Jak być dobrym? How to be good? Powieść Nicka Hornby. Znalazłam ją, w tym właśnie wydaniu, na ulicy i bardzo mi się nie podobała. Absurdalna historia o tym, że, choćbyśmy oddawali nie wiadomo ile własnego majątku, czasu i przestrzeni życiowej, i tak nigdy nie będziemy dobrzy, nigdy nie zdołamy być sprawiedliwi, nigdy nie podzielimy się naprawdę, a w końcu ciężar bycia dobrym zmusi nas do powrotu do dawnego życia.
Bezradność.
Doprowadzona do absurdu i nudna historia, niegodna autora świetnych recenzji i zabawnej powieści O chłopcu, jednak trafnie oddająca dylemat, przed którym stajemy każdego dnia. Bo zasadniczo jesteśmy dobrzy i chcielibyśmy, żeby świat też był dobry. A nie jest. Robimy więc, co możemy. Staramy się i zawsze na jakimś szwie pruje się nasza sukienka dobrej istoty. Bo nie możemy, nie mamy siły ani czasu, żeby być dobrym w ogóle. Bo tego za dużo, bo trzeba by ogarnąć Dobrem przez duże D i stosunki międzyludzkie, i ekologię, i sprawiedliwość dziejową… Jak jesteśmy dobrzy w jednej dziedzinie, to w innej nam szwankuje. Dlatego, gdy kupuję pomidory, gruszki, czosnek, fasolkę i ćwikłę na targu ekologicznym, i okazuje się, że brakuje mi 3 centów, muszę oddać jednego pomidora… Po prostu prujemy się na szwach.
Łatwiej zobaczyć te sprute szwy u innych, najpierw więc inni, a dopiero potem ja.
Mam koleżankę angażującą się w protesty przeciw manipulacjom genetycznym żywności. Protestuje też przeciwko doświadczeniom na zwierzętach. Gdy jednak zachorowała, a choroba zaczęła jej sprawiać nieznośny ból, sprowadziła za duże pieniądze z Ekwadoru szamańskie leki produkowane ze świnek morskich… Inna, zaangażowana w likwidację lotniska w środku miasta, bo służy tylko bogatym, gdy powiedziałam jej, że Donbas padł, odparła, że przecież tylko zostały opanowane główne budynki… Jeszcze inna bardzo się interesuje leczeniem za pomocą zdrowego jedzenia, ale nie chce się spotykać z chorymi, bo mają złą karmę… (Nota bene – przedni i niezamierzony żart językowy). Pewien ważny działacz, bogaty jak trzech nababów, ma usta pełne frazesów o patriotyzmie i pomocy, ale gdy zimą w okresie konfrontacji na majdanie zbieramy pieniądze dla Ukrainy – nie daje ani grosza…
No, ale przecież jesteśmy dobrzy. Ja na przykład sortuję śmieci i mam czas dla ludzi, jeśli potrzebują pomocy. Jestem wegetarianką, nie dorabiam się i nie jestem zawistna. Tak mi się wydaje. Ale… Gdzie sprzeniewierzam się samej sobie? Zapewne nie tylko wtedy, gdy bezmyślnie wrzucam baterie do kosza na śmieci ogólne, albo nie dość dokładnie myję owoce. W setkach spraw jestem nie taka, jak trzeba, i mówię nie to, co trzeba. Na pewno tak jest, skoro świat na około wciąż mnie krytykuje.
To wszystko działania pozorne i nic nie kosztują, co najwyżej płacimy w sklepach ze zdrową żywnością trzy razy drożej za ryż i to przez nas, wegetarian, marchewka będzie niedługo droższa niż kiełbasa.
Bohaterowie Hornby’ego idą znacznie dalej, bo to, okazuje się, profetyczna książka. Przyjmują pod własny dach uciekinierów i namawiają do tego sąsiadów. I wszystko się źle kończy. Oczywiście, źle się kończy. Łatwiej nie jeść flaczków niż podzielić życie z Obcym.
To wciąż jeszcze, na razie wyimaginowana sytuacja, a nasze potknięcia na drodze do Dobrego są błahe, ale gdy na wyspach greckich jest 120 tysięcy uciekinierów, a drugie tyle atakuje kanał La Manche, a gdzieś przecież muszą mieszkać, coś jeść i coś pić, to sytuacja przestaje być wyimaginowana, a błahe powody do myślenia, że jest się dobrym przestają mieć znaczenie. Bo zabawa się skończyła, bo już nie o zdrową pietruszkę chodzi i nie o ochronę gniazdowisk czyżyka polnego, tylko o nagą egzystencję. Bardzo mnie to wszystko martwi, bo jeśli ja sama nie potrafię się sprawdzić, jeżeli nie potrafimy się sprawdzić, jako weganie sortujący śmieci, to jacy się okażemy za chwilę?
Überquert man eine Landesgrenze und kommt in ‘fremdes’ Land so ist einfach alles anders: die Sprache, das Essen, die Musik, wie sich Menschen zueinander verhalten …die Art zu denken. Oft erlebt, aber immer wieder spannend!
Ganz gleich ob und wie sich das ‘Haus Europa’ entwickeln wird, es wird in diesem großen ‘Haus’ immer viele separate Wohnungen geben, die sich höchst unterschiedlich präsentieren: polnische, französische, deutsche, griechische, italienische … Wohnungen (Wie viele? Siehe Europakarte!)
‘Haus Europa’? Das reicht nicht! Eigentlich sollte man eher von einer großen ‘Wohnanlage Europa’ sprechen.
Es empfiehlt sich, in diesen europäischen Wohnungen gelegentlich das Kinderzimmer aufzusuchen – denn wann haben wir sprechen, singen, denken gelernt, die Art Feste zu feiern und zu kochen? In der Kindheit natürlich! War man einmal in einer solchen Kinderstube, versteht man schon einiges davon, warum ein Mensch, der da groß geworden ist, so ist wie er ist. Und gut ist es auch, sich bei einer passenden Gelegenheit gegenseitig etwas von seinen prägenden Kindheitserlebnissen zu berichten.
Heidi Ramlow hat angefangen, diesen Faden des gegenseitigen Kennenlernens und Verstehens über die Kindheitserzählungen aufzugreifen. Sie ist 1941 in Pustchow/Pustkowo zur Welt gekommen, hat also Wurzeln in Pommern, die sie in ihrem langen Leben in Hamburg, München und Berlin nicht vergessen hat. Und schon ist man mitten drin in gar nicht so einfachen Kindheiten. Viele sind in Europa nicht in säuberlich abgetrennten Wohnungen aufgewachsen, sondern sind einmal oder sogar mehrmals in der ‘Wohnanlage’ umgezogen. Da steht in einer verlassenen oder aufgegebenen Wohnung so ein Kindheitskoffer herum. Die jetzigen Bewohner fragen sich vielleicht: Wie ist der denn dahin gekommen? Anzumerken ist natürlich, dass das ‘Haus Europa’ in der ersten Hälfte des 20. Jahrhunderts ganz und gar nicht ein Ort friedlichen Zusammenlebens war.
Ein von Heidi Ramlow herausgegebenes Buch über Kindheiten in Schweden und Deutschland gibt es seit Mai 2015 schon im Handel.
