Remail z Wydawnictwa Literackiego

Nie wiem, czy istnieje takie słowo, ale skoro jest reblog czyli skopiowany wpis z czyjegoś bloga, to może powinno być też słowo na wiadomość, która przyszła na skrzynkę mailową, a którą tym razem koniecznie muszę zaprezentować. Robię to po raz pierwszy. Każdy bloger otrzymuje z wydawnictw zapowiedzi, niekiedy może coś sobie zamówić jako egzemplarz recenzyjny. Czytam sobie takie maile, czasem zainteresuje mnie jakaś pozycja, czasem dostaję ją, czytam, piszę, zapominam. Tym razem jednak z Wydawnictwa Literackiego w Krakowie przyszła na początek roku tak piękna lista zapowiedzi wydawniczych, że można ją w całości potraktować jako listę lektur na zimę 2017.  Napisałam do redakcji i musiałam się siłą hamować, żeby nie zamówić wszystkiego. Pomyślałam, że podzielę się z Wami tą noworoczną przyjemnością:

naglowek_aa439b069e_gif

Richard Flanagan • Pragnienie
przeł. Maciej Świerkocki
12 stycznia

Wspaniała i poruszająca opowieść o ambicji, pożądaniu i tęsknocie, które czynią nas ludźmi – pióra Richarda Flanagana, laureata Nagrody Bookera.

Jest rok 1841. W odległej kolonii karnej na Ziemi Van Diemena bosa aborygenka pozuje do portretu w sukni z czerwonego jedwabiu. Ma na imię Mathinna i jest przybraną córką gubernatora wyspy, Sir Johna Franklina oraz jego żony, Lady Jane. Jest też obiektem cywilizacyjnego eksperymentu, który ma wykazać, czy wiedza, chrześcijaństwo i rozum mogą być narzucone barbarzyństwu, instynktowi oraz pożądaniu. Kilka lat później, gdzieś na Arktyce, ginie Sir John Franklin wraz załogą i dwoma statkami podczas ekspedycji, której celem ma być odkrycie mitycznego Przejścia Północno-Zachodniego, drogi morskiej z Europy do wschodniej Azji wiodącej przez Archipelag Arktyczny. Anglia jest wstrząśnięta podawanymi przez ekipę poszukiwawczą doniesieniami o przypadkach kanibalizmu, a dla najsłynniejszego pisarza tych czasów, Karola Dickensa, losy Franklina stają się lupą, przez którą przygląda się lodowatym głębinom własnego życia.

Anne-France Dautheville • Sekrety roślin (tyt. roboczy)
przeł. Andrzej Stańczyk
16 marca

Przechadzka po świecie pełnym roślin, liści i gałęzi. Fascynujące sekrety wszystkiego, co zielone.

Na powierzchni Ziemi i do głębokości pół metra pod powierzchnią wody żyje od 350 tysięcy do 400 tysięcy gatunków grzybów, porostów, glonów i roślin. Ich sekrety są zadziwiające. Irys, na przykład, potrafi przestraszyć nawet… bizona. Zazdrosny koper włoski nie lubi sąsiedztwa innych gatunków – gdy tylko wyczuje intruza, wypuszcza substancje, które spowolnią jego rozwój. Kwiaty wydzwaniają godziny. Rośliny mówią, słuchają i wcale nie są unieruchomione w swoim podłożu. Porozumiewają się, wydając sygnały dźwiękowe pod ziemią, podobnie jak delfiny w morzu. Gdy do nich mówimy, rosną szybciej. I lubią dalekie podróże! Widliczka, zwana różą jerychońską, wprawiana w ruch podmuchem wiatru, toczy się dziesiątki kilometrów, zanim zapuści korzenie.

Anne-France Dautheville, która zainteresowała się światem roślin, pielęgnując własny ogród, zebrała w tej książce ponad 200 faktów z życia flory. Zaskakujących, zabawnych, a czasem przyprawiających nawet o dreszcze. Kto by podejrzewał, że listki, płatki, nasiona i korzonki kryją aż tyle tajemnic?

Morten Strøksnes • Księga morza czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku
przeł. Maria Gołębiewska-Bijak
16 marca

Przez fiordy na otwarte morze. Bestseller z Norwegii o przyrodzie, która nie przestaje nas zachwycać i stawiać przed nami wyzwania oraz drzemiącej w nas tęsknocie za wielką przygodą.

Śmiała wyprawa, szaleńczy pomysł, wielkie wyzwanie, groźny żywioł i piękna natura. Dwójka przyjaciół – Morten i Hugo – pakuje sprzęt, wsiada do małego pontonu i wyrusza w misję, która ciągnąć się będzie przez cały rok, w tempie zmieniających się pór roku. Jaka to misja?

W głębinach morskich w pobliżu Archipelagu Lofoty, uznawanego za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, żyje wielki rekin polarny. Dorasta do 8 metrów długości, waży ponad tonę i dożywa pięciuset lat. Jego mięso zawiera toksyny, przyprawiające ludzi o halucynacje. Morten i Hugo postanawiają na niego zapolować.

Zarzucając przynęty, walcząc ze sztormem, mijając mielizny i szkiery, rozmawiają o życiu, polowaniu, ucieczce od cywilizacji i morzu – jego tajemnicach, niezwykłości, istotach zamieszkujących głębiny. I owszem, nie stronią też od alkoholu.

Ten arcyciekawy reportaż o morzu, pełen odniesień do historii, literatury, sztuki, mitologii, ekologii czy życiowych mądrości prostych rybaków jest zarazem książką, która pozwala nam uciec na chwilę od cywilizacji i zaspokoić dziecięce marzenie o wielkiej przygodzie. Jej literackie wartości doceniono, przyznając autorowi Nagrodę Bragego i Nagrodę Krytyków.

Kazuki Sakuraba• Czerwone dziewczyny
przeł. Łukasz Małecki
kwiecień

Trzy kobiety, trzy historie, trzy epoki. Epicka, wielowątkowa opowieść o trzech pokoleniach rodziny Akakucziba, barwny portret Japonii od 1945 roku po czasy współczesne i mroczna zagadka pewnego morderstwa.

Manyo. Babka. Jasnowidzka, pochodzi z tajemniczego ludu zamieszkującego góry. Porzucona jako małe dziecko przez rodziców i przygarnięta przez obcą rodzinę, przez całe życie  będzie inna, odmienna. Zachowa jednak wrodzoną pogodę ducha i życzliwość. Wyjdzie za mąż za syna miejscowych bogaczy, właścicieli ogromnej huty.

Kemaris. Jej córka. Nieprzewidywalna, wiecznie zbuntowana, żywiołowa. Będąc nastolatką została szefem gangu motocyklowego, potem zainteresowała się komiksami manga i jako ich autorka odniosła w Japonii sukces. Artystka, która nie umie dać miłości swemu dziecku, a mężczyzn wybiera wyłącznie szpetnych.

Toko, najmłodsza bohaterka tej sagi. Córka i wnuczka tak nieprzeciętnych kobiet jak Kemaris i Manyo jest zupełnie zwyczajna. To jej historia. A także historia śledztwa, które poprowadzi, gdy babka na łożu śmierci wyzna jej, że jest morderczynią. Kogo zabiła, dlaczego i w jakich okolicznościach – tego Toko będzie chciała się dowiedzieć.

Ta wielowątkowa saga, osadzona w realiach odległej prowincji, gdzie wciąż rządzą matriarchat i więzy krwi, jest też mistrzowskim portretem wielorodnej kultury Japonii, w której szczątki zmarłych powierza się górom, ogniowi, wiatrowi i drzewom, a jednocześnie chłonie się nowoczesność. Wspaniały epicki fresk, jednocześnie realistyczny i zanurzony w atmosferę baśni i legendy spod znaku realizmu magicznego.

Nedim Gürsel • Opowieść o Mehmedzie Zdobywcy
przeł. Piotr Kawulok
kwiecień

„Wybitna turecka powieść postmodernistyczna” według Encyklopedii Britannica. Popis prozatorski pisarza cenzurowanego przez władze Turcji.

1453 rok, Mehmed II zdobywa Konstantynopol, kończąc trwającą dziesiątki lat walkę o stolicę Bizancjum. Mityczne miasto łączące Azję i Europę, Wschód i Zachód padło u jego stóp.

Współczesny pisarz, który zaszył się w starej osmańskiej rezydencji naprzeciw twierdzy wzniesionej nad Bosforem przez sułtana zdobywcę, mobilizuje cały swój talent prozatorski, by na stronach swojej powieści ożywić barwną postać władcy „czującego w sercu boskie natchnienie”, aczkolwiek niezbyt świętego,, aczkolwiek niezbyt świętego oraz czas, w jakim żył i wychwycić każdy z przejawów wpływu upadku Konstantynopola na naszą współczesność. Jednakże tu w życie „kronikarza” Mehmeda II Zdobywcy wkracza pewna młoda kobieta i ten romansowy wątek zakłóca jego pracę.

