Matka Boska z wilkami (reblog)

Gromnica na zdjęciu należy do Marii Gast-Ciechomskiej, która to zdjęcie zrobiła już wiele miesięcy temu, pewnego upalnego dnia lata 2018.

Przez dłuższą chwilę oglądałyśmy naklejony na gromnicy obrazek i wreszcie Maryla powiedziała, że to ani chybi chrześcijańska wersja Pani Zwierząt.

Jestem archeolożką, Pani Zwierząt towarzyszy mi w życiu “od zawsze”, bardzo ją lubię.

Przypomniał mi się taki zobaczony ze 30 lat temu napis na berlińskim murze (zwykłym murze, nie tym politycznym)

God is black
Yes, she is

No tak. Nie wdając się w sprawy kościołów ani też koloru, płci czy wyznania Tego czy też Tej Tam na Górze, choć z reguły myślę o nim “On”, to jednak, gdybym świadomie miała wybrać sobie Jego/ Jej wygląd, to byłaby to ona i wyglądałaby tak jak na fotografii poniżej – to ugarycka bogini karmiąca kozy z pyksydy czyli puszki z kości słoniowej, datowana na ok. 1250 przed naszą erą.

Ale oczywiście Matka Boska z wilkami ma swoje, też już zresztą bardzo stare, wyjaśnienie…

Reblog

Legenda o Matce Boskiej Gromnicznej


Piotr Stachiewicz, Na Gromniczną

2 lutego przypada jedno z najdawniejszych świąt chrześcijańskich – święto Ofiarowania Pańskiego, czyli Przedstawienia Jezusa w Świątyni. W Jerozolimie było obchodzone już w IV w., w Rzymie od V w.
Zgodnie z prawem mojżeszowym każde pierworodne dziecko płci męskiej należało w czterdziestym dniu po narodzeniu zanieść do świątyni i wykupić, jako należące do Boga, za symboliczną opłatą 5 syklów. Z obrzędem przedstawienia i wykupu pierworodnego syna łączył się też obrzęd oczyszczenia, któremu musiała poddać się każda matka w sześć tygodni po urodzeniu dziecka. Dlatego to ściśle umiejscowione w kalendarzu święto dawniej nazywało się też świętem Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny i kończyło okres Bożego Narodzenia. Powszechnie jednak znane jest pod ludową nazwą święta Matki Boskiej Gromnicznej (rzadziej Gromnic), bowiem w tym dniu podczas nabożeństw święci się duże woskowe świece, zwane gromnicami. Zwyczaj ten wywodzi się z dawnych obchodów, w czasie których urządzano uroczyste procesje z zapalonymi świecami na pamiątkę nazwania Jezusa Światłem na oświecenie pogan i na chwałę Izraela przez proroka Symeona, obecnego w świątyni podczas obrzędu przedstawienia (Łk 2,32). Według podania procesja z zapalonymi świecami była znana w Rzymie już w V wieku. Od X wieku upowszechnił się obrzęd poświęcania świec, których płomień symbolizuje Jezusa – Światłość świata, Światło na oświecenie pogan.

Do wyobraźni wiernych bardziej przemawiała jednak dawna polska legenda, według której Matka Boska w lutowe noce chodzi po polach i miedzach z zapaloną świecą, chroni oziminy przed wymarznięciem i oświetla drogę zbłąkanym podróżnym. W wędrówce towarzyszy jej obłaskawiony wilk zwany gromnicznym, którego Najświętsza Panienka ocaliła litościwie przed rozsierdzonymi chłopami, skierowała na drogę dobra i uczyniła swoim sługą.

A kiedy jasną gromnicą świeci
Panna Przeczysta pośród zamieci,
już i Gromniczny Wilk za swą Panią
jarzy ślepiami.

Kazimiera Iłłakowiczówna,
Wilk Gromniczny

Współczesny poetce malarz Piotr Stachiewicz (1858-1938) w cyklu Legendy o Matce Bożej namalował obraz przedstawiający śnieżny krajobraz, idącą Maryję i lękliwie nastroszoną watahę wilków. Między opłotkami uśpionej wsi, w zimowej scenerii idzie, w zwiewnej szacie, Matka Boża ubrana swojsko, z narzuconą chustą na głowie i plecach, z gromnicą w ręce, którą odgania, sunące po śniegu w stronę ludzkich zagród, wilki. Powielony w tysiącznych oleodrukach i sprzedawany na odpustach stał się najbardziej znanym wizerunkiem Gromnicznej. W ikonografii ludowej Matka Boska Gromniczna przedstawiana jest także z wilkiem i koszyczkiem lub leżącym u jej stóp gniazdkiem ze skowronkami. Wierzono bowiem, że w tym dniu po raz pierwszy mimo mrozu powinien odezwać się skowronek; wierzono również, że w Gromnice, wyznaczające połowę zimy ukryty w ziemi robak odwraca się w drugą stronę, sposobiąc się w ten sposób do wyjścia z kryjówki.
Z płomienia gromnicy wróżono: Gdy z gromnicy w kościele ciecze, zima jeszcze się powlecze. Skwiercząca gromnica zwiastować miała burzowy rok. Długie sople lodu, zwisające z dachu, zapowiadały niezwykły urodzaj marchwi. Szron pokrywający drzewa obiecywał obfity plon w sadach.
Największe znaczenie przywiązywano jednak do przystrojonych wiankiem i wstążkami płonących świec, które po poświęceniu uroczyście niesiono do domu. Jeśli w tym czasie trzy krople wosku spadły na rękę, wiedziano, że jest to wróżba pomyślna. Wierzono, że płomień gromnicy broni ludzi i ich stada przed wilkami i złymi duchami, odwraca czary i złe uroki, niweczy choroby, skraca męki konających i prowadzi ich w światłość wiekuistą. Dlatego po powrocie z kościoła poświeconą gromnicą kopcono znak krzyża na powale, a od jej płomienia zapalano wszystkie domowe ognie – w kuchni, w piecach i w lampce oliwnej przed świętym obrazem. W niektórych rejonach Polski gospodarze błogosławili gromnicą swój dobytek w stajni, a kawałek gromnicy obciętej od spodu dawano psu, by dobrze pilnował obejścia.
Podczas burzy z piorunami stawiano zapaloną gromnicę w oknie lub na stole, przy którym gromadzili się domownicy lub obchodzono z nią całe obejście. Warto wspomnieć przy tym, że nazwa tej świecy wywodzi się od rzadkiego w staropolszczyźnie przymiotnika gromny, huczny, grzmiący.
Gromnicę wkładano w ręce umierających, zapalano ją podczas obrzędu ostatniego namaszczenia. Na Podlasiu płomieniem świecy opalano dzieciom końce włosów, aby ustrzec je przed chorobami uszu. Do dziś w wielu domach przechowuje się gromnicę razem z palmą wielkanocną, by strzegły domostwo i jego mieszkańców przed wszelkim złem.
Ze świętem Matki Boskiej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania w domach choinek i żłobków. Kończy się również okres wizyt duszpasterskich. Dawniej ostatni kolędnicy wyruszali tego dnia zwyczajowo z turoniem lub kozą odwiedzając domostwa i odgrywając wesołe scenki z życia wsi lub o tematyce religijnej, co dawało okazję do otrzymania datków pieniężnych lub poczęstunku.
2 lutego było też datą graniczną dla oświadczyn. W dawnych czasach pannom na wydaniu szyto bardzo dostatnią wyprawę, która wystarczała na długie lata, a przygotowania do wesela wymagały wiele czasu. Stąd zrodziło się przysłowie: W dzień Panny Gromnicznej, bywaj zdrów, mój śliczny! Oznaczało to, że jeśli kawaler nie oświadczył się pannie do dnia Matki Boskiej Gromnicznej i nie przygotował wesela, musiał długo czekać, gdyż niebawem zaczynał się czas przedpościa i Wielkiego Postu.
Od 1997 roku Kościół powszechny 2 lutego obchodzi, ustanowiony przez Jana Pawła II Dzień Życia Konsekrowanego, poświęcony modlitwie za osoby, które oddały swoje życie na służbę Bogu i ludziom w niezliczonych zakonach, zgromadzeniach i instytutach świeckich.

Opr.: erg


A tu jeszcze cały wiersz Iłłakowiczówny:X

Szła Najświętsza przez bór Panienka,
miała płaszcz błękitny,
białą sukienkę.
I szło wilczysko chytre,
przyczajone, przemarznięte,
za Panną Świętą.
X
Wilka szukali z kłonicami,
jak go znajdą, kości mu połamią:
zeżarł zeszłej zimy cielę białe,
prześliczne,
w samą Gromniczną!
X
Spotykają chłopi świętą Podróżną,
Pozdejmowali czapki, patrzą
– na próżno.
„Wybacz nam, Pani wspaniała,
czyś wilka gdzie nie widziała?”
X
Anim go szukała, ani go wydam,
patrzcie lepiej po sercach,
to się wam przyda,
bo tam to właśnie,
a nie śród leśnych ścieżyn,
wilk leży!”
X
Poszły rosłe chłopiska milcząc
do chałup.
ogląda się Panienka po śniegu białym,
ogląda się wszędzie,
aż spod płaszcza Jej milczkiem
wylazł łeb wilczy.
A tuś mi, łowco jagniąt bezbronnych!
Katom cię wydać byłabym skłonna,
tylko że nad twą wilczą niedolą
serce mnie boli.
X
Skoroś sam znalazł moją opiekę,
zostań już przy mnie,
bo gdzie uciekniesz?
Będziesz mi za to roztropnie służył
zimą w podróży”.
X
Odtąd chodzi wilk
Z Matką Najświętszą wiernie
przez śniegi puste,
zawiane ściernie,
pełniąc wśród nocy mrocznych
i długich
różne posługi
X
A kiedy jasną gromnicą świeci
Panna Przeczysta
pośród zamieci,
tuż i Gromniczny Wilk
za swą Panią
jarzy ślepiami.

Barataria 102 – Znaczy kapitan

Mamert Stankiewicz. Znaliśmy go wszyscy, dzięki niezapomnianej książce Karola Olgierda Borchardta. Właśnie minęło 130 lat od jego urodzin a w listopadzie minie 80 lat od jego śmierci. Urodził się 22 stycznia 1889 w Mitawie (obecnie Jełgawa), zm. 26 listopada 1939 na morzu podczas pełnienia służby.
We wrześniu 1939 roku kapitan objął dowództwo na statku ORP „Piłsudski”.
25 listopada  okręt wyszedł w swój pierwszy wojenny rejs w konwoju do Nowej Zelandii. 26 listopada o 5:36 na transatlantyku doszło do dwóch wybuchów. Kapitan Stankiewicz pozostał na statku, aby sprawdzić, czy opuściła go cała załoga. Opuścił okręt z dwójką ostatnich marynarzy (jeden ukrył się na pokładzie w szalupie i przeżył w niej katastrofę). Po półtorej godzinie rozbitkowie zostali wyłowieni przez brytyjski niszczyciel HMS „Valorous”. Mamert Stankiewicz zmarł wskutek hipotermii i ataku serca na pokładzie tego okrętu.

Ze zdumieniem odkryłam, że Znaczy Kapitan napisał pamiętniki, które zatytułował Korsarz i Don Kichot, a które wydawnictwo wydało pod zmienionym wg własnego widzimisię tytułem.

Reblog

Kazimierz Robak

Korsarz i Don Kichot

Książka jest sensacją literacką, sukcesem edytorskim i… kompromitacją redaktorską.
Oto bowiem wydane zostały – pół wieku z górą po ich napisaniu – wspomnienia i przemyślenia człowieka-legendy, najsłynniejszego dowódcy polskiej marynarki handlowej, który zginął na morzu śmiercią marynarza i żołnierza, na okręcie zatopionym przez wroga. Ale wydane zostały bez należytej staranności, za to ze stemplem arogancji i samowoli edytorów.

Mamert Stankiewicz stał się sławny dzięki twórczości swego ucznia, a później podwładnego i zastępcy – Karola Olgierda Borchardta. Zbiór opowiadań zatytułowany Znaczy Kapitan wydany został w Polsce w milionach egzemplarzy i można bez przesady uznać, że nie ma w kraju osoby zainteresowanej morzem czy żeglarstwem, nie znającej opowieści o kapitanie, o którym opowiadano, że „nawet w depeszach używa słowa ‘znaczy’, za które urzędy pocztowe całego świata już nie pobierają opłat.”
Proza Borchardta wykracza poza ramy marynistyki: jest jednocześnie dokumentem epoki,
świadectwem świata, który bezpowrotnie odszedł i traktatem moralistycznym. Do tego jest to znakomita literatura: jasna i klarowna w stylu, a przy tym bogata i – co może najważniejsze – pełna humoru, ironii i autoironii.
Postać Znaczy Kapitana stała się dzięki niej alegorią odpowiedzialności i profesjonalizmu,  którego moralnym imperatywem jest, by obowiązki, bez względu na okoliczności – zawsze
były wykonane z najwyższą starannością „znaczy, porządnie”.
Borchardt zakończył swój zbiór komentarzem na temat pamiętników kpt. Mamerta Stankiewicza.
Z trzydziestu siedmiu opowiadań, wchodzących w skład książki „Znaczy Kapitan” kilkanaście było uprzednio drukowanych na łamach miesięcznika „Morze”. Po ukazaniu się
w roku 1959 ostatniego opowiadania pod tytułem „Meczet Omara” do redakcji „Morza” nadszedł list, którego nadawcą był Mamert Stankiewicz. List ten wywołał zrozumiałe poruszenie, ponieważ nikt z nas nie wiedział, że syn Kapitana nosi Jego imię.
W wyniku nawiązanej korespondencji dowiedziałem się o losach maszynopisu pamiętnika, o którym kapitan Mamert Stankiewicz opowiadał mi w listopadzie 1939 roku na zakotwiczonym na rzece Tyne „Piłsudskim”. Pamiętnik wraz z pewną ilością zdjęć– ocalał. Wyniosła go z płonącej Warszawy w 1944 roku żona Kapitana. Wydaje się nieodzowne podzielenie się z Czytelnikami – chociażby bardzo pobieżnie wrażeniami i spostrzeżeniami, które nasunęły  mi się po przeczytaniu pamiętnika Kapitana. […]
Kapitan w rozmowach ze mną nigdy – nawet wtedy, gdy zmienił stosunek do mnie
ze służbowego na przyjacielski – nie mówił o swych ideałach, dążeniach i osiągnięciach . Dowiedziałem się o tym wyłącznie z zachowanego maszynopisu. Ze zdziwieniem i przyjemnością odnajdywałem na kartach pamiętnika te cechy charakteru Kapitana, które zdołałem zaobserwować w ciągu kilkunastu lat współpracy z Nim.

