2222

To wpis numer 2222. Postanowiłam zacytować tu dziś to, co znajdę w książce na stronie z tym numerem. W grę wchodzi właściwie tylko Księga a nie książka czyli Biblia, i tylko jeśli Stary i Nowy Testament znajdują się w jednym foliale.

Codex Egberti, Trewir, 980-993, Skryptorium klasztoru w Reichenau

Uzdrowienie opętanego z Gerazy, Ewangelia wg św. Marka, 5, 1-20

Potem przybili do brzegu, do krainy Gerazeńczyków. Kiedy wychodził z łodzi, nagle wybiegł Mu naprzeciw z grobów człowiek opętany przez ducha nieczystego. Mieszkał on
w grobach i nikt nie mógł go już związać, nawet za pomocą łańcucha. Wiele razy wiązano go bowiem powrozami
i łańcuchami, ale rozrywał łańcuchy i zrzucał z siebie powrozy,
i nikt nie był w stanie go poskromić. Całymi nocami i dniami przebywał w grobach i na górach, krzyczał i uderzał w siebie kamieniami.
Widząc Jezusa z daleka, przybiegł i oddał Mu pokłon. Krzyczał donośnym głosem: „Co mam z Tobą wspólnego, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Zaklinam Cię na Boga, nie dręcz mnie!” Mówił mu bowiem: „Duchu nieczysty, wyjdź z tego człowieka”. Zapytał go: „Jak ci na imię?”. Odpowiedział: „Na imię mi Legion, bo jest nas wielu”. I prosił Go usilnie, aby ich nie wypędzał z tej krainy. A pasła się tam na zboczu gór wielka trzoda świń. Błagały Go duchy nieczyste: „Poślij nas w te świnie, abyśmy mogli w nie wejść”.
I zgodził się. Wtedy duchy nieczyste opuściły człowieka i weszły w świnie. A trzoda licząca około dwóch tysięcy sztuk ruszyła po urwistym zboczu w dół do jeziora i utonęła w jeziorze.
Ci, którzy paśli świnie, uciekli i opowiedzieli o tym w mieście
i po wioskach. Ludzie przyszli więc zobaczyć, co się stało. Kiedy przybyli do Jezusa, zobaczyli, że opętany, który miał w sobie Legion, siedzi w ubraniu i jest przy zdrowych zmysłach.
I ogarnął ich lęk. Wtedy naoczni świadkowie opowiedzieli im, co się stało z opętanym, a także o świniach. Zaczęli Go więc błagać, aby odszedł z ich krainy. Gdy wsiadał do łodzi, ten, który był opętany, prosił Go, aby mógł przy Nim zostać. Lecz On się nie zgodził. Powiedział do niego: „Wracaj do domu, do swoich,
i opowiadaj im, co Pan ci uczynił i jak się nad tobą zmiłował”. Odszedł więc i zaczął rozgłaszać w Dekapolu o tym, co Jezus dla niego uczynił, a wszyscy się dziwili.


Geraza to dzisiejszy Dżarasz (arab. جرش, także Jerash, Jerasz, Dżerasz) – miasto w Jordanii, ośrodek administracyjny muhafazy Dżarasz. Odległe ok. 50 km na północ od Ammanu. Na zdjęciu Cardo – czyli aleja kolumnowa.

Geraza jest jednym z najlepiej zachowanych starożytnych miast rzymskich na świecie.

Wikipedia podaje, że miasto zostało założone najprawdopodobniej w IV wieku p.n.e. przez Aleksandra Wielkiego lub jego generała Perdikkasa. (…) Pod koniec II wieku p.n.e. wcielone przez Machabeuszów do Judy, w 63 p.n.e. zostało zajęte przez rzymskie wojska Pompejusza. Rozkwit miasta przypadł na okres panowania cesarza Trajana (II wiek). Pochodził stamtąd m.in. neopitagorejski filozof Nikomachos z Gerazy. W VI w. za panowania bizantyjskiego Justyniana w mieście wzniesiono co najmniej siedem kościołów. W 614 Gerazę zdobyli Sasanidzi, a w 636 Arabowie. W 749 miasto uległo zniszczeniu wskutek trzęsienia ziemi.


Ruiny Gerazy odkrył w roku 1806 Ulrich Jasper Seetzen, niemiecki podróżnik i odkrywca, palestynolog-arabista.

Jego życie byłoby dobrym scenariuszem pasjonującego filmu przygodowego.

W lecie 1802 wyruszył wraz z towarzyszem Jacobsenem Dunajem na wyprawę na Bliski Wschód. Zatrzymał się sześć miesięcy w Konstantynopolu. Następnie pojechał do Smyrny, skąd dotarł do Aleppo. Mieszkał tu przez dwa lata i nauczył się arabskiego. Pisał dziennik podróży po Palestynie, Synaju i Egipcie. Samotnie, w przebraniu żebraka, odbył podróż wokół Morza Martwego. Z Egiptu przez morze dostał się do Dżuddy, a następnie w październiku 1809 w przebraniu pielgrzyma dotarł do Mekki. Stąd powędrował do Lahak i  Mocha w Jemenie, skąd w listopadzie 1810 roku wysłał ostatni list do Europy. We wrześniu 1811 roku opuścił Mocha, chcąc dotrzeć do Maskatu w Omanie. Znaleziono go otrutego.

Trasy jego wypraw znane są z drukowanego dziennika i opublikowanych listów. Zachowana korespondencja i część manuskryptów przechowywana jest w muzeum w Gocie.


Dodam jeszcze na zakończenie, że uśmiercenia dwóch tysiący świń po to, by uzdrowić człowieka, budzi współcześnie zrozumiałe niezrozumienie. Również problem społeczny
(a i ekonomiczny) – pozbawienia pasterzy ich zwierząt, czy też zwierząt, za które byli odpowiedzialni – nie jest dziś łatwy do wytłumaczenia. Ponieważ jednak Holden Caulfield, bohater Buszującego w zbożu Salingera, lubi opętańca z Gerazy, pedagodzy zalecają opowiadanie uczniom o tym biedaku wraz z analizą tej jednej z najsłynniejszych powieści amerykańskich:

W końcu jednak rozebrałem się i położyłem. Kiedy już leżałem w łóżku, miałem ochotę pomodlić się czy coś w tym rodzaju, ale nie mogłem. Nie zawsze mogę się modlić, nawet jeśli mam ochotę. Po pierwsze jestem na swój sposób ateuszem. Chrystusa uznaję, ale nie bardzo mi się podobają różne historie w Biblii. Na przykład apostołowie. Jeśli mam być szczery, cholernie mnie irytują. Po śmierci Jezusa zachowywali się jak należy, w porządku, ale za jego życia tyle mu pomogli, co piąte koło u wozu. Niemal wszystkie inne osoby opisane w Biblii wolę od tych uczniów. Żeby powiedzieć całą prawdę, najbardziej lubię – po Chrystusie – tego opętańca, który mieszkał w grobowcach i kaleczył się o kamienie. Tego biedaka dziesięć razy bardziej lubię niż uczniów.

Vergessene Texte 1

… und zwar so vergessen, als ob sie nie exitierten. Und dabei habe ich den honorarlosen Text gern geschrieben und ihm den ganzen Sommer 2015 gewidmet. Er erschien 2016 in einer Zeitschrif mit dem Datum 2014 und so vielen Fehlern, dass ich mich schämte die Autorenexemplare jemanden zu zeigen. Somit ist es offiziell ein Nachdruck und nicht Originaltext. Obwohl, ich habe es natürlich umgehend geändert und korrigiert. Durchgesehen, wie man es schön auf Deutsch sagt.

Hier die ofiziellen Angaben zu den Protagonisten: Carl Ulitzka Wikipedia

Ewa Maria Slaska, Berlin

Ach, unser Prälat Ulitzka“

Ich bedanke mich bei Frau Pastorin Elisabeth Kruse, Ehrwürdigen Schwester Walburga, Pfarrer Peter Beier, Herrn Diakon Andreas Buntrock, Pfarrer Eberhard Kort, Herrn Engelbert Kremser, Pfarrer Horst Pietralla, Herrn Bernd Thürling

Als ich – Schriftstellerin und Publizistin – damit beauftragt wurde, über Carl Ulitzka zu schreiben, war ich mir über das Ausmaß dieses Wagnisses nicht im Klaren. Ich wusste, wer er war und dass er zu den vielen Persönlichkeiten gehörte, die schon vor dem Kriege grenzübergreifend zwischen Deutschland und Polen tätig waren, als symbolische Figuren der deutsch-polnischen Verständigung einen wichtigen Rang verdienten und stattdessen mit der Zeit in Vergessenheit geraten sind. Was mich aber persönlich an seiner Biographie am tiefsten berührte, war die Tatsache, dass er von der Nazis als „Polenkönig“ verfolgt und von den Polen als „Scheiß-Deutscher“ beschimpft wurde. Und ich wusste noch, dass (und wo) er in Berlin beerdigt wurde. Mehr noch, ich war einmal bei seinem Grab. Aber das war auch schon alles. Daher dachte ich, als mir der Auftrag erteilt wurde, prima, ich kann dabei mehr über Ulitzka erfahren…

Jeder Journalist, der über etwas schreibt, prüft heutzutage nach, was sich über sein Thema im Internet finden lässt. Auch ich tat nichts anderes. Und dabei überkamen mich Zweifel. Zuerst fand ich Hunderte und Aberhunderte Texte über Ulitzka. Auf Deutsch und auf Polnisch.

Dann kam es aber noch schlimmer, als ich das Buch von Guido Hitze entdeckte – Carl Ulitzka (1873-1953): Oberschlesien zwischen den Weltkriegen. 1440 Seiten! Der Autor schrieb darin folgendes:

Seine Biografie spiegelt gleichsam die besondere Entwicklung dieser umkämpften Grenzregion, die Abstimmungskämpfe in Oberschlesien nach dem Versailler Friedensvertrag wieder. Deutlich werden die Positionen des Zentrums innerhalb des Parteienspektrums sowie des deutschen Katholizismus vor und während der nationalsozialistischen Gewaltherrschaft. Die umfassende Studie porträtiert erstmals die Geschichte Oberschlesiens bis 1945 und den Lebensweg Ulitzkas aufgrund neuester Forschungsergebnisse. Der Autor wertet bisher unbekanntes Quellenmaterial deutscher und polnischer Archive aus und kommt zu neuen Ergebnissen…

Wie kann ein Journalist, ein Laie, ein Unwissender wagen, über einen Mann zu schreiben, über den allein dieser Autor 1440 Seiten geschrieben hatte? Und erst recht all die anderen Forscher…!

Aber bei all diesen Zweifeln ob eigener Unzulänglichkeit wusste ich, dass ich doch etwas über Ulitzka zu sagen habe, dass ich einen persönlichen Zugang zu ihm habe. An einem Novembertag 2006 war ich auf dem Friedhof und versuchte sein Grab zu finden. Vergeblich. Am nächsten Tag rief ich bei der Friedhofsverwaltung an. „Ach,“ sagte meine Gesprächspartnerin, „unser Prälat Ulitzka“… der liegt dort und dort begraben. Es folgten genaue Hinweise…

Interessant, dachte ich, dass er für Menschen, die ihn nicht persönlich kannten, immer noch „ihr Prälat“ war. 60 Jahre und mehr nach seinem Tod bewahrt ihn die kollektive Erinnerung. Das wollte ich näher untersuchen. So begann die Spurensuche, deren Etappen Bernau bei Berlin, Biesenthal bei Bernau, Templin, Lobetal, Berlin-Karlshorst, Berlin-Friedrichshagen, Berlin-Lankwitz und Potsdam wurden. Ich wurde mit einer Empfehlung von einem Ort in den nächsten geschickt. Nur die erste Etappe bestimmte ich selber, ich ging dorthin, wo ich sicher war, etwas zu finden: Auf den Friedhof. Das heißt, mein Ausgangspunkt war das Ende – von da rollte ich seine Geschichte auf.