Ein zweites Buch mit dem Titel “Kindheit in Deutschland – Kindheit in Polen” ist im Entstehen, soll am 1.9.2015 erscheinen und 12 Euro kosten. Es werden in der zweisprachigen Anthologie 27 polnische und deutsche Autoren und Autorinnen von ihren Kindheitserlebnissen berichten, in unterschiedlicher literarischer Form, von Familie, Liebe, Religion, Ideologie, Fluchterlebnissen und Heimatsuche erzählen. Es ist ein Beitrag zum gegenseitigen Verstehen und auch zur Versöhnung, so Heidi Ramlow. Herausgeber des Buches ist Heinrich von der Haar, Vorsitzender des Literatur-Kollegs Brandenburg e.V., Schirmherrin der Anthologie – Gesine Schwan, Präsidentin der Europauniversität Viadrina, Frankfurt/Oder.
Es gibt auch bereits einen Terminplan für eine Reihe von Lesungen in Deutschland und Polen, fünf davon im Oktober und November in Berlin. Von Kindheiten zu lesen ist interessant, sie erzählt zu bekommen einfach schön!
Czy imigracyjne pochodzenie może być naszą zaletą?
Co wnosimy do kraju, do którego emigrujemy i co otrzymujemy?
Z tymi pytaniami już pod koniec sierpnia zmierzy się grupa młodzieży w wieku
14-18 lat i udzieli na nie odpowiedzi w sposób filmowy.
W ciągu pięciu dni młodzi filmowcy będą mieli okazję stać się aktorami, reżyserami, operatorami, kierownikami planu filmowego, montażystami – jednym słowem, będą mogli wypróbować się w różnych zawodach filmowych.
Film, który powstanie w ramach warsztatów, będzie prezentowany w TV ALEX oraz weźmie udział w konkursach filmowych, przeznaczonych dla młodych twórców.
Warsztaty są darmowe i wciąż są jeszcze miejsca… a więc,
Kann ein Migrationshintergrund auch ein Vorteil sein?
Was bringen wir in ein Land ein, in das wir emigrieren und was erhalten wir im Gegenzug?
Mit diesen Fragen wird sich eine Gruppe von Jugendlichen im Alter von 14 bis 18 Jahren bereits Ende August auseinandersetzen und uns ihre filmischen Antworten präsentieren.
Im Laufe von fünf Tagen werden junge Filmemacher/innen die Möglichkeit haben Schauspieler/in, Regisseur/in, Kameramann/-frau, Aufnahmeleiter/in, Cutter/in zu sein – mit anderen Worten werden sie die Möglichkeit haben sich in unterschiedlichen Filmberufen auszuprobieren.
Der Film, welcher im Rahmen dieses Workshops entsteht, wird bei Alex TV ausgestrahlt und bei Filmfestivals für junge Filmemacher eingereicht.
Der Workshop ist kostenlos und es gibt noch freie Plätze, also …
Kamera ab!
Melde Dich einfach an unter
E-Mail: aktywnie.prs@gmail.com
oder telefonisch: 01758595921
Die nächste Runde startet Ende August 2015
Beim letzten Mal hat es sehr viel Spaß gemacht! Schaut rein! https://vimeo.com/123721581
W Galerii Artoteki Grafiki w Bibliotece Sztuki w Zielonej Górze otwarta została niedawno wystawa dyplomowa Jolandy Jeklin. Jest ona zwieńczeniem jej studiów malarskich w Instytucie Sztuk Wizualnych Wydziału Artystycznego w Zielonej Górze pod kierunkiem prof. Stanisława Kortyki i w pracowni uzupełniającej dr hab. Normana Smużniaka.
Ta wyjątkowo spójna optycznie, harmonijna prezentacja obejmuje 26 prac, w tym przede wszystkim obrazy z serii Miasta powstałe w latach 2013-2015. Ich temperatura barwna zdaje się narastać w kierunku centrum ekspozycji, gdzie umieszczony jest utrzymany w gamie pulsującego oranżu akryl na płótnie NY (New York, 2014). Na kolejnej ścianie w spokojniejszych kompozycjach, inspirowanych pejzażem i rytmem fal temperatura jest już bardziej wychłodzona, by wreszcie w ostatniej części wystawy ulec całkowitemu wyciszeniu w monochromatycznych na poły graficznych pracach w barwie naturalnego lnu i ecru rozjaśnionego koronkową warstwą bieli.
W ekspozycji dominują wyobrażenia abstrakcyjne, spośród których najwcześniejsze,takie jak wspomniany już obraz NY czy LA (Los Angeles, 2014) przywołują odległe skojarzenia z twórczością Paula Klee.
W nieco późniejszych pracach pojawiają się efekty wibracji i pulsowania powierzchni malarskiej czy utrzymane w fuksjowej i błękitnej tonacji w dolnych partiach i jaśniejące ku górze, pointylistyczne kompozycje z efektem pikselowania w skali makro (Harmony I, Harmony, II, 2015, il. 4)
Są one wyobrażeniem poznanej osobiście, bądź jedynie wyobrażonej, energii zmieniających sie miejsc życia artystki. W jej najnowszym obrazie, o zagadkowym tytule, w horyzontalny rytm pasm błękitu, turkusu i lazuru wpisane są znaki odsyłające do symboliki religijnej oraz drobny zarys drewnianego kościoła, reminiscencja z gór Słowenii, gdzie znajduje się dom malarki. (Faith, 2015).
Swoistym aneksem do pokazu malarstwa są trzy grupy mandal należących do serii Concentration, Eco (2015) i Winter Journey.
Na pozór trudno zrozumieć ich związek z główną częścią wystawy, z obrazami w intensywnych barwach i o horyzontalnej, kompozycji. Odmienna jest po pierwsze technika wykonania. Te nad wyraz misternie wycięte linoryty można wszak odbijać wielokrotnie. A jednak nie ma tu dwóch prac identycznych. Zarówno sam druk, jak i tło należące opracowane są z wykorzystaniem efektów nierównomiernego cieniowania i wysycenia farby. Ponadto nad mechanicznym z pozoru sposobem ich tworzenia góruje eksperyment. Zwłaszcza opracowane na sposób malarski tło prac z serii Winter Journey powstaje wskutek kilkudniowego barwienia lnianych płócień w słoweńskim winie. Nie tylko każda seria prac, lecz i każde podobrazie, zależnie od gatunku wina, jest zatem odmienne od pozostałych, a o strukturze powstałych na nim organicznych abstrakcji w znacznym stopniu decyduje przypadek. Tak jak ekspresjoniści i surrealiści, by wspomnieć tylko Edvarda Muncha czy Maxa Ernsta, Jolanda Jeklin autorem części efektów malarskich w swych pracach czyni samą naturę.
Artystka wyjaśnia, iż idealna forma koła w wyobrażeniu mandal, opisywana choćby przez Junga, ze zróźnicowanymi, choć nieodmiennie symetrycznymi, centrycznie opracowanymi motywami, ma oddziaływanie (auto)terapeutyczne. Odsyła ona do wyobrażenia o człowieku jako monadzie, z filozofii, z Leibniza. Z pozoru niemal identyczne, a przecież różniące się mnóstwem szczegółów, mandale postrzega ona jak oglądane jakby w zbliżeniu jednostki ludzkie, w jej wizerunkach miast przedstawione z oddali i roztopione w zatomizowanej pulsującej płaszczyźnie. Z jednej matrycy powstaje więc wiele nieidentycznych mandal, jak nieidentyczni, choć w pewien sposób podobni są przedstawiciele gatunku ludzkiego.