Z powodów wiadomych, osobiste wspomnienia i refleksje człowieka, który zdobył wykształcenie i umiejętności fachowe w Imperium Rosyjskim, walczył w „białej
armii” Kołczaka, przeszedł przez więzienia i obozy bolszewickie, nie mogła się ukazać
drukiem w PRL, a przynajmniej nie w formie, na którą zgodziliby się spadkobiercy autora i depozytariusze tekstu.
Po raz pierwszy pamiętniki kpt. Mamerta Stankiewicza opublikowała w roku
1995 oficyna wydawnicza WSM w Gdyni, w serii Księgi Floty Ojczystej. Następnych
trzech wydań dokonał polski gigant wydawniczy, oficyna „Iskry”.
Lektura jest pasjonująca. Do czytelnika przemawia bezpośrednio ktoś doskonale znany, znajomy bez mała – bo przecież chyba wszyscy czytający zdążyli wcześnie zapoznać się z
z opowiadaniami Borchardta. Nie ma nawet co silić się na inny niż Borchardtowski opis wrażeń: Pamiętnik Kapitana odkrył przede mną postać chłopca, który poprzez miłość do morza potrafił przezwyciężyć wszystkie przeszkody, zagradzające Mu drogę do upragnionego celu. Zanim otrzymał tytuł kapitana, stał się „kapitanem własnej duszy”. Pierwszym Jego zwycięstwem było opanowanie uczucia strachu przed żywiołem
wody, który – podczas ćwiczeń na szalupach pod żaglami – wydawał Mu się przerażający i mogący Go pochłonąć. Nie nadaję się na marynarza – to była pierwsza myśl, która przyszła w ślad za przerażeniem. Miał możność skorzystania z propozycji matki i studiowania architektury na politechnice. Przełamał jednak siebie i wbrew intencjom matki poszedł na morze. […]
Po przeczytaniu pamiętnika zrozumiałem też, skąd u tego człowieka z werwą i młodzieńczą skłonnością do przekory wziął się pełen rezerwy i opanowania sposób bycia. […]
Stopień opanowania języków obcych – którym Kapitan zadziwiał – ma również
swe potwierdzenie na kartach maszynopisu. Kapitan wspomina, że jako młody oficer podczas długiego postoju zimowego w jednym z portów udzielał – dla podreperowania swego budżetu – korepetycji w języku niemieckim z matematyki młodemu Niemcowi
zamieszkałemu wraz z rodzicami w tym porcie. Swobodne posługiwanie się językiem angielskim umożliwiło Mu objęcie posady urzędnika konsulatu w Stanach Zjednoczonych. O dobrej znajomości języka francuskiego nawet nie wspomina, ponieważ należała ona w owym czasie do obowiązkowego wykształcenia.
Moje spostrzeżenia, że Kapitan łatwiej by się nauczył jeszcze jednego obcego języka niż
powiedział nieprawdę, znajduje liczne potwierdzenia w prostych i szczerych opisach życiowych niepowodzeń – poczynając od trudności podczas egzaminów, a kończąc na fatalnych skutkach osłabienia uwagi podczas służby”,
Nawet drobne nawyki Kapitana zaobserwowane na mostku podczas manewrów, jak na przykład współpraca ze sternikiem, znajdują uzasadnienie w pamiętniku […].
Opisane przeze mnie wprowadzenie „Polonii” na redę jachtową Obanu to już tylko słabe echo przeprowadzenia przez pola minowe cieśniny Muhu (Moonsund) największego pancernika „Sława”, o której to operacji sam powiedział, że nie chciałby jej powtórzyć.
Wprowadzenie „Polonii” podczas sztormu do Konstancy, wyprowadzenie „Piłsudskiego” w nocy z przystani nowojorskiej – ma swój odpowiednik w prowadzeniu przy ciężkiej pogodzie przez pola minowe krążownika „Riurik”, za co został dwukrotnie odznaczony
jako doskonały nawigator. Opisana przeze mnie umiejętność nawigacji wśród mgły, to jedynie powtórzenie akcji, którą przeprowadził podczas szalejącej śnieżycy w celu odszukania i ściągnięcia z mielizny statku załadowanego minami.
Te cechy Kapitana można by w skrócie określić dwoma wyrazami: donkiszoteria
i korsarstwo. Pojęcie donkiszoterii oznacza w tym wypadku romantyzm,
rzucanie się na przedsięwzięcia szlachetne, choć stokroć niewykonalne, szczery heroizm nie liczący się z warunkami życia. Wyrazicielem tych cech był w pojęciu współczesnych Kolumb, który – jak twierdzi wielu znawców literatury – posłużył Cervantesowi jako
wzór Don Kichota. Korsarstwo natomiast wiąże się z pojęciem odważnej żeglugi podróżników odkrywców, której kontynuatorami stali się korsarze. Osiągnięta przez nich wiedza i doświadczenie nawigacyjne dawało im przewagę nad silnie uzbrojonymi okrętami wojennymi, które zdobywali wraz z mianem najlepszych nawigatorów.
Wielu ludziom wydaje się, że obecnie wskutek olbrzymiego postępu technicznego przekreślone  zostało raz na zawsze znaczenie dawniejszego kapitana żaglowca, jak również żaglowca jako podstawowego ośrodka wychowawczego oficera marynarki. Po dziś dzień jednak są taki chwile na morzu, kiedy kapitan musi się oprzeć wyłącznie na zdobytych przez siebie wiadomościach i doświadczeniu oraz sam musi decydować. […]

Pamiętnik swój kapitan Mamert Stankiewicz zatytułował: KORSARZ I DON KICHOT.

* * *
Opowieść Znaczy Kapitana – a mam przed sobą trzecie wydanie „Iskier” – pod względem edytorskim jest niezwykle staranna: ładny i dobrej jakości papier, niebanalny, z lekka archaizujący skład stron, twarda okładka i elegancka obwoluta, oparta na grze rozbielonej sepii, czerni i czerwieni.
Jest jednak w tym wydawnictwie kilka poważnych niedociągnięć redakcyjnych. Zdaję
sobie sprawę, że dla większości czytelników mogą one pozostawać niezauważałne, ale nie w zauważaniu czy nie zauważniu jest problem. Diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach.
Pominę  […] literówki, które łatwo mogły zostać wyeliminowane przy staranniejszej korekcie. Dużo bardziej istotne jest moim zdaniem to, że redaktor (redaktorzy?) przecenili
znacznie swoją rolę. Nie redagowali pracy debiutanta ani amatora. Mamert Stankiewicz miał spory dorobek publicystyczny (np. artykuły w Słowie Pomorskim i Żeglarzu Polskim), był również wybitną osobowością, człowiekiem świadomym nie tylko wagi czynów ale i słów. Do tego, co napisał, należało więc podchodzić z szacunkiem i – nieodzownym w takich przypadkach – profesjonalnym wyczuciem, gdzie kończy się prawo ingerowania w tekst.
Dlatego denerwujące są  przypisy, w których edytorzy piszą np. „U autora w tym i innych miejscach: Port Artur”, czy „u autora: Skagen” i wstawiają do głównego tekstu dziś używane nazwy Port Arthur czy Kattegat. Naturalnym prawem edytora jest uwspółcześnianie ortografii i interpunkcji, dzielenie utworu na rozdziały i części, ale też niewiele więcej. Stankiewicz oczywiście mógł się pomylić (choć znającjego perfekcjonizm mało to prawdopodobne), ale rolą edytorów jest wyrażanie wątpliwości i od tego mają przypisy. Edytorskie uprawnienia zostały więc przekroczone, choć tego typu nadużyć jest na szczęście tylko kilka.
Redaktorzy nie sprawdzili pisowni wszystkich nazwisk osób wspominanych przez autora. W ten sposób dowódca II Eskadry Pacyfiku w tekście i indeksie wymieniany jest – bez
żadnego komentarza – jako „Rożdiestwienski” zamiast „Rożestwienski” (Рожественский). Dziwne, że nie zlokalizowali też podpetersburskiego portu Transund, pozostawiając go w
tekście ze znakiem zapytania. Jednak na takich drobiazgach nie koniec.
W tekście głównym często się powtarza znak […], oznaczający opuszczenie. Tak pisze o tym w przedmowie Jan Kazimierz Sawicki, odpowiedzialny za opracowanie edytorskie: „Poza jedno- czy kilkuzdaniowymi opuszczeniami, wynikłymi z chęci uniknięcia powtórzeń, mówić można tylko o dwóch partiach tekstu, z których publikacji zrezygnowano. Chodzi tu o króciutki rozdział pt. „Wycieczki z Nowego Jorku i drzwi otwarte”, z maszynopisu stanowiącego podstawę […] pierwszego wydania po rozdziale „Awarie” i sprawiającego wrażenie niekompletnego. W rodziale „Pułaski i Polonia” zrezygnowano też z przytoczenia
kilkustronicowego opisu walk byków w Sewilli.”
Tu już sprawa jest poważniejsza. Argumenty Sawickiego nie trafiają mi do przekonania, z dwóch przynajmniej powodów: braku zaufania do jego opinii, że rozdział sprawia wrażenie „niekompletnego” (a od czego są przypisy i komentarze redakcyjne?) i niechęci do protekcjonalnego traktowania czytelników, którzy wszak powinni otrzymać tekst maksymalnie wierny oryginałowi, by móc sformułować własną o nim opinię. Edytorzy i tak mogliby mieć na nią poważny wpływ dzięki komentarzom w przypisach. Skróty,
moim zdaniem, usprawiedliwić mógł jedynie nieczytelny lub niekompletny rękopis, co należało w przypisach zaznaczyć.
Rozumiem motywację wydawców – dokument zawsze sprzedaje się znacznie gorzej niż
narracja zwarta. W tym jednak wypadku komercja winna ustąpić edytorskiej dokładności, zwłaszcza że na rzecz komercji działa nazwisko autora, będące dostatecznym magnesem, a nawet sensacją.

Redaktorom wydania zabrakło niestety energii na pracę edytorską wykonaną „porządnie”. Brakuje na przykład chronologicznego zestawienia wydarzeń i życiorysu kpt. Mamerta Stankiewicza. Brakuje także bibliografii, choćby prowizorycznej, tak podmiotowej – artykułów i tłumaczeń, autorstwa kpt. Stankiewicza, jak przedmiotowej, ta zaś musi być (nawet pomijając utwory Borchardta) niemała. Myślę, że Znaczy Kapitanowi się to należało.

Wreszcie sprawa – moim zdaniem – najpoważniejsza. Pisze Sawicki: „Czytelnicy książki Borchardta pamiętają zapewne, iż jej bohater miał swe wspomnienia zatytułować Korsarz i Don Kichot. Ze względu jednak na nikły związek tak sformułowanego tytułu z zawartością treściową pamiętnika, zdecydowano się nie respektować tego zamysłu autorskiego.”
W gruncie rzeczy, niewiele można dodać po tak szczerym zdaniu, będącym świadectwem redaktorskiej arogancji, chyba to, że edytorzy niewiele zrozumieli z cytowanej wcześniej
opinii Borchardta. Zmienili więc tytuł oryginalny na pretensjonalną frazę, która przez banalne nawiązanie do hymnu okrasza całość dydaktyczno-patriotycznym sosikiem i jest wobec treści i stylu Stankiewicza dysonansem. Niestety, mimo zastrzeżeń redakcyjnych, nie sposób nie powtórzyć za Borchardtem słów Znaczy Kapitana: „Znaczy, panowie nadużyli kompetencji; znaczy panowie nie są w porządku w stosunku do podjętych przez siebie obowiązków.
Borchardt wraca do tytułu pamiętników Mamerta Stankiewicza jeszcze w opowiadaniu „Druga strona Księżyca”, przeznaczonego do Kolebki nawigatorów, ale nieukończonego. Fragmenty cytuje Ewa Ostrowska: W rozmowach zawsze wspominał o swoim pamiętniku, jaki napisał i zostawił w Polsce. Mój podziw dla niego przeszedł w uwielbienie, gdy wyjaśnił
mi, że pamiętnik swój nazwał KORSARZ I DON KICHOT. Przeistoczenie korsarza w Don Kichota wygląda na świadome naśladowanie pana Andrzeja Kmicica. Gdy zdecydował się wrócić do pracy na morzu po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, postanowił najpierw pojechać do Częstochowy. […] Mnie w zapale wyjaśnił, że padł przed obrazem jako korsarz i krzyżem leżał, by przebłagać Częstochowską, że w obcym mundurze walczył. – Gdy wstałem, byłem już Don Kichotem – ale polskim.”
***
Na temat redaktorów i redakcji pamiętników Mamerta Stankiewicza Borchardt miał zdanie negatywne jeszcze z innego powodu. Pisze Ostrowska:
“Pamiętnik ten przechodził przez tak wiele rąk, że dzisiaj trudno już udowodnić słowa kapitana Borchardta, który na teczce zawierającej kolejną przeredagowaną wersję
napisał: ‘Pamiętnik sfałszowano’. Natomiast w rozmowie ze mną kapitan Borchardt wyjaśnił, że z oryginalnego tekstu zniknęły fragmenty, które w niekorzystnym świetle ukazywały osoby z kręgów morskich, cieszące się współcześnie dużym autorytetem i uznaniem władz powojennej Polski.” Co i przez kogo zostało usunięte, nie dowiemy się
chyba już nigdy, a osoby znające prawdę nie żyją, ale nie ma też powodów, by nie wierzyć
kapitanowi Borchardtowi.
W przedmowie Sawickiego zdumienie budzi jeszcze jedno zdanie: „To ostatecznie przesądziło o tytule, którym po wszechstronnych konsultacjach z bracią
morską opatrzono dzieło.”
Po konsultacjach? A cóż tu było do konsultacji? Gdyby wszyscy redaktorzy zechcieli konsultować tytuły „z bracią”, mielibyśmy prawdopodobnie Niszczący najazd szwedzki zamiast Potopu i Nie będzie Teuton pluł nam w twarz zamiast Krzyżaków.

Swego czasu Tuwim bodajże kpił, że po interwencji nadgorliwych redaktorów
Popioły – zamiast „Ogary poszły w las” – otwierałoby zdanie „Sfora psów myśliwskich rasy ogar pobiegła do lasu”. Widząc tytuł na okładce wspomnień Mamerta Stankiewicza, mam wrażenie, że wydała je sfora takich właśnie nadgorliwców.

Reblog: więzienie, ogródki działkowe i cmentarz

Ela Kargol

Niepozorna kolonia ogródków działkowych, nieopodal głównego dworca w Berlinie (Berliner Hauptbahnhof) dobrze ukryta za parkiem historycznym, który powstał w połowie XIX wieku na terenie byłego więzienia Lehrter Straße.
Właśnie tu odbył się w 1847 tzw Proces berliński (Polenprozess) przeciwko 254 uczestnikom konspiracji polskiej. Wśród oskarżonych byli Ludwik Mierosławski, Karol Libelt.

Chyba niewielu z setek tysięcy podróżnych przelewających się co dnia przez berliński dworzec główny zastanawia się, co jest za wysokim murem po przeciwnej stronie Invalidenstraße. A ci, co skracają sobie drogę, nie zwracają uwagi na nienarzucającą się, choć przemyślnie skomponowaną architekturę historycznego parku.

Do więzienia należały zachowane po części do dzisiaj budynki mieszkalne służby więziennej, przydomowe ogródki, kościół, w którym nota bene odbywał się berliński proces i cmentarz – częściowo zlikwidowany.

O istnieniu ogródków i tej dość nietypowo położonej nekropolii przeczytałam w działkowym czasopiśmie Gartenfreund. Nie mogłam sobie wyobrazić cmentarza wśród altanek, leżaków, rzodkiewki, relaksu po pracy przy piwie i grillu. A jednak jest to możliwe. W samym środku kolonii, pod rozłożystymi starymi drzewami rozrzucone są jakby w nieładzie, obrośnięte starym bluszczem przykryte trawami części nagrobków. Wszystko ogradza jasnozielony żelazny płot na podmurówce z żółtej cegły. Brama cmentarna jest zamknięta. Jest to jednak tylko część cmentarza, na którym chowano urzędników służby więziennej. Druga część przeznaczona dla więźniów została zlikwidowana i zagospodarowana przez działkowców. Tylko okazałe platany zaznaczają cmentarną aleję. Spotkana działkowiczka nie umiała jednak zbyt dużo o cmentarzu powiedzieć. Wspomniała jedynie, że urząd dzielnicy obiecał uporządkować teren tej małej nekropolii. Bardziej jednak martwiły ją włamania. Bezdomni, szukający schronienia przed zimnem są tam częstymi nieproszonymi gośćmi.
Mimo różnych problemów działkowców ogródki są atrakcyjną oazą wypoczynku w zieleni. Są jedyną kolonią w dzielnicy Tiergarten i ze względu na historyczną przeszłość cały teren objęty jest ochroną zabytków.