Rozlewna, odmalowana z wielką dbałością o szczegół, epicka i liryczna zarazem, historyczna i współczesna powieść Nedima Gürsela jest najpiękniejszym oknem na Turcję dawną i dzisiejszą, a przede wszystkim na Stambuł, miasto o wielkiej historii i niezwykłej urodzie.

Andrea de la Barre de Nanteuil, Lovisa Brufitt • Historia Mademoiselle Oiseau (tyt. roboczy)
przeł. Maria Jaszczurowska
maj

Pięknie ilustrowana opowieść o przyjaźni, marzeniach, dorastaniu i bajkowej paryskiej modzie.

Aleja Minionych Czasów. Serce Paryża. To tutaj, na ostatnim piętrze starej kamienicy mieszka elegancka i bardzo osobliwa Mademoiselle Oiseau. Ile ma lat? Nie pytajcie, tego nie wie nikt. Prawdę mówiąc, sąsiedzi z rzadka tylko widują ją na balkonie, gdzie wystrojona w perłowy naszyjnik pokazuje się w towarzystwie swoich kotów i ptaszków. Piętro niżej mieszka dziewięcioletnia Isabella, dziewczynka tak zwyczajna, że aż niewidzialna. Tak, nikt jej nie dostrzega, nikt z nią nie rozmawia, nie chce się z nią bawić. Pewnego dnia po powrocie ze szkoły Isabella naciska zły guzik windy i przez pomyłkę wjeżdża do mieszkania panny Oiseau… Tak zaczyna się historia pewnej niezwykłej, pełnej magii i przygód, przyjaźni.

Richard Flanagan • Śmierć rzecznego przewodnika
przeł. Maciej Świerkocki
czerwiec

„Nie dająca spokoju, ambitna” zdaniem recenzenta z „The New York Times”. „Osiągnięcie godne uwagi” według „The Washington Post”. Richard Flanagan w kolejnej zachwycającej odsłonie.

Uwięziony przez prąd tasmańskiej rzeki, wciągnięty pod sam wodospad, Aljaz Cosini, przewodnik turystycznej wyprawy, tonie. Ostatnie chwile życia  stają się dla niego rodzajem mistycznej podróży w głąb własnego życia oraz życia przodków. Przed oczami Aljaza przetaczają się obrazy z przeszłości. Widzi, jak jego ojciec Harry jako mały chłopiec grzebie swojego ojca pod drzewem gumowym, które wnet rozkwitnie tysiącem żółtych kwiatów. Jak wuj Reg sprzedaje zęby, by spłacić dom. Jak prababka ucieka przed złym duchem, a pijany łowca fok gwałci na plaży Aborygenkę zwaną Czarną Perłą. Widzi piękną twarz kobiety, którą kochał… W podwodnym świecie, który odbiera Aljazowi ostatni oddech, rodzinna wizja złożona z okruchów aborygeńskich, celtyckich, włoskich, angielskich, chińskich i wschodnioeuropejskich opowieści przeistacza się w bezdenną historię Tasmanii.

Reblog: Zeppelin we Frankfurcie i Aleppo w Gdańsku Wrzeszczu

Piotr Beszczyński

Z blogu Czas i przestrzeń

Grudzień nazywa się tak, jak się nazywa, od słowa „gruda”, oznaczającego zmarzniętą ziemię. Nazwa wywodzi się z czasów, kiedy w grudniu ziemia bywała zmarznięta. Teraz, kiedy za oknem plucha, może nawiązywać najwyżej do tego, że pisanie idzie jak po grudzie. Mimo to nie ustaję w trudzie, Mili Ludzie!

  • Na początku grudnia są imieniny Barbary. Liczę w głowie znane mi Panie, noszące to klasyczne imię; jest ich znaczna ilość, a wszystkie – są uosobieniem samych zalet! Czy to jakaś astrologiczna zasada, czy też ja mam takie szczęście – nie wiem, ale cieszę się, że znam tyle fajnych Baś!
  • Wspomnę tu o jednej z nich, prawdziwej artystce sztuk pięknych, a zwłaszcza malarstwa i kuchni. Niedawno był w staromiejskim ratuszu wernisaż kulinarno – rysunkowej, świetnej wystawy Barbary K. Jak to na wernisażach bywa, goście zostali podjęci poczęstunkiem – w tym wypadku nie pozostawiającym wątpliwości co do kunsztu Autorki. 20161208_181752-2I jak to na wernisażach bywa, zjawili się tam również koneserzy, zainteresowani wyłącznie owym poczęstunkiem. Nasunęło to refleksję nawiązującą do głoszonych przez obecnie nam panujących, haseł o „wymianie elit”. W tym wypadku „łże – elity” są zastępowane przez „żre – elity”. I tak dobrze, że z wysoką kulturą w tle.

  • Krótki wyskok do Frankfurtu nad Menem na początku miesiąca, dał okazję do kolejnej w tym roku niemieckiej refleksji. O tym mianowicie, jak rządzone przez rozsądnych przywódców społeczeństwo potrafiło w ciągu kilku pokoleń przeistoczyć się ze sprawcy największych nieszczęść w dziejach ludzkości, w przyjazną światu zbiorowość.
  • Miasto o wielkim znaczeniu historycznym (w IX wieku stolica państwa wschodniofrankijskiego, będącego osnową kształtującej się Rzeszy niemieckiej), jak też współczesnym (finansowa stolica Europy, wielki węzeł komunikacyjny), jest dla przybysza zaskakująco kameralne i sympatyczne. Zwłaszcza, gdy grudniowe niebo jest pogodne, a wypełnione tłumem ulice spływają grzanym winem.
  • p1020902
  • p1020913
  • p1020932
  • p1020882
  • p1020942
  • Tłumacząc się sami przed sobą brakiem czasu, pominęliśmy szereg prestiżowych muzeów stojących przy nadrzecznym bulwarze, ograniczając aktywność w tym zakresie do odwiedzenia znajdującego się na przylotniskowych peryferiach muzeum Zeppelina. Zwiedzających niewielu, więc miła pani (nie wiedzieć czemu od wejścia proponująca mi zakup ulgowego biletu) z prowadzącego placówkę stowarzyszenia entuzjastów, mogła poświęcić nam sporo czasu objaśniając ciekawą ekspozycję, jak też dowiadując się od nas o polsko – litewskim modelu cepelina, nadziewanego mięsem.
  • p1020889
  • p1020894
  • Program budowy gigantycznych sterowców w pierwszych czterdziestu latach XX wieku, aczkolwiek absurdalny ekonomicznie, przyśpieszył jednak rozwój w wielu dziedzinach techniki i gospodarki
  • Stał się też elementem propagandy systemowej dla pewnego niewysokiego pana z wąsikiem.
  • Machina propagandowa innego niewysokiego pana, bez wąsika i całkiem nam współczesnego, postępuje inaczej: zamiast używać balonów, usiłuje robić lud w balona. W znacznej mierze skutecznie, aczkolwiek ma znacznie trudniej, bo lud rogaty i przekorny. Widać wyraźnie ożywienie młodzieży w sprawach publicznych, co niesie nadzieję na nieodległą w czasie, stopniową utylizację dewastatorów tego, co wspólne.
  • p1030004
  • Na takich zgromadzeniach coraz częściej słychać rozsądne głosy, wzywające do organicznej pracy, do cierpliwego objaśniania wszem i wobec sensu trzymania się zasad sprawdzonych w najmocniejszych demokracjach. I tego, że zgoda na odstępowanie od tych zasad przynosi efekt jak pęknięcie powłoki szamba; nieczystości zalewają nas w niekontrolowany sposób.
  • Jak może wyglądać pokłosie dyktatury widać choćby na tragicznym przykładzie Syrii. Perła Lewantu, Aleppo, leży w gruzach, tysiące ludzi zginęło. Poszliśmy pod nasz ulubiony bar, noszący nazwę tego miasta i zapaliliśmy przed nim znicze. Taki drobny gest solidarności z innymi i przestrogi dla nas.
  • p1030010
  • aleppo
  • Jakby mało było ponurych wieści z kraju i ze świata, to jeszcze ostatni dramat berliński. Na takim samym przedświątecznym jarmarku jak ten, który nieco wcześniej przemierzaliśmy wśród gęstego tłumu we Frankfurcie.Łapię się na refleksji, że być może zaczynam odbiegać od geograficzno – historycznego zamysłu tego blogu. Ale przecież historia kształtuje się w sposób nieprzerwany, zaś gdy proces tego kształtowania dotyczy nas samych, to trudno się do niego czasem nie odnieść.