Kluczem do wystawy jest obraz w technice mieszanej z elementami kolażu, przedstawiający bezgłowy korpus – zwrócone ku dołowi torso. Ta androgyniczna, nieco dekoracyjna mandala, zatytułowana Contemplation (2014). Koronkowa aplikacja nałożona jest tu na cieniowane, pastelowe tło w barwach piasku, nieba i morza, wyobrażające różne żywioły. Praca ta spina w jedność obrazów miast i mandal, ukazując w różnej skali to samo zjawisko – człowieka jako jednostkę niknącą w morzu podobych mu, lecz przecież tak odmiennych istot, w żywiołowym rytmie różniących się energią, choć z pozoru bliźniaczych metropolii.
Wystawa: Jolanda Jeklin. Transformacja
14.07.-30.08. 2015
Galeria Artoteki Grafiki
Biblioteka Sztuki
Wydział Artystyczny
Uniwersytet Zielonogórski
ul. Wiśniowa 10
Zielona Góra
Lista ilustracji
1. Transformacja, wystawa dyplomowa Jolandy Jeklin, Galeria Artoteki Grafiki w Bibliotece Sztuki, Wydział Artystyczny, Uniwersytet Zielonogórski, 14.07.2015 (fragment).
2. Jolanda Jeklin, L.A (Los Angeles ), 2013,100 x 140 cm.
3. Jolanda Jeklin, N.Y (New York), akryl na płótnie, 2014, 150 x 120 cm.
4. Jolanda Jeklin, Harmony I, akryl na płótnie, 2015, 100 x120 cm.
5. Jolanda Jeklin, Faith, olej na płótnie, 2015, 120 x 90 cm (fragment)
6. Jolanda Jeklin, cztery prace z serii Eco, linoryt, technika mieszana, 2015, 140 x 140 cm.
7. Jolanda Jeklin, prace Contemplation, technika mieszana, kolaż, 2014, 60 x 90 cm.
Do moich polskich Czytelników – we wpisie jest mowa o cytacie z powieści Henninga Mankella Piąta Kobieta. Cytat dotyczy cerowania skarpetek. To bardzo ważny cytat. Kiedyś znalazłam link do tego cytatu po polsku, ale niestety w międzyczasie zniknął.
Ewa Maria Slaska
Wallander, Die Fünfte Frau und das Stopfen der Strümpfe
Ich lese gerade den 5. Roman von Henning Mankell. Gestern fand ich dort einen wichtiger Absatz, der eigentlich mit der Handlug der Krimistory nichts zu tun hat, viel aber mit dem Stand der unseren Gesellschaft. Wallanders Worte über Strümpfestopfen. Ich fand es interesant, dass ein sensibler Mensch schon in den 90gern, schon in reichen Schweden dies gesehen hat, was wir erst 10, 15, 20 Jahre später bemerkt haben. Er wusste, dass wir uns erst am Anfang von etwas befinden, das sich noch verschlimmern wird. Und so war es. Und so ist es. Und es läßt sich nicht ändern. Nicht umkehren. Ich dachte, ich möchte darüber hier, in diesem Blog erzählen, weil es so wichtig ist. Und dann fand ich, dass ich nicht die Einzige bin, die die Wörte von Mankell bemerkenswert findet. Es sind im Internet mehrere, die es tun. Ich möchte hier einem von Ihnen zitieren: Pastor Max Toepffer. 2012 schrieb er in einem Pfarrbrief:
Ich bin ein großer Krimi-Fan und besonders angetan haben es mir Kriminalgeschichten aus Skandinavien. Vor einigen Jahren las ich in einem Buch des schwedischen Schriftstellers Henning Mankell eine Passage, die mich sehr nachdenklich gestimmt hat. Da fragt Linda ihren Vater, den Kommissar Wallander, warum es so schwer sei, heute in Schweden zu leben:
„Manchmal stelle ich mir vor“, sagte Wallander, „dass es damit zu tun hat, dass wir aufgehört haben, unsere Strümpfe zu stopfen!“ Sie sah ihn verwundert an.„Ich meine das ernst“, sagte er. „Als ich groß wurde, war Schweden noch ein Land, in dem man seine Strümpfe stopfte. Ich habe es sogar noch in der Schule gelernt. Dann plötzlich eines Tages war Schluss damit. Kaputte Strümpfe wurden weggeworfen.Keiner stopfte mehr seine Wollsocken. Die ganze Gesellschaft veränderte sich. Verbrauchen und Wegwerfen wurde zur einzigen Regel, die wirklich alle vereinte.Es gab zwar Menschen, die darauf beharrten, ihre Sachen zu flicken, aber man sah und hörte sie nicht. Solange es nur die Strümpfe betraf, war diese Veränderung vielleicht nicht so gravierend. Aber das Prinzip griff um sich! Schließlich wurde es zu einer Art unsichtbarer, aber ständig gegenwärtiger Moral. Ich glaube, das hat unsere Auffassung von richtig und falsch verändert, von dem, was man anderen Menschen gegenüber tun durfte und wasnicht. Alles ist so viel härter geworden. Immer mehr Menschen fühlen sich überflüssig oder sogar unwillkommen im eigenen Land. Und wie reagieren sie darauf? Mit Aggression und Verachtung!Am erschreckendsten aber ist, dass wir uns erst am Anfang von etwas befinden, das sich noch verschlimmern wird.Es wächst im Moment eine Generation heran, die mit noch größerer Aggressivität reagieren wird. Und die haben keine Erinnerung mehr daran, dass es tatsächlich einmal eine Zeit gegeben hat, wo wir unsere Wollsocken gestopft haben. Wo wir weder Wollsocken noch Menschen verbraucht und weggeworfen haben!“
Soweit Kurt Wallander im Roman „Die fünfte Frau“. Das, was Henning Mankell da für Schweden feststellt (Schweden 1996 – noch so eine schöne Zeit! – Anm. EMS), gilt genauso für Deutschland wie für alle Staaten der westlichen Welt. Das Wegwerfprinzip hat tatsächlich unser Leben, unsere Wertvorstellungen, unsere Moral nachhaltig verändert. Es hat unsere Auffassungen von richtig und falsch verändert, von dem, was man anderen Menschen gegenüber tun durfte und was nicht. Und es mündet (überspitzt formuliert) in die bittere Feststellung: Wo man alte Socken wegwirft, da wirft man am Ende auch Menschen weg?! (Heine?wo man Bücher verbrennt, verbrennt man auch am Ende Menschen – Anm. EMS) Oder was zählt denn heute ein Arbeitnehmer auf dem Arbeitsmarkt, wenn er die 50 überschritten hat? Was zählt ein Hartz IV-Empfänger? Was ist ein Mensch in unserer Gesellschaft wert, wenn er körperlich, wenn er psychisch beeinträchtigt ist? Zu was ist ein alter Mensch noch nütze? Was erfahren Menschen mit Migrationshintergrund an Ausgrenzung, an handfester Gewalt in Deutschland? Und warum gibt es so viele Menschen, die am Rand unserer Gesellschaft stehen? So viele Einsame und Einzelgänger? So viele Erwachsene und Kinder, die im Grenzbereich einer menschenunwürdigen Existenz leben müssen? Warum ist alles so viel härter geworden? Und warum gibt es so viele Menschen, die sich überflüssig oder sogar unwillkommen fühlen?
Wenn ich in die Bibel schaue, wird mir wieder bewusst, wie so ganz anders Jesus mit Menschen umgeht – mit Menschen in Grenzsituationen, mit Menschen am Rand der Gesellschaft. Da erlebe ich Hinwendung und Beachtung, da geschieht Heilung. Für Jesus gibt es kein „Das geht mich nichts an!“ oder gar „Was habe ich davon!“ Wenn ich in die Bibel schaue, erlebe ich immer wieder staunend, wie behutsam und liebevoll, wie verbindlich Jesus mit den Menschen umgeht. Er hat keine Berührungsängste vor Menschen mit Behinderungen, körperlichen oder seelischen Gebrechen, Krankheiten, auch nicht vor Menschen, die anders sind. Damit setzt Jesus Maßstäbe!