This slideshow requires JavaScript.

Reblog: Abkehr vom Kapitalismus

Erik Albrecht

Kehrtwende in Preston
Englische Stadt hat genug vom Kapitalismus

Reblog

Frisch renovierter Busbahnhof in Preston – eigentlich sollte hier eine Shopping Mall entstehen.

Großbritannien ist das Land der Privatisierung: Bahn, Gefängnis, Verwaltung, alles privat. Aber es läuft nicht gut. Deshalb versucht man es in der britischen Stadt Preston anders, erprobt sozialistische Ideen – und setzt auf lokale Wirtschaft.

Weiß strahlt der Beton des frisch renovierten Busbahnhofs in der Sonne. Die geschwungenen Parkdecks oberhalb der Wartehalle wirken ein wenig wie die Flügel eines übergroßen Raumschiffs. Dass der futuristische 60er-Jahre-Bau überhaupt noch steht, erzählt viel über Prestons enttäuschte Liebe zum Kapitalismus. Denn eigentlich sollte an seiner Stelle ein Einkaufszentrum entstehen. Neuer Schwung für die Wirtschaft der Stadt, die wie so viele im Norden Englands immer noch unter der Deindustrialisierung leidet.

Auf die große Pleite folgt ein Umdenken

Doch dann kam die Finanzkrise von 2008. Die auswärtigen Investoren zogen sich aus dem umgerechnet 800 Millionen Euro schweren Projekt zurück.

Matthew Brown, Stadtrat für Wirtschaftsförderung in Preston, hat genug vom Kapitalismus.

Preston stand mit leeren Händen da. Gleichzeitig kürzte die Regierung in London im Zuge ihrer Sparpolitik den Kommunen ihre Budgets.

„Stellen Sie sich vor, die Regierung kürzt der Kommune Gelder und überweist von heute auf morgen deutlich weniger. Und dann zieht sich auch noch die Wirtschaft zurück und will nichts mehr von Ihnen wissen. Was bleibt Ihnen da noch übrig? Sie können nur noch die Dinge selbst in die Hand nehmen.“

Matthew Brown sitzt in seinem Büro im historischen Rathaus von Preston. Neben dem schweren Eichenschrank hängt ein Poster der Sex Pistols. „Anarchy in the UK“ steht dort auf einer zerfledderten britischen Flagge. Brown gehört zum linken Flügel der Labour-Partei. Als Stadtrat für Wirtschaftsförderung musste er seit 2011 Preston einen Weg aus der Krise weisen.

„Wir haben immer versucht, große Investoren und multinationale Konzerne anzuwerben. Dann ist uns aufgefallen, dass wir hier auch ohne sie viel zu bieten haben. Wir haben großartige Firmen und wir haben all diese Organisationen, die niemals einfach weiterziehen werden, wie es viele Multis machen.“

Lokale Unternehmen statt große Konzerne

Nach der großen Pleite setzte Brown deshalb auf lokale Unternehmen statt auf große Konzerne. Mit Erfolg: Preston wurde vor kurzem in einer Studie zum Spitzenreiter unter den aufstrebenden Städten Großbritannien gewählt. Heute ist sein „Prestoner Modell“ Teil des Wahlprogramms der Labour-Partei unter Jeremy Corbyn. Und Brown erklärt regelmäßig Politikern aus anderen Landesteilen den Ansatz.

Apartments ab 115 Pfund pro Woche: Billig wohnen im neuen Studentenwohnheim

Großbritannien ist wirtschaftlich tief zwischen dem boomenden London und den alten Industriegebieten im Norden Englands gespalten. Prestons Aufschwung ist da Inspiration für viele abhängte Städte.

Vielen seiner Kollegen bringt Brown, stets mit Schiebermütze und im schwarzen Anzug unterwegs, in die Friargate, um ihnen seine Politik zu erklären.

„This is it. This is the new student accommodation.“

Brown zeigt auf einen modernen Neubau an der Straßenecke vor ihm. Im Erdgeschoss wirbt ein großes Plakat für schicke Apartments ab 115 Pfund pro Woche. Das Pub nebenan setzt klar auf hippe Studenten. Bis zu Universität von Central Lancashire sind es nur wenige hundert Meter. Vor kurzem habe hier sogar eine Gin-Bar eröffnet, erzählt der Stadtrat fast ein wenig ungläubig.

„Friargate war noch vor fünf Jahren eine sehr heruntergekommene Gegend. In diesem Block standen 80 Prozent der Ladenlokale leer. Aber jetzt haben wir hier diesen Neubau. Das ist toll.“

Preston gehört immer noch zu den 20 Prozent der ärmsten Gemeinden Englands. Entsprechend unbeschwert freut man sich hier über eine zaghafte Gentrifizierung.

Studentenheim als Anlage für die örtliche Pensionskasse

Bauherr des neuen Studentenwohnheims ist die Pensionskasse der Angestellten der Stadt. Etwa 20 Millionen Euro hat sie in das Projekt gesteckt. Insgesamt will der Fonds umgerechnet etwa 110 Millionen Euro vor Ort investieren – viel Geld für eine Stadt mit 140.000 Einwohnern.

„In der Regel legen öffentliche Pensionskassen ihr Vermögen ja nicht dort an, wo es herkommt – das Geld stammt ja aus den Beiträgen der Angestellten des öffentlichen Dienstes dieser Region. Aber das ist jetzt anders. Unser Fonds investiert einen Teil in die lokale Wirtschaft. Und damit schaffen wir eine Aufwärtsspirale.“

Es ist das Herz des „Prestoner Modells“: Öffentliche Einrichtungen vergeben Aufträge nicht an den günstigsten Anbieter, sondern danach, was der lokalen Wirtschaft am meisten nutzt. Möglich macht das eine Gesetzesänderung, die seit einigen Jahren „sozialen Mehrwert“ als Entscheidungskriterium bei Ausschreibungen erlaubt.

Brown brachte sieben solcher sogenannter Anker-Institutionen in Preston an einen Tisch. Neben dem Pensionsfonds die Verwaltungen von Stadt und Grafschaft, die Universität, die Polizei, das Krankenhaus sowie die größte Wohnungsgenossenschaft mit über 6000 Häusern in der Stadt. Gemeinsam verwalten sie ein Jahresbudget von umgerechnet etwa 850 Millionen Euro. Heute geben sie doppelt so viel davon in der Grafschaft Lancashire aus wie noch vor sechs Jahren – umgerechnet etwa 220 Millionen Euro.  Und das, obwohl etwa die Stadt Preston im Zuge der Sparpolitik der konservativen Regierung in London 30 Prozent ihrer Haushaltmittel eingebüßt hat.

Die Leitfrage: Was nutzt der lokalen Wirtschaft?

Doch gerade deshalb brauche die Wirtschaft das Mehr an Aufträgen, so Brown. Für ihn ist es auch der Einstieg in eine neue Wirtschaftsstruktur. Statt großer nationaler Servicedienstleister, die öffentliche Aufgaben im ganzen Land übernehmen, kommen kleinere lokale Unternehmen zum Zug.

Zugfahrt nach Manchester. Dumpf erfüllt das Wummern der Dieselmotoren den abgenutzten Waggon des Vorortzuges. Kaum irgendwo ist der Wunsch der Briten nach mehr Staat so ausgeprägt wie auf der Schiene. Bahnfahren auf der Insel ist teuer. Staatliche Aufsicht über die privaten Eisenbahngesellschaften lasch. Vielerorts fahren Dieselloks, da Oberleitungen fehlen. Die Mehrheit der Briten wünscht sich deshalb den Zugverkehr zurück in staatliche Hand – und nicht nur ihn.

Im Mutterland von Privatisierung und Neoliberalismus verdienen breit aufgestellte private Konzerne viel Geld, indem sie Gefängnisse führen, städtische Buslinien betreiben oder die Planungsabteilung von Stadtverwaltungen übernehmen. Doch in letzter Zeit sei dieses Modell zunehmend in die Kritik geraten, beobachtet Sarah Longlands vom Institute for Public Policy Research IPPR in Manchester.

„Ich denke, wir haben beim Outsourcing den Zenit überschritten. Es gibt eine immer größer werdende Diskussion darüber, dass wir diese Dienste zurückholen müssen, weil es wichtig ist, dass Staat und Kommunen diese selbst betreiben.“

Aushängeschild für den neuen wirtschaftlichen Erfolg: Auf die neue Markthalle sind die Prestoner stolz.

Denn 2018 war kein gutes Jahr für diese Art des Outsourcings. Gleich zu Beginn ging der Dienstleister Carillion pleite, der im ganzen Land Krankenhäuser baute oder Schulkantinen betrieb. Später musste die Regierung eine Bahnlinie sowie das Gefängnis von Birmingham zwangsweise rückverstaatlichen.

Auch deshalb wollen heute über drei Viertel der Briten Wasser, Strom und Gas sowie die Eisenbahn zurück in öffentlichem Besitz sehen. Doch das „Prestoner Modell“ treffe noch aus einem Grund weit über die Stadtgrenzen hinaus einen Nerv in Großbritannien.  Denn gerade jenseits von London und dem wohlhabenden Südosten des Landes hätten die Menschen vielerorts das Gefühl, der Globalisierung schutzlos ausgeliefert zu sein.

„In einer mittleren Stadt, die von der Deindustrialisierung betroffen ist, hat die Stadtverwaltung sehr wenig Verhandlungsspielraum, wenn es darum geht, Investoren anzuziehen. Wenn also Amazon auftaucht und 1000 schlecht bezahlte Jobs anbietet, kann man das nur sehr schwer ablehnen. Man ist diesen Firmen einfach ausgeliefert.“

Kommunen wollen Einfluss auf Entscheidungen

Longlands sieht hier auch einen zentralen Grund für den EU-Austritt des Landes. Schließlich hätten die Brexiteers mehr Kontrolle versprochen. Preston liefere dagegen ein konstruktives Modell dafür, wie Kommunen wieder mehr Einfluss auf ihre wirtschaftliche Entwicklung nehmen können.

„Preston versucht, die Wirtschaft von der anderen Seite her zu beeinflussen. Preston fragt: Was haben wir, worauf wir aufbauen können? Und wie können wir die Menschen dabei mitnehmen, unsere Stärken zu nutzen und etwas aufzubauen?“

„Wir treten jetzt von der Old Street her durch eine Doppeltür in die Markthalle. Wenn sie nach oben schauen, sehen sie eine wunderschöne denkmalgeschützte Dachkonstruktion.“

Zurück in Preston betritt John Bridge zügigen Schrittes den Glaskubus der Markthalle neben dem Rathaus.

Metzger und Fischhändler preisen ihre Waren an. Gemüsestände wechseln sich ab mit hippen Cafés und Street-Food-Imbissen. Doch Bridges Blick wandert zunächst zu dem schmiedeeisernen Unterbau, der das Dach hält.

„Das ist ein Wunder der Ingenieurskunst. Niemand versteht, wie es so stabil sein kann, ohne jede Art von Stützen in der Mitte.“

Eine Markthalle als Aushängeschild

Seit ihrer Eröffnung im Februar ist die Markthalle das Aushängeschild für den neuen wirtschaftlichen Erfolg der Stadt. Und für die neue Art, solche Großprojekte umzusetzen. Bridge hat den Glaskubus entworfen. Durch den Auftrag konnte sich der Architekt aus Preston selbstständig machen.

In der Regel hätte die Stadt das Projekt an eine der großen nationalen Baufirmen vergeben, etwa an Carillion – vor dessen Pleite im vergangenen Jahr. Stattdessen ging der Stadtkämmerer Andy Ridehalgh einen anderen Weg:

„Wir haben überlegt, wie wir den Auftrag aufteilen können und was für die Auftragnehmer dabei entscheidend ist.“

Denn vielen kleineren Betrieben fehlten schlicht die Kapazitäten, um ein drei Millionen Pfund teures Projekt vollständig abwickeln zu können, stellte Ridehalgh fest. Statt eines Gesamtauftrags, schrieb er deshalb die beiden Markthallen gesondert aus und ermunterte gezielt kleine Baufirmen aus Preston, ein Angebot zu machen.

„Im Ergebnis ist das historische Ensemble erhalten geblieben und kleine und mittlere Unternehmen hatten die Chance, mitzubieten.“

Kleine, in der Region verankerte Betriebe, statt großer multinationaler Konzerne. Wie auch die britische Labour-Partei will Andy Ridehalgh diese Art der Wirtschaftsstruktur in seiner Stadt fördern. Gerade in Großbritannien seien die Innenstädte überall von den immer gleichen Ketten dominiert. In Prestons neuer Markthalle sei das anders, sagt er fast ein wenig stolz.

„Die drei großen Café-Ketten sieht man auf unserem Markt nicht. Hier kann man stattdessen Kaffee an sechs verschiedenen Ständen kaufen.“

Im großen Versammlungssaal des Rathauses verteilt Alison Namensschilder und Programme. Einen Tag lang wollen hier Aktivisten aus ganz England über das „Prestoner Modell“ diskutieren. Eingeladen hat „The Larder“ – zu Deutsch: die Speisekammer – eine Genossenschaft, die in Preston für eine gerechtere Nahrungsmittelindustrie kämpft.

Eine andere Wirtschaftspolitik ist möglich

Diskutiert wird ein linker Gegenentwurf zu herkömmlichen Wirtschaft. Vielen geht es auch hier um eine andere Wirtschaftsstruktur. Statt großer nationaler Anbieter setzen sie auf dezentrale Angebote und auf die Rückbesinnung auf lokale Anbieter im Mittelpunkt, sagt Kay Johnson, Gründerin von „The Larder“:

„In Lancashire bauen wir tolles Gemüse an. Und ich will, dass das auch in Lancashire bleibt. 70 Prozent unserer Nahrungsmittel gehen in andere Regionen. Und dabei kreuzen sich die LKWs mit denen, die uns hier in Lancashire versorgen. Ich möchte gerne ein System schaffen, in dem wir uns zwar nicht selbst ernähren, das aber doch mehr in diese Richtung geht.“

Bereits vor ein paar Jahren hat die Verwaltung die Belieferung der Schulkantinen in der Grafschaft Lancashire neu organisiert. In Preston liefert nun ein Familienbetrieb das Gemüse, ein anderer das Fleisch, ein dritter den Joghurt. Wo bislang noch von außen hinzugekauft werden muss, sollen in Zukunft Genossenschaften wie „The Larder“ die Lücken in der Wirtschaft vor Ort schließen. Auch das ist Teil des Prestoner Modells, erklärt Brown auf der Konferenz.

Die Rückbesinnung aufs Lokale – vielen in Großbritannien erscheint das als eine Form von lokalem Protektionismus. Jedes Pfund, das zusätzlich in Preston ausgegeben werde, fehle anderswo. Matthew Brown sieht darin dagegen eher eine Möglichkeit, das Ungleichgewicht zwischen London und dem Rest des Landes ein wenig auszugleichen. Schließlich hätten die meisten der großen Outsourcing-Firmen ihren Sitz in der britischen Hauptstadt.

„Diese Firmen sind sehr gut darin, öffentliche Aufträge im Norden Englands zu gewinnen. Der Gewinn fließt dann nach London und oft auch ins Ausland. Dieses System stellen wir infrage.“

Die Auftragsvergabe an lokale Unternehmen ist für ihn da nur der erste Schritt. Derzeit arbeitet Preston an der Gründung einer Bank nach dem Vorbild deutscher Sparkassen, die Unternehmen der Region gezielt fördern soll, wo die großen Londoner Banken Kredite verweigern.

