Wyjdą z bloga i poczytają w kawiarni…

Krystyna Koziewicz i Roman Brodowski

W międzyczasie padło już pytanie, a co Krystyna i Roman będą czytać? Odpowiedziałam, że teksty… różne, z bloga, ale (zapewne) nie tylko…

Pomyślałam więc, że może jednak przypomnę tu fragmenty znakomitych tekstów ich obojga, które najbardziej lubię. Nazywam je dla siebie “Górka” i “Chałupa”. Tak je lubię, że owa górka i chałupa znalazły się na plakacie i ulotce.

Krystyna Koziewicz, Chałupa

A dom wciąż stoi…

i trwa niezmiennie, a ja wciąż do niego wracam, bo daje mi spokój i poczucie bezpieczeństwa… Każdego roku czekam na to spotkanie z przeszłością cierpliwie i pełna nadziei, choć wiem, że w życiu nie ma nic pewnego i w każdej chwili może się zdarzyć wszystko, co uniemożliwi to spotkanie. Na samą myśl, że mogłoby się tak stać, odczuwam irracjonalny strach, ,,że coś ważnego stracę i nigdy już tego nie odnajdę.” (…)

Tak więc cała jestem pośpiechem i tęsknotą za tym, co było i pozostanie moją największą miłością – moim domem rodzinnym. Moja twierdza i prawie święta przestrzeń. To dom z duszą, która sprawia, że chce się w nim BYĆ i wciąż smakować każdą mijającą chwilę. Jest w tym wszystkim coś, co zahacza o magię, ale nie potrafię tego nazwać, choć to COŚ jest we mnie od lat.

Co więcej, ta stara, poczciwa CHAŁUPA, jak nazywaliśmy to nasze gniazdo rodzinne, wciąż jest nam wierna i pełna ciepła. To nic, że kiedy się na nią patrzy z zewnątrz, przypomina chatę żywcem przeniesioną ze skansenu; najważniejsze, że jest nasza i że wyzwala wspomnienia, przenosi nas w miniony czas, którego fragmenty wciąż żyją w pamięci. Pewnie dlatego tak bardzo lubię tu wracać…

Trzeba przyznać, że podobnych chatek niewiele już pozostało w Małopolsce. W sąsiedztwie murowanych willi wyróżniają się innością, a nasza CHAŁUPA szczególnie, i nijak nie pasuje do dzisiejszych czasów. Tylko na tle przyrody prezentuje się fantastycznie! Wciąż stoi sobie na wzgórzu i z każdej strony jest jakby przytulona do drzew. Jej oczami są okna, przez które widać przecudny krajobraz pól i łąk. Zmienia on barwę w zależności od pory roku. W dzieciństwie to był cały mój świat!

(…)

Miałam zaledwie siedem lat, kiedy opuszczałam dom na wzgórzu. Pamiętam żal, który mną wtedy targał… I choć nie byłam w nim osamotniona, bo przecież to samo pewnie czuła mama i moje rodzeństwo, to jednak miałam wrażenie, jakby cały świat mnie opuszczał. Czas jednak zrobił swoje i to, co kiedyś bolało, teraz nieco przybladło, ale nie znikło. Wciąż jest we mnie, choć nie przeszkadza mi cieszyć się, gdy nadarza się okazja, by odwiedzić stare miejsca. Bo pragnienie przeniesienia siebie w te bliskie mi miejsca i zatrzymanie choćby cząstki tego świata w sobie na zawsze jest tak wielkie, że sama tego nie pojmuję. Czy kiedykolwiek pojmę?

(…)

Potrzebowałam wiele czasu, żeby przystosować się do miejskiego życia. Można powiedzieć, że już od kołyski związana byłam z naturą. Urzekła mnie bogactwem barw i ukształtowała mój świat wyobraźni. Najbardziej uwielbiałam siedzieć nad potokiem i obserwować „śmigające” rybki, ale uprawiałam też wspinaczkę po drzewach i zaglądanie do dziupli. Biegałam po łąkach za motylami. Zbieranie kwiatów na wianki było wręcz kosmicznym szczęściem!

Za to ogród karmił mnie owocami, których smak do dzisiaj pamiętam. Takich poziomek, malin, czernic i orzechów nigdy już później nie jadłam… Te siedem lat spędzone na wsi było tak gęste od wrażeń, że spowodowało, iż tylko z tym miejscem się identyfikuję.

Dom to nie tapety, nie meble, nie kąt z żyrandolem, obrazem…
Dom to tam, gdzie, choćby pod gołym niebem, ludzie są razem…

Wiktor Woroszylski

Roman Brodowski, Górka

Prawie każdy z nas miał lub ma swoją zimową górkę, swoje miejsce zimowych igraszek, miejsce, do którego chętnie powraca wspomnieniami.
I ja miałem taką moją górkę. Znajdowała się tuż obok naszego kościoła. Była nią nasza wiejska ulica, a właściwie piaszczysta droga, z niedużym, ale dość długim spadem, w okresie zimowym wspaniale nadająca się na plac zabaw dla dzieci z naszej okolicy. Po tej drodze jeździła zazwyczaj furmanka sąsiada, kilka rowerów i sporadycznie, raz, może dwa razy na dzień, jakieś auto. Więc nie było w tym nic dziwnego, że przy pierwszych opadach śniegu, ulica bez przeszkód stawała się rajem dla spragnionych zimy, amatorów sanek, nart czy łyżew, i to nie tylko tych najmłodszych. W tamtym czasie, w okresie mojego dzieciństwa, a było to na początku lat sześćdziesiątych, śnieg z reguły pojawiał się punktualnie na początku drugiej dekady grudnia i leżał aż do początków marca. Zimy bywały o wiele chłodniejsze, ale i o wiele ciekawsze niż dzisiaj.
Jednakże pewnego roku zima, nie wiedzieć czemu, nadeszła z wielodniowym opóźnieniem. Codziennie z niepokojem spoglądając na niebo, czekaliśmy pierwszych opadów białego puchu. Niestety poza stadami latających z głośnym krakaniem wron na tle szaropierzastych chmur niczego innego nie widzieliśmy. Jeszcze w dniu wigilii mieliśmy nadzieję, że po pasterce, nocą, przyjdzie ta długo oczekiwana chwila, że obudzimy się w pierwszy dzień Bożego Narodzenia, zasypani po kolana, w srebrzystym oceanie śniegu. Jednakże ani pierwszego ani drugiego dnia nic się nie zdarzyło. Były to pierwsze święta w moim życiu bez śniegu i, chociaż mróz dawał się we znaki, a pokryty grubym lodem staw, znajdujący się w samym środku naszej wsi, zapraszał do zabawy, nie miałem ochoty wychodzić z domu.
Aż tu nagle, niespodziewanie, wczesnym porankiem, w dzień przed sylwestrem, ktoś kilka razy uderzył czymś miękkim w okno. Podszedłem i odsłoniwszy zasłonę, zobaczyłem stojącą przed nim Marysię. Odziana w gruby wełniany sweter, opatulona w również wełnianą , kolorową chustę, w jednej ręce trzymała sznurek od sanek, zaś w drugiej ulepioną, gotową do rzucenia, śniegową kulkę. Wokół niej, gdzie tylko okiem sięgnąć, leżała gruba warstwa połyskującego w porannych promieniach słońca świeżego, srebrnobiałego śniegu.
– Jest! – krzyknąłem uradowany. Hura! Mamy prawdziwy śnieg!

(…)

uż za progiem usłyszeliśmy gwar dziecięcych głosów i śmiechy, dobiegające od strony kościoła. Zbyszek, „zaprzężony” do naszych nowych, dwuosobowych sanek, na których siedziałem ja i przytulona do mnie Jola, ruszył pierwszy. Sanki dostaliśmy kilka dni temu jako prezent pod choinkę. W ślad za Zbyszkiem szła Krysia, ciągnąc za sobą naszą wesołą przyjaciółkę. Po kilku minutach dotarliśmy na miejsce. Na górce znajdowało się już kilkanaście osób. Niektórym dzieciom towarzyszyli rodzice, którzy zajęci byli przygotowywaniem górki do bezpiecznych zjazdów.
Zbyszek, pozostawiając nas pod opieką Krysi, udał się do naszego sąsiada, który wraz z innymi, szeroką łopatą odśnieżał pobocze drogi, tworząc niejako prowizoryczny chodnik. Po krótkiej rozmowie, przejął od niego łopatę, a sąsiad tymczasem posypywał odśnieżone miejsca przygotowanym wcześniej piaskiem. Niektórzy rodzice ugniatali śnieg na trasie zjazdu, usuwali leżące gdzieniegdzie przeszkody lub wypełniali śniegiem niebezpieczne dla sanek dziury.
My natomiast, przedzierając się przez zaspy koło muru oddzielającego przykościelny cmentarz od ulicy, zaczęliśmy lepić bałwany, budować zamki, igloo i inne budowle, by potem z ukrycia prowadzić walkę, obrzucając się wzajemnie śniegowymi kulkami. Nawet ksiądz, zamieniając sutannę na spodnie, wziął czynny udział w  przygotowaniach do inauguracji naszego toru saneczkowego. (…)

Około południa tor był wreszcie gotowy. Nastąpiło uroczyste otwarcie. Najpierw wszyscy obecni, zwłaszcza dzieci (a było nas więcej niż na niedzielnej mszy porannej), skupiwszy się wokół księdza, wysłuchaliśmy jego przestróg, zaleceń i zakazów. Następnie zaproszony milicjant odsłonił znak informujący, że przejazd tą drogą jest zamknięty do odwołania, a do ulicy dotrzeć można objazdem, po czym ksiądz błogoławiąc niejako to miejsce, jako pierwszy zjechał na sankach w dół. Ileż było uciechy, gdy pędząc z wesołym okrzykiem, w połowie drogi spadł z sanek, a potem niby biała śnieżynka wstawał oblepiony śniegiem.
– To na szczęście, na szczęście! – wołaliśmy rozbawieni.
– Ja wam dam „na szczęście”, hultaje – odpowiedział pleban, uśmiechnął się jednak nader dobrodusznie i poszedł.
My natomiast, zgodnie z zaleceniami księdza, pod kontrolą osób starszych rozpoczęliśmy prawdziwą zabawę, zjeżdżając do późnego wieczora bezpiecznie na sankach, nartach i innych przedmiotach. Jak dobrze że nowy rok spędzimy na naszej pszczółkowskiej górce.

 

Reblog przedwielkanocny z Malty

Udało mi się nadzwyczajnie, bo na dziś i na jutro dosłownie w ostatniej chwili nadpłynęły wspaniałe teksty.

Piotr Beszczyński

Wszystko, co maltańskie…

Jak zapowiedziano w marcowym wpisie, tak zrobiono. Udano się mianowicie na Maltę, przy wykorzystaniu niedrogiego aeroplanu, łączącego dwa razy w tygodniu ten sławny archipelag z Gdańskiem.

Jak na dłoni widać, że wyspy (Malta jest główną i największą) ulokowały się pośrodku Morza Śródziemnego. A że przez tysiąclecia jego wybrzeża stanowiły pępek cywilizacji (przynajmniej z naszego, europejskiego punktu widzenia), to na Malcie siłą rzeczy krzyżowały się najważniejsze morskie szlaki śródziemnomorskiego świata, zaś ich kontrola poprzez panowanie nad wyspą nęciła wszystkie liczące się w historii Europy imperia. Rzucającym się dzisiaj w oczy tego efektem jest wymieszanie genetyczne nielicznej ludności państewka (niespełna pół miliona, tyle co Gdańsk), unikalny język, oraz ogromna ilość interesujących zabytków, z których najstarsze mają grubo ponad 5 tysięcy lat.

Nie chcąc zanudzać Czytelników opisem zawiłych losów historycznych, odsyłam zainteresowanych do nieocenionej Wikipedii, gdzie znajdą kompendium wiedzy o Malcie. Poniżej zaś dzielę się refleksjami z zaledwie dwudniowego pobytu wedle klucza, gdzie nazwa wyspy występuje w formie przymiotnikowej. Ilustracje to zdjęcia naszej roboty oraz szkice autorstwa Ani.

