Reblog: Wychowanie patriotyczne (1)

Mirka

Piosenki harcerskie

Ktoś mnie kiedyś zapytał, jaką propagandą i jakimi tekstami karmiono przedwojenną młodzież, że potrafiła, wbrew wszelkiej logice, walczyć tak dzielnie z nazistami i oddawać w tej walce swoje młode życie?

Ja przed wojną byłam dzieckiem nie młodzieżą, ale i mnie “karmiono” patriotycznymi tekstami. Nieważne jakie to były teksty, jaką miały treść, ale ważne jak były podane.

Powojenny PRL głosił hasła państwowotwórcze (okropne słowo), głosił je w nudnych przemówieniach na wiecach i masówkach, na które ludzie przychodzili nie z własnej woli i potrzeby serca i rozumu, lecz ich po prostu spędzano. Powtarzano tam te same slogany, które wszyscy znali na pamięć i umieli sami powtórzyć bez zastanowienia. Dobrze, ze bez zastanowienia, bo w tych sloganach i hasłach były puste, czasami niezrozumiałe słowa.

Przedwojenna “propaganda” dla młodzieży była atrakcyjna, podana w sposób ciekawy, bo w treści wierszy i piosenek z dobrą, wpadającą w ucho melodią, która pomagała zapamiętać i zrozumieć treść.
Mam część tych tekstów zapisanych z pamięci i jak zwykle nie znam ani autorów ani kompozytorów, ale jak Was znam, to w internecie znajdziecie potrzebne nazwiska, a może nawet i melodie…
Dziś słowa pierwszej piosenki, którą można raczej nazwać pieśnią, bo jest bardzo patetyczna.

Myśmy przyszłością Narodu
pierś nasza pełna jest sił
dążmy do wolności grodu
naprzód, lecz nigdy w tył!

XXXXXLaurami przystrójmy głowy
XXXXXnie znajmy w życiu swym trwóg,
XXXXXpolskiej ojczystej nam mowy
XXXXXnie wydrze żaden wróg.

Zdobądźmy skrzydła sokole,
nauce poświęćmy czas,
a światłość zdobytą w szkole
nieśmy do ludu mas!

XXXXXLaurami …

***

Zgodnie z sugestią autorki znalazłam w internecie i tę piosenkę, i kilka innych, i nader patriotyczny filmik o harcerzach z roku 1935.
W cztery lata później zapewne wszyscy ci chłopcy stanęli do walki z Niemcami, a wielu z nich zginęło.

O samej piosence wszystkie źródła internetowe zgodnie twierdzą, że jest to polska przedwojenna pieśń marszowa, lata powstania i autor nieznany…

 

Z zapisków stróża (1)

Zbigniew Milewicz

Stary człowiek i myszy

Emeryt bez jakiegoś konkretnego zajęcia szybko dziadzieje, a mieszkając w tak drogim mieście jak Monachium musi dorabiać do emerytury, bo jest ona skromna. Koszta życia w Niemczech rosną w szybkim tempie, za mocarstwowe ambicje polityków płacą najwięcej przeciętni obywatele tego kraju i kiedy ich już nie stać na piwo z Aldiego, dołączają do śmieciarzy, grzebiących w koszach na chodniku, albo muszą gdzieś dorobić do socjalu, pensji albo renty.

Piwo z Aldiego nie smakuje mi, wolę beczkowego Augustinera, którego cena na dorocznym Oktoberfest przekroczy 10 Euro, więc jak tu dalej nie pracować. Od prawie dwóch lat zasilam personel firmy ochroniarskiej, która pilnuje mienia jednej z niemieckich sieci domów handlowych. Zanim mnie zatrudnią, muszę przedstawić świadectwo niekaralności i zdać branżowy egzamin w izbie handlowo-przemysłowej, później krok po kroku zostaję wtajemniczony w arkana pracy stróża-klucznika. Do moich obowiązków należy wstępnie poranne otwieranie Domu w centrum i wieczorne zamykanie Domu w dzielnicy Schwabing, później odwrotnie. Nigdy nie ciągnę dwóch zmian pod jednym adresem, generalną zasadą pracy w ochronie jest brak zaufania, nawet w stosunku do samego siebie. Gdybym na przykład zapomniał przekręcić klucz w jakichś drzwiach wieczorem, to rano już nie musiałbym ich otwierać, z czego mógłby skorzystać włamywacz. Teoretycznie, bo przecież był jeszcze system alarmowy, który aktywowało się w obiekcie po jego zamknięciu. Rano stróż wyłączał to elektroniczne zabezpieczenie, kontrolując dokładnie czas. Przyspieszenie procedury nawet o minutę – dwie ściągało mu na kark policję, o czym w pierwszym dniu pracy jeszcze nie wiedziałem. Rejonowy komisariat znajdował się nieopodal, podjechali w mgnieniu oka, ale skończyło się na rutynowych pytaniach, typu: kim jestem i skąd mam klucz do Domu.

