacją torfów w oparciu o cechy mikroskopowe i polowe (m.in. na torfowiskach przymorskich w rejonie Jeziora Żarnowieckiego). Od tego czasu trwały nasze coraz bardziej zacieśniające się kontakty. (…) We wrześniu 1963 roku, trzy miesiące przed śmiercią (zmarła 18 listopada 1963 roku) widziałem diagramy palinologiczne torfowiska w Wieliszewie i słuchałem objaśnień.

Nota bene w tej publikacji pojawia się owo niezwykłe pło, o którym już tu pisałam (tam zresztą też pojawia się Karusia): Na gytię wsunęło się pło. W centrum jeziora była to cienka 25-centymetrowa warstewka torfu mszystego, natomiast na brzegach wschodnich torf przejściowy mszarno-turzycowy. Na brzegach zachodnich taflę wody pokrył mszar bagnicowy przejściowy.

No, teraz już wszystko wiemy. Na gytię wsunęło się pło.

Tak było! Tu chodziłyśmy zbierać trawy, tu uciekałam przed krową, tu po raz pierwszy zobaczyłam rosiczkę i to jest krajobraz, który najbardziej lubię od słońcem, bardziej niż lazurowe morza i ośnieżone szczyty gór. Karusia zawsze powtarzała, że są ludzie gór i ludzie mórz, a ona jest człowiekiem lasów.

Skąd się wziął narzeczony?

Ewa Maria Slaska

teodorEugenia i Stanisław

Ciąg dalszy wczorajszej opowieści o meblach.
Wszystkie zdjęcia we wpisie (oprócz fotografii Pradziadka) pochodzą z archiwum Jana Kozłowskiego.

Moja prababcia Eugenia była nadzwyczaj piękną panną, która zaraz po ukończeniu gimnazjum w roku 1887 wyszła za mąż za Stanisława Leopolda. Podoba mi się to małżeństwo, może dlatego, że małżonkowie są młodzi. Pradziadek jest starszy od Prababci zaledwie o sześć lat. To dokładnie te sześć lat, których potrzeba było, żeby ukończył studia medyczne. Był specjalistą chorób płucnych i laryngologiem. Pobierał nauki u Teodora Herynga (1847-1925), nestora polskiej laryngologii.

I tu nagle olśnienie. Bo skoro pobierał nauki u Teodora Herynga… A tu przecież już wiem to, czego przedtem nie wiedziałam, że brat Teodora, Zygmunt ożenił się z najstarszą siostrą Eugenii – Heleną.

Zygmunt-HelenaA zatem nasuwa się samo przez się przypuszczenie, że to Teodor przyprowadził kiedyś na jakiś podwieczorek rodzinny swojego najzdolniejszego studenta.

– Pani pozwoli, pani Paulino, Stanisław Leopold Lubliner, bardzo bardzo obiecujący młody człowiek.

Mama Paulina przyzwala, obiecujący młody człowiek odstawia cylinder na podłogę koło fotela, zdejmuje rękawiczki, kładzie je na kolanach i siada zakładając nogę na nogę. Wyciąga rękę, a Paulina, mama Eugenii, Heleny, Jadwigi i Feliksa, podaje mu filiżankę herbaty.

niciakHerbaty? Mam pewne wątpliwości. Ale sprawdzam, jednak może być herbata. W Lalce Rzecki wciąż pije herbatę, a też i pani Jasiowa ciągle zaprasza Wokulskiego na herbatę, na którą ten wcale zresztą nie zachodzi. Natomiast Stanisław Leopold z przyjemnością zaczyna zachodzić na herbatę do pani Pauliny, wdaje się w dyskusje z Jakubem, ojcem panien, ale co i raz zerka ku Jadwidze i Eugenii. Jadwiga sięga po jakąś książkę, która leży sekretarzyku, Eugenia siedzi na stołeczku przy “niciaku” – stoliku do szycia i spod oka przygląda się przystojnemu lekarzowi. Teodor opowiada o ostatnim swoim wyjeździe – a dużo podróżuje – do Algeru, pokazuje nawet zdjęcia, jedno niezwykłe, bo w stroju Beduina.

teodor-beduin

Panny zadumały się, Eugenia myśli, że Felkowi podobałyby się zdjęcia, które pokazuje stryj Teodor, w końcu studiował etnografię, ale biedny Felek na zsyłce i jeszcze nieprędko wróci. I tak szczęście, że Zygmunt i Helena już wrócili z Syberii. Nawet ich córeczka Stefcia się tam urodziła, na statku na Jeniseju. To wielka rzeka, jakiej ponoć nigdzie w Polsce nie zobaczysz.

Stanisław opowiada o swoich planach, zamierza tak jak przed 20 laty Teodor, pojechać na praktyki do słynnych laryngologów do Wiednia i do Berlina. A po powrocie oczywiście będzie praktykował, ale też chętnie podejmie pracę w szpitalu. Tak jak Teodor – u św. Rocha, a może powstanie już nowy szpital, o którym wszyscy mówią, właśnie kilka tygodni temu, w kwietniu 1887 roku, powołano Komitet Budowy Szpitala Starozakonnych, na czele którego stanął Ludwik Natanson.

pradziadek-sllTak się też stało. Szpital, znany już wówczas jako Szpital na Czystem, rozpoczął działalność w styczniu 1889 roku, a Stanisław w latach 1896-98 był tam lekarzem okulistą, a w roku 1898 został wybrany z konkursu ordynatorem nowo utworzonego oddziału chorób gardła, nosa i uszu w tymżeż Szpitalu, pierwszego samoistnego oddziału otolaryngologicznego w kraju. Później został kierownikiem oddziału płucnego. Wprowadził liczne innowacje, jak w r. 1901 leżalnie dla chorych, w 1904 inhalatorium wg systemu Heyera, a następnie, po pobycie w Davos, stosowanie sztucznej odmy. Był znakomitym lekarzem, sławnym i zamożnym.

eugeniaposlubieTo wszystko jednak jest na razie przyszłością. Na razie bywa się prawie co wieczór z wizytą u pani Pauliny i pana Jakuba. Już dawno wiadomo, że Jadwiga wprawdzie śliczna, ale już ma starającego się, a Stanisław niewątpliwie zainteresowany jest Eugenią. Latem przyszłego roku panna zakończy nauki na pensji i wtedy…

28 października 1888 roku Eugenia i Stanisław Leopold biorą ślub i jadą w podróż poślubną do Wiednia. Zaraz potem zaczynają się rodzić dzieci. A jak tylko się już wszystkie urodzą, prababcia rozpocznie studia i założy szkołę. Ale o tym już pisałam.

