Okno – Wnętrze – Ściana

Lidia Głuchowska

Jarosław Łukasik “Okno – Wnętrze – Ściana” / “Fenster – Raum – Wand”

Staniszów d. Stonsdorf
Lidia Głuchowska przesłała tekst laudatio znakomitej retrospektywnej wystawy poznańskiego malarza Jarosława Łukasika, który inauguruje cykl ekspozycji „Barometr: Sztuka – Architektura – Społeczeństwo” w dolnośląskim Staniszowie (dawniej Stonsdorf) pod Jelenią Górą

http://www.forumstaniszow.pl/news/261/

http://www.forumstaniszow.pl/artist/77/

>> Übersetzung ins Deutsche: LukasikLaudatioDE

3_Nun, alles vorbei, Oel auf Leinwand, 2009, 140 x 90

Po wszystkim / Nun ist alles vorbei, olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2009

2006, Wspomnienie Wroblewskiegoolej na plotnie, 90x55cm

Wspomnienie Wróblewskiego /Hommage an Wróblewski, olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2009, własność / Eigentum: Lidia Głuchowska

2011 Judyta i Holofernes 2in1, olej na ploltnie, 90x145cm

Judyta i Holofernes. Dwa w jednym & Judith und Holofernes. 2 in 1. olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2011

jarek wenus zielonogorska 2011

Wenus zielonogórska / Venus aus Zielona Góra (Grünberg),  olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2011

jarek konajacy Slowianin 2011

Konający Słowianin / Sterbender Slawe, olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2011

Lidia Głuchowska

Tytuł najnowszej wystawy malarstwa Jarosława Łukasika jest próbą syntezy jego metody twórczej realizowanej w pracach z ostatnich siedmiu lat. Sekwencja pojęć „Okno – Wnętrze – Ściana” odnosi się tak do wizualnej, jak i mentalnej dominanty jego prac. Po pierwsze sygnalizuje ona – w  sensie kompozycyjnym – znaczenie nieortodoksyjne stosowanej przez artystę perspektywy geometrycznej, od czasów renesansu tworzącej złudzenie głębi na płaszczyznie, intencjonalnie zapraszającej widza do wnętrza wykreowanych na płótnie sytuacji. Tytuł „Okno – Wnętrze – Ściana” pozwala więc wyobrazić sobie umowne, zbieżne linie po akademicku komponowanych obrazów, w różny sposób modyfikowane w prezentowanych tu eksperymentach twórczych. Po drugie – w sensie mentalnym – przywołane w tytule okno jest synonimem wolności, wnętrze zaś – bezpieczeństwa bądź osaczenia, i wreszcie ściana – sytuacji bez wyjścia. W obu tych znaczeniach triada pojęć „Okno – Wnętrze – Ściana” wyznacza horyzont interpretacyjny dokonań malarza, który potencjał twórczy łączy ze świadomością krytyka sztuki. Dotychczas prace swe prezentował na kilkunastu wystawach indywidualnych w Polsce i w Niemczech.

Jak wyznaje sam autor, malarstwo jest jego nałogiem – remedium na smutek i pustkę współczesnej egzystencji. „Jako uzależniony – twierdzi – nie potrafię inaczej myśleć o swoim życiu jak tylko poprzez kadry następnych obrazów.”  Jego żmudny, refleksyjny proces koncepcyjny kończy więc nagła, kompulsywna eksplozja malarskich wizji i erupcja optymistycznych barw. Jak Opus quinque dierum Dürera – jedna z renesansowych fascynacji autora – obrazy te dokumentują przełamywanie ograniczeń tworzywa. Ich nieco lunatyczna aura i nokturnowe odrealnienie nie są bynajmniej przypadkiem. Powstają one bowiem w nocy, jak ekran filtrując koturnowe uniesienia i emocje. Stąd i kontur rzeczywistości rozmyty przez sztuczne światło znikąd wskazujące na drugie dno trywialnych sytuacji.