  • Maltańska artyleria i maltańska duma

Strzelająca raz dziennie na wiwat nadbrzeżna bateria jest jedyną aktywną (w widoczny sposób) pozostałością militarnej przeszłości Malty : niezliczonych bitew, oblężeń, ostrzałów i nalotów. Dramatyczne epizody trwają w pamięci, jednak prawdziwym powodem dumy Maltańczyków jest ich skok cywilizacyjny w ostatnich latach, wyraźnie związany z członkostwem w Unii Europejskiej. Duma narodowa może być, jak widać, radosna i optymistycznie skierowana ku przyszłości, zauważana i doceniana przez inne nacje. Bywa jednak również inna: pełna pretensji, obolała, konstruowana i dekretowana w myśl politycznych potrzeb rządzących, wykrzykiwana przez nich zdziwionemu światu. Wolę tę maltańską.

  • Maltańska prezydencja i maltańska „arogancja władzy”

Malta sprawuje aktualnie prezydencję Unii Europejskiej, stąd większa zapewne niż zazwyczaj ilość unijnych symboli w publicznych przestrzeniach.

Natomiast widoczne poniżej oznaczenia rezerwacji miejsc parkingowych na ulicy dla Urzędu Premiera, Prezydenta, Ministra Spraw Zagranicznych, Prokuratora Generalnego czy Rzecznika Praw Obywatelskich, to jedyne przejawy wynoszenia się władzy państwowej ponad ogół.

No, jeszcze warta przed Pałacem Prezydenckim (za czasów Kawalerów Maltańskich – siedzibą Wielkiego Mistrza)

  • Maltański krzyż, maltańska religijność i maltański język
    X

Charakterystyczny, o równych i rozdwajających się na końcach ramionach, wywodzi swój pierwowzór ponoć z italskiego Amalfi, gdzie były zaczątki działalności Joannitów – Szpitalników – Kawalerów Maltańskich (zarys dziejów tego zakonu można sobie także przypomnieć, wracając do marcowego wpisu tego blogu), których stał się znakiem rozpoznawczym. Do dzisiaj wszechobecny w maltańskim krajobrazie, nie mówiąc o kościelnych wnętrzach (na ostatnim zdjęciu poniżej nie ma wprawdzie krzyża, jest za to sugestywny, bardzo typowy fragment posadzki)


Malta to kraj niemal w całości katolicki, jednak frekwencja w kościołach nie jest duża (być może wynika to z wyjątkowo wysokiego wskaźnika świątynioosobowego, bo kościołów jest mnogość, a mieszkańców niewielu). Wrażenie robi natomiast liturgia sprawowana w unikalnym języku maltańskim, melodyką chyba najbardziej przypominającym arabski. Fachowcy zaliczają maltański do grupy języków semickich (podobnie jak hebrajski czy arabski), spośród których jako jedyny zapisywany jest alfabetem łacińskim.

Z językami spotykamy się na wyspie także w nieco innym znaczeniu; tak mianowicie (Langua) zwano grupy narodowościowe w strukturze Zakonu Maltańskiego. Każdy z „Języków” odpowiadał za obronę innego odcinka fortyfikacji i każdy posiadał swój okazały dom modlitwy (i nie tylko modlitwy zapewne), zwany po prostu oberżą.

Jak rycerz nie zdzierży, bieży do oberży! (chyba niezłe na dyktando!)

  • Maltańscy Kawalerowie, maltańskie panny, maltańska młodzież

O Kawalerach Maltańskich trochę już było; najbardziej czytelne ich wizerunki znaleźliśmy w sklepie z pamiątkami:

W centrum stolicy stoi natomiast okazały pomnik Wielkiego Mistrza Jeana de la Valette, który po odparciu tureckiego oblężenia w 1565 roku, kazał wybudować od podstaw miasto, nazwane jego imieniem (Valetta).

Raz Kawaler Maltański, obrońca Valetty,
w przerwach między wojnami jął szukać podniety.
Próbował budowy szańców i odmawiania różańców,
lecz w końcu grzeszne oko dojrzało… kobiety!

W odróżnieniu od Kawalerów, panny maltańskie spacerują po ulicach „na żywo”.

Maltańską młodzież szkolną oprócz daty urodzenia wyróżniają jednolite mundurki, co budzi zrozumiałe zainteresowanie uczestników studenckich wycieczek uniwersytetów trzeciego wieku.

  • Maltańska fauna

Maltański pies (maltańczyk) – podobnie jak w przypadku Kawalerów Maltańskich nie udało się zaobserwować żywego egzemplarza, dlatego przedstawiam wizerunek wiszący w pałacyku rodziny Piri (warto też zwrócić uwagę na twarze odbite w szybie chroniącej obraz:)

Maltański pies z importu (dostępny na dworcu autobusowym):
X

Maltański wieprzek (w towarzystwie):
X

Maltański królik (próbowaliśmy, niezły):
X

Maltański koń zaprzęgowy (z kuposprzątaczem):
X

Maltański sokół roczna zapłata wnoszona przez Wielkiego Mistrza cesarzowi Karolowi V za podarowanie Malty zakonowi Joannitów. Naturalnie cesarz kalkulował znacznie większe korzyści z transakcji, mające strategiczny charakter, w czym się nie zawiódł. Ptaszysko jednakowoż stało się znanym symbolem, a także pożywką dla twórczości literackiej i filmowej. Najłatwiej spotkać je dzisiaj tam, gdzie sprzedają souveniry:
X

Maltańska martwa natura – jak pewnie zauważyliście, większość przedstawionej tu maltańskiej natury wygląda na martwą. Dla uzupełnienia jeszcze jedna, nie wiadomo dlaczego – z Buddą:
X

    • Maltańskie Trójmiasto (10 minut promem z Valetty)
      X

      X
    • Maltańska bandera (tania) – chętnie wykorzystywana przez armatorów w zrozumiałym celu ograniczenia obciążeń podatkowych. Rodzimy ślad: maltańską banderę noszą statki Polskich Linii Oceanicznych.
      X

      X
    • Maltańskie balkony – zabudowane, stanowią bardzo charakterystyczny element miejscowej architektury (zwłaszcza w Valetcie):


      Maltańskie landszafty








      Zazwyczaj na zakończenie wpisu umieszczałem kilka słów komentarza do jakiegoś „świeżego” wydarzenia. Tym razem będzie inaczej, bo wpis powstawał w okolicy 10 kwietnia; wszystko zatem powyłączałem, aby odciąć się od medialnej tupolewizny. Wiem wszakże, że Wielkanoc nadchodzi i wkrótce dobiegnie końca niezwykły czas Wielkopostnego Zdziwienia Wątroby. Zalecam sobie i innym stopniowe oswajanie tego organu z okolicznościami świątecznymi, jak również zwrócenie uwagi na duchowy wymiar przeżyć najbliższych dni. Życzę spokoju, pogody, optymizmu mimo wszystko, no i zdrowia, ma się rozumieć. Alleluja!!!

Hi stranger

Hi stranger ist ein Kunstprojekt von Kerstin Lepore, amerikanischer Filmanimatorin, wurde schon von 1,5 Milionen Zuschauer angeklickt. Das geschlechtlose Knetwesen von Lepore sieht wie ein Wurm aus. Ist es ekelhaft oder androgyn modern?

Hi stranger to projekt artystyczny amerykańskiej autorki filmów animowanych Kerstin Lepore. Biała bezpłciowa istota z modeliny wygląda jak blada gąsienica i jest (chyba) odrażająca, ale może raczej wyraża nasze marzenia o androgynicznej ponadpłciowej równości. W każdym razie film obejrzało już 1,5 miliona widzów.

Der Kurator (und die Kurator*innen)

tip und Zitty Jubiläum – Fotogalerie von der Eröffnungsfeier

Am 1. April hat man die Geburtstage von tip und ZITTY in der Galerie Neurotitan gefeiert. Die Eröffnung der Ausstellung „Berlin.Stadt.Magazin“ kuratiert von Jacek Slaski, war unglaublich gut besucht! Alle, die die Ausstellung noch nicht gesehen haben oder sie sich noch einmal in Ruhe anschauen wollen: Die Galerie Neurotitan ist von Montag bis Samstag zwischen 12 und 20 Uhr geöffnet. Eingang durch den Shop.

Fotografin F. Anthea Schaap war dabei. Hier geht es zur Fotogalerie von dem großen Prima-Aprilis-Event. Unten – ausgewählte persönliche Lieblingsstücke:

Mein Sohn, der Kurator

Sein Sohn (der zukünftige Kurator?)

Anna Krenz, die Ehefrau des Kurators, die Mutter des zukunftigen Kurators, selber immer wieder Kuratorin (mit blondem Zopf, gesehen leider nur von der Seite; kein besseres Foto gefunden); von vorne gesehen Dorota Kot, eigentlich eine Projektleiterin, aber immer wieder auch eine Kuratorin.

Ich (ab und zu auch Kuratorin) mit dem zukunftigen Kurator, meinem Enkeln; die von uns studierte Comickunst passt zur Ausstellung. Beide tragen wir die gelben Schue – so ein zufälliger Partner-Look:

Die Redaktion vom Tip, ein Werk (nach Leonardo da Vinci) von Anna Krenz, die u.a. eine Graphikerin ist.

Ich neben dem Kurator, auf der anderer Seite von ihm Anina und Michał (Cousin des Kurators), beide Graphiker und Kuratoren:

Die Geburtstagstorte vom Tip (der ältere Bruder, 45 J.) und Zitty (die jüngere Schwester, 40). Was für ein schöner Alter!

Drei meine Lieblingsexponate von der Ausstellung:

Barataria 12 reblog Bestiariusz kulturalny

Z przyjemnością informuję, że pod wpisem Barataria 11 zgłosił się autor blogu Bestiariusz kulturalny, który, podobnie jak ja, wędruje sobie po różnych zakątkach kultury i dotarł również do Baratarii. Tu reblog jego wpisu z 20 stycznia 2016 roku. W ogóle blog bardzo interesujący, polecam!

Insula Barataria czyli władztwo Sancho Pansy

I choć był to jedynie okrutny żart Księcia i Księżnej, Sancho Pansa otrzymał osta­tecz­nie obiecane przez Don Kichota władztwo nad wyspą. Błędny giermek wyruszał ze swoim błęd­nym panem na dwie wyprawy licząc na łupy (które naprawdę zdobył) i na zdobycie gubernatorstwa wyspy, którą „zwykle błędni rycerze nagradzali swoich giermków w romansach rycerskich”.

Nasz dzielny gubernator po krótkiej podróży przybył do małego miasteczka, liczącego około tysiąca mieszkańców, które było jedną z główniejszych posiadłości księcia. Oświadczono mu, że to jest wyspa Barataria. („Don Kichote” w tłumaczeniu W. Zakrzewskiego)

Miłośnicy Don Kiszota zidentyfikowali większość miejsc gdzie toczyła się powieść Cervantesa oraz sporządzili przy pomocy Google Earth prezentację, opierajac się na bardzo szczegółowej mapie Hiszpanii z 1798: http://trv-checkin.s3-eu-central-1.amazonaws.com/wp-content/uploads/sites/12/2015/04/Mapa.png

Wyspa Barataria została zaś zidentyfikowana jako miasteczko Alcala de Ebro. http://cultura.elpais.com/cultura/2015/08/22/actualidad/1440259627_292359.html

https://www.google.com/maps/search/41.814036,-1.194081+alkaba/@41.8180204,-1.1840198,3098m/data=!3m1!1e3

Jak nazwa wskazuje mieści sie przy rzece Ebro w północnej Hiszpanii. Rzeka ta w tym miejscu meandruje, tworząc półwyspy, które w trakcie powodzi zamieniają się w wyspy. Tereny te znał dobrze Cervantes i być może dlatego umieścił tutaj jeden z epizodów swojej genialnej książki.

El río Ebro desde la Insula de Barataria (Alcalá de Ebro). España.

Jak to wspomnieliśmy na początku, przyznanie gubernatorstwa wyspy Sanchowi, było jedynie spowodowane tym że w swoim szaleństwie Książe i Księżna chcieli szydzić z naszego Giermka, gdy będzie – przekonany o swojej ważności – sprawował rządy nad podłą mieściną.