Reblog: Rola rurek

Z nader nieregularnej serii pt. Śniadania literackie – przez wiele tygodni nie było śniadań w ogóle, a tu zaledwie tydzień temu był Żeromski, a dziś Juliczka. Znakomicie dobrane towarzystwo!

Julita Bielak

Czas w każdej rodzinie odmienia role.

– Jak zjesz, Kiri, to mam coś dla Ciebie.
– O, co takiego, nie widzę. Parówka? I serek, i parówka na kolację to za dużo. W moim wieku kolacji w ogóle nie powinno się jeść, przecież mam 96 lat, znasz porzekadło o kolacji i wrogu. Sam serek, ileż to kalorii! Wystarczyłaby bułeczka, potem tylko śnią się złe sny. Kolacja w rzeczy samej…
– Mamo, to nie parówka, to rurka z kremem.
– Rurka? Ze śmietanowym kremikiem? Francuska krucha? Posypana grubym cukrem? Waniliowa? Z kremikiem! …gdzie masz ten serek?

Taka to bajka, lepsza, niż “Pchła Szachrajka” Jana Brzechwy:

Pchły ciastkami zwykle gardzą,
Nasza zaś lubiła bardzo
Tartoletki, papatacze,
Ptysie, bezy i sękacze,
Rurki z kremem, tort z wiśniami
I babeczki z malinami. /…/
Dzisiaj rurki z kremem zjem,
Bo ogromnie lubię krem.
Proszę podać ze trzydzieści,
Stolik więcej nie pomieści!

Bajka rodem z “Postrzyżyn” Bohumila Hrabala: “W cukierni poprosiłam, aby pan Nawratil zapakował mi cztery rurki z kremem, a jedną od razu wzięłam do ręki, pochyliłam się do przodu, aby francuskie ciasto nie spadło mi na bluzeczkę, i jak tylko włożyłam rurkę z kremem do ust, natychmiast usłyszałam głos Francina, że przyzwoita kobieta tak rurek z kremem nie je, a pan Nawratil uśmiechał się ostrożnie, bo nie miał zębów, stałam na tle wystawy, a pan Nawratil podał mi paczuszkę przewiązaną niebieskim sznureczkiem, zapłaciłam, pan Nawratil otworzył mi drzwi i zanim ruszyłam, pomógł mi przytrzymując włosy, biegł kawałek za mną, dopóki włosów nie uniósł prąd powietrza, pedałowałam ile sił w nogach, jedną ręką kierowałam, a na palcu drugiej trzymałam tę słodką paczuszkę/…/”.

Tylko w “Śniadaniu u Tiffany’ego” śniadanie nie ujawnia się wcale, najsławniejsze literackie śniadanie na stronach powieści nie występuje, przewrotny, nieprzewidywalny, piekielnie inteligentny Truman Capote. Jedynie na filmie Holly wysiada z taksówki przed słynną witryną jubilersko-luksusowej legendy na Piątej Alei z kubkiem kawy i papierową torebką kryjącą bajgla. W książce Holly śniadania nie jadła, nie umiała też gotować, była mistrzynią uwodzenia i niech tak zostanie.

EMS: Siostra moja, Katarzyna Krenz, która wraz z Julitą napisała powieść Księżyc myśliwych, skomentowała ten wpis zdjęciem wymienianych przez Brzechwę papataczy. Zaskoczyła tym i Julitę i mnie, bo myślałyśmy, że Brzechwa sobie te papatacze wymyślił…


Gdy to tak właśnie skometowałyśmy, dodała link do blogu z przepisami tradycyjnymi; to przepis z 1895 roku z Kucharza Warszawskiego: Drożdżowe zawijańce z cynamonem i rodzynkami

Dwie kwarty letniego mleka, trochę soli, 10 łutów drożdży rozbić z mąką i zostawić w cieple, aby się ciasto podniosło. Gdy z wierzchu ciasto popęka, wlać 20 żółtek ubitych do białości z 2 szklankami cukru, wybijać dobrze, wlać pianę z ubitych białek, dodać tyle mąki aby ciasto było gęste jak na bułki, w końcu wlać 3 szklanki topionego masła, trochę cytrynowej skórki, gorzkich migdalów i wybijać ciasto dopóki od rąk odchodzić nie będzie. Wtedy przykryć i zostawić w cieple żeby podrosło […]

Papatacze urządzają się z tego samego ciasta następującym sposobem: wziąść kawałek ciasta, rozwałkować na stolnicy na cienki placek, posmarować sklarowanem masłem, posypać czarnemi rodzenkami zmieszanymi z cukrem i cynamonem. Zwinąć placek szczelnie w trąbkę i krajać z niego kawałki na 2 palce szerokie, które układać na blasze, posmarować jajkiem, posypać cukrem z cynamonem i wstawić do pieca.

Reblog. Odkrycia w sieci.

Znalazłam ten film przypadkiem, zamieściła go osoba używająca nicka Domowa Kostiumologia.

Spodobał mi się ten awatar, i tak to się zaczęło…

A story of a young 1950’s typist that notices something rather unusual about her machine.

Lucy and Lucys costumes Gosia Zebrowska. The rest Karolina Zebrowska.

Poszukałam dalej. To ona – Domowa Kostiumologia!

I następne, piękne filmy, zaskakujące i prawdziwe. Przesłanie tego filmu poniżej brzmi:

Please, don’t forget the real women

To ona, a jak klikniecie na zdjęcie, to wejdziecie na jej blog…

PS. Szkoda tylko, że ta piękna kobieta w pięknych kostiumach, które sama nader pięknie projektuje, robi niepiękne błędy w polszczyźnie, sukienki się u niej ubiera, a nie wkłada, a to ubranie, rodzaj jak najbardziej nijaki, jest rodzaju męskiego czyli “ubiera się tego ubrania”. Przeszkadza mi to, ale z kolei – ja umiem pisać bez błędów i jest to właściwie wszystko, co umiem, a za to ona umie robić takie wspaniałe stroje, zachwycające stylizacje, świetne filmy i naprawdę zna się na tym, o czym pisze… 🙂

fähigkeit etwas zu bewirken… Reblog

liebe ewa,

vielleicht was für den blog?

in einer rezension im tagesspiegel, samstag vielleicht, fand ich was von einem amerikanischen autoren den namen hatte ich mir nicht notiert. das war sicher noch vor trumps erfolg geschrieben. die systematisierung könnte auch was für eine persönliche strategie des umgangs mit diesem grausamen wahlergebnis bieten. es ging um die diskussion des machtbegriffs und er fand, mensch müsse die verengung auflösen, die seit machiavelli besteht: da geht es um zwang und gewalt und gerne auch um lug und betrug, wenn es dem machterhalt dient.

er will die definition erweitern auf: fähigkeit etwas zu bewirken, das ist natürlich sympatisch.

dafür sind individuelle fähigkeiten, sowie interpersonelle und systemische einflussmöglichkeiten zu bedenken.

  1. selbstvertrauen, ich kann etwas ausrichten
  2. auf dem teppich bleiben, wahrnehmen, dass die fähigkeiten bzw. die möglichkeit haben, sie auszuleben auch ein geschenk sind
  3. teilen und sich gegenseitig stärken
  4. respektvoll bleiben, lob, komplimente, höfliche worte, auch nonverbal respektvoll bleiben: fragen, zuhören, neugierig sein, anerkennen
  5. machtlosigkeit verhindern! also gegen ungleichheit vorgehen, armut nicht dulden, gegen bedrohung und einengung anderen menschen wert verleihen, gegen diskriminierung und rassismus auftreten. also die strukturellen settings sichtbar machen und bearbeiten.

ja, das stimmt alles, wir dürfen uns nicht erlauben, uns als machtlos zu sehen. wir bewirken was. und wir glauben ja auch zurecht, dass alles patriarchalische nicht nur frauen sondern auch männern schadet. und krieg sowieso keine lösung ist. und doch ist all dieses unter punkt 1-4 nur stückwerk, wenn wir gesellschaft nicht dazu bekommen, die weniger mächtigen zu stärken, immer wieder. bildung natürlich zuallererst, aber auch gesunderhaltung, gleichwertigkeit immer wieder einüben. wir können im eigenen leben wirksam werden, wir dürfen aber die strukturellen bedingungen nicht vergessen.

in diesem sinne ist sicher auch der angehängte artikel zu lesen.

liebe grüße

christine (Christine Ziegler)

***

Artikel auf Seite 37 der Zeitung Tagesspiegel vom So, 13.11.2016

Barbara Nolte

Festung der Ehefrauen

Manch einer verfolgte seine Partnerin mit der Axt bis vor die Tore dieser
Berliner Villa – 1976 wurde das erste Frauenhaus gegründet. Ein Modell für viele deutsche Städte.

frauenhausNachdem das mit den Zähnen passiert ist, das war das Schlimmste. Dass er mir im Hausflur wirklich die Faust ins Gesicht gehauen hat, und ich habe gemerkt: Meine Zähne vorne sind nicht mehr da, beziehungsweise einer war – wie hat die Ärztin geschrieben? – in den Oberkiefer gestaucht.