Ich kannte das Wort Prälat, wusste aber nicht, was es/er ist? Ulitzka ist 1926 Päpstlicher Hausprälat geworden. Wikipedia informiert, dass in der katholischen Kirche als Prälat der Inhaber ordentlicher Leitungsbefugnisse, Inhaber höherer kurialer Ämter oder ein verdienter Priester, der den Ehrentitel vom Papst erhalten hat, bezeichnet wird.

Fortsetzung folgt in ein paar Tage


Quellen:
Guido Hitze, Carl Ulitzka 1873-1953 oder Oberschlesien zwischen den Weltkriegen, Düsseldorf 2002

Boże Narodzenie na Björndal (przedruk)

Trygve Gullbranssen

A lasy wiecznie śpiewają

Jeśli nie pamiętacie: zamożny chłop norweski, Dag, poślubił bogatą dziedziczkę z miasta – Teresę. Nie był to wielki romans, ten zdarzy się dopiero w następnym pokoleniu, ale małżeństwo okazało się bardzo dobre. Teresa nie jest już młodziutką panną, ale po ślubie jest młodą mężatką, to jej pierwsza zima na Björndal. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Jest koniec XVIII wieku, Teresa jest nowoczesną kobietą, która znalazła się w zabitej deskami górskiej wsi, oddzielonej od świata ogromnymi lasami.

Z osiedla zaczęły przychodzić do dworu kobiety. Teresa dziwiła się, że gdy wchodziła do kuchni, kobiety podnosiły się nieśmiało i nisko się kłaniały. Skinęła im głową i zaraz pospieszyła do Daga.
— Przyszło tak dużo kobiet — powiedziała mu. — Czego one chcą?
— Zbliżają się święta — odpowiedział po prostu.
— Tak, ale po co ci obcy ludzie tutaj przyszli?
Dag zapomniał powiedzieć żonie wiele rzeczy. Odłożył pióro i podniósł się.
— To nie są obcy ludzie. Jest tu taki zwyczaj, że przychodzą, aby pomagać przy przygotowaniach świątecznych i przy innej w tym okresie pracy.
— Ależ to bardzo dużo rąk do pracy — zauważyła niepewnie.
— One przynależą tutaj — powiedział Dag.
— Ależ one mieszkają w osiedlu! — rzekła Teresa, nic nie rozumiejąc. — One chyba pochodzą z gospodarstw w dolinie.
— Tak — Dag patrzał poważnie przed siebie — ale widzisz, wszystkie te gospodarstwa
i grunty również przynależą tutaj.
— Przynależą! — Teresa zdziwiła się zaskoczona. — Czy chcesz przez to powiedzieć, że stanowią naszą własność?
— Od dawien dawna całe osiedle Björndal jest nasze.
Zatrwożyła się. Przywiozła z sobą wiele, bardzo wiele talarów, ale posiadać domy dla tylu ludzi było dla niej więcej niż bogactwem. Popatrzyła mocno na męża i odeszła, ale przy drzwiach zatrzymała się.
— Tak. Zbliża się Boże Narodzenie. W domu także urządzaliśmy uroczystość świąteczną, ale tutaj zapewne są inne zwyczaje?
— Tak, to możliwe. Czy Ane Hamarrbó już przyszła?
Teresa nie znała żadnej Ane Hamarrbó. Opuściła ją odwaga. Za dużo wszystkiego naraz.
— Poznasz Ane po jej wzroście. Jest wyższa od innych kobiet. Gdy przychodzi Ane, wtedy nadchodzą święta. Dopóki Ane nie przybędzie, nie wolno palcem ruszyć! O ile wszystko ma pójść dobrze — dodał z uśmiechem.
— Czy to niebezpieczna osoba?
— Nie… — odpowiedział z wahaniem. — Nie jest niebezpieczna, ale tutaj we dworze wszyscy jej słuchają. Jeszcze zanim ja się urodziłem, Ane kierowała przygotowaniami do świąt Bożego Narodzenia. Robi to zresztą już od osiemdziesięciu lat.
— Od osiemdziesięciu lat? — zawołała Teresa. — To ona ma chyba ze sto lat!
— Taka stara chyba nie jest, ale dziewięćdziesiąt na pewno przekroczyła i cieszy się doskonałym zdrowiem.
— I ona ma tutaj rządzić? — głos Teresy brzmiał ostro.
Dag popatrzył na nią.
— Uważają, że tak jest najlepiej.
— Dlaczego? — Teresa chciała wiedzieć. To wszystko wydawało jej się nader dziwne.
— Takie są stare obyczaje — wyjaśnił Dag z poważną miną. — Należy na tyle rzeczy uważać, trzeba wszystko zacząć właściwego dnia. Wszystko, co żyje na ziemi i pod ziemią, musi być właściwie traktowane. W okresie świąt Bożego Narodzenia działają różne złe siły.
— Ależ to są przesądy! — powiedziała przestraszona Teresa.
— Cóż my o tym wiemy? Pewnego razu, gdy Ane zachorowała i nie mogła przybyć, piwo przygotowane na święta skwaśniało. Świece nie chciały się palić, syczały i gasły. Działy się jeszcze inne rzeczy, których już nie pamiętam.
Teresa czuła się bezradna. Ale Dag tłumaczył jej, że znajdzie tutaj wiele rzeczy całkiem innych niż to, do czego była przyzwyczajona. Jeżeli pozwoli Ane w tym okresie zająć się wszystkimi sprawami gospodarstwa domowego, będzie mogła obserwować, a później
przejąć je sama, kiedy Ane już nie będzie na świecie.
Przyzwyczajonej do rozkazywania Teresie nie mogło się to podobać, ale musiała się przystosować. Wyszła z pokoju.
Przez chwilę Dag siedział zamyślony. Uśmiechnął się. Ostrzegł Teresę, żeby nie zadzierała z najniebezpieczniejszą osobą w osiedlu. Stare, dobre obyczaje nie zejdą wraz z Ane do grobu. Zna przecież swoją Teresę i wie, że weźmie sobie za punkt honoru postępować zawsze zgodnie ze starymi zwyczajami, dopilnuje też, aby wszystko odbywało się przynajmniej tak dobrze jak za życia Ane.
To samo myślała Teresa, kiedy wchodziła do sieni po drodze do kuchni. W tym momencie otworzyły się drzwi wejściowe i do środka, weszła stara kobieta. Postać wysoka i koścista. Ane Hamarrbó.
Teresa poznała ją natychmiast
Przez krótką, naprężoną chwilę mierzyły się wzrokiem: stara, która w życiu tylu ludzi stanowiła potęgę, respektowaną w całym osiedlu i znała każde urodzone w nim dziecko,
i która od czasu dłuższego, niż ktokolwiek mógłby pamiętać, organizowała wielkie uroczystości na Björndal — i nowa pani, która nie znała nikogo, ale która miała tutaj rządzić, być może, jeszcze wiele lat po śmierci Ane.
Ane stała w świetle kominka, tak że Teresa mogła widzieć wyraźnie część twarzy, nie zakrytej chustką. Twarz ta wyglądała jak zrobiona ze starej stwardniałej skóry. Była nieruchoma, tylko oczy świeciły niebiesko i przenikliwie w cieniu chustki. Teresa przyglądała się jej z ciekawością, lecz zaraz zauważyła, że sama też znajduje się pod
baczną obserwacją. Podeszła do Ane i podała jej rękę. Wyciągnęła się ku niej sucha, twarda i zimna od mroźnego powietrza dłoń.
— Nie wiem — odezwała się Teresa — czy jako nowo przybyła mogę powitać tu kogoś, kto od tak dawna mieszka w tym dworze.
Ane zdjęła chustkę z głowy i zaczęła ją powoli składać. Przez ten czas Teresa mogła się jej dobrze przyjrzeć — oglądała jej srebrne włosy jeszcze wciąż falujące, jej pokryte bruzdami czoło, długi, zakrzywiony nos, jej zasuszone usta bez warg i pomarszczone, jak gdyby pozszywane licznymi ściegami, stanowczy podbródek, wystający mocno do przodu. Twarzy, tchnącej taką powagą i takim spokojem, Teresa nie widziała jeszcze u żadnej kobiety. Ane wciąż milczała, i Teresa zaczęła już podejrzewać, że jest głucha i niema…
Tymczasem Ane złożyła nareszcie chustkę i znów podniosła wzrok na Teresę. Przemówiła. Nie była to odpowiedź na słowa Teresy, mówiła teraz to, co myślała.
— Widzę, że nie jesteś młodziutka.
Czegoś podobnego Teresa nigdy jeszcze nie słyszała. Nie wiedziała, czy się uśmiechnąć, czy też przyjąć te słowa z poważną miną.
Staruszka nie zważała na jej zakłopotanie i mówiła,
a raczej myślała głośno dalej. (…)
W jej twarzy było coś, co wzbudzało zaufanie, nie umiała jednak tego określić.
— Czy nie chciałabyś się posilić czymś gorącym po tak długiej
jeździe na mrozie? — zapytała Teresa, aby zmienić temat rozmowy.
— Zwykle częstują mnie zupą, ale ty tego nie mogłaś wiedzieć, więc też się nie odzywałam. Teresa czuła się zawstydzona, ale nie dała za wygraną.
— Nie. O tym nie wiedziałam. Ale może byś chciała skosztować czegoś, co obecnie piją ludzie w mieście? To się nazywa kawą i cudownie rozgrzewa w czasie mroźnej pogody.
— Słyszałam o tym — odparła Ane. — Podobno jest okropnie drogie.
— Tak, owszem… — Teresa przyznała. — Ale ja przywiozłam to ze sobą z domu.
— Tak, ludzie w mieście dogadzają sobie. Słyszałam o tym. Warto by chyba tego skosztować.
Teresa szła już do kuchni, ale naraz przypomniała sobie o wszystkich innych przybyłych kobietach. Zwróciła się więc do Ane z zapytaniem, co należało im podać.
— Wilki znajdują sobie żer — odparła. — Same dbają o siebie, kiedy przychodzą i kiedy odchodzą.
Teresa zrozumiała, że nie ma obowiązku wobec innych kobiet, i poszła zaparzyć kawę.
Gdy wróciła, Ane nie było. Teresa zajrzała do sąsiedniej izby. Siedziała tam wygodnie jak osoba od dawna zadomowiona. Teresa przyniosła ciastka i filiżanki. Ane śledziła bacznie każdy jej ruch.
— Widzę, że umiesz zabrać się do rzeczy. Upiekłaś także ciastka dla mnie.
Teresa pomyślała sobie, co by było, gdyby Ane wiedziała, że Dag i ona mają co niedziela kawę z ciastkami.
Oto nadeszła chwila, kiedy Ane po raz pierwszy w życiu piła kawę. Nie wiadomo, czy
z wrażenia, czy też dlatego, że miała już słabą, drżącą rękę — była to długa ceremonia.
Kosztowała i doszukiwała się smaku raz i znowu, bardzo powoli.
— Wcale niezła i dobrze rozgrzewa — powiedziała. Ane nie mogła siedzieć bez końca nad swoją kawą. Jednak kawa z ciastkami, jako coś dla niej nowego, mocno ją intrygowała. Chciała bowiem wiedzieć o kawie jak najwięcej, również
w jaki sposób się ją przyrządza. Po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat Ane Hamarrbó dowiedziała się o czymś nowym w sztuce kulinarnej, a pani na Björndal miała ją tego nauczyć. Ane otrzymała obietnicę, że dostanie trochę kawy do domu, aby syn jej, stary Orn mógł również pokosztować.
Dzięki temu Teresa zyskała sobie potężnego sprzymierzeńca i dziękowała Bogu całe życie za to, że nie okazała Ane żadnego niezadowolenia z powodu jej bezpośredniej, nie przebierającej w niczym mowy.

(…) Nadeszły święta. Rządziła Ane Hamarrbó. Od wczesnego ranka do ciemnej nocy ubijano zwierzynę i warzono, pieczono, szorowano i prano, jak gdyby nadchodził koniec świata. Święta obchodzono wówczas przez wiele, wiele dni i, o ile kobiety nie chciały sprowadzić na siebie nieszczęścia, nie wolno im było w tym czasie wykonywać prac, które mogły były wykonać zawczasu.