Szkoda, że nigdzie nie znalazłam zdjęcia Pradziadka Lublinera jako młodego człowieka. Był nadzwyczajnym mężczyzną, przystojny, elegancki, wykształcony, dowcipny, erudyta, znał sześć języków, wiele podróżował (podróżowali całą rodziną). Mama przez całe życie wyrażała się o nim tylko w superlatywach.

Dzieci było czworo. Troje z nich istniało jeszcze w naszym (powojennym) życiu, faktycznie albo jako jasne i klarowne pojęcie. Jednego, Stefana, w pamięci rodzinnej właściwie nie było, teraz jednak, gdy chodzę po śladach, i on się pojawia, coraz bardziej wyrazisty. Dzieci więc: Stefan (1887-1943), Aniela (1890-1943), Wiktor (1895-1977) i najmłodsza Karolina (1899-1963). Aniela była piękna i melancholijna, Karolina mądra i kochała kwiaty, Wiktor był nadzwyczaj dowcipnym gawędziarzem i walecznym patriotą, a Stefan parał się dziennikarstwem. Jeszcze będę o nich dużo pisać.

Piąta woda po kisielu

Ewa Maria Slaska

Dr Kozłowski i ja

heryng-mebleZ ogromnym podziękowaniem dla autorki książki przez którą się to wszystko zaczęło: Zygmunt Heryng (1854-1931). Biografia lewicowego intelektualisty, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego 2011. Byłam w bibliotece uniwersyteckiej w Warszawie, a ponieważ miałam trochę czasu, pomyślałam, że poczytam coś, co wiąże się z epoką Prababci. Zapytałam bibliotekarkę, gdzie szukać, podała mi numery półek, podeszłam, przejrzałam grzbiety, wyjęłam na chybił trafił jedną książkę. Zygmunt Heryng był szwagrem mojej Prababci, ale gdy zadecydowałam, że poczytam o nim, WCALE tego nie wiedziałam!

Zaczęłam miłą i dającą konkretne efekty korespondencję z autorką tej publikacji, aż wreszcie odważyłam się i zapytałam, czy mogłaby mi podać kontakt do doktora Jana Kozłowskiego, człowieka który udostępnił jej archiwum rodzinne, gdy pisała doktorat o Heryngu. Bo, napisałam, po pierwsze w archiwum tym może też być coś o mojej rodzinie, a po drugie, sądzę, że jest on synem Ciotki Heli, którą znałam jako dziewczynka. Oznaczałoby to, gdyby to było prawdą, że mamy wspólną praprababcię. Pani Marta podała mi kontakt, zadzwoniłam…

Jan (jesteśmy już na ty) jest oczywiście synem Cioci Heli (co oznacza, że naprawdę jesteśmy piątą wodą po kisielu), obiecał mi dostęp do archiwum, po czym powiedział:

– A w ogóle to mam w mieszkaniu sześć, a właściwie nawet siedem sztuk mebli, które nasza praprababcia Paulina zakupiła po ślubie i które stały w mieszkaniu, gdzie wychowywały się i wyrastały nasze prababcie.

Zanim w następnych odcinkach opowiem, co wszystko znalazło się w przepaścistych szafach, skrywających archiwum rodziny Jana, a co po części wiąże się i z moją rodziną, dziś, na świeżo po powrocie z Warszawy, wstawiam tu “do podziwienia” zdjęcia tych mebli!

Mieszkanie rodzinne na ulicy Misyjnej na Mokotowie w Warszawie przetrwało wojnę, przetrwały więc i meble, i pamiątki, choć oczywiście niektóre poharatane przez wojnę. Zanim rodzina powróciła po wojnie do mieszkania, szabrownicy wynieśli już wszystko, co miało jakąś wartość i co dało się wynieść. Meble były za ciężkie, albumy fotograficzne nikogo nie interesowały. Wiele z nich było przestrzelonych na wylot odłamkami, podartych, brudnych, ze śladami zalania, a pojedyncze fotografie wymiecione wiatrem przez balkon znajdowało się dość daleko, bo aż na ulicy Racławickiej.

meble8-kuzynmeble6-namisyjnej

X

X

X

X

X

X

X

X

Po lewej Jan na tle szafy (szafy praprababci) i niektóre z mebli praprababci tak jak przed wojną używała ich rodzina (ciocia Hela i jej rodzice) w mieszkaniu na ulicy Misyjnej na Mokotowie. Mieszkanie przetrwało wojnę, przetrwały więc i meble, i pamiątki, choć oczywiście niektóre poharatane przez wojnę.

album-mebleJeden z albumów ze śladami po postrzale

meble-szafaotwarta-zamknSzafa praprababci Pauliny – tu Jan przechowuje archiwum Poniżej – lustro i sekretarzyk, a na nim najpiękniejszy album fotograficzny, jaki kiedykolwiek widziałam

lustro-meble1meble2-sekretarzyk

meble-attykaAttyka sekretarzyka (przepraszam za rym, ale jak to inaczej sformułować?), a poniżej – biureczko

biureczko-meble3 (8)meble4 (1)-stojak pod kwiaty meble3 (7)-szafanr2

X

X

X

X

X

X

X

Jeszcze jedna szafa, bardzo złe zdjęcie, ale nie dało się inaczej, koło niej, na metalowym kwietniku, hipopotam (nader współczesny, pluszowe zwierzęta są zresztą wszędzie) i obok kolumna pod doniczkę, używana obecnie jako podstawka pod lampę. I wreszcie, pod spodem, fragment owego ogromnego metalowego kwietnika.

meble4-kwietnikNa zakończenie trzy nasze prababcie i pradziadek, którzy wyrastali wśród tych mebli. Zdjęcie dwóch stron z owego pięknego albumu z fotografiami. Dobranoc. Za pięć minut będzie północ. Idę spać.