Bis zur Schließung 1999 war die Adresse geheim. Ein Eisenzaun sollte Eindringlinge abwehren.

Danach habe ich nur noch lautlos geweint. Er hat mich dann am Kragen genommen, die Treppen hochgeschleppt. Die Kinder haben oben so geschrien, die waren ja vollkommen außer sich. Er hat dann immer wieder gerufen: „Ich bin
mit eurer Mutter noch nicht fertig, die bringe ich heute noch um.“ Der Kleene hat auf der Couch gesessen und gesagt: „Papa, du bringst Mama nicht wirklich um, nein?“ Und dann hat er zu dem kleinen Kind, der war drei Jahre, hat er gesagt: „Doch. Heute noch.“ Angelika, 44.

In einem ehemaligen Kartoffelladen in der Yorckstraße standen sie manchmal in der Tür: Frauen, die Schutz vor ihren prügelnden Ehemännern suchten. „Damals wussten die nicht, wohin“, sagt Roswitha Burgard, die dort Anfang der 70er Berlins erstes Frauenzentrum mitbegründet hat. Aktivistinnen aus der Yorckstraße verbrachten deshalb einmal 14 Tage reihum bei einer Frau zuhause, die um Hilfe gebeten hatte, weil sie regelmäßig von ihrem Mann und ihrem erwachsenen Sohn misshandelt worden war. Roswitha Burgard selbst hatte weder in der Familie noch im Freundeskreis gewalttätige Männer erlebt.
Jedenfalls nicht, dass sie davon gewusst hätte. „Häusliche Gewalt wurde Anfang der 70er totgeschwiegen“, sagt sie, „als Ehekrach verharmlost, als Umgang von Asozialen weggeschoben.“

Davon erzählt Burgard heute in ihrem Behandlungszimmer einer Gemeinschaftspraxis. Um den Hals trägt sie ein elegantes Seidentuch, an den Füßen Pantoffeln, Straßenschuhe müssen an der Tür ausgezogen werden.

Anfang der 70er hatte sie gerade mit dem Psychologiestudium begonnen und war in Berlins feministischer Szene engagiert. „Als damals in London das weltweit erste Frauenhaus eröffnete, dachten wir uns: So was brauchen wir auch.“ Ein solches Haus würde die Fraueninfrastruktur, die sie in diesen Jahren begründet hatten, Frauencafés, Frauenbuchverlage, Frauenseminare an Unis, auf eine fast romantische Weise
ergänzen: Frauen helfen Frauen, die unter dem Machtgefälle zwischen den Geschlechtern am meisten leiden. Doch der Senat blockte ab. Erst müsse ermittelt werden, ob in Berlin Bedarf für eine solche Einrichtung bestünde. Für die Verwaltung schien es ein Problem, dass der Gruppe der Gründerinnen kein Mann angehörte. „Die trauten uns nicht zu, mit ihren Fördergeldern richtig zu wirtschaften.“, sagt Burgard.

frauenhauskobiety2SCHUTZENGEL. Ilona Böttcher (links) und Roswitha Burgard nahmen im ersten Jahr 615 Frauen auf.

Erst als sechs arrivierte Frauen dem Trägererein beitraten, darunter die damalige Vizepräsidentin des Roten Kreuzes, stellte das Land Berlin eine Villa für das Projekt zur Verfügung. Ein Gründerzeitbau in der Richard-Strauss-Straße 22 Grunewald, mit riesigen Aufenthaltsräumen in Erdgeschoss und Souterrain, aber nur 13 Zimmern im ersten Stock und der Mansarde. „Nicht perfekt geschnitten für unsere Zwecke“, sagt Burgard.
Die Adresse wurde unter Taxifahrern gestreut und vor Außenstehenden geheim gehalten. Um den Garten wurde ein Eisenzaun errichtet. Dahinter durfte kein Mann.
Im November 1976 war Eröffnung. Die erste Bewohnerin klingelte bereits am Abend zuvor. Es war die Ehefrau eines hohen Richters, sagt Burgard. Das Asozialen-Klischee war damit widerlegt.

Auch Ilona Böttcher erinnert sich an diese erste Bewohnerin: eine schmale Frau um die 40. Ihr Ehemann hatte ihr Geld, Schlüssel und Ausweis weggenommen. Ilona Böttcher und Roswitha Burgard übernachteten mit ihr im Frauenhaus. Sie wollten sie in der riesigen, leeren Villa nicht allein lassen.