Als Christen nehmen wir uns diese Maßstäbe zu Herzen! Wir versuchen, sie umzusetzen, zu leben. Das verlangt auch von uns ganz bewusst mehr Achtsamkeit und Behutsamkeit im Umgang mit anderen Menschen. Die Wegwerfgesellschaft darf uns nicht dazu verleiten, mit Menschen auch nach dem Prinzip: Verbrauchen und Entsorgen! zu verfahren. Jesus setzt Maßstäbe – und so ist für mich als Christ jeder Mensch, der an meinem Lebensweg steht, eine Aufgabe.
Od lat jestem zaprzyjaźniona z pochodzącym z Raciborza architektem i malarzem, Engelbertem Kremserem. Pisałam już o nim kiedyś, dziś wracam do niego, ale z innym pytaniem, bo interesuje mnie jego pierwszy mistrz.
Gdy rozmawiamy o życiu, Kremser zawsze opowiada o swoim pierwszym nauczycielu malarstwa. Było tak. Był rok 1948 w powojennym Raciborzu. Chłopak miał 10 lat. Pewnego dnia zobaczył na ulicy malarza ze sztalugami. Stanął i zapatrzył się. Malarz podniósł wzrok, popatrzył na chłopaka, a ten wykrztusił z siebie tylko jedno zdanie, nie, nie zdanie, trzy wyrazy. Ja też maluję… No to pokaż, co malujesz, odparł malarz, a chłopak pobiegł do domu tak prędko, jak jeszcze nigdy w życiu nie biegł, ani przedtem, ani potem…
Malarz nazywał się Bolesław Juszczęć i uczył chłopaka malarstwa aż do matury. Za darmo. Był dla niego zastępczym ojcem. Prawdziwy ojciec nie wrócił po wojnie do rodziny, aż… Ale o tym za chwilę. Juszczęć nauczył Engelberta malarstwa i rysunku, i przygotowywał do egzaminu do Akademii Sztuk Pięknych. Tymczasem chłopak-zdrajca nie chciał być malarzem, chciał być architektem i zdał egzamin na architekturę we Wrocławiu. Był rok 1956. I wtedy matka zabrała obu synów do Niemiec.
Myślę, że Malarz na pewno był zadowolony z tego, co osiągnął Architekt. Bo Engelbert został wprawdzie architektem, ale architektem-artystą, przedstawicielem fantastycznej gałęzi architektury, gdzie jego poprzednikami – choć nie wzorami, bo każdy z tych fantastycznych architektów buduje po swojemu – są Niki de Saint Phalle i Antoni Gaudi. Engelbert wymyślił metodę pracy, którą nazwał architekturą ziemi (Erdarchitektur). Zbudował w Berlinie kilka niezwykłych budynków w tym kawiarnię nad jeziorem na terenie dawnej wystawy ogrodniczej w Britz.
Jest jednym z niewielu architektów, którzy mają wizję i którzy cierpią w obliczu świata zbudowanego z betonowych kostek. To nie jest dziennikarska przesada, oni cierpią. Widzę to i słyszę, gdy rozmawiamy z Engelbertem o architekturze. Albo chodzimy po mieście.
Poza tym od lat maluje.
Tak, jestem przekonana, że Juszczęć był(by) zadowolony. Historię o Juszczęciu słyszałam już wielokrotnie, ale dopiero teraz przychodzi mi do głowy, że warto by było dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Engelbert mówi mi tylko, że żona artysty pracowała w fabryce słodyczy. Dobrze zarabiała, Juszczęć nie musiał więc w ogóle pracować, ale chciał i przez wiele lat był nauczycielem sztuki w szkole dla głuchoniemych. Bardzo lubił tę pracę i miał wybitne efekty.
To wszystko. Nic więcej nie wiem. Ale w końcu umiem szukać, a internet został stworzony dla mnie.
Wrzucam imię i nazwisko Bolesław Juszczęć do internetu. Pojawia się kilkakrotnie, ale zawsze wspólnie z Kremserem. To wierny (a jednak wierny) uczeń lojalnie przypomina, u kogo się uczył i kto uczynił z niego artystę. Wydaje się, że Juszczęcia nie ma bez Kremsera, że istnieje tylko w tym podwójnym związku mistrza i ucznia, zastępczego ojca i zastępczego syna.
Wreszcie jednak znajduję – cmentarz w Oliwie. Ten koło katedry Oliwskiej. Już dawno zamknięty, dopuszczalne są tylko pochówki uzasadnione związkami rodzinnymi z innymi osobami tu pochowanymi.
Bolesław Juszczęć, urodzony 12 sierpnia 1912 roku, zmarł 5 stycznia 1968 roku. Strona internetowa biliongraves podaje, że nie wiadmo, czy był żonaty, ale obok leży Maria Juszczęć. W dalszych poszukiwaniach dowiem się, że żona wprawdzie też była Maria, ale jest pochowana w Raciborzu, a na cmentarzu w Oliwie leży troje rodzeństwa – Bolesław, jego siostra Maria i ich brat, Kazimierz, żołnierz Royal Navy z czasów II wojny, który pływał w konwojach przez Atlantyk i do Murmańska.
Oczywiście początkowo nie jestem pewna, czy zmarły z cmentarza w Oliwie to on, ale w chwilę potem już wiem, że tak. W spisie publikacji Muzeum Narodowego we Wrocławiu znajduję bowiem następującą notatkę:
A zatem to jego daty urodzenia i śmierci. Pod koniec życia zaniosło go do Oliwy. Potem dowiem się, że został tam przewieziony już po śmierci. Chorował na gruźlicę, a gdy w pamiętnym roku 1963 został przymusowo zaszczepiony przeciw czarnej ospie – to ta wielka akcja polskich lekarzy we Wrocławiu, moja ciotka Maryta Karpińska też brała w niej udział! – gruźlica się odnowiła. Umarł w niespełna cztery lata później.
Bolesław też był w wojsku w Anglii, ale w polskim. Po wojnie obaj bracia wrócili do kraju, co przyniosło im mnóstwo udręki, prześladowań, komunistycznych pomówień o szpiegostwo, a bratu nawet proces i więzienie. Po przyjeździe do kraju Bolesław pojechał do rodziców i siostry do Jeleniej Góry, dostał tam pracę w Teatrze Dramatycznym, tam poznał o 10 lat młodszą Marię i tam się następnego dnia oświadczył, tam wreszcie po trzech miesiącach wzięli ślub.
Zamyślam się nad tą informacją. Szybcy byli. Mój ojciec oświadczył się dopiero po tygodniu, a ślub wzięli po pół roku. Mieli dwoje dzieci, Anię, młodszą ode mnie o dwa lata i młodszą od niej o następne dwa lata Magdę.
To Ania opowiada mi przez telefon o Tacie i rodzinie, ale oczywiście najpierw musiałam ją znaleźć, co nie było proste, bo Engelbert wcale mi w tym nie pomógł. Ania wyszła za mąż za pana Telemana (tak, z tej rodziny slynnych muzyków!), jest notariuszką i mieszka w Piotrkowie Trybunalskim.