Kobiety z osiedla i dziewki folwarczne szły do pracy szeregami jak żołnierze. Parobcy zabijali niezbędne bydło i drób, przynosili wodę i drzewo, pomagali przy cięższych robotach. Nikt nie odważył się szemrać. Ane nie traciła słów na próżno. Oczy jej były wszędzie, palące i przenikliwe, jej kościste palce groziły. Więcej nie trzeba było. Miało się wrażenie, że koścista jej postać posiada jakąś magiczną władzę nad ludźmi. (…)
Teresa robiła to, co i wszyscy. Słuchała Ane i dziękowała Bogu za to, że postąpiła tak mądrze. Jakże by dała sobie radę z tym wszystkim bez Ane Hamarrbó? Stałaby się pośmiewiskiem dla całej okolicy, także dla Daga.
W swojej izbie sypialnej zapisywała dokładnie co do dnia i godziny wszystko, co się teraz działo. (…) Zdarzało się czasami, że nie zgadzała się z Ane. W niektórych rzeczach znała lepsze sposoby, ale milczała. To były słowa Ane: „Musi rządzić ten, kto jest do rządzenia powołany”.
W czasie wszystkich posiłków Ane zjawiała się w izbie i jadała razem z Dagiem, Teresą i jej siostrą Dorotą. Pewnego dnia powiedziała do Teresy:
— Palisz światło w swojej izbie aż do północy. Czy boisz się ciemności?
Teresa wiedziała, że niepotrzebne palenie świecy było wielkim grzechem. Wytłumaczyła, że zapisuje do książki wszystko, czego się teraz uczy w sprawie przygotowań świątecznych. Ane siedziała ze wzrokiem utkwionym przed siebie i długo nic nie mówiła. Teresę zdjął śmiertelny strach. Może jej się coś nie podobało?
Wreszcie Ane przemówiła:
— Umiesz więc również pisać?
— Tak.
— Ten musi zapisywać, kto ma złą pamięć.
Teresa pomyślała sobie, że raz przecież będzie mogła próbować zmienić sąd Ane. Dlatego wyjaśniła jej, że nie pisze wyłącznie dla siebie, bo nadejdzie dzień, kiedy nie stanie ani Ane, ani jej. Wtedy może przyjdzie nowa pani i będzie z chęcią czytała z notatek Teresy, jak to Ane Hamarrbó przygotowywała święta gwiazdkowe.
— Myśli twoje sięgają daleko — powiedziała stara.
Po chwili nadszedł Dag. Gdy zjedli, Ane podniosła się i powiedziała do niego:
— Masz więcej rozumu w kwestii małżeństwa niż wielu z twoich krewnych.
Daga zmieszało to trochę, ale zrozumiał i spojrzał ukradkiem na Teresę. Oczy ich spotkały się rozbawione.
Gdy święta Bożego Narodzenia nadeszły, praca dla kobiet z osiedla skończyła się. Wróciły do domu, niosąc ze sobą resztki mięsa pozostałego z uboju. Ostatnie dni pracowały już tylko te kobiety, które na stałe należały do dworu. Ane miała pozostać do ranka wigilijnego. Na Hamarrbó jest dosyć rąk do pracy — mówiła. Teresa nie wątpiła, że ręce te pracowały tak, jak je tego nauczyła Anne.

Tłumaczenie Henryk Goldman i Henryk Leśniewski


Autor żył na przełomie XIX i XX wieku (1894 – 1962).
Książkę (w norweskim wydaniu trzytomową) napisał w latach 1933-1935. Trylogia stała się światowym beststellerem i została przetłumaczona na 20 języków.
W roku 1959  powstał austriacki film wg pierwszego tomu trylogii (reżyseria Paul May), w 1960 – wg drugiego (reżyseria Gustav Ucicky).

Nie znalazłam w sieci filmu, ale znalazłam zwiastun. Nie wróży chyba nic dobrego:

Barataria 90 Niezależna Republika Gemmy

Już dawno obiecałam Czytelniczce i Czytelnikowi, że jeszcze raz napiszę o książce Antonia Skarmety Wesele poety. Tym razem temat absolutnie baratarystyczny: marzenie o idealnym państwie na wyspie. 

Tekstu nie ma w sieci, nie mam pod ręką skannera, program OCR lekceważy moje zdjęcia. Przez dwa chłodne i słoneczne jesienne poranki w Ramsey koło Nowego Yorku przepisywałam dla Was, Czytelniczko i Czytelniku, ten tekst ręcznie na angielskiej klawiaturze, na której Y i y zamieniły się miejscmi z Z i z, a a,e,s,c i tak dalej w ogóle nie było, wstawiłam je zatem w kolejny poranek, korzystając z pomocy programu spolszcz.pl.

I

Był kiedyś czas obfitości na pewnej maleńkiej wyspie u brzegów Malicji, Winogrona pęczniały w słońcu, krągłe i połyskliwe niczym kocielne dzwony, deszczu oczekiwano jak wizyty krewniaka, którego witamy z radością i żegnamy z ulgą, a panny łagodnie lecz stanowczo wzbraniały swych względów ognistym zalotnikom, dopóki nie połączyły się z nimi świętym węzłem małżeńskim. Najpiękniejszą ze wszystkich była Marta Matarasso i powszechnie czyniono zakłady, komu odda rękę, gdy ukończy siedemnaście wiosen. Żyją jeszcze w owym odległym zakątku wnuki tych, którzy stawali o nią w szranki: tancerzy w lakierkach, rybaków o miedzianej skórze, studentów bardziej jurnych niż pilnych, wystrojonych w surduty urzędników o cudacznych wąsiskach i niezliczonej rzeszy wielbicieli nieokreślonego autoramentu.

Wprawdzie już poczciwy Kartezjusz obwieścił światu, iz zdrowy rozsądek to rzecz ze wszystkich na świecie najlepiej rozdzielona, jednak owa odległa wysepka stanowiła wyjątek od reguły. Wiosenne fluidy były tu tak silne, że mężczyźni doznawali ukojenia dopiero z nadejściem lata, kiedy statki przywoziły na sąsiednie plaże wyblakłe Angielki i mączyste Szwedki, które litościwie udzielały wieśniakom tego, czego miejscowe dziewczęta tak zazdrośnie strzegły, dziergając szydełkiem koronkowe serwetki w oczekiwaniu na chwilę, gdy “czerwona perła cnoty” uwieńczy triumfalnie noc poślubną. jak to lirycznie ujmuje weselna przyśpiewka, którą jeszcze i dziś można usłyszeć.

Chociaż nikomu nie brakło niczego, wszyscy mieli mało, chcąc zatem podbijać kobiece serca, wyspiarze dysponowali jedynie kapitałem własnej inwencji. Wiele się jednak zmieilo, gdy w miasteczku otwarto dom handlowy “Europa”, wzorowany na wielkich magazynach jak “Harrod’s”, “Gath and Chavez”, “Temperley” i “Thompson”. Zważywszy, że jedyne oszczędności mieszkańców wyspy stanowiły pryszcze na tyłku i łupież we włosach, klientela składała się głównie z roztragnionych mężów Szwedek i Angielek, którzy kupując tu “szkocką”, hawańskie cygara, szampana i koszulę z włoskiej popeliny, nie musieli płacić cła.

Tak więc korzyści z handlu czerpał tylko właściciel sklepu oraz władze centralne w odległej metropolii, co stało się zarzewiem buntu przeciwko imperium, inspirowanego przez miejscowych wywrotowców, którzy nabili sobie głowy separatystycznymi mrzonkami. Pod koniec XIX stulecia na wyspie działało kilka tajnych stowarzyszeń, liczących w czasach swej świetności nawet do tuzina bojowników. Przywódcą jednej z owych prężnych organizacji, José Coppeta, przyjęty został w rządowym pałacu, gdzie minister ziem i kolonizacji skwapliwie wręczył mu spisany na ozdobnym papierze dokument, zgodnie z którym przyznawał wyspie Gemmie autonomię oraz wszelkie swobody obywatelskie przysługujące wolnym narodom, w tym prawo do własnej falgi oraz używania lokalnego dialektu jako języka oficjalnego.

Naoczny świadek tej uroczystej sceny mówił potem, iż minister podszedł do wiszącej na ścianie gabinetu mapy, wykonanej w Paryżu, po czym zażądał, by Coppeta wskazał mu nowe państwo. Buntownik z dumą puknął palcem w mikroskopijną kropkę, oddaloną o jakieś dwa tysiące kilometrów od stolicy, na co dygnitarz miał wówczas powiedzieć: “Nie za blisko i nie za daleko” – zdanie sybillińskie i niejednoznaczne, skrywające jakieś niejasne intencje.

Następnie poprosił gościa o podanie dokładnych personaliów i podyktował sekretarzowi edykt, mocą którego mianował z owym dniem Coppete prezydentem rodzącego se państwa. Zapytany, jaką nazwę nosić będzie jego niepodległa ojczyzna, świeżo desugnowany prezydent bąknął nieśmiało , iż pozostanie przy dawnej nazwie, ale uzupełnionej o sformułowanie “Niezależna Republika”.

– Niezależna Republika Gemmy – powtórzył głośno minister, delektując się brzmieniem tych słów. – Nieźle.

Następnie zasugerował Coppecie, aby po upływie rozsądnego terminu pozwolił się wybrać w demokratycznych wyborach, jako że urzędy przyznawane w sposób arbitralny budzą wcześniej czy później niezrozumiały sprzeciw fanatyków demokracji, tej bandy rozwydrzonych ciemniaków, którzy mylą statystykę z inteligencją.

Nominat, uradowany niespodziewanie pomyślnym zakończeniem misji, docenił życzliwą radę i przyrzekłszy wziąć ją sobie do erca, złożył ministrowi wyrazy najgłębszej wdzięczności, płynące z “tellurycznych otchłani malicyjskiej ziemi”, po czym przepraszając za brak dyplomacji, oświadczył, iż musi się zaraz pożegnać, bo ucieknie mu statek, a chciałby jak najprędzej zanieść szczęsną nowinę swojemu ludowi. Dostojnik nie tylko wybaczył ekspodwładnemu zrozumiały pośpiech, ale nawet oddał mu do dyspozycji własny powóz, zapytawszy mimochodem, lecz z wielce obiecującą kurtuazją, jak też nazywa się ów statek. Coppeta wyjął bilet i odczytał na głos: “Charon”. Dygnitarz uśmiechnął się szeroko, prezentując nienaganne uzębienie, a następnie wyrzekł owe jakże enigmatyczne, lecz pamiętne słowa: “Bardzo ad hoc“.

Podczas niezobowiązującej, romatycznej pogawędki, jaką na pokładzie “Charona” odbył w blasku księżyca z Anną Dickmann, niemiecką turystka o roziskrzonych oczach, José Coppeta pochwalił się dokumentem proklamującym niepodległość ojczystej wyspy oraz własną nominacją.

Tymczasem nazajutrz rano, zaledwie kilka godzin po owej idyllicznej konferencji pod gwiazdami, kapitan “Charona” Piotre Heftanovic, ze skandalicznym brakiem taktu, wezwał na pokład wszystkich pasażerów i zademonstrował im głowę, odciętą, jak mniemał, ciosem tureckiej szabli. Niedbale złożywszy do kupy obie części nieboszczyka, zapytał zgromadzonych, czy znają tego człowieka i czy wiedzą, kto tak ostro się z nim rozprawił. Anna Dickmann, nie umiejąc ukryć przerażenia, wstrząśnięta nagłym i przedwczesnym wdowieństwem, że patrzą oto na śmiertelne szczątki prezydenta Niezależnej Republiki Gemmy. Nominację widziała na własne oczy, gdzie zatem podziały się owe dokumenty?

Admirał Piotre Heftanovic poprosił piękną damę, by zechciała podejść do bakburty i wskazując dwie papierowe łódeczki, nakłonił ją, żeby własnoręcznie puściła je na wodę.Kruche stateczki w kilka sekund zatonęły w odmętach morza, którego niezwykły błękit opiewał kiedyś Homer.