00-trzyprababcieipradziadek2

Rok 1944 (2)

Mirka i jej rodzice zostali aresztowani w marcu 1944 i osadzenie na Pawiaku. Wiktor, ojciec Mirki, osobno, Halina, czyli jej matka, i ona sama zostały ulokowane w kobiecej części Pawiaka czyli Serbii.

Mirka

W Serbii i potem…

Nie będę opisywać tych trzech miesięcy spędzonych na kwarantannie i tak zwanej stałej celi, tych dziewięciu przesłuchań na Szucha, tych wielogodzinnych rozmów z Mamą po cichu, czasami na ucho, tych radości z częstych paczek żywnościowych, których nadawcą była Nuna (wiedziałyśmy, kto to jest).

Wiedziałyśmy, że na wolności myślą o nas, bo dostałyśmy parę grypsów, ale nie wiedziałyśmy, czy są jakieś szanse zakończenia naszego tu pobytu inaczej niż przez obóz lub rozwiązanie ostateczne czyli rozstrzelanie, co nam na przesłuchaniach czasami niedwuznacznie sugerowano. Na takie rozwiązanie byłam gotowa.

Poznałyśmy na Serbii kobiety dzielne, zaangażowane w pomoc więźniarkom i działające z narażeniem własnego życia.

Nie opiszę tego, opisali to już wielokrotnie ludzie mający lepsze pióra niż ja. Opiszę tylko jeden dzień.

Wywołano nas obie z celi o 9 rano. Była to znacząca godzina, o tej porze zabierano więźniów na rozstrzelanie, powiedziano nam, żeby nic ze sobą nie zabierać, co utwierdziło kobiety zostające w celi, gdzie nas prowadzą. Jak się okazało, cela modliła się przez trzy dni za nasze dusze, skinęłam ręką na pożegnanie pozostałym więźniarkom, bo żadne słowa nie przechodziły mi przez gardło, wzięłam Mamę, słaniającą się na nogach, mocno pod rękę i starając się trzymać głowę wysoko uniesioną szłam za wachmajsterką.

Nie zaprowadzili nas jednak do innej celi, lecz wyszłyśmy na zewnątrz i poszłyśmy na Pawiak do kancelarii więzienia, gdzie wręczono nam kartki z niemieckim napisem, że zwalniają nas z więzienia. Rozejrzałyśmy się po pomieszczeniu, ale byłyśmy same, Ojca nie było. Łzy napłynęły nam się do oczu.

Wywieziono nas przez ruiny Getta samochodem na ulicę Daniłowiczowską. Jechało z nami dwóch gestapowców, myślałyśmy, że nas przenoszą do innego więzienia, ale wypuścili nas i powiedzieli: „idźcie do domu”.

Byłyśmy oszołomione, nie wiedziałyśmy, co dalej robić, po chwili namysłu poszłyśmy w kierunku dworca, żeby pojechać do Zielonki, Mamie oddano jakieś pieniądze z depozytu więziennego, więc miałyśmy za co kupić bilety. Była godzina największego ruchu, postanowiłyśmy więc przeczekać, żeby nie jechać w tłoku, usiadłyśmy w poczekalni. Przechodziło przed nami dużo znajomych ludzi, których reakcja była różna. Jedni poznawali nas i szybko odwracali głowy prawie biegnąc przed siebie, inni przystawali na chwilę i jakby nie mieli odwagi do nas podejść, odwracając jeszcze głowy w naszą stronę.

Po kilku godzinach zdecydowałyśmy się jechać do Zielonki. Po krótkiej jeździe ze wzruszeniem wysiadłyśmy na tak dobrze nam znanym peronie, a tak dalekim w naszych myślach przez te minione miesiące. Na peronie czekała na nas Ciocia Hala z bochenkiem chleba i chustką przy zapłakanych oczach. Ludzie ją uprzedzili, że nas widzieli na dworcu, ale Ciotka nie chciała wierzyć, poszła jednak na stację i cierpliwie czekała, przepuszczając kolejne pociągi, w których nas nie było. Postanowiła czekać do godziny policyjnej.

Powitanie było krótkie i pełne łez. Ciocia zabrała nas do domu i tam dopiero powitaniom i uściskom nie było końca. Nie pozwolono nam iść do naszego mieszkania. Przenocowałyśmy u wujków, a rano przyleciał łącznik z wiadomością, że w nocy było w naszym mieszkaniu Gestapo. Raz dostali za nas pieniądze i chcieli dostać jeszcze. Jasne było, że musimy natychmiast wyjechać z Zielonki, żeby nikogo nie narażać swoją obecnością. Wsiadłyśmy w pociąg i pojechałyśmy do Warszawy, do brata Mamy, Edwarda. On wiedział o naszym uwolnieniu, bo był pierwszym ogniwem, przez które szły pieniądze na wykupienie nas. Powiedział, że są trudności w wykupieniu Ojca i to jeszcze musi potrwać. Bardzo nas to zaniepokoiło, ale nic nie mogłyśmy temu zaradzić. Tu dowiedziałyśmy się, że koło Wielkiej Nocy przez komórkę konspiracyjną na Pawiaku przyszła wiadomość, że nas wszystkich troje rozstrzelano. Rozpacz w rodzinie była wielka, ale po pewnym czasie wujek dowiedział się, że żyjemy.

U Edwardów też nie mogłyśmy zostać długo, byłyśmy jak ścigana zwierzyna. W takiej rozpaczliwej sytuacji były i jasne dni. Takim dniem wesołym i jasnym był 6 czerwca – dzień inwazji Aliantów na Francję. Zostałyśmy obie z Mama zaproszone na obiad do „Nuny”, tej, co nam paczki przysyłała na Pawiak, bo pracowała w patronacie nad więźniami. Obiad jak na warunki czwartego roku okupacji, był wystawny. Fetowano inwazję i nasz powrót z więzienia.

Po kilku dniach mieszkania u Edwardów pojechałyśmy do Świdra, gdzie o tej porze roku było wielu letników. Tam Wujek wynajął nam pokój.