Ojciec tuż przed wojną studiował sztukę na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Gdy skończył zaczęła się wojna, a on przedostał się do Anglii. Był ranny, leżał w szpitalu w Manchesterze. Gdy wrócił mógł wykonywać tylko prace zlecone, ale nie miał pracy na etacie. Nie dlatego jednak, że – jak twierdzi Engelbert – żona tak dobrze zarabiała, tylko dlatego że był repatriantem z Wielkiej Brytanii i na dodatek żołnierzem “wrogiego” wojska polskiego na uchodźstwie. Córka mówi, że Ojciec dostał pracę wprawdzie jeszcze przed Odwilżą, ale już po śmierci Stalina w marcu 1953 roku.
Pracował w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Niesłyszących i Słabosłyszących. Dziś jest to budynek Liceum Ogólnokształcącego im Kasprowicza.
To tu w roku 1969 Ania zdała maturę. Taty wtedy już nie było, ani w Raciborzu, ani wśród żywych. Ojciec bardzo lubił tę pracę, mówi Ania, nauczył się nawet języka migowego, ale mimo to zawsze podczas lekcji również mówił, tak żeby ci, co chcieli, mogli czytać z ruchu ust. Pracował z pasją i zaangażowaniem, był lubiany, ceniony, szanowany. Jedna z jego uczennic, Basia Borowska, została nawet malarką, co było wielkim ewenementem, nawet nie tyle z uwagi na talent artystki, ile z powodu jej studiów w normalnej uczelni wyższej. Głuchoniemi z zasady byli kierowani do szkół specjalnych.
Juszczęć prowadził również zajęcia plastyczne w miejskim ośrodku kultury i w Zakładzie Wychowawczym. O tej pracy twierdził, że uczenie sztuki było tylko częścią jego zadań pedagogicznych, bo może ważniejsze były rozmowy, wychowywanie młodych ludzi. Ale i oni go bardzo lubili i cenili.
Gdy zachorował, wszystkie te zajęcia się urwały. Człowiek chory na gruźlicę nie może pracować z młodzieżą.
Ale też malował. Oczywiście – malował. Akwarela, gwasz, olej, rysunek piórkiem, tusz. Wykonywał prace na zamówienie Urzędu Miejskiego w Raciborzu, do ratusza, ale też przekazywane dalej jako prezenty dla honorowych gości Miasta. Miał wystawy indywidualne, uczestniczył w wystawach zbiorowych. Już po śmierci miał wystawę indywidualną w Empiku w Raciborzu, poświęconą ostatniej jego pasji – obrazom przedstawiającym konie. Ale malował i inne motywy – w mieszkaniu Ani znajdują się obrazy z czasów wojny, z Anglii, z Manchesteru, gdzie mimo służby wojskowej studiował sztukę. Są obrazy przedstawiające Racibórz, są portrety…
Mama, Maria Ludwika, jak Maria LudwikaGonzaga, była ekonomistką i, rzeczywiście, tak jak to zapamiętał Engelbert, pracowała w Fabryce Cukrów i Czekolady “Ślązak”. Fabryka została założon w roku 1898 jako Goldsiegel, Kakao- und Schokoladenfabrik, a jej budynki zlikwidowano dokładnie po stu latach, w roku 1999. Fabryka przetrwała wojenną zawieruchę i już w 1945 roku wznowiła produkcję. Po Powodzi Tysiąclecia fabrykę rozebrano, dziś na jej miejscu stoi market Kaufland, a sama fabryka, teraz już pod nazwą “Mieszko”, przeniosła się do dawnej wieży ciśnień. I robi, jak twierdzi Ania, najlepsze słodycze w całej Polsce, bo jeszcze oparte o własne receptury.
To zdjęcie, bezwzględnie z czasów Juszczęcia i Kremsera w Raciborzu, znalazłam na stronieFotopolska.
Mama i Tata byli dobrym, zgodnym małżeństwem. Dzieci miały prawo do udziału w życiu dorosłych, mogły przysłuchiwać się rozmowom dorosłych, zwlaszcza, gdy była mowa o sztuce…
Tata był bardzo eleganckim mężczyzną. Nosił tylko buty robione na miarę, które wykonywał dla niego szewc Skibiński. Gdy nowe buty zjawiały się w domu, Tata przez dwa tygodnie codziennie je pastował i polerował. Również podeszwy. Dziąki temu stawały się eleganckie, błyszczące jak lakier, a zarazem nieprzemakalne.
Takie buty! W PRL-u!
***
PS. Trzy kolaże Kremsera można do 26 października zobaczyć na wystawie o architekturze lat 60 w Berlinische Galerie: Radikal modern. Planen und Bauen im Berlin der 1960er-Jahre. Fragment jego architektonicznej wizji budynku Europa Center został użyty w trailerze wystawy:
Oczywiście najpierw trzeba się zapytać, gdzie leży Baszkiria? / Natürlichmuss man sich zunächstfragen, wo die Baschkiria liegt? Baschkiria das heißt Bashkortostan. /Baszkiria to Baszkortostan. Autonomiczna republika, wchodząca w skład Federacji Rosyjskiej, u podnóża Uralu. / Eine autonome Republik im östlichen Teil des europäischen Russlands, dicht an den Ural. Die Bevölkerung besteht zu über 90 % aus Russen, die Minderheiten sind die Tataren, Baschkiren, Kasachen, Ukrainer und Weißrussen. / W Baszkirii mieszkają głównie Rosjanie – mniejszości to Tatarzy, Baszkirzy, Kazachowie, Ukraińcy i Białorusini. Stolicą jest Kurgan. Tak podaje Wikipedia. Silja, właścicielka Pishki napisała mi jednak, że stolicą jest Ufa. Mapa Google by to potwierdzała. / Wikipedia meint, die Hauptstadt wäre Kurgan, aber Silja, Inhaberin von Pishka meint, es ist Ufa. Google-Map scheint es zu bestätigen.
***
Am 25. Juni eröffnete man ein baschkirisches Restaurant PISHKA in Kreuzberg. / 25 czerwca na Kreuzbergu otwarta została PISHKA, baszkirska restauracja. Poszłyśmy tam z koleżanką. Było świetnie. / Wir waren dort mit meiner Freundin. Es war wunderbar. Es gibt gutes hausgemachtes Essen und Wunderbares zum Trinken d.h. Kwas in vier Farben und Kompott, was keine Ähnlichkeit mit dem deutschen Kompott vorweist, ein Lieblingsgetränk aller aus dem Osten.
Personal ist unglaublich freundlich. Alle sind fröhlich, sie und wir. Super.
/ Do jedzenia są pierogi, wareniki, pielmieny, różne świetne pasztety, krokiety i pulpety, trzy zupy, w tym barszcz, do picia kwas w czterech kolorach i nasz swojski kompot. Przemiła obsługa. Wesoło.
Also – nichts wie hin. Eine Losung von Pishka ist: Esst mehr Piroggen Und so soll es sein! / Koniecznie trzeba iść. I podjeść pierogów, które smakują inaczej niż te nasze, a to zawszeć ciekawostka.
Ach und noch eine Preis-Frage – was bedeutet PISHKA? I jeszcze pytanko z nagrodą – co znaczy PISHKA?
Johanna Rubinroth with a little help of Ewa Maria Slaska
JAPONIA – z czym kojarzy się Japonia?
Oczywiście z sushi, samobójstwem w ogóle i z hara-kiri w szczególe.
Ale również:
z minimalistycznym stylem,
z zen
i z jasną prostą formą.