„Das neue Modell sucht nach neuen Formen öffentlichen Eigentums und Strategien, eine demokratischere Wirtschaft zu schaffen. Dafür müssen wir auf die Auftragsvergabe schauen, um lokale Firmen zu unterstützen, aber wir sollten auch neue Genossenschaften  gründen. Es kann auch um Unternehmen in Staatsbesitz gehen, aber so, dass die Bürger Einfluss darauf haben.“

Am Ende steht für Brown eine Alternative zum derzeitigen Finanzkapitalismus. Die britische Labour-Partei geht hier noch einen Schritt weiter. Auch große Konzerne sollen nach ihren Vorstellungen einen Teil der Aktien in die Hände der Belegschaft geben. Ob sich dafür in der britischen Gesellschaft eine Mehrheit findet, ist ungewiss. Doch 40 Jahre nach den marktorientierten Reformen von Premierministerin Margaret Thatcher diskutiert Großbritannien wieder über Wirtschaftspolitik.

Reblog dla optymistów w potrzebie

Nie jest łatwo być optymistą. USA opuszczają Syrię i zamierzają wycofać się z Afganistanu. Rośnie ilość krajów, gdzie do władzy doszły (lub według prognoz dojdą) siły antydemokratyczne, zazwyczaj nastawione również antyekologicznie. Mnożą się relacje o antyszczepionkowcach. Wycinamy drzewa, będziemy zabijać dziki. A chyba najgorszym ciosem, który spotyka optymistów są takie ilustracje:

2kule

Ta druga to niby dopiero za tysiąc lat, ale będzie to gorące tysiąclecie, a nie każdy lubi.

Blog, z którego pożyczam sobie 99 pociech dla zdesperowanych optymistów nazywa się “dobre wiadomości”.

99 dobrych wiadomości 2018 roku, o których prawdopodobnie nic nie słyszeliście, bo media tego nie nagłaśniały

Przez ostatnie 12 miesięcy światowe media koncentrowały się głównie na dramatach i wielu złych wiadomościach. Jednak zdarzały się tam również inne rzeczy – sukcesy w dziedzinie ochrony środowiska, znaczące wydarzenia w dziedzinie zdrowia, więcej pokoju i tolerancji, mniej wojen i przemocy, rosnące standardy życia, kamienie milowe w dziedzinie czystej energii oraz cichy zwrot fali w walce z plastikiem.

  1. Plemię Kofan z Sinangoe, w ekwadorskiej Amazonii, wygrało przełomową bitwę prawną o ochronę wód głównych rzeki Aguarico, unieważniając 52 koncesje górnicze i uwalniając ponad 32.000 hektarów pierwotnego lasu deszczowego. Amazonka Frontlines
  2. Po wprowadzeniu w ubiegłym roku przez Chiny zakazu dotyczącego kości słoniowej, gdzie 90% Chińczyków popiera ten proces, popyt na kość słoniową spadł o prawie połowę, a wskaźniki kłusownictwa wyraźnie spadają w takich miejscach jak Kenia. WWF
  3. Populacja dzikich tygrysów w Nepalu wzrosła prawie dwukrotnie w ciągu ostatnich dziewięciu lat, dzięki wysiłkom ekologów i zwiększonemu finansowaniu obszarów chronionych. Independent
  4. Zanikani lasów w Indonezji zmniejszyło się o 60% w wyniku zakazu usuwania torfowisk, nowych kampanii edukacyjnych i lepszego egzekwowania prawa. Ecowatch
  5. Organizacja Narodów Zjednoczonych stwierdziła, że dziura ozonowa zostanie w pełni zasklepiona nad Arktyką i półkulą północną do 2030 roku, a w pozostałej części świata do 2060 roku. Gizmodo

  6. 10 miliardów dolarów (największa kwota, jaką kiedykolwiek przeznaczono na ochronę oceanów) zostało przeznaczonych w tym roku na Bali na ochronę 14 milionów kilometrów kwadratowych oceanów świata. MongaBay
  7. W Kalifornii najmniejszy lis na świecie został wykreślony z listy gatunków zagrożonych wyginięciem, co było najszybszym odzyskaniem zagrożonego gatunku. Conservaca
  8. W 2018 r. po ponad dziesięciu latach debaty, 140 państw zgodziło się rozpocząć negocjacje w sprawie historycznego „Porozumienia paryskiego na rzecz Oceanu”, pierwszego w historii międzynarodowego traktatu mającego na celu powstrzymanie przełowienia i ochronę życia na pełnym morzu. National Geographic
  9. Niger ujawnił, że w ciągu trzech dekad zasadził 200 milionów nowych drzew, co jest największą pozytywną transformacją środowiska w historii Afryki. Guardian
  10. Hiszpania stwierdziła, że stworzy nowy rezerwat przyrody morskiej dla migracji wielorybów i delfinów w Morzu Śródziemnym i zabroni wszelkich przyszłych poszukiwań paliw kopalnych na tym obszarze. Associated Press
  11. Po wręcz „wizjonerskich” krokach Belize, UNESCO usunęło rafę koralową Belize, drugą co do wielkości rafę koralową na świecie, z listy obiektów światowego dziedzictwa kulturowego zagrożonych wyginięciem. BBC
  12. Kolumbia oficjalnie rozszerzyła Serranía de Chiribiquete (znaną również jako The Cosmic Village of the Jaguars) do 4,3 mln hektarów, co czyni z niej największy chroniony tropikalny park narodowy lasów deszczowych na świecie. WWF
  13. Meksyk oświadczył, że jego populacja dzikich jaguarów, największego kota w obu Amerykach, wzrosła o 20% w ciągu ostatnich ośmiu lat, a 14 krajów Ameryki Łacińskiej podpisało porozumienie w sprawie wdrożenia regionalnego programu ochrony dużych kotów do 2030 roku. Phys.org
  14. W lasach Afryki Środkowej, populacja goryli górskich, jednego z najbardziej zagrożonych gatunków na świecie, wzrosła o 25% od 2010 roku, do ponad 1000 osobników. Reuters
  15. Kanada podpisała kolejną umowę o ochronie przyrody z tamtejszymi Indianami, tworząc największy chroniony las borealny (o obszarze dwukrotnie większym niż Belgia) na naszej planecie. BBC

  16. Chile przyjęło nową ustawę chroniącą wody przybrzeżne, tworząc dziewięć nowych rezerwatów morskich i zwiększając powierzchnię oceanu pod ochroną państwa z 4,3% do 42,4% BBC
  17. Seszele utworzyły nowy 130.000 km2 rezerwat morski na Oceanie Indyjskim, chroniąc swoje wody przed nielegalnymi połowami dla przyszłych pokoleń. National Geographic
  18. Nowa Kaledonia zgodziła się objąć ochroną 28 000 kilometrów kwadratowych swoich wód oceanicznych, w tym niektóre z najbardziej dziewiczych raf koralowych na świecie. Forbes
  19. Kalifornia zdecydowanie jest najbardziej ekologicznym stanem w USA. Na początku roku wypowiedziała wojnę jednorazowym słomkom. Tamtejsze restauracje czy kawiarnie mają teraz nie traktować słomki do napojów jako opcji domyślnej i dawać ją klientowi tylko wtedy, gdy o nią poprosi. Z kolei Los Angeles wprowadziło niedawno zakaz sprzedaży i produkcji futer, który może stać się inspiracją dla całego stanu i kraju. Teraz Kalifornia robi kolejny krok i zakazuje testowania kosmetyków na zwierzętach.
  20. Francja ujawniła gwałtowny spadek liczby palaczy – w ubiegłym roku zapalono o milion mniej papierosów, a zużycie papierosów wśród Amerykanów spadło do najniższego poziomu od czasu, gdy The Centers for Disease Control and Prevention zaczęły zbierać dane w 1965 roku.
  21. Rwanda stała się pierwszym krajem o niskim budżecie, który zapewnił powszechną opiekę okulistyczną wszystkim swoim obywatelom, szkoląc 3 000 pielęgniarek w ponad 500 klinikach zdrowia. Global Citizen
  22. Indie odnotowały 22% spadek śmiertelności o można obecnie codziennie ocalić… o 30 więcej niż jeszcze pięć lat temu. The Wire
  23. Ghana stała się pierwszym krajem w Afryce subsaharyjskiej, który wyeliminował trachomę (jaglicę). W 2000 r. zagrażała ona ślepotą 2,8 mln ludzi (15% populacji). Devex
  24. Światowa Organizacja Zdrowia ujawniła, że spożycie alkoholu wśród nastolatków spadło w całej Europie – na kontynencie o najwyższym wskaźniku spożycia alkoholu na świecie. Kraj o największym spadku? Wielka Brytania. CNN
  25. Od 2010 r. wskaźnik zakażeń HIV/AIDS na świecie spadł o 16% u dorosłych i o 35% u dzieci. Większość krajów jest obecnie na dobrej drodze do wyeliminowania zakażeń do 2030 r. Undar
  26. W 2018 r. Nowy Jork i Wirginia stały się pierwszymi dwoma stanami USA, które wprowadziły przepisy wymagające edukacji w zakresie zdrowia psychicznego w szkołach. CNN
  27. Malezja stała się pierwszym krajem na Zachodnim Pacyfiku, który ograniczył przenoszenie HIV i syfilii z matki na dziecko. Malaymail
  28. Południowa Afryka, ojczyzna największej na świecie populacji ludzi żyjących z HIV, wstrząsnęła urzędnikami służby zdrowia, ujawniając 44% spadek liczby nowych zakażeń od 2012 roku. Telegraf
  29. Po pięciu udanych, rocznych rundach odrobaczania przeprowadzonego na dużą skalę w szkołach w całej Kenii, choroby związane z pasożytami spadły z 33,4% w 2012 r. do 3% obecnie. Evidence action
  30. Rosjanie piją i palą mniej niż w jakimkolwiek innym momencie od czasu upadku Związku Radzieckiego, przy czym konsumpcja tytoniu spadła o 20% od 2009 roku, a alkoholu o 20% od 2012 roku. Straits Times
  31. Tanzania ujawniła, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat zmniejszyła wskaźnik umieralności na malarię o 50% u dorosłych i 53% u dzieci. Borgen
  32. WHO potwierdziła, że Paragwaj całkowicie wyeliminował malarię, pierwszy kraj w obu Amerykach, który otrzymał ten status od czasu Kuby w 1973 roku.
  33. Nowe badania wykazały, że w ciągu ostatnich dwóch dekad okaleczanie żeńskich narządów płciowych spadło z 57,7% do 14,1% w Afryce Północnej, z 73,6% do 25,4% w Afryce Zachodniej i z 71,4% do 8% w Afryce Wschodniej. Independent
  34. Nowa Zelandia chce posadzić milliard drzew, żeby walczyć ze zmianami klimatu. Rząd przeznaczył na ten projekt dodatkowe 240 mln dolarów, co w ciągu najbliższych trzech lat zwiększy jego całkowity budżet do 485 mln dolarów. Global Citizen
  35. Islandia zakazuje wszystkich plastikowych przedmiotów jednorazowego użytku, w tym sztućców i toreb na zakupy. 1 stycznia 2020 r. zakazana zostanie sprzedaż plastikowych sztućców, kubków, naczyń i słomek do picia, a 1 stycznia 2021 r. wyjdzie zakaz stosowania plastikowych toreb na zakupy. Icelandmag
  36. Maroko przyjęło przełomową ustawę, która uznaje przemoc wobec kobiet za przestępstwo i nakłada surowe kary na sprawców. Albawaba
  37. Rwanda bije rekord świata – obecnie ma blisko 68% kobiet w parlamencie. Kobiety zajmują obecnie 54 miejsca na 80, co stanowi 67,5%. Taarifa
  38. Nowa Zelandia stała się drugim krajem na świecie (po Filipinach), który przyjął przepisy przyznające ofiarom przemocy domowej 10 dni płatnego urlopu. Independent
  39. Szkocja stała się pierwszym krajem na świecie, który zagwarantował wszystkim studentom bezpłatne produkty sanitarne, a indyjskie ministerstwo finansów ogłosiło, że zlikwiduje 12% podatku VAT na wszystkie produkty sanitarne. Guartz
  40. Kanada stała się drugim krajem na świecie, który zalegalizował marihuanę. To wspaniały moment dla fanów podejmowania decyzji w oparciu o dowody wszędzie. BBC
  41. Kamieniem milowym na temat praw człowieka na Bliskim Wschodzie jest wyrok sądu w Libanie, który orzekł, że homoseksualizm nie jest przestępstwem. Bejrut
  42. Portugalia zakazała wykorzystywania dzikich zwierząt w cyrkach. Do roku 2024 zwierzęta wykorzystywane dotychczas w pokazach cyrkowych mają trafić do schronisk dla zwierząt w Portugalii lub za granicą. Phys.org
  43. Tunezja stała się pierwszym krajem arabskim, który uchwalił prawo dające kobietom i mężczyznom równe dziedzictwo, odrzucając stary przepis szariackiego prawa islamskiego. Dhaka Tribune
  44. Parlament Europejski zaakceptował nowe regulacje dotyczące ograniczania używania antybiotyków w rolnictwie. Celem regulacji jest utrzymanie odpornych na leki bakterii z dala od żywności.
  45. Od 1 listopada w Wielkiej Brytanii specjalnie wyszkoleni lekarze będą mogli legalnie wydawać recepty na leki na bazie konopi. Ustawa wprowadzona 11 października przez parlament Wielkiej Brytanii utoruje drogę dla jednego z największych rynków medycznej marihuany w Europie.
  46. Nepal stał się 54. krajem na świecie i pierwszym krajem w Azji Południowej, który przyjął ustawę zakazującą kar cielesnych dla dzieci. End Corporal Punishment
  47. Cicho i niezapowiedzianie, ludzkość przekroczyła w tym roku naprawdę niesamowity prog. Po raz pierwszy, odkąd cywilizacja rolnicza rozpoczęła się 10 000 lat temu, większość ludzkości nie jest już biedna ani podatna na popadnięcie w ubóstwo. Brookings
  48. The Economist ujawnił, że globalne wskaźniki samobójstw spadły o 38% od 1994 r. oszczędzając tym samym cztery miliony istnień ludzkich, cztery razy więcej niż liczba zabitych w walce w tym samym czasie.
  49. UNDP opublikowało nowy raport pokazujący, że 271 milionów ludzi w Indiach wyszło z ubóstwa od 2005 r., co oznacza, że w ciągu jednej dekady wskaźnik ubóstwa w tym kraju spadł prawie o połowę. Times of India
  50. Indie kontynuowały największą akcję sanitarną wszechczasów. Szacuje się, że od 2014 roku zbudowano tam ponad 80 milionów toalet. Arkansas Democrat Gazette
  51. Międzynarodowa Agencja Energii ogłosiła, że w ubiegłym roku 120 milionów osób uzyskało dostęp do energii elektrycznej. Oznacza to, że po raz pierwszy od uruchomienia sieci elektrycznej (1882 r.) bez prądu pozostaje mniej niż miliard ludzi na świecie. (International Energy Agency)
  52. Obecnie na Pacyfiku znajduje się gigantyczna 600-metrowa konstrukcja, która wykorzystuje siły oceaniczne do oczyszczania wody z plastiku, tu można śledzić postępy pracy tego projektu. Mimo wcześniejszych niepowodzeń, zespół stojący za nim jest przekonany, że w ciągu najbliższych siedmiu lat może wyciągnąć połowę śmieci z Pacyfiku. (Ocean Cleanup)
  53. Bangladesz ujawnił, że od 1990 r. wskaźnik umieralności dzieci obniżył się w tym kraju o 78%, co stanowi największy spadek spośród wszystkich regionów na świecie. (Kinder-World)
  54. W 2017 roku światowe media prześcigały się w informowaniu o kryzysie w Kapsztadzie, podając „dzień zero”, w którym zapasy wody całkowicie się tam wyczerpią. O dziwo, w 2018 roku w mediach nastała na ten temat zupełna cisza, nie wspomniano także, że miasto poradziło sobie z tym problemem.  (Apolitical)