I choć Sancho na żarcie się nie poznał, to rozumiał, że takie nagłe jego wyniesienie jest wbrew naturze. Zrezygnował mówiąc:

— Żegnam was, panowie, każcie otworzyć mi bramę i pozwólcie wrócić do dawnej swobody. Nie jestem stworzony na gubernatora, nie umiem bronić wyspy przeciw napastnikom. Moim rzemiosłem jest uprawa ziemi, a nie obrona królestw i praw dyktowanie. Świętemu Piotrowi dobrze w Rzymie, a mnie w chacie mojej w dymie. To ma znaczyć: niech każdy siedzi, gdzie mu należy i nigdzie dalej nie bieży; niech strzeże swego powołania i chroni się górę sięgania. Mnie bardziej przystał sierp do ręki, niż królewskie berło, wolę też co dzień najeść się barszczu ze szperką, niż dać się zamorzyć doktorowi, który nim znajdzie dla mnie potrawę, brzuch mi pozielenieje z głodu. Żegnam was, panowie, raz jeszcze, powiedzcie ode mnie księciu, że nagi przyszedłem na świat i nago zeń wychodzę, to ma znaczyć, że objąłem rządy bez grosza i tłumoczka i bez grosza i tłumoczka z nich wychodzę, zupełnie przeciwnie, niż wszyscy gubernatorowie. Dzień dobry i dobranoc wam, panowie! Puśćcie mnie; muszę kazać się obandażować, bo dzięki nie­przy­ja­cio­łom, którzy potratowali mnie i więcej niż sto razy prze­spa­ce­ro­wali się po mnie, mam prawie wszystkie żebra popękane.

Reblog: Magdalena Wosinska auf Instagram

Magdalena Wosinska zeigt auf ihren Reisefoto alles – auch von sich selbst

reblog

Aktualisiert am 31. März 2017, 16:01 Uhr / rebbloged am 31. März 2017, 17:37 Uhr

Magdalena Wosinskas liebt das raue Meer, einsame Wüstenlandschaften und hohe Berge. Sie ist gefühlt nur im Urlaub und macht die wohl ungewöhnlichsten Reisefotos auf Instagram. Denn auf denen zeigt sie einfach alles – auch von sich selbst.

Fotografin Magdalena Wosinska ist ein ganz besonderer Instagram-Star. Denn die gebürtige Polin ist nicht wie andere Influencer durch lustige Videos oder gar tolle Outfits berühmt geworden. Wosinska postet zwar immer wunderschöne Selbstportraits von traumhaften Urlaubsdestinationen. Der Grund für die Bekanntheit ihrer Bilder dürfte aber ein anderer sein, der kaum zu übersehen ist:

Auf jedem ihrer Fotos ist die junge Frau vollkommen nackt. Im Interview mit dem Magazin “Foam” erklärte die talentierte Schönheit, dass ihre Bilder “durchdacht, kunstvoll zusammengestellt und aufwändig” seien. Tatsächlich ist der künstliche Aspekt bei allen Aufnahmen sichtbar. Deutlich.

Doch auch wenn die 32-Jährige in ihren Fotos fast alles von sich zeigt, bleibt eine Sache dabei stets versteckt: ihr Gesicht. Damit erschafft sie einen kleinen Mythos um ihre Person, was die Bilder nur noch interessanter macht.

Übrigens fotografiert Magdalena Wosinska nicht nur sich selbst: Sie hat schon Werbekampagnen für große Kunden wie Urban Outfitters oder Converse geschossen und sogar eine Fotostrecke für die “Vogue” geshootet. © spot on news

Reblog z siebie samej: Szwajcarzy patrzą na Polskę

Opublikowałam tu tekst, który “chodził za mną” od lat, a teraz
właśnie dojrzałam do tego, by go tu zreblogować. Może dlatego że ukazał się w surrealistycznym cyklu, analizującym zagadnienie, jak widzą Polskę ludzie z innych krajów, kultur i światów? Nazywa się też stosownie: W Polsce czyli nigdzie. Dziś, po wygranej PolskiPiS w Brukseli 1:27, coraz ciekawsze wydają się pytania: czy my w ogóle jesteśmy bytem , który “oni” są w stanie zrozumieć? co oni widzą, gdy patrzą na nas? A może: co oni w nas widzą?

Ewa Maria Slaska – Polska – kraj, którego nie ma

Dwanaście tomów pamiętników – czarno oprawione książki w czarnej kasecie przypominają Czarny Kamień z Kaaby. Autorem pamiętników jest niejaki Roberto Manetti, zmarły przed 10 laty mieszkaniec Zurychu. Książka ukazuje się w wydawnictwie Ammann Verlag, stając się bestsellerem na rynku wydawniczym, mimo że do tanich nie należy. Wywołuje coś w rodzaju kultu, okazuje się, że ludzie czytają ją w specjalny, namaszczony sposób, na przykład wyjeżdżając na miesiąc na urlop do jakiejś samotni. Jednak dociekliwy narrator, Paul Meier, który wciąż jeszcze książki nie przeczytał, orientuje się, że czytelnicy tajemniczych pamiętników znikają. W tym momencie rozpoczyna się akcja powieści Czytając Manettiego. Meier zaczyna poszukiwania, próbując rozwikłać kryjącą się za zniknięciami tajemnicę książki. Niebawem dochodzi do wniosku, że poszukiwani żyją, a ktoś pomaga im znikać; oni zaś robią to dobrowolnie. W pewnym momencie narrator sam chciałby zostać „zniknięty”, ale wie, że właściwie nie może, bo jest detektywem. Znikają bowiem tylko ci, którzy spełnili kilka warunków: mają tę książkę na własność; przeczytali ją całą po raz pierwszy w szczególny, pełen oddania sposób; przeczytali ją po raz drugi; odkryli w 11 tomie ukrytą wskazówkę – jest tam data (jedyna dokładna data w całej książce), która tak naprawdę jest również numerem telefonu w Zurychu; następnie zadzwonili pod ten numer i wreszcie wyrazili chęć poznania tajemnicy dobrego życia.

Historia czytania Manettiego i odkrywania tajemnicy wydania jego pamiętników to pierwsza i najważniejsza część książki. W drugiej części zagadka się wyjaśnia. Manetti, zamożny przemysłowiec i handlarz kawy, wcale nie umarł, tylko upozorował swoją śmierć, nie napisał też książki, ale zlecił jej napisanie, oraz ustalił okoliczności jej wydania oraz znikania czytelników. Sam przeniósł się na stałe do Brazylii, gdzie już wiele lat wcześniej rozpoczął w małym miasteczku tworzenie samowystarczalnego systemu ekonomiczno-społecznego, opartego na zasadach równości, ekologii i zrównoważonego rozwoju. Ta idea, pozwalająca uwolnić się od kontaktów ze światem wielkich konsorcjów przemysłowych i kapitalizmu – rodzaj kibucu czy komuny – działa jednak dopóty, dopóki jej realizacja nie przekroczy określonej wielkości, gdyż wówczas powróci, siłą rzeczy, do kapitalistycznego obiegu. Porwani czytelnicy nie mają jednak stać się częścią tej samowystarczalnej komuny, bo po prostu – nie ma w niej dla nich miejsca. Zostali oni tylko zaproszeni na wycieczkę „społecznoznawczą”, by potem mogli wrócić jak gdyby nigdy nic do normalnego życia lub też, w oparciu o program know how zagwarantowany przez Manettiego, zacząć tworzyć własne kibuco-komuny. Jedna taka społeczność już istnieje – na luksusowym placu des Vosges w Paryżu. Manetti wpisuje się więc w znany model kulturowy: bogacz działający z ukrycia, który – w zależności od zamysłu filmu, powieści czy gry komputerowej – chce zniszczyć świat lub go uratować. Jego idee są teoretycznie proste w realizacji, sprawiedliwe społecznie, nie niszczą środowiska i spełniają idealistyczne marzenia o dobrym życiu.

Najważniejszą jednak częścią powieści Czytając Manettiego nie jest ani poszukiwanie tajemnicy, ani jej wytłumaczenie, lecz podsuwane w streszczeniach fragmenty pseudopamiętników Manettiego. P.M. opisuje świat, w którym znikają dawne idee społeczne i rodzą się nowe. Książka jest zapisem stanu umysłu Europejczyków od połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku do drugiej dekady XXI wieku. I tu się zaczyna problem, bo autor (zresztą wszyscy trzej, bo i p.m., i narrator, i wyimaginowany Manetti) nawet jeśli myśli, że opisuje Europejczyków, zajmuje się właściwie tylko Szwajcarami.

Książka jest absolutnie helwetocentryczna i, z punktu widzenia Polaka czy w ogóle mieszkańca świata (poza najedzoną do przesytu Szwajcarią), świetnie oddaje egoizm, europocentryzm oraz samowystarczalność bogatej Europy, która nie potrzebuje nikogo i niczego. Jest to szczegółowy zapis idei społecznych i politycznych, narastania świadomości ekologicznej i odpowiedzialności za świat, bardzo interesujący i… całkowicie oderwany od rzeczywistości.

Zainteresowany społecznie Szwajcar szczegółowo, niemal rok po roku opisując zmiany zachodzące w Europie w ostatnim półwieczu, nie zauważa w ogóle całej serii zdarzeń, wokół których nie przeszedłby obojętnie zainteresowany społecznie Polak. Nasz świat bowiem opiera się na linijce z szeregiem lat – 1956, 1968, 1970, 1976, 1980–81, 1989, 2004 – których u Widmera w ogóle nie ma. Pisząc historię „naszej” Europy, uznalibyśmy, że musi ona obejmować Solidarność, stan wojenny, Okrągły Stół i pierwsze wolne wybory.

Gdy kiedyś, nawet nie tak dawno, kończyłam czytać Manettiego, moja opinia o tej książce opierała się w zasadzie na powyższych obserwacjach. Uznałam, że to ciekawa i, jak wszystkie optymistyczne utopie, przyjemna lektura, którą zakwalifikowałam gdzieś nieco (ale i tak niewiele) powyżej proroctw z Celestyny i Paula Coelha.

Przejrzeliśmy po kolei tom po tomie. Rok 1975 zaczął się w tonacji dur i moll. Wietkong zwycięża wojnę w Wietnamie, kończy się grecka dyktatura pułkowników, umiera Franco, ale w Chile u władzy nadal Pinochet. Nixon przepędzony, zaczyna się epoka Cartera, protesty przeciwko energii atomowej – lata z ołowiu. Od roku 1975 przestaje obowiązywać zasada, że wzrost produkcji oznacza podwyżkę pensji. Zbliża się koniec keynesistowskiej umowy społecznej. W drugim tomie nadciąga angielska bieda i ma miejsce katastrofa w Harrisburgu, Iran i zakładnicy, Carter przeżywa załamanie podczas biegu w Maryland. W Zurychu zaczynają się protesty studenckie zwane Beweging, czyli Ruch1 (dokąd?), powstaje dom kultury w Czerwonej Fabryce; pierwsze squaty. Wydanie Marsa Fritza Zorna. W tomie 3 Thatcher i Reagan wygrywają wybory, pojawiają się redukcje zakładów i masowe zwolnienia; gospodarka wpada w bagno. Tom 4, a może dopiero 5, to wielka wyprzedaż – tanieje ropa naftowa, wartości rosną, Japonia kwitnie, pojawia się Gorbaczow, głasnost i pieriestrojka, początek końca ZSRR. We Francji wygrywa wybory Mitterrand, co nieco narusza powszechne rządy konserwatywnego neoliberalizmu. Co jeszcze zdarzyło się w latach osiemdziesiątych? Zamykanie fabryk, małe smoki i tygrysy na dalekim Wschodzie, sowiecka wojna w Afganistanie, Amerykanie uzbrajają Talibów, Sloterdijk, Baudrillard, Virilio. Postmodernizm i poprawność polityczna. Rąbnięta teoria krzywej Laffera dowodząca, że mniejsze podatki zwiększają dochód państw. Tomy 5, 6 i 7 zajmują się końcem lat osiemdziesiątych i początkiem lat dziewięćdziesiątych. Kolejny kryzys, krach na giełdzie w roku 1987, w Szwajcarii po raz pierwszy pojawia się bezrobocie, pustynie poprzemysłowe, Czarnobyl, umieranie lasów, rozpędzenie ruchu squatterów, załamanie „realnie istniejącego socjalizmu”, pierwsza wojna w Iraku. Tomy 8 i 9 to lata dziewięćdziesiąte: Clinton i jego intrygi, permanentny kryzys, komputer i Internet, globalizacja, wojna w Jugosławii, nomenklatura przekształca się w nową oligarchię, telefony komórkowe. Załamanie koniunktury w Japonii. Tomy 10 i 11 zajmują się połową lat dziewięćdziesiątych. Bombardowanie Belgradu, boom w USA. Jelcyn przejmuje władzę. Wojna w Czeczenii. Tom 11, rok 1996.

Helwecja – kraj w środku pokurczonej Europy2

Lektura Manettiego nieuchronnie każe mi sięgnąć po inną książkę ze Szwajcarii, czytaną przeze mnie dawno, ale dobrze zapamiętaną, dlatego, że według mnie obie są utworami helwetocentrycznymi: cykl esejów szwajcarskiego pisarza o jego pobycie w Polsce w roku 1989.

