Barataria 27 Lindisfarne (Blog / Reblog)

Wyspa mnichów / Insel der Mönche

Today in one post you get two texts about North England, Celts and Monk Island Lindisfarne, one in Polish and underneath another one – in German. There are not translations, it simply happened that two “my authors” wrote about the same topic in the same time. But even if you shall not read both parts of this post, look at the pictures… 

Wpis po polsku. Piotr Beszczyński.

Z blogu Czas i przestrzeń

      • Szekspir, Beatlesi, imperium nad którym słońce nigdy nie zachodzi (nr 2, po hiszpańskim), fundamenty największych demokracji, język stający się światowym – to pierwsze z licznych skojarzeń łączących się z Wielką Brytanią. Status mocarstwa osiągnęła ona na przestrzeni ostatnich kilku stuleci i owa mocarstwowość w wymiarze oddziaływania cywilizacyjnego ciągle trwa.
      • Jak „ulepiło się” społeczeństwo, którego wpływ na losy świata był i jest tak znaczny? Uznaje się, że solidnym do tego podłożem stało się opanowanie Wysp Brytyjskich przez Celtów w VI-V wieku p.n.e. (…) ich wędrówka na zachód to jeden ze śladów łączących prehistorię naszych ziem z Wyspami. Potwierdza to zawartą w najnowszej podstawie programowej dla szkół prawdę, że praźródłem wszelkiej europejskiej cywilizacji jest Polska, od której inni czerpali sztukę jedzenia widelcem!
      • Celtowie okrzepli na Wyspach solidnie, ale w międzyczasie urosło w siłę Imperium Rzymskie, którego władcom zachciało się zapanować nad nieco mglistą, lecz przyjazną z uwagi na łagodny klimat i żyzne ziemie, oraz bogatą w cenne minerały krainą, obecnie określaną jako Anglia. Rzymianie rozpoczęli podbój wyspy w połowie I w. po Chrystusie od południa, powoli kolonizując ziemie w kierunku północnym, przy ciągłym oporze siedzących tam Piktów i Szkotów. Ażeby uchronić z trudem opanowane tereny od ciągłych ataków tych zasiedziałych już tubylców z północy, odgrodzili się na początku II w. n.e. imponującym łańcuchem fortyfikacji, Wałem (lub Murem) Hadriana (…). Miasteczko Corbridge leży na linii Wału Hadriana

      • Wał Hadriana zaczyna się od twierdzy Segedunum pod Newcastle i „ściska kibić” wyspy, dążąc do jej zachodniego wybrzeża w pobliżu Carlisle.
      • Przez pewien czas Rzymianie utrzymywali też położony bardziej na północ Wał Antonina, jednak zrezygnowali z tego pomysłu, bo tubylcy byli zbyt agresywni. Pozostali na linii Wału Hadriana przez blisko 300 lat, kiedy to kryzys w kontynentalnej części Cesarstwa zmusił ich w 410 r. n.e. do całkowitego wycofania się z Brytanii. Pozostawili po sobie znaczną ilość miast (w większości do dziś prosperujących, jak choćby Londinum), latyfundiów organizujących rolnictwo, ośrodków górnictwa i niezłej wytwórczości, a także – dobrą sieć dróg. I jeszcze jedno – ukorzeniające się chrześcijaństwo, które w międzyczasie stało się państwową religią Cesarstwa Rzymskiego. (…)
      • Historia ludzkości podlega prawom natury, a natura nie znosi próżni. Wobec tego w chwilę po opuszczeniu wyspy przez legiony rzymskie zjawili się tam kolejni chętni do zawojowania atrakcyjnych ziem: spowinowacone między sobą, pochodzące z rejonu pogranicza obecnych północnych Niemiec i Danii, germańskie plemiona Anglów, Sasów i Jutów (nazwanych później łącznie Anglosasami). Niektórzy historycy są zdania, że początkowo zostali oni zaproszeni przez nieźle prosperujących w czasach rzymskich Celtów, aby pomóc w obronie przed najazdami Piktów i Szkotów z północy (też zresztą mających celtyckie korzenie), ale szybko sami stali się najeźdźcami. Mówiąc w skrócie (i dużym uproszczeniu, oczywiście), Anglosasi zdominowali wyspę od połowy V wieku, dokładając swoją dawkę genów do tych przedceltyckich, celtyckich i rzymskich.
      • Wracamy do chrześcijaństwa, które w decydujący sposób zaczęło podówczas wpływać na losy Europy. W schyłkowym okresie rzymskiej Brytanii (przełom IV/V wieku) stało się tam religią przeważającą, aczkolwiek tradycyjne celtyckie wierzenia, podtrzymywane przez druidów, ciągle miały się nieźle. Napór pogańskich Anglosasów skutecznie powstrzymał, a nawet cofnął proces umacniania się Kościoła. Odwrót od chrześcijaństwa trwał blisko dwa wieki, w trakcie których po długiej, często bratobójczej kotłowaninie, wykształciło się siedem anglosaskich królestw, wśród nich Nortumbria, fragmentu której dotyczy ta relacja. (źródło:Wikipedia)
      • Anglosaskie królestewka trwały w większości w pogaństwie do czasu, kiedy za sprawę wzięli się misjonarze irlandzcy. Irlandia, mniejsza z dwóch głównych Wysp Brytyjskich, nie została opanowana przez Cesarstwo Rzymskie, tak jak przeważający obszar Wielkiej Brytanii (nazwa ta używana jest równolegle dla głównej wyspy, jak też dla Zjednoczonego Królestwa, obejmującego także Północną Irlandię). Ewangelizację rozpoczął tam św. Patryk na początku V wieku, przy czym oparła się ona głównie o licznie powstające klasztory, będące „wylęgarnią” niezwykle aktywnych w przyszłych stuleciach na terenie całej Europy (i dalej też) mnichów – misjonarzy.
      • Wracamy do VII wieku, kiedy to zaproszeni przez  rezydującego w zamku Bamburgh króla Oswalda (z czasem ogłoszonego świętym) Irlandczycy założyli na pływowej (czyli takiej, do której można dotrzeć suchą stopa tylko podczas odpływu morza) wysepce Lindisfarne pierwszy klasztor. Dokonał tego św. Aidan wraz z kolegami w 635 roku.
      • Kolejne ważne postaci misjonarskiego dzieła w Nortumbrii to (święci z reguły) m.in.: Beda Czcigodny (znamienity uczony i kronikarz, klasztor Jarrow),Kutbert ( Cuthbert) z Hexham i z Lindisfarne; jego ciało z czasem przeniesiono do Durham w trwającej 7 lat procesji.
      • (…) Podsumowując ten ważny historycznie wątek zaznaczę tylko, że wkład genetyczny mnichów w kształtowanie populacji brytyjskiej prawdopodobnie
        można pominąć w dotyczących tego tematu rozważaniach.
      • Kolejne natomiast fale nowych genów napłynęły w miarę mających miejsce najazdów: Wikingowie zaczęli od zniszczenia klasztoru Lindisfarne w 793 roku, po czym nękali Wyspy Brytyjskie przez z górą dwa wieki, opanowując znaczną ich część. Naukowe potwierdzenie ich wkładu w fundamenty społeczeństwa brytyjskiego (jak też innych europejskich nacji) znajdziemy w reprodukowanym obok “sztychu” Andrzeja Mleczki.thCL672SQ7
      • Kulminacją kariery Wikingów, którzy w międzyczasie ustanowili królestwa Norwegii i Danii, było sięgnięcie po koronę angielską. Udało się to duńskiemu królowi Swenowi Widłobrodemu, synowi Haralda Sinozębego (malownicze ksywy skądinąd!) w roku 1013. Królewska kariera Swena w Anglii potrwała ledwie kilka tygodni, ale z punktu widzenia polskiego wkładu w tę historię ważne jest to, że jego następcą został syn z małżeństwa z córką Mieszka I, siostrą Bolesława Chrobrego, Świetosławą, Kanut Wielki. Ponoć wojowie Bolesława (wkrótce króla polskiego) zjawili się także w Brytanii, aby wspomóc jego siostrzeńca, więc nie może być wątpliwości co do ich tamtejszej spuścizny, czy jak to tam nazwać.
      • Ostatnią ważną falą najeźdźców na Wielką Brytanię byli Normanowie (potomkowie Wikingów – zdobywców francuskiej Normandii), którzy ustanowili swoje rządy począwszy od roku 1066. To oni przywieźli sztukę budowy wielkich katedr, które od XI wieku stawiano w miejscach wcześniejszych świątyń.
      • Łatwo zauważyć, że począwszy od zapanowania nad Wielką Brytanią Anglosasów w V wieku, wszystkie kolejne na nią najazdy (w cyklach 300 – 400 letnich, odpowiadających z grubsza przepisowemu czasowi pielęgnacji porządnego angielskiego trawnika) miały miejsce w wykonaniu ludów spowinowaconych, kuzynów prawie, z Danii, Norwegii, północnych Niemiec i Normandii. Sumarycznie i skrótowo można nazwać ich wszystkich Normanami, zaś brytyjski pień genetyczny, oraz etnos, stanowią efekt wypracowanej w niezliczonych bojach mieszaniny celtycko – rzymsko – normańskiej, osadzonej w wyjątkowo sprzyjających warunkach geograficzno – klimatycznych.

    Beitrag auf Deutsch. Brigitte von Ungern-Sternberg.

    Großbritannien, in der Antike als Britannien bekannt, welches die Gebiete des heutigen Englands bis zum Hadrianswall, Cornwall und Wales umfasste, stand von 43 bis ca. 440 n. Chr. unter römischer Herrschaft. (Wikipedia)

    Das als Vorspann zur frühen Christianisierung Schottland und Irlands.

    England wurde in den vier Jahrhunderten römischer Herrschaft durchorganisiert, mit Straßen, Militärlagern, Städtegründungen, Bädern und Villen – aus römischer Sicht ‘zivilisiert’. Es gelang den Römern jedoch nicht, sich die ganze Insel einzuverleiben, bei Irland haben sie es gar nicht erst versucht. Daher bauten die römischen Besatzer gegen die von ihnen wegen ihrer Tätowierungen so bezeichneten ‘Pikten’ (die ‘Bemalten’) von Küste zu Küste eine Mauer (Hadrian’s Wall) – Trump hätte seine Freude dran. Die ‘Bemalten’ aus der schottischen Wildnis sollten ferngehalten, ihre Einfälle auf römisches Territorium unterbunden werden.

  • Die Insel Lindisfarne liegt nördlich dieser Mauer, außerhalb des ehemaligen römischen Territoriums.

  • Milecastle on Hadrians Wall

  • Was mit militärischer Gewalt nicht gelang, das vollbrachte das Christentum. Es war – außer Mauern, Städten, Straßen… – eine Hinterlassenschaft der römischen Ära. Das Christentum war grenzüberschreitend! Die entstehende irisch-schottische Kirche – sehr fern von Rom und dem Papst – war ausgesprochen eigenwillig, allerdings sehr bedeutend für die Entwicklung der kontinentalen Kulturgeschichte.

    Dazu ein Wikipedia Artikel:

    https://de.wikipedia.org/wiki/Iroschottische_Kirche

    Sonderentwicklungen lokaler Kirchen wurden in Rom nicht geschätzt!

    Zitat aus den Wiki-Artikel:

    Auf der Synode von Whitby (im Jahr 664) übernahm die englische Kirche das Osterdatum von Nizäa und den römischen Ritus. In der Bretagne wurde die Regel des hl. Columban erst im 9. Jahrhundert durch die Benediktusregel ersetzt. Die iroschottische Prägung wurde zu Beginn des 12. Jahrhunderts (Synode von Rathbreasail) sukzessiv angepasst und nach der Eroberung Irlands durch Heinrich II. 1172 vollendet…

    Und an dieser Schnittstelle befindet sich St. Cuthbert.