frauenhaus2Ilona Böttcher war als Verwaltungsfrau eingestellt worden. Sie habe sich ganz profan auf eine Jobanzeige beworben, erzählt sie beim Treffen in ihrer Tempelhofer Wohnung. Doch im Frauenhaus packte sie – wie alle anderen – überall mit an: Zu jeder Tages- und Nachtzeit klingelten Frauen. Polizisten und Taxifahrer brachten sie. Jede wurde aufgenommen, selbst wenn sie betrunken war. „Wer sind wir denn, dass wir entscheiden,
wer über Nacht bleiben darf!“, sagt Böttcher. Ansonsten war Alkohol verboten. Bereits einen Monat nach Eröffnung waren alle regulären Plätze belegt. Immer neue Stockbetten wurden in die Zimmer, Gänge, Aufenthaltsräume gestellt. Im Haus, das für 70 Frauen und Kinder ausgelegt war, lebten bald bis zu 150. „Es gab Bedarf, und wie!“, sagt Böttcher.
Sie zieht ein lilafarbenes Buch aus ihrem Regal: die erste Jahresbilanz, herausgegeben im
Frauenselbstverlag. Die Gründung des Berliner Hauses war eine Initialzündung, in den meisten größeren Städten wurden fortan ähnliche Projekte geplant, die Berliner lieferten das statistische Material. Von den 615 Frauen, die im ersten Jahr in der Richard-Strauss-Straße betreut wurden, waren drei Viertel von ihren Ehemännern misshandelt worden, ein Fünftel von ihren Freunden, der Rest von Ex-Männern und Verwandten. Jede zehnte Frau hatte die Gewalt zehn Jahre und länger erduldet. 118 waren von ihren Partnern sogar in Lebensgefahr gebracht worden. „Mich hat der Zustand von Beziehungen erschüttert, am
Anfang stand ja mal Liebe“, sagt Ilona Böttcher. Eine Frau habe zu ihr gesagt: „Und dann hat er mich nicht mal mehr geschlagen.“ Schlagen sei für sie Zuwendung gewesen.
Böttcher erinnert sich, dass viele Frauen sich schämten. Sie hatten sich diesen gewalttätigen Partner ja ausgesucht. Verbreitet waren auch Schuldgefühle. Einige glaubten, dass ihr Mann nicht ausgerastet wäre, wenn sie selbst anders reagiert hätten. Im Frauenhaus hörten sie die Geschichten anderer Frauen und erkannten dabei mitunter Verhaltensmuster ihres eigenen Mannes wieder und die Unvermeidbarkeit seines
Zorns. Eine Frau habe es mal so ausdrückt: „Habe ich Salz rangemacht, habe ich eine gewischt gekriegt, habe ich kein Salz rangemacht, habe ich auch eine gewischt gekriegt.“ Oft steigerte sich der Jähzorn der Männer noch, wenn die Frauen ins Frauenhaus zogen.
12.3.77, 20.30 Uhr: Ein Herr läutet an. Er will das Haus in die Luft sprengen, sich aber zeitlich nicht festlegen. Gabi informiert die Polizei. 21.45 Uhr: Ein Herr ruft an. Er steht mit einer Pistole in der Telefonzelle gegenüber und will sich das Leben nehmen, wenn er nicht mit seiner Frau sprechen kann. Die Frau ist nicht bei uns. Da er unter Strom steht, hat Gabi Mühe, ihm das klarzumachen. Vorsichtshalber benachrichtigen wir
die Polizei. 23.15 Uhr: Ein Mann fährt mit einem Fahrrad in unserem Garten. Gabi ruft 110. Auszüge aus dem Protokoll einer Bewohnerin mit Telefondienst.
Häufig lungerten Männer vor der Tür herum, die die Adresse herausbekommen hatten. Mehrfach ist es ihnen tatsächlich gelungen einzudringen. Ilona Böttcher erinnert sich an einen Vorfall, als ein Mann eine Füllung aus der Haustür herausgebrochen hat, durchs Loch geklettert und mit der Axt ins Haus gestürmt ist. Eine Kollegin stellte sich ihm in den Weg, die Hausbewohnerinnen versteckten seine Frau. Für Mitarbeiterinnen und Bewohnerinnen des Frauenhauses war die Umgebung hinter dem Zaun feindlich: Während die Männer
mit roher Gewalt drohten, drohten die Grunewalder Nachbarn mit ihren Anwälten. Sie gründeten sogar eine Bürgerinitiative gegen das Projekt.
Erforderlich ist, dass das Lärmen der Kinder ab Freitag bis Sonntagabend unterbleibt. An diesen Tagen suchen die Anwohner nämlich absolute Ruhe in ihrem Garten. Die Wohngegend haben sich Anwohner ausgesucht, die in der Woche ganz besonders hart arbeiten. (…) Mehrmals habe ich die Feststellung treffen müssen, dass Kinder, soweit sie zu einem Spaziergang ausgeführt werden, auf meinen niedrigen Zaun balancieren. Mein Zaun stellt persönliches Eigentum dar, und das sollte eigentlich schon Kindern deutlich
gemacht werden, dass das Eigentum anderer zu schätzen ist. Aus einem Brief von Horst Sandner, Königlich Norwegischer Konsul (31.10.77), an Roswitha Burgard.
Der Tagesspiegel berichtete damals von einer Aussprache beider Seiten. „Wir sind gar nicht so verrückt, wir sind bloß nervlich am Ende“, habe dabei eine Bewohnerin an das Mitgefühl der Nachbarn appelliert, das aber ausblieb. Häufig, sagt Böttcher, seien sie damals zusammen mit Bewohnerinnen in der Öffentlichkeit aufgetreten. „Die wollten sich nicht verstecken.“ Die Heimlichkeit von häuslicher Gewalt, die den Tätern in die
Hände spielt, sollte durchbrochen werden. Deshalb fanden im ersten Frauenhaus die Beratungsgespräche im Aufenthaltsraum statt. Andere Frauen sollten daran anknüpfen können. „Die Betroffenen sollten sich gegenseitig unterstützen“, sagt Böttcher. In
Zweierteams wurden sie außerdem zu nächtlichen Telefondiensten eingeteilt, das sollte ihr
Selbstbewusstsein stärken. Viele, in der ersten Statistik waren es 30 Prozent, kehrten trotzdem zum Ehemann zurück. „Da konnten wir nur Wege aufzeigen, wie sie beim nächsten Mal die Situation schneller verlassen können“, sagt Böttcher. „Eine Frau war 13 Mal da, ist immer wieder zurückgegangen, bis wir in der Zeitung lasen, dass man sie tot aufgefunden hat.“
Ilona Böttcher arbeitete bis 1998 im Frauenhaus. Dann ging sie in Rente, im Jahr drauf schloss das erste Frauenhaus. Damals gab es bereits fünf weitere, rund 350 sind es mittlerweile in Deutschland. Obwohl sich das Gleichberechtigungsideal innerhalb ihres Arbeitslebens weit verbreitet hatte, habe sich dies auf die Gewalt gegen Frauen wenig ausgewirkt, sagt Böttcher. Nur der Anteil der Migrantinnen habe zugenommen.
Insgesamt registrierte die Berliner Polizei im vergangenen Jahr 15 000 Fälle von häuslicher Gewalt. Die größte Veränderung, sagt Böttcher, habe im Arbeitsverständnis der Betreuerinnen gelegen. Zum Beispiel sei eine neue Kollegin „entsetzt“ gewesen, dass es keinen Raum für Einzelberatungen gab. Den nächtlichen Telefondienst sahen manche der Jüngeren wegen einer möglichen Retraumatisierung kritisch. Am Ende, glaubt Böttcher, sei das erste Frauenhaus an einem unterschiedlichen Verständnis von Feminismus
gescheitert, denn als Feministinnen begriffen sich die Jüngeren auch. Einmal habe eine Mitarbeiterin vorgeschlagen, dass ihr Freund doch den Bus des Frauenhauses fahren könne: „Für uns völlig undenkbar: ein Mann am Steuer eines Frauenhausbusses!“
Nadja Lehmann eröffnete das Frauenhaus sozusagen neu. Lehmann war eine der jungen Kolleginnen. Zusammen mit zwei weiteren ehemaligen Mitarbeiterinnen aus dem Frauenhaus hatte sie das Konzept für das Projekt mit dem Namen „Interkulturelle Initiative“ verfasst, zu dem ein Teil der Gelder des geschlossenen Frauenhauses umgeleitet wurde. Im ersten Frauenhaus habe sie Rassismus zwischen deutschen und
migrantischen Frauen erlebt, sagt Lehmann. Deshalb schnitt sie ihr Projekt auf Migrantinnen und deren spezifische Probleme zu.
Er hat gesagt: „Du fühlst dich einfach nicht wohl in Deutschland.“ Ich habe gesagt: „Ich bin nicht in Deutschland. Ich bin in deiner Wohnung.“ Ich war eingesperrt. Ich durfte nicht raus, ich hatte keinen Schlüssel. Ich habe nur vom Fenster geguckt, wir hatten in Neukölln gewohnt, und ich hatte vor meiner Tür einen Spielplatz. () Bis mein Sohn angefangen hat, genauso zu handeln wie sein Vater. Er hat einen Gegenstand genommen und gesagt: „Hier, Papa, du kannst nehmen, und du kannst Mama wehtun, ich möchte, dass sie weint.“ Da habe ich gesagt: „Ich möchte nicht, dass mein Sohn so wird zu seiner Frau oder
seiner Lebensgefährtin. Ich habe zwei Söhne. Ich möchte nicht, dass drei Männer mich terrorisieren.“ Narin, 38, ehemalige Bewohnerin der Interkulturellen Initiative.

Die „Interkulturelle Initiative“ ist ebenfalls in einer Villa im Berliner Süden untergebracht. Da das Leben im Frauenhaus auf die Dauer belastend sei, wie Lehmann findet, bietet ihr Verein zusätzlich ein Wohnprojekt mit abgeschlossenen Apartments an sowie neuerdings Wohnungen speziell für geflüchtete Frauen, die unter häuslicher Gewalt leiden. Viele Migrantinnen bräuchten aufgrund schlechterer Sprachkenntnisse und ausländerrechtlicher Widrigkeiten länger, um eine Perspektive für sich und ihre Kinder zu entwickeln. Nach
einer Weile könnten sie in eigene Wohnungen umziehen. Das unumstößliche Gesetz autonomer Frauenhäuser, dass nämlich Männer draußen bleiben müssen, ist inzwischen nach Gender-Maßgaben umgeformt. Letztens wurde eine Bewohnerin aufgenommen, die zwar biologisch ein Mann ist, sich aber als Frau fühlt.

PS (Mail Nr 2):

https://i0.wp.com/www.campus.de/typo3temp/_processed_/csm_9783593399072_d83e3e2201.pngliebe ewa,

das buch, von dem ich in der anderen mail schrieb ist von Dacher Keltner „Das Macht-Paradox. Wie wir Einfluss gewinnen – oder verlieren“

ist erschienen im campus verlag und es war tatsächlich am samstag im tagesspiegel vorgestellt, ganz hinten.

liebe grüße

christine

Reblog: Stolik przy oknie

Ukazało się w blogu Altana.

Dedykuję ten wpis jego Autorce. Dziś jest 13 listopada, Julito, a wiesz o tym, że jestem przekonana o bezwzględnej kobiecości liczby 13. Jutro noc niezwykłej pełni księżyca, inspirującej jak ta, która kiedyś dawno sprawiła, że ja napisałam pewien tekst, a Wy z moją siostrą ze zdania była druga w nocy zrobiłyście książkę o jesieni, miłości, śmierci, morzu i Księżycu.  

Julita Bielak

Przyszedł do mnie wiersz wyczekiwany, finezyjnie wycieniowany okruch liryczny, labirynt tajemniczy i niepokojący. Towarzyszyła mu ulotna nuta żalu – gdybyś była bliżej spotkalibyśmy się w małej kafejce, rozmawialibyśmy także o pisaniu. Ale jesteś daleko.