Reto Hänny, Am Boden des Kopfes / Na podłodze głowy.

Teoretycznie jest to opis podróży znanego szwajcarskiego pisarza po Polsce, jednak tematem najważniejszym jest tu Szwajcaria.

Tytuł jest cytatem z wiersza Herberta o Panu Cogito, pierwsza zwrotka jest też mottem (jednym z trzech) książki.

Codzienność duszy3

Rano myszy biegają
po głowie
na podłodze głowy
strzępy rozmów
odpadki poematu
wchodzi
pokojowa muza
w niebieskim fartuchu
zamiata

do mego pana
to przychodzą lepsi goście
taki dajmy na to Heraklit z Efezu
albo prorok Izajasz

dziś nikt nie dzwoni

pan chodzi zdenerwowany
mówi do siebie
drze niewinne papiery
wieczorem wychodzi w niewiadomym kierunku

muza odpina niebieski fartuch
opiera łokcie na parapecie
wyciąga szyję
czeka
na swego żandarma
z rudymi wąsami

W mojej opinii o helwetocentryczności tej publikacji nie byłam zresztą odosobniona. Dorota Sosnowska, germanistka z Uniwersytetu Szczecińskiego, pisze: „mimo bardzo obszernych opisów polskiej rzeczywistości […] kluczowe są jednak tematy helweckie, gdyż pisarz […] analizuje tu własne doświadczenia i swój stosunek do kraju ojczystego, dokonując równocześnie gruntownego demontażu helweckiej idylli i ukazując Szwajcarię jako kraj przesiąknięty licznymi skandalami i naznaczony krwawo tłumionymi rozruchami”4. Zresztą i sam autor, świadomy swej pisarskiej tendencji, pisze, że optykę zakłóca mu skleroza szwajcarska (Helvetosklerose).Dokładnie tak jak w tytule tego rozdziału: w środku świata widzianego przez Szwajcarów znajduje się Helwecja, a naokoło rozpościera się jakiś szczątkowy kontynent, niewiele lepiej znany niż zatopiona Gondwana.

Obaj pisarze są tu sobie bliscy, ale Hänny ma przynajmniej świadomość swojego helwetocentryzmu, natomiast Widmer nawet nie wie, co by to miało być. Hänny rozprawia się ze „swoją” Szwajcarią, Widmer pisze o Europie tak, jakby była Szwajcarią. Dla Jarry’ego Polska istniała jako przykład negatywny, dla Hänny’ego Polska stała się pretekstem do myślenia o Szwajcarii, zaś Widmer nawet nie zauważa, że Polska istnieje. Z dużą dozą prawdopodobieństwa, nawet przy założeniu, że każdy z nas czyta nieuważnie i coś nam z lektury umyka, twierdzę, że w całej trzystustronicowej pozycji słowo „Polska”, „Polak” czy „polski” nie padają ani razu.

Książkę Widmera czyta się lepiej i łatwiej niż Hänny’ego, ale też Widmer jest apologetą dobrej sprawy i szuka zwolenników, podczas gdy Hänny jest surowym krytykiem i szarpie, kąsa i gryzie każdego, kto się do niego zbliży, siebie samego chyba zresztą najbardziej. Styl Widmera jest lekki i potoczysty, Hänny plącze zdania i czasy, przeskakuje od luźnych skojarzeń do żrących analogii, o których wymowie z kolei my, bezradni odbiorcy jego prozy, pochodzący ze świata poza Szwajcarią, nie mamy najmniejszego pojęcia. Niemieccy krytycy słusznie piszą, że Hänny przekracza granice tego, co czytelnik jest w stanie zrozumieć (Lesbarkeit; readability). Na podłodze głowy narasta głębokie przekonanie, że nie tylko my nie rozumiemy, o co mu chodzi, gdy pisze o Szwajcarii, ale co gorsza jego odbiorcy z DACH-u5 nie zrozumieją niczego o Polsce. Raz czy drugi wyłowią znajome słowo, które zaraz potem utonie w erudycyjno-postmodernistycznej grze skojarzeń, omówień i cytatów bez cudzysłowów. Zdania Hänny’ego obejmują nieraz całe akapity, a, pooddzielane średnikami, strony… Czyta się go trudno, niekiedy w ogóle nie sposób przebrnąć przez tekst, który zmęczony czytelnik wreszcie porzuca, wiedząc, że to oczywiście grzech, bo może to tam właśnie, w tym poharatanym kawałku prozy znajduje się wyjaśnienie, o co właściwie autorowi chodzi.Ale autor nie jest głupi, o nie, ma za sobą niezłe doświadczenia walki z obrzydliwym kapitalizmem o prawa zwykłego człowieka w najbogatszym mieście świata, czyli Zurychu6, i wie takie rzeczy o sobie, o świecie i o nas, których my sami nawet nie wiemy. Kto na przykład słyszał o Janie Kowalewskim, kryptologu, który odkodował tajne rozkazy Budionnego, czym znacznie przyczynił się do zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej w roku 1920? Przyznajmy z ręką na sercu, nie wiemy nic. A on wie. Co gorsza (albo lepsza), w akapit o Cudzie nad Wisłą wcale nie wstawia nazwiska Kowalewskiego, tylko Isaaka Babla i Dsiga Werowa, filmowca. Kowalewskiego trzeba sobie znaleźć, co nawet teraz, w czasach Internetu, zajęło mi dobrych parę kwadransów, a w roku 1990, gdy Hänny to publikował, było jeszcze trudniejsze. I mogło się skończyć fiaskiem.

Pewną pomocą w zrozumieniu ataków Hänny’ego na Zurych może być odwołanie do lektury Wydarzenia Guida Morsellego7. Morselli, Włoch z Triestu, urodzony w roku 1912, prawnik, odebrał sobie życie w roku 1973. Nie jest to jedyny pisarz, który wybrał dobrowolną śmierć, ale być może jedyny, który przez całe życie walczył o to, żeby zostać uznanym za pisarza i skończył ze sobą, zrażony niepowodzeniem pisarskim, gdy tymczasem tuż za rogiem czekały sława i uznanie. Wydarzenie8ukazało się po włosku wkrótce po śmierci autora i stało się sporą sensacją literacką, czego autor niestety nie mógł już zobaczyć.Wydarzenie to opowieść o mieście Chrysopolis, które nagle w przeciągu jednej tajemniczej nocy całkowicie opustoszało, ocalały natomiast zwierzęta i narrator, który chodzi teraz po ulicach, rozmyśla o tym, ile jego złoto sprawiło zła i czy to, co się zdarzyło, było karą, czy wybawieniem. Powieściowe Chrysopolis to oczywiście Zurych, miasto skarbców bankowych, ale też Hänny’ego i Widmera. Obaj działali tu w ruchach lewicowo-anarchistycznych, i obie ich książki są mocno osadzone w tym mieście-symbolu, które jak nierządnica babilońska rządzi światem. Obaj zresztą uciekają z Zurychu. Z licznych wzmianek czuje się, że Morselli jest dla Hänny’ego wzorem, a może przewodnikiem duchowym, pełni taką rolę, jaką dla nas, uciśnionych w komunie, pełnił Herbert i jego Pan Cogito; pokazuje, jak żyć uczciwie.

Pamiętam, że jak byłam w Zurychu, uderzyła mnie przede wszystkim niezbyt paradna zwyczajność tego miasta, nie rzucająca się w oczy skromność słynnej Bahnhofstrasse, najdroższej ulicy na świecie, której mityczne podziemia w okolicy Paradeplatz wypełnione są złotem wszystkich szwajcarskich banków. A tu tymczasem ulica jak ulica, nic nadzwyczajnego. W Paryżu ładniej, w Berlinie weselej… Ani bogato, ani złowrogo, ani nawet symbolicznie.

Hänny a sprawa polska

Hänny gardzi Szwajcarią, gardzi Europą, pogarda jest mu przyrodzona, trudno się więc dziwić, że mimo iż szanuje polską literaturę, polską opozycję i przejmuje się wojną, a zwłaszcza męczeństwem Żydów, nie potrafi nie gardzić i naszym krajem.

Przyjechał tu jesienią 1989 roku, czyli tuż po wolnych wyborach. Jego opisy polskiej rzeczywistości są celowo przykre, drastyczny opis brzydkiego mężczyzny w nocnym pociągu do Rzeszowa staje się opisem nas wszystkich, więcej nawet, bo również naszej mapy i naszego terytorium. Najwyraźniej na nic nie zasłużyliśmy, my, zwykli Polacy i my, Polska, zwykły kraj. Na naszą niekorzyść zalicza autor wszystko jak leci: fakt, że dla większości ludzi pieniądz jest ważniejszy od ideałów, ale też, że nocą jest ciemno; przenikliwy wiatr jest przenikliwy, a jak jesienią pada deszcz, to jest zimno i mokro. Niechęć staje się powoli monotonna, gdy nagle autor wspina się na szczyty odrazy. Nie tylko ja zapamiętałam z tej lektury rozdział o kolacji u pani docent czy profesor z Uniwersytetu Toruńskiego, bo pamiętają go wszyscy, którzy czytali tę książkę. Gospodynią kolacji jest kobieta piastująca stanowisko uniwersyteckie, chyba germanistka, a współgospodynią – jej matka, również mówiąca po niemiecku, określana przez autora mianem „Alte” – Stara. Kobiety podają obrzydliwe jedzenie, jakieś masy jarzyn, po części w occie, a likier, który proponują po posiłku, ma kolor zaschniętej krwi menstruacyjnej, co się zresztą (świadomie, podświadomie?) komponuje z barwą aksamitnej sukni, w której występuje pani domu. Notabene, mam wrażenie, że autor, jak zresztą wielu mężczyzn, nie odróżnia aksamitu od pola bananowego i że pani profesor miała na sobie sukienkę co najwyżej z weluru.

Opisując tę kolację Hänny wykracza poza i tak już wysoki poziom nienawiści do Polski i Polaków, bo jeszcze bardziej niż samego kraju i jego mieszkańców nie znosi Polek. Jego mizoginizm jest odstręczający, a żywi się wszystkim, chociażby faktem, że pani profesor i jej matka mają małe mieszkanie i dużo książek, co sprawia, że regały sięgają aż po sufit. Podczas lektury człowiek zastanawia się, czym właściwie te dwie kobiety zasłużyły sobie na taki ładunek jadu i nienawiści.

No, wreszcie jesteśmy! Obie się już poważnie martwiły. Z powodu tej uciążliwej drogi, co gorsza, jak widać, znowu nie działa światło na klatkach, i to już od wielu dni, dlatego prośba, by wybaczyć mamie, że nie czeka na gości tu na zewnątrz, wita nas kobieta w ciemnoczerwonej sukni wieczorowej i z latarką, która, bo z daleka rozpoznała auto (zresztą z braku paliwa mało jakie auto tu w ogóle dobrowolnie zajeżdża), zeszła na dół i rozprawia gestykulując, zanim jeszcze kierowca zdążył na dobre zahamować […]. Rozjaśniony tylko jedną nisko zwieszającą się słabą żarówką w alabastrowym obwieszonym żółtozielonymi frędzlami z paciorków abażurze przeładowany jedzeniem stół blokuje przestrzeń […]. A co, młodemu panu nie smakuje? Jak się pan nazywa? Proszę jeść, proszę jeść, czemu pan nic nie je, wcale nie popróbował pan wszystkiego, syczy do mnie Stara, która usadowiła się tuż obok mnie, po lewej, obok profesora, i szturcha mnie, jednocześnie ze śmiechem wypytując o coś córkę, zanim zdołałem choć w połowie opróżnić talerz.
Jeszcze tylko brakuje, myślę, siedząc wciśnięty w nieszczególny kąt, na niskiej, wypłowiałej kanapie, pokrytej sfilcowaną skórą źrebięcą z wbitymi na fest warstwami kłaków białoszarego sierściucha, który po nieudanych próbach wypchnięcia mnie z mojego miejsca, ulokował się pod moimi nogami, od czasu do czasu obwąchując mnie zimnym mokrym nosem, aby, gdy się wreszcie jakoś przed psiskiem obroniłem, namiętnie oblizywać mi dłoń
[…] brakuje tylko, żeby Stara dodała, myślę, jedz, bo inaczej nic z ciebie nie będzie…

Tym bardziej zaskakuje następny rozdział – kilkanaście pięknych, jasno i klarownie napisanych stron o księdzu Jerzym Popiełuszce. Kilkanaście stron ludzkiego współczucia i sympatii, podziwu dla szlachetności, niezgody na bestialstwo katów i bezkarność ich zleceniodawców. Czytelnik oddycha z ulgą, myśli, że oto wreszcie skończyły się odrażające opisy, których brzydota podkreślała niejako dodatkowo odstręczające wnioski na temat Szwajcarii; że te pierwsze strony książki, a i tak jest ich już niemal sto, miały być preludium do lektury, gdzie z szarego błota polskiej codzienności (jasne, wszyscy wiemy, że Polska komunistyczna i świeżo postkomunistyczna była szara i błotnista) wyłoni się nagle jak Wenus z fal morskich jasna i świetlista postać bogini, Solidarność, która powiodła na barykady ludy Europy, i już myślimy, że teraz czas na apoteozę… Zwłaszcza, że pierwsze motto do swej książki Hänny znalazł na jakimś murze w Gdańsku: „Nie damy się”.