Któregoś dnia musiałyśmy pojechać do Warszawy. Idąc na stację spostrzegłyśmy wprawnym okiem konspiratorek, że coś jest na ulicy nie tak jak co dzień. Tu stoi jakaś parka i niby się do siebie czuli, tam dwóch młodych panów niby rozmawia i pali papierosy, ale oczka im latają na boki. Dla nas wyglądało to na „obstawę”. Wszystko wyjaśniło się na stacji, gdy z pociągu, który przyjechał z Warszawy, wysiadł dobrze nam znany Inspektor Tajnej Szkoły Podchorążych. Spostrzegł nas i stanął jak wryty, wahał się podejść czy nie… w końcu sprężystym krokiem oficera zawodowego podszedł do nas, nie podał ręki i nie patrząc na nas rzucił w przestrzeń: „a Wiktor?” Mama też odpowiedziała w przestrzeń: „jest w obozie”. On coś jeszcze powiedział i odmaszerował (inaczej tego nazwać nie można), zostałyśmy rozbawione, ale opanowane, te czujki na ulicy…

W połowie lipca, kiedy było widać wyraźny popłoch wśród Niemców, wezwano nas do powrotu do Zielonki. Zamieszkałyśmy u przyjaciół, z daleka omijając nasze mieszkanie, tak na wszelki wypadek, zresztą wiązały się z nim tak przykre wspomnienia, że nic nas tam nie ciągnęło. Wróciłyśmy obie do dawnej roboty konspiracyjnej. Pod koniec lipca wyraźnie było słychać front, grzmiały armaty, latały samoloty. Niemcy zwijali swoje placówki administracyjne.

Pewnego poranku powitały nas czołgi radzieckie. Nie bardzo było wiadomo, jak się do nich ustosunkować? Czy to czołówka regularnej armii, czy tylko podjazdy? Wydano rozkaz, żeby rozbrajać Niemców, którzy dość chętnie i bez oporu oddawali broń i resztę uzbrojenia.

Nadano komunikat, że „czołgi radzieckie na przedpolach Pragi” i to była prawda, bo Zielonka to 10 km od Pragi. Tylko że tych czołgów było kilka i jak się później okazało o 50 km od regularnej armii, ale komunikat poszedł w świat i był jednym z czynników podjęcia decyzji o Powstaniu Warszawskim, które miało wybuchnąć w Warszawie po obu stronach Wisły.

Ciąg dalszy za tydzień

Rok 1944 (1)

Opowieść Mirki o roku 1944 jest kontynuacją opowieści, którą opublikowałam w Sylwestra ubiegłego roku.

Mirka

Zima była mroźna i śnieżna, ale na początku marca śnieg zaczął topnieć i myśleliśmy już o rozpoczęciu prac w ogrodzie, o skopaniu grządek…, ale jak się okazało, grządki skopał… kto inny. Gestapo podjęło się tej pracy, ale nie po to żeby uprawiać ogród, ale po to, żeby odszukać ukryte w nim puszki z różnymi konspiracyjnymi pismami. Ale wybiegam zbytnio do przodu.

Pewnego cichego marcowego wieczoru skromną kolację przerwał nam dzwonek do drzwi, nie żadne walenie kolbami, tylko po prostu dzwonek, a za drzwiami stało kilku panów w cywilu i umundurowanych gestapowców. Spytali o Ojca, ale go nie było w domu, bo od kilku miesięcy nocował u przyjaciół, tak było bezpieczniej. Mundurowi zostali w sieni, do mieszkania weszli cywile. Rewizja ograniczyła się do kuchni, wąchali maszynkę do mięsa, coś bąkali, że handlujemy mięsem, pogadali i wyszli, bardzo to było dziwne. Obie z Mama nie spałyśmy całą noc. Dopiero rano okazało się, że czujki zobaczyły samochód przed domem i zawiadomiły kogo trzeba.

Specjalny odział został postawiony na nogi i kiedy odbywała się rewizja, w lasku dębowym naprzeciwko naszego domu leżeli już chłopcy z bronią pod dowództwem Ojca, z odbezpieczonym pistoletem w ręce. Odbijanie było gotowe do akcji, gdyby nas obie wyprowadzono z domu. Na szczęście nie wyprowadzono nas, ale chłopcy czekali do rana, czy najazd się nie powtórzy. Skóra cierpnie na myśl o tym, ile osób mogło w takiej walce zginąć.

Rozpętała się burza – już natychmiast się pakujcie, jest dla was miejsce w majątku gdzie możecie się schować, ale Ojciec stanowczo odmówił, to się już nie powtórzy, zobaczyli, że nie mieszkam w domu, a o kobiety im nie chodziło.

Cisza trwała tydzień, po tygodniu przyszli nieco wcześniej, Ojciec był w domu. Rewizja była tym razem bardzo szczegółowa. Staliśmy odwróceni twarzami do ściany z podniesionymi do góry rękami. Mama była bliska zemdlenia, nie mogłam nic do niej powiedzieć, bo wrzeszczeli, żeby nie rozmawiać.

Kiedy nas wyprowadzono, okazało się, że przed domem nie ma samochodu, ryzykowali przeprowadzenie nas przez całe osiedle. Widocznie wiedzieli, jak było tydzień temu. Samochody i reszta gestapowców były ukryte w lesie, tam wpakowano nas do budy, w której było pełno gestapowców z bronią gotową do strzału. Siedzieliśmy na ławce ciasno przytuleni do siebie, trzymając się za ręce. Mama siedziała w środku między mną a Ojcem, to jej dodawało otuchy i uspokojenia. Przywieźli nas na Szucha do głównej siedziby Gestapo i zaanonsowali „Szef organizacji na Marki, Zielonkę i Strugę”. Odbierający nas gestapowiec gwizdnął, pomyślał, że złapano dużą rybę. Na pytanie, co znaleźli w domu, pokazali mu album ze zdjęciami Ojca z ćwiczeń wojskowych, torbę sanitarną z bandażami, nic więcej, nie pokazali tego, co ukradli, a była to walizka pełna narzędzi Ojca i innych cennych drobiazgów. W tym momencie kamień spadł nam z serca – nie znaleźli nic z tego, co było sprytnie poukrywane w domu i bardzo nas kompromitujące.

Sprowadzono nas do podziemi, gdzie były tzw. tramwaje, czyli trzy cele, których ścianę od korytarza tworzyła krata i wejście przez nią. W celi były krzesełka ustawione w kilku rzędach i odwrócone tyłem do kraty. Każde z nas zostało wepchnięte do innej celi.