Na pozór panuje tu poetyka dokumentacji, autor stroni jednak od arbitralnych rozstrzygnięć, traktując uwieczniane fakty (czy imaginacje) z przymrużeniem oka. Jest to więc dokument filtrowany przez krytyczne refleksje i finezyjne rozstrzygnięcia formalne, bliższy surrealistycznej niż hiperrealistycznej, parafotograficznej wizji. To polemika z voyeurystycznym duchem postnowoczesności, niwelującej intymność i bezpośredniość doznań, w której wszystko trzeba utrwalić i podejrzeć w internecie.

Jako przyklad niech posłużą tu obrazy z prezentowanego na wystawie częściowo cyklu o przewrotnym tytule „Obrazy nieostatnie”, ukazujące – na wpół żartobliwie, na wpół autoironicznie – do bólu rzeczowy katalog potencjalnych form rozważanych przez artystę form samozagłady. Wspomnę tu tylko trzy prace, przykładowo ilustrujące poetykę zgrzytu i czarny humor twórcy: – wanna krwi ukazana „Po wszystkim” (2008), zielonym cieniem odgrodzona od oswojonego świata, „Autoportret pośmiertny” (2008) – ciemna rozlana plama o amebowatym kształcie – i – „przytulne” różowe(!) kapcie w pomieszczeniu żółtym jak pokój van Gogha na moment przed tym, jak zagarnął go obłęd. I wreszcie – stryczek, cień wisielca w pośmiertnych drgawkach i pomarańczowe siedzisko stołka – oglądany zza węgła kadr filmu – „Po zeskoku taboret się przewrócił” (2008).

Te z pozoru chłodne i hermetyczne, obrazy określa coincidentia oppositiorum dysonans intelektualnej dyscypliny i liryzmu, oszczędnych w walor, matowych płaszczyzn i fluorescencyjnie połyskujących detali, zwartej kompozycji i rozległych przestrzeni, budowanych na kontraście geometrycznych plam i niespodziewanych w tym kontekście organicznych form – jakby z innego ontologicznie porządku.

Milczące płótna ewokują narrację. Zaskakującą ich cechą jest to, iż nawet gdy rozległe, jednobarwne tło stanowi większość kompozycji, nigdy nie jest głuche. Geometrię rodem z klasycznej awangardy przełamuje pobrzmiewający w tle niepokój i aura magicznego realizmu, filtrowana przez osobiste doświadczenia malarza oraz kilka dziesięcioleci krytycznej i autokrytycznej refleksji innych twórców drugiej połowy XX wieku.

Przestrzeń definiują przedmioty magiczne – lewitujący stół („Stół dla państwa Hopperów”, (2006), „Podniesienie”, 2007/2011)  – substytut nieosiagalnej domowości, i kapcie –„ciepłochody” – na czarodziejskim dywanie ulatujące do krainy wiecznych spełnień („Mały dywanik”, 2008). Mała apokalipsa i mała stabilizacja.

Dominuje atmosfera oczekiwania – napięcia – stagnacji (?), Chiricowski niemal niepokój – choć obrazy te nie ukazują bezkresnych przestrzeni antycznych miast i mitologicznego rekwizytorium, lecz kameralne niemal wnętrza czy ustronne zaułki – kulisy ledwo minionego czy spodziewanego dramatu. Krzesła agresywnie napierające na siebie i widza – ich krwista czerwień przecinająca poszarzały błękit – („Wspomnienie Wróblewskiego”, 2006), przywołują na myśl niezastygłe konflikty, czas nie do cofniecia. Aktorzy opuścili scenę, a może dopiero się pojawią. Pozorny dystans i bezosobowość narracji nie pozwalają wyśledzić tych, których dotyczy ona bezpośrednio. Anonimowy komunikat apeluje jednak do widza, przenikając tyleż zamkniętą co niedookreśloną przestrzeń.