  55. Śmiertelność z powodu chorób układu oddechowego w Chinach od 1990 r. spadła o 70%. Stało się tak dzięki rosnącym dochodom, czystszym paliwom używanym w gospodarstwach domowych i lepszej opiece zdrowotnej w tym kraju. (Twitter)
  56. Odsetek  czarnych mężczyzn żyjących w ubóstwie w Stanach Zjednoczonych spadł z 41% w 1960 r. do 18% obecnie, w tym samym czasie ich udział w klasie średniej wzrósł z 38% do 57%. (CNN)
  57. Nowy raport pokazuje, że demokracja jest bardziej rozpowszechniona niż kiedykolwiek wcześniej. Obecnie w sześciu na dziesięć krajów na świecie panuje ustrój demokratyczny – jest to najlepszy wynik od czasów drugiej wojny światowej. (Pew Research)
  58. Według nowego, globalnego badania dotyczącego młodzieży, młodzi ludzie we wszystkich krajach są bardziej optymistycznie nastawieni do życia niż dorośli. Dziewięciu na dziesięciu nastolatków w Kenii, Meksyku, Chinach, Nigerii i Indiach zapewniło o pozytywnym nastawieniu do swojej przyszłości. (Guardian)
  59. Moc wszystkich słonecznych i wiatrowych elektrowni na świecie przekroczyła w tym roku 1 000 GW. 10 lat temu suma mocy czystych elektrowni wynosiła mniej niż 8 GW. (Future Crunch)
  60. Źródła odnawialne odnotowują stały spadek kosztów produkcji energii. W drugiej połowie 2018 r. koszt produkcji energii słonecznej spadł o 14%, a wiatrowej o 6%. W wielu częściach świata tańsze jest teraz budowanie nowych, ekologicznych elektrowni niż utrzymywanie starych, zanieczyszczających środowisko obiektów. (BNEF)
  61. Allianz– największa na świecie pod względem aktywów firma ubezpieczeniowa, poinformowała, że przestanie ubezpieczać elektrownie węglowe i kopalnie węgla. Maersk– największe na świecie przedsiębiorstwo żeglugi morskiej zapowiedziało, że do 2050 zrezygnuje całkowicie z paliw kopalnych.
  62. Firma Repsol  jest pierwszym dużym producentem paliw kopalnych, który zapowiedział, że nie będzie już zwiększał produkcji ze złóż ropy i gazu. (Bloomberg)
  63. Kalifornia ujawniła najbardziej ambitny cel klimatyczny wszechczasów, zobowiązując się do uczynienia piątej, co do wielkości, gospodarki świata jako wolnej od emisji dwutlenku węgla, od 2045 r. (NBC)
  64. Chiny, największy światowy konsument energii, zobowiązały się do zapewnienia do 2030 r. 35% czystej energii. (Engadget)
  65. Chile od 2013 r. zdołało czterokrotnie zwiększyć własne, czyste źródła energii, co spowodowało spadek średnich kosztów energii elektrycznej o 75%. (IPS News)
  66. Stany Zjednoczone ustanowiły w tym roku nowy rekord w zamykaniu elektrowni węglowych – wyłączone zostały 22 obiekty w 14 stanach, o łącznej mocy 15,4 GW. (Clean Technica)
  67. 11 państw europejskich wycofuje się z węgla, albo zapowiada że wycofa się w najbliższych latach: Francja do 2023 r., Włochy i Wielka Brytania do 2025 r., a Dania i Holandia od 2030 r.
  68. Przedstawiciele największych światowych funduszy inwestycyjnych zapowiedzieli, że będą inwestować tylko w firmy, które w swoich strategiach uwzględniają ryzyko klimatyczne. (UNFCCC)
  69. Indie po raz kolejny zwiększyły swoje, i tak już ogromne, cele dotyczące czystej energii, o 28%. Do 2022 r. kraj ten zamierza zwiększyć o 150 GW produkcję energii wiatrowej i słonecznej. (Clean Technica)
  70. Irlandia stała się pierwszym na świecie krajem, który zrezygnował z paliw kopalnych, ustawę poparły wszystkie partie w niższej izbie parlamentu. (Guardian)
  71. Hiszpania zobowiązała się do zamknięcia większości swoich kopalń węgla do końca roku, po tym jak rząd zgodził się na wcześniejsze emerytury dla górników, przekwalifikowanie i rekultywację środowiska. (Guardian)
  72. Jak podaje Journal of Peace Research, liczba zgonów spowodowanych konfliktami między państwami zmniejsza się trzeci rok z rzędu i jest obecnie o 32% niższa niż w 2014 r.
  73. Po dziesięciu latach starań, obszar Herat, najbardziej zaminowana prowincja Afganistanu, została uznana za wolną od ładunków wybuchowych. Aktualnie, prawie 80% kraju jest wolne od min. (Reuters)
  74. Po upadku ISIS, liczba ofiar śmiertelnych wśród ludności cywilnej w Iraku znacząco zmalała. W pierwszych pięciu miesiącach 2018 r. zginęło o 80% mniej Irakijczyków w porównaniu z rokiem ubiegłym. (Anti-War)
  75. Etiopia i Erytrea podpisały traktat pokojowy, oznaczający koniec wojny trwającej 20 lat. Tysiące rodzin mogą znowu być razem. (BBC )
  76. Malezja całkowicie zniosła karę śmierci i wstrzymała wszystkie oczekujące egzekucje,  jest to wielki sukces azjatyckich związków, walczących o prawa człowieka. (SMH)
  77. W 2012 roku Honduras miał najwyższy wskaźnik zabójstw na świecie. Od tamtego czasu, liczba morderstw zmniejszyła się o połowę, jest to największy spadek, spośród wszystkich krajów. (Ozy)
  78. Wskaźnik przestępczości i zabójstw spadł w 30 największych miastach Stanów Zjednoczonych, w 2018 roku był niższy o 7,6% niższy niż w 2017. (Vox)
  79. Liczba zgłoszonych przestępstw w Niemczech spadła o 10%, jest to najniższy poziom od 30 lat. (Washington Post)
  80. Przestępczość wśród młodzieży w australijskim stanie Nowa Południowa Walia w ciągu ostatnich 20 lat znacząco spadła. Kradzież pojazdów zmalała o 59%, kradzież mienia o 59%, a jazda pod wpływem alkoholu o 49%. (ANU)
  81. W ciągu ostatniego pokolenia, liczba aresztowań kalifornijskich obywateli poniżej 20 roku życia spadła o 80 procent, liczba morderstw o 85 procent, zabójstw z użyciem broni palnej o 75 procent, wyroków pozbawienia wolności o 88 procent. Liczba nastoletnich matek zmniejszyła się o 75 procent, a ilość osób przedwcześnie przerywających naukę szkolną zmalała o ponad połowę. Liczba osób, które zapisały się na studia wzrosła o 45 procent. (Sacbee)
  82. Według nowych danych Departamentu Sprawiedliwości, odsetek osób osadzonych w więzieniach w Stanach Zjednoczonych spadł do najniższego poziomu od 20 lat. (Pew Research)
  83. Nowy raport ujawnił, że dzięki zmianie zwyczajów kulinarnych wśród tych, którzy urodzili się po 1980 r., 70% światowej populacji zmniejszyło spożycie mięsa, lub całkowicie je odstawiło. (Forbes)
  84. Niemcy ogłosiły jeden z najbardziej ambitnych programów gospodarki odpadami w historii. Rząd planuje w ciągu najbliższych czterech lat poddać recyklingowi 63% wszystkich odpadów, co oznacza wzrost z obecnego poziomu o 36%. ( DW)
  85. Rząd Malezji ogłosił, że nie zezwoli na dalszą ekspansję plantacji palm olejowych, zamierzając utrzymać pokrycie leśne na poziomie 50%. (Malaymail)
  86. Dania dołączyła do krajów, które ogłosiły zakaz stosowania silników spalinowych. Obecnie istnieje 16 krajów z zakazami, które wejdą w życie przed 2040 r. – w tym Chiny i Indie, dwa największe rynki samochodowe na świecie. (Bloomberg)
  87. W 2018 r. liczba pojazdów elektrycznych na świecie przekroczyła 4 miliony. Na największym na świecie rynku samochodowym, w Chinach, samochody elektryczne osiągnęły 5% sprzedaży. Aktualnie, chiński rynek samochodów spalinowych stoi w miejscu, a cały wzrost jest obecnie pochłaniany przez pojazdy elektryczne. (Bloomberg)
  88. Firma Adidas przewiduje w tym roku sprzedaż 5 milionów par butów, wykonanych z tworzyw sztucznych odzyskanych z oceanów. Producent zobowiązał się, że do 2024 roku będzie wykorzystywał wyłącznie tworzywa pochodzące z recyklingu. (CNN)
  89. Cztery lata temu Chiny ogłosiły, że będą walczyć z zanieczyszczeniami środowiska. Skutki są bardzo pozytywne. Chińskie miasta obniżyły przeciętnie stężenie drobnych cząstek stałych w powietrzu o 32%. (New York Times)
  90. Dzięki zaostrzeniu ograniczeń, Wielka Brytania od 2012 r. odnotowała 12% spadek emisji zanieczyszczeń pochodzących z pojazdów, a także znaczny ogólny spadek zanieczyszczeń powietrza. (BBC)
  91. 250 największych światowych marek, w tym Coca Cola, Kellogs i Nestle, zapewniło, że do 2025 r. 100% ich opakowań z tworzyw sztucznych zostanie ponownie wykorzystane, poddane recyklingowi lub rozkładowi. (BBC)
  92. Parlament Europejski uchwalił całkowity zakaz stosowania tworzyw sztucznych jednorazowego użytku, które według szacunków stanowią ponad 70% odpadów morskich. Zarządzenie wejdzie w życie w 2021 roku. (Good-news.center)
  93. Pod koniec 2018 r., co najmniej 32 kraje na całym świecie wprowadziły zakazy dotyczące toreb foliowych, prawie połowa z nich znajduje się w Afryce. (Quartz)
  94. Chiny ogłosiły, że od czasu wprowadzenia zakazu z 2008 r. zmniejszyły zużycie plastikowych toreb o 66%, co daje około 40 miliardów sztuk. (Earth Day)
  95. Drugi pod względem liczby ludności indyjski stan Maharasztra, w którym mieszka 116 milionów ludzi, 23 czerwca 2018 roku zakazał wszelkiego, jednorazowego użytku tworzyw sztucznych (w tym opakowań). (Indian Express)
  96. Minister środowiska Indii ogłosił również, że do 2022 r. kraj ten wyeliminuje wszystkie tworzywa sztuczne jednorazowego użytku. Od 2019 roku, Indie wprowadziły również obowiązek stosowania odpadów z tworzyw sztucznych w budownictwie drogowym, obecnie w tym kraju znajduje się 100 000 km dróg wykonanych ze „zrecyklingowanych” tworzyw sztucznych.
  97. Cztery lata po wprowadzeniu opłaty 5p w Wielkiej Brytanii, stwierdzono, że zużyto o 9 miliardów mniej plastikowych toreb, a liczba plastikowych odpadów znajdowanych na dnie morskim gwałtownie zmalała. (Independent)
  98. Po wprowadzeniu zakazu przez dwa największe sklepy w Australii, zużycie plastikowych toreb w tym kraju zmniejszyło się o 80% w ciągu trzech miesięcy, co stanowi liczbę 1,5 miliarda sztuk. (NY Post)
  99. Po wprowadzeniu w życie najostrzejszego na świecie zakazu stosowania plastikowych worków, Kenia poinformowała, że jej ulice są dużo czystsze, a środowisko mniej zanieczyszczone. (Guardian)

Reblog: polski Don Kichot

Kochani Czytelnicy, ostatnio nagromadziło się tyle tematów baratarystycznych, że od
1 stycznia 2019 roku wprowadzam materiały dodatkowe poza numeracją poniedziałkową, a przy okazji wszystkie Baratarie (te z numerem i te bez) otrzymają tag Barataria.

Dariusz Sobala
30 grudnia 2018 roku

reblog z Facebooka

W drodze do Polski, tuż za Wiedniem, stoją wiatraki generujące prąd. Jest ich tyle, że nudzi się liczyć.
A u nas wciąż nie wiadomo, czy dają prąd, czy wirują dzięki kopalni Bełchatów. Dlatego lepiej je rozebrać.
Tako rzecze pis.

Ostatnim, który walczył z wiatrakami był Don Kichot z Manczy, nazywany Rycerzem Smętnego Oblicza.
Don Kichot wywodził się z warstwy hidalgów, niegdyś wiele znaczącej w życiu publicznym Hiszpanii, ale w XVI wieku już znacznie podupadłej, zarówno pod względem znaczenia, jak i majątku. Bezczynność i odosobnienie spowodowały, że uległ wpływom literackim
i postanowił wcielić w życie ideał średniowiecznego rycerza. Wyobraźnia sprawia, że rzeczy codzienne i zwykłe przybierają dla niego fantastyczne formy – np. karczma staje się zamkiem, a wiatrak wydaje mu się olbrzymem. Jest przede wszystkim naturą czynną – szuka nieustannie okazji do działania, nie poświęca czasu na zrozumienie sytuacji.

Jest również megalomanem – chełpi się swoją wielkością i znaczeniem swoich czynów, nieustannie poszukuje sposobności, aby dowieść swojej odwagi i siły. Potrafi jednak okazywać wdzięczność tym, którzy mu pomogli, oburzać się na bezprawie i krzywdę, jest zdolny do hojności i bezinteresowności, bywa cierpliwy i serdeczny. Potrafi myśleć logicznie i udzielać praktycznych rad, jest inteligentny. W sposób prosty i zrozumiały wyjaśnia Sanchowi wiele problemów nurtujących ówczesną Hiszpanię. Bohater zmienia się w toku akcji – coraz mocniej przejmuje się niepowodzeniami i popada w coraz większy smutek, który ustępuje dopiero przed śmiercią.

A teraz przeanalizujcie jeszcze raz opis Don Kichota i podstawcie pod tę postać Kaczyńskiego, zmieńcie Hiszpanię na Polskę i szybko zasuwajcie na grób Cervantesa, by go uczciwie skląć, bo kacza dupa wraz z pisem to jego pomysł.


Komentarz Adminki:


Farma wiatrowa w miejscowości Tymień k. Koszalina (DAMIAN KRAMSKI) – http://www.tokfm.pl z 28.11.2018

Data pod podpisem jest ważna. Tego dnia radio TOKFM podało, że podobno jednak Polska oszczędzi wiatraki.

W piątek zaprezentowano rządową strategię energetyczną na najbliższe kilkanaście lat. Według niej Ministerstwo Energii w projekcie zapowiedziało rezygnację z rozbudowy wiatraków na lądzie – ma je zastąpić fotowoltaika, a od 2026 r. – offshore, czyli wiatraki morskie. Rezygnację z onshore minister Krzysztof Tchórzewski tłumaczył sprzeciwami społecznymi i realizacją wyborczych obietnic PiS.

Tymczasem w środę wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski tłumaczył, że stanowisko resortu zostało źle zinterpretowane,
a o losie wiatraków zdecyduje w przyszłości rynek.

Ale oczywiście te enuncjacje, które i tak są podobno bez sensu i były obliczone tylko na uspokojenie górników, niczego nie zmieniają w analizie postawy PiS i Prezesa.