Puściutkie mieszkania bez pamiątek-plastików-podstaweczek-stosów papieru-śmieci codziennych-zakupów z euro-shopu
no
bez tysiąca tych rzeczy, które zawalają nasze europejskie mieszkania.
Również i w filmie widzimy przestrzenne komnaty, w których oprócz futonu i czajniczka z zieloną herbatą nie ma nic, tylko płynące spokojnie ‘Ki’ (気).
Prawda jednak wygląda inaczej.
Oto cytat z książki “Magic cleaning”, napisanej przez Japonkę Marie Kondo, kobietę która pomaga Japończykom sprzątać i wywalać niepotrzebne duperele. Niemiecki podtytuł brzmi:”Jak prawidłowe sprzątanie zmieni nasze życie”. Książka ukazała się oczywiście również po polsku, jej podtytuł brzmi “Japońska sztuka porządkowania i organizacji”.
Sama autorka nazwała swoją metodę sprzątania KonMari. Musisz wziąć do ręki każdą rzecz i przyznać jej odpowiednie miejsce w swoim życiu. I wtedy zobaczysz, że większość rzeczy, które weźmiesz do ręki to śmieci.
Rekord w ilości wyrzuconych worów śmieci dzierży niewątpliwie para małżeńska, których badziewie wypełniło 200 worków, a do tego jeszcze doszło dziesięć dużych gratów, które trzeba było usunąć osobno. Z mojego doświadczenia wynika, że dolna granica ilości śmieci to 20-30 worów o pojemności 45 l. Przeciętne gospodarstwo jednosobowe to z reguły 40 worków, dwuosobowe – około 70. Jeśli miałabym policzyć, ile worów już usunęłam, doliczyłabym się ponad 28000.
U jednej pani Marie Kondo znalazła sześćdziesiąt szczoteczek do zębów. Tak, w Japonii. W tej pięknej minimalistycznej Japonii.
Ewa Maria Slaska:
Oj! A jednak nie desperujmy na widok naszych mieszkań i, jak pisze Maria Kondo, nie próbujmy osiągnąć doskonałości. Wyrzucajmy jedną rzecz dziennie! Stosowałam to skutecznie przez rok, bez niczyjej porady, sama z siebie. Potem zapomniałam, dzięki Joasi przypomniałam sobie, że tak lubię usuwać niepotrzebne rzeczy. Na przykład skarpetki, już znalazłam 7 par beznadziejnych skarpetek. Te wyrzucę, resztę ułożę… Ułożę? Oj nie wiem.
Mianem „Buntowniczej siódemki” w roku 1918 krytycy poznańscy określali tamtejszą grupę ekspresjonistów, którzy wystąpili z transgranicznym programem sztuki zaangażowanej. Do jej dokonań nawiązują twórcy współcześci, którzy przygotowali prezentacje artystyczne na wystawę „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego”. Wystawa w Muzeum Okręgowym w Bydgoszczy czynna jest jeszcze do 23 sierpnia i prezentuje dialog artystów współczesnych ze sztuką klasycznej awangardy *.
Aranżacja wystawy „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda” w Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy. Prace grupy Bunt sąsiadujące z aranżowanymi słupami ogłoszeniowymi oraz stelażem projektu ulotka (po lewej) i prezentacją Ich 7. W tle rzeźba Cerber Małgorzaty Kopczyńskiej (2013) i druk wypukły Andrzeja Bobrowskiego Transfiguration 2 (ok. 2013).
Prace grupy Bunt, w tle po lewej rzeźba Cerber Małgorzaty Kopczyńskiej (2013) i druk wypukły Andrzeja Bobrowskiego Transfiguration 2 (ok. 2013), a po prawej Autoportret Piotra Szurka (2012).
Na pierwszym planie rzeźba Cerber Małgorzaty Kopczyńskiej (2013) i rysunek Jacka Szewczyka Aleja bez pracy (1999)
Relacje z poprzedniej odsłony wystawy, w Muzeum Narodowym w Poznaniu, zamieszczaliśmy w minionych tygodniach: TU, TU i TU. Zapowiadaliśmy też już wystawę i konferencję w Bydgoszczy TU i TU.
Uczestnicy projektu Ich 7, którego nazwa nawiązuje do określenia, którym opisywano grupę Bunt tworzą prace programowo i technologicznie nawiązujące do inspiracji płynących z dokonań ich działających przed niemal stu laty kolegów, które ukazują zarazem trwałość, jak i kierunki reinterpretacji idei oraz estetyki awangardy. Dwujęzyczna nazwa prezentacji Ich 7 to echo dwujęzyczności nazwy grupy Bunt, programowo wyrażającej ponadnarodowe postulaty ekspresjonizmu. Ich po niemiecku znaczy ja. Jest to oczywiście słowo używane przez każdego w codziennym życiu, ale także powszechnie stosowane pojęcie w filozofii i psychologii jaźni.
Prace tworzące projekt posiadają formaty znacznie większe niż dzieła działających u schyłku I wojny światowej i na początku międzywojnia twórców grupy Bunt. Związane jest to ze zmianą form recepcji. U schyłku XIX i w pierwszych dekadach XX wieku dzieła graficzne upowszechniano często za pomocą czasopism artystycznych, które nierzadko przesyłano pocztą nawet do odległych krajów, przyczyniając się do zwiększenia zasięgu ich odbioru, a równocześnie do egalitaryzacji i nobilitacji tego medium.
Słup ogłoszeniowy w obrębie zaaranżowanej na wystawie kawiarni, z reprodukcjami grafiki z czasów Buntu i klasycznej awangardy.
Słup ogłoszeniowy, prace Stanisława Kubickiego i stelaż z prezentacją zbiorowej realizacji grafików współczesnych z pracami w klasycznym formacie ulotki.
Dziś grafika jest nie tylko wyemancypowaną i w pełni respektowaną formą sztuki, ale też całkowicie zdominowała oblicze współczesnej ikonosfery, a prace graficzne osiągają iście monumentalne formaty.
Kontrast formatu dzieł grupy Bunt i współczesnej grafiki. W tle praca Przemysława Tyszkiewicza Magiczneskutki połykania świeżych motyli (2003) .
Słup ogłoszeniowy z reprodukcjami zaginionych dziś prac klasycznej awangardy i dokumentacją jej dorobku z czasopism, plakatów i fotografii. W tle prezentacja Ich 7. Od lewej prace Przemysława Tyszkiewicza, Agaty Gertchen, Małgorzaty Kopczyńskiej i Piotra Szurka.
Prezentacja Ich 7 ma wskazywać nie tylko na tę ewolucję w obiegu komunikacyjnym sztuki, lecz również na szeroką skalę środków ekspresji artystycznej i dominant tematycznych charakterystyczną tak dla twórców grupy Bunt, jak i dla twórców współczesnych czerpiących inspirację z ich dorobku.
Jacek Szewczyk, Aleja bez pracy, rysunek (1999).
Z pozoru abstrakcyjny rysunek Jacka Szewczyka Aleja bez pracy (1999) jednoznacznie nawiązuje zarówno do tendencji abstrakcyjnych, jak i społecznego zaangażowania ekspresjonistów, wyrażając atmosferę alienacji i lęku zuniformizowanego na pozór morza bezrobotnych. Przygnębiający aktualnością temat zostaje tu pozornie strywializowany poprzez wykorzystanie techniki kameralnej, budząc poczucie obcości i skłaniając do refleksji. Zagęszczenie precyzyjnych linii, nagromadzonych w żmudnym procesie tworzenia obrazu z wykorzystaniem multiplikacji motywu głów z ustami rozwartymi do stłumionego krzyku. Ta aleja nie jest miejscem dla relaksujących się spacerowiczów, a po to kiedyś w miastach powstawały aleje i bulwary, ta aleja emanuje grozą. Jej widok wytrąca widza z poczucia spokoju i zadowolenia.