To bezludne i – w swym zdystansowanym okrucieństwie niekiedy nieludzkie – obszary. Niemalże brak tu twarzy. Rzadko jedynie bezgłowe torsa rodem z katastroficznych wizji dwudziestolecia, czy odzianych w zjadliwie pogodną barwę „Rostrzelań” Wróblewskiego dokumentują skarlenie wielkich mitów historii, zatęchły frazes z życia prowincji. „Konający Słowianin” (2011), poległy na chodniku, tuż przed reanimacją na izbie wytrzeźwień – to zdegradowany bohater, parodia narodowej martyrologii. Znakomicie rzeźbiarska, dostojna „Wenus Zielonogórska” en grisaille – parodia Nike z Samotraki – i jej groteskowy pendant –„Adonis Poznański” (oba 2011) w polarze – obnażają zaś farsę pomników „ku czci”, prowincjonalny zmierzch bogów. W tytule „Judyta i Holofernes. Dwa w jednym” (2011) tradycja kultury wysokiej i marketingowy slogan sąsiadują ze sobą w wiwisekcji współczesności. Ta dekapitacja à la Carravaggio ma „feministyczne” dno. Wskazuje na stereotypy walki płci, i spetryfikowane wizje ról społecznych, z binarnym podziałem – intelekt (męski) / (żeński) seks-apealu –„bezmyslność”, materia. Judyta – intelektualistka – ucieleśnia wewnętrznego wroga. Jej obcięta głową obok ponętnego ciała, przygląda mu się z ironią, męskim spojrzeniem „innego“. Niemożność zespolenia obu ról skutkuje autodestrukcją.

Wszędzie tu jednak dominuje niedopowiedzenie, amor vacui i magiczny realizm à la Giorgio Morandi czy Wilhelm Hammevsvøj. Oniryczna atmosfera wypełnia przestrzeń tej przedziwnie uwodzicielskiej ekspozycji.

Głębię modeluje tu nie światłocień lecz kolor. Światło, barwa i baśniowa aura na podszewce z codzienności mają moc narkotyczną. Odurzają, wciągając do intelektualnej i estetycznej gry. Stąd perspektywa jest arbitralna i anty-naukowa, o krok dalej niż w dziełach manierystów i profetów antysztuki rodem z awangardy. Wewnętrzny impuls góruje zatem nad regułą costruzzione leggitima Albertiego, a intuicja nad matematycznym wykresem i werystycznym odwzorowaniem zjawisk. Rozproszone światło konotuje emocje, rozbijając linearny schemat „Okno – Wnętrze – Ściana”  – kontur materialnego konkretu, zapraszajac do mentalnej podróży, ewokowanej przez jej ekwiwalenty – „Perspektywę barową”, „Ołtarz hotelowy” i… „Ostatni tramwaj” (2011).

Atlas chmur

Ewa Maria Slaska

Ranking

W grudniu 2012 roku “Time” opublikował listę najgorszych filmów roku – film “Atlas chmur” rodzeństwa Wachowskich i Toma Tykwera znalazł się na pierwszym miejscu.

Znalazłam tę informację dopiero dziś, gdy zaczęłam pisać ten tekst. A zaczęłam go pisać, bo już od jakiegoś czasu chciałam tu powiedzieć, że film mi się bardzo podobał, a książka według której został nakręcony – powieść Davida Mitchella – jest świetna. Nie chce mi się dyskutować z twórcami opinii publicznej, nawet jeśli reprezentują “Time’a”. Ich opinia nic mnie nie obchodzi, a zresztą podejrzewam ich o taką samą arogancję, jaka cechuje firmy ratingowe. Zawsze sobie myślę, że nikt z nas ich nie wybiera, nie muszą więc grać w grę pozorów współczesnej polityki, która ukrywa żądzę władzy za iluzjami demokracji. Każdy normalny polityk w świecie zachodnim musi grać w tę grę z wyborcami, tylko firmy ratingowe nic nie muszą. Nie muszą, a rządzą nami korzystając z boskich niemal uprawnień. Finansiści o nieznanej nam twarzy dostali od nas tę władzę, choć nie wiem, jak i kiedy to się zdarzyło. Ale zdarzyło się, na naszych oczach, i nawet słówka nie pisnęliśmy.