I kawiarnie inne. Kawiarnia najpierw powstaje, istnieje, potem staje się tradycją, potem staje się poczuciem tradycji, wreszcie niknie. Pierwszą warszawską był mały lokalik za Żelazną Bramą Ogrodu Saskiego. Z początku bywała tam niemal wyłącznie niemiecka służba dworska. W 1763 roku otwarto na Starym Rynku przy Krzywym Kole kawiarenkę, której właścicielkami było siedem sióstr. Bardzo popularna była kawiarnia pani Okuniowej i jeszcze inna, należąca do pani Neybertowej. Lokal, noszący nazwę “Wiejska Kawa” znajdował się na miejscu dzisiejszej ulicy Wiejskiej, mniej więcej tam, gdzie stanął gmach “Czytelnika” ze swoją kultową kawiarnią literacką w podziemiu. W  kawiarni “Lajkonik” przy Placu Trzech Krzyży prezydował Otto Axer, a stolik gromadził ludzi najrozmaitszych zawodów, przychodzili plastycy, pisarze, adwokaci, ludzie teatru i zawsze kilka ładnych dziewczyn. W kawiarniach stajni PIWu oraz w “Nowym Świecie”  wlekły żywot inne znane stoliki, gdzie siadywali Antoni Słonimski, Adam Ważyk, Gustaw Holoubek, Janusz Morgenstern, Tadeusz Konwicki, Mieczysław Jastrun. Do stolików dopuszczano lub nie, panowały przy nim jedyne w swoim rodzaju niepisane i niegłoszone obyczaje. Nie mówiło się zbyt poważnie o rzeczach poważnych, za to zwięźle i dowcipnie z wymogiem unikania komunałów (na przykład, że Szekspir jest wspaniały albo, że abstrakcja się przeżyła). Opowiadano dowcipy, byle były dobre z zakazem relacji snów, treści powieści, sztuk i streszczeń filmów. Wolno też było milczeć, byle inteligentnie.

Przy kawiarnianym stoliku powstał projekt założenia pewnego stowarzyszenia. W marcu lata temu w “Udziałowej” Stanisław Ossorya-Bochocki zainicjował zebranie założycielskie, na które przyszli o godzinie 12.00 punktualnie – Jerzy Boczkowski, Anda Kitschman, Jan Stanisław Mar, Konrad Tom, Julian Tuwim, Kazimierz Wroczyński – o wpół do drugiej przybiegł Jerzy Wrzos – Tadeusz Żeromski, przepraszając za spóźnienie, ale miał 5 lekcji i nie mógł się wcześniej wyrwać… Za to przyniósł wiadomość, że Jan Brzechwa, Władysław Lin, Benedykt Hertz, Artur Tur i jeszcze kilku innych z góry zgłaszają akces do mającej powstać organizacji, która ma bronić praw twórców. Tak kawiarniana muza stanęła u kolebki jakże dzisiaj szacownego ZAiKSu.

“Szumiały mu echa kawiarni” wykonywał w “Mirażu” Stanisław Ratold. “W kafejce widzimy się/ Przy oknie stolik nasz/ Gest, rozmowa, śmiech/ Spojrzenia cały czas/ Za oknem jak niemy film/ Przechodzi obok świat/…/” śpiewa w “Prostej piosence” Kuba Badach. Zmieniają się kursy polityczne, zmieniają się politycy, zmieniają wydawcy, przeobrażają się kawiarniane stoliki, same kawiarnie. Na miasta nachodzą nowe, tamtym nieznane.

I wiersz. Wiersz Janusza Urbaniaka mówi o sobie sam, istnieje.

TO CO ZAMKNIĘTE

Tak mało wiem i nie powinienem
więcej nie powinienem chcieć
czegoś co poza granicą zdarzeń
i języków ja ciało z ciała
krew wędrująca
z dłoni utworzony ptak
który szuka innych ptaków
zapominając że ciemność jest
natury stanem a jasność?

niepodobna rozumieć wszelkości
która roztacza się przez czasy i
przestrzenie granic za którymi
pojawia się następna wszystkość
a jednak ciągle porywają pytania
i wtedy stając naprzeciw drzewa
zmawiam modlitwę-wiersz

pieśń wykluczonego to skowyt
bez znaczenia wobec gromkości
istot której znakiem była
mnogość nieogarnięta słowem
bo słowa są zamknięte
bo ciała są zamknięte
i historia jest zamknięta

*

4.10.2012

Pani Irenka 7

Karolina Kuszyk

Na grobach

Dawidek teraz gościa ma. Niemca takiego młodego. W tej Norwegii się zapoznali, on też tam pracuje, ale nie na budowie, tylko gdzieś podobnież lepiej. Niemiec, wiadomo. Przyjechał do nas, bo jego babcia tu skądś jest, no bo tu przecież Niemcy dawniej byli, a on chciał koniecznie zobaczyć, jak tu teraz jest. I grobów tej rodziny od tej babci strony szukał nawet po całym cmentarzu, a Dawidek razem z nim, cały dzień chodzili, ale nie znaleźli, pani. No, i jak tak chodzili, i tak sobie po tym niemiecku szprechali, bo wnuczek ździebko umie, to im tam taki jeden, co usłyszał, hajhitlę pokazał, znakiem tego, że Niemcy niby, faszyści. Tak mi Dawidek opowiada, i jeszcze mówi, no myślałem babciu, że go walnę. A ja mu mówię, Dawidek, dobrze żeżeś w żadną bójkę się nie wdał, no bo jak to, na cmentarzu, i przed gościem twoim wstyd, i w ogóle. Choć z tą hajhitlą to też wstyd straszny. Do czego to podobne, pani.

I jak raz na drugi dzień święto zmarłych było, to jeszcze żeśmy się przy grobie Kazika wszyscy spotkali, syn, synowa, Dawidek, Karolinka i ten ich Niemiec. Frank na niego mówili, to ja do niego Franek, a co, po polsku. Jak mu się ten Franek spodobał, pani! I tylko żeby Franek i Franek na niego wołać. Ziąb był okropny, a ździebko żeśmy przy Kaziku stali, a potem jeszcze do innych zaszli, tu postali, tam postali, lampki pozapalali, wiadomo. I potem wszyscy do mnie na ogrzanie, ja na święto zmarłych zawsze bigos robię, tradycja taka, i oni zawsze wiedzą, że na święto zmarłych to po cmentarzu na bigos do babci się idzie. I z tym Frankiem to żeśmy rozmawiali a rozmawiali, jedna herbatka, druga herbatka, on tyle się pytał o wszystko, a potem jeszcze bigosu nawet dokładkę poprosił, bo ja to taki porządny robię, z mięskiem, kiełbaską, śliwkę też zawsze wrzucę suszoną dla smaku, no, jest co zjeść. Po jakiemu żeśmy rozmawali? No, przez Karolinkę, ona rach ciach szybciutko, bo Dawidek to zaraz coś gdzieś przekręci, albo się denerwuje. Podobnież że kobiety do tych języków zdolniejsze, tak synowa mówi.

I mówi ten Franek, że tu w Polsce to o zmarłych się tak dba, i że jakie piękne święto, i kwiatów tyle, i te lampki na grobach że ponastawiane, no wszystko, wszystko mu się tak strasznie na tym cmentarzu podobało, pani. I mówi, że pani Irenka, bo on tak do mnie cały czas, pani Irenka to, pani Irenka tamto…. że, pani Irenka, u nas, w Niemczech znaczy, tak w ogóle nie ma, na pierwszego listopada to na cmentarz mało kto zagląda. To ja się strasznie zdziwiłam, że u nich święta zmarłych nie obchodzą, jakże to tak, nawet na grób nie pójść, lampki nie zapalić? A on mówi, że nie, wcale, bo u nich to ten helołyn już dawno nastał, z tymi dyniami powycinanymi. Wariaty po ulicach latają poprzebierane i cudactwa innego pełno, ale żeby na grób pójść, do swoich, to już nie łaska. Czyli nie zawsze w Niemczech lepiej jak u nas urządzone, pani.

No, ale u nas teraz z tymi grobami to dopiero będzie, pani. Słyszała pani? Że podobnież wykopywać będą, no, te ciała, żeby zbadać, z jakiej przyczyny ta cała katastrofa była, pani. Kto to widział, pani, zmarłych wykopywać, jak jakieś niechrześcijanie? Co to komu teraz da? Zmarłym spokój trzeba dać i tyle, oni już się nacierpieli, pani. I podobnież rodziny tych ofiar to też tak nie wszystkie za tym są, pani, a ci swoje, wykopywać będziemy i koniec, komisja nakazała. Koniec świata, pani. Jak tak zajdę sobie kiedyś do Kazika na ten cmentarz, to nawet sobie czasem pomyślę, a jak on tam teraz wygląda, pod tą ziemią. Teraz to już aby kosteczki chyba same zostały. A i tak wolę nie widzieć, chybabym umarła z tego żalu, jakby kto kazał wykopać, a mi do umierania to wcale nie tak spieszno, pani. Żyć przecież trzeba, dla tych dzieci, dla tego wnuczka, a nawet i dla tych kotków. Niby jakby mnie zabrakło, to Dawidek z Karolinką się zajmą, nakarmią. Ale oni też do tej Norwegii co i raz jeżdżą na te zarobki, potem może na studia gdzie wyjadą i co? A syn z synową znowuż czasu nie mają. E, nie, pani, jeszcze trochę pożyć trzeba, niestety.
A ci tam to żyjącymi się powinni zająć, a nie zmarłymi, pani. Co to teraz za sprawa ciągle z tymi zmarłymi, z tym zabijaniem, z tą śmiercią, pani. Tu Smoleńsk, tu żołnierze ci wyklęci, tam zaraz ta aborcja. Ileż można, Jezusie kochany. Tylko czy prezydenta z prezydentową to z tego Wawelu też w końcu wykopią, pani? Słyszała pani coś może?