  • Vidoland auf dem Hadrians Wall

  • Hier seine Entwicklungslinie aus einem WIKIPEDIA Artikel:Prior in Ripon 658–661Als König Ealhfrith von Deira ein Kloster in Ripon gründete, folgte Cuthbert seinem Abt Eata und wurde dort praepositus hospitum (Prior). Nachdem Ealhfrith Anhänger des römischen Ritus wurde, mussten Eata und Cuthbert im Jahr 661 mit den anderen Anhängern des iro-schottischen Ritus nach Melrose zurückkehren.
  • Beda venerabilis

  • Mönch in Melrose 661–664Im Jahr 664 suchte eine Seuche Britannien heim. Cuthbert erkrankte schwer, doch genas er bald wieder, während sein Lehrer Boisil starb. Cuthbert übernahm darauf das Amt des Priors und missionierte auf teilweise mehrwöchigen Reisen im weiteren Umfeld des Klosters, da etliche Einwohner vom Glauben abgefallen waren.Prior in Lindisfarne 664–676Eata wurde 664 von den Mönchen zum Abt von Lindisfarne ernannt, nachdem Colman das Kloster verlassen hatte. Bald darauf wurde er auch Bischof von Lindisfarne und holte Cuthbert aus dem Kloster Melrose als Propst und Lehrer ins Kloster Lindisfarne. Cuthbert beugte sich den Beschlüssen der Synode von Whitby und führte mit Geduld und Nachsicht den römischen Ritus im bis dahin iro-schottischen Kloster ein. In späteren Jahren zog er sich in einen abgelegenen Teil des Klosters in die Einsamkeit zurück.
    17 Aug 1997, Northumberland, England, UK — Priory in foreground; castle in background. — Image by © Skyscan/Corbis

    Eremit auf Inner Farne 676–684

    676 zog er sich aus dem Kloster auf eine der unbewohnten Farne-Inseln, südöstlich von Lindisfarne, zurück. Dort errichtete er ein Grubenhaus als Einsiedelei und ein weiteres Gebäude als Gästehaus. In den folgenden Jahren lebte er dort allein, von seinen Klosterbrüdern mit Nahrung versorgt. Später baute er Gerste an, um sich selbst zu versorgen.

  • Im 7./8. Jahrhundert entstand das Evangeliar von Lindisfarne, reich geschmückt mit kunstvoller Buchmalerei – keltisches Design deutlich darin zu sehen

Reblog: 2 to nie 3 ale jednak mimo wszystko 2

Jacek Pałasiński (na Facebooku)

26. Juli um 14:41 

Czy się zestarzało? Nie, proszę sprawdzić. Kto wczoraj słusznie oglądał TVN24 BIS, ten słyszał. Przetłumaczyłem w całości, a resztę w co istotniejszych fragmentach, komentarze nt. sytuacji w Polsce, zamieszczone w najbardziej prestiżowych dziennikach świata.

Choć to długie, to jednak proszę rzucić okiem: świat jednak nie wierzy w dobre intencje rządzącej w Polsce formacji.

FAZ
http://www.faz.net/…/veto-gegen-justizreform-dudas-manoever…

MANEWRY DUDY
Swoim wetem Duda przeciwstawił się w dobrym momencie alarmującemu rozwojowi sytuacji. Ale czy ma na myśli własne dobro, czy tez opiera swą decyzję na spóźnionej mądrości?
Tylko prezydent Polski wie dlaczego właśnie teraz zdecydował się na rozerwanie frontu Kaczyńskiego. Uzasadnia to, cytując obawy obywateli, panujące od jakiegoś czasu w kraju. Było ię wydarzeń, wobec których mógł bronić podziału władz, nie ostatnie to był przewrót w TK w ciągu ostatnich miesięcy. Może Duda rzeczywiście zauważył, że nacjonal-konserwatyści idą za daleko, że podzielili kraj, że Polsce grozi izolacja w UE, ale być może działa dla własnego dobra. Być postrzeganym jako notariusz partii rządzącej nie jest najlepszym sposobem dla młodego polityka, kiedy ma jeszcze jakieś ambicje.
Ale bez wątpienia sekwencja manewrów Dudy daje efekty: po raz pierwszy od zwycięstwa wyborczego sprzed dwóch lat Kaczyński staje w obliczu oporu wśród własnych szeregów i nie może nic z tym zrobić. Ponieważ Duda, wybrany w wyborach bezpośrednich ma spory zakres władzy i może skutecznie blokować agendę autorytarną – nie tylko w stylu, może być poważnym przeciwnikiem eurosceptyka Kaczyńskiego. To wprowadza dynamikę w polityczny krajobraz kraju, wraz ze wszystkimi ostatnimi manifestacjami. Kaczyński – wydaje się – musi pogodzić się z faktem, że nie może trzymać w ręku wszystkich sznurków.
To dobrze, że taki rozwój wypadków narodził się w samej Polsce. Różne procedury Brukseli w sprawie zagwarantowania państwa prawa zawsze będzie miało wymiar paternalistyczny. (…) Teraz należałoby dać Polsce trochę czasu, by odnalazła nowy konsensus w sprawie przyszłego kształtu WS. W tej kwestii Europa nie ma gotowego modelu.

http://www.faz.net/…/veto-gegen-justizreform-der-mann-vor-d…

MARIONETKI a.D.
Autor: KONRAD SCHULLER

Przez długi czas prezydent Duda był marionetką Kaczyńskiego. Swoim podwójnym weto dla reformy wymiaru sprawiedliwości odszedł na krok od cienia swojego patrona. Rząd atakuje jego plany.
(…) Ilekroć pokazywał się publiczne odkąd jest na urzędzie, prezydent Polski miał za sobą szaro-niebieskie kotary, jak w teatralnych kulisach. Ci, którzy na niego patrzyli zastanawiali się w jakiej roli występuje? Aktora na scenie? Na tle tych kurtyn w swoim biurze Duda wyglądał jak ktoś, komu inni piszą teksty, ktoś, komu podpowiada sufler z zewnątrz: JK, silny człowiek w Polsce, rewolucyjny lider bez żadnej odpowiedzialności rządowej.
Od poniedziałku jest inaczej. Duda powrócił przed kurtynę, ale głos podpowiadacza wydawał się do niego nie docierać. Wygłosił nowe teksty, które wydawały się przeciwieństwem tego, co mówił w przeszłości. Postawił swoje prezydenckie weto przeciw Kaczyńskiemu (…)
I Duda poszedł nawet dalej: Należy przeczytać ostatni paragraf jego wystąpienia, by zrozumieć, że zrobił więcej niż odesłanie dwóch tekstów do Parlamentu. Przede wszystkim zredefiniował pozycję Kaczyńskiego, to nie on jest od wczoraj numerem jeden w Polsce.

SZ
http://www.sueddeutsche.de/…/justizreform-in-polen-polnisch…

POLSKI RZĄD NIE ODPUŚCI
(…) Polski rząd nie zmienia kursu po wecie prezydenta Dudy. „My będziemy realizować nasze plany – powiedziała premier BS.(…)
Swoim wetem Duda rozbija po raz pierwszy publicznie niekontrastowaną władzę JK. Podczas swoich 2 lat jako prezydent AD podpisał wszystkie ustawy, wliczając w to te, które były sprzeczne z konstytucją. (…)
Dla rządu to problem, ponieważ przeforsowanie aktualnej wersji tekstu reformy wymagałoby większość 3/5 w Parlamencie, a prawica nacjonalistyczna tyle nie ma.

SZ
http://www.sueddeutsche.de/…/polen-wie-die-eu-polen-auf-den…

Jak można powrócić na właściwą drogę, UE Polska
Autor: Thomas Urban
To, co robi lider PiS jest oczywistym naruszeniem praw UE. Ale Bruksela nie znalazła żadnej skutecznej dźwigni przeciw Warszawie. Teraz nadeszła godzina dyplomatów.
(…) Społeczeństwo polskie charakteryzuje poszukiwanie tożsamości kulturalnej.
(…)Żądając przyjęcia imigrantów Zachód nie docenił w pełni jak dalece poszukiwanie własnej tożsamości kulturalnej cechuje społeczeństwa, które przez pokolenia wysłuchiwały retoryki bloku sowieckiego i były ofiarami represji intelektualnej, zwłaszcza w Polsce. Należałoby przybliżyć tożsamości wschodnią i zachodnią. (…)
Protesty uliczne nie powinny przysłaniać faktu, że obóz rządowy jest mocno w siodle, a opozycja jest bardzo słaba. Lider KOD okazał się małym oszustem, który napełniał własne kieszenie. PO, które w zdu-miewający sposób otrzymuje od zachodnich mediów etykietkę „liberalnej”, musi zostać odbudowana od podstaw po odejściu swojego przywódcy DT, który pozostawił w Polsce chaos polityczny. Nie ma postaci ani wiarygodnych ani charyzmatycznych.
W innych krajach europejskich, również w Niemczech, popełniono błąd, nie biorąc poważnie lub wręcz ignorując narodowych konserwatystów.(…)
Ambasada w Warszawie wysypiskiem niechcianych dyplomatów.
(…) Dopiero w 2011 r. wysłano do Warszawy dobrze wykształconego człowieka, mówiącego po polsku. Nie do pomyślenia, by do Paryża czy Rzymu wysyłać ambasadora, nie znającego lokalnego języka.

TAGESZEITUNG

http://www.taz.de/Kommentar-Justizreform-in-Polen/!5429099/

Chłodno obliczone ryzyko
(…) Prezydent, sam prawnik, tym razem był pod szczególną presją. Miał trzy opcje: mógł po pierwsze podpisać sprzeczne z konstytucją ustawy, czego oczekiwał od niego lider PiS JK. Zdyskredytowałby się jednak jako prawnik Po drugie mógł przekazać ustawy do TK, ale ten organ to tylko wikariusz rządu PiS-u.
Po trzecie, mógł zawetować ustawy i odesłać je do Sejmu. Ponieważ PiS nie ma większości 2/3 w Sejmie, nie mógł nie zdawać sobie sprawy, że ustawy te teraz spadły ze stołu.
Kalkulował na zimno: mógł podjąć takie ryzyko. Szkoda tylko, że nie umożliwił wprowadzenia trzeciej ustawy swoim wetem.

LE MONDE

http://www.lemonde.fr/…/pologne-le-president-duda-gardien-d…
Pologne : le président Duda, gardien du droit et de la justice
(…)Wiadomość zaskoczyła zarówno opozycję, jak i większość parlamentarną i wywołała trzęsienie ziemi w dotychczas monolitycznym bloku ultrakonserwatywnego PiS-u.(…)
Andrzej Duda spowodował poważny kryzys w swojej partii i podważył autorytet silnego człowieka w kraju, JK. (…)
Poza samym gestem, jest również forma. W swoim uroczystym przemówieniu, prezydent przedstawił ostrą krytykę ustaw opracowanych przez większość parlamentarną. W Konstytucji i w tradycji rokurator generalny nigdy nie miał żadnej kontroli nad SN – podkreślił AD. To nie było w programie wyborczym PiS-u – co było otwartą aluzją do ministra Sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

LE MONDE
Après le veto de Duda, que deviennent les lois polonaises ?

(…) Wielka niepewność co do tego jak się w przysz-łych dniach zachować w łonie ultrakonserwatywnej większości, PiS-u, który szczególnie źle postrzega decyzję prezydenta.(…)
Prezydent AD zdecydował by wziąć w swoje ręce przyszłość reformy WS w PL(…)
« Prudence dans les annonces »
W Brukseli KE pozostaje ostrożna. Potwierdzona zostaje dogłębna dyskusja o sytuacji w PL przewidziana podczas plenum KE w środę 26. To będzie tylko jeden z aspektów debaty – powiedział rzecznik KE Margaritis Schinas. Widzieliśmy już wiele rzeczy w tej sprawie, więc będziemy ostrożni w naszych uwagach.

FRANCE INTER
https://www.franceinter.fr/…/g…/geopolitique-25-juillet-2017

Ce matin, direction la Pologne, où le véto du président a éloigné les menaces de sanctions européennes…
(…) To przede wszystkim ulica uzyskała to zwycięstwo.
Czy to chodziło o zaostrzenie ustaw aborcyjnych w X 2016 czy dziś, dla niezależności wymiaru sprawiedliwości, to mobilizacja obywateli osiągnęła zwycięstwa. (…)
PO, oficjalna partia opozycyjna, jest nadal niepopularna. Jeśli dać wiarę sondażom, jest od 15 do 20 punktów w tyle za PiS-em. (…)
Z drugiej strony, PiS u niekontrastowanej władzy od dwóch prawie lat, absolutnie nie traci popularności.

Ale dla zwykłego Polaka, to nie jest najważniejsze: najważniejsza jest gospodarka, która rośnie w tempie 4% i jest błyskotliwa. Ważne by szkoły, szpitale były dobrze finansowane i by państwo nie było skorumpowane.
Jak na razie we wszystkich tych punktach PiS nie stracił wiarygodności. Na tyle, że opozycja zrozumiała, że jeśli nadal będzie postępować jak dotąd, będzie zmarginalizowana.