A zatem “Atlas chmur” – historia poniekąd właśnie o tym. Nie 1:1, oczywiście że nie, ale jednak o tym właśnie, o upadku świata i o tym, że nawet nie zauważyliśmy, jak to się stało. Przyzwoliliśmy, zawsze przyzwalamy, nawet jak się nam wydaje, że jesteśmy nie wiadomo jak mądrzy. W książce Mitchella koniec świata postępuje nieprzerwanie od XVIII wieku, od momentu, gdy umarł Bóg, a jego miejsce zastąpił ludzki rozum. Bierzemy w tym udział i nic nie widzimy. Po to właśnie potrzebujemy pisarzy, żeby widzieli za nas to, czego sami nie widzimy.

Oto fragment, który zrobił na mnie być może największe wrażenie – przełożyła Justyna Gardzińska:

• Wykład: działania rzeczywistej przeszłości + przeszłości wirtualnej można zilustrować  na przykładzie wybranego wydarzenia znanego zbiorowej historii, takiego jak zatonięcie „Titanica”. Faktyczny przebieg katastrofy, taki, jaki miał miejsce, zaciera się i ginie w niepamięci wraz z wymieraniem naocznych świadków, ginięciem dokumentów + wrak statku rozkłada się w grobie na dnie Atlantyku. Lecz wirtualne zatonięcie „Titanica”, powstałe z odtworzonych wspomnień, dokumentów, pogłosek, fikcji – jednym słowem z wierzeń – staje się coraz bardziej „prawdziwe”. Rzeczywista przeszłość jest krucha i coraz mroczniejsza + coraz trudniejszy staje się do niej dostęp i jej rekonstrukcja: z drugiej strony, przeszłość wirtualna, plastyczna i łatwa w kształtowaniu, coraz bardziej się rozjaśnia + coraz trudniej ją obejść/obnażyć jako fałszerstwo.
• Teraźniejszość zmusza wirtualną przeszłość, żeby działała na jej korzyść, nadawała wiarygodność jej mitologiom + uprawomocniała narzuconą wolę. Władza szuka prawa i sama w sobie stanowi prawo „kształtowania krajobrazu” przeszłości wirtualnej. (Racja jest po stronie tego, kto opłaca historyków).
• Symetria wymaga istnienia również faktycznej oraz wirtualnej przyszłości. Wyobrażamy sobie, jak będzie wyglądał przyszły tydzień, przyszły rok, czy rok 2225 – wyobrażamy sobie wirtualną przyszłość zbudowaną z życzeń, przepowiedni + marzeń na jawie. Ta wirtualna przyszłość może wpływać na rzeczywistą przyszłość, jak w samospełniającej się przepowiedni, lecz przyszłość faktyczna zaćmi naszą przyszłość wirtualną w sposób tak oczywisty, jak jutro przyćmiewa nasze dzisiaj. Podobnie jak Utopia, rzeczywista przyszłość + przyszłość wirtualna istnieją jedynie w mglistej dali, gdzie nikomu na nic się nie przydają.
• Pytanie: Czy istnieje znaczące rozróżnienie między mylącą ułudą dymu, luster + cieni – przeszłością faktyczną – od innej równie mylącej ułudy – faktycznej przyszłości?
•  Model czasu: niekończąca się matrioszka z namalowanymi momentami, każdą laleczkę (teraźniejszość) umieszczoną wewnątrz łańcucha laleczek (wcześniejsze teraźniejszości) nazywam faktyczną przeszłością, ale postrzegamy ją jako przeszłość wirtualną. Laleczka „teraz” w podobny sposób obejmuje łańcuch wszystkich teraźniejszości, które dopiero nastąpią, a które ja nazywam faktyczną przyszłością, lecz postrzegamy je jako przyszłość wirtualną.
• Twierdzenie: Kocham Luisę Rey.