Na czterech piętrach Dom handlował wszelakimi artykułami codziennego użytku, a w podziemiach żywnością i napojami, była kantyna i bar, więc roiło się tutaj także od myszy. Gryzonie, jak wiadomo, są stworzeniami inteligentnymi i w dzień spały sobie pod sklepowymi regałami i paletami w magazynach, żeby nie straszyć dwunożnej klienteli, ale po zamknięciu interesu ruszały na polowanie, ignorując gniewne przytupywania sprzątaczy i stróża. Personel Domu wyrzucał codziennie do kubłów na odpady masę żywności – resztek z kantyny, produktów, którym kończył się termin ważności, albo coś się rozbiło, zmieniło kolor, straciło dawną jędrność, stworzenia miały więc w czym ucztować. Pracowników obowiązywał zakaz wynoszenia czegokolwiek na zewnątrz, wszędzie były kamery, aktywne przez całą dobę, kto je ignorował, ryzykował w najlepszym razie dyscyplinarne zwolnienie z pracy i zakaz wstępu do Domu. Dlaczego nie przeceniano produktów, którym kończył się termin ważności, nie rozdawano ich dobroczynnym instytucjom w mieście, karmiącym ludzi ubogich i bezdomnych? Trudno było mi uwierzyć w to, że na przeszkodzie stoją przepisy podatkowe, które obciążają darczyńców wysokimi opłatami.

– Skoro tak, to dlaczego nie zamawiacie mniej towarów, żeby ich później nie marnować? – zapytałem któregoś dnia głównego zaopatrzeniowca.
– Klient Domu musi mieć wrażenie, że jest w krainie obfitości, że na niczym nam nie zbywa – odparł.

Podobno w porównaniu ze swoim Wielkim Bratem w centrum miasta, który chętnie odwiedzali bogaci Arabowie i Rosjanie, Dom był na plusie, jeżeli chodzi o dochody. W centrum masę pieniędzy inwestowano w make up, w przepych wystroju wnętrza, miał dużo wyższe ceny niż na Schwabingu i w sumie przynosił straty. Tutaj oszczędzano nawet na podstawowych remontach, przez co od strony zaplecza Dom nieciekawie wyglądał.

Stróż miał swoje miejsce w kanciapie magazynierów, przyjmujących dostawy towarów, przeszklonym kiosku, ustawionym wśród pras do zgniatania plastiku i kartonów, stosów palet, wózków widłowych, przeróżnych skrzyń i kubłów wypełnionych odpadami spożywczymi. Zimą dawało się tutaj wytrzymać, latem roiło się od much, od śmietników ciągnął niesamowity odór, a myszy wypełzały ze wszystkich możliwych zakamarków. Ze względu na sprzedaż artykułów spożywczych w Domu, gryzoni nie można było tępić trutkami, zamiast tego posadzkę wykładano czasami wieczorem, po zamknięciu, deseczkami, posmarowanymi zapachową, bardzo kleistą substancją. Miały one zagorzałych przeciwników wśród obrońców praw zwierząt, ale były bardzo skuteczne. Pamiętam kiedyś, na rannej zmianie, niechcący wdepnąłem butem w taką łapkę i przez dobry kwadrans tańczyłem na jednej nodze, żeby się pozbyć świństwa. Dobrym pomysłem był także niedawny remont jednej ze ścian w magazynie przyjęć towarów, w której myszy lubiły sobie zakładać gniazda i przez pewien czas wydawało się, jakby dały za wygraną. Może te stare już sobie odpuściły. Zresztą, filozoficznie rzecz biorąc, myszy żyją dużo krócej od ludzi i nie zdążą tyle naniszczyć w swoim życiu, co człowiek. Widzę jednak, że mysia młodzież jest w pełni sił i naciera.