Prace grupy Bunt i prezentacja Ich 7. Po prawej rzeźba Cerber Małgorzaty Kopczyńskiej o raz dwie prace Macieja Kuraka z cyklu Cnoty kardynalne (2015).
Dwie prace Macieja Kuraka – 1. Wiara (Wolność wiodąca lud na barykady) i 3. Miłość (Estetyzacja polityki) z jego tryptyku Cnoty kardynalne (2015) – koncentrują się na treściach ideowych. Z radykalną wymową tych dzieł kontrastuje filigranowy format i delikatność zastosowanej tu techniki akwarelowej.
Rzeźba Małgorzaty Kopczyńskiej zatytułowana Cerber (2013) ma sens metaforyczny. Hades-podziemie, którego strzeże, czy raczej, do którego ma wgląd, zdaje się być azylem chroniącym od rzeczywistości. Cerber to torso pozbawione integralności, wykonane wprawdzie w realistycznej, klasycznej konwencji rzeźbiarskiej, jednak niepokojące widza swą fragmentarycznością jakby rodem z repertuaru chwytów dadaistyczno-awangardowych.
Znacznie bardziej wyciszony i tradycyjny wydaje się Autoportret Piotra Szurka (2012) (por. fot. 2 i 7) wykonany w technice akwaforty i akwatinty. Precyzja kreski i światłocienia przywołują tu na myśl klasyczne ołówkowe portrety tworzone od XVIII wieku do noszonych na piersi medalionów. Jednakże absolutnie nieklasyczny w wymowie jest tu format wielokrotnie przekraczający ludzką skalę. Od akademickiej konwencji portretowej odstaje też wymowa dzieła, które nieco przypomina maskę pośmiertną i nawiązuje do ekspresjonistycznej obsesji introspekcji i autoanalizy cenzurowanych przez społeczną konwencję emocji.
Prace Andrzeja Bobrowskiego Transfiguracja 2 (por. fot. 1, 2) i Agaty Gertchen Failed 05 (fot. 7 i 11) – obie wykonane techniką druku wypukłego, 2013 – wpisują się w typową dla Buntu tradycję druku wypukłego, a zarazem stanowią kontynuację awangardowych poszukiwań sposobów przestawiania czwartego i piątego wymiaru, a więc ruchu i czasu. Są one również przykładem syntetyzacji zaczerpniętych z natury elementów realistycznych i poprzez przeskalowanie – przenoszenia ich w sferę abstrakcji. Andrzej Bobrowski stosując przy tym metodę nacinania druku w celu zwiększenia reliefowości jego powierzchni, uzyskuje w swej pracy efekt tak ważnego dziś 3D.
Akwaforta z akwatintą Przemysława Tyszkiewicza Magiczneskutki połykania świeżych motyli z roku 2003 (fot. 6, 7, 9) odsyła do ekspresjonistycznych i surrealistycznych wizji odzwierciedlających fascynację nieznanymi obszarami ludzkiej psychiki i jaźni elementów. W duchu tradycji swych poprzedników Tyszkiewicz obnaża konwenanse, przejawy prowincjonalizmu i ksenofobii, zwalcza idealizację rzeczywistości w mediach oraz utrwalanie hipokryzji społeczno-politycznej, a także ograniczenia narzucane jednostce przez oficjalne instytucje.
Formy komunikacji medialnej, do których odwołują się projekty Refleks i Ulotka należą do typowych gatunków wypowiedzi Buntu oraz europejskiej awangardy okresu międzywojennego. Były to przede wszystkim: książka artystyczna i druk informacyjno-propagandowy o wymowie politycznej. Kolportowany na wiecach wspierał manifesty artystyczne oraz idee emancypacji społeczno-politycznej.
Dwa stelaże prezentacji Ulotka z prezentacją 31 grafik współczesnych.
Stelaże prezentacji Ulotka (widoczny druk cyfrowy Wojciecha Kołacz, Nowy Ład), plakaty I wystawy grupy Bunt (1918) w języku polskim i niemieckim oraz linoryt Andrzeja Bobrowskiego, Transfromacja M/S (2015), logotyp wystawy.
Projekt Ulotka (2015, kurator Maciej Kurak) tworzy zespół 31 prac grafików związanych z polskimi uczelniami artystycznymi, ukazujących problematykę społeczną z różnych perspektyw lokalnych. Realizacje eksponowane na stelażach w formie róży wiatrów ogląda się jak druki w przeglądarce plakatów. Ukazana w ruchu Ulotka staje się metaforą zmienności i synonimem idei otwarcia na innowacyjne wartości kulturowe i społeczne.
Jacek Szewczyk, Aleja bez pracy, rysunek (1999), cokół z prezentacją książki artystycznej Refleks (2014) oraz film Bunt –Re-wizje, koncepcja: Lidia Głuchowska, Anna Kraśko, realizacja: Anna Kraśko (2015).
Efektem projektu Refleks (2014-2015) jest instalacja, której najważniejszy komponent stanowi bibliofilska książka, zawierająca oryginalne prace graficzne. Jej pierwszemu pokazowi w poznańskiej galerii Rarytas wiosną 2014 roku towarzyszył afisz zaprojektowany przez Andrzeja Bobrowskiego, stanowiący transformację plakatu pierwszej wystawy grupy Bunt (1918) z linorytem Stanisława Kubickiego Wieża Babel (1917). W miejscu pierwotnej wieży ukazuje on jednak tunel – element aranżacji przestrzeni premierowej prezentacji – metaforę przemiany społecznej.
W 2015 roku na potrzeby wystawy Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda powstał film Marka Glinkowskiego, będący częścią ekspozycji.
Zdjęcia we wpisie: Lidia Głuchowska i Mariola Nehrebecka
Dr Lidia Głuchowska
„BUNT – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda”
na Wyspie Młyńskiej w Bydgoszczy – w sam raz na wakacje
W malowniczym zakątku Bydgoszczy, w zabytkowych wnętrzach Muzeum Okręgowego w czerwonym spichrzu 25 czerwca 2015 r. w znakomitej oprawie aranżacyjno-plastycznej rozpoczęła się druga z czterech edycji międzynarodowego tournée wystawy „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego”.
W sam raz na wakacje – niepodal w bydgoskiej Wenecji popływać można statkiem wycieczkowym, a potem zobaczyć tę znakomitą ekspozycję, prawdziwą perełkę sztuki aranżacji.
Relacje z poprzedniej odsłony wystawy, w Muzeum Narodowym w Poznaniu, zamieszczaliśmy w minionych tygodniach: TU, TU i TU. Zapowiadaliśmy też już wystawę i konferencję w Bydgoszczy (zobacz).