W Niemczech też toczy się współczesna walka z wiatrakami i ją też, siłą rzeczy, przyrównano do walki don Kichota. Z perspektywy niemieckiej społeczna słuszność jest ewidentnie po stronie przeciwników wiatraków: TU.

Ist sie, oder ist sie nicht? (reblog)

Christof Kuhbandner
14. Dezember 2018

Intelligenz ist nicht angeboren


Forscher behaupten immer wieder das Gegenteil. Richtig aber ist: Die Gene haben kaum einen Effekt – es kommt auf die Förderung an.

Manchmal ergibt ein einziges Wort einen großen Unterschied. Carol Dweck, eine der weltweit führenden Forscherinnen auf dem Gebiet der Lernmotivation, erzählt dazu in Vorträgen gerne von einer Schule in Chicago, auf der Schüler nach einer schlechten Leistung anstatt der Note “nicht bestanden” die Note “noch nicht bestanden” bekommen. Ein minimaler Unterschied, mit großer Wirkung. Das “noch” transportiert nämlich etwas, das sich in zahlreichen Studien mit Hunderttausenden Schülern als einer der zentralen Motoren für Lernen und Leistung erwiesen hat: die Überzeugung, dass jeder prinzipiell zu guten Leistungen fähig ist, weil Intelligenz nichts Angeborenes oder Festes ist, sondern vielmehr erst durch bestimmte Lernerfahrungen entsteht. Und diese kann man durch bessere Lernstrategien, mehr Anstrengung oder besseren Unterricht erreichen.

Schlägt man aktuell eine Zeitung auf, findet man immer wieder Beiträge von Wissenschaftlern, in denen die gegenteilige Überzeugung verbreitet wird – dass Intelligenz hochgradig vererbt sei. Aus diesem angeblichen Einfluss der Gene werden bildungsbezogene Schlüsse gezogen: “Das Verständnis, dass die DNA den wichtigsten Einfluss auf den Bildungserfolg hat, kann Eltern helfen, die Schwierigkeiten ihres Kindes zu akzeptieren”, schrieb der Genforscher Robert Plomin Anfang Oktober in der Zeit. 2015 behauptete er dort sogar: “zehn Prozent sind das, was Lehrer aus einem Kind herausholen können”. Und die Intelligenzforscherin Elsbeth Stern schrieb unlängst in der Zeitschrift Forschung und Lehre: “Ich halte sehr viele Vorträge vor Lehrern und Lehrerinnen, und die akzeptieren inzwischen, dass angeborene Intelligenzunterschiede existieren”.

Solche Sätze haben eine fatale Wirkung auf Schüler, Eltern und Lehrkräfte. Demnach wären schlechte Leistungen naturgegeben und müssten hingenommen werden. Anstatt zu versuchen, etwas zu lernen, sollten die betroffenen Kinder dann besser lernen, mit ihrer Dummheit gut zu leben.

In den entsprechenden Beiträgen wird auf umfangreiche Studien verwiesen, die scheinbar zeigen, dass die Intelligenz zu mindestens 50 Prozent und im Erwachsenenalter sogar bis zu 70 Prozent oder mehr vererbt sei. Ein genauerer Blick hinter diese Studien eröffnet allerdings eine Welt, in der nichts so ist, wie es zunächst erscheint, und in der sich offenbar selbst Fachexperten verirren. Der Begriff der “Erblichkeit” ist in dieser Welt sehr eigentümlich definiert, ohne dass dies bei der Interpretation der Ergebnisse beachtet und in der Kommunikation nach außen kenntlich gemacht wird. Um es vorwegzunehmen: Der Blick hinter diese Studien zeigt genau das Gegenteil – dass Gene in Wirklichkeit bei der Intelligenz kaum eine Rolle spielen.

Diese sogenannten populationsgenetischen Studien halten diverse Überraschungen bereit. Die wohl größte ist: Die Studien untersuchen gar nicht, ob bestimmte Gene die Intelligenz verringern oder erhöhen. Das wird erst in jüngerer Zeit erforscht – mit ganz anderen Ergebnissen, wie wir noch sehen werden. Stattdessen ermitteln die Studien, wie stark in einer Gruppe die IQ-Werte von Individuen um den Mittelwert der Gruppe streuen – egal, wo dieser Mittelwert liegt. Die Annahme ist, dass die Streuung durch genetische Unterschiede und unterschiedliche Umwelteinflüsse erzeugt wird. Je unterschiedlicher die Gene und die jeweilige Umwelt sind, umso breiter die Streuung.

Ein logischer Fehlschluss

Durch den Vergleich bestimmter Personengruppen versucht man dann, darauf zu schließen, welchen Anteil die Gene an der Streuung haben. Etwa bei gemeinsam aufgewachsenen Zwillingen: Streuen die IQ-Werte der Eineiigen weniger als die der Zweieiigen, schließt man, das beruhe auf den Genen, weil die Umwelt pro Zwillingspaar ja gleich war. Fällt die Streuung zum Beispiel um 25 Prozent geringer aus, wird daraus errechnet, dass 50 Prozent der Streuung genetisch bedingt sind. (Da sich zweieiige Zwillinge die Hälfte ihres Genmaterials teilen, wird zur Abschätzung der Geneffekte der Wert verdoppelt.)

Worauf also fußt eine solche angebliche “Erblichkeit” von 50 Prozent? Sie stützt sich auf nichts weiter als auf die Streuung von Intelligenzwerten in Gruppen. Schlussfolgerungen über den Einfluss von Genen auf die Intelligenz von Individuen, beispielsweise von Schülern, oder auf die durchschnittliche Intelligenz einer Gruppe, lassen sich daraus grundsätzlich nicht ziehen. Eben das ist aber der Aspekt, der Eltern, Lehrer oder Bildungsforscher interessiert. Daher ist die Aussage, “zehn Prozent sind das, was Lehrer aus einem Kind herausholen können”, auch so gefährlich. Sie ist ein klassischer logischer Fehlschluss.

Die Menschen werden immer intelligenter

Wie viel man tatsächlich trotz der angeblich so hohen “Erblichkeit” aus Kindern “herausholen” kann, zeigt sehr eindrücklich der Flynn-Effekt. Er beschreibt das Phänomen, dass die Menschen immer intelligenter werden. Laut einer Überblicksstudie hat der durchschnittliche IQ von 1909 bis 2013 um etwas mehr als 29 Punkte zugenommen. Verglichen mit einer Person, die 1909 gelebt hat, sind wir heute im Schnitt hochbegabt. Dazu sei gesagt: Substantielle Veränderungen im menschlichen Genpool sind in so kurzer Zeit unmöglich. Der wundersame Anstieg des Denkvermögens beruht fast ganz auf Umwelteffekten wie besserer Bildung oder Ernährung.

Betrachtet man nun, welche Komponenten der Intelligenz überhaupt von Genen beeinflusst werden können, stellt sich heraus: Eigentlich sollte der Effekt der Gene relativ klein sein. Hilfreich ist der Vergleich mit einem Computer. Die Problemlösefähigkeit eines Computers hängt vom Potenzial seiner Hardware und von der Qualität der darauf installierten Software ab. Übertragen auf den Menschen heißt das: Seine Intelligenz besteht aus zwei Komponenten. Erstens der Hardware der biologisch vermittelten Fähigkeiten des Gehirns, etwa der neuronalen Speicherkapazität. Und zweitens der Software der im Laufe des Lebens erworbenen Wissensinhalte und Verhaltensstrategien. Wie beim Computer stammt die für intelligenzbezogene Tätigkeiten – Denken und Problemlösen – benötigte Software aus der Umwelt. Und da die beste Hardware ohne gute Software nichts leisten kann, hängt der Einfluss der Gene prinzipiell davon ab, dass die Umwelt eine gute Software bereitstellt.

Nun könnte man einwenden, dass genetische Effekte auf der Hardware-Ebene des Gehirns dem Erwerb qualitativ hochwertiger Software Grenzen setzen. Ein Blick in die Gehirnentwicklung zeigt aber, dass das unwahrscheinlich ist. Anders als oft vermutet wird, nimmt das Gehirnpotenzial eines Kindes nicht zu, sondern ab, während es wächst und klüger wird. Ein evolutionärer Trick: Kinder produzieren zunächst genetisch bedingt neuronale Verknüpfungen in großem Überschuss, damit sie flexibel auf die Umwelt reagieren können. Und während sie sich dann an ihre jeweilige Umwelt anpassen, wird der neuronale Überschuss erfahrungsbedingt abgebaut. Am Anfang der Intelligenzentwicklung steht also paradoxerweise ein relativ großes Gehirnpotenzial, das mit zunehmender Intelligenz abnimmt. Damit können Gene die Intelligenzentwicklung nur bedingt beeinflussen.

Studien, die den Einfluss bestimmter Gene auf die Intelligenz tatsächlich messen, bestätigen das. Es gibt Untersuchungen mit mehreren hunderttausend Personen, in denen zahlreiche Gene identifiziert wurden, die einen Einfluss auf die Intelligenz haben könnten. Allerdings ist der Effekt der einzelnen Gene verschwindend gering. Selbst wenn man alle Geneffekte kombiniert, kann die aktuelle Forschung Unterschiede in der Intelligenz nur zu vier Prozent erklären. Das Problem: Populäre Populationsgenetiker wollen den geringen Anteil der Gene an der Intelligenz nicht anerkennen. Stattdessen stellen sie mit statistisch fragwürdigen Extrapolationstechniken Vermutungen an. Etwa die, dass mit noch viel größeren Studien – eine Million Probanden oder mehr – weitaus mehr Gene identifiziert werden könnten. Irgendwann werde man sich dann der hohen populationsgenetischen “Erblichkeit” annähern. Aber auch diese Hoffnung ist ein Fehlschluss. Denn die möglicherweise zusätzlich identifizierbaren Geneffekte würden zunehmend immer kleiner ausfallen, so dass substanziell höhere genetische Anteile nicht zu erwarten sind.

Kommen wir zurück zu dem kleinen “noch”. Kindern zu sagen, sie hätten “noch nicht bestanden”, ist nicht nur aus pädagogischer, sondern auch aus biologischer Sicht angebracht. Weil die Intelligenz viel weniger mit den Genen zu tun hat, als einige Wissenschaftler behaupten. Sie verbreiten ihre Thesen, ohne wirklich überzeugende empirische Belege dafür zu haben. Das ist ethisch fragwürdig. Solche falschen Glaubenssätze können bei Kindern, die sich in der Schule schwertun, einen Teufelskreis auslösen. Das Kind selbst, seine Eltern, die Lehrer, alle haben dann weniger Vertrauen in das Potenzial, weil sie glauben das Kind sei “genetisch weniger intelligent”. Das demotiviert das Kind und verleitet Erwachsene, es weniger zu fördern, weil “es ja eh nichts bringt”. Klar, dass dann die Leistung sinkt – was wiederum zu bestätigen scheint, das sei vorherbestimmt. Und das Schlimmste: Bei dieser sich selbst erfüllenden Prophezeiung wird tatsächlich eine geringere Intelligenz entwickelt. Mit den Genen hat das aber nichts zu tun. Umso mehr mit der Umwelt, die auf diese Weise verhindert, dass Kinder ihr wahres Potenzial entfalten können.

Wer Kinder beim Lernen, beim Welterforschen begleitet, muss aber noch etwas anderes wissen. Die Tatsache, dass jedes Kind potenziell eine hohe Intelligenz entwickeln kann, heißt nicht, dass der Weg dorthin einfach ist. Vielmehr ist es ein Weg, auf dem es Motivationstiefs gibt, vor denen man nicht weglaufen kann. Ein Schüler, der diesen Weg noch nicht gegangen ist, wird also nicht, wenn er anfängt, an sich zu glauben, urplötzlich nur noch Fortschritte machen. Und die Erkenntnis vom geringen Einfluss der Gene auf die Intelligenz bedeutet auch nicht, dass Schüler ständig angetrieben werden sollten, in allen Fächern Höchstleistungen zu vollbringen. Wer das tut, verkennt den wichtigen Unterschied zwischen Intelligenz und Expertise. Die Intelligenz ist eine grundlegende mentale Ressource. Bei der Expertise stellt sich die Frage, wo man schwerpunktmäßig diese Ressource investiert. Auf dieser Suche sollten Schüler begleitet werden, damit sie ihre wahren Interessen finden und ihr Intelligenzpotenzial dort auch entfalten können. Und wenn dann in Bereichen, die ihnen weniger interessant erscheinen, ihre Expertise kleiner ist, muss man das akzeptieren.

Christof Kuhbandner, 44, ist Professor der Psychologie und Inhaber des Lehrstuhls für Pädagogische Psychologie an der Universität Regensburg.

Reblog. Kapitalizm się chwieje

Kolejny tekst z cyklu Rozmowy Grzegorza Sroczyńskiego w Gazecie wyborczej podsunięty mi do czytania (i skomentowania) przez Michała Talmę-Sutta. Poprzednio Michał podrzucił mi artykuł o Chińczykach. Podobno z tego “podrzucania” wyniknie zaniedługo cykl rozmów naszych, Michała i moich, o współczesnej kondycji świata. Na razie jednak mamy salon tekstów odrzuconych, przerzuconych, zarzuconych
i podrzuconych…

Tekst opublikowany został TU.

“Kolejny kryzys może być tak głęboki, że zatopi wszystkie łodzie”

Zapowiedzią artykułu jest zdanie: Na świecie zyski rosną, pensje spadają. Dzisiejszy kapitalizm to maszynka, która produkuje kolejny wielki kryzys – z ekonomistką dr Hanną Szymborską rozmawia Grzegorz Sroczyński. Ciekawe tylko, że dostajemy ten tekst do czytania w jego pełnej kapitalistycznej krasie, w zalewie reklam i to takich, które provider wybrał specjalnie dla mnie, analizując moje kliknięcia, lajki i zakupy. (Zupełnie nieźle trafiony wybór sukienek i płaszczy. Chociaż tej kurtki z kapturem w życiu bym nie kupiła.)

Nie wiem, jakie są wnioski ekonomistki, bo wystarczy mi, że wiem, co ja sama o tym myślę. Wywołuję Michała Talmę-Sutta do tablicy i pytam, czy naprawdę trzeba nam sprzedawać jak objawienie coś, co każdy myślący człowiek i tak wie?

Nie patyczkując się zbytnio z tym, kto ułożył jaką teorię, wygłoszę tu kilka moich własnych uwag na temat demokracji, gospodarki, nauki o państwie i społeczeństwie.

Po pierwsze i najważniejsze! Państwo oddało się w ręce kapitału i dlatego było kilka lat temu możliwe, że jacyś trzej nieznani nam faceci z jakiejś nieznanej nam firmy ratingowej mogli ocenić, że Francja przestała być wypłacalna, a zatem skończyła się jako państwo. Moment, w którym to zostało ogłoszone i wszyscy to “łyknęli”, uważam osobiście za koniec demokracji takiej, jaką przez trzy ostatnie stulecia wypracowała Europa.

Umówiliśmy się po rewolucji francuskiej, że dobrowolnie staniemy się częścią państwa demokratycznego, ono zapewni nam nasze podstawowe potrzeby – praca, zarobki, zyski, wykształcenie, opieka zdrowotna, kultura, nauka – a raz na kilka lat normująca ręka demokracji w okresie wyborów umożliwi nam dokonanie w imieniu społeczeństwa korekt (na lepsze!) dotychczasowych zasad działania.

Uznaliśmy też, że najważniejszą grupą społeczną w państwie demokratycznym jest wykształcona klasa średnia, która zapewniała państwu spełnianie wszystkich jego zadań.