GUARDIAN

https://www.theguardian.com/…/why-suspicion-remains-over-po…
Why suspicion remains over Polish president’s veto of contentious laws
(…) A.D., były poseł PiS i człowiek stosunkowo nieznany przed wyborem na prezydenta w 2015, jako głowa państwa formalnie jest ponad podziałami. W praktyce, jednakże, odgrywał instrumentalną rolę w przejmowaniu przez swoją partię mediów publicznych i zamachu na najwyższy trybunał swojego kraju – TK. Krytycy zarzucają mu, że wielokrotnie złamał przysięgę obrony konstytucji. (…)
Protestujący koncentrują się na Dudzie i jego prawie weta i na razie odnieśli sukces. Co będzie później jest mniej jasne i zależy od powodów decyzji prezydenta.

[Jakie to były powody?]
Pierwsza możliwość, to ta, że weta sygnalizują wolę rządu porzucenia planów skutecznego przejęcia kontroli nad WS.
Optymistyczni obserwatorzy cytują przykład tzw. Czarnego Protestu w X 2016 przeciw propozycji całkowitego zakazu aborcji, kiedy setki tysięcy protestujących, głównie kobiet ubranych na czarno, wyszły na ulice i zmusiły rząd do odwrotu.
Ale to nie rząd wniósł projekt tej ustawy, to byli twardogłowi z grup konserwatywnych, którzy spowodowali pełną furii reakcję, której rząd się nie spodziewał.
Panuje przekonanie, że wszystkie autorytarne partie rozumieją tylko złość ulicy. To działa zawsze, kiedy jakaś partia idzie za daleko i wycofuje się wówczas liżąc swoje rany.
Druga możliwość to taka, że weta Dudy są taktycznym wycofaniem się [PiS-u]. Prezydent nie odrzucił rządowych projektów w całości. Zamiast tego mówił o konieczności naprawy ustaw, by uzyskały społeczne zaufanie.
Trzecia możliwość to ta, że po 2 latach na urzędzie Duda w końcu zdecydował określić się w opozycji do swojej partii.
Przed długi czas wyśmiewany z powodu swojego podporządkowania liderowi PiS-u JK, Duda mógł zdecydować, że tak ścisły związek z PIS uniemożliwi mu reelekcję.

WP

https://www.washingtonpost.com/…/judicial-independence-in…/…
Judicial independence in Poland saved by public opinion
(…) President Duda dokonał nieoczekiwanego ruchu zawetowania części ustaw z powodu masowych protestów przeciwko nim (włączając w to protest b. prezydent LW, legendarnego lidera S. w walce przeciw komunizmowi) i opozycji opinii publicznej. (…)
Świeże sondaże wskazują, że 55% Polaków chciało, by prezydent zawetował ustawy, a tylko 29%, by je podpisał. (…)
Polska to nie jedyny kraj, w którym zachowanie niezależności wymiaru sprawiedliwości zależy od opinii publicznej. To samo dotyczy USA z ich długą historią walk o sprawiedliwość.

FT

https://www.ft.com/con…/8f2ae24c-7072-11e7-93ff-99f383b09ff9
Duda’s defiance leads Poland into new territory
Wyzwanie rzucone przez Dudę prowadzi Polskę na nowe obszary
(…) Co się wydarzy teraz zależy od wielu aktorów. Oczekiwano, że KE nałoży sankcje na PL podczas środowego spotkania, ale niepewność, czy interwencja p. Dudy może spowodować opóźnienie takiej akcji.
Ponieważ wybory w Niemczech będą miały miejsce we wrześniu, to 2-miesięczne opóźnienie może być dobrze widziane w Belinie, gdzie kanclerz A.M. może nie chcieć, by kłótnie z Polską zdominowały jej kampanię.
A jak A.D. podkreślił, on sam sprzyja reformie wymiaru sprawiedliwości i podpisał trzecią ustawę, która z pewnością będzie widziana, jako kontrowersyjna w Brux.

REUTER

https://uk.reuters.com/…/uk-europe-view-tuesday-idUKKBN1AA0…
W dalszym ciągu nie jest pewnie dlaczego polski prezydent A.D., postrzegany dotychczas jako całkowicie zależny od rządzącej partii PiS, zdecydował się na zawetowanie kluczowych części reformy widzianej przez krytyków jako antydemokratyczna.
Duda mógł po prostu zbierać fawory u wyborców, których z pewnością będzie potrzebował, by uzyskać reelekcję, albo tez może być to prawdziwe wyzwanie rzucone liderowi PiS, socjalkonserwatywnemu nacjonaliście JK. To wszystko spowodowało wybuch spekulacji nt. podziałów w szeregach PiS a nawet pojawiły się głosy o możliwości przedterminowych wyborów

CORRIERE DELLA SERA

http://www.corriere.it/…/leggi-giudici-polonia-presidente-d…#
Leggi sui giudici in Polonia,
Od Dudy, b. wiernego JK, który go wybrał jako kandydata w wyborach prezydenckich w 2015, nieoczekiwane wyzwanie rzucone liderowi.
(…) Czy jest to próba autonomii w obronie jedności narodowej, czy manewr, mający na celu ukrócenie krytyk i odzyskanie najważniejszych punktów reformy wymiaru sprawiedliwości z kilkoma poprawkami?
Duda zdobywa punkty, akredytując się jako interlokutor opozycji, która, po dniach mobilizacji w całym kraju i groźbach bezprecedensowych sankcji ze strony RE, mogą mu się okazać użyteczne. (…) Jak powiedział b. prezydent i lider S. Lech Wałęsa: „była to decyzja odważna i trudna, decyzja prawdziwego prezydenta”.
(…) Wcale nie drugorzędny jest wybór czasu: projekty ustaw przedstawione zostały po wizycie amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa w Warszawie, co dodało wiarygodności narodowej rządowi BS.

EL PAIS

https://elpais.com/…/2…/07/24/opinion/1500885940_200343.html
Polska i paradoks stosu.
W którym momencie demokracja liberalna przestaje nią być, kiedy odbiera się wolność?
Jednym z najbardziej znanych paradoksów, które pozostawiła nam filozofia klasyczna jest teoria stosu. Wszyscy zgadzamy się, że ziarnko piasku nie jest stosem. Ani dwa, ani trzy. Możemy powiedzieć, że np. milion już nim jest. Wyobraźmy sobie, że usuwamy jeden po drugim ziarna z tego miliona: w którym momencie stos przestaje nim być? Gdzie jest granica?

Zastosuj ten sam paradoks do autorytarnych demokracji Europy Środkowej i Wschodniej. W Polsce od 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość ma bezwzględną większość głosów, coś, co nie zdarzyło się żadnej partii od przełomu 1989.
Tak się dzieje, że rząd, usuwa ziarna ze stosu a następnego ranka wyjaśnia, że wielu dziś jest tych ziaren „więcej niż wczoraj”. Polacy przez 20 miesięcy, obserwują jak ta partia zmniejsza z tygodnia na tydzień wolność. Zabrała już podział władz, telewizja publiczna jest czystą propagandą, nie przestrzega się konstytucji. I wielu Polaków wydaje się nie tym nie przejmować: PiS, według sondaży, wciąż ma poparcie około 1/3 Polaków.

Kto rządzi de facto w Polsce to nie jest ani prezydent Andrzej Duda, ani premier Beata Szydło. Tym, który ma w ręku stery kraju jest Jarosław Kaczyński, brat bliźniak prezydenta, który zginął w katastrofie lotniczej w Smoleńsku 7 lat temu. Mimo, że jest tylko posłem i liderem PiS-u, to rządzi z gmachu kierownictwa partii. A jego decyzje to podręcznikowy przykład, jak krok po kroku złamać liberalną demokrację. Po pierwsze, umieścić kandydata na prezydenta Ci absolutnie lojalnego. Następnie zmusić go do łamania konstytucji, co jest jak rytuał inicjacji mafijnej, gwarantujący, że będziesz wierny. Następnie zainstalować w fotelu premiera kogoś, kto jest marionetką, którą można się posłużyć. Jeśli masz również bezwzględną większość w parlamencie, zniknął podział między władzami wykonawczą i ustawodawczą, wtedy możesz uruchomić „dobrą zmianę” (jak nazywa swoje decyzje rząd PiS).
Chwileczkę, zapomniałeś o czymś! Masz również Trybunał Konstytucyjny, więc możesz podeptać wszystkie prawa.
Choć brzmi to jak political fiction, to jest to właśnie to, co dzieje się w Polsce w ciągu ostatnich dwóch lat. W przeciwieństwie do rządu Viktora Orbána na Węgrzech, który jest wiernym wyznawcą Kaczyńskiego, PiS nie ma wystarczającej większości do zmiany konstytucji. Kaczyński zdecydował się sparaliżować Trybunał Konstytucyjny, naruszył Konstytucję poprzez mianowanie 5 nowych sędziów. Chociaż Trybunał orzekł, że nowe prawo jest niezgodne z konstytucją, rząd, niezniechęcony, postanowił zignorować orzeczenie niezwykłą decyzją, aby nie publikować go w dzienniku urzędowym. To było ponad rok i wyrok pozostaje niepublikowany, a nowy Sąd zostaje podporządkowany partii rządzącej.
(…)
Ścieżka wybrana przez Kaczyńskiego jest podobna do tej, która idzie Orbán, ale również przypomina drogę Erdoğana (którego polski rząd podziwia) i, paradoksalnie, drogę, którą idzie znienawidzony Putin.

Mit seinem Veto steuert Duda im rechten Moment einer bedenklichen Entwicklung entgegen. Doch liegt der Entscheidung des polnischen Präsidenten späte Einsicht zugrunde – oder hat er sein eigenes Wohlergehen im Blick?

Reblog. Czarodziejskie ogrody 2

Elżbieta Kargol

Pamiętajcie o ogrodach

a konkretnie o ogródkach działkowych w Berlinie. Jest ich wprawdzie jeszcze ponad 70 tysięcy, ale z każdym dniem ich ubywa. Do roku 2025 ma zniknąć 3 tysiące ogrodów z mapy Berlina, a na przeszło 10 tysięcy wydany jest wyrok zabudowy.

Nasza „Kolonia Oeynhausen“,założona w roku 1904, jest jedną z najstarszych w Berlinie. Nie pomogło wygrane referendum, nie pomogły petycje, protesty, demonstracje. Jedyne co wywalczyliśmy: połowa naszych ogródków została, w zamian za to inwestor budowlany Groth będzie budował ciaśniej i wyżej, kolejne “domy z betonu”. Polityka ugięła się znowu pod finansami.

Z poczuciem przegranej, ze smutkiem, z bezsilnością i ze złością musieliśmy przyglądać się, jak spychacze i inne niszczące maszyny położyły kres ponad stuletnim ogrodom i jeszcze starszym drzewom. Groteską dla mnie było wysianie słoneczników na wielkiej mogile po zdewastowanych i opustoszałych parcelach. Mija już drugi rok i na terenie dawnych odebranych nam 150 działek nic się nie dzieje, nawet nie kwitną już słoneczniki. Jak w piosence: „To już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni możemy iść.“ Ale takiej wolności nikt nie chciał.

Dopiero od dwóch lat jesteśmy gospodarzami naszej działki. Mieliśmy to szczęście w nieszczęściu, że nasz ogródek znalazł się, w tej części, której darowano życie. No cóż, niesprawiedliwość dziejowa (ale takich dużo) była dla nas przyjazna. Parcele musieli opuszczać działkowicze z ponad 50 letnim stażem.

Ogrodem zawiaduje dziadek Tomek i króluje tu niepodzielnie i chwała mu za to, bo nikt z nas nie włożyłby tyle serca i pracy w te niecałe 300 metrów kwadratowych zielonej oazy. Ale tylko dzięki Tomkowi ogród jest tym czym jest, pełnym kwiatów, owoców i warzyw, śpiewu ptaków, bzyczenia pszczół i zielonych jaszczurek, choć żadnej prawdziwej zwinki jeszcze nie spotkałam.

Dziadek Tomek zamienił równo przyciętą prosto z katalogu działkę poprzednika w ogród pełen wrażeń i niespodzianek i małej anarchii. Każde zielsko jest tu zielem i ma prawo bytu. Dziadek Tomek uprawia biodynamicznie, nie stosuje chemii. Korzysta z doświadczeń ogrodniczych sióstr Benedyktynek z klasztoru we Fuldzie; przede wszystkim przejął od nich metodę kompostowania.