Detonator uruchomiony. C-4 wybucha. Odrzutowiec pochłania kula ognia. Metalowe i plastikowe części, kable obwodów, pasażerowie, ich kości, ubrania, notesy i mózgi – wszystko traci określoność w płomieniach, których temperatura przekracza tysiąc dwieście stopni Celsjusza.

Rzeczy od-stworzone i zmarli istnieją wyłącznie w naszej faktycznej i wirtualnej przeszłości. Teraz obydwie przeszłości zaczynają się rozwidlać.

BWPWAP

Jacek Slaski

Wstecz ku przyszłości

Wykłady, warsztaty, performanse, nagrania filmowe i trzyczęściowa wystawa wchodzą w skład tegorocznego festiwalu sztuki medialnej transmediale, który jest zaproszeniem skierowanym do artystów, zaangażowanych uczestników i naukowców, aby wzięli udział w dyskursie o zmianach kulturalnych i społecznych wywołanych przez nowe technologie, co z kolei cofnie ich do czasów, gdy Pluton wciąż jeszcze był planetą.

Nieograniczony dostęp do praktycznie nieograniczonej ilości informacji, możliwość komunikacji z całym światem oraz zanik porządku chronologiczno-przestrzennego na rzecz nieustannej obecności online – to może nie wszystkie, ale na pewno niektóre z najważniejszych cech współczesnego nasycania codzienności techniką cyfrową. Cechy te ogłaszają koniec świata, który znaliśmy  – wszystko dzieje się coraz szybciej i wszędzie jednocześnie. A jeszcze trzeba dodać do tego strach przed kryzysem gospodarczym, ekstremizmem religijnym i katastrofą klimatyczną. To z tej materii rodzi się kulturalna świadomość początków XXI wieku i to ją właśnie podda analizie transmediale, festiwal, który już dawno awansował do roli think tanku, gdzie artyści, naukowcy i informatycy, teoretycy i hackerzy, projektanci, nerdy i aktywiści mogą wymieniać opinie i doświadczenia. Tu spotykają się poglądy polityczne, najnowsze technologie, trendy artystyczne i wywrotowe strategie, wpływają na siebie nawzajem, przenikają się, aby uzyskać konsens o tym, jaka jest ta współczesność, tak naznaczona technologią medialną.

Kristoffer Gansing, młody Szwed, od ubiegłego roku kurator festiwalu, postanowił dokonać oceny współczesności sięgając w przeszłość, cofając się do czasów, gdy Pluton wciąż jeszcze był planetą. BWPWAP – tak brzmi tytuł festiwalu – to literowiec ułożony ze zdania „Back When Pluto Was a Planet“. Nazwa została zaczerpnięta ze slangu internautów i oznacza to wszystko, co się w ostatnim czasie zmieniło w przyspieszonym tempie, kierując uwagę do czasów minionych i lepszych, chociażby dlatego, że prostszych. Wyjaśnijmy: Pluton, najpóźniej odkryta, najmniejsza, dziewiąta planeta naszego układu słonecznego, straciła status planety w roku 2006 podczas konferencji International Astronomical Union. Od tego czasu, ku niezadowoleniu wielu astronomów hobbystów, uważany jest za planetę karłowatą, co oznacza, że układ słoneczny znowu składa się z 8 planet, tak jak to było do odkrycia Plutona w roku 1930.