Ale nie. Nic z tego. Bo i te piękne strony służą autorowi do pastwienia się nad Szwajcarią, a i Polska zaraz potem jawi się znowu jako paskudny kraj, który chyłkiem, poprzez kontakty z NATO, zamierza wkraść się do Twierdzy „Europa” (Zachodnia). Nawet to, co w nas godne pochwały, czyli polskie, nazwijmy to umownie, umiłowanie wolności, jest uHänny’ego pełne wbijanych ukradkiem szpilek i podskórnego jadu. Książę Józef Poniatowski „geht baden” – idzie się kąpać, co odnosi się oczywiście do faktu, że zginął w rzece, ale jednak zginął, a nie poszedł się wykąpać, a na dodatek jest to sformułowanie idiomatyczne i używa się go, żeby drwiąco powiedzieć, że coś schodzi na psy (na przykład: Unser Bildungssysstem geht baden – niemieckie szkolnictwo podupada).

Oczywiście można z góry założyć, że autor obruszyłby się, gdyby zarzuciło mu się naigrywanie się z polskości. „Ależ, powiedziałby, wybranie Pana Cogito za Wergilego tej podróży dobitnie pokazuje, że Was cenię, ale jestem, jak Herbert i sam Pan Cogito, inteligentny, wykształcony i ironiczny. Patrzę z dystansem. Nie mogę nie krytykować”.

Może i nie może, nie wiem. Tylko że u Pana Cogito ten dystans jest uprawniony, w końcu Pan Cogito jest jednym z nas, znosił to, co i my znosiliśmy, a poza tym jest może surowy i krytyczny, ale jest też uważnym obserwatorem rzeczywistości, myśli, dystansuje się przede wszystkim do samego siebie, nie obraża innych, jest nieugięty, ale nie obelżywy i odrażający, a już na pewno nie turpistyczny.

Andrzej Stasiuk

Gdy to wszystko czytałam 20 lat temu, byłam po prostu zniesmaczona, teraz wiem jednak, że i polski autor wyprodukował w 10 lat później takie dzieło – mam na myśli Dojczland Stasiuka9. Sam autor napisał o swojej książeczce, że: „Jest to opowieść o niełatwym losie literackiego gastarbajtera. Pełna jest celnych obserwacji, błyskotliwych refleksji oraz niewyszukanego humoru”10. No tak, niewyszukany humor. Bardzo niewyszukany. Autor nic nie widzi i nic go nie interesuje, opisuje tylko hotele, dworce, pociągi, samoloty, lotniska i ewentualnie długie i nużące jazdy samochodem. Czasem kolacje i nieszczęsne panie organizujące mu spotkania autorskie. To oczywiście (a może raczej powinnam napisać: miejmy nadzieję) tylko chwyt literacki, biedny pisarz, ciężko pracujący w Niemczech i innych krajach DACH-u11 na kawałek powszedniego chleba. „Żeby ocaleć, czasami piję, a czasami porównuję. Wielu rzeczy nie pamiętam i muszę je wymyślać od nowa”.

Pod tym względem obaj panowie są sobie zresztą bliscy, bo Hänny też przyjechał do Polski z wieczorami autorskimi i też jeździ wzdłuż i wszerz między Rzeszowem, Lublinem, Krakowem, Toruniem i Warszawą.

Wypowiedź Stasiuka o Niemczech spełnia wszystkie wymogi tego, jak powinna wyglądać odrażająca książka o kraju, którego Bogu ducha winni przedstawiciele w dobrej wierze zaprosili pisarza na wieczory autorskie, finansując mu oczywiście podróż, wyżywienie, noclegi w hotelach i honorarium, a zapewne również przewodników, opiekunów, towarzyszy podróży i gościnę. Że o PR nie wspomnę.

„Lubię z pięćdziesiąt miejsc w Niemczech, ale żadnego z nich poza Lorelei nie ma w moim Pascalu. Nie ma na przykład dworca we Frankfurcie nad Menem w niedzielny poranek z zakrwawionymi strzępami papieru toaletowego na chodniku i facetami o ósmej w knajpach ze wzrokiem wbitym w zawieszony pod sufitem telewizor. […] Poranek jest senny i niemrawy. Burdele śpią, śpią pornokina. Wstali tylko ci, których kac i ćpuński głód wypędził w poszukiwaniu ratunku. I jeszcze tamci faceci z knajpek, którzy wstają o świcie i zaraz muszą się spotkać bo nie potrafią bez siebie żyć. […] Ale tego wszystkiego nie ma w żadnym Lonely Planet. […] W zwiedzaniu jest jakiś przymus podziwu, zainteresowania, jakaś obłuda. Czasami ktoś pokazuje mi coś z dumą, a ja czuję się jak oszust, bo kiwam głową, ale nic nie obchodzi mnie jakaś wieża, brama, zamek oraz reszta tych cudów.”

Jak każdy prawdziwy Polak Stasiuk nie ma obowiązku lubić Niemców, którzy rozpętali dwie wojny i wymordowali „15 procent naszego społeczeństwa, a drugie 15 zamorzyli głodem”. Nawet w książce, w której w ogóle nie chodzi o Niemcy, pojawi się i ten wątek. Polska zobowiązuje. Ale też – Polska przyzwala.

Polonocentryzm jako odpowiedź na helwetocentryzm Hänny‘ego, ale tylko w takim wymiarze, w jakim służy on znacznie ważniejszemu centryzmowi – a mianowicie ego… Egocentryzmowi.

Ale, wychodząc z odmiennych pozycji centrycznych, obrażać się można nawzajem i do woli.

Prorok w cudzym kraju

Hänny przebywa w Polsce tuż przed upadkiem Muru, pisze więc tak, jakby NRD jeszcze istniało, bo oczywiście istniało, gdy był w Polsce, a upadło w dzień po jego przyjeździe do Berlina. Jednocześnie pod spodem przemawia przez tekst oczywista wiedza o tym, co stało się potem, która zgoła niepotrzebnie spowija go w profetyczną szatę. Przewiduje coś, co wie, i może nie przyniosło by mu to specjalnej chwały, gdyby nie fakt, że przewiduje też to, czego nie wie, a tylko obserwuje symptomy. I robi to lepiej niż my, którzy przespaliśmy z kretesem ostatnie 25 lat.

Niedługo okaże się, że znowu trzeba wyjść na ulicę i strajkować, aby wywalczyć sobie wolność wyznania – lub zacząć myśleć o emigracji. Jeszcze człowiek nie zdążył otrząsnąć z ubrania zaprawy murarskiej poprzedniego systemu, a już wojownicze kręgi kościelne wynoszą moralne przekonania kleru do rangi doktryny państwowej, zmierzając do utrwalenia nowego totalitaryzmu. […] Polacy są przeciw Niemcom, Czechom, Rosjanom, komunistom, socjalistom, protestantom, katolikom i tak dalej – czyli, krótko mówiąc, przeciw wszystkim. […] a są za swoim jedynym polskim katolicyzmem, od Bugu, a jeszcze lepiej – od Uralu po Atlantyk. Za czystą Polską, bez prezerwatyw, aborcji, kontroli urodzin i równouprawnienia – i oczywiście bez ruchu obywatelskiego.

Niestety, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, ale w cudzym też nie.

Nasza narracja o Polsce, świat pełen luk

Jeśli, wzorem Stasiuka, zapomnimy o lekceważącej Polskę perspektywie szwajcarskiej i zastąpimy ją polską, okaże się rychło, że opuszczenia i luki w historii Europy według Widmera i Hänny’ego nie są czymś gorszym od opuszczeń i luk w historii Europy według Polaków. Spróbuję tu dokonać próby dokładnie takiego samego opisu, jaki zacytowałam z powieści Widmera, tylko że à la polacca. Na szaro to, czego nie ma, karp na szaro po żydowsku i nie tylko.
Bunt robotników w roku 1953 w NRD – nigdy go nie było w polskiej pamięci zbiorowej, nasza historia zaczyna się w roku 1956 – w Polsce i na Węgrzech. Wraz z bratankami walczymy o Polskę.

Rok 1963, budowa Muru Berlińskiego, kogo to obchodziło? Kogo w ogóle obchodziło NRD? Rok 1963 to rok zamachu na Kennedy’ego. Ale czy wiemy też, że był to roku Marszu na Waszyngton? Walczymy o Polskę.

Rok 1968. Marzec, kwiecień, maj. Praska wiosna, paryski maj, rozruchy marcowe, interwencja wojsk Układu Warszawskiego w Pradze. OK, tu już się bardziej wpisujemy we wspólną narrację, wiemy dużo o roku 1968, o buntach amerykańskich i francuskich, znacznie mniej o zachodnioniemieckich; o tym, że w NRD studenci wystąpili do walki o zachowanie kościoła św. Jana w Lipsku nie wie nikt i podejrzewam, że nikt nie pamięta, iż 4 kwietnia 1968 roku został zastrzelony Martin Luther King… Walczymy o Polskę, chociaż interwencją wojsk sprzymierzonych w Pradze władza zrobiła nam obciach. Człowiek na księżycu.

Lata 1957–1975. Wojna w Wietnamie też nas niewiele obchodziła. Jeśli będziemy wyliczali wydarzenia ważne dla historii w latach siedemdziesiątych, podamy Gdańsk i Szczecin 1970, a potem rok 1976 – Radom i powstanie KOR-u. No i wybór polskiego papieża. Ogólnie: walczymy o Polskę.

1979 – rewolucja islamska w Iranie. Walczymy o Polskę.

Rok 1980, strajki, Solidarność i Nobel dla Miłosza. Umarł Josip Broz Tito i zaczął się rozpad Jugosławii. Walczymy o Polskę.

Rok 1981 – wprowadzenie stanu wojennego. Nie bardzo mamy ochotę pamiętać o niemieckiej pomocy dla Polski po wprowadzeniu stanu wojennego, mimo że miała ona kolosalne znaczenie dla dalszego rozwoju wypadków. W Berlinie Zachodnim zaczęła się tzw. walka o domy. Walczymy o Polskę.

1983 – Nobel dla Wałęsy. Walczymy o Polskę.

1989 – Okrągły Stół i pierwsze wolne wybory w Polsce, znaczące daty. Plac Tiananmen? Ale co tam Chiny, nie pamiętamy Jesieni Narodów, upadku Muru Berlińskiego, zjednoczenia Niemiec, upadku systemu bloków politycznych i zakończenia zimnej wojny. Zaczyna się krwawa wojna w Jugosławii. My wygraliśmy. Kończymy walkę, którą toczyliśmy przez ostatnie 45 lat. Zaczynamy nowy etap życia. Bogacimy się.

1990 – uwolnienie Nelsona Mandeli i w 1994 koniec apartheidu, 1990–1991 – wojna w Zatoce Perskiej (wojna o Kuwejt), a my złapaliśmy wiatr w żagle i bogacimy się. Zaczynamy od Polenmarktu w Berlinie. Sprzedajemy wódkę i jajka, kupujemy margarynę w Aldim.

1992 – Radio Maryja rozpoczyna powolną indoktrynację tych, którzy w ćwierć wieku później staną się wiernym, wierzącym i posłusznym elektoratem PiS-u. My się bogacimy.

W 1993 roku wprowadzona została ustawa o tzw. kompromisie aborcyjnym. Nie był to kompromis, milion Polek podpisało protest, który nie odniósł żadnego skutku. Premierem Polski była kobieta, a Polacy po raz pierwszy odczuli, że nie są u siebie i że to nie oni będą korzystać z wywalczonej wolności. No, ale bogacimy się. Z szop, w których sprzedawaliśmy margarynę z Aldiego tworzymy shopy.