Wzoruje się na starożytnej technice rolniczej “Trzy siostry”, w której fasola, kukurydza i dynia są uprawiane razem. Siostry pracują wspólnie: kukurydza ma sztywną łodygę, po której pnie się fasola; fasola dostarcza kukurydzy azotu mineralnego; kukurydza i fasola wspólnie zapewniają dyni cień i odpowiednią wilgotność; dynia chroni siostry przed chwastami i erozją gleby.
Około 3,5 tysiąca lat temu technika ta była już powszechnie stosowana w Mezoameryce. Te rośliny były ponoć specjalnym prezentem od Wielkiego Ducha Indian i zostawały pod ochroną trzech bogiń-sióstr, które razem zwano “De-o-ha-ko” (te które nas utrzymują).

Może Wielki Duch spojrzy na nas łaskawie i nasz ogród będzie cieszył następne pokolenia, a wnuki, a może nawet prawnuki będę pokazywać i opowiadać swoim dzieciom: „wiesz, to drzewo zasadził twój pradziadek.“

“Bluszczem ku oknom
Kwiatem w samotność
Poszumem traw
Drzewem co stoi
Uspokojeniem
Wśród tylu spraw

Pamiętajcie o ogrodach
Przecież stamtąd przyszliście
W żar epoki użyczą wam chłodu
Tylko drzewa, tylko liście.”…

Powtórzmy za autorką:

Z poczuciem przegranej, ze smutkiem, z bezsilnością i ze złością musieliśmy przyglądać się, jak spychacze położyły kres ponad stuletnim ogrodom i jeszcze starszym drzewom. Groteską było wysianie słoneczników na wielkiej mogile. Mija już drugi rok i na terenie odebranych działek nic się nie dzieje, nawet nie kwitną już słoneczniki.

Liu Xiaobo and Liu Xia

Wczoraj przygotowałam ten wpis, i wczoraj Liu Xiaobo umarł
I prepared that post yesterday. Yesterday Liu Xiaobo died.
Ich habe diesen Beitrag gestern vorbereitet. Gestern ist Liu Xiaobo gestorben.

R.I.P.

Aufruf an die Chinesische Regierung bezüglich Liu Xiaobo und seiner Frau Liu Xia

Appeal to the Chinese government concerning Liu Xiaobo and his wife Liu Xia

Nobel Peace Prize Laureat Liu Xiaobo has been diagnosed with liver cancer. His wife, Liu Xia, who has been under house arrest for several years, is also gravely ill. They have the wish to travel to Germany so they can receive medical care. Their wish to leave China is so strong that Liu Xiaobo has stated that – if he is to die – he does not want to do so on Chinese soil. Liu Xia also no longer wishes to live there. Time is running. We urge the Chinese government to grant Liu Xiaobo and Liu Xia the freedom to leave the country!

Der Friedensnobelpreisträger Liu Xiaobo ist an Leberkrebs erkrankt. Er und seine Frau Liu Xia haben hat den Wunsch geäussert, nach Deutschland auszureisen, um medizinische Hilfe für beide zu bekommen – denn auch Liu Xia, die seit Jahren unter Hausarrest steht, ist schwer erkrankt. Der Wunsch der beiden geht soweit, dass Liu Xiaobo sagt, er möchte – selbst wenn er sterben muss – nicht in China sterben. Und Liu Xia sagt, dass sie nicht länger in China leben möchte. Die Zeit ist knapp. Wir appellieren dringend an die chinesische Regierung: geben sie diesen beiden Menschen die Freiheit, das Land zu verlassen!

The poem “You Wait for Me with Dust” by Liu Xiaobo in Chines, English, German and Polish. Other languages (Afrikaans, Arabic, Bosnian, Dutch, Finnish, French, Hebrew, Kurdish, Komi,  Portuguese, Romanian, Russian, Slovenian, Spanish, Swedish, Welsh) you find here.

和灰尘一起等我–给终日等待的妻

你一无所有,只能
和家里的灰尘一起等我
它们一层层
积满了所有角落
你不愿拉开窗帘
让阳光惊扰它们的安宁

 

 

书架上的字迹被灰尘掩埋
地毯的图案吸满了灰尘
你喜欢在给我写信时
笔尖吸住几粒灰尘
让我的眼睛有些刺痛

 

你终日端坐
不想随意走动
生怕自己的脚踩痛了灰尘
你尽量平稳地呼吸
用沉默编写一个故事
在这令人窒息的岁月
灰尘们献出仅有的忠诚

 

灰尘浸满了
你的目光、呼吸、时间
在你的灵魂深处
日复一日的修筑坟墓
从脚底一寸寸堆积
直到胸口直到喉咙

 

你知道,坟墓
是你最好的归宿
在那里等我
不会有任何惊扰
你就是对灰尘情有独衷
在黑暗中在安静中在窒息中
等我等我

 

和灰尘一起等我
拒绝阳光和空气的流动
让灰尘彻底埋葬自己
让自己在灰尘中睡去
直到我回来
你才苏醒
揩净皮肤和灵魂的灰尘
如同死而复活的奇迹

晓波1999.4.9

You Wait for Me with Dust

nothing remains in your name, nothing
but to wait for me, together with the dust of our home
those layers
amassed, overflowing, in every corner
you’re unwilling to pull apart the curtains
and let the light disturb their stillness

over the bookshelf, the handwritten label is covered in dust
on the carpet the pattern inhales the dust
when you are writing a letter to me
and love that the nib’s tipped with dust
my eyes are stabbed with pain

you sit there all day long
not daring to move
for fear that your footsteps will trample the dust
you try to control your breathing
using silence to write a story.
At times like this
the suffocating dust
offers the only loyalty

your vision, breath and time
permeate the dust
in the depth of your soul
the tomb inch by inch is
piled up from the feet
reaching the chest
reaching the throat

you know that the tomb
is your best resting place
waiting for me there
with no source of fear or alarm
this is why you prefer dust
in the dark, in calm suffocation
waiting, waiting for me
you wait for me with dust

refusing the sunlight and movement of air
just let the dust bury you altogether
just let yourself fall asleep in the dust
until I return
and you come awake
wiping the dust from your skin and your soul.
What a miracle – back from the dead.


April 9th 1999

translated by Zheng Danyi, Shirley Lee and Martin Alexander

Warte auf mich mit dem Staub

Es bleibt dir nichts übrig,
als mit dem Staub auf mich zu warten.
Schicht um Schicht füllt er die Ecken.
Du lässt die Vorhänge zu,
Die Sonne soll den Staub nicht stören.

Auf den Bücherregalen verschwinden die Zeichen im Staub,
die Muster im Teppich, vom Staub vollgesogen.
Wenn du mir schreibst, tauchst du den Stift gern in den Staub,
die Staubkörner stechen dann in meinen Augen.

Du sitzt den ganzen Tag da und willst nicht umhergehen,
damit deine Füße den Staub nicht verletzen.
Du atmest ganz ruhig, schreibst mit deinem Schweigen
eine Geschichte in dieser erstickenden Zeit.
Nur der Staub bleibt dir noch treu.

Der Staub erfüllt dir den Blick,
den Atem, die Zeit.
In deiner Seele baut er Tag um Tag ein Grab,
Zoll um Zoll, angefangen bei den Füßen
bis zur Brust und bis zur Kehle

Du weißt, das Grab ist deine beste Zuflucht.
Niemand stört dich, wenn du dort auf ich wartest.
Du hast eben eine besondere Beziehung zum Staub
der Dunkelheit in der erstickenden Stille, warte,
bitte wart auf mich.

Warte auf mich mit dem Staub
verweigre die Sonne, die Strömung der Luft,
bis der Staub dich ganz begräbt.
Lass dich einschlafen im Staub bis du erwachst,
wenn ich zurück bin,
wischt du den Staub von der Haut,
von der Seele und stehst auf
wie durch ein Wunder.

ÜbersetzungxMartinxWinter

Czekaj mnie w kurzu

cała jesteś tylko czekaniem na mnie
czekaniem w kurzu naszego domu
gdy jego warstwy gromadzą się
narastam w każdym kącie
czekasz niezdolna odsunąć zasłony
i pozwolić światłu by wygnało kurz

na półkach z książkami
porastają kurzem notatki wzory dywanu
wchłaniają kurz gdy piszesz do mnie list
dobrze, że stalówka jest nieoczyszczona
bo moje oczy dźga ból

cały dzień siedzisz
nie mogąc się ruszyć ze strachu
by twoje kroki nie wznieciły kurzu
starasz się płytko oddychać
gdy korzystając z ciszy piszesz
w takich chwilach duszący pył
jest zadziwiająco wierny

X

twoje spojrzenie, oddech i czas pozwalają
bym prochem wrastał po trochu coraz głębiej
w głąb duszy dusząc rósł od stóp do gardła

X
ty wiesz, że w tym grobie
można najlepiej wypocząć
czekając na mnie bez lęku
i nie niepokojona
dlatego pył jest dobry
w ciemności cicho dusi czekając,
czekając na mnie

X

czekasz przykryta kurzem
bez słońca i bez powietrza
pozwalasz by pochował cię pył
zasypiasz przyprószona zanim powrócę
i przebudzisz się
otrząśniesz proch ze skóry i duszy
cóż za cud – powstać ze zmarłych

9.04.1999

przełożyła Anna Nasiłowska

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 5

Ten tekst został napisany specjalnie dla nas, ale zanim pojawił się tu w kolejny czwartek, autor już dawno opublikował go i u siebie. A więc jednak reblog.

Przekraczając granice

wpis z 12 czerwca 2017 roku

Rok po

Minął już ponad rok od czasu mojej niefortunnej przygody w Maroko, rany fizyczne się zabliźniły, moja psychika też wraca do normy. Dzięki pracy z psychologiem oraz dużej pomocy przyjaciół i rodziny, wraca mi też pamięć. Oczywiście są w niej jeszcze spore luki, a informacje które pojawiają się w mojej głowie, są dość chaotyczne i czasami trudno umiejscowić je w czasie.

Ostatnio, dzięki pytaniom, jakie do mnie trafiły, zacząłem się zastanawiać nad tym, co ta ubiegłoroczna historia zmieniła w moim życiu. Czy doszedłem do jakiś odkrywczych wniosków?

Po pierwsze niewątpliwie przez sito zostały przepuszczone moje znajomości, przyjaźnie i stosunki rodzinne. Kilka z nich zweryfikowało się in plus, były też niestety i takie, które mocno rozczarowały i doprowadziły wręcz do zerwania stosunków.

Po drugie, nie mniej ważne, stoczyłem walkę z samym sobą, ze swoim wewnętrznym strachem, oporami i uprzedzeniami. Zaistniała sytuacja wzmocniła mnie, pozwoliła mi spojrzeć na siebie jako ważny element tworzący i kształtujący otaczający nas wszechświat.

Dzięki marokańskiej historii wiem, że życie nie jest nam dane po to, abyśmy tylko gromadzili, czy ciągle gonili króliczka. Życie jest darem, który powinniśmy wykorzystać, aby spełniać swoje marzenia (trochę zdrowego egoizmu jest jak najbardziej wskazane). Moim są podróże, poznawanie nowych miejsc, ludzi i historii.

Chyba tylko ja wiem, ile wysiłku psychicznego kosztowało mnie przełamanie się i wyruszanie w kolejne podróże, które odbywałem w ostatnim czasie. Na początku bałem się sam wyjść z domu, potem był pierwszy wyjazd z miasta, pierwszy nocleg w hostelu, wyjazd zagraniczny, gdzie wszyscy mówią w obcym języku. Nie wiem czy dałbym sobie z tym wszystkim sam radę, na szczęście miałem pomoc w postaci terapeuty i, co nie mniej ważne, przyjaciół.

Już na początku ubiegłego millenium jeden z największych filozofów i poetów – Horacy, użył sentencji, która mimo upływu około tysiąca lat nadal się sprawdza i jak najbardziej pasuje do życia (choć w dzisiejszych czasach wielu o niej zapomina, lub źle ją interpretuje).

Carpe diem – oddaje sens egzystencji, nie odkładajcie wszystkich pragnień i radości na później, moja historia pokazuje, że tak naprawdę nie możemy być pewni tego co nas spotka za parę chwil (i to niezależnie od tego jak dokładnie prowadzone byłyby nasze terminarze). Nauczcie się łapać radość z tego co nas otacza, z tych ulotnych chwil, które potrafią znikać tak szybko jak przelatujący koło nas piękny motyl. Bo w ogólnym rozrachunku nie ważne jest jak duże mamy konto, iloma samochodami jeździmy, czy jak dobrze zaopatrzona jest nasza szafa. Prawdziwym kolorytem życia są bowiem nasze przeżycia i ludzie, których spotykamy na swojej drodze.