– Obawiam się, droga pani, że straciliśmy je bezpowrotnie. Jak zeznała potem Fraulein Dickmann, Heftanovic dorzucił wtedy kilka słów, których znaczenie pojęła tak dobrze, iż powyższe fakty zgodziła się ujawnić dziesięć lat później, już po śmierci admirała.

– Nie muszę chyba mówić, droga Fraulein – iż jej wielbiciele ponieśli by nieodżałowaną stratę, gdyby przez pani nedyskrecje ta śliczna główka odpadła od łabędziej szyi, niwecząc zachwycająca harmonię, opartą na nierozerwalnej jedności wszystkich części ciała.

Z twarzy Anny Dickmann znikł nagle ów miedziany odcień, jakiego jej cera nabrała w pierwszych dniach malicyjskiego lata, a bladą skórę w jednej chwili popstrzyły rude piegi, Poprzysięgłszy sobie w duchu trzymać się z daleka od całej sprawy, skwitowała powyższą wypowiedź jednym pragmatycznym germańskim słówkiem: Verstehe – rozumiem.

Incydent ów stał się dla buntowników pouczającym przykładem, gdy więc wybuchło kolejne powstanie, pertraktacji z metropolią podjął się niejaki José East, żydowski krawiec. któremu obca była wszelka chciwość i dlatego osiedlił się na Gemmie, gdzie przyjęto go z otwartymi ramionami jako wyznawcę anarchizmu i wielkiego erudytę. Od razu dołączył do grona zalotników, kręcących się wokół Marty Matarasso, którą miał nadzieję olśnić trzydziestostronicową broszurą na temat wywrotowych idei Starego Testamentu, publikowaną w odcinkach na łamach gazety “Republika”.

W głównym mieście portowym kontynentu przyjął go na audiencji ten sam minister ziem i kolonizacji, który zamiast nominacji wręczył mu czek in blanco oraz abonament do burdelu madame Gudizy. W murach owej świątyni East z miłosnym zapałem i nader gorliwie głosił rewolucyjne idee Pisma zachwyconym adeptkom, które urządziły mu pożegnanie godne maharadży, kiedy po miesiącu przekonały się, że czek nie był bez pokrycia.

Z wrodzoną swej rasie mądrością East przezornie powstrzymał się od powrotu na Gemmę, a towarzysze anarchiści zamieścili o nim w “Republice” artykuł zredukowany do wiele mówiącego nagłówka: “East wybrał West”.

Przekład Dorota Walasek-Elbanowska

Redruk. Historia czerwonego kaczora 2

Jerzy Afanasjew 

Obraz 30
Plan ogólny

Do wodospadu wolno zbliża się płynący fortepian. Pierwsze sygnały wodospadu, jakieś kamienie itp. Coraz bliżej, bliżej…
Nagle kaczorkowi zachciało się łapać ryby. Chwyta leżącą na fortepianie wędkę, zarzuca.
Już tylko centymetry dzielą płynący fortepian od przepaści. Słychać huk spadającej wody.
Kaczorek odwrócony tyłem do wodospadu w ogóle tego nie zauważa. Niedźwiadek także smacznie śpi.
Nagle ryba bierze… Spływak się zanurza.
Dzięki temu fortepian zahamowany jakby kotwicą, zatrzymuje się tuż nad przepaścią. Kaczorek, nie zdając sobie sprawy z przypadkowej pomocy ciągnącej w przeciwnym kierunku ryby, stara się ją wyciągnąć.
Pęcznieją mu muskuły. Ponawia próbę. Daremnie.
W tej chwili mija ich myśliwy-lis. Strzela zlatując jednocześnie w przepaść, nic wiedząc o wodospadzie. Kula uderza niedźwiadka w nos. Kicha. Wstaje ziewając. Pomaga kaczorkowi życzliwie wyciągnąć wędkę z wody. Ukazuje się wspaniały szczupak. Fortepian, niczym nie zatrzymywany, niknie wraz z niedźwiadkiem i kaczorkiem w nurtach wodospadu. W ślad za nimi płynie olbrzymie drzewo z korzeniami.

Obraz 31

Rzeka. Koniec wodospadu. Prąd staje się coraz bardziej leniwy. Po obu stronach rzeki – las. Tuż nad brzegiem stoi chałupa leśniczego.

Obraz 32

Domek. Na sznurach suszą się skóry różnych zwierząt. Pod oknem stoi ceber z wodą. W oknie okiennica z serduszkiem, za nią kwiatki. Śmieszny, ujadający jamnik na łańcuchu.

Obraz 33
Plan ogólny

Wnętrze domku. Lisica pierze bieliznę. Ceber jest pełny przelewającej się wciąż piany.

Obraz 34

Przy stole siedzi znany nam lis, w samej koszuli. Na ścianie trofea myśliwskie: rogi jelenie.
Lis pożera żarłocznie całą wazę z makaronem. Obok wisi na sznurach ubranie, kapelusik, strzelba. Z ubrania kapie woda, tworząc powiększającą się na podłodze kałużę.

Proszek do prania “z epoki”, tu zdjęcie z zapuszczonej warszawskiej willi w ogrodzie.

Obraz 35

Słychać ujadanie psa. Lis-myśliwy nastroszył uszy. Pukanie. Lis się straszliwie uśmiecha. Daje żonie znak, by nie otwierała. Zakłada na głowę zdjęte ze ściany rogi jelenie i w tym przebraniu zmierza do drzwi. Otwiera, zapraszając przybyszy do środka.
Są to kaczorek i niedźwiadek, przemoczeni do suchej nitki.

Obraz 36
Zbliżenie

Lis przekręca klucz w zamku, zamykając drzwi na dwa spusty. Puchacz siedzący na sofie otwiera przerażone oczy.

Obraz 37

Nagle lis porywa strzelbę, wskakuje na stojący zegar szafkowy i mierzy w przybyszy.
Przerażony kaczorek wlatuje do ceberka z mydlinami. Wylewa pianę-mydliny.
Mydliny rozpływają się po całej podłodze. Wszystko zaczyna się ślizgać, łącznie z meblami. Zaczynają się dziać straszliwe rzeczy. Wszystko jeździ po pokoju. Mydliny mydlą się coraz bardziej i rosną. Makaron stojący na stole dopełnia reszty. Wszystko zaczyna się  plątać na dobitek w makaronie.

Obraz 38
Plan ogólny

Kaczorek i niedźwiadek wyskakują przez okno. Wpadają do stojących pod oknem beczek z wodą.
Natychmiast wyskakują.
Na falach przy brzegu kołysze się fortepian.
Porywają myśliwemu wiosło. Wskakują na fortepian i wiosłując “na pych” – odpływają. Pies pędzi za nimi, ciągnąc za sobą budę.

Obraz 39

Za uciekinierami pędzi z warkotem motorówka z lisem-myśliwym, pozostawiającym za sobą wysokie fale, które wylewają się aż na rosnący na brzegu rzeki las.

Obraz 40
Plan ogólny

Koryto rzeki zakręca.
Fortepian zręcznie kierowany, na chwię zbacza z rzeki, przecinając las na przełaj i znów wskakuje do rzeki.
Motorówka myśliwego też skraca tak sobie drogę.
Z lasu wyłamuje się drzewo. Pada pomiędzy ściganych a goniącego. Szczątki lisa krążą w powietrzu. Ogon, fuzja, motorówka.

Obraz 41
Plan ogólny

Po falach rozległego morza weseło balansując płynie znany nam fortepian z naszymi znajomymi. W środku ustawiony mały maszt, na którym – jako żagle – suszy się bielizna kaczorka i niedźwiadka. Na skraju fortepianu nogami w wodzie siedzi niedźwiadek w szlafroku i łapie ryby na wędkę. Kaczorek, wesół i szczęśliwy, zaczyna znów tańczyć i stepować po otwartej klawiaturze. Muzyka jazzowa. Mewy tańczą w powietrzu, z wody wyskakują ryby, wieloryby i delfiny i tańczą radośnie w powietrzu.
W ostatniej chwili kaczorek poślizguje się i wpada do wody. Niedźwiadek, zadowolony, że złapał rybę, wyciąga prychającego wodą kaczorka.
Odpływają.

Długie przenikanie.


Yellow submarine była o 10 lat późniejsza niż przygody kaczorka.

Obraz 42
Plan średni lekko z góry

W kabinie piękniejszego niż poprzedni samolotu jadą niedźwiadek i kaczorek. Wiatr rozwiewa im szaliki. Lawirując pomiędzy chmurkami, kaczorek ułatwia niedźwiadkowi zrywanie kwiatków rosnących na chmurkach. Miś ma już ich duży bukiet. Kaczorek śpiewa znaną nam już z poprzedniego lotu piosenkę. Wysoko mija ich znowu parostatek z aniołami. Machają chusteczkami.
Pojawia się też uśmiechnięte, skrzydlate słońce.

Obraz 43

Olbrzymia kopuła nieba. Piosenka kaczorka śpiewana falsetem, ale tylko jako kwa kwa kwa. Pod niebem widzimy balansujący samolot.
Od samolotu odłącza się jakiś punkci. Zaczyna rosnąć i rośnie coraz bardziej.
To bukiet kwiatów zerwanych przez misia.
Kolorowe kwiaty rozlatują się w powietrzu i układają się na ekranie w napis:
KONIEC

Ściemnienie:

Wesoły śpiew kaczorka (basem) 

Z tomu Anioł i mucha, Biblioteka Stańczyka, Warszawa 1959
OCR nie chciał tego czytać, a zatem tekst ręcznie przepisała dla Państwa
adminka 🙂

Redruk, ale jaki! Historia czerwonego kaczora 1

Historia nie jest oczywiście identyczna, tak by być nie mogło, napisana też została w zupełnie innych czasach i całkiem inny był jej wyraźny podtekst polityczny, ale jest w niej wszystko, co i nam się przyda – są cudowne narodziny następcy tronu – kaczora w… kurzym gnieździe (czytaliście przecież historię o tym, jak się cudownie urodziło dwóch niebieskich chłopców!), jest chytry lis, jest katastrofa samolotu w lesie, jest przyjaźń kaczora i białego niedźwiadka… Są nawet koty…

Tekst wydany w roku 1959…
Tak tak, proszę państwa, czytajmy starocie…

Jerzy Afanasjew 

Historia czerwonego kaczorka

Jest to scenariusz filmu animowanego. Widzę go w kolorach czystych, prawie technicznych, osiągniętych przez zmieszanie różnych gatunków tuszu.
Kaczorek powinien być czerwony, mieć biały dziób i białe lub czarne oczki.
Lis jako przedstawiciel “złej rasy” – czarny z białymi kłami.
Niedźwiadek bialutki.
Muzyka winna być żywa i śmieszna, a więc: bęben, trąby, ksylofon.

Autor

Słyszymy dźwięki wspaniałego wojskowego marsza. Na ekranie pojawia się czołówka. Litery czołówki składają się z barwnych kwiatów. W klatce filmowej pojawia się kaczor – bohater filmu – połyka żarłocznie kwiaty z liter, trzaskając przy tym dziobem z szybkością karabinu maszynowego. Tym samym likwiduje litery. Analogiczna sytuacja obejmuje napisy: eksploatacja itd.

Obraz 1
Zbliżenie

W dalszym ciągu słyszymy wojskowego marsza. Widzimy wspaniały tron. Z dwóch jego stron, wzdłuż prowadzącego doń chodnika kokosowego, stoją szpalerem ludzkiego wzrostu koty-wiarusy z karabinami na “prezentuj broń” (rysunek kotów nieruchomy). Zaczyna się wolny najazd w stronę tronu. Na tronie, na lamowanej poduszce siedzi kokoszka w koronie, zajęta składaniem jajka. Poniżej – dumny kogut w generalskim mundurze z nienaturalnie wypiętą piersią dzwoniącą stertą krzyży i medali, z nieodłączną szarfą z gwiazdą, szpadą, pierogiem dyplomatycznym. U łap ostrogi.
Kogut pieje.