1996 – Nobel dla Szymborskiej. Zaczyna narastać globalizm, stolica Niemiec przenosi się do Berlina, na polskie ulice wpełzają banki, a na rynek pracy korporacje, które za chwilę nami owładną. My jednak wciąż bogacimy się, choć jest coraz trudniej. Państwo dopomina się o swoje, przede wszystkim fiskus i ZUS. I oczywiście Kościół.

11 września 2001 roku – jedyna data w historii współczesnej, którą rzeczywiście chyba wszyscy pamiętamy. Tym niemniej – nadal bogacimy się, choć nie jest już tak łatwo, spłaszczają się różnice, aspiracje rosną, przelicznik waluta-złoty się pogarsza, inwestorzy odkrywają Ukrainę, Rumunię i Albanię.

2003 – wojna z Saddamem Husajnem.

2004 – przystąpienie Polski do UE. Koniec historii współczesnej według Polaków. W roku 2005 umiera papież Polak. Był symbolem historycznej walki; gdy historia się skończyła, a zastąpiła ją demokracja, mógł odejść – i odszedł. Do władzy dochodzą Internet, Google i Wikipedia, a potem Facebook i telefon komórkowy. Zwyciężają media społecznościowe. Nasza (jedyna uprawniona) wizja świata się sprawdziła. Najpierw walczyliśmy, potem się wzbogaciliśmy. Było dobrze.

Podsumowanie

Niestety nie było. Z mediów społecznościowych wyszła na ulice Afryki Północnej arabska wiosna (2010–2013), zaczęły się bunty w Turcji i w Bułgarii, pojawił się ukraiński Majdan… A potem było jeszcze gorzej. Putin zajął Krym i wschodnią Ukrainę, a w Polsce zwyciężył PiS. We Francji Marine Le Pen, na Węgrzech Orban. Próbujemy się bronić, z Facebooka wyszedł na ulicę KOD… Wygrał Trump. Resztę znamy.

Wybaczcie skróty, zrobiłam tylko szybki przegląd, nie wgłębiałam się w szczegóły. Na potrzeby tego eseju opracowałam model historii świata według Polaków. Nasz i ich. Nasz właśnie odchodzi, ich się kształtuje.

Bo narracja PiS-u dopiero się tworzy i zmieni radykalnie polską wizję historii współczesnej. Będzie w niej jeszcze mniej świata zewnętrznego i pominięty zostanie świat naszej walki, będzie się tylko pamiętać, że jak przyszedł czas wolności – bogaciliśmy się. I drogo za to zapłacimy, nawet jeśli osobiście wcale się nie wzbogaciliśmy. PiS neguje rolę Solidarności, Wałęsy, Okrągłego Stołu, wolnych wyborów i wejścia w skład Unii Europejskiej, skreślił polskich noblistów, ale za to wprowadził kult żołnierzy wyklętych i kult smoleński. Historia Polski według PiS-u zaczyna się w październiku 2015 roku, kiedy w tryumfalnym pochodzie do władzy dochodzi jedyna słuszna partia, a z nią jedyny słuszny model człowieka, Nowy Polak – Homo Polacus Catholicus i Prawdziwa Wolna Polska.

Oczywiście jest KOD i jest czarny protest, gdy okrzepną, przejmą rolę Michnika i Elektryka, być może Olga Tokarczuk i Sylwia „No pasarán” Chutnik stworzą nowego Pana Cogito (oczywiście Panią Cogito). Na razie jednak jesteśmy zdani sami na siebie.

Chciałam w tym eseju rozprawić się ze szwajcarską wizją świata, ubolewając, że z Zurychu nie widać Polski, Czech, Słowacji, Węgier, Jugosławii, NRD, nawet Niemiec specjalnie nie widać. I dopiero podczas pisania tego eseju uświadomiłam sobie, że tak jest zawsze i wszędzie, że z Warszawy i Gdańska też nie widać ogromnych kęsów świata. I że świat widziany z księżyca w Polsce jest równie egocentryczny jak świat widziany z Zurychu.

Oczywiście, niewykluczone, że przemawia przeze mnie feministyczny polonocentryzm z naleciałościami androgynizmu. Równie ślepy i naganny jak helwetocentryzm Widmera i Hänny‘ego. Możliwe też, że moje rozbuchane kobiece ego jest równie niemiłe, jak artystyczny solipsyzm literackich gastarbajterów, jakimi są Stasiuk i Hänny. I możliwe, że nie lubię ani nadinterpretacji, ani niedointerpretacji historycznych w duchu wszystkich utopii marzących o Nowym Człowieku. I oczywiście – nie wierzę w Nowego Człowieka. Jeśli tak jest, to niech mi czytelnik wybaczy. I czytelniczka.


1 Taki tytuł ma też pierwsza książka Reto Hänny’ego.

2 R. Hänny, Am Boden des Kopfes, Frankfurt 1991, s. 57: „Rumpfkontinent Europa rund um Helvetien“.

3 Z. Herbert, Pan Cogito, Warszawa 1974.

4D. Sośnicka, Polski orzeł na tle szwajcarskiego krzyża [online] <http://www.bg.ajd.czest.pl/wydawnictwo/Studia_Neofilologiczne_11.pdf> [dostęp: 30 grudnia 2016].

5DACH – „D” jak Deutschland, „A” jak Austria, „CH” od Schweiz (Szwajcarii), popularne określenie krajów niemieckojęzycznych.

6 R. Hänny, Ruch,Zürich i Anfang September, obie pozycje: Suhrkamp 1979 i 1981.

7 G. Morselli, Wydarzenie, tłum. B. Sieroszewska,Warszawa 1980.

8 Tenże, Dissipatio humani generis oder Die Einsamkeit, Insel 1990.

9 A. Stasiuk, Dojczland, Wołowiec 2007.

10 <http://lubimyczytac.pl/ksiazka/27618/dojczland> [dostęp: 30 grudnia 2016].

11 „”„”„”od Schweiz (Szwajcarii).

Reblog: Koty i cmentarze

Myślę, że nawet gdy, jako adminka, postanowiłam, że w tym roku nie obchodzimy na blogu Dnia Kota (17 lutego), to jednak jako miłośniczka kotów i cmentarzy nie mogłam się oprzeć pokusie zreblogowania tego wpisu z Szuflady Małgosi… A że po czasie, cóż temat jest wieczny, dziesięć dni później nic nie znaczy

Małgorzata Płoszaj

Cmentarni strażnicy

Nie wypada, by miłośniczka kotów siedziała cicho w takim dniu, jak dzisiejszy. Nawet profilowe zdjęcie „Szuflady” jest kocie i choć seria z zawstydzoną i obrażoną Mrużką ma już ponad cztery lata, to nadal ją lubię 😉

Jednak to nie własne koty chcę dziś pokazać. Przy okazji cmentarnych podróży zdarza mi się spotykać strażników, którzy pilnują grobów, złowrogo patrząc, gdy ktoś naruszy spokój pogrzebanych. Tak na przykład spojrzał na mnie ten cudny dziki kot na cmentarzu żydowskim w Katowicach.

Jego kolega w tym samym czasie kompletnie mnie ignorował i miał w dupie.

Pewnego roku, przy pracach renowacyjnych na żydowskim cmentarzu w Pszczynie, obserwacje prowadził kot (kotka?), który w momencie, gdy odłożyłam grabie i wzięłam aparat, odwrócił się dystyngowanie i odszedł. Być może uznał, że choć naruszamy mir cmentarny, to jest to w dobrej wierze.

Z kolei na ogromnym kirkucie tarnowskim koty mają swoje własne M-2, a może i M-3 😉 Jest to zrozumiałe, bowiem obszar do kontrolowania jest tam przeogromny.

Jeden z tarnowskich strażników wygląda tak.

Jedyna kotka (chyba w rui), która do mnie podeszła była częstochowianką. Pilnowała grobów masowych no i cmentarza. Obserwowała nas przez wiele minut, w końcu ośmieliła się podejść i uznać naszą obecność na jej terenie.

I na koniec potomkowie Muezzy, czyli ukochanego kota proroka Mahometa, pilnujący grobów w Sarajewie.

Międzynarodowy Dzień Kota dobiega końca, czas więc na sen z mruczącą Mrużką w stopach.  Mrauuuuuu :mrgreen:

W sobotę o marszu

civil-march-for-aleppoEwa Maria Slaska

Darwina i Jacek Matuszczakowie

Było to pierwszego wieczora mojego uczestnictwa w marszu dla Aleppo. Nocowaliśmy w hotelu robotniczym w Brnie. Poszłam do łazienki. Na drzwiach wisiała tabliczka z kobietą w spódniczce. Weszłam pod prysznic, ciuchy wisiały na wieszaku dość daleko od kabiny, gdy do łazienki ktoś wszedł, po czym z sąsiedniej kabiny prysznicowej dobiegły mnie chrząkania bez wątpienia męskie. Za to z części ogólnej odzywała się na pewno kobieta. Rozmawiali po polsku. Hmmm, pomyślałam. I co teraz? Z jednej strony jestem z Berlina, nic mnie “nie rusza”, tu wszyscy chodzą na golasa, nawet na ulicy teoretycznie wolno… Z drugiej strony wiem, że w Polsce nawet sauny są, jak to określiła moja przyjaciółka, “tekstylne”, i nikt się nikomu w miejscu publicznym na golasa nie pokazuje. A już starsza pani obcym ludziom… Nie uchodzi. No, ale kiedyś trzeba wyjść spod prysznica, nawet jak nie chcesz naruszać niczyich uczuć… Tak się poznaliśmy, Darwina z części centralnej dyrygowała mężem i mną, kto kiedy wychodzi, kto kiedy zamyka oczy… W końcu wszyscy troje byliśmy umyci, wytarci, ubrani i zaprzyjaźnieni lepiej niż na Facebooku.

To Darwina odkryła, że znak “Kobieta-Mężczyzna” na drzwiach łazienki jest dwustronny i daje się obracać. Jak wchodzi kobieta, to obraca znak na kobietę i łazienka jest damska, jak mężczyzna to…

Następnego dnia rano zobaczyłam u Jacka na plecaku muszlę świętego Jakuba. To przesądziło. Ja mojej ze sobą nie wzięłam, ale to nie muszla nas łączy, tych z Drogi Jakubowej, tylko Droga. Tak zaczęła się rozmowa, która mnie zaprowadziła do całkiem innego świata, świata ludzi, którzy maszerują i modlą się o pokój.

Wyglądają najnormalniej w świecie. On szczupły, wysoki, lekko siwiejący, poważny, ona wesoła, uśmiechnięta, przyjazna światu i życiu pulchna blondynka. Oboje w wieku średnim, on 40 lat, ona 37. Mijamy co dzień setki i tysiące takich ludzi, gdyby nie muszla niczego bym się nie dowiedziała.

jawpelerynie1

Idziemy, Jacek z tyłu za mną, w zielonej kurtce, z plecakiem, obok, w czerwonej kurtce i niebieskich spodniach Darwina; dla ciekawskich: ja z przodu z flagą w garści. Obok mnie autor poprzedniego wpisu, Krzysztof Nowak. Nadal jest tak, jak napisał: mgła i śnieg, śnieg i mgła, i tak przez cały dzień. Czasem przed czołem grupy przeleci rudel saren, tak ze sto na raz, czasem skoczy spod nóg siedem-osiem zajęcy (zdjęcie Janusz Ratecki)

Zaczęło się od pielgrzymek do Częstochowy, mówi Jacek. Ale te po jakimś czasie przestały mnie ciekawić. Jasne, z Chrzanowa, gdzie mieszka, jest do Częstochowy niespełna sto kilometrów. Rozumiem. Zaczął więc pielgrzymować do Wilna, a to już jest poważna odległość, ponad 800 kilometrów.
To trasa, która każdego amatora historii przyprawia o przyspieszone bicie serca. Tędy w roku 1520 przyjechała z Litwy do Polski Barbara Radziwiłłówna, piękna i nieszczęśliwa żona Zygmunta Augusta, to tą trasą ciągnął do Wilna jej kondukt żałobny. Ukoronowano ją 7 grudnia 1548 roku, zmarła 8 maja 1549 roku. 25 maja kondukt żałobny z trumną Barbary Radziwiłłówny wyruszył z Krakowa.  (…) Zygmunt August wraz z towarzyszącym mu orszakiem konno podążał za karawanem, przez miasta i wsie szedł pieszo. (…) 22 czerwca kondukt wszedł do Wilna. Po żałobnym nabożeństwie zwłoki Barbary Radziwiłłówny zostały pochowane w krypcie piwniczej Katedry pod kaplicą św. Kazimierza. (https://marszmilosci.wordpress.com/historia/)

Chronologicznie gdzieś pomiędzy Częstochową a Wilnem poznali się z Darwiną na czacie katolickim. Teraz chodzili razem. Pierwsza wspólna pielgrzymka – listopad, deszcz, śnieg, zimno, nikogo dookoła. Zima w Wilnie, -38°C. Trasa jako najlepszy sprawdzian małżeński.  W 2007 roku wzięli ślub.