 

Ilustracje Nadia Linek

Blog Pani Irenka

 

Reblog: Pocałunek Judasza

giotto_-_scrovegni_-_-31-_-_kiss_of_judasKrzysztof Ruchniewicz

Historyczna hipokryzja czy schizofrenia?

Z zainteresowaniem wysłuchałem wywiadu z Martinem Sanderem, niemieckim dziennikarzem, specjalizującym się w sprawach polskich. Często odwiedza on nasze księgarnie, można powiedzieć, że śledzi rynek książki historycznej. Wszak historia to nasza narodowa pasja, nieprawdaż? To, co Polacy czytają (a czyta ich mniejszość…), jest ważne. Sander zauważył, że na półkach polskich księgarni prezentowana jest spora liczba (ponadprzeciętna?) publikacji autorstwa nazistów lub autorów sprzyjających nazizmowi. Ponieważ dysponuję teraz pewną ilością wolnego czasu, rozejrzałem się po ofercie księgarń i wydawnictw, które można zaliczyć do prawicowych lub skrajnie prawicowych. Nie będę wymieniać ich nazw, by nie mieć dylematu robienia reklamy. Ich oferta jest niemała. Znaleźć tam można pozycje bardzo różne: od literatury religijnej po – tak ją określę – antysemicką, ksenofobiczną, antyeuropejską, i – tak, trzeba to powiedzieć – nazistowską. Autorzy stron nie kryją się z tym specjalnie. Mają się nawet za obrońców wolnego słowa i instytucje wspierające swobodne wyrabianie sobie przez czytelników własnego zdania. Brak zdecydowanych działań ze strony państwa, które w końcu powinno przestrzegać zasad konstytucyjnych, powoduje, że istnieje milczące przyzwolenie na tego rodzaju literaturę i jej popularyzację. Stoi to w rażącej opozycji do działań tegoż państwa, które wytrwale tropi używanie tzw. wadliwych kodów pamięci w mediach zagranicznych.

Jak bumerang powraca w dyskusjach na tematy polsko-niemieckie, zwłaszcza po prawej stronie naszego spektrum politycznego, sprawa pokazywanego przed laty niemieckiego miniserialu „Nasze matki, nasi ojcowie“ czy używania (nie jest ważne czy celowo, czy z głupoty) tzw. błędnych kodów pamięci, jakim jest zwrot „polskie obozy koncentracyjne“. I powiedzmy od razu. W obu przypadkach krytyka jest uzasadniona, aczkolwiek rzadko odnosi się do proporcji i kontekstu tych przypadków. Mam nawet wrażenie, że je wyolbrzymia. Ile razy można w końcu przywoływać jeden, nie najlepszy serial? Ile razy można zarzucać Niemcom ów fatalny zwrot, którego o wiele częściej używają np. Amerykanie?

Jednocześnie nie znalazłem – choć może źle szukałem – żadnego słowa oburzenia z powodu druku po polsku wielu publikacji nazistów lub też osób z nimi sympatyzujących. Bez problemu można zakupić opracowania pseudohistoryczne poświęcone dziejom Europy, poszczególnych postaci historycznych, jednostek niemieckiego Wehrmachtu czy SS, publikacje o wydźwięku antysemickim czy ksenofobicznym. Przed kilkoma tygodniami jedna z gazet codziennych podniosła alarm z powodu umieszczenia w czołowych sieciach księgarskich w kraju publikacji jednego z belgijskich nazistów. Publikację wycofano wprawdzie z księgarnianego obiegu, ale bez problemu można ją kupić w internecie. Jej wydawca stwierdził m.in.:

(…) Chęć poznania poglądów ludzi, którzy byli blisko Hitlera. Większość z nich po wojnie Niemców mówi: to nie my, to Hitler. A tak naprawdę może myślą jak Degrell, tylko ze względów osobistych, koniunkturalnych nie mówią o tym głośno? Otóż Degrell ma odwagę mówić. Mało tego, nie uważał, że zrobił coś złego stojąc u boku Hitlera i chciał swojego procesu w Belgii, w której zaocznie skazano go na karę śmierci. Postrzegam go jako głos całego pokolenia Niemców, którzy poparli Hitlera w wyborach i w całej tej wojnie. Otóż nigdy nie zrozumiemy dlaczego nazizm uwiódł całe pokolenie nie tylko Niemców, jak się okazuje, bez wydawania tego typu książek.

Naprawdę bez wynurzeń Degrella wydanych po polsku nie zobaczymy istoty nazizmu?

Po lekturze tego listu zacząłem się zastanawiać, skąd u autora wzięło się to przeświadczenie, że Hitler wszystkich uwiódł i że Degrell może być – jak pisze ów wydawca – „głosem całego pokolenia Niemców“. Warto przypomnieć autorowi, że od końca lat 50. przewaliła się przez Republikę Federalną Niemiec dyskusja o odpowiedzialności Niemców za zbrodnie, nikt dzisiaj przy zdrowych zmysłach nie podważa istnienia tych zbrodni ani Holokaustu, nie wspominając o komorach gazowych w obozach koncentracyjnych. W publikacjach wspomnianego autora, którego tak broni wydawca, śladów tej dyskusji nie ma, do końca swego życia pozostał przy swoich poglądach. Na jakiej podstawie uważa się go za osobę reprezentatywną? Bo stereotyp i osobista niechęć podpowiadają komuś, że każdy Niemiec to tak naprawdę nazista?

I tu warto poruszyć na koniec wątek, który przywołano w obszernej recenzji ostatniej książki Degrella, jaka ukazała się po polsku. Pod koniec jej autor, Michał Gadziński, stwierdził:

Tak rozbudowana prezentacja autora wydaje mi się konieczna. Leon Degrelle nie jest bowiem postacią powszechnie w Polsce znaną, a musimy mieć świadomość, z czyją książką mamy do czynienia. Ktoś mógłby się obruszyć – czy godzi się w Polsce wydawać dzieła nazisty (w rodzinnej Belgii pisma Degrelle’a znalazły się po wojnie na cenzurowanym)? Moim zdaniem jak najbardziej tak. Trudno bowiem poznawać historię uznając z góry część źródeł za niesłuszne. Zresztą skoro w Niemczech publikuje się już opatrzone komentarzem historycznym „Mein Kampf” (i moim zdaniem słusznie), to dlaczego nie wydawać książek Degrelle’a?

Myślę, że autor nie wie o czym mówi. W przypadku „Mein Kampf“, na które się powołuje, chodzi o naukowe wydanie, dzieło szanowanej placówki naukowej, opatrzone licznymi przypisami, objaśnieniami i dodatkowymi tekstami, które pokazują, co się kryje pod podszewką wynurzeń przyszłego wodza III Rzeszy. W publikacji polskiego wydawnictwa nie ma ani wstępu zawodowego historyka, ani naukowych przypisów. Trudno więc mówić w tym przypadku o krytycznym wydaniu książki. Raczej o rzuceniu ekscytującego w opinii wydawcy materiału czytelnikom niekoniecznie przygotowanym do takiej lektury. W innym miejscu ten sam recenzent zdradza swe zafascynowanie Degrellem:

Atrakcyjności książce dodaje fakt tego, że pisana jest w sposób subiektywny z konkretnego punktu widzenia. Mam wrażenie, że większość prac o Wielkiej Wojnie pisana jest z perspektywy państw alianckich. Warto czasem poznać nieco inny punkt widzenia. – i szybciutko zastrzega się – Muszę jednak poczynić zastrzeżenie, że lekturę polecam jedynie osobom obeznanym z faktografią historyczną oraz warsztatem pracy historyka. Nie wszystkie opinie i interpretacje Degrelle’a można brać za dobrą monetę, a niewyrobiony czytelnik łatwo może ulec urokowi jego pasjonującego stylu.

Niemożliwe, naprawdę? A może by tak, idąc podobnym tokiem rozumowania, zacząć przybliżać czytelnikom teksty piewców proletariackiej rewolucji, a nie tylko refleksje miłośników płowowłosych Aryjczyków? Wszak kawał XX w. ukształtowany został przez reżym bolszewików.