Spojrzenie w przeszłość jest bez wątpienia również pełne nostalgii, co zresztą w dzisiejszych czasach wcale nie dziwi, nawet w odniesieniu do imprezy tak zorientowanej ku przyszłości jak transmediale – nostalgia to jeden z motorów globalnej produkcji kulturalnej. Teoretyk kultury pop, Simon Reynolds, analizuje ten fenomen w swej słynnej książce „Retromania“ i dochodzi do wniosku, że fetyszyzacja przeszłości w muzyce, filmie czy telewizji, widoczna w  revivalach i modach retro, w ogóle wszystko, co można sklasyfikować jako tęsknotę za rzekomymi „złotymi czasami“, ma niezwykły wręcz wpływ na teraźniejszość. Oto pożywka ideologiczna, nawet jeśli przesunięta w dziedziny sztuki i teorii medialnej, w jakiej porusza się intelektualnie program BWPWAP.

Ale bywa przecież i tak, że trzeba się niekiedy cofnąć, aby lepiej zobaczyć to, co dopiero nadejdzie. Wstecz ku przyszłości! Oto motto przyświecające retrofuturystycznym performansom Felixa Kubina, Vanessy Ramos-Velasquez czy A Guy Called Gerald, ale też spotkaniu z legendarnym reżyserem Alejandro Jodorovskym, autorem projektu Science Fiction, wykreowanym w roku 1970 wspólnie z autorem komiksów Moebiusem.

BWPWAP to tymczasowy Hyde Park, gdzie można jeszcze raz pomyśleć o tym, co jest i skonfrontować się z nową interpretacją tego, co było. Całość została ułożona wzdłuż czterech osi – „Users“, „Networks“, „Paper“ i „Desire“, a kurator ma nadzieję, iż podczas festiwalu to, co było, połączy się z tym, co jest i będzie.

W konferencjach biorą między innymi udział rosyjska artystka internetowa Olia Lialina oraz szwedzki performer i poeta awangardowy Pär Thörn, analizujący pozycję jednostki i jej organizację w Sieci. W segmentach „User“ i „Network“ pojawi się jako motyw przewodni koncepcja ery po-cyfrowej, po- czy postdigitalnej. To pojęcie, które początkowo odnosiło się tylko do muzyki elektronicznej, oznacza obecnie moment historyczny, który nastąpi już po rewolucji komputerowej, kiedy to technologia komputerowa stanie się praktycznie rzecz biorąc niewidzialna poprzez swą wszechobecność we wszystkich aspektach życia i właściwie tylko wtedy będzie zwracała uwagę, gdy jej nie będzie. A więc stanie się czynnikiem o tak elementarnym znaczeniu jak woda czy powietrze.

W segmencie „Paper“ transmediale zajmie się przede wszystkim – tak w workshopach jak prezentacjach – materiałem, który kiedyś był podstawową materią przekazu, a dziś coraz bardziej traci na znaczeniu, co widać choćby w obecnym „kryzysie druku“ – gazety znikają, wydawnictwa drżą o swą przyszłość. Książki artystyczne, Mail Art w NRD, poezja konkretna, publikacje DIY, ale też nowe techniki druku – wciąż jeszcze możliwości zastosowania papieru są przeogromne, ale jego rola nieuchronnie bądzie się zmieniać w epoce postdigitalnej.

Trzyczęściowa wystawa „The Miseducation of Anya Major“ zwraca uwagę na nie do końca określoną rolę sztuki medialnej, która dla szerokiej publiczność jest z reguły zbyt hermetyczna lub zbyt skomplikowana. Wystawa zadaje pytanie o jej potencjał w kontekście nauki, uczenia się i edukacji. Jedna z jej części została nazwana „Tools Of Distorted Creativity“ – 13 artystów próbuje rewolucyjnie podejść do Hard&Software, używając ich niezgodnie z przeznaczeniem. Z kolei wystawa indywidualna „Imaging with Machine Process“ to niezwykłe spotkanie z artystką z USA, Sonią Landy Sheridan, której sztuka dosłownie powala. Sheridan już od roku 1970 propaguje kreatywny i opierający się na grze stosunek do nowatorskich technologii. Ta Grande Dame sztuki medialnej ma dziś 87 lat. Kiedyś eksperymentowała z faksem i kopiarką, dziś robi użytek z błędów w oprogramowaniu, uzyskując za pomocą techniki niespodziewane wymiary, demontujące aurę nieomylności, która otacza nowoczesne maszyny.