Państwo jednak przestało dbać o klasę średnią i oddało się w ręce koncernów. Te jednak nie były już zainteresowane ani produkcją, ani inwestycjami, bo produkcja daje zyski ryzykowne i odległe w czasie, inwestycja w produkcję zamraża gotówkę, podczas gdy inwestycja w grę finansową może przynieść zysk wysoki i natychmiastowy.

Od lat 80, od czasu gdy państwo przestało ingerować w gospodarkę, zniszczone, a przynajmniej osłabione zostały dwa najważniejsze mechanizmy kapitalizmu rynkowego: państwo przestało kontrolować sprawiedliwy podział nadwyżki zysków między płace pracowników a akumulację kapitału. A gospodarka przestała być zainteresowana produkcją i sprzedażą. Zniknął, bo całkowicie stracił znaczenie, idol gospodarki, czyli zadowolony klient.

Wszyscy to widzieliśmy, bo procesy te rozegrały się na naszych oczach i określiły jakość naszego życia. Nasza praca straciła sens, można było za nią coraz mniej płacić, zarabiamy coraz mniej i nikogo to już nie obchodzi. Nowi przywódcy, którzy wykorzystują niezadowolenie biedoty, nie próbują przywrócić równowagi między pracą a jakością życia, a zdobywają wyborców tylko i wyłącznie obiecując i dając pieniądze.

Przy okazji straciła znaczenia inna reguła dawnego modelu społeczno-gospodarczego: ten kto się kształci, dalej zajdzie. To już dawno nie jest prawdą. Dalej zajdzie ten, kto jest cwany i bezwzględny.

Pomińmy już całkowitym milczeniem kolejne anachroniczne reguły: że zadowolony niewolnik lepiej pracuje oraz że właściciel kapitału ma obowiązki wobec państwa (ojczyzny!), społeczeństwa, kultury i nauki. Wszystko zastąpiły proste zasady kapitalizmu: 1/ można zrobić najgorsze świństwo, bo jeśli ja tego nie zrobię, to zrobi to ktoś inny;
2/ jeśli coś przynosi zyski nie tylko można, ale trzeba to zrobić;
3/ pieniądz nie ma ojczyzny

W społeczeństwach i państwach pojawiła się nowa reguła, dawniej całkowicie nieznana. Nieprawdą jest już, że państwo jest zainteresowane utrzymaniem jakości tego, co już zostało osiągnięte i będzie tego bronić w interesie swoich obywateli. Ważne jest, żeby obywatele nie przeszkadzali. Dla nowego typu państwa korzystna jest konsumpcyjna nadprodukcja i zalew taniochy, bo po pierwsze utrzymuje to społeczeństwo w stanie względnego zadowolenia (o to zapewnia wygraną w następnej kadencji), a po drugie sprawia, że biedy i braku szans nie widać na ulicy.

A co robić?

Nie wiem i postanawiam jednak zajrzeć do cytowanego tu artykułu, żeby sprawdzić czy autorka i jej rozmówca mają w tej kwestii jakąś teorię. (Trochę tu skracam, ale odtąd to nie jest mój tekst, tylko pani Szymborskiej):

Politycy muszą przypomnieć sobie, jak skutecznym inwestorem jest państwo. Państwo musi stać się znowu odpowiedzialne za innowacyjność, a zatem inwestować w badania. Państwo musi zapewnić istnienie inwestycji długoterminowych, bo te preferowane przez dzisiejszy rynek finansowy czyli inwestycje krótkoterminowe, nie zapewniają stablinych miejsc pracy i  wzrostu, który daje dobrobyt wszystkim. Ale najważniejsze jest, by w obliczu nowego kryzysu państwa umiały ze sobą współpracować. Trzeba zmienić przedmiot debaty publicznej z uchodźców, protekcjonizmu i wojen tożsamościowych na rzeczy, które są bliższe życia: niskie płace, kiepska jakość pracy, nierówności dochodowe.

Oto trzy rzeczy, które są w zasięgu możliwości obecnych rządów: regulacja sektora bankowego, uruchomienie strategicznych inwestycji państw i reforma systemu podatkowego. To jest osiągalne. Kryzysy w kapitalizmie były i będą. Państwa powinny zadbać, żeby klasa średnia zdołała przetrwać nadchodzące burze.

Reblog: Vermeer van Delft

Kilka dni temu Danusia Starzyńska-Rosiecka z Warszawy przysłała mi takiego oto linka:

Vermeer 

Patrzę, patrzę i napatrzyć się nie mogę. Danusia wie, że ja też, tak jak ona, kocham Vermeera (przepraszam za patos, tak wyszło). Przez lata jeździłam po całym świecie, żeby oglądać jego obrazy w oryginale. Zobaczyłam niemal wszystkie. Aż pewnego dnia okazało się, że w Hadze pokażą naprawdę wszystkie dzieła delftyjczyka, również te niedostępne na co dzień – ze zbiorów królowej angielskiej. Pojechałam, zobaczyłam. Przed widokiem Delft (patrz niżej), tym samym, o którym pisał Proust, postałam godzinę, aż mnie wypchnął “ze stania” jakiś rosły Holender. Dobrze było obejrzeć wszystkie dzieła na raz, ale pomyślałam sobie, że dobrze też było żyć w czasach (i mieć pieniądze), żeby sobie tak jeździć od muzeum do muzeum na dwóch kontynentach.

A wszystko pewnie dlatego że Mama, czyli Irena Kuran-Bogucka, uważała go za mistrza niedoścignionego. Przez całe dzieciństwo oglądałam reprodukcje obrazów Vermeera i słyszałam głos Mamy, że żadna reprodukcja niczego nie odda, bo artysta malował genialnie, a na reprodukcji jego obrazy i dzieła pożal się Boże jakiegoś pacykarza wydają się równej klasy.
Czasy się zmieniły – to, co widzimy w podanym przez Danusię linku, pozwala nam obejrzeć te dzieła lepiej i dokładniej, smakując każdy detal.

Oglądam obrazy na ekranie. Podobają mi się, ale nie wiem, może się mylę, nie zaspokajają miłości. Albo może jej nie budzą. Przypomina mi się wpis Danusi na (słynnym?) naszym wspólnym blogu, zwanym w skrócie “Kura” (Jak udusić kurę, czyli co każda panna po trzydziestce powinna wiedzieć, a dziwnym trafem nie wie).  Już wiem, że koniecznie muszę go zreblogować. Wpisy Danusi “na Kurze” były zielone. Większość naszych wpisów zawierała przepis kulinarny i zagadkę – zostawiam wszystko tak, jak było.

Danuta Starzyńska-Rosiecka

Cztery obrazy

Ostatnio mam mnóstwo pracy. Wracam do domu bardzo zmęczona. Mało piszę dla przyjemności. W ogóle mało robię rzeczy dla czystej przyjemności robienia ich. Niedawno kupiłam piękną grafitową włóczkę na piękny ciepły męski szal, ale nie mam czasu nawet wyjąć jej z torby. Stąd mój dzisiejszy tekst będzie się składał w zasadzie z prawie samych fragmentów tekstów napisanych przez innych, ale za to z jakich tekstów…

Zacznijmy od jednego z najsłynniejszych fragmentów „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta:

Umarł w następujących okolicznościach. Dość lekki atak uremii sprawił, że zalecono mu spokój. Ale ponieważ jakiś krytyk napisał, iż w ‘Widoku Delft’ Ver Meera (wypożyczonym przez muzeum haskie na wystawę Holendrów) – obrazie, który Bergotte uwielbiał sądząc, że go zna bardzo dobrze – kawałek żółtej ściany, której Bergotte sobie nie przypominał, wymalowany jest tak wspaniale, że kiedy się patrzy wyłącznie na ten fragment, wydaje się niby szacowne dzieło sztuki chińskiej, samowystarczalne w swej piękności, Bergotte zjadł parę kartofli, wyszedł z domu i udał się na wystawę. Przechodząc koło kilku obrazów odniósł wrażenie oschłości i zbyteczności sztuki tak sztucznej, mniej wartej od przewiewu i słońca w jakimś pałacu w Wenecji lub w zwykłym domku nad morzem.

(…) W końcu znalazł się przed obrazem Ver Meera, który pozostał mu w pamięci bardziej olśniewający, bardziej różny od wszystkiego, co znał, ale w którym, dzięki artykułowi krytyka, pierwszy raz zauważył drobne postacie ludzkie namalowane niebiesko i to, że piasek był różowy, i wreszcie szacowną materię kawałka żółtej ściany. Zawrót był coraz silniejszy; Bergotte wlepił wzrok w bezcenną ścianę, jak dziecko wpatrujące się w żółtego motyla, którego pragnie pochwycić. ‘Tak powinienem był pisać – powiedział sobie. Moje ostatnie książki są za suche; trzeba je pociągnąć kilka razy farbą, uczynić każde zdanie cennym samo w sobie, jak ten fragment żółtej ściany’. Równocześnie nie tracił poczucia swego groźnego stanu. Na niebiańskiej wadze jawiło się jego własne życie obciążające jedną z szal, gdy druga zawierała kawałek ściany tak pięknie namalowanej żółto. Bergotte czuł, że niebacznie oddał pierwsze za drugie. ‘Nie mam przecież ochoty – powiadał sobie – figurować na tej wystawie w wieczornej rubryce wypadków’.

Powtarzał sobie: ‘Kawałek żółtej ściany z daszkiem, kawałek żółtej ściany’. Zwalił się na okrągłą kanapę; równie szybko przestał myśleć, że życie jego jest w grze, i odzyskując optymizm powiedział sobie: ‘Zwykła niestrawność, nie dogotowane kartofle, to nic.’ Nowy cios powalił go: Bergotte stoczył się na ziemię, zbiegła się publiczność wraz z woźnymi. Był martwy.

Vermeer van Delft Widok Delft

Vermer van Delft, Widok Delft, Muzeum Królewskie Mauritius Haus w Hadze

„Im dłużej ogląda się ‘Widok Delft’, tym bardziej obraz staje się skomplikowany, tym lepiej widać, jak ściśle obmyślany jest jego rysunek, z tym większą precyzją łączą się w nim elementy składowe” – tak zaś pisał Gustaw Herling-Grudziński.

A teraz spotkanie z innym obrazem. Oto poeta, eseista i prozaik Adam Zagajewski, wspominający jak podczas pobytu w Nowym Jorku nie mogąc sobie poradzić „z nadmiarem tego miasta”, znalazł ukojenie w muzeum:

Trafiłem wtedy do muzeum, Frick Collection, i tam, przed obrazem Vermeera, ‘Lekcja muzyki’, poczułem, jak rzeczywistość, nagle, w jednym momencie, zatrzymała się, zastygła w harmonijnym bezruchu. Przede mną dziewczynka bierze lekcję muzyki, spowita w niebieskie światło, miękkie światło, jak we wnętrzu niebieskiego oceanu. Nagle zapanował spokój, we mnie i w Nowym Jorku. Byłem szczęśliwy, tak jakbym miał wprowadzić się do Vermeerowskiego obrazu i zamieszkać w nim na zawsze, i nie odczuwać już nigdy ani lęku, ani ciężaru pytań bez odpowiedzi, nie przeżywać sztormu sprzeczności i niepewności. Pejzaż otwierał się przede mną, gładka ścieżka pośród oswojonych, ciepłych sprzętów. Miałem przed sobą inny świat: meble leżały na kamiennej posadzce spokojnie i ufnie jak kot, obdarzone były słodką, dobroduszną inteligencją. Nawet światło rozumiało. To nie było zwykłe, zewnętrzne światło, które zatrzymuje się na granicy przedmiotów, odbija się od nich i wraca, zgodnie z prawami fizyki, nie to światło zdawało się płynąć zewsząd, nie dzieląc, nie izolując rzeczy, przeciwnie, było braterskie i rozumne. Jak bardzo chciałbym zostać w tym obrazie. Zatrzymać się w kształcie.

Vermeer van Delft, Przerwana lekcja muzyki, Frick Collection, Nowy Jork

I znów inny obraz i inny tekst. Tym razem poeta i krytyk literacki Jarosław Klejnocki:

Ach jakże zazdroszczą twoje przyjaciółki
sam pan Vermeer maluje cię w jasnej pracowni
pełnej dziwnych sprzętów więc znosisz niewygody:
tyle godzin w tej samej pozie pod ogromną mapą
siedemnastu prowincji w milczeniu z fanfarą ciężką
książką i uwierającym wieńcem na skroni. Żałujesz
tylko ze nie pozwolą ci zatrzymać tej pięknej
szaty z błękitu ale nie martw się jest już
twoja do końca świata.

I już miliony oczu będą patrzeć na ciebie
w zachwycie obojętnie z roztargnieniem w
zniecierpliwieniu z tęsknotą miłości. Jeszcze
o tym nie wiesz lecz przecież przeczuwasz
przymknąwszy nieśmiało oczy zdziwiona dziewczynko.

Cóż za spokój cóż za niewinność choć tyle
nadejdzie słyszę huczące maszyny łoskot
wybuchów widzę otwarte od krzyku usta eksplodują
wzgórza kosmos oddala się coraz bardziej rozpadają
się kraje płonie mapa ginie gdzieś pamięć czernieją
płótna.

A ciebie nie dotyka zimno jesteś wolna więc jaka
zazdrość jakie zachwycenie. Vermeer maluje; chrzęści
piasek w trybach zegarów.

Vermeer van Delft Alegoria malarstwa

Vermeer van Delft, Alegoria malarstwa, Kunsthistorisches Museum, Wiedeń, Austria

Wiersz Klejnockiego prowadzi nas dalej do jeszcze innego tekstu:

– Co robisz? – spytał.
Zdziwiło mnie to pytanie, ale wiedziałem, że lepiej tego nie okazywać
– Kroję warzywa, panie. Na zupę.
Zawsze układam warzywa w kole tak, że każde ma w nim odpowiednie miejsce, niczym kawałki tortu. Tym razem było ich pięć: czerwona kapusta, cebula, pory, marchewka i rzepa, przy czym okrągły środek wypełniała marchewka. Żeby ją tak uformować, użyłam tępej części ostrza.
Mężczyzna postukał palcem w stół.
– Czy w tej kolejności wkładasz je do zupy? – zapytał, oglądając koło.- Nie, panie… – zawahałam się. Nie potrafiłam wyjaśnić, skąd taki układ warzyw. Po prostu czułam, że tak właśnie powinny leżeć, ale bałam się to powiedzieć.- Widzę, że oddzieliłaś odcienie bieli – rzekł, wskazując kawałki rzepy i cebuli. – A dlaczego pomarańczowy i fioletowy nie są obok siebie?
Wziął do ręki kawałek kapusty i marchewki i potrząsnął nimi, jakby to były kości do gry.
Zerknęłam na matkę, która skinęła lekko głową.
– Bo te kolory się kłócą, kiedy są obok siebie, panie.
Uniósł brwi, jakby nie spodziewał się takiej odpowiedzi.

***

Ja z pokrojonych warzyw proponuję wam dziś jednak nie zupę, tylko sałatkę jarzynową. I tak: piękne obrazy, piękna proza, piękna poezja… a na koniec prostota kuchenna w najczystszej postaci, wręcz prostacka; choć bardzo przyziemna, to bardzo smaczna.

Potrzebne są:

– 3 średnie ugotowane ziemniaki,
– 2 średnie ugotowane marchewki,
– szklanka ugotowanego zielonego groszku lub zawartość jednej puszki groszku (odcedzona),
– szklanka ugotowanej fasoli lub zawartość jednej puszki (jw.),
– 2 jajka ugotowane na twardo,
– 2 ogórki kiszone,
– 1 duża cebula cukrowa (cukrowa, bo nie jest ostra),
– 1 jabłko,
– sól,
– pieprz,
– majonez,
– musztarda (ja używam sarepskiej)

Ugotowane warzywa kroimy (jedni lubią drobniutkie kawałki, ja wolę większe). Dodajemy posiekane jajka, ogórki, cebulę i jabłko oraz groszek i fasolę. Mieszamy, przyprawiamy. Dodajemy majonez i odrobinę musztardy.