Szopa w salonie 4

Łukasz Szopa

Integracyjne miejsce zbrodni, albo „Der Tatort ist ein Meister aus Deutschland“

Nie za często, tak co kilka lat, robię sobie prywatny test integracji. Czyli jako e-migrant, mieszkający przez ostatnie piętnaście a może i więcej lat głównie w Niemczech, a nie będąc tu urodzony – sprawdzam sobie, na ile to się zniemczyłem.

Taki test jest krótki, prosty, a i szczery. Nie, nie jest alternatywą dla testu „integracji“ będącego w Niemczech podstawą do otrzymania obywatelstwa. Ten urzędowy, nie chwaląc się za bardzo, pewnie bym – w odróżnieniu od większości obywateli niemieckich! – też zdał. No, ale jaka w tym frajda. Nie po to tłumaczę się od lat, dlaczego nie zamierzam ubiegać się o niemieckie obywatelstwo, by teraz robić testy i je jeszcze zdać. Ale ten „mój“ teścik – to co innego.

Polega on w sumie na dwóch punktach (naprawdę nietrudne!). Po pierwsze: odczekaj do niedzieli, godzina 20:15. Po drugie: Zaczniesz oglądać telewizyjny kryminał, głównie serial „Tatort“, czy nie? Jeśli tak – jesteś w duszy Niemcem. Jeśli nie – może też, ale mniej.

Oczywiście, jako że nie żyjemy w latach osiemdziesiątych, są też szersze i łatwiejsze do zdania wersje tego testu. W sumie – wystarczy borykać się z kwestią, czy w niedzielny wieczór jednak usiąść na kanapie (z małżonką, partnerem, winkiem – do wyboru, niepotrzebne skreślić) przed odbiornikiem TV – czy jednak nie. Tak, już samo zastanawianie się („Sonntagskrimi – Ja oder nein??“) jest dowodem zintergrowania się w niemieckość. Nie mówiąc o wersjach kompletnie współczesnych, czyli komentowaniu na żywo odcinka „Tatort“ na Twitterze albo oglądania – z braku partnerki ale i tak przy piwie czy winie – w pobliskiej knajpie, gdzie odbywa się celebrowanie tradycji w formie kolektywnego oglądania kryminału przez rzeszę lokalnych singlów i singielek.

Ze statystyk winika, że Niemcy to rzeczywiście kraj niebezpieczny, pełen przestępczości, konfliktów, mordobicia, gwałtów, gangów, wojenek etnicznych i międzymafijnych, i rojący się od psychopatów (co dotyczy ostatnio nie tyle przestepców, co policjantów śledczych). Mówię o statystykach telewizyjnych. O ile w porównaniu z latami 80 i 90 spadła wyraźnie oglądalność (i powiązana z tym pokazywalność) telenoweli, quizów, tenisa czy filmów erotycznych – tak wzrosła ilość emisji filmów kryminalnych. Szacunkowo: około 50 na tydzień, a liczymy tu tylko jakieś 10-15 większych kanałów telewizyjnych (w tym regionalne i niszowe), a nie jak we włoskiej kablówce 150 do 200.

Ponadto, jak już przestępstwa, to hard core. Musi być morderstwo. A przeważnie i morderca. Kryminał o łapaniu przestępców podatkowych? Pościg samochodowy za złodziejem z MediaMarktu? Łamanie (sobie) głowy nad tym, które grupy kiboli zaatakowały jaką budkę z hamburgerami – i czy za piwo puszkowe zapłacili, czy nie? Nie do pomyślenia! Nawet „mocniejsze“ przestępstwa – jak powiedzmy dziabanie nożem, gwałty, uprowadzenia, dramaty rodzinne czy przekręty mafijne – nie mają szans w scenariuszu telewizyjnego kryminału. No, chyba że w kombinacji z morderstwem. Ale to żadna sztuka – gdyż w sumie wystarczy tylko morderstwo, reszta mało ważna. Co tam motyw. Co tam praca policjantów śledczych, dociekanie, logika, sztuka dedukcji. Holmes, Poirot czy nawet Colombo nie mieliby tu miejsca – za dużo główkowania, za dużo gadania, za dużo faktów i logiki. Co nie znaczy, że musi być akcja, strzelanina, pościgi i walka na pięści. Dużo ważniejsze są osobiste, głównie mentalne, problemy policjantów, czasem i ofiar. No i dodatek ostatni – choć w tytule i wstępie nieraz pierszoplanowy – jakiś element „społeczno-polityczny“. Czyli na przykład – problem jakiejś tajemniczej mniejszości (Alewici, transseksualiści, bawarscy chłopi), problem polityczny (terror nie terror? islam nie islam? faszyści czy antyglobaliści? kasa czy ideologia? ideały czy rewanż?), gospodarczy (niedobre banki, start-upy internetowe czy instytuty spa & wellness) czy socjalny (biedne matki, biedne dzieci, biedni ojcowie, biedni krewni, biedni uchodźcy, biedni emeryci, biedne dzielnice itp). Aha, a problemy policjantów, to proste, wzięte z życia czy podsłyszane z przystanku autobusowego: stres, alkohol, walące się związki, zdrady z sąsiadką czy kolegą, samotność, fobie, problemy z przeszłości, konflikty rodzinne (jako syn/córka czy ojciec/matka, albo i to i to).

A więc, jeszcze raz, how to make a deutsche krimi: jakiś temat z nagłówków + morderstwo + ciągnące się od odcinków problemy policjantów śledczych. Fertig. I pamiętajmy! Inne przestępstwa mile widziane, ale bez trupa nie da rady! I ten trup serwowany na początku, minimum jeden, ale kilka to już przyzwoitość (z kolei 34 to troszkę za dużo, choć zdarza się).

Co śmieszne, gdyby spojrzeć na to lingwistycznie, to tytuły najważniejszych niemieckich serii kryminalnych (ale i tych importowanych z Wielkiej Brytanii czy Szwecji) wcale nie sugerują morderstwa. „Tatort“ to w sumie tylko „miejsce przestępstwa“, co można też interpretować jako „miejsce zbordni“ – jak kto chce. Czy całkiem neutralny „Polizeiruf 110“ (czyli „Telefon Policyjny“) – przecież na to 110 dzwoni każdy, komu ukradziono rower czy niejedna rencistka, której wydawało się, że widziała „kogoś obcego“ na podwórzu.

Wspomniałem Szwecję i Wielką Brytanię. Tak, oni produkują niezłe ponoć kryminały – ale gdyby internetowo porównać ich program telewizyjny, to nie są takimi znów konsumentami takowych. Przynajmniej nie jak Niemcy. Podobnie gdy zerkniemy na program TV Polaków, Francuzów, Rosjan czy Włochów (tu to trochę trwa – mają, nie tylko Włosi, po 200 stacji!) Co do Szwedów to i tak podejrzewam, że większość tych „typowo szwedzkich kryminałów“ to tylko na eksport, a może i tylko z nazwy „szwedzkie“ – podobnie jak w latach 70 „szwedzkie“ filmy erotyczne, „typowo szwedzka“ ABBA czy choćby IKEA.

Pozostając przy Szwedach: Kilka lat temu stwierdziłem (patrz link), że jednak jestem już dosyć zniemczony, zintegrowany i „ukryminalniony“ – gdyż jednak zdarza mi się w niejeden niedzielny wieczór, że jednak – choć wcześniej się z tego naśmiewałem – usiądę sobie na kanapie, z gin-tonikiem lub winkiem, ale z partnerką, i oglądamy. Co dla niej jest tradycją, a dla mnie – wspólnym spędzaniem czasu (no czasem nie tylko trzeba, ale i miło). Tym bardziej, że jednak trudno co drugi dzień oglądać jakiś filmowy dramat psychologiczno-małżeński Bergmanna, gdzie Liv Ullmann i Max von Sydow nie dają rady nawet wspólnie nie tyle usiąść na kanapie, ale i pić.

Z kolei gdy wziąłem się za pisanie tego tekstu dzisiaj, mój test wypadł po latach już inaczej – stwierdziłem, że jednak od jakiegoś czasu (tygodnie, miesiące, lata?) kryminałów telewizyjnych oglądam zdecydowanie mniej, właściwie już wcale. Więc w sumie mój poziom niemieckiej integracji – spadł! Dlaczego? Czy winna jakość filmów? Czy kanapa? Partnerka? O powodach, czyli dlaczego i jakie preferencje zmieniłem (oglądam coś innego, może więcej czytam czy siedzę w sieci? z partnerką inaczej spędzam czas – a może i inną partnerką? a może po prostu zepsuł się rzutnik?) – przemilczę dla zagadki. Gdyż to nieistotne.

Z drugiej strony, kończąc teraz ten tekst – muszę mimo to stwierdzić, że w tym szerszym pojęciu mój test na integrację niemiecką i tak niechcący zdałem!… Gdyż – kto pisze prawie dwie strony o sensie i bezsensie niemieckich serii kryminalnych, jednak nie może powiedzieć, że go ten temat nie integr… eee, inryguje!

Link do tekstu z „Der Freitag“, 08.11.2012:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/solidaritaet-mit-dem-boesen-taeter

PS od adminki – nie zdałam! nie oglądam! nie rozumiem, dlaczego polscy przyjaciele mówią, że obejrzą “Tatort” i pójdą spać, gdy tymczasem ja bym chciała do kina, na kolację, na lody, posiedzieć na balkonie, póki jest lato i akurat nie pada… Ale dzięki autorowi przynajmniej zrozumiałam, że jest to zjawisko społeczne… 

Trzy wiersze znalezione i jedna nadesłana piosenka

Ani

Te trzy wiersze i jedna posenka, przeczytane ostatnio raczej przez przypadek, zrobiły na mnie duże wrażenie i uderzyły aktualnością. Postanowiłam więc podzielić się nimi.

Icchok Lejbusz Perec
1852-1915

Wiersz jest pomieszczony w Antologii poezji żydowskiej, podarowanej mi niedawno przez moją przyjaciółkę Anię, która tę książkę znalazła porządkując bibliotekę rodziców w Gdańsku. Antologię wydał PIW w roku 1986, pod redakcją i ze słowem wstępnym Arnolda Słuckiego. Wydawnictwo powołuje się przy tym na prawa autorskie z roku 1983. Jakie jednak, skoro autor wyjechał z Polski ze słynnym biletem w jedną stronę w roku 1968, a w roku 1972 umarł w Berlinie Zachodnim? Wiem, bo chodzimy z Anią co roku na jego grób.

Foto Anna Kuzio

Nie myśl

Nie myśl, że świat jest karczmą – stworzony,
Ażeby przepychać się w nim do szynkwasu
Pięściami, pazurami i zachlać się, żreć, kiedy
Inni patrzą, i mdlejąc, i połykając ślinę
Wciągając żołądek miotany przez skurcze! –
O, nie myśl, że świat jest karczmą!

Nie myśl, że świat jest giełdą – stworzony,
By silny do woli mógł kupczyć słabymi,
Kupować młodych dziewcząt niewinność,
Mleko z piersi kobiet, szpik z kości
Mężczyznom i dzieciom odbierać ich uśmiech,
Rzadkiego gościa na zżółkłych twarzyczkach –
O, nie myśl, że świat jest giełdą!

Nie myśl, że świat jest dżunglą – stworzony
Dla wilków i lisów, łgarstwa i żeru;
Niebo – zasłoną przed widokiem Boga;
Mgła – by nikt tu nie patrzał na ręce;
Wiatr – by zagłuszyć dzikie okrzyki;
Ziemia, ażeby krew ofiar wessała –
O, nie myśl, że świat jest dżunglą!

Świat nie jest karczmą, giełdą ni dżunglą,
Wszystko się liczy i kładzie na wagę!
Ni łza, ni kropla krwi nie przemija,
Na próżno nie gasną ni oko, ni iskry!
Łzy rosną w rzeki, a rzeki w morza,
Z mórz wzbiera potop, z iskry jest piorun –
O, nie myśl, że umarło już prawo!

tłum. Arnold Słucki

***
Wiersz Herberta przytoczył na Facebooku Andrzej Saramonowicz, który prowadzi tam sobie taką własną rubrykę – co dzień jeden wiersz. Oczywiście Saramonowicz, chwała mu za to, musiał nam ten wiersz po prostu przypomnieć, przecież czytaliśmy go ongi bez końca i stał się chyba hymnem inteligenta lat 80, a jego tytuł stał się tak powszechną formułą, że do dziś się na nią powołujemy. Patrzymy na profesor Pawłowicz zajadającą w sejmie kebaba i myślimy, że to jednak jest kwestia smaku i naprawdę nie chodzi nam (tylko) o to, czy to kebab wegetariański czy z mięsem.