Obraz 2

Nagle kokoszka poczyna gdakać i sfruwa z tronu, pozostawiając na poduszce jajko. Gubi w powietrzu pióra.

Obraz 3
Zbliżenie

Na szczycie jajka – mała, mikroskopijna korona. Nagle jajko poczyna rosnąć. Korona także. Na skorupie jajka zwiększa się coraz bardziej rysunek “twarzy” znajdującego się w środku pisklęcia – brzydkiego kaczorka. Martwy rysunek przewraca oczyma.

Kaczorek. Wykonanie: Wnuk. Zdjęcie: Synowa.

Jajko – na skutek tego i rysunek – stają się coraz większe. Jajko z trudem już utrzymuje się na tronie. Jest olbrzymie. Ma ze dwa metry średnicy. Dwór patrzy przerażony… Nagle jajko pęka. Potworny huk.
Na tronowej poduszce stoi normalnej wielkości mała kaczuszka ze znanym nam z rysunku na jajku sympatycznym dziobem. Tak samo jak na rysunku przewraca oczyma i strząsa z siebie resztki skorupy i klejącego się białka. Na głowie pisklęcia korona, u boku szpada.

Obraz 4
Plan ogólny

Koty-gwardia strzygąc wąsami krzyczą trzykrotnie “Hura, hura, hura!” Orkiestra (trąby) zaczyna grać “Sto lat”.

Obraz 5
Plan średni

Mały następca tronu idzie wzdłuż szpaleru kociej gwardii. Koty są potężne, wysokie, ludzkiego wzrostu.
Kaczor-książę jest przy nich malutki, wielkości małego kaczorka.
Idzie dziarskim krokiem. Oddaje honory szpadą.
Mijanym przez następcę kotom ciurkiem ciekną z oczu koraliki – łzy wzruszenia.
Akustycznie zbliżamy się do werbli i orkiestry.

Obraz 6
Plan średni

Orkiestra składa się z dwóch świnek grających na olbrzymich trąbach, a jednocześnie skaczących pionowo na kotłach. Spadając uderzają siedzeniem w bęben. Grają i bębnią zarazem. Rzecz jasna dzieje się to z niewiarygodną szybkością, by uzyskać rytmikę werbli.
Jedna ze świnek, za mocno uderzywszy w bęben, wpada do środka. Szybko z niego wychodzi, ale przez otwór włanego ryjka.
Jeremiasz Hilary Bob, dr filozofii w filmie Yellow submarine Beatlesów. W pewnym momencie połknie wszystko, łącznie z samym sobą… Wydaje mi się bardzo podobny do świnki, który wychodzi z bębna przez własny ryjek…, jest jednak od niej o 10 lat młodszy…

Gdy przechodzi następca tronu, jedna ze świnek dmie tak mocno w trąbę, iż zwiększa się do rozmiarów dużej świnki i nagle pęka – znów zamienia się w malutką świnkę.

Obraz 7
Plan ogólny

Słyszymy ciągle marsza.
Na zielonej łące z kwiatami ustawiony jest śmiesdzny samolot, gotowy do odlotu. Kręcące się śmigło wznosi swym pędem roje kwiatów, wyrywając je z łąki.
Kaczorek wsiada do samoloty żegnany przez rodziców. Nakłada na dziób okulary lotnicze. Powiewają chusteczki. Ryk silnika. Start.

Obraz 8
Plan ogólny

Muzyka się oddala. Niebo z niekończącym się rojem białych chmurek. Daleko pojawia się nasz samolot. Lawiruje groteskowo wśród chmur, jakby nie chciał się zderzyć.

Obraz 9
Plan średni w ruchu

Samolot. Za samolotem przesuwają się chmurki. Gdzie niegdzie na chmurkach rośnie kolorowy kwiatek.
W otwartej kabinie siedzi kaczorek  w lotniczych okularach. Czyta olbrzymią płachtę gazety. W dziobie zawadiacko wetknięta dymi olbrzymia fajka. Pyka. Unosi się dym w formie jajek. Kaczorek śpiewa falsetem wesołą piosenkę. Samolot mija w powietrzu sznur zdziwionych jego prędkością bocianów i kolorowych motyli.
Zza chmury pojawia się pucołowate, żółte słońce z uśmiechniętą twarzą. Unosi się na skrzydłach. Wolnymi ruchami skrzydeł zmienia pozycję – to chowając się, to wychodząc zza chmury.

Obraz 10
Plan ogólny

Nad samolotem płyną na wznak anioły czytające gazety. Pojawia się parostatek, ma koła napędowe z boku, jak te, które pływały kiedyś po Amazonce. Na parostatku tłumy aniołów kiwających przyjaźnie do kaczorka. Machają chusteczkami.
Nagły akord muzyczny, w formie ostrzeżenia.

Obraz 11
Plan ogólny

Rzedniejący las.
Myśliwy – lis w tyrolskim kapelusiku mierzy z fuzji do jelenia.
Słychać warkot samolotu.
Lawiruje groteskowo wśród chmur.
Lis-myśliwy zmienia kąt strzału.
Lufa wznosi się w powietrze.

Obraz 12
Plan średni lekko z góry

Samolot. Beztroski kaczorek  czytający gazetę.
Huk. Kula wybija w skrzydle olbrzymią dziurę. Kaczorek nie zwraca na to uwagi, czyta gazetę.

Obraz 13
Plan średni

Lis jest wściekły. Pysk trzęsie mu się ze złości. Kłapie zębami. Znów nabija fuzję.

Obraz 14
Plan średni lekko z góry

Kolejne strzały lisa odtrącają z samolotu ogon, skrzydła, kadłub.
Kaczorek spokojnie pyka fajkę, śpiewając i czytając gazetę. Nadal nic nie zauważa. W powietrzu leci już tylko szczątek samolotu i cudem trzymający się osi fotelik z kaczorkiem.

Obraz 15

Rozwścieczony lis nabija fuzję całymi pasami nabojów i szarpie za cyngiel.
Potężnie nabita fuzja, rycząc i dymiąc, stara się wyrwać w powietrze, wodząc za sobą myśliwego po polanie leśnej. Lis kurczowo trzyma się strzelby. Potężny strzał. Myśliwy wraz z fuzją ulatuje w powietrze.
Jeleń, zdziwiony, patrzy w górę.
Wiewiórki wychylają głowy z dziupli.

Obraz 16
Plan średni lekko z góry

Tuż obok kaczorka lecącego na foteliku z furkoczącym śmigłem pojawia się myśliwy-lis. Kaczorek spostrzega myśliwego, wciska mu na oczy jego własny kapelusz. Szczątki samolotu zderzają się z chmurą. Huk.

Brzoza. Mgła.

Obraz 17

Po czystym niebie krążą, każde z osobna, dymiąca fajka, przerażony kaczorek, pióra, gazeta, kwiaty, kilka gwiazdek, okulary.
Fajka przedziwnym trafem sama trafia do dzioba kaczorka.

Obraz 18

Kaczorek spada głową w dół. Z przerażenia otwiera dziób (fajka chyba wypada? – pytanie przepisywaczki), przebiera bezskutecznie łapami. Mija przerażone ptaki. Zbliża się do powierzchni jakiejś wody. Na skutek zderzenia wytryskuje w niebo potężna fontanna i masa ruszających ogonami, przerażonych ryb.

Obraz 19

Następny opada (na siedzeniu) myśliwy-lis. Spada wprost na twardy brzeg. Doznaje wstrząsu. Rozchodzi się wizyjnie na osiem zdezorientowanych lisów. Powoli obraz wraca do jednego lisa.

Obraz 20
Plan średni

Lis wstaje, gotów do strzału zbliża się do brzegu płynącej wartko rzeki. Z tyłu za nim, z piasku wywierca się kaczorek. Podchodzi ukradkiem do lisa i kopie go w tyłek.
Lis wpada do wody.
Po powierzchni płynie tyrolski kapelusik.

Obraz 21

Po wartkim nurcie rzeki płyną porwane prądem drzewa i mały domek z czerwonym daszkiem. Z komina unosi się dym. Przez otwarte okno słychać potworne chrapanie. W rytm chrapania domek kurczy się i rośnie.
Domek porywany wirami tańczy po wodzie, zatrzymuje się, niekiedy obraca się w kółko.

Obraz 22
Zbliżenie

Z wody wystaje złowieszczo ostra belka, po której wyłazi lis. Domek, obracając się na wirach, zbliża się nieuchronnie do złowieszczej belki.

Obraz 23
Na brzegu zaniepokojone norki skaczą po kolei do wody. Matka z dziećmi. Piszczą ze strachu.

Obraz 24
Zbliżenie

Trzask. Z drzazgami domu wirują w powietrzu garnki, gramofon, donice z kwiatami i lis-myśliwy. Z domu ocalał tylko fortepian, kołyszący się na falach rzeki. Otwarta klawiatura. Na pulpicie nuty, na fortepianie wazon z kwiatami i przeraźliwie chrapiący biały niedźwiadek w czarnym fraku.

Obraz 25
Plan średni

Stojący na drzewie kaczorek wskakuje na przepływający fortepian.
Staje na otwartej klawiaturze, zaczyna stepować, a tym samym grać, jednocześnie śpiewając. Kaczorek kpi sobie z lisa.
Słyszymy jakąś znaną melodię jazzową.

Obraz 26

Numer solowy kaczorka stepującego po klawiaturze jak stary aktor, urodzony w varieté.

Obraz 27
Plan średni

Słysząc wesołą melodię, ryby wyskakują z wody i wskakują długimi rzędami do pyska śpiącego niedźwiadka, któremu od nadmiaru ryb pęcznieje brzuch. Niedźwiedź słodko się oblizuje i uśmiecha przez sen.

Obraz 28

Przemokły do suchej nitki lis wyłazi z wody na brzeg. Stara się coś znaleźć, by dogonić uciekinierów. Wrzuca do wody swój kapelusz. Staje na nim na jednej nodze jak bocian i z fuzją podniesioną do strzału płynie za uciekinierami.

Obraz 29

Olbrzymi wodospad, siągający pod niebo prawie. Groźna woda zrzuca drzewa i olbrzymie głazy.

Obraz 30
Plan ogólny

Do wodospadu wolno zbliża się płynący fortepian. Pierwsze sygnały wodospadu, jakieś kamienie itp. Coraz bliżej, bliżej…

Ciąg dalszy jutro…

Z tomu Anioł i mucha, Biblioteka Stańczyka, Warszawa 1959
OCR nie chciał tego czytać, a zatem tekst ręcznie przepisała dla Państwa
adminka 🙂

Reblog czyli przedruk czyli redruk…

Tak mi się przypomniało.  Wyciągnęłam tę opowieść z lamusa i z regału, gdy się okazało, że wszyscy mamy pisać donosy na siebie. To nawet całkiem niedawno było, ale pomysł chyba gdzieś przepadł na skrajach i obrzeżach Europy, i nikt chyba o nim nie pamięta. Kilka wzorów, jak pisać donosy…

Tymczasem jeszcze tylko dziś w Krakowie na plantach przy Bunkrze Sztuki wystawa dokładnie na ten sam temat, na temat “Polaka według Mrożka”, co jest zgrozą. Organizatorzy piszą: Sławomir Mrożek spogląda w polskie dusze, tocząc opowieść o naszej tęsknocie do wielkości, dumie narodowej, wymachiwaniu szabelką, romantycznych zrywach i niecierpliwości do codziennego gospodarowania swoim życiem, małostkowości i zawiści.

Jeśli jesteście w Krakowie, to pędźcie tłumem nieprzerwanym… Ale jeśli nie zdążycie, to nie lękajcie się, bo aż do 2 września oglądać też można mrożkowską aranżację Bulwaru nad Zalewem Nowohuckim..