Strategią tegorocznego transmediale jest przywołanie takich koncepcji jak nadzieja czy wiara w przyszłość, które mogłyby może być obecne i w epoce postdigitalnej, niezależnie od tego czy jakaś odległa bryła kosmiczna jest wciąż jeszcze planetą, czy już nią nie jest.

transmediale 2013 BWPWAP – Back When Pluto Was a Planet
Haus der Kulturen der Welt, John-Foster-Dulles-Allee 10, 10557 Berlin Tiergarten
29.1.-3.2.2013
www.transmediale.de
Artykuł został opublikowany po niemiecku w berlińskiej gazecie „Tip“

http://www.tip-berlin.de/kultur-und-freizeit-kunst-und-museen/transmediale-2013-im-haus-der-kulturen-der-welt

haters gonna hate
Poster Transmediale 2013

Gleis 17

Ewa Maria Slaska

Książka, która ostatnio zrobiła na mnie największe wrażenie to “Bebelplatz” izraelskiego pisarza Chaima Be’era. Książka dzieje się w Berlinie, a Bebelplatz, dawniej plac Opery, to plac przy najsłynniejszej ulicy Berlina – Unter den Linden, obok gmachu Opery i naprzeciwko Uniwersytetu im. Humboldtów. To tu 10 maja 1933 roku, 80 lat temu hitlerowcy urządzili pierwsze palenie książek.

Książka zaczyna się od opisu kilku miejsc, które autor-narrator odwiedza w towarzystwie starszego o pokolenie bukinisty żydowskiego, Rappoporta. W domu Rappoporta Chaim zamiast biblioteki ogląda pusty pokój, w którym na pulpicie leży jedna jedyna książka, egzemplarz sprawozdania Szymona An-skiego z jego podróży po żydowskiej Galicji. To jedyna książka jaka zachowała się z biblioteki ojca Rappoporta. Relikwia, a w niej nadpalona kartka z Przemiany Kafki, podniesiona przez ojca na Bebelplatz, w dzień po paleniu książek.

Chaim i jego cicerone idą też na Bebelplatz, nawet dwa razy, raz nocą, a raz w dzień, i oglądają pomnik spalonych książek Michy Ullmana. I wreszcie na stacji kolejki Grunewald idą na peron 17.

Gleis 17

Wspomnienia bukinisty o ojcu, które zaczynają się sceną, jak starszy pan na Bebelplatz podnosi kartkę z książki Kafki, kończą się w miejscu, skąd odjeżdżały pociągi na Wschód, do Auschwitz, do Łodzi, do Teresina. Nie wiadomo, kiedy i dokąd odjechał. Chłopiec z matką byli już w Ameryce. Ale wiadomo, że odjechał. Z tego peronu. Najprawdopodobniej. A na obrzeżach peronu napisy, kiedy, ile osób, dokąd.
Gleis 17

Byłam tam wczoraj, 6 stycznia 2013 roku. Dlatego zrobiłam akurat to zdjęcie. Maj 1933, 80 lat temu, styczeń 1943, 70 lat temu. Tyle czasu mógł mieć jeszcze ten stary człowiek z powieści Chaima Be’era.

Gleis 17

Dwa tory, które dziś wiodą do nikąd.

Gleis 17

Jak to dobrze, że do nikąd.