Chodzili do Wilna, potem poszli do Rzymu trasą franciszkańską i do Santiago de Compostela trasą portugalską. Darwina studiowała, po studiach zaczęła pracę jako katechetka. Jacek, wieczny student, zaczął współpracę z projektem opieki nad więźniami Nowa droga.

Więźniowie wędrują setki kilometrów, by wrócić do normalnego życia, napisała dla Gazety Wyborczej Kornelia Wolf-Głowacka w grudniu 2015. Wiedziała, o czym pisze, bo przeszła część drogi z Bartkiem i jego opiekunem, Jackiem.

W ostatnich dniach pielgrzymki Bartek siadał na ławce i obwiązywał wytatuowaną nogę bandażem. Po kilkuset kilometrach nogi (…) dawały już o sobie znać. Należy im się szczególna atencja, gdyż to one, ich miarowy krok powtarzany przez wiele dni, z których uzbierał się miesiąc, wyprowadziły Bartka z więzienia.

Droga nie jest łatwa. Ale działa. Lepiej niż wszelkie programy resocjalizacyjne.

– Na dziesięć osób opuszczających zakład karny, do więzienia wraca 6-7 osób. Takie są statystyki – podkreśla opiekun wędrujących skazanych, Jacek Matuszczak. – Z 21 więźniów, którzy w Polsce przeszli Drogę do celi, nie wrócił żaden.

We Francji statystyki wskazują 90 proc. byłych więźniów, którzy po “Drodze” nie weszli w konflikt z prawem. Wzmianka o Francji nie jest przypadkowa. To tam Bernard Olivier, dziennikarz, który w krótkim okresie stracił żonę, matkę i pracę, postanowił nie poddać się złym myślom i przystanąć w biegu, choć brzmi to nieco paradoksalnie, jako że pretekstem do rozmyślań była piesza wyprawa do Santiago de Compostella. (…)

– Droga zmienia człowieka – zaznacza Jacek Matuszczak. – Uczy pokory, samozaparcia, wytrwałości. I tego, że świat ma lepszą stronę, czego możemy doświadczyć w kontakcie z napotkanymi ludźmi. W nich możemy ujrzeć dobro – w ich gościnności, otwartości, wyciągniętej dłoni. To ludzie w tej drodze są najważniejsi.

Z żoną i krzyżem Tau na szyi przemierzył tysiące kilometrów – drogą do Rzymu, szlakiem Jakubowym – z Lizbony do Santiago. A potem pielgrzymowali po krajach dotkniętych konfliktem – przez Kubę, Gruzję, z Ugandy do Rwandy. Zawsze w intencji pokoju. Nigdy z planem – gdzie spać, jeść, odpocząć. Mimo to głodu nie cierpią i zawsze znajdują nocleg, albo to nocleg znajduje ich.
(…)
– Nikt nas nie chciał bić z powodu krzyża. Niejeden raz gościli nas muzułmanie. Ludzie napotkani w drodze nie ścinają głów, czynią to opłacani najemnicy, ci, którzy są trybikami w machinie przemysłu zbrojeniowego – twierdzi Jacek. – Media tak dużo mówią o okrutnych muzułmanach, ale nie wspominają o tych normalnych, dobrych ludziach, którzy sami cierpią przez konflikty na tle religijnym. Gruzini wręcz uniemożliwiali podróż przez swą gościnność – zaganiali do domostw, rozpytywali, gościli. W Afryce witano ich szczerym uśmiechem. Gdy wędrowali przez Kubę letnią porą nazywaną z racji temperatur przez tubylców piekłem (50 stopni Celsjusza w dzień – 30 nocą) Kubańczycy z zapałem opowiadali o Popiełuszce, który cieszy się tam większą popularnością, niż w Polsce. Jest dla nich symbolem walki z systemem, walki, która nie wymaga przelewu krwi, ale wiary, wytrwałości, wewnętrznej siły. Przyjmujący pielgrzymów wiele ryzykowali – w kraju Fidela Castro nadal osadza się w więzieniu za zwykłą gościnność.

(…)

Jacek kocha drogę. To jedna z najważniejszych cech, jakich się wymaga od potencjalnych opiekunów. Kandydaci na “przewodników” przechodzą testy psychologiczne oraz specjalne szkolenie obejmujące zagadnienia związane z pedagogiką penitencjarną, komunikacją społeczną i metodycznymi aspektami pracy z młodocianymi przestępcami. Opiekunowie zachęcani są również do poszerzania wiedzy z zakresu prawa, turystyki, psychologii.

Przed wyprawą odpowiednie przygotowanie przechodzą również skazani. Miesięczna wędrówka to tylko jeden z czterech elementów dwuletniego programu. Przez pierwszych pięć miesięcy wytypowani (w wieku 18-26 lat) osadzeni pracują z psychologiem, wychowawcą i doradcą zawodowym. Po miesięcznej wędrówce uczestnik projektu przechodzi badanie umiejętności i odbywa kurs przygotowujący go do pracy u przedsiębiorcy, który współuczestniczy w projekcie. Po 5-miesięcznej praktyce zawodowej były więzień podejmuje pracę – gwarantowaną przez rok w ramach zatrudnienia wspieranego, współfinansowanego przez urząd pracy. Przez półtora roku może też korzystać z pomocy fundacji Postis – prawnej, a nawet finansowej. Bartek niewiele mówił o planach na przyszłość poza zakładem. Miał nadzieję wrócić do przedsiębiorstwa, gdzie był zatrudniony przed osadzeniem, ale stało się inaczej, zaczął pracę przy produkcji pieczarek.

(…)

Od 2015 r. Nowa Droga ma charakter ogólnopolski. W wyprawach uczestniczyli też byli więźniowie z Okręgowych Inspektoratów Służby Więziennej z Rzeszowa i Olsztyna (m.in,. ZK Uherce, Jasło. AŚ Olsztyn). Jak twierdzi prezes Stowarzyszenia POSTIS, Barbara Bojko-Kulpa, w przyszłym roku organizacja planuje rozszerzenie projektu na inne województwa, jak również na zakłady karne, gdzie osadzone są kobiety. Inspektoraty w całej Polsce, w tym w Okręgowy Inspektorat we Wrocławiu zostały powiadomione o projekcie.

Ale są jeszcze samodzielne wspólne wędrówki. I te dopiero wprawiają w podziw i zdumienie. Oboje twierdzą, że przeszli pewnie w tych pielgrzymkach po 20 tysięcy kilometrów na osobę. Te wędrówki to nie zabawa. Pokonują w nich średnio 30, a bywa, że nawet 50 kilometrów dziennie.  To wędrówki w intencji pokoju. Darwina i Jacek informują o nich na blogu Nasze wędrowanie.

W roku 2010 poszli do Rzymu, by, jak napisali, stanąć u grobu Jana Pawła II. 1500 km w 53 dni.

W roku 2011 połączyli Camino de Santiago z uczestnictwem w Światowych Dniach Młodzieży w Madrycie. W ogóle to przeszli już wiele części Camino, z Wilna do Gdańska, w Czechach, w Austrii. W średniowieczu Camino jak wielka sieć łączyło całą Europę.

W roku 2013 byli na Kubie, szli po śladach blogosławionego (jeszcze wtedy) Jana Pawła II.

W 2014 roku przeszli 1000 kilometrów przez Gruzję wzdłuż granicy z Turcją i Abchazją. Ich patronką była św. Nino, apostołka i patronka Gruzji, święta Kościoła katolickiego, ormiańskiego i prawosławnego.

W roku 2015 pielgrzymowali z Ugandy do Ruandy, tzw. Drogą Męczenników Ugandyjskich. Szli, jak sami napisali, przez drogi i bezdroża Afryki modląc się o pokój i pojednanie w Rwandzie, Afryce i na całym świecie. 900 kilometrów. W Afryce czuliśmy się bardzo bezpiecznie, mówią, ludzie są życzliwi. W Polsce jest podczas samotnej wędrówki dużo gorzej.

W roku 2017 dołączyli w Brnie do Marszu dla Aleppo.

Pytam jeszcze o filozofię tych wędrówek, która jest, wiem to, ich filozofią życiową.

Pokój, odpowiadają.
Miłosierdzie przed sprawiedliwością.
Etyka przed techniką.
Człowiek przed rzeczą.
Być przed mieć.

Reblog & Co: Uwe Rada

heuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheuteheute

Von Berlin nach Polen und zurück

Vortrag und Gespräch mit Uwe Rada
– in Kooperation mit Städtepartner Stettin

23.2.17 | 20 Uhr | RegenbogenKino

Seit Jahren beschäftigt sich der taz-Journalist und Buchautor Uwe Rada mit den Beziehungen Berlins zu seinem östlichen Nachbarn. Dabei führen ihn seine Wege immer wieder nach Stettin und Breslau, aber auch in die Uckermark oder ins Oderzwischenland. Davon wird Uwe Rada bei seiner Lesung berichten. Und davon, wie sich die deutsch-polnische Grenzregion der politischen Großwetterlage zwischen Berlin und Warschau zu entziehen sucht.

Uwe Rada, geboren 1963 in Göppingen, lebt seit 1983 in Berlin. Er beschäftigt sich seit zwanzig Jahren mit der deutsch-polnischen Grenzregion.
Zuletzt erschien das Buch “Berlin und Breslau. Eine Beziehungsgeschichte”, das er zusammen mit Mateusz Hartwich herausgegeben hat.

Und als Kostprobe, ein Text über die Oder aus Taz:

Oderdämmerung

Sie ist einer der letzten frei fließenden Flüsse Europas, manche vergleichen sie mit dem Amazonas. In Brandenburg bildet sie den einzigen Flussnationalpark Deutschlands. Doch nun soll die Oder nach dem Willen der neuen polnischen Regierung zu einer Wasserautobahn ausgebaut werden. Umweltschützer beiderseits des Flusses sind alarmiert

von UWE RADA

Gerade jetzt, im Winter, ist das Zwischenoderland besonders eindrucksvoll. Zwischen Ostoder und Westoder frieren die Altarme zu, die ersten Zugvögel kommen zurück, über der wilden Oderlandschaft liegt eine Stille, die vergessen lässt, das nicht weit von dieser naturnahen Flusslandschaft die Großstadt Stettin brummt.

Doch die Idylle täuscht, wie Brandenburger Naturschützer und Politiker vor Weihnachten erleben mussten. Vertreter der polnischen Woiwodschaft Westpommern waren nach Criewen, dem Tor zum Nationalpark Unteres Odertal gekommen, um vorzustellen, wie sie sich die Zukunft der Oder vorstellen. Für den Landrat der Uckermark, Dietmar Schulze, waren die Pläne ebenso alarmierend wie für den Nationalpark-Mitbegründer und Träger des alternativen Nobelpreises, Michael Succow.

Was hatte die polnische Delegation im Gepäck? Um Stettin besser vor Hochwasser zu schützen, hieß es, sollen im Zwischenoderland 21 Kanäle ausgebaggert und 32 seit dem Zweiten Weltkrieg verfallene Wasserbauwerke, Schleusen und Durchlässe wieder instandgesetzt werden. Darüber hinaus sollen auf 60 Kilometer die Deiche modernisiert werden. Die Kosten in Höhe von 18,2 Millionen Euro, so die polnische Delegation, würde die Weltbank übernehmen.

Anders als der Nationalpark Unteres Odertal liegt das Zwischenoderland, auf Polnisch Międzyodrze, auf der polnischen Seite der Grenze. Offiziell hat es nur den Status eines Landschaftsschutzparks, in Wirklichkeit aber ist es für Naturschützer sehr viel wertvoller als der deutsche Nationalpark. Weil die Regulierungsbauwerke dieses 5000 Hektar großen Polders aus den Jahren von 1907 bis 1932 nicht instandgesetzt wurden, regelt hier die Natur den Wasserstand, es entstand ein Paradies für Vögel und Fische. Dass der Ausbau nur der Wasserregulierung und dem Schutz Stettins vor Hochwasser dienen soll, wird in Brandenburg angezweifelt. “Nicht einmal das Jahrhunderthochwasser von 1997 hat Stettin bedroht”, heißt es im Potsdamer Umweltministerium hinter vorgehaltener Hand.