W głowie kłębiły się różne myśli i zupełnie ich nie mogłam uporządkować. Wiedziałam jedno – to jest koniec mojego życia. Co jeszcze przyjdzie przeżyć, zanim to życie się skończy, trudno było przewidzieć, ale nie wyglądało to optymistycznie. Końca życia się nie bałam, bałam się tylko jednego, żebym się nie załamała psychicznie. Wiedziałam dużo, aż za dużo jak na moje lata, i wiedziałam, że każde moje nierozważne słowo może kosztować życie kilku ludzi i to mnie przytłaczało, nie byłam psychicznie przygotowana na taką odpowiedzialność.

Na tych krzesłach przesiedzieliśmy do rana, zresztą nie my jedni, ludzi było dużo i ciągle przywożono nowych. Pilnie słuchałam wymawianych nazwisk, czy nie ma dalszych aresztowań z naszego rejonu, ale na szczęście żadnych znanych ludzi nie przywieziono. Rano wpakowano nas do budy, ale już każde osobno i gdzieś nas wieźli, sądziłam jednak, że nie rozstrzelają nas od razu, że czegoś od nas będą się chcieli dowiedzieć.

Okazało się, że zawieziono nas na Pawiak (stare, jeszcze carskie, wielkie więzienie z oddzielnym więzieniem kobiecym, zwanym Serbią). Staliśmy, dobrze pilnowani, na podwórku więzienia, czekając na coś. Był słoneczny zimny poranek, wokół pustka, bo więzienie stało w centrum zburzonego Getta, cisza i dziwny spokój, który mnie ogarnął. To, czego bałam się przez cały czas pracy konspiracyjnej, wpadka i uwięzienie, właśnie się stało, więc mogę przestać się bać i stąd ten spokój, który był tylko moim udziałem, widziałam na twarzach Rodziców wielki niepokój i troskę w oczach, kiedy patrzyli na mnie. Oczami dawałam im znać, że jestem spokojna i na wszystko gotowa. Powiedzieć im nic nie mogłam, bo rozdzielali nas strażnicy. Nie wiem, jak długo staliśmy tam, po jakimś czasie zabrali Ojca. Pożegnałyśmy go łzami, a nas odprowadzono w drugą stronę, za furtkę, do Serbii.

Po załatwieniu krótkich formalności otwarto drzwi celi, w której siedziało kilka kobiet na siennikach, ułożonych pod ścianą. Weszłyśmy, zatrzasnęły się za nami drzwi, usiadłyśmy na podłodze pod ścianą, bo na siennikach nie było miejsca.

Ciąg dalszy za tydzień

PS od redakcji: scena aresztowania została dokładniej opisana TU.

Reblog: Olesin ciąg dalszy

Artur Czyżewski w Kurier Skruda (online)

Sylwana to obszar ziemi położony mniej więcej w dzisiejszych granicach firmy CHEMA OLESIN, nazwany tak (jak napisała na swoim blogu a wcześniej opowiedziała mi osobiście Pani Ewa Maria Slaska) przez Państwa Lublinerów (jej pradziadków), ówczesnych właścicieli tego terenu około roku 1910.

„…Według tradycji rodzinnej majątek Pradziadków w Olesinie został nazwany Sylwana, co na dokumentach złożonych w archiwum w Otwocku zostało zapisane jako Silvana…”

mapaolesinPan Stanisław Leopold Lubliner (warszawski lekarz) około roku 1910 (może wcześniej) wszedł w spółkę z księdzem Stanisławem Zarembą (budowniczym i pierwszym proboszczem kościoła w Dębem W.) Po zmianie statusu prawnego Królewszczyzny w Dębem Wielkim, kupili wspólnie majątek we wsi Olesin Duży. W 1913 roku spółkę rozwiązali i podzielili się nabytym 3 lata wcześniej majątkiem ustalając odrębne księgi hipoteczne. W wyniku tego podziału obecny obszar zakładów Chema Olesin przeszedł na własność Stanisława Leopolda Lublinera i jego żony Eugenii Lublinerowej. A teren w granicach obecnie istniejącego dworu w Olesinie (nieruchomość Pana mecenasa Puławskiego) na własność ks. Stanisława Zaremby. Ks. Zaremba w 1917 roku odsprzedaje swoją część majątku senatorowi RP Janowi Zaglenicznemu.

„…Tak czy owak najpierw obaj panowie, mój Pradziadek – lekarz i ksiądz proboszcz, byli współwłaścicielami majątku i dopiero w roku 1913 rozwiązali spółkę i założyli osobne księgi hipoteczne. W roku 1917 ksiądz, już teraz nie wspólnik lecz sąsiad, odsprzedał swoją część senatorowi RP Janowi Zaglenicznemu. Mniej więcej w tym czasie, tuż po Wielkiej Wojnie, Prababcia założyła tu szkołę i zamieszkała na stałe w Olesinie….”

Pani Eugenia Lublinerowa w swojej części majątku w Olesinie (Silvanie) około roku 1915-1917 założyła szkołę z internatem.

„…Sylwana była szkołą z internatem, gdzie mieszkało kilkanaścioro dzieci małozdolnych i niezamożnych, żeby nie powiedzieć – po prostu biednych. Utrzymanie majątku, szkoły i dzieci finansował pradziadek, który był wziętym lekarzem laryngologiem i ftyzjatrą. Dzieci kształcono metodą wprowadzoną w Polsce przez Prababcię i panią Dorotę Zylberową, polegającą na połączeniu prostej nauki szkolnej z nauką czynności manualnych. W szkole byli więc zarówno nauczyciele jak rzemieślnicy, przygotowujący uczniów do wykonywania zawodu (kowal, ślusarz, cieśla)…”

Pani Eugenia Lublinerowa wspólnie z panią Dorotą Zylberową od 1908 roku prowadziły już podobną szkołę w Warszawie. Była to pierwsza w Polsce placówka dydaktyczna dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie.