Zbigniew Herbert
1924-1988

Potęga smaku

Pani Profesor Izydorze Dąmbskiej

To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
nasza odmowa niezgoda i upór
mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku

w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia
Kto wie gdyby nas lepiej i piękniej kuszono
słano kobiety różowe płaskie jak opłatek
lub fantastyczne twory z obrazów Hieronima Boscha
lecz piekło w tym czasie było jakie
mokry dół zaułek morderców barak
nazwany pałacem sprawiedliwości
samogonny Mefisto w leninowskiej kurtce
posyłał w teren wnuczęta Aurory
chłopców o twarzach ziemniaczanych
bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach

Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana
(Marek Tulliusz obracał się w grobie)
łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy
dialektyka oprawców żadnej dystynkcji w rozumowaniu
składnia pozbawiona urody koniunktiwu

Tak więc estetyka może być pomocna w życiu
nie należy zaniedbywać nauki o pięknie
Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać
kształt architektury rytm bębnów i piszczałek
kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów

Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu
książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie
To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku

który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo
choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała
głowa

Z tomu Raport z oblężonego miasta, Paryż Kultura 1983

***

Tenże Andrzej Saramonowicz w tej samej rubryce przytoczył 8 czerwca wiersz, który wszystkimi synapsami wessał się w moje własne życie. Bo oto miałam na balkonie białą różę, co więcej, posadziłam ją zanim Krzysztof Łoziński przypomniał światu o incjatywie Białych Róż, zachęcającej, byśmy zaczęli organizować anty-miesięcznice antysmoleńskie każdego dziesiątego każdego miesiąca i byśmy przychodzili z białymi różami, które są symbolem pokoju, co tak rozzłościło suwerena Bonaparstka, że dokonując nadzwyczajnego skrótu myślowego, poinformował miasto i świat, iż biała róża jest symbolem nienawiści. I stało się to oczywiście zanim świat obiegły zdjęcia z kontr-miesięcznicy czerwcowej, pokazujące policję, która wynosi z manifestacji Frasyniuka czy Magdę Lempert z białymi różami w rękach.

Podlewałam tę różę jak najstaranniej, ale przyszło mi wyjechać na cztery dni, i zdarzyło się, że tego zimnego i mokrego lata nastały dwa dni potwornych upałów, w słońcu sięgających niemal 50 stopni (pokazał mi to mój nader mądry zegar) i wszystkie moje rośliny balkonowe przetrwały ten pustynny kataklizm, tylko róża… Róża postradała wszystkie kwiaty i uschła, a ja ją teraz próbuję odchuchać i namówić do życia, bo nie mam sumienia jej po prostu wyrzucić na śmietnik. I nawet już niektóre gałązki mojej róży zaczynają wyglądać jak gałązki róży…

No a ta stara pani… Oczywiście, jest o pokolenie starsza, ale czy to ma znaczenie?

CODZIENNIE JEDEN WIERSZ (773)

Kamil Wajer

* * * (moje rośliny na balkonie umarły)

moje rośliny na balkonie umarły
zbiegam na dół po fajki i w tym suchym powietrzu
spotykam sąsiadkę Irenę
Irena ma 86 lat i też coś przebąkuje o wyprawie na drugą stronę świata
wczepia się we mnie kurczowo prosi: pomóż mi wybrać listy
razem wchodzimy w cień schodowej klatki
Irena pokazuje laską która to skrzynka
a gdy wybieram
patrzy na mnie swymi wielkimi błękitnymi oczami
mówi „eh-eh… miałam takiego na wojnie…”
spoglądam na Irenę
stoi i lekko się trzęsie
jest suchutka jak letnie powietrze
cała siwo-niebieska jak izraelski domek lub ocean
wręczam jej listy całuję jej ręce mówię:
Pani uważa Pani Ireno, wyprawy, na tamten świat czy w rejony tego… po prostu czasem nie warto
czasem nie warto ruszać się z domu
w domu gra radio i jest kot
na oknie stoi kwiat miło trzeszczą ściany
dom to pewna i dobra planeta… niech się Pani nigdzie nie wybiera…
Irena śmieje się mówi: tamten to nie miał tak gadane…

cały rok kochałem się w Irenie
aż opatulili ją w coś białego i wynieśli następnym latem
stałem na klatce mówiłem: ja udzielę informacji ja znam tę Panią
powiedzieli tylko: odsuń się Pan tu już nie ma nic do roboty
więc zbiegłem na dół po fajki w tym suchym powietrzu
moje rośliny na balkonie umarły

***

Kamil Wajer wydał w roku 2015 tomik wierszy Noc nad Europą, wyd. Eperons-Ostrogi

***

Jutro następna kontr-miesięcznica… Róża wciąż jeszcze nie zakwitła, ale odżyła i wydaje mi się, że ma już pączki. Andrzej Klukowski ułożył piosenkę

To już od roku siódmego
Jak co miesiąc dziesiątego
Zbiera tłum się pod pałacem
Różańce, krzyże i modlitwy
Z ust pobożnych płyną klątwy
I już ciżba garnie się do bitwy

Prawda stoi tuż za rogiem
A tej prawdy nikt nie szuka
Taki to już polski teatr
taka to ci nasza sztuka
Jak co miesiąc 10
Naczelnik krzyczy do ludu swego
Frazy brzydkie pełne nienawiści
Komuniści i złodzieje
i że naród z nas się śmieje

Z drugiej strony rżną czarnego walca
coraz więcej mundurowych
coraz więcej białych róż
kto zapłaci za to widowisko
zaczynamy mieć nadzieję
ta drabinka się zachwieje naczelniku.

ty zapłacisz za to wszystko
coraz więcej jest teorii
coraz więcej nowych kłamstw
Nad zmarłymi czoła nikt nie chyli
Polityczne ekshumacje
nie nękajcie biednych dusz
dajcie spocząć już

Mówi prawda jest już blisko
Już za miesiąc, może dwa
W ludzkich głowach kartoflisko
Inni plują na to wszystko.
On tę prawdę dobrze zna
Lecz on do niej się nie przyzna
Do cholery! Niech wykrwawi się ojczyzna

Prawda czasem mgłą osnuta.
I choć dzisiaj jeszcze zatruta
To nawet gęste opary
Znikną, i to nie są żadne czary.
Prawda sama się obroni.
I nie jedno nam wyłoni.
A za oknem chicho płacze brzoza

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 4

Przekraczając granice

Amnezyjne podsumowanie

wpis z 17 kwietnia 2016 roku

Teksty dotyczące utraty pamięci i pierwszych dni po tym zdarzeniu zakończyłem w momencie wylotu do kraju.

A jak sytuacja wygląda teraz, po pewnym już czasie? Jak pewnie się domyślacie, pierwsze tygodnie upłynęły mi na ciągłych wizytach u lekarzy. Wiele pytań, skanów, prześwietleń i badań krwi.

Moje ciało powoli już wraca do normy, rany fizyczne pogoiły się (zostały jedynie blizny), wyniki krwi na początku odbiegające od normy, teraz do niej już wracają, jednym słowem fizycznie czuję się już znacznie lepiej.

No dobra, a co z pamięcią i psychiką, spytacie? Czy wróciła mi już pamięć?

Niestety pamięć jako taka na razie mi jeszcze nie wróciła, wracają, jak to określili lekarze, tak zwane automatyzmy. Co to dokładnie oznacza? Nauczyłem się ponownie, jak obsługiwać telefon czy komputer (zajęło mi to w sumie kilka dni, ale to wróciło), idę w dobrym kierunku, choć nie wiem, dlaczego go obrałem itp. Moje ręce, nogi i inne części ciała przypomniały sobie, co należy robić w danych sytuacjach, nawet tych bardziej skomplikowanych. Choć, nie ukrywajmy, daleko im jeszcze do doskonałości, ale przynajmniej widać już poprawę.

badanie 1

Lekarze są zgodni, wyniki badań i postępy, które czynię dobrze rokują na przyszłość. Pamięć powinna mi wrócić w przeciągu kilku miesięcy. Fajnie, ale to jednak mi nie wystarcza, ja chciałbym, aby wróciła JUŻ. Wygląda na to, że w tej sprawie jestem niecierpliwy jak małe dziecko, które chce dostać zabawkę lub wyjść na dwór.

Dzięki pomocy przyjaciół, znajomych i rodziny zaczynam powoli składać swoje „stare” życie w całość, ale, jakby nie było, to jest to ich wizja mojego życia. Czy takie właśnie było? Czy ja je tak widziałem i odczuwałem? Tego nie wiem, pozostaje to dla mnie cały czas zagadką i pewnie nic się nie zmieni do czasu, aż odzyskam „swoje” wspomnienia.
Lekarze studzą moje nadzieje z tym związane i twierdzą, że to będą kolejne, pojawiające się w różnej kolejności, skrawki, które będę układał niczym wielkie życiowe puzzle. Nic nie stanie się tak naraz, jak za dotknięciem różdżki. Co więcej, mogą pozostać jakieś fragmenty, które będą dla mnie długo, lub nawet na zawsze okryte mgłą zapomnienia.

Podobno najważniejsze jest teraz dla mnie unikanie stresu. Łatwo się mówi, spróbujcie się nie stresować, gdy z prawie czterdziestu trzech przeżytych lat pamiętacie tylko dwa miesiące i gdy co niektórzy naciskają, żebyście przypomnieli sobie dokładnie jakąś rzecz, bo to ważne. Cholera, przecież wiem, że to ważne i co z tego, jak w głowie mam pustkę.

No dobrze, tyle o pamięci. Słyszę też często pytania, jak się z tym czuję psychicznie. No cóż, tu bywa różnie, są lepsze i gorsze dni, chwile radości i chwile zwątpienia. Całe szczęście, że stanowczo w moim życiu przeważają ludzie mi przychylni, którzy już dużo mi pomogli, podtrzymali na duchu i na bieżąco dalej to robią. Trafiło mi się gdzieś takie stwierdzenie „Prawdziwym bogactwem człowieka, są jego przyjaciele” (nie jestem pewien, czy dokładnie to zacytowałem, ale sens był właśnie taki), dziś mogę się pod nim podpisać obiema rękami. Gdyby nie oni, mój stan psychiczny byłby dużo gorszy.

Ostatnie wydarzenia zweryfikowały tez listę osób mi bliskich, czasami na korzyść, a czasami wręcz odwrotnie. Świat potrafi zaskakiwać, ale to dobrze, gdyby tak nie było, nasze życie byłoby monotonne i mdłe jak niedoprawiona potrawa.

badanie 2

Na tym kończę to krótkie amnezyjne podsumowanie i wskakuję w buty, lekarze doradzają mi dużo wychodzenia z domu i spacerów ulicami miasta, które powinienem znać jak własną kieszeń, bo przeżyłem w nim połowę swojego życia, a niestety tak nie jest. Plusem tego powtórnego odkrywania jest jednak na pewno to, że podczas tych wypadów oczyszczam umysł i po powrocie mogę go katować, po raz kolejny, obrazami utrwalonymi na fotografiach, filmach i opowiadaniach z mojego życia. Mój mózg musi teraz pracować na podwójnych obrotach, nie mogę dać mu zapaść w niebyt rozkosznej laby. Ciągłe pobudzanie tej szarej masy przyczyni się podobno do szybszego powrotu pamięci, tak aby pytanie „A pamiętasz jak…?” nie było już koszmarem.

Dopisek po roku za tydzień

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 3

Przekraczając granice

“Myślał indyk o niedzieli…”

Wpis z 29 marca 2016 roku

Pora na zakończenie mojej „pamiętliwej” marokańskiej historii, która choć czasami brzmi jak skrócony scenariusz filmu, to jednak dla mnie była prawdziwym horrorem, choć dzięki niej dowiedziałem się ilu wspaniałych ludzi jest moimi przyjaciółmi i znajomymi. Ale żeby nie przeciągać, przechodzę do relacji.