Wyspa Młyńska w Bydgoszczy, budynek Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego z banerem wystawy „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego”, proj. Franciszek Otto
foto: Lidia Głuchowska
Lidia Głuchowska, kuratorka, i Łukasz Maklakiewicz, kierownik działu organizacji wystaw, przed wejściem muzeum, 25.06.2015
foto: Marta Przetakiewicz
Widok z wnętrza czerwonego spichrza (Muzeum Okręgowe w Bydgoszczy) na plakat wystawy i Wyspę Młyńską
foto: Lidia Głuchowska
Bydgoska edycja wystawy jako pierwsza uwzględnia koncepcję aranżacyjną kuratorki, Lidii Głuchowskiej, obejmującą reminiscencje do aury schyłku I wojny światowej i początków dwudziestolecia międzywojennego. W scenografię zdynamizowaną wyrazistym rytmem czerwonych i grafitowych ścian włączone zostały elementy nawiązujące do atmosfery „ulicy”, „kawiarni” i „kina” z pierwszych dekad XX wieku, w których żyli i tworzyli artyści wczesnoawangardowej („ekspresjonistycznej”) grupy Bunt.
Wystawa „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego” w Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy
foto: Lidia Głuchowska
Prace graficzne rodziców donatora, współtwórców grupy Bunt, Margarete i Stanisława Kubickich oraz zaaranżowany słup ogłoszeniowy z dziełami w stylu konstruktywistycznym
foto: Mariola Nehrebecka
Publiczność przed linorytami Stefana Szmaja
foto: Marta Przetakiewicz
Tak więc, oprócz rozmieszczonych w kameralnych przedziałach prac poszczególnych grafików tego ugrupowania apelujących do odbiorcy syntetyczną, nowoczesną formą oraz silnymi kontrastami czerni i bieli, na „ulicy“ umieszczono „słupy ogłoszeniowe” prezentujące plakaty i inne dokumenty, a także prace plastyczne grupy Bunt i jej przyjaciół z międzynarodowych kręgów awangardy, znane dziś już tylko z reprodukcji w czasopismach artystycznych i dokumenatcji archiwalnej.
W „kawiarni“ znalazły się stelaże w formie róży wiatrów ukazujące prace graficzne zainspirowane twórczością i programem „poznańskich ekspresjonistów“ tworzących zbiorową realizację twórczą 31 artystów pt. „Ulotka“ (2015, kurator: Maciej Kurak).
W tle umieszczono rysunki i linoryty Margarete Kubickiej, Władysława Skotarka i Jerzego Hulewicza w starych, złoconych ramkach, ewokujące nastrój minionej epoki, natomiast na stoliku z tamtego czasu znalazły się teksty informacyjne dotyczące m.in. kwestii „obiektywnej“ fotografii i konstruowanej historiografii. Są one komentarzem do znajdujących się na sąsiednich ścianach powiększonych dokumentalnych i artystycznych zdjęć ukazujących międzynarodowy i transgraniczny charakter artystycznych inicjatyw Buntu. Dają one także wyobrażenie o ambiwalencji postaw politycznych artystów Buntu, oscylujących między awangardowym internacjonalizmem a patriotyzmem, który wielu z nich skłonił do udziału w Powstaniu Wielkopolskim i sprawił, że przywódca radykalnego skrzydła grupy, Stanisław Kubicki, przyłączył się do opozycji antyfaszystowskiej. Kubicki był kurierem polskiego ruchu oporu, przewoził przesyłki między Warszawą a Berlinem, zginął z rąk gestapo w 1942 roku, w symboliczny sposób potwierdzając prawdę swego artystycznego credo „Nie dzieła nasze są ważne, lecz życie”.
„Kawiarnia” zaaranżowana w ramach bydgoskiej odsłony wystawy „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda”. W tle widoczne powiększenia fotografii Augusta Sandera (1929) i Raoula Hausmanna (1932), ukazujących Stanisława Kubickiego. Obok wizerunek jego syna, prof. St. Karola Kubickiego, współzałożyciela Wolnego Uniwersytetu w Berlinie, który w roku 2015 ofiarowuje Muzeum Narodowemu
w Poznaniu i Muzeum Okręgowemu im. Leona Wyczółkowskiego
w Bydgoszczy ok. 90 dzieł artystów grupy Bunt
foto: Lidia Głuchowska
„Kawiarnia“
foto: Mariola Nehrebecka
Kilka fotografii znalazło się za „szklaną bramą” symbolicznie oddzielającą je od sfery żywych. To świadectwa faszystowskiej akcji „sztuka zdegenerowana”, ukazujące przyjaciół artystów ze zrzeszenia Bunt – Jankiela Adlera, Mojżesza Brodersona i Marka Szwarca prezentujacych drugi zeszyt ich czasopisma „Jung Idysz“. Umieszczone obok fotografie ukazują rzeźbę „Matka i dziecko“ należącej do tej samej łódzkiej grupy Poli Lindenfeldówny, a także „Kobiece torso” dresdeńskiego artysty Ottona Krischera. Oba te dzieła zostały roztrzaskane w domu Margarete i Stanisława Kubickich podczas rewizji SA i SS w 1933 roku.
„Entartete Kunst” za „szklaną bramą”. Fragment bydgoskiej aranżacji wystawy „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda”. Na zdjęciach Jankiel Adler, Mojżesz Broderson i Marek Szwarc prezentujacy drugi zeszyt czasopisma „Jung Idysz“ (1919), a także rzeźby Poli Lindenfeldówny i Ottona Krischera zniszczone w ramach akcji „sztuka zdegenerowana.”
foto: Lidia Głuchowska
Naprzeciw wejścia znajduje się „kino”, w którym prezentowane są powstałe w kontekście tournée wystawy donacyjnej filmy artystyczne – „Refleks” (2014/2015, realizacja Marek Glinkowski, Radosław Włodarski) – część kolejnego projektu artystów współczesnych zainspirowanego dokonaniami grupy Bunt oraz „Bunt – Re-wizje“
(2015, realizacja: Lidia Głuchowska, Anna Kraśko).
Wernisaż wystawy i oprowadzanie kuratorskie zgromadziły licznych zainteresowanych. Przybyli także artyści-graficy z Poznania i Wrocławia, prezentujący w okolicach „kina” swój artystyczny dialog z twórczością Buntu w ramach zbiorowej prezentacji „Ich 7“.
Realizacje twórców współczesnych nawiązujące do spuścizny „poznańskiego ekspresjonizmu” zasługują na szczególną uwagę. Poświęcimy im osobny reportaż.
Wernisaż.
Przy mikrofonie dyrektor muzeum dr hab. Michał F. Woźniak, obok
kuratorka, dr Lidia Głuchowska.
Po lewej – artyści: Agata Gertchen, Marta Kubiak, prof. Andrzej Bobrowski, koordynatorki realizacji wystawy w Bydgoszczy – Barbara Chojnacka i Honorata Gołuńska.
Po prawej: kurator realizacji artystycznych „Refleks i „Ulotka“, dr hab. Maciej Kurak oraz dyrektor Dolnośląskiego Festiwalu Arystycznego, Bronisław Kowalewski
foto: Wojciech Woźniak
Nazajutrz po otwarciu wystawy w Muzeum odbyła się konferencja naukowa „Bunt a tradycje grafiki w Polsce i w Niemczech“, na którą przybyli znawcy i praktycy z obu krajów. W panelu dyskusyjnym wzięli udział artyści – Agata Gertchen, Marta Kubiak, Andrzej Bobrowski i Maciej Kurak. Planowane jest wydanie publikacji pokonferencyjnej, ukazującej dorobek grupy Bunt w szerokim kontekście geograficznym i interdyscyplinarnym.
***
Wystawa
„Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego”
25.06.-23.08.2015
Muzeum Okręgowe im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy
Wyspa Młyńska Mennica 8
Kuratorka i autorka koncepcji aranżacyjnej Lidia Głuchowska
Realizacja Elżbieta Kopczyńska i zespół d/s. organizacji wystaw pod kierunkiem Łukasza Maklakiewicza