obozna5-rok1885„…Szkoła powstała w roku 1908 i istniała tylko kilka lat, a mieściła się przy ulicy Oboźnej 5 w bardzo znanej warszawskiej kamienicy. Została ona zbudowana w 1882 roku przez architekta Karola Kozłowskiego na potrzeby Zakładu Wodoleczniczego doktora Wincentego Brodowskiego. Zakład istniał nota bene aż do II wojny światowej. W kamienicy znajdowały się też mieszkania do wynajęcia, a jednym z lokatorów był słynny artysta, rysownik, ilustrator i malarz, ale też bohater Powstania Styczniowego, więzień i katorżnik carski, Michał Elwiro Andriolli. Budynek rozebrano po wojnie, a stojący tu obecnie dom został zbudowany z wykorzystaniem części zachowanych murów. Szkoła, jako się rzekło, istniała zaledwie kilka lat, ale była ważnym kamieniem milowym w historii pedagogiki polskiej – była to bowiem pierwsza taka szkoła na ziemiach polskich. Dodajmy też, że była ona niemal w całości finansowana przez panią Zylberową i Prababcię, bo opłaty za naukę wnosiły tylko rodziny dzieci zamożniejszych, a było ich zaledwie kilkoro…”

Silvana istniała 10-12 lat. W 1929 roku majątek w Olesinie kupiło warszawskie gimnazjum im. Zamoyskiego. Bynajmniej nie jest to koniec historii Sylwany. Na fali zmian w szkolnictwie, wzorując się na pomysłach niemieckich pod koniec lat dwudziestych XX wieku powstają w Polsce OSIEDLA SZKOLNE.

Na zdjęciach – Osiedle Szkolne w Olesinie / zdjęcie 2 – stawy

Jak opisuje broszura wydana w 1933 roku przez Adolfa Rondthalera pod tytułem „Osiedla Szkole w Polsce”:

„…Najlepiej zorganizowana praca wychowawcza szkoły i współdziałanie z nią domu rodzicielskiego nie są w stanie odgrodzić młodzieży od wpływów czynników postronnych. A jest ich co niemiara. Ulica, wystawy sklepowe, krzykliwe afisze, widowiska, modne piosenki, literatura sensacyjna, prasa, brukowa, dezorganizacja w życiu rodziny. Ciasnota mieszkań, brutalne przejawy życia, niefortunnie dobrane towarzystwo, przykład starszych. W wielu wypadkach nawet wielostronna praca społeczna i. t. d. – oto są źródła różnych suggestyj, którym poddaje się młodzież. Wszystkie one oddziaływują na nią, lecz ich wpływ wychowawczy, niestety, jest w wielu wypadkach destrukcyjny. Ale nawet te przejawy kultury, dziedziny nauki, sztuki, techniki, życia społecznego i jego układu, których wartość jest bezwzględnie dodatnia, również nie dają pomyślnych wyników pod względem wychowawczym, jeśli młodzież spotyka się z niemi przedwcześnie, albo zbyt często, Cóż bowiem dobrego może wyniknąć stąd, że dla, młodzieży staną urok i spowszednieją rzeczy, które z istoty swej są przeznaczone na to, by stanowić ucztę duchową dla dojrzałych i należycie przygotowanych, dostarczyć im chwil podniesienia? Zresztą, niezależnie od ich oceny wartościowej, sama już mnogość wrażeń, jakie nasuwa młodzieży życie wielkomiejskie z kalejdoskopijną zmiennością, utrudnia jej skupienie się, popycha do płytkości, powierzchowności, do przesiewania na pozorach, z zaniedbaniem treści głębszej. Wszystko to razem osłabia lub wręcz udaremnia oddziaływanie wychowawcze szkoły na młodzież. Im większe miasto, im bardziej nerwowe i skomplikowane w niem życie, tem trudniejsza w niem praca wychowawcza w codziennych warunkach. A ktokolwiek to rozważy, Wczuje się z łatwością w motywy pedagoga, będącego entuzjastycznym zwolennikiem szkoły średniej na wsi. Jest niepodobieństwem, aby z dusznych murów wielkich miast przenieść na stale wszystkie szkoły w zacisze wsi. Lecz nie jest bynajmniej Fikcją myśl, aby w periodycznych odstępach czasu przenosić do wiejskiego ustronia, część szkoły chociaż na krótki pobyt. Niektóre szkoły powzięły taki pomysł, a dla urzeczywistnienia go stworzyły sobie osiedla na wsi, które niebawem stały się dla nich ważnemi placówkami pomocniczemi w pracy wychowawczej. Ale oderwanie młodzieży na czas krótki od wpływów wielkomiejskich – to tylko jeden szczegół, dotyczący osiedla, a przytem szczegół mniejszej wagi..

Kto się przypatrzy pracy na osiedlu bez uprzedzenia i rozważy nasuwające się tu możliwości, ten musi przyznać, że pod względem wychowawczym, jak i dydaktycznym, osiedle otwiera, rozległe horyzonty. Jeśli tedy słuszne jest żądanie, aby szkoła czemś narastała i wzbogacała swój dorobek pedagogiczny, to powołanie do życia każdego osiedla szkolnego na wsi uważać należy za fakt dodatniej wartości…”

Rozwój osiedli szkolnych nie przybrał w Polsce,takiego rozmachu, jak w Niemczech. Gdzie własne osiedla posiadały nie tylko szkoły średnie w liczbie 149, ale i 102 szkoły powszechne, zawodowe i specjalne.

„…Przyczyną powolnego tempa rozwoju osiedli szkolnych w Polsce jest ciężki kryzys ekonomiczny oraz brak dostatecznej w tym kierunku propagandy. Tą ostatnią okolicznością objaśnić należy niewątpliwe fakt, że ruch w kierunku zakładania osiedli u nas ogranicza się dotychczas prawie wyłącznie do szkolnictwa średniego ogólnokształcącego, w szkolnictwie powszechnem zaś – niestety – zupełnie jeszcze nie zapuścił’ korzeni…”

W styczniu 1933 r, zawiązał się „Zespół szkół posiadających własne osiedla”. Zespół istniał w ścisłej łączności z Pracownią wychowawczą w „Muzeum Oświaty i Wychowania Ministerstwa W. R. i O. P. W 1933 roku w Polsce, 14 szkół posiadało własne Osiedla szkole.

„….Pod względem ilościowym na, pierwsze miejsce wysunęły się szkoły warszawskie, jest ich bowiem 9, prowincjonalnych zaś 5. Z pośród nich jest 6 szkół państwowych, jedno gimnazjum miejskie i 3 prywatnych. W grupie szkół prywatnych są 3 szkoły społeczne, to znaczy będąca własnością zrzeszeń „społecznych. Według płci niewielką przewagę liczebną mają szkoły męskie, jest ich bowiem 7, żeńskich jest 6 i jedna koedukacyjna (Instytut Głuchoniemych i Ociemniałych)….”