Oder soll zur Wasserstraße werden

Die Pläne für das Zwischenoderland sind nur ein Teil einer gewaltigen Kraftanstrengung, mit der die neue polnische Regierung die Oder wieder zu einer internationalen Wasserstraße ausbauen möchte. Um das ambitionierte Ziel umzusetzen, hat die nationalkonservative Partei Recht und Gerechtigkeit (PiS) von Ministerpräsidentin Beata Szydło sogar ein eigene Ressort geschaffen – das Ministerium für Meereswirtschaft und Binnenschifffahrt. Dessen Vizeminister Jerzy Materna erklärte gleich nach seinem Amtsantritt im Dezember, dass die gesamte Oder als Wasserstraße der Klasse IV ausgebaut werden sollte. “Von der dritten Klasse will ich nie wieder etwas hören, in dieser Frage gebe ich keinen Millimeter nach”, sagte Materna der polnischen Tageszeitung Gazeta Wyborcza.

Die Wasserstraßenklasse IV ermöglicht den Verkehr der so genannten Europaschiffe mit einer Länge von 80-85 Metern und einer Ladekapazität von 1.000 bis 1.500 Tonnen. Materna strebt in Zukunft ein Transportvolumen von 50 Millionen Tonnen jährlich an. Zum Vergleich: Derzeit wid auf der Oder so gut wie nichts mehr tranportiert. Zwischen dem oberschlesischen Kohlerevier und Stettin, so lautet der Spin der neuen Regierung in Warschau, liegen 700 Kilometer ungenutzte Wasserautobahn.

Ganz billig wird es aber nicht sein, diese Autobahn fahrtüchtig zu machen. Alleine für die Ertüchtigung der Oder müssten laut Materna etwa 20 Milliarden Złoty, das sind rund fünf Milliarden Euro ausgegeben werden. Doch der Vizeminister des neuen Ressorts hat noch weitergehende Pläne. Er will die schlesische Oder bis ins tschechische Ostrau ausbauen und auch den alten Plan eines Oder-Donau-Kanals in Angriff nehmen. Damit soll das Schwarze Meer mit der Ostsee verbunden werden. Das es die neue Regierung mit der Umwelt nicht so genau nimmt, zeigte sich im Januar. In den Wäldern von Białowieża, dem letzten Urwald Europas, wurde damit begonnen, 400.000 Bäume zu fällen.

Nach dem Hochwasser 1997

Dreißig Kilometer von der niederschlesischen Metropole Breslau entfernt, liegt die kleine Ortschaft Maltsch, auf Polnisch Malczyce. Dreitausend Einwohner leben in Maltsch, das seine große Zeit längst hinter sich hat. Als die Oder tatsächlich eine Wasserstraße war, wurde im Hafen Kohle verladen. Der Maltscher Hafen machte mehr Umsatz als der in Breslau. Das war vor mehr als siebzig Jahren.

Heute steht Maltsch für eine Investition, die in Polen ebenso Kopfschütteln hervorruft wie der Bau des Flughafens BER in Deutschland. 300 Millionen Złoty, 75 Millionen Euro, sollte die neue Oderschleuse kosten, als 1997 mit den Bauarbeiten begonnen wurde. Nach dem Jahrhunderthochwasser an der Oder, das alleine in Polen 50 Menschenleben forderte, sollte mit dem Bau neuer Staustufen das Wasser reguliert – und die Oder wieder für die Binnenschifffahrt hergerichtet werden. Der Neubau der Maltscher Schleuse war neben der in Dyhernfurth (Brzeg Dolny) der erste an der Oder seit dem Ende des Krieges. Zuvor waren zwischen dem Gleiwitzer Kanal, der Oberschlesien mit der Oder verbindet, und Breslau 26 Staustufen errichtet worden. Unterhalb von Breslau aber war die Oder bis Hohensaaten, wo der Oder-Havel-Kanal in den Fluss mündet, ein frei fließender Strom geblieben.

Die Maltscher Schleuse ist bis heute nicht in Betrieb. Inzwischen sind die Kosten von 300 Millionen Złoty auf eine Milliarde gestiegen, ein Ende des Baus ist nicht in Sicht. Dennoch bringt der Warschauer Vizeminister für Binnenschifffahrt nun den Bau weiterer Staustufen ins Spiel. Bis zu zwanzig neuer Schleusen sollen in Zukunft entstehen, sagte Materna im Januar dem Sender Radio Zielona Góra. Finanziert werden sollen sie in Public-Private-Partnership-Projekten.

Schon einmal hatte die Regierung in Warschau große Pläne für die Oder vorgelegt, das war nach dem Jahrhunderthochwasser von 1997. Doch beim so genannten Programm für die Oder 2006 setzte Warschau vor allem auf Geld aus Brüssel. Das ist nun anders. “Im Rahmen des Weltbankprojekts Odra-Vistula Flood Management Project stehen Polen bis zum Jahr 2023 1,202 Milliarden Euro zur Verfügung”, sagt Sascha Maier. Der Naturschützer engagiert sich unter anderem beim Verein der Freunde des Deutsch-Polnischen Europa-Nationalparks Unteres Odertal und war auch dabei, als die polnische Delegation im Dezember ihre Pläne für den Ausbau des Zwischenoderlandes vorgestellt hatte. “Der geplante Ausbau der Oder bekommt damit eine neue Dimension”, so Sascha Maier.

Wo bleibt der Widerstand?

Nach dem Jahrhunderthochwasser von 1997 haben sich deutsche und polnische Naturschützer zusammengeschlossen und ein Bündnis mit dem Namen “Zeit für die Oder” gegründet. Es war ein grenzüberschreitendes Bündnis gegen die geplante Zerstörung von Auwäldern und für die Ausweisung neuer Schutzgebiete. Solche Bündnisse gibt es heute nicht mehr. Stattdessen haben sich rechts und links der Oder die Befürworter eines Ausbaus zusammengeschlossen.

Fast unbemerkt von der deutschen Öffentlichkeit wurde bereits am “7. April 2015 von Warschau und Berlin das “Abkommen über die gemeinsame Verbesserung der Situation an den Wasserstraßen im deutsch-polnischen Grenzgebiet” unterzeichnet. Verhandlungsführer auf deutscher Seite war der Brandenburgische Ministerpräsident Dietmar Woidke (SPD), der auch Polenbeauftragter der Bundesregierung ist.

Die Ziele des Abkommens lesen sich auf den ersten Blick vernünftig. Es geht um die Gewährleistung eines schnelleren Wasserabflusses bei Hochwasser sowie den Einsatz von Eisbrechern an der Grenzoder. Woidke selbst hatte sich dafür eingesetzt, dass Küstenmotorschiffe zwischen der Ostsee und dem Hafen Schwedt verkehren können. Damit soll der teure Umschlag der Waren aus den Schwedter Papierfabriken im Stettiner Hafen entfallen.

Doch es ist eine Zahl, die Umweltschützer wie Sascha Maier aufhorchen lassen. Im deutsch-polnischen Abkommen wird nämlich festgehalten, dass die Oder unterhalb der Warthemündung an neun von zehn Tagen jährlich eine Tiefe von 1,80 Meter aufweisen soll. Oberhalb der Warthemündung soll diese Mindesttiefe an acht von zehn Tagen gewährleistet sein.

Ob das realistisch ist, wird sich zeigen. Im Sommer, kurz nachdem das Abkommen in trockenen Tüchern war, fiel der Wasserstand der Oder auf ein Rekordtief. Radio Szczecin berichtete am 12. August von einem dramatischen Fall des Wasserstandes. In Küstrin (Kostrzyn) betrug er nur noch 63 Zentimeter. Im nahen Gozdowice führte der Fluss 80 Zentimeter, zu wenig für die Fähre “Ohne Grenzen”, die hier zum brandenburgischen Güstebiese verkehrt.

Wie die Mindesttiefe von 1,80 Metern realisiert werden soll, steht nicht im Abkommen, es wird jedoch auf ein Gutachten zur Stromregelegung verwiesen. “Demnach soll die Zieltiefe nicht nur über die Fahrrinnenbreite, sondern die gesamte Gewässersohle durch Modernisierung und teilweiser Erhöhung konventioneller Buhnen hergestellt werden”, erklärt Sascha Maier. Er fürchtet, dass demnächst Fakten geschaffen werden, ohne zuvor die Umweltverträglichkeit zu prüfen.

Pragmatismus in Stettin

Es ist kalt an diesem Februartag, von der Oder weht ein frischer Wind hinauf in die Stettiner Innenstadt. In einem der Altbauten in der Starszyński-Straße nahe der berühmten Hakenterrassen hat Dorota Janicka ihr Büro. Janicka ist die Chefin der Landschaftsschutzparks in der Woiwodschaft Westpommern, und als solche ist sie auch für das Zwischenoderland zuständig. Ob die Zukunft der Oder die einer Wasserautobahn ist, will sie nicht bewerten, das fällt nicht in ihre Zuständigkeit. Um die Zukunft des Zwischenoderlandes aber macht sie sich keine Sorgen. “Eine landwirtschaftliche Nutzung des Zwischenoderlandes ist nicht geplant”, versichert Janicka. “Es geht lediglich darum, die alten Anlagen wieder in Ordnung zu bringen.”

Im Gegensatz zu Umweltschützern wie Sascha Maier überwiegen bei Janicka nicht die Bedenken, sondern die Hoffnungen. Denn von den knapp zwanzig Millionen Euro, die zwischen Westoder und Ostoder verbaut werden sollen, könnte auch ein Teil für den Tourismus abfallen, glaubt die Chefin der Landschaftsschutzparks. “Wir haben bislang viel zu wenig ausgewiesene Tourismusrouten im Zwischenoderland”, sagt Janicka und überreicht zum Beweis eine Karte des Gebiets. “Auch die Infrastruktur für Paddler muss verbessert werden.”

Janicka verweist auf die breiten Radwege auf der deutschen Seite der Oder. “Ganz so schnell wird das bei uns nicht gehen, aber das ist das Ziel”, sagt sie. Naturschutz ist bei Janicka keine Sache um ihrer selbst willen, sondern immer auch verbunden mit touristischer Nutzung. Und da fehlt es dem Amazonasgleichen Überflutungsgebiet zwischen Westoder und Ostoder tatsächlich. Außer auf der Straße von brandenburgischen Mescherin ins polnische Gryfino ist das Zwischenoderland kaum zugänglich.

Grenzüberschreitender Nationalpark

Stettin will also profitieren vom Zwischenoderland und dem Weltbankgeld. Auch deshalb widerspricht Janicka einem Vorschlag des Westpommerschen Vizemarschalls Jarosław Rzepa. Der hatte vorgeschlagen, aus dem Überflutungsgebiet wie auf der deutschen Seite einen Nationalpark zu machen. Janicka dagegen meint, dass die Umweltvorschriften in den Natura 2000 und FFH-Gebieten jetzt schon streng genug seien. Ihr wichtigstes Argument aber ist ein anderes. “Für einen Nationalpark ist die Regierung in Warschau zuständig”, sagt sie. Stettin aber will seine Oder selber verwalten.

Paweł Pawlaczyk findet die Idee mit dem Nationalpark gut. Seit Jahren arbeitet gelernte Förster im Vorstand des polnischen Naturschutzclubs – und ärgert sich, dass das Zwischenoderland einen weitaus geringeren Schutzstatus hat als der deutsche Nationalpark. “Wir haben es hier mit einer Wildnis zu tun, die ihresgleichen sucht”, sagt Pawlaczyk. “Alle Voraussetzungen, das Zwischenoderland zu einem Nationalpark zu machen, sind gegeben.”

Das Weltbankprojekt hält der Naturschützer für verheerend. Und für unglaubwürdig. “Wenn es in Stettin eine Hochwassergefahr gibt, kommt sie wegen der Nordwinde vom Stettiner Haff und nicht von der Oder”, sagt er. Dieses Argument sei deshalb vorgeschoben. Aber auch die Ausweisung neuer Touristenrouten, die Dorota Janicka gerne mit den Weltbankmitteln finanzieren würde, hält er für vorgeschoben. “Hier geht es darum, den Zustand aus der Zeit vor dem Krieg wiederherzustellen”, sagt Pawlaczyk, “Was wir brauchen ist aber keine regulierte Natur, sondern Wildnis.”

Pawlaczyk hofft deshalb sehr auf die deutschen Umweltschützer. Und, dass es vielleicht doch noch gelingt, an der Oder endlich einen grenzüberschreitenden, europäischen Nationalpark zu gründen.