Sławomir Mrożek

Z ciemności

Straszna nas na tej wsi głuchej ciemnota ogarnia i zabobon. Ot i ja – wyszedłem na stronę za własną potrzebą, ale teraz nietoperze-gacki całymi stadami, jak liście w październiku, latają, o szyby skrzydłami biją, boję się, że mi się któryś do włosów na wiek wieków wkręci. Więc siedzę, wyjść nie mogę, choć mi pilno – i sprawozdanie do was, towarzysze, piszę. Zatem, co się tyczy skupu zboża: od kiedy diabeł się we młynie ukazał i czapką się pięknie pokłonił – procenty spadają. A czapkę miał kolorową: czerwoną, białą i niebieską, z napisem Tour de la Paix – po francusku. Chłopi młyn omijają, zaś kierownik młyna i jego żona rozpili się ze zgryzoty i już się zdawało, że przełomu żadnego nie będzie, kiedy młynarz młynarzową wódką oblał i podpalił, a sam się puścił aż do uniwersytetu ludowego, żeby się na marksizm zapisać, bo, jak powiada, dosyć już tych pierwiastków irracjonalnych ma i chce coś przeciwstawić.

Zaś młynarzowa spłonęła i przybyła nam jeszcze jedna strzyga.

Bo trzeba wam wiedzieć, że u nas nocami coś tak wyje… że aż się serce kurczy. Jedni mówią, że to duch biedniaka Karasia tak zawodzi na kułaków, inni – że to bogacz Krzywdoń po śmierci tak się skarży na obowiązkowe dostawy. Ot, zwyczajna walka klasowa. A moja chata samotna pod lasem stoi, noc czarna i las czarny i myśli moje jak kruki. Sąsiad mój Jusienga raz pod lasem na pniaku siedział i czytał „Horyzonty techniki”, aż tak go coś zaszło od tyłu, że trzy dni chodził z oczami w słup.

Poradźcie, towarzysze, my tu sami jedni w środku kraju leżymy, a dookoła wiorsty i mogiły.

Mówił mi leśnik jeden, że kiedy pełnia – na duktach i przesiekach same głowy bez tułowiów toczą się i gonią, w czoła zimne się pukają i turlają, jakby dokądś chciały, a kiedy świt – wszystko znika i tylko chojary szumią, ale nie za głośno, bo się boją. Boże jedyny! Za nic teraz nie wyjdę, nawet za największą potrzebą. I tak ze wszystkim jest. Wy nam mówicie: Europa. A tu, co postawimy mleko na kwaśne, to skądś wyłażą garbate karzełki i szczają nam do garnków.
Raz stara Glusiowa się obudziła całkiem zlana potem. Patrzy – a tu na pierzynie kredyt maluśki siedzi, co go jeszcze przed wyborami przyznali na wybudowanie mostku, a zaraz potem umarł bez ostatniego pocieszenia – siedzi, cały zielony, śmieje się i dusi. Baba w krzyk. Ale nikt nawet z domu nie wyjdzie. A bo to zawsze wiadomo, kto krzyczy? Z jakich pozycji krzyczy?
A na tym miejscu, gdzie miał być mostek, z powodu jego braku utopił się artysta. Miał dopiero dwa lata, ale to był geniusz i jakby wyrósł, toby wszystko pojął i opisał. A tak, to tylko lata i fosforyzuje.
Rzecz jasna, że przez te wszystkie wypadki w naszej psychice zachodzą zmiany. Ludzie dają wiarę gusłom i zabobonom. W utopców, w upiory, nawet w czarownice wierzą. Owszem, jest u nas taka jedna baba, co krowom mleko odbiera i kołtuny sprowadza. Ale my ją chcemy przyciągnąć do Partii, żeby wytrącić z ręki argument przeciwnikom postępu.

Jakże one tymi skrzydłami łopocą, Boże uchowaj, jak latają, jak piszczą: „Pi pi” – i „Pi pi” znowu! Hej, nie ma to, jak te wielkie budowle, wszystko tam jest pewnie pod dachem i nie trzeba wychodzić pod las.

Ale to wszystko nie jest najgorsze. Gorzej, że jak to piszę, drzwi się otwarły, świński ryj się w nich ukazał i tak jakoś dziwnie na mnie patrzy, patrzy…

A nie mówiłem, że u nas inna specyfika?

List z domu starców

Dzisiaj w naszym domu starców, panie, zawrzało jak w ulu. Znoszą mnie, jak zwykle, na śniadanie, a tu w naszej świetlicy na ścianie wisi nowa „Błyskawica“. I przeciw komu? Przeciw naszemu sekretarzowi, koledze Glusiowi. Siurpryza niebywała, panie, bo kolega Gluś, choć smarkacz – zaledwie po siedemdziesiątce – od pięciu lat trząsł nami, jak chciał. To on na rocznicę rewolucji rzucił hasło, żeby każdy z nas zobowiązał się zemrzeć przed terminem. A tymczasem po cichu nie odmawiał, kiedy mu ktoś z nas na boku zafundował kleik. Mówiono o nim, że za kleik wszystko zrobi. To on, kiedy kolega Pyziewicz, zupełnie głuchy, na uroczystej akademii w pięćdziesiątym drugim roku zawołał w dobrej wierze: „Niech żyje car Mikołaj!“ – wyciągnął konsekwencje. Wiadomo tylko, że potem przyszli jacyś dwaj i opieczętowali sztuczną szczękę, którą kolega Gluś zostawił na stoliku nocnym. Z kolegą Pyziewiczem do dzisiaj nie wiadomo, co się stało. Szczęka jest nadal opieczętowana.

Każdy, kto miał jakąś przeszłość jak ognia bał się kolegi Glusia. Sędziwy Pac-Pacyński, w czasie młodości nadpiłowany przez rebeliantów Szeli, zmuszony był podać w ankiecie, że to nadpiłował go pułkownik Beck za antysanacyjną postawę. Kolega Kaczka, któorego Gluś potępił na zebraniu za uprawianie szwedzkiej gimnastyki – załamał się i ufarbował sobie brodę na czerwono. Koleżanka Noga natomiast od dawna nosiła warkocze. Otóż kolega Gluś wykrył, że to satyra na Chińczyków, na te Chiny nasze, panie, Ludowe. Koleżanka Noga uratowała się dopiero tym, że zobowiązała się robić na drutach transparenty na Pierwszego maja.

Ze mną samym, panie, rozmaicie bywało. Ponieważ umiałem grać na bajanie, więc kolega Gluś wyznaczył mnie na przewodniczącego miczurinowskiego kółka. To nawet było niezłe, bo miałem zwolnienie z toru pprzeszkód, ale raz była inspekcja i sam musiałem zjeść kilo śrutu. Że to niby udało się nam wyhodować borówki na sucho, bez użycia lasu.

Wszyscy pamiętamy dzień, kiedy koleżance Etual wypadła puderniczka. Koleżanka Etual jest mniej więcej w wieku kolegi Glusia i z tego powodu należy się jej pobłażliwość. Ale kolega Gluś urządził pokaz pokazowy, w wyniku któorego cały nasz dom stanął pod zarzutem gomułkowszczyzny, zaś koleżanka Etual, przeżywszy, panie, przełom, poczęła pisać wiersze ku czci małorolnych. Jeden wierszyk na ten temat powinienem mieć przy sobie, bo kolega Gluś kazał wszystkim uczyć się na pamięć. Gdzie ja to mam, zaraz, zaraz – aha!

O ty! Małorolny!
Prosty i oddolny!
Nie siejesz, nie orzesz,
a odstawiasz zboże.

Ładny, panie, wierszyk.

Takich pociągnięć kolegi Glusia można by sobie więcej przypomnieć. Raz, jak była straszna burza, a kolega Tran odezwał się o niej lekceważąco, mówiąc, że w roku 1880 była większa – to kolega Gluś oskarżył go o malkontenctwo i tęsknotę za starym. Kolega Gluś ma chorą wątrobę i nigdy inaczej o tym nie mówił jak „przeklęta spuścizna kapitalizmu“. Kiedy indziej zmusił nas, byśmy wystosowali do władz prośbę o przemianowanie naszego zakładu z „Domu Starców“ na „Dom Starców Dońskich“. I taki to człowiek, którego się wszyscy baliśmy, spotkał się dzisiaj z krytyką. Doczekaliśmy się wreszcie, że jego metody zostały napiętnowane. Wszyscy cisną się do „Błyskawicy“, żeby przeczytać na własne oczy. Na dole, w samym rogu, jest wzmianka o tym, że kolega Gluś, jak śpi, to za głośno chrapie przez sen. Tak, tak… Nadeszły nowe czasy…

Postępowiec

Komunikaty i ogłoszenia
Dyrekcja zawiadamia, że w ogóle nic się nie odbędzie i nie ma o czym mówić.

Z życia nauki
Po dłuższych badaniach uczeni polscy ustalili miejsce, gdzie leży pies pogrzebany. Na miejsce udała się specjalna ekspedycja.

Honduras.
Donosiliśmy onegdaj, że do regulaminu tamtejszej armii wprowadzono tytułem próby pewną reformę. Mianowicie tradycyjny okrzyk „Za Ojczyznę” używany podczas ataków – został zastąpiony szerszym: „Za Ojczyznę i w ogóle“.
Nowe hasło nie zdało jednak egzaminu, ponieważ osłabiało patos walki.

Z kraju
Wstecznictwo w sadownictwie
W czasie ćwiczeń polowych harcerze odkryli, że ogrodnik K., od dawna już podejrzany o działalność, w kącie swojego ogrodu, pod osłoną łopianów, pielęgnował kiełki starego.

Rysunki wybrałam z sieci, nie wiem czy te same są na wystawie…

Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 4

Andrzej Stasiuk jedzie przez Polskę. Na Wschód. W Wielką Środę wyjechał od matki i po drodze wciąż jeszcze z nią rozmawia.

Z powieści Wschód, Czarne 2014, strona 69-75

Wielka Sobota

Tomaszów. Opłotki. Wielka Sobota. Czerwone wozy straży parkują pod kościołem. Odnajduję osiemset pięćdziesiątkę i ruszam w stronę Hrubieszowa. Kiedy zaczynają mówić księża redaktorzy, wyłączam. Mówią ślisko i martwo. Zupełnie inaczej niż ci wszyscy, którzy z tych domów, z tych gminnych poczt wysyłają wdowie grosze. To tak, jakby płacili za to, że czasami mogą mówić łamiącym się głosem z głębi nocy, z otchłani swojego Wielkiego Piątku, swojej Soboty. Wypełniają czerwone przekazy i płacą za to, że ktoś ich wysłucha. Jadwiga z Lubaszowa. Stefan z Oleszyc. Znikąd. Niemi, odłożeni, odwieszeni na haczyk nicości. Płacą i mogą przemawiać z głębi swojej samotności, z głębi swojego lęku. No więc jadę i czuję w powietrzu wokół ich głosy. Gdyby nie to radio, nigdy bym ich nie usłyszał, nie usłyszałby ich nikt. De profundis. Krajobraz faluje. Łagodne grzbiety wzgórz toczą się na wschód ku granicy. Jasnozielone i brunatne na przemian, podzielone geometrią miedz. Spłachetki. To zniknie, gdy ostatni starzy umrą, a młodzi odejdą. Czasami widuję ich razem w tych sklepach z blachy wypełnionych trupim światłem. Dziadkowie i wnuki. Młodzi podnieceni, z gorączka w oczach. Starzy czujni, ostrożni, w ubraniach z dawnych czasów. Podążają niepewnie w ślad za młodymi, którzy poruszają się jak w hipnozie. Wnętrza są bez okien. Jak grobowce, jak prosektoria. To się pewnie tak skończy. Wszyscy tam przyjdą i dadzą się zamknąć. Potem zgaśnie nawet trupie światło i będą chodzić, będą pełzać, świecąc sobie telefonami, aż skończą się baterie. Takie myśli miałem, jadąc osiemset pięćdziesiątką na Hrubieszów. Mijałem kobiety na rowerach wiozące święconkę. Duże wiejskie kosze przykryte białymi serwetkami. Była Wielka Sobota. Przydrożne krzyże ktoś przybrał kolorowymi wstążkami. Pod jednym palił się czerwony nagrobny znicz. Ale na przekór otchłani, która otwierała się u fundamentów świata, dzień był ogromny i świetlisty. Od Wyżyny Wołyńskiej blask ciągnął jak wiatr.