W roku 1928 powstały pod Warszawą 4 pierwsze osiedla w Polsce, będące własnością szkół stołecznych:

– gimnazjum Haliny Gepnerówny w Brwinowie

– gimnazjum J. Popielewskiej i J. Roszkowskiej w Nowinkach gminy Jazgarzew, powiatu Grójeckiego [stacja Chojnów),

– gimnazjum T-wa im. Jana Zamoyskiego w Olesinie, gm. Dębe Wielkie, pow. Mińsk-Mazowiecki, (stacja Dębe Wielkie)

– gimnazjum im. M. Reya Zboru Ewangelicko – Augsburgskiego w Chojnowie, skąd po roku przeniesione zostało do wsi Banioszka, gmina i stacja Kąty pod Górą Kalwarią, gdzie otrzymało nazwę Rejówka.

W roku 1929 otwarte zostało osiedle I gimnazjum miejskiego im. jenerała Sowińskiego Magistratu m. st. Warszawy w Mieni, przy stacji kolejowej tejże nazwy, w powiecie Mińsko-Mazowieckim. W roku następnym powstało w Olsztynie, pow. Częstochowskiego, osiedle żeńskiego gimnazjum państwowego im. Juliusza Słowackiego w Częstochowie, którego punkt ciężkości stanowi kolonia odpoczynkowa i półkolonie. W roku 1931 zostały uruchomione 3 osiedla: w Kasinie Wielkiej, pow. Limanowa. województwa Krakowskiego – osiedle Państwowe, Seminarium Nauczycielskiego Żeńskiego im. Józefy Joteyko w Krakowie. W Pamiątce, gminy Konie, pow. Grójeckiego – męskiego gimnazjum pod wezwaniem św. Wojciecha, w Warszawie, oraz w Rząsce pod Krakowem – żeńskiego gimnazjum im. H. Kaplińskiej (Mari Trąmpczyńskiej) w Krakowie. W roku 1932 miało miejsce otwarcie dwóch Osiedli szkół państwowych warszawskich. W Świdrze – gimnazjum żeńskiego im. Marii Konopnickiej i Mogielnicy osiedla Belweder gimnazjum im. Króla Władysława IV.

Gimnazjum im Jana Zamoyskiego poprzez zakup Sylwany weszło do elitarnej grupy polskich szkół posiadających własne Osiedle szkolne.

„…Osiedle szkoły im. J. Zamoyskiego posiada najwięcej gruntu: teren jego wynosi 17 hektarów z okładem, w tem 7 ha

lasu, łąki 2 ha, 6 stawów o powierzchni łącznej 6800 m2, roli 4 ha, ogrodów 1 ha itd……Największy ogród jest w Olesinie, a drzew owocowych jest w nim ponad 400. ………w Olesinie, inwentarz żywy waha się od 1 do 4 koni, tyluż krów….”

Gimnazjum kupiło Sylwanę za 295 000 zł.

Koszty utrzymania i cele:
„…Najbardziej liczny personel administracyjny, składający się z 8 osób, mają osiedla w Olesinie, Mogielnicy i Mieni. W pierwszych 2 wypadkach pochodzi to stąd, że parę osób z tego personelu pracuje na roli, …..Własnych ogrodników mają 4 osiedla, Na czele 3 osiedli stoi mężczyzna, w innych – kobieta, w 4 osiedlach. Z własnych produktów rolnych korzystają osiedla w Kasinie i w Olesinie….. Opłaty, pobierane za pobyt młodzieży, wahają się przeważnie w granicach od 3 do 4 zł. dziennie….. Środki, jakiemi rozporządza opieka rodzicielska, wystarczają na pokrywanie niedoboru w 7 wypadkach. W gimnazjum im. Zamoyskiego w latach 1931/32 niedobór roczny wyniósł przeszło 30.000 zł… Do niektórych osiedli przyjeżdża jednego dnia dwóch nauczycieli, co pozwala na urządzenie dwugodzinnych lekcyj z 2 przedmiotów, poczem jeszcze 2 godzin przeznacza się na pracę dodatkową. W niektórych osiedlach młodzież ma od 2 do 5 godzin lekcyj z nauczycielem, zależnie od różnych okoliczności…. I tu zaczyna się rola historyka na osiedlu, Pola bitew 1830 r„ krzyże nad grobami powstańców 1863 r., cmentarze wojskowe nowszego pochodzenia, rowy strzeleckie z czasów wielkiej wojny, ….. obfitujące w pamiątki, nagrobki, zażydzone nędzne miasteczka, których nazwy zapisane zostały kiedyś na kartach dziejów, dają liczne sposobności do nawiązania lekcji i do aktualizacji,…… utrwali im się w pamięci stokroć głębiej niż przeciętnej innej lekcji w zwykłych warunkach szkolnych. A wyjaśnienia otrzymane w Magistracie o samorządzie miasteczka, lub w urzędzie gminnym – o samorządzie wiejskim ułatwiają zrozumienie teraźniejszości, nasuwania, myśl o przyszłości, do której nas rozwój samorządów prowadzi wraz z postępem kultury, rozwojem świadomości obywatelskiej oraz kultu poczucia obowiązków względem państwa……. Nauczyciele kilku szkół “powiadają się o pracy dydaktycznej na osiedlu z entuzjazmem, zaznaczając, że materiału bierze się na godzinę lekcyjną – dwa razy więcej niż w szkole, a treść lekcji jest bardziej pogłębiona, Uczniowie uczą się bowiem na osiedlu o wiele chętniej niż w Warszawie i biorą czynny udział w dyskusjach lekcyjnych z wielką łatwością, nie wykazując skrępowania, które jest tak pospolite w szkole. Słabi uczniowie mają sposobność uzupełnienia braków ze względu na łatwość uzyskania pomocy ze strony kolegów lub nauczyciela. Nauczyciel ma możność obserwowania sposobów opracowania lekcyj przez młodzież, …… Po powrocie z osiedla młodzież oddaje się pracy szkolnej z większem natężeniem sił, jest bowiem nieco wypoczęta i pozostaje pod wpływem dobroczynnego odprężenia nerwów!…”

Cele dydaktyczne:

„…..określonych obowiązków, posługiwanie przy stole, pomoc w kuchni lub gospodarstwie albo ogrodzie, utrzymanie porządku w poszczególnych pomieszczeniach, staranie o zachowanie czystości osobistej oraz dokoła siebie, nadzór nad tem, aby, łóżka były zasłane i ubrania ułożone „w kostkę”, aby wyczyszczone obuwie było ustawione w równe rzędy, a czapki ułożone w równe szeregi, opieka nad księgozbiorem, ekspedycja i odbiór poczty, pisanie kroniki, notowania meteorologiczne, utrzymanie w porządku sprzętu sportowego, narzędzi i przyborów, gier i czasopism, nut, opieka nad radioaparatem, czasem nawet układanie regulaminu dziennego, rozkładu pracy na cały dzień lub tydzień, a w jednem osiedlu prowadzenie rachunkowości osiedla przez seminarzystki, ….. Obok zasad samorządowych metody wychowawcze, stosowane na osiedlu, cechują również pierwiastki, zaczerpnięte z harcerstwa i życia obozowego młodzieży. Więc młodzież dzieli się na zastępy albo dziesiątki, odbywa się śpiewana modlitwa poranna i wieczorna, rano ma miejsce uroczyste podnoszenie, a wieczorem opuszczanie sztandaru i proporczyka klasowego oraz oddawanie im na komendę honorów przez ustawioną w dwuszeregu młodzież, …. „

Sport:

„….Olesinie jest boisko 4.800 metrów, kwadratowych, …..strzelnice 50 metrów długości dla broni małokalibrowej posiada Olesin,….Łucznictwo jest uprawiane w jednem osiedlu żeńskiem i paru męskich. Prawidłowy tor łuczny posiada jednak tylko Olesin. Sport pływacki umożliwiają w 3 osiedlach stawy, ….. Oszczepy, dyski, piłki, siatki, łuki, krokiet. różnorodny sprzęt sportowy i lekkoatletyczny znajdujemy na osiedlach w różnej ilości, Najbogaciej jest pod tym względem zaopatrzony Olesin…..”

Czas wolny:

„…..na osiedlu młodzież spędza na grach i zabawach sportowych, towarzyskich (warcaby, szachy itp.), na tańcach, słuchaniu radia lub patefonu, na grze fortepianowej lub innych produkcjach muzycznych, są też urządzane małe przedstawienia, improwizowane pokazy, wyświetlanie przezroczy, wspólne lub indywidualne czytanie, przeglądanie ilustracyj, roboty dla przyozdobienia osiedla. Na widowiska tego rodzaju i obchody zaprasza się tu i owdzie sąsiedztwo. młodzież wiejską. Służy do tego świetlica, ….o wycieczkach i spacerach nie potrzeba wspominać,….Dosyć ważnym czynnikiem wychowawczym jest organizacja wieczorów na osiedlu. Mamy na myśli część wieczoru po zakończeniu zajęć obowiązkowych, Świetlica z księgozbiorem, czasopismami, aparatem radiowym i kompletami do gier towarzyskich – nie zawsze wystarczy, aby się chłopcy nie nudzili. Pożyteczne okazały się umiejętnie i interesująco-dla młodzieży przeprowadzane pogadanki, dotyczące życia na osiedlu, z tendencją wychowawczą…. Resztę wieczoru przeznacza się na gawędę, tu i owdzie odbywającą się przy ognisku na wolnem powietrzu, albo przy kominku…”

Satysfakcja:

„…Młodzież lubi osiedle i ustosunkowuje się do niego życzliwie. Chłopcy i dziewczęta mówią 0 osiedlu – zwłaszcza w klasach młodszych-z zachwytem i entuzjazmem, oczekują z tęsknotą dnia wyjazdu, który jest dla nich dniem radości. U starszej młodzieży zapał dla osiedla ujawnia się w sposób bardziej spokojny, rozpieszczone jednostki starają się czasem pod różnemi pozorami wymówić od wyjazdu, aby się uchylić od rygoru, bądź od pracy fizycznej. Starsze dziewczynki mówią niekiedy, że osiedle powoduje ociężałość umysłową. Szkoła domyśla się w tem tęsknoty za rozrywkami miasta, Starsi uczniowie zdradzają niekiedy pewną skłonność do bagatelizowania zarządzeń charakteru obozowego….” Przed paru laty na zjeździe przedstawicieli szkół niemieckich, posiadających własne osiedla (z okazji wystawy higienicznej w Dreźnie), nauczyciele stwierdzali, że nie wyobrażają już sobie pracy wychowawczej bez pomocy osiedla. Istotnie, osiedle znakomicie pracę wychowawcy pogłębia i sublimuje zarazem, oraz czyni ją bardziej owocną. Parę lat działalności osiedla może spowodować, że w szkole umilkną pewne zgrzyty,…….nastawienie jej życia, nastrój uczniów i nauczycieli staną się inne, bardziej pogodne, Osiedle wpływa korzystnie na zmianę oblicza indywidualnego szkoły. Jedna z dyrektorek zaznacza, że zetknięcie się uczennic z ludnością wiejską dało również wyniki dodatnie, młodzież miejska poznała nędzę na wsi, przekonała się, że może ją łagodzić przy pewnym ze swej strony wysiłku, a stąd powstało poczucie siły własnej i otworzyło się źródło radości….”

Osiedle szkole gimnazjum im Jana Zamoyskiego, podobnie jak jej poprzedniczka – szkoła z internatem Pani Eugenii Lublinerowej – były na ówczesne czasy przedsięwzięciami nowoczesnymi, prekursorskimi. Patrząc dziś na wieś Olesin, aż nieprawdopodobne, że dwie tak niezwykłe inwestycje (a właściwie więcej niż dwie – o tym w następnych odsłonach naszej opowieści) zlokalizowane były w tej maleńkiej miejscowości. Dziwi również fakt, że żadna z tych nowoczesnych aktywności nie wpłynęła na dalszy dynamiczny rozwój Olesina. Osiedle Szkolne zakończyło swoją działalność na terenie Sylwany w 1937 roku. Prawdopodobnie z tych samych przyczyn co istniejąca wcześniej szkoła Pani Lublinerowej, osiedle zostało sprzedane. Przełom lat 1929-1939 to szalejący na świecie kryzys gospodarczy.