Dzisiejsza zagadka odnosi się do ostatniego z cytowanych przez mnie tekstów. To początek powieści-opowieści o powstaniu pewnego obrazu, czyli czwartego obrazu. Powieść ta została pięknie sfilmowana. Co to za powieść? Kto jest jej autorem? O jaki obraz chodzi? Jak nazywają się dziewczyna i pan? Kto zagrał ich w filmie?

Odpowiedzi w nadzwyczajnym tempie udzieliła dziewczyna z perłą, to znaczy – zona_oburzona, a chodzi o obraz, książkę i film “Dziewczyna z perłą” – kto namalował – jasne. Autorka powieści – Tracy Chevalier. Reżyser filmu Peter Webber. W rolach głównych Colin Firth jako Jan Vermeer i Scarlett Johansson jako Griet.

W nagrodę rondelek, a dla nas wszystkich jeszcze “Dziewczyna z perłą”:

Reblog: St. Karol Kubicki und die FU

Annika Leister

Stanislaw Karol Kubicki prägte Berlin in der Nachkriegszeit wie kaum ein anderer: Der Mediziner gründete mit Kommiltonen vor 70 Jahren die Freie Universität und später die Berlinische Galerie. “Das bot sich einfach an.”

Annika Leister von der Berliner Zeitung schreibt über Professor Kubicki und wünscht sich im hohen Alter Kubickis Gelassenheit.

Der Text ist sehr gut, informativ und doch voller Gelassenheit, ernsthaft aber doch humorvoll. Die Frau hat den Nerv getroffen.
Und aber nun… Jaaaa…

Der Name Kubicki ist hier immer wieder präsent, das letzte Mal vor zwei Monaten listete ich hier alle Beiträge auf, die auf diesem Blog über den Maler und Dichter Stanisław Kubicki (1889-1942), seine Ehefrau, Malerin und Lehrerin Margarete Kubicka, geb. Schuster (1891–1984) und auch über und von deren Sohn, jetzt schon emeritierten Professor der Neurophysiologie, St. Karol Kubicki (Pseud. Peter Mantis) veröffentlicht wurden.

Sehen Sie selber.

Es tat wirklich weh, dass Frau Leister in ihren schönen Artikel, die Eltern des Professors kaum erwähnt, und es doch schafft, über beide etwas falsch zu schreiben. Der Stanisław Kubicki, der Vater des Professors, stammte aus einer polnischen adligen Familie und war ein Maler und nicht ein Musiker! Und Margarete Kubicka, war vor allem eine Künstlerin und erst dann eine Lehrerin, auch wer eine sehr begnadete. Die Bilder der beiden Künstlern sind unter anderen in der Berlinischen Galerie zu sehen, über die Frau Leister so viel schreibt.

Schade! Es hätte gereicht, bei Wikipedia zu schauen.

Nun aber der Text selber…

Kämpfer für die Freiheit

Stanislaw Karol Kubicki sitzt versunken in einem Ledersessel in seinem Wohnzimmer, eine dicke Strickjacke um seine Schultern. Um ihn herum finden sich, dicht an dicht, Zeugnisse seines beeindruckenden Lebens. An jeder Wand Regale, die vielen Hundert Bücher darin sind abgegriffen, die Einbände sind abgewetzt und haben Knicke. Sie handeln von der Nazi-Zeit oder von archäologischen Ausgrabungen in Mexiko, von seltenen Vögeln und expressionistischer Malerei. Einige davon hat Kubicki selbst geschrieben. Immer wieder gibt es Leerstellen im Regal. Kubicki stellt sein Wissen nicht aus. Er nutzt seine Bibliothek täglich. Internet, ein Handy oder eine Email-Adresse hat er nicht.

Vor den Büchern stehen, ohne jedes Kalkül gemixt, kostbare Marmorbüsten und Kinderbilder, auf denen Kubickis Enkel Löwen und Schmetterlinge gemalt haben. Obwohl dem 92-Jährigen das Gehen inzwischen schwer fällt, ebenso wie das Hören, steigt er regelmäßig auf einen wackeligen Sessel, um die Bücher im obersten Fach zu erreichen. „Aber nur, wenn meine Frau nicht hinguckt“, sagt er und lächelt schelmisch. „Sonst gibt es Ärger.“

Stanislaw Karol Kubicki, von seiner Frau wird er nur Karol genannt, hat in seinen 92 Lebensjahren Berlin geprägt wie wenige andere. Er war der erste Anästhesist der Stadt, eine Koryphäe auf seinem Spezialgebiet in der Neurophysiologie, gründete nach dem Krieg einen Berliner Kunstverein und die Berlinische Galerie. Sein größtes Projekt aber ist bis heute die Freie Universität, die erst auf Drängen und dank des Engagements von Studenten wie Kubicki entstand. Am 4. Dezember 1948 war das, vor genau 70 Jahren. Zur Feier an diesem Dienstag wird auch Kubicki in Dahlem erscheinen.

Er sei damals tief enttäuscht von der einzigen anderen Universität der Stadt gewesen, erzählt Kubicki. Die Berliner Universität Unter den Linden, die 1949 in „Humboldt-Universität“ umbenannt wurde, lag im Ostsektor der Stadt. Nach der Wiederaufnahme des Lehrbetriebs 1946 schlug sich die Politik des SED-Regimes bald in den Hörsälen nieder. Manche Gruppen – Arbeiter- und Bauernkinder zum Beispiel – wurden bei der Immatrikulation bevorzugt, andere hatten deshalb kaum Chancen, angenommen zu werden. Immer wieder wurden regimekritische Studenten exmatrikuliert, verhaftet, zu Zwangsarbeit verurteilt und sogar exekutiert.

Unerträglich waren die Verfolgungen aus Gesinnungsgründen für jemanden wie Kubicki, der damals Anfang 20 und für Medizin eingeschrieben war. Er hatte schon ein Semester unter den Nationalsozialisten studiert und deren Methoden und Einflussnahme auf den Lehrbetrieb zutiefst verabscheut. „Und dann war der Krieg vorbei, die Nazis entmachtet – und die neue Uni tut genau dasselbe!“ Kubicki schüttelt noch heute fassungslos den Kopf, richtet sich in seinem Sessel auf. „Das fehlte noch!“

Kubicki hat keine Lust, zuzusehen, wie sich Geschichte wiederholt. Er schließt sich mit Kommilitonen zusammen, die denken wie er, darunter viele Halbjuden. Der harte Kern des Widerstandes trifft sich oft in seinem kleinen Haus im Neuköllner Stadtteil Britz. Dasselbe Haus, in dem Kubicki noch immer lebt, seit 92 Jahren. Hier kamen die Studenten auf die Idee, eine eigene Universität zu gründen, im Westen der Stadt, unter der Obhut der Amerikaner. Der Name „Freie Universität“ habe von Anfang an festgestanden, sagt Kubicki. Denn genau das sollte sie vor allem anderen sein: ein Ort, an dem freies Denken und Lernen möglich sein sollte, ohne politische Restriktionen, ohne Denkverbote und Strafen. „Als Mahnmal gegen die Ost-Uni“, sagt Kubicki.

Die Studenten suchen Kontakt zu den Amerikanern. Die Besatzungsmacht ist von der Idee einer Uni im Westsektor schnell zu begeistern. Jeder Schritt muss mit ihnen abgesprochen werden, Änderungen verlangen sie kaum. Kubicki ist für die Bewerbungen und die Aufnahme der ersten Studenten zuständig. Die Uni im Osten verlangt Antwort auf Dutzende Fragen, um die Studenten zu durchleuchten, ein „Riesen-Fragebogen“ sei das damals gewesen, sagt Kubicki. Er macht es anders: Von den Bewerbern an der Freien Universität will er nur Name, Alter, vorangegangene Studienerfahrungen wissen – und ob sie Mitglied in NSDAP oder SED waren. Letztere sind die einzigen harten Ausschlusskriterien. Sieben einfache Fragen, die Antworten passen locker auf ein DIN-A4-Blatt. „Jeder sollte studieren können, der wollte“, sagt Kubicki.

Die Amerikaner segnen den Plan ab und stellen die ersten Gebäude in der Boltzmannstraße in Dahlem zur Verfügung. Die Studenten karren Möbel herbei, richten ein provisorisches Sekretariat ein. Circa 2 000 Bewerber melden sich zum ersten Semester, erzählt Kubicki, ebenso wie die ersten Professoren. Die meisten seien aus dem Osten gekommen. „Die hatten die Nase voll, genau wie wir.“ Im Westen habe die FU in den ersten Jahren hingegen keinen guten Ruf gehabt, habe als „aufständische Studenten-Uni“ gegolten. Schließlich ist es deutschlandweit ein Novum, dass Studenten so maßgeblich den Ton angeben.

Kubicki ist der erste Student, der sich an der neuen Universität einschreiben darf. Matrikelnummer 1. Eine historische Eintragung, in dunkelblauer Tinte, heute ist das Papier darunter vergilbt. Entschieden hat das der Zufall: Helmut Coper, Kubickis Kommilitone und ebenfalls Mitgründer der FU, wollte eigentlich auch an erster Stelle stehen. Kubicki und er warfen eine Münze. Das Glück war auf Kubickis Seite. „Ich behaupte gerne: Das hat Coper mir nie verziehen“, sagt er. Heute ist der Münzwurf Legende in der Geschichte der Freien Universität, verewigt in Büchern und auf der Uni-Homepage.

Auch an der FU studiert Kubicki Medizin. Wegen der „Pinkepinke“, behauptet er, reibt Daumen und Zeigefinger aneinander und lacht. Parallel will er, dessen Vater Musiker und Schriftsteller war, auch Kunstwissenschaft belegen. Doch der Vortrag des Professors in der Einführungsveranstaltung ist dröge. Also wechselt er einfach einen Saal weiter, wo Friedrich Wilhelm Goethert gerade eine Veranstaltung in Archäologie gibt. Goethert sei ein fantastischer Lehrer gewesen, sagt Kubicki, seine Stimme tief und eindrucksvoll, sein Vortrag immer mitreißend. An seiner Seite bereist Kubicki später Europa.

Doch auch in seinem Hauptfach, der Medizin, kommt er herum. Er konzentriert sich auf die Elektroenzephalographie, eine damals neue Methode, die Aktivität des Gehirns zu messen. In der Zeit vor der Erfindung der Computertomographie ist es die erste Möglichkeit, „den Menschen in den Kopf zu gucken“, wie Kubicki es formuliert. „Auch wenn in manchen Köpfen nicht besonders viel los war.“ Er reist zu Ärztekongressen weltweit, hält Vorträge. Das laut Kubicki „stinklangweilige“ Thema transportiert er lebendig, bunt, witzig. 1969 wird er als Professor an die FU berufen – und bleibt es, bis er mit 65 Jahren in Rente geht.

An so manche Zeit nach seinem Studium erinnert sich Kubicki heute nur noch schwer. Seine Frau Petra Kubicki sitzt mit im Wohnzimmer. Wenn er in seinen Erzählungen mal den Faden verliert, blickt er zu ihr und fragt: „Mensch, was wollte ich denn noch mal sagen?“ „Das weiß ich doch nicht!“, sagt die 76-Jährige dann lachend. „Warum denn nicht?“, erwidert er. „Du weißt doch sonst immer, was ich sagen will!“

Die beiden waren früher schon mal zusammen, Petra Kubicki hat bei ihm studiert. Sie trennten sich, bekamen Kinder mit anderen Partnern, fanden sich wieder und heirateten spät. Eigentlich habe sie in Kubickis kleines Haus ziehen wollen, erzählt sie. Das aber sei so voll gewesen, gefüllt mit Erinnerungen aus neun Jahrzehnten, dass sie sagte: Da ist kein Platz für meine eigenen Sachen. Kurzerhand kaufte sie ein Häuschen gleich gegenüber. Aus Kubickis Fenster kann man es sehen.

Fast vollständig verblasst ist bei Kubicki die Erinnerung an die prägende Zeit um 1968, als die Freie Universität Zentrum der Studentenproteste war. Rudi Dutschke, Benno Ohnesorg, Gudrun Ensslin, Otto Schily – sie alle waren Studenten der FU. Für viele von ihnen herrschte auch in so manchem Fachbereich an der noch jungen, von Studenten gegründeten FU bereits der „tausendjährige Muff unter den Talaren“. Die Revolution wollten sie an den Universitäten starten – und einige linksextreme Gruppen waren bereit, Gewalt anzuwenden. Andersdenkende Professoren wurden an Vorlesungen gehindert, eingeschlossen, manche auch mit Schlägen und Tritten aus dem Saal getrieben. Kubicki gründete damals die „Notgemeinschaft für eine freie Universität“ mit, die gegen den Extremismus protestierte. Zu sehr erinnerten die Übergriffe an die totalitären Methoden unter Nazi- und SED-Regime – nur dass er nun von den Studenten selbst ausging. Heute regt Kubicki das nicht mehr auf. „Ach, die“, sagt er nur über die 68er. „Studentenpalaver. Die waren praktisch ja zu nichts zu gebrauchen.“

Auch Kubicki redet gern. Noch lieber aber hat er schon immer Fakten geschaffen. In den 70ern sorgt er mit einem Artikel für die Gründung der Berlinischen Galerie, nur eines von vielen Kunstprojekten, die er in der Stadt anleiert. „Ich habe mir damals einfach angeguckt, was in Berlin alles gefehlt hat“, sagt er, als sei das alles nichts.

Die 68er? „Studentenpalaver“

Ob er nicht stolz sei auf sein beeindruckendes Leben? Auf die einzigartige Art, mit der er Berlin geprägt hat, für Hunderttausende Studenten und Kunstliebhaber? Wenigstens ein kleines bisschen? Kubicki verweist auf seine Eltern, vor allem auf seine Mutter, „eine beeindruckende Frau, eine aufrechte Demokratin, eine Revolutionärin, ohne Revoluzzerin“ zu sein. Sie setzte sich für die Entnazifizierung in Schulen im Westen ein. Sie habe ihn maßgeblich geprägt. Sich selbst kreidet Kubicki keine Verdienste an. „Es passierte damals so viel“, sagt er schulterzuckend. „Die Amerikaner waren bereit, Ideen zu unterstützen. Da musste man gründen. Das bot sich einfach an.“

Auf die Freie Universität sei er aber auch heute noch stolz. Sie habe sich gut entwickelt, biete inzwischen Fächer an, von denen er selbst gar keine Ahnung habe. „Eine richtige Elite-Uni“ sei die FU geworden, sagt er – und man weiß nicht genau, ob das jetzt Lob oder Tadel aus dem Mund eines Mannes ist, der immer dafür einstand, dass jeder sich beweisen dürfen sollte.

Wichtiger als sein vergangenes Leben, an das die Erinnerungen langsam schwinden, wichtiger als alle Einrichtungen, die er gegründet hat, ist ihm heute die Familie. Seine Frau, die sechs Kinder, sechs Enkel und eine Urenkelin. Der Hund seiner Frau, Fenja, schlecke die Jüngste gerne ab, die juchze dann und lache. „Das sollten sie mal sehen“, sagt Kubicki. „Es gibt nichts Besseres.“


Archäologe, Mediziner, Kunstliebhaber: Karol Kubicki ist inzwischen 92 Jahre alt.
Foto: Bernd Wannenmacher