I nastała sobota, dzień w którym miałem opuścić Maroko i polecieć do Berlina, skąd mieli mnie odebrać przyjaciele i zawieźć do Polski. Wstałem skoro świt, pakować nie było co, więc po prysznicu udałem się do restauracji na śniadanie. Byłem pierwszy, nawet jeszcze nie wszystko zostało powykładane na szwedzki stół. Wziąłem płatki owocowe i zalałem je mlekiem, potem wypiłem sok pomarańczowy i już byłem gotowy do drogi. Przez następne trzydzieści minut chodziłem po pokoju jak dziki lew (a właściwie lwica, lwy są podobno bardzo leniwe) w klatce, w końcu zadzwonił telefon – podstawiono dla mnie taksówkę i przyszła moja opiekunka.

Jak ja się cieszyłem, po wymeldowaniu mnie z hotelu wsiedliśmy do taksówki i ruszyliśmy w kierunku lotniska, znajdującego się poza miastem. Po około 30 minutach jazdy, które upłynęły mi na ciekawej rozmowie z moja opiekunką, stanęliśmy przed lotniskowym wejściem. W Agadirze pierwsze bramki bezpieczeństwa są już na wejściu do budynku, ale to raczej takie lipne zabezpieczenie. Gdy przez nie przechodziłem miałem scyzoryk i dużą metalową sprzączkę od paska, wiec odezwał się sygnał, ale nikt nie zwrócił na to uwagi.

W związku z tym, że nie rozpoczęto jeszcze odprawy, usiedliśmy przy kawiarnianym stoliku i wypiliśmy kawę, kontynuując rozmowę. Po chwili konwersacji mogliśmy już ruszyć po wyczekiwany przeze mnie stempel wyjazdowy na karcie pokładowej, którą miałem już wydrukowaną i ściskałem kurczowo w ręce.

I w tym właśnie momencie sprawdziło się przysłowie „Myślał indyk o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścieli”, gdy podeszliśmy do pani, która z pięknym uśmiechem miała mnie odprawić, ta spojrzała na bielejący na mojej głowie bandaż i zapytała, czy mam pozwolenie od lekarza na lot samolotem (no jakże bym mógł mieć, skoro konsul stwierdziła, że nie będzie potrzebne). Po próbach wyjaśnienia podejmowanych przez moja opiekunkę, skierowano nas do szefa rzeczonej pani, który również kategorycznie odmówił wpuszczenia mnie na pokład samolotu bez zaświadczenia lekarskiego, na nic zdała się również jego rozmowa z Konsul RP, powiedział nie i koniec.

Całe powietrze ze mnie uszło, myślałem że tam padnę – fatum jakieś czy co. Dobrze, że miałem kogoś, kto mnie pocieszył na miejscu i dodał otuchy. Jeden telefon i nasza rządowa przedstawicielka poprosiła moja opiekunkę, by wróciła ze mną do hotelu, a ona postara się załatwić lekarza na cito. Szybko ruszyliśmy na postój i dogadaliśmy się z taksówkarzem co do ceny (200 dh). W połowie trasy, gdy byliśmy już na dwujezdniowej drodze przedzielonej pasem zieleni, w torebce mojej opiekunki odezwał się telefon. Dzwoniła pani Konsul RP z pytaniem, czy jeszcze jesteśmy na lotnisku, gdy usłyszała, że nie, poprosiła byśmy zawrócili, bo najprawdopodobniej jakiś lekarz podjedzie tam do nas. Zapaliło się jakieś zielone światełko w mojej głowie. Kierowca nie widział problemu stanął na środku drogi, a potem nie namyślając się długo, zawrócił przez pas zieleni i już jechaliśmy z powrotem. Gdy wpadliśmy na halę lotniska usiedliśmy i czekaliśmy na obiecanego lekarza. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po kilkunastu minutach zadzwoniła znowu pani Konsul RP i stwierdziła, że musimy jednak jechać do hotelu, gdzie będzie na nas czekać sekretarka konsula honorowego i zaprowadzi mnie do lekarza, który wyda stosowne zaświadczenie. W dalszym ciągu mieliśmy jeszcze czas, choć kurczył się on nieustannie.

glowa

Po dojechaniu na miejsce, udaliśmy się z miłą sekretarką (przypominam, że znała tylko arabski i francuski) do prywatnego gabinetu neurologa, na którego musieliśmy poczekać około 30 minut ponieważ… kończył operację w pobliskim szpitalu. Gdy już dotarł na miejsce, wydał mi skierowanie na tomograf, prawie biegiem udaliśmy się do pobliskiej kliniki, prowadzonej przez przyjaciela rzeczonego neurologa, gdzie bez kolejki dostałem się do pomieszczenia, w którym mój mózg miał zostać prześwietlony. Kiedy zostałem już wygodnie ułożony, usztywniono mi głowę i zacząłem powoli wjeżdżać do wielkiej plastikowej rolki (tak mi się to skojarzyło wtedy), zacząłem się śmiać, bo pomyślałem sobie, że pewnie zaraz wszystko się popsuje i badanie się odwlecze i nie zdążę na samolot. No cóż mam chyba jakieś zdolności paranormalne, czyżbym był jasnowidzem?

Urządzenie co prawda działało bez zarzutu, ale zanim otrzymaliśmy kliszę z przekrojami mojej głowy, a potem zaświadczenie o braku przeciwwskazań do podróży lotniczych, do mojego odlotu zostały dwie minuty. Nie było już więc sensu jechać na lotnisko. Choć starałem się robić dobrą minę, w środku mnie wszystko się gotowało, byłem zły i zrezygnowany zarazem. Poza tym zostałem znowu bez pieniędzy – badania w prywatnych klinikach nie należą do tanich, choć podobno i tak policzyli mi stawki minimalne. Neurolog wypisał mi też receptę na leki i zdjął bandaż, stwierdzając, że wystarczą plasterki ściągające, które… mam sobie kupić razem z lekami w aptece. K…a, za co pomyślałem, całe szczęście, że była przy mnie moja opiekunka, która miała anielską cierpliwość i ogromną przebojowość. Wyłuszczyła cały problem sekretarce konsula honorowego i wprost wymusiła na niej, żeby ta zapłaciła za potrzebne medykamenty, jednocześnie skontaktowała się z panią Konsul RP, aby załatwić sprawę mojego dalszego pobytu w Maroko, do chwili kolejnego, bliżej nie określonego jeszcze w czasie wylotu do Polski.

Po kilkunastu minutach wszystko było jasne, leki wykupione, a ja wróciłem do tego samego hotelu, choć pokój dostałem inny. Personel witał mnie jak stałego bywalca, a wszyscy się wesoło uśmiechali. Po pewnym czasie dowiedziałem się, że spędzę tu kolejne trzy dni (dzięki dla przyjaciół w biurze turystycznym, którzy tak ekspresowo załatwili mi bilet lotniczy), a moja rodzina po raz kolejny przeleje pieniądze. No dobra, dotrą w poniedziałek, a jedyne ciuchy założyłem w piątek, już myślałem w sposób cywilizowany, więc zauważyłem ten problem. Okazało się, że moja opiekunka jest niezastąpiona, sama udała się na miejscowy targ, gdzie, za własne pieniądze, zakupiła mi bieliznę, oraz koszulkę (oczywiście wcześniej spytała o rozmiar). Gdy je przyniosła nawet pozwoliła sobie na mały żarcik, twierdząc, że nie wiedziała jaki kolor lubię, więc kupiła wszystko różowe, niech będzie pomyślałem, wstydliwy nie jestem, więc może być róż. Okazało się jednak, że różu tam nigdzie nie było, koszulka była czarna i pasowała idealnie, reszta też była w porządku.

Pozostałe do wylotu dni spędziłem na spotkaniach i spacerach z moją opiekunką, dzięki temu poznałem Agadir i trochę odpocząłem psychicznie. Brak pamięci był nawet jednego z tych dni powodem śmiesznej sytuacji. Gdy wyszedłem do lobby na spotkanie opiekunki okazało się, że wszystko udekorowane jest na czerwono, a na szybach porozwieszane były serca – jak pewnie już się domyślacie były to walentynki. Po krótkiej rozmowie doszliśmy do wniosku, że to również trochę moje święto, ponieważ święty Walenty jest też patronem… chorych umysłowo (a jakby nie było, amnezja dotyczy też umysłu). Dzień przed wylotem dowiedziałem się, że moja opiekunka niestety nie będzie mogła ze mną pojechać na lotnisko i towarzyszyć mi będzie sekretarka konsula honorowego.

I tak nadszedł wtorek, dzień kolejnego mojego wylotu. Myślicie, że było łatwo? Chyba już wiecie, że tak nie mogło być, ale nie będę Was trzymał w niepewności do kolejnego dnia.

Rano odjechałem taksówką z hotelu żegnany przez uśmiechnięty personel, towarzyszyła mi oczywiście znana już sekretarka konsula honorowego. Kobieta miła, uśmiechnięta, z którą niestety nie mogłem porozmawiać, gdyż mój zasób słów francuskich to: bonjour, bonsoir, d’accord, oui, oraz, i tu Was zadziwię, la paille (skąd to wiem nie mam bladego pojęcia).

Pierwsze moje zdziwienie nastąpiło, gdy taksówka zatrzymała się nagle na środku drogi, a pani sekretarka otworzyła drzwi i wysiadła (pomyślałem sobie – może straciłem pamięć, ale to na pewno nie jest lotnisko), okazało się, że chciała się przesiąść na przednie siedzenie, bo raziło ją słońce. OK, myślę, jedziemy dalej, będzie dobrze, hmm… źle może nie było, ale taksówka znów się zatrzymała, a pani sekretarka znowu wysiadła, co jest grane pomyślałem – przecież nie ma już gdzie się przesiąść. Za chwilę wszystko było jednak jasne, kobieta wyskoczyła na chwilę zrobić… zakupy w pobliskim sklepie.

Gdy już dotarliśmy na lotnisko i podeszliśmy do stanowiska odprawy, pokazałem wydrukowaną kartę pokładową, wraz z zaświadczeniem od lekarza i… okazało się, że pani to nie wystarczy, musimy udać się do jej szefa. Cholera, scenariusz znowu się powtarza, to pierwsze, co przyszło mi na myśl. U szefowej wywiązała się zażarta rozmowa miedzy nią a sekretarką, która nagle została odsunięta, a mnie spytano po angielsku, czy sobie sam poradzę w samolocie – a tu cię mam pomyślałem – oczywiście, że sobie poradzę. Szefowa myślała, że będzie przebiegła i spytała, jaki jest mój ostateczny cel podróży – odpowiedziałem z uśmiechem, że Polska, na to ona z triumfującym wyrazem twarzy – a samolot leci przecież do Berlina, to ja na to – z Berlina odbiorą mnie przyjaciele. Chwilę pomyślała i kazała nam wyjść z gabinetu i udała się do innych drzwi, po chwili dowiedziałem się, że kontaktowała się z kapitanem samolotu, czy ten pozwoli mi wejść na pokład. Na moje szczęście wyraził zgodę.

Reszta to był już pikuś, kolejne dwie bramki, strasznie przyglądający mi się pogranicznik (no tak w paszporcie byłem gładko ogolony, a przed nim stał facet z pokaźnym zarostem na twarzy) i już czekałem na samolot.

Lot minął mi spokojnie, a przyjaciele czekali już na mnie z utęsknieniem.

***
W jednym z komentarzy pod wpisem autor napisał: Lekarze są dobrej myśli, więc i ja jestem przepełniony nadzieją, że wszystko wróci. Strach już mi minął, czasami wkrada się jeszcze zwątpienie i zdezorientowanie, ale walczę z tym, a dzięki pomocy przyjaciół, znajomych, a czasami i osób postronnych, składam swoją przeszłość do kupy.
Jedno wiem, na pewno zdarzenie, które mnie spotkało nie zabiło we mnie pasji do podróży, gdy słyszę relacje znajomych, gdy przeglądam mojego bloga oraz wykonane przeze mnie zdjęcia, twierdzę, że świat jest piękny i warto go poznawać. Ja teraz robię to na nowo, na razie poznaję miasto, w którym się wychowałem, potem, gdy już przejdę proces rekonwalescencji (a więc raczej w przyszłym roku) mam zamiar odwiedzić miejsca, które podobno bardzo lubiłem – Włochy i Paryż.
Ważne jest też dla mnie to, że wiem, że wokół mnie jest wiele życzliwych osób, które kibicują mi w powrocie do zdrowia, dodaje to naprawdę dużo siły.

Za tydzień – podsumowania, sprzed roku i po roku…

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 2

Przekraczając granice

„La mémoire marocaine”

Wpis z 28 marca 2016 roku

W poprzednim wpisie przybliżyłem Wam pierwsze chwile, które pozostały w mojej pamięci, po utracie czterdziestu trzech lat życia. Dzisiaj, tak jak Wam obiecałem, dalszy ciąg mojej marokańskiej historii.