Kiermasz wielkanocny w Hrubieszowie  2014. Organizatorami kiermaszu były: Hrubieszowski Dom Kultury i Gminny Ośrodek Kultury w Wołajowicach. Wzięło w nim udział około 50 wystawców, którzy oferowali tradycyjne i współczesne palmy, stroiki, pisanki i wiele innych świątecznych wyrobów.

W Hrubieszowie przy kościele ubrane na obcisło chłopaki stały wokół passata. Drzwi były pootwierane i dudnił bas. Wsłuchiwali się i coś podkręcali. Kościół stał na skarpie nad Huczwą. Ludzie szli z koszykami, ale obok, bo święcenie było chyba pod gołym niebem, koło dzwonnicy, więc przy Grobie Pańskim pustawo. Właściwie same stare kobiety, czyli jak w życiu. Bo przecież po wsiach przy nieboszczyku też czuwały babki i ciotki, paląc świece i szepcząc modlitwy. Tak było i tu. W chłodzie, w pólzmroku, w ciszy. Grób był prosty. Tylko zwłoki i kwiaty. Na ścianie powyżej rozpięli malowidło. Biblijna scena z pustynią, głazami i grobowcem, do którego zmierzał ciemnowłosy lud w białych szatach. Tak się to miało zacząć – w odległej ziemi, bez naszego udziału. Przyszło z dawna i z daleka. Nad Huczwę i teraz tu płaczą. Że go zabili. A sami to nic. Czekali na gotowe. Naiwni i niewinni po wieki wieków. Tylko chwilę przysiadam i zaraz dalej. Szukam siedemdziesiątki czwórki. Po drodze mijam cerkiew wśród wysokich drzew. Blaknie, rudzieje. Miasto zaraz się kończy, parteruje, tralki, balustradki, usiłowania. Wyjeżdżam, skręcam na Orlen, żeby wziąć podwójne espresso w kartonowym kubku. Piję łapczywie i prawie się parzę, bo chcę w tym najciemniejszym dniu świata mieć jasny umysł. Żeby to wszystko, co widzę i słyszę, wchodziło głębiej. Żeby przeszywało na wylot. Ponieważ nic innego nie możemy zrobić. Po prawej zaczyna się niski, zielony wygon ze stadami gęsi. Wszystko się zgadza. Husynne. Bug rozlewa się niebiesko i szkliście. Rzeka dzieciństwa jak żyła w ciele. Może pierwsza rzeka, jaką widziałem z życiu. Bo przecież jak mieszkaliśmy na Grochowie, to wcale nie musiałem widzieć Wisły. Pakowałaś mnie w becik i hajda na wschód. Tymi ciężarówkami z żelazną drabinką, którymi chłoporobotnicy wracali z pracy. I my między nimi. Ja w beciku, ty w płaszczyku z tym futerkowyrn kołnierzem i w chustce na głowie. Na wschód. Żebym jak Anteusz mógł dotknąć tamtych ziem. Samochodem Lublin, samochodem Star na drewnianej ławie. Wydaje mi się, że do dziś pamiętam zapach tamtych ciał, ubrań i spalin. Tytoń, piwo i benzyna. I teraz ilekroć widzę Bug, to cofam się w czasie. Odzyskuję siły. Myślę, że mógłbym to wszystko, co się wydarzyło, zapamiętać od nowa, jeszcze mocniej. Może byłem ślepy jak kocię i gdy otworzyłem pierwszy raz oczy, to on tam płynął. Wyglądałern z becika. Pięć minut od drewnianej chałupy. Przez piaskową górę i już zaczynała się sucha równina, gdzie kilka lat później znajdowałem skamieniałe pioruny. Ale teraz znajduję skrót do osiemset szesnastki i zaraz zaczyna się Horodło. Przed niskim domem z cementowej cegły wiszą dwa strażackie mundury. Schną na słońcu i wietrze. Piach podwórka jest niemal biały. Wokół nie ma nikogo i tylko te czarno-seledynowe, fosforyzujące uniformy łopocą niepokojące w bezludnym krajobrazie. Po prawej znowu zjawia się rzeka. On tego dnia schodzi do piekieł, ale w Horodle z jakiegoś powodu nie mogę odnaleźć kościoła, więc jadę dalej na północ i dopiero w Dubience trafiam na świątynię. Biała, skromna, barok, neobarok stoi trochę na uboczu.
W środku pachnie wilgocią i wschodnim opuszczeniem. Na chórze łuszczą się organy niczym porzucona dziecinna zabawka. Pusto. Trzy osoby. Dwóch strażaków w takich mundurach jak tamte schnące. Trzymają straż u grobu, ale jakoś tak dziwnie. Zapewne z szacunku stoją twarzamí do grobowej wnęki i tyłem do reszty świata, więc jako warta są raczej do niczego. I znowu stara kobieta z różańcem. Paciorki powoli wysypują się z jej dłoni. I cicho rzeczywiście jak po śmierci, ale z okien leje się piękna jasność. Cała trójka wyglądała jak obraz. Przycupnąłem z dala, by nie burzyć kompozycji. W końcu byłem tylko przejazdem. Brązowy papier do pakowania udawał skały, ale białe kwiaty w doniczkach wyglądały na prawdziwe. I jeszcze tylko zwłoki i nic więcej. Moze tak powinien się objawiać ze swoim życiem albo śmiercią. W ciszy, w samotności, w pustce. A nie bekliwym tłumom, które jak już się zbiorą, to w końcu zaczną wołać to swoje „Ukrzyżuj!” Obojętnie kogo. Tak jak w tym radiu. Gdy mówią ci z głębi swojej samotności, nigdy nie mówią „my”. Dzwonią z ciemności swojego losu, zza horyzontu dzwonią. Spod ziemi i z czterech ścian. Nigdy nie mówią „my”. Potem odzywa się szef ze swoją mendowatą mową, z tym kleistym językiem, który ledwo się obraca, ledwo brnie, lecz kala wszystko, czego dotknie. Są tylko „oni” i „my”. I ani żywej duszy. Jakby żaden Bóg się nie wcielił w człowieka, tylko miał zjawiać się na zawołanie, by pognębić „onych” oraz „mych” wywyższyć. Bug wyciąga swoje zielone ramię wzdłuż szarej szosy, wskroś tego parterowego kraju złaknionego pociechy, a ja wysluchuję na ukaefie diablej, nienawistnej gadki, która przemawia w imię religii, głoszącej, że „na początku było Słowo”. Ukaef to wszystko znosi jak papier i jeszcze pewnie ze swoją ukaefią obojętnością rozpyla trutkę nad Ukrainą i Białorusią. Panie, wiem, że jesteś zajęty, że nie masz Czasu, że dziś odwiedzasz piekło, ale uważam, że powinieneś rozpędzić mój naród na cztery wiatry. Powinieneś przepędzić go od siebie jak tych przekupniów ze świątyni. Na jakąś pustynię ich wygnać, żeby się tułali jak Żydzi. Żeby im się nie wydawało, że mają do Ciebie jakiś grupowy dostęp, że ich będziesz zbiorowo rozpatrywał i liczył im te wszystkie plemienne zasługi, które sobie wyobrażają, zapisują i potem w nie wierzą. Że to są zasługi przed Tobą. Panie, ja bym ich na Twoim miejscu rozgonił po całym świecie na tysiąclecia jak naród Izraela i dopiero by się okazało, ile są warci, jakby nie mieli tego swojego Mazowsza, Kieleckiego, Grunwaldu, tych wszystkich listopadów, styczniów i wrześniów dymiących spalonym mięsem, toby się okazało. Jakby nic nie mieli. Jakby nie mieli żadnego Ruska, Niemca ani Żyda na usprawiedliwienie, ani tego swojego papieża by nie mieli na pogański kult, tylko na sto kilometrów piasek, toby bylo wiadomo, czy oni wierzą, czy tylko robią narodowy interes. Piasek i wieczność. Tak bym zrobił. W kosmos. I Częstochwę na ich oczach bym im rozpirzył jak Jerycho, jak stragany jerozolimskich gołębiarzy. Żeby, gdy już popędzisz kota temu mojemu narodowi wybranemu, mogli przyjść do Ciebie niewidomi i chromi i żeby nie musieli z tych wiejskich poczt z żółtą trąbką wysyłać czerwonych przekazów z ostatnim groszem dla zbójeckich jaskiń w eterze. Tak sobie myślę już za Dubienką, gdy przecinam dwunastkęz która po tamtej stronie granicy zamienia się w M07 i ciągnie aż do Kijowa. Tak sobie myślę i wyobrażam jak włącza te swoje chińskie albo tajwańskie radyjka ze srebrnego plastiku, który udaje aluminium. Jak nasłuchuje pociechy, Szu-szu-szu od jednego do drugiego. Ale z pudełek dobiega tylko zgiełk i sączą się fałszywe świadectwa. Więc ona szu-szu-szu to tu, to tam, szukając szczelin w tym bełkocie. Pobrzękuje garnczkami, rondelkami. Opatula się, bo z głębi świata ciągnie chłód. Siedzę obok, ale jesteśmy samotni. Mówię: mamo, nie słuchaj tego wszystkiego. Ale sam nie potrafię powiedzieć jej niczego na pocieszenie. Tylko wciąż przypominam sobie te chwile przedpokoju, gdy przed wyjściem do kościoła sprawdzała, jak wyglądam. I zimny dotyk palca z kroplą tanich perfum. Lecz teraz nie potrafię po prostu powiedzieć: nie bój się, wszystko będzie dobrze. Bo jesteśmy samotni, gdy On jest w piekle. I zostawił nas na pastwę ukaefu. Ją, mnie, każdego. W ciemnościach Wielkiej Soboty na wieki.

Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 3

Andrzej Stasiuk

Wielki Piątek

Tylko kościoły są otwarte. Żółte światło wychodzi przez uchylone drzwi i gaśnie za progiem. Czuwają u zwłok Żyda zabitego przez naród niewierny. Od wieków przychodzą o tej porze i obłędnie lamentują i oskarżają. Nic nie rozumieją. Ani księża, ani stare kobiety. Zamiast oskarżać, powinni dziękować, że ktoś to zrobił za nich. Że ktoś Go zabił za nich. Inaczej sami by przecież musieli, żeby „się wykonało”. Księża w sutannach, biskupi na złoto i z pastorałami, baby wiejskie, lud pobożny, który cały dzień dzisiaj na klęczkach sunął po zimnych posadzkach, by całować rany z gipsu, by rozpamiętywać, sycić żałość, karmić nienawiść, oni wszyscy w tych ciemnych sukienkach, w chustkach, z torebkami, z książeczkami, w których wszystko czarno na białym zapisano, ze zmiętymi bejsbolówkami w garściach, w dzinsach, z ciut zakrytymi pępkami, na chybotliwych obcasach, w zielonkawych garniturach, w skórach czarnych, rozścielający chusteczkę, żeby żeby przyklęknąć w naftalinie, w perfumach, w niewinności, oni wszyscy musieliby dzisiaj wołać do schrypnięcia: „Ukrzyżuj Go! Ukrzyżuj!” Ale im się udało. Żydzi zrobili za nich wszystko. Od początku do samego końca. A ci stali z rozdziawionymi gębami i nic nie mogli pojąć. Nie mogli pojąć, że ktoś ich wyręczył, bo byli zbyt tchórzliwi, zbyt obłudni, zbyt dziecinni, by zrobić sobie prawdziwego Boga. Przyszli na gotowe i potem już nigdy nie mogli im tego wybaczyć. Tak rozmyślałem, wpatrując się w czerwone światła wyprzedzających mnie aut. Każdy ma taką drogę krzyżową, na jaką zasłużył. Numer 865 na przykład. Płazów, Narol, Kadłubiska. Wielki Piątek. Powinienem skręcić do Bełżca. Gdy palono tam ciała na wolnym powietrzu, na rusztach z szyn kolejowych we wsi na szybach osiadał tłuszcz. Ale zapadła noc, więc co? Stałbym przed czarną żelazną bramą i patrzył w ciemność. Stałbym i nasłuchiwał pociągów. Wąchał powietrze. Więc jednak skręcam w lewo, na siedemnastkę. I zaraz jest Tomaszów. Na stacji Shella przed myjnią stoi sznurek aut. Chłopaki przekomarzają się z dziewczynami. Zaczyna się weekend. Jadę przez mój kraj, wypatrując kościołów, wypatrując znaków. Myślę o niej, o matce, o tym, jak szuka w radiu swojej mszy. Sama w pustym pokoju. Kręci gałką i oddziela niepotrzebne dźwięki, usuwa zgiełk i w końcu odnajduje nabożeństwo. Tak jest od lat. Dawno temu w niedzielny poranek obracała mnie przed lustrem w przedpokoju. Wystrojonego, wyprasowanego, nadąsanego. Czułem lodowaty dotyk palca z kroplą wody kwiatowej. Do kieszeni dostawałem złożoną na cztery albo osiem chusteczkę. Była sztywna i twarda od żelazka. Jak cienka deszczułka. Szło się z pół godziny. Asfaltową ulicą w cieniu starych drzew. Rodziny trzymały się razem. Potem dziciarnia odpryskiwała i zbijała się w oddzielne ruchliwe stadka. Kosciół stał na piaszczystym wzgórzu. Wchodziło się po szerokich cementowych schodach. Skromny, smukły neogotyk. Do środka mogło wejść ze sto osób. Można było poczuć, że jest się naprawdę wybranym, ale ja po prostu umierałem z nudów. A teraz chcę, by tamto powróciło, lecz wiem, że nadaremnie. Podglądam żółtawe światło pełznące z kościelnych drzwi. Wśród czarnej nocy Lubelszczyzny, czarnej nocy Wschodu z Bełżcem gdzieś na samym jej dnie, w podziemiach ciemności. Ale nie skręcam, tylko idę pomiędzy swoich, patrzeć, jak ładują do wózków, jak myją auta, jak kupują piwo w rozświetlonych pawilonach Shella, BP i Statoila. Zmieniam stacje, nasłuchując głosów ojczyzny. Całkiem jak ona w swoim pokoju. I też nastawiam Radio Maryja. Mam zaprogramowane na stałe. Wystarczy nacisnąć. Najlepiej się słucha przy bocznych drogach, tych wszystkich osiemset coś, pięćset coś, czterysta, trzysta. Jesienią i wiosną, gdy na drzewach nie ma liści. Wtedy dobrze widać domy i podwórka. Widać zakamarki. Widać to ściszone życie drugiego planu. Zaułki ludzkich dni. Schludną biedę z plastikowymi, udającymi mosiądz lampami nad wejściem. Wszystko przycięte, ułożone i wykorzystane. To tu, to tam, lalczynej wielkości. Dopilnowane resztką sił. Albo wypięte po nowemu, z tą smętną ostentacją zacierającą ślady dawnych dni. Do niczego niepodobne nowości nad nowościami. Minione pomieszane z jeszcze nienadeszłym. Druciana siatka, kury i wybetonowane grillowiska z głazów plus klinkierowy komin. Więc łapię ten Toruń i wjeżdżam głębiej w ojczyznę. Czterdzieści na godzinę i patrzę, skąd dzwonią. Stąd. Spod niskiego nieba. Zza płaskiego horyzontu dzwonią. Dzwonią z Wielkiego Piątku, gdy muszą opłakiwać Żyda z gipsu, z plastiku, a przecież powinni jakiegoś porządnego Boga, polskiego, z krwi i kości, z naszego mięsa. Z tej samotności lechickiej dzwonią. Z tego opuszczenia. Z czeluści świata. Gdy tylko zaczyna się normalny kraj, trzycyfrowe drogi, to od razu ich włączam. Słucham człowieczych głosów. Że mają wersalkę do oddania. Niezbyt używaną, w dobrym stanie. Że są elektrykami i mogą za darmo w czymś pomóc w tej dziedzinie. Gniazdko naprawić, zajrzeć, jak gdzieś iskrzy. Że jak ktoś coś potrzebuje przewieźć, to jest furgonetka do dyspozycji popołudniami, tylko za paliwo, a jak nie, to też się obejdzie. Podaję telefon. Albo że mąż umarł, dzieci dawno odeszły, została tylko najmłodsza, ale ona bez wózka to się w ogóle nie rusza. Tylko z kuchni do pokoju, do okna z widokiem przez firankę i kwiaty, ale nie dalej, bo nie ma kto pomóc, żeby wynieść przez próg i po trzech schodkach, więc słońce przez szybę, przez okno. No to ktoś, że może przyjść raz, dwa w tygodniu i pomóc, podaję telefon. Albo że któregoś dnia przychodzi Matka Boska, zjawia się całkiem naprawdę i wtedy życie się odmienia, powracają siły i opada z ramion ciężar dni. Panie, dopomóż mojemu mężowi w zmaganiach z nałogiem. A mojej żonie dopomóż, by tak nie cierpiała w chorobie. Tego słucham. Wśród zagród uprzątniętych od drogi i zagraconych „a nuż się przyda” po zakamarkach. Niektóre podwórka zarasta trawa i widać już tylko jedną ścieżkę wydeptaną do furtki. Czasami w szybie bieleje nieruchoma twarz. Koty na parapetach wyczekują porannego słońca. Tomaszów. Opłotki.

Ciąg dalszy w Wielką Sobotę

Grób Pański w Biłgoraju

Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 1

i coś, czego nikt nie zauważył – tak mi się wydaje, choć doprawdy nie sugeruję tu, że przeczytałam wszystkie recenzje tej książki, a zatem że na pewno TYLKO JA zobaczyłam w niej coś innego, niż to co podają blurby i reklamówki, choć oczywiście ubrane w różne zdania i różne słowa. W skrócie Wschód to:

…niezwykły zapis podróży na Wschód – podróży we wspomnienia do obrazów z dzieciństwa spędzanego u dziadków na Podlasiu i podróży tam, skąd wyszły oddziały Czyngis-chana, tam, gdzie historia jest jak geologia i tektonika: nieunikniona, nieprzewidywalna, miażdżąca, tam, gdzie lucyferycznym blaskiem świeci nowa potęga – do Rosji, Chin i Mongolii. To próba uchwycenia cienia Wschodu, który na nas pada. Opowieść o tęsknocie, pragnieniu i strachu. I o tym, jak umyka przestrzeń, a powraca pamięć.

A tymczasem jest to książka nie tylko o naszej przeszłości, rzymskiej, mongolskiej, stalinowskiej, jagiellońskiej, peerelowskiej, piastowskiej, ale też książka o tym, co przyjdzie, co się czai, jest tuż tuż, a zaraz się objawi… Czarne wydało Wschód w roku 2014, w roku 2015 to, co się czaiło, a co odkrył tylko geniusz pisarza, stało się prawdą, która od maja 2015 roku zaczęła nas dławić, dławi dziś i dławić zapewne będzie jeszcze dobrych kilkanaście lat.

Od razu uprzedzę – NIE przepadam za książkami Stasiuka, Biały kruk mnie wściekł swą idiotyczną pochwałą męskiej przyjaźni, tak okropnie ważnej, że ważniejszej niż jakaś tam śmierć i trup pozostawiony na skraju drogi, którą wędruje prawdziwy mężczyzna.
Babadag mnie znudził ponad wszelką dopuszczalną normę, miałam wrażenie, że to książka, która rozdmuchała na trzysta stron trzy zdania. Jechaliśmy całą noc po jakichś piachach i wertepach, nad ranem zaparkowaliśmy pod wiejskim sklepem, obudziliśmy się, napiliśmy piwa, wódki, herbaty, lemoniady i poszliśmy cmentarz…
Dojczland był niby zabawny, ale był też głupi, pusty i bezmyślny. A więc…
A tu nagle otrzymany w kilka lat po wydaniu Wschód i objawienie…

Dziś i przez następne dni zrebloguję tu opis wędrówki, jaką autor odbył podczas Wielkiego Tygodnia, jadąc od matki, z Grochowa na Wschód. Nie zapominając oczywiście, że Wielki Tydzień i Wielkanoc to w wielu językach po prostu WSCHÓD.

I jeszcze raz powtórzę: On to wiedział już wtedy, trzeba było czytać ze zrozumieniem, to nic by się wprawdzie nie zmieniło, ale przynajmniej nie stalibyśmy z rozdziawioną buzią, patrząc jak na naszych oczach z zakamarków, komyszy i oczeretów naszego świata, z tego stasiukowego piachu i kurzu wypełza… Suweren!


Wielka Środa z matką

Tak. Trochę jesteśmy samotni, gdy sobie siedzimy w tym porannym słońcu. To znaczy ja bardziej siedzę, a ona tylko przysiada na brzeżku i zaraz się podrywa, by zniknąć we wnętrzu domu i czegoś tam dojrzeć, coś przestawić, poprawić, przesunąć, żeby leżało tak samo jak pięć, jak dziesięć lat temu, Zawsze. Potem wraca, chwilę grzeje się w słońcu i znów idzie w cień domu, zostawiając mi jakieś niedokończone zdanie, kolejną propozycję. Ten niepokój mam po niej. Tę ruchliwość. Nigdy nie mogłem usiedzieć, no ale nawet nie próbuję tego tłumaczyć. Dlatego jesteśmy trochę samotni, gdy tak siedzimy- Patrzę na nią i podążam myślami w jej strony. W moje strony. Przestrzeń jest przeszłością, Nawet gdy wyjeżdżam z miasta do siebie, to nigdy siódemka jak by nakazywał rozsądek. Znosi mnie na wschód i umykam pustą i dziurawą osiemset jedynką. Miasto zaraz się kończy, z prawej jest rzeka i nawet gdy oddala się od szosy, czuć, że tam jest, w tej bagiennej pradolinie, z tysiącletnim mułem, trzcinowiskami, topolami wielkimi jak baobaby. Więc tamtędy, żeby nie widzieć gangreny trawiącej przedmieściai pobocza głównych dróg. Tej zaćmy z blachy, plastiku i kolorów jadowitych jak szerszenie. Tych „światów ogrodzeń i bram” oraz „królestw paznokcia”. Wiem, że mój kraj właśnie w ten sposób nareszcie staje się wielkim światem, wytrząsa tysiącletnią słomę z butów i nadąża za ludzkością, przyobleka się i stroi, by się przypodobać. Wiem, ale oczy krwawią od tej zagłady krajobrazu. Dlatego raczej zbaczam w poszukiwaniu resztek przedwiecznego na osiemset jedynkę, w pył i świetlisty kurz niesiony wiatrem z nadrzecznych wygonów. Co ludzkie, nieco tu próchnieje i się zapada. Silikatowa cegła, bure drewno. Czarne, białe, szare. Cierpliwie wystawione na wiatr i deszcz. Na czas, który stoi jak mgła. Dziś, jutro, pojutrze. Trzeba dopiero dokądś pojechać albo odpalić satelitę, żeby zobaczyć, jak płynie. Bo tutaj drąży tylko wewnątrz ciał, wewnątrz rzeczy, w cegle, w drewnie, drąży, aż zostanie sama powłoka. Dlatego jeśliby tylko mogli, toby stąd odeszli do tych miejsc, gdzie dni płyną jak rozmigotany nurt niosący na swym grzbiecie te wszystkie cuda, od których krwawią oczy. Tak jak ty chciałaś kiedyś odejść z kuchni pelnej much. Tak do niej mówię, jadąc osiemset jedynką na południowy wschód w głąb własnych dni. W piach, kurz i drzewny dym, do miejsca narodzin. Za Dęblinem droga przybliża się do rzeki i biegnie wysokim nasypem wału. W Borowej zjeżdżam nad wodę, a potem idę betonowym pirsem.

Ciąg dalszy jutro czyli w Wielki Czwartek