Do czego potrzebni są więc historycy, ich prace, cała ta dłubanina po archiwach i bibliotekach? Wystarczy rzucić coś na maszynę drukarską, w pseudowstępie wpisać zdanie na temat możliwego fałszywego odczytania źródła, ale generalnie uznać, że to nie sprawa wydawcy, co i w jakiej formie dostarcza czytelnikowi. I co z tego później wyniknie. Ważne, że jakiś fascynat wyłoży nieco gotówki, by poznać wielkie, przemilczane (przez paskudną poprawność polityczną) źródło. Główkę ma otwartą i często wiedzą nie skażoną (oj, szkolna edukacjo historyczna!) Skoro wszystko można relatywizować (są dwa równorzędne stanowiska, wybierajcie proszę!), to nasza praca staje się bezprzedmiotowa.

A co z tą historyczną hipokryzją w podejściu do używania tzw. błędnych kodów pamięci poza granicami naszego kraju? Czy tolerując w przestrzeni publicznej takie teksty, ale też symbole, wypowiedzi i, niestety, także czyny, nie podkopujemy sami swojego statusu tych, co to „first to fight”, synów (i córek) „kraju bez Quislinga”? A co, jeśli choć kilku czytelników w pryszczatym wieku pomyśli sobie, no tak, nazista, ale w sumie miał chłop trochę racji… A może przykrycie się patriotyczną kołderką (w sprzedaży w różnych wzorach) zapewni nam spokój sumienia i sen bez koszmarów?

Tekst zilustrowałem fragmentem fresku Giotta z Kaplicy Scrovegnich w Padwie pt. pocałunek Judasza.

Reblog: Fajowo czyli wypowiadam wojnę przecinkom!

Z blogu: Tęsknoty prostaka

niedziela, 9 października 2016

Dariusz Sobala

Byliśmy z żonusią obejrzeć festiwal światła na naszej Piotrkowskiej i w jej okolicach. Było ciemno i masa ludzi. Pewnie ze dwadzieścia procent przybyłych nabyło drogą kupna mrugające na różowo kocie uszy mrugające ledami opaski na buty oraz kompletnie idiotyczne mrugające ciupaski rodem ze Star Wars.

I wszyscy szli tam gdzie mrugające lampiony zwisały z drzew a świecące białym światłem dwumetrowe meduzy zwisały dla odmiany z drzew. Pod nimi zaś rosły dwumetrowe grzyby. Było fajowo. Zdumieni grzybowym wysypem w centrum Łodzi Łodzianie stawali pod nimi i pstrykali sobie fotki. Do tańca przygrywał zespół składający się brodacza w czapeczce wykonującego frykcyjne ruchy i pomagającego sobie dłońmi tarmoszącymi stary gramofon. Był fajowy. Wielu oglądaczo-słuchaczy w wieku mocno przedszkolnym darło się wniebogłosy w swoich wózkach pod czujnym wzrokiem ociemniałych panującymi ciemnościami mam i tatków pchających swoje pociechy po rozdeptanych trawnikach. Błoto na trawnikach było fajowe.
Gdy tak kluczyłem wśród fioletowo-zielono-niebiesko-białej kakofonii setek doznań po parku Śledzia rozwiązał mi się but. Wiązanie buta jest fajowe ale nie ma znaczenia w tej opowieści. Później dotarliśmy na Plac Wolności który jest diabelnie fajowy zwłaszcza nocą i gdzie dawali fajowy spektakl z gatunku światło i dźwięk po którym wszyscy runęli w dół Piotrkowskiej w celu obejrzenia innych fajowych pomysłów innych brodaczy ze zintegrowanymi mózgami z komputerami.

Rzecz jasna i my pstryknęliśmy sobie kilka fajowych fotek…

Niestety… Zaczęło padać a nasze fajowe parasole i parasolki zostały w domu. Na szczęście przy “Magdzie” grał zespół składający się saksofonisty altowego basisty i tego co gra na cyji. I tych trzech niemłodych już panów dało czadu unplugget przy którym zmokłem do cna i wróciliśmy do naszego fajowo cieplutkiego domciu kupując po drodze fajową flaszkę jarzębiaczku aby przerobić ją na fajowe drinki do kolacji.
Byłoby to w zasadzie wszystko co chciałem napisać gdyby nie skojarzenia od których teraz nie umiem się uwolnić.
Ogólnie fajowe doznania weszły bowiem w konflikt z pewną wypowiedzią nie mającą się nijak do mojego dzisiejszego wpisu ale miażdżącą moje fajowe samopoczucie.

Pewien potomek Majów a może Azteków ośmielił się powiedzieć mniej więcej te słowa…

– Kiedy przed wiekami przybyli do nas księża niosąc słowo boże mieli tylko biblię a my mieliśmy całą ziemię. Teraz owi misjonarze mają całą ziemię a my tylko biblię…

Mam ogromną nadzieję że dzisiejsze kościelne mózgi nie dopatrzą się niczego złego w wieczornym spacerze po Piotrkowskiej celem zobaczenia światełek oświetlających kamienice albo wysłuchania doskonałego tria starszych panów grających światowy przebój z “Opery za trzy grosze” bo to by było cholernie niefajne.
I mógłbym któregoś z nich bardzo mocno kopnąć w jego świątobliwą dupę a to byłoby bardzo fajne!
Good night.

Pani Irenka 6

Karolina Kuszyk

Na czarno wszystkie, elegancko

Byłam. Byłam. Byłam, pani. Pani była też? Bo nie widziałam. A, później pani przyszła. Ja byłam, z synową, Dawidkiem i tą jego Karolinką. Syn mój nie poszedł, bo mówi, że mamo, to kobiece sprawy są, ja tu robotę mam, załatwianie, wspieram was i tego, ale pójść to raczej nie będę szedł. I za to Dawidek strasznie na syna zły. Synowa tego samego, nie odzywa się teraz do niego. Tak, pani, i dobrze, i ja też mu swoje powiedziałam, że to bardzo synu nieładnie. No, wojna domowa, pani. No i tak, powidła miałam robić, takie już ostatnie, wszystko sobie naszykowałam, śliwki pomyłam, słoiki. Bo ogórki to już dawno ponawsadzałam, a pani wsadzała? Ogórki na zimę zawsze dobrze mieć, bo to same witaminy, pani. No i już się za te śliwki miałam zabierać, a tu moi przyszli, ale bez syna, już mówiłam, prawda? No, przyszli, że idziemy babciu. To się z nimi zabrałam. Ja tak na czarno to niezbyt chodzę, to mi synowa taki szal duży piękny przyniosła, wełniany, zamotała na tym moim płaszczu, jesionce takiej raczej, i już na czarno byłam, elegancko. I beret czarny też sobie założyłam, co się z niego Dawidek z Karolinką śmieją, że moherowy. I żeśmy poszli na ten rynek, a tak wypadło, pani, że z tyłu zaraz kościół ten duży mieliśmy, to ja co i raz obracałam się, bo jakoś w strachu byłam, że coś z tego kościoła nagle wyjdzie. Co, co, bo ja wiem co, pani. No, ale za dużo nas tam było, żeby wychodziło. I wszystko tam po porządku, grzecznie odbywało się. Żadnego przepychania, nic, pani. Wszyscy poważni, uprzejmi tacy do siebie, czasem nawet kto zażartował. Dziewczyna taka młoda prowadziła z mikrofonem, tej Karolinki koleżanka, i hasła takie różne nam zadawała, żebyśmy krzyczeli. Czekaj pani. O, mam: Ręce precz od polskich kobiet. Prawda, że ładne? A jedna babka to miała na transparencie napisane: Martwa dziecka nie urodzę. Co prawda, to prawda, pani. Ale jak żeśmy tam jechali, to wcale Dawidek miejsca nie mógł znaleźć, żeby auto zaparkować. Szukał a szukał, tyle ludzi zajechało. Kobiet znaczy. I dużo to z tymi wieszakami było. W jednej ręce parasol trzyma, a w drugiej wieszak niesie. No, że to względem tej aborcji nielegalnej, bo to tymi wieszakami, drutami jakimiś, czym bądź odbywa się. Tak sobie tam stałam, patrzyłam na te kobiety i myślałam. Ten niby wieszak to taka, jak to mówią, kobieca rzecz, bo kobieta to wiadomo, strojenie lubi, te ubrania, te biżuterie, to wszystko. I tak mi się względem tych wieszaków o pani prezydentowej pomyślało, bo ona zawsze taka ubrana, te kostiumy, te buciki, te torebki takie zawsze ma. Na zadbaną kobietę zawsze miło popatrzeć, pani. Ja tak wcześniej już czekałam, żeby może ona co powiedziała, do tych kobiet, o tym wszystkim, no w ogóle coś, żeby było wiadomo, żeby one tak same nie szły w tym deszczu, pani. Ale nic, pani, nie powiedziała. Jak to mówią, woda w usta. Chociaż one jakby już wiedziały, te kobiety, że ona nic nie powie, pani. I może ten wieszak to też dlatego, że on taka sama niemota jak ta pani prezydentowa. Tyle wszystkiego że ubranie powiesić.

poniedzialek2paniirenka

Ilustracje: Nadia Linek