Po tym jak w końcu dowiedziałem się, że już nie powinienem się bać, i że zaraz dotrę do hotel, myślałem, że może być już tylko lepiej i w pewnym sensie tak było. Załadowawszy mnie ponownie do policyjnego busa marokańscy stróże prawa dowieźli mnie w ciągu kilku minut do mieszczącego się w centrum miasta hotelu. Gdy podeszliśmy wszyscy do recepcji nogi pode mną uginały się z powodu wyczerpania, a moi opiekunowie starali się szybko wyłuszczyć sprawę stojącej za kontuarem recepcjonistce. Niestety pojawił się kolejny problem, bo to oni dostali telefoniczne potwierdzenie gwarancji konsulatu, że opłaty za pokój zostaną uiszczone, hotel takiej informacji nie dostał, więc nie można było mnie zameldować. Całą sytuację wyłuszczył mi polskojęzyczny Marokańczyk, zapewniając jednocześnie żebym się nie denerwował, bo oni już wszystko załatwią. Zaprowadził mnie do stojących w hotelowym lobby foteli i powiedział żebym usiadł, bo już na pewno zostanę w tym miejscu, poprosił też obsługę hotelową o butelkę wody, którą mi przyniesiono, a sam wraz z policjantami próbował załatwić sprawę meldunku. Udało im się to po około 30 minutach, w ciągu których zdążyłem już przysnąć, w całkiem wygodnym fotelu i jego słowa o tym, że już mogę iść do pokoju docierały do mnie jak przez mgłę.

15969-NQV61Z

Po wkroczeniu do pokoju, recepcjonistka, która mnie tam zaprowadziła osobiście, powiedziała mi po angielsku, że za chwilę przyniosą mi jeszcze coś do zjedzenia i spytała, czy mam jakieś życzenia. Nie miałem żadnych poza jednym – paść na łóżko i spać. W czasie około 15 minut czekania na posiłek siedziałem na łóżku, prawie bez ruchu, wpatrując się w jeden punkt na ścianie (nic tam nie było, po prostu mój umysł całkowicie się wyłączył). Gdy kelnerka przyniosła mi dość spora pizzę i życzyła smacznego, kiwnąłem tylko głową. Myślicie pewnie, że rzuciłem się zaraz potem na ten zdawałoby się rarytas dla wygłodzonego człowieka, otóż nie, wcale nie odczuwałem głodu, wziąłem do ręki jeden niewielki kawałek i przeżuwając, poczłapałem do łazienki, gdy spojrzałem w lustro, to się przeraziłem, wtedy pierwszy raz zobaczyłem swoją twarz oraz tors, całe w strupach zakrzepłej krwi i dużych ciemnych siniakach (najgorzej wyglądała głowa i brzuch). Nawet nie miałem siły, aby się umyć, zresztą prawdę powiedziawszy, nawet o tym nie pomyślałem, tak jak stałem doczłapałem do łóżka i rozebrany do połowy, w butach, padłem na nie, nawet nie myśląc o wchodzeniu pod kołdrę.

Przespałem całą noc, obudziło mnie dopiero natarczywe pukanie do drzwi, gdy je otworzyłem zobaczyłem kelnera, który spytał czy przyjdę do restauracji hotelowej na śniadanie, odpowiedziałem, że wolę zjeść w pokoju. Po chwili otrzymałem sandwicha z tuńczykiem i duża szklankę świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego. Sok owszem wypiłem, ale kanapki zjadłem tylko kawałek (tak miałem skurczony żołądek, że każdy kęs podchodził mi pod gardło). Ponownie położyłem się do łóżka, zasłoniwszy uprzednio rolety antywłamaniowe – och, jak mnie raziło wcześniej to słońce. Po chwili otrzymałem telefon, gdy niezbyt pewnym głosem powiedziałem halo, usłyszałem poprawną polszczyznę i kobietę, która poinformowała mnie, że jest konsulem RP. Nie potrafiłem wydusić słowa, do oczu napłynęły mi znowu łzy i zacząłem szlochać. Pani konsul spytała, czy u mnie wszystko dobrze i czy hotel opiekuje się mną należycie. Wydukałem, że owszem hotel jest OK, ale ja nic nie pamiętam i jestem przerażony. Zapewniła mnie, że nie mam się obawiać, bo moi przyjaciele już działają i jak najszybciej załatwią mi powrotny lot do Polski, a moja mama i przyjaciółka zadzwonią do mnie jeszcze tego samego dnia. Powiedziała też, że już wiedzą o mojej amnezji i są w kontakcie z polskimi lekarzami, którzy zaraz po powrocie zajmą się moją głową (to najważniejsze) oraz ogólnym stanem zdrowia. Po tej rozmowie zjadłem drugi kawałek, „wczorajszej” pizzy, a potem w oczekiwaniu na zapowiedziane telefony położyłem się na łóżku. Rozmowa z moją przyjaciółką wywołała u mnie kolejna falę szlochu, która zaczęła się po jej stwierdzeniu „Mam na imię… pewnie teraz mnie nie pamiętasz…”, kolejne zapewnienia, że wszystko będzie dobrze i najprawdopodobniej do Polski polecę za cztery dni, trochę podniosły mnie na duchu. Czekając na telefon od mamy znowu drzemałem, ale zacząłem czuć, że coś mnie kłuje w udo. Gdy mu się przyjrzałem zauważyłem, że coś niewielkiego jest w nie wbite, niewiele myśląc, złapałem to w paznokcie i powoli zacząłem to wyciągać, jakie było moje zdziwienie gdy w końcu w moich palcach znalazł się około 3-4 centymetrowy kolec kaktusa. Zacząłem się więc oglądać, ku mojemu zdziwieniu i przerażeniu odnalazłem takich dziewięć. Pod wieczór zacząłem czuć jakiś smród, cholera, to ja tak śmierdzę, zauważyłem, więc zrzuciłem moje jedyne ciuchy i poczłapałem pod prysznic. Potem ległem nago na łóżku przykrywając się kocem. Cała energia psychiczna, którą dały mi rozmowy telefoniczne, gdzieś się ulotniła, znowu zacząłem szlochać z rozpaczy. Brak jakichkolwiek wspomnień, czy choćby kojarzenia twarzy jest straszny i nikomu go nie życzę (czuje się wtedy dużą dezorientację i strach – tak nie boję się tego przyznać, strasznie się bałem).

W ciągu dwóch następnych dni mój stan psychiczny się nie zmienił, spędzałem je na leżeniu, szlochaniu z rozpaczy i spaniu. Moje ciuchy (przypominam, że były to jedyne, które miałem) pokojówki wzięły do prania, telefony od pani konsul trochę podnosiły mnie na duchu, ale tylko na chwilę.

Na trzeci dzień mojego pobytu w hotelu otrzymałem wyprane ciuchy, a wieczorem zadzwoniła pani konsul i poinformowała mnie, że kolejnego dnia będę miał dwie wizyty. Pierwszą osobą, która mnie miała odwiedzić była sekretarka konsula honorowego, która miała mi przynieść bilet na samolot, zapłacić za hotel, oraz zostawić trochę pieniędzy na taksówkę, czy drobne zakupy. Drugą znajoma moich znajomych, która rezyduje w Agadirze i pracuje w jednym z większych polskich biur turystycznych.

Po przebudzeniu w piątek postanowiłem, że skoro będę miał dwie wizyty (niestety nie wiedziałem o której) to postaram się jakoś wyglądać. Gdy już się odświeżyłem i ubrałem w czyste ciuchy, doszedłem do wniosku, że muszę spróbować wyjść z pokoju (który stał się moją osobistą twierdzą rozpaczy) podszedłem do drzwi i położyłem rękę na klamce, wtedy dopadł mnie irracjonalny strach. Stałem tak jakiś czas, zanim zebrałem się w sobie i wyszedłem na korytarz, aby udać się na śniadanie. W restauracji, stojąc przy szwedzkim bufecie, usłyszałem dobiegający od strony jednego ze stolików język polski. Zagryzłem wargi i postanowiłem podejść do pary, która przy nim siedziała. Przywitałem się i powiedziałem, że jestem polskim turystą, i że straciłem pamięć, chwilę porozmawialiśmy, a na koniec dziewczyna zaproponowała mi, że jak wieczorem wrócą z wycieczki, na którą się wybierali, to spojrzy na moją ranę na głowie i poprawi mi opatrunek (okazało się że jest pielęgniarką), a pamięć mi pewnie wróci i mam się nie przejmować zbytnio. Po śniadaniu psychicznie podbudowany wróciłem do pokoju i czekałem na wizyty. Pierwsza przyszła sekretarka polskiego konsula honorowego i tu spotkało mnie wielkie zdziwienie, kobieta (bardzo zresztą miła) nie znała ani polskiego, ani angielskiego. Dzięki pomocy recepcjonistki udało się jednak dogadać i wszystko załatwiliśmy. Dowiedziałem się też, że prowadziłem blog, w którym opisywałem moje podróże. Recepcjonistka zaproponowała mi, że mogę skorzystać z hotelowego komputera i zobaczyć, co pisałem. Byłem jej wdzięczny, w końcu jakieś źródło zaczepienia, czegoś się o sobie dowiem. Poszedłem za nią do business room-u, gdzie posadziła mnie przed tak samo wielkim, jak starym monitorem (przeraziłem się, jak się to obsługuje, to też uleciało z mojej głowy wraz z pamięcią). Pracownica hotelu wyczuła moje zdenerwowanie i pomogła mi w obsłudze, oraz uruchomiła mojego bloga, z czasem odkryłem, że przeglądanie go nie jest wcale takie trudne, za to bolesne. Po kilkunastu minutach wpatrywania się w migoczące na ekranie zdjęcia z moich wyjazdów, zaczęła mnie boleć głowa. Poznawanie mojej przeszłości zostało jednak przerwane, zostałem poproszony do recepcji, bo dzwoniono do mnie, była to druga osoba, która miała mnie odwiedzić tego dnia – będę na pół godziny stwierdził miły kobiecy głos. Wróciłem szybko do pokoju i poprawiłem bandaż na głowie, rozdarcia na koszulce postarałem się zamaskować i czekałem. Za chwilę rozbrzmiał w moim pokoju dzwonek telefonu i poinformowano mnie, że mam przyjść do lobby.

Gdy tam dotarłem zobaczyłem młodą ładną dziewczynę, która wyciągnęła na powitanie rękę i przedstawiła się. Chwilę porozmawialiśmy, dowiedziałem się, że pojedzie ze mną w sobotę na lotnisko i pomoże w wylocie, bardzo się z tego ucieszyłem. Po pewnym czasie dziewczyna spytała, czy chciałbym się gdzieś przejść z nią – strach ścisnął mi serce, mam wyjść poza hotel? ale jednocześnie zadziałało poczucie wstydu, kurde, człowieku ładna dziewczyna chce z tobą iść na kawę, a ty się boisz. No i oczywiście zgodziłem się, nie żałowałem tego, była bowiem świetną rozmówczynią i moja psychika się rozluźniła, a ja poczułem się pewniej. Umówiliśmy się na poranek kolejnego dnia, bo linie lotnicze zażyczyły sobie stawiennictwa na odprawie cztery godziny przed wylotem. Okazało się, że nie było to jedyne nasze spotkanie tego dnia. Po południu moja opiekunka zadzwoniła i powiedziała, że konsul poprosiła ją, żeby przeszła się jeszcze ze mną na komisariat, aby uzyskać oficjalne potwierdzenie napadu i kradzieży moich rzeczy. Gdy dotarliśmy na policję, potraktowano nas w typowo marokańskim stylu, tzn. miło wysłuchano naszych tłumaczeń i prośby, ale odmówiono przyjęcia jakiegokolwiek zgłoszenia, ponieważ według nich powinniśmy udać się w tej sprawie do Marakeszu (totalna spychologia). Wróciliśmy wiec do hotelu i pożegnaliśmy się. Pielęgniarka, która miała do mnie dotrzeć jednak się nie zjawiła, więc położyłem się spać.

Kolejny dzień miał być dniem mojego powrotu do Polski i spotkań z przyjaciółmi oraz rodziną.

Myślicie, że tak się stało – no cóż niczego w życiu nie można brać za pewnik, ale o tym napiszę jutro.

Czyli, wiecie już, u mnie za tydzień, Adminka