Nocą dopisane przez Dorotę Cygan:

Mowa tu o tekstach zarzuconych i porzuconych. Ten, który tu poszatkowalam poniżej, licząc na to, że znajdą się chętni do przeczytania całosci (wersja polska 2006, niemiecka 2009 pt. Nachrichten aus Berlin 1933-1936) przypomniał mi się m.in. dlatego, że miałam ‘poważny zamiar’ przetłumaczenia go na niemiecki dla przyjaciół i znajomych – zamysł  porzucony, jak widać (tłumaczenie: Barbara Kulinska-Krautmann). Ale też pomysł wydania w całości tych felietonow z Wiadomości Literackich (z lat 1934 i 1936) musial być porzucany wielokrotnie przez większych ode mnie, skoro reedycja nastąpiła tyle lat po wojnie. Przepisałam tu zaledwie kilka skrawków, bo wpis na blogu odnosi się akurat do akcji palenia książek na Bebelplatz. A czemu całość jest ważna? Bo pisana przez polskiego obserwatora, na gorąco, bez wiedzy, którą mamy dzisiaj, także bez przekłamań powojennych, zacietrzewienia ideologicznego i besserwisserstwa, z dystansem dużego formatu. Dla mnie lektura podobnie zajmujaca jak pamiętniki Viktora Klemperera z okresu III Rzeszy, wydane dopiero w 1996 roku (ile razy zarzucana wobec wielkości przedsiewziecia?) Bo w tym zbliżeniu, w tych szczegółach i migawkach z życia jest potęga realizmu. Nigdy nie wierzyłam w potęgę syntezy, a zwłaszcza w  prawdę takich syntez. Wiem skąd inąd, jak śmieszny jest los wielkich zamierzeń, nie obiecuję więc, że przepiszę Państwu na potrzeby blogu całej tej książki. Tę pokusę odrzucam.  Natomiast nie potrafię porzucić nadziei, jaką mam od dawna: że uda mi się (z Waszą pomocą?) przeczytać kiedyś równie prawdziwe teksty o tamtych mrocznych czasach. Nie odrzucajcie  tej malutkiej prośby. Powertujmy trochę w katalogach pamięci, dobrze?

Antoni Sobański: Cywil w Berlinie. Warszawa 2006.

Rozdzial: Cywile, Reichstag i książki. Cytaty ze stron 56-62.

„Historia ze spaleniem książek uczy nas, że nie to jest ważne w następstwach, co jest ważne samo przez się, ale tylko to, co zapładnia ludzką wyobraźnię.”

„Wskazówek [jak palić książki] udzielono nadzwyczaj dokładnie i szczegółowo. Można też było osobiście odnieść książki do lokalu, gdzie je zbierano. Ale mowy nie było nigdzie, żeby ktoś na przykład palil u siebie w kuchni pod płytą lub na kominku zbiorowe dziela Heinego czy Spinozy. Bez demonstracji taki akt wewnętrznej, domowej moralności nie byłby nic wart.”

„Żal tego narodu, który okrywa się wstydem. Wstyd, że ja, cudzoziemiec, gapię się na tę ich „rodzinną” hańbę. W jednej chwili ten wspólny wstyd zasymilował mnie. Chyba nigdy nie poczułem się za granica tak bardzo miejscowym, tak bardzo Niemcem.”

„Ogień dogasa. Strażacy pomagają sikawką. Z popiołu robi się błoto. W tym błocie wszyscy szukają pamiątek. (…) Ja osobiście zdobyłem dwa trofea.”

„Jako pocieszający szczegół tej smutnej historii można przytoczyć, że w czasie pochodu studenci na ciężarówkach wyszukiwali i odkładali dla siebie na bok co pikantniejsze dzieła.”

Znalezione w Internecie, dla moich niemieckich czytelników:

http://www.berlin-judentum.de/denkmal/rampe-gleis-17.htm

Am Bahnhof Grunewald wurde der ermordeten Juden gedacht, die von hier zwischen 1941 und 1945 deportiert wurden. Die Schriftstellerin Inge Deutschkron rief dazu auf, nie die Frage zu vergessen, warum der Holocaust möglich war.
Tagesspiegel,19. Oktober 2012, Thomas Lackmann