Patrzę na nowego, młodego prezydenta kraju, z którego pochodzę. Przychodzi objąć swój urząd z czterema programowymi przemówieniami, na początek, uśmiecha się zwycięsko do milionów ludzi, zgromadzonych przed telewizorami, pręży muskuły, taki jest przywilej młodości. Nie życzę mu źle, bo będzie reprezentował Polskę, nie chciałbym, aby jej interes ucierpiał, trzeba mu także dać czas na przekucie pozytywnych deklaracji w czyny. Odchodzący prezydent wygląda na zmęczonego, rozumiem go, jest raptem tylko parę lat młodszy ode mnie i nie z banalnymi, niemieckimi myszami miał do czynienia w czasie swojej pięcioletniej kadencji, a z milionami Polaków. A Polak potrafi zmęczyć, oj i to jak. W starszym wieku człowiek powinien się bardziej szanować, bo już nie ta forma, co kiedyś, nie to zdrowie. Mój niedościgniony mistrz poetyckiej satyry, Tadeusz Żeleński-Boy, ponad 100 lat temu opublikował w swoich Słówkach następujący wierszyk, który zacytuję na zakończenie w całości:

Gdy się człowiek robi starszy,
Wszystko w nim po trochu parszy-
wieje;

Ceni sobie spokój miły
I czeka, aż całkiem wyły-
sieje.

Wówczas przychodzą nań żale,
Szczęścia swego liczy zale-
głości.

I mimo tak smutne znamię,
Straszne go chwytają namię-
tności…

Z desperacją patrzy czarną
Na swe lata młode zmarno-
wane,

W wspomnień aureolę boską
Pręży myśli swoje rozko-
chane…

Z żalem rozważa w swej nędzy
Każde “nicniebyłomiędzy-
nami”,

Każdy nie dopity puchar,
Każdy flirt młodzieńczy z kuchar-
kami…

Wspomni z jakąś wielką gidią
Swe gruchania, ach jak idio-
tyczne,

I czuje w grzbiecie, wzdłuż szelek,
Jakieś dziwne prądy elek-
tryczne…

Jakąś gęś, z którą do rana
Szukali na mapie Ana-
tolii,

Jakiś powrót łódką z Bielan,
Jakiś wieczór pełen melan-
cholii…

Gdybyż, ach, snów wskrzesła mara,
Dziergana w rozkoszy ara-
beski.

Gdybyż bodaj raz, ach gdyby
Sycić swą CHUĆ jak sam Przyby-
szewski!…

…I wdecha zwiędłe zapachy
Nad swych marzeń trumną nachy-
lony,

I w letnią noc, w smutku szale
Łzami skrapia własne kale-
sony…

Pożegnanie z Prezydentem

pozegnanie_Prezydenta_PAP_Jacek_Turczykfot PAP/Jacek Turczyk

____________________________________________________________________________________

Andrzej Rejman

Słowa tworzą świat

– ktoś bardzo mądry to powiedział. Dodam – dobre słowa tworzą dobry świat, złe słowa – zły świat. Dobrych słów nigdy nie za dużo, a tym razem będą to słowa podziękowania dla Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego za Jego pięcioletnią służbę dla Polski.

Prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu należy się wielkie podziękowanie, za to, że potrafił bezpiecznie przeprowadzić Kraj w okresie burz i naporów z różnych stron – i pełnił swą misję spokojnie, godnie i przewidywalnie.

Był Prezydentem dialogu i porozumienia, a także Prezydentem stabilności i normalności.

Natomiast to, co czeka nas w najbliższym czasie – jest wielką niewiadomą. Ale widać już, że ludzie są zdezorientowani – wiele środowisk wiąże olbrzymie nadzieje z nowym Prezydentem, co przesłania im racjonalne i rozumne spojrzenie na rzeczywistość. A rzeczywistość – zwłaszcza jeśli chodzi o dyskusję publiczną – jest przesycona z jednej strony – nieuzasadnioną merytorycznie kontestacją dotychczasowej władzy, z drugiej zaś olbrzymią radykalizacją ocen i oczekiwań społecznych. Na ile wynika to z koniunkturalizmu, a na ile z rzeczywistego niezrozumienia sytuacji i z marzeń “ponad stan” – nie wiadomo.
Nawet środowiska umiarkowane, jak się wydaje – bez rzeczowej dyskusji oddają pole.

Uważam jednak, że jest mimo wszystko wielka szansa na rozsądny skład przyszłego parlamentu – oparty o rzeczywisty rozkład sympatii społecznych w naszym Kraju.

Polska nie jest skrajna. Polska jest mądra i umiarkowana. Ale żeby to wykazać, frekwencja wyborcza musi być wyższa niż przeciętna, i ludzie nie powinni bać się swoich poglądów.

Mogą bowiem wrócić czasy, gdy piętnować się będzie wyrazicieli innych poglądów niż “jedynie słuszne”, co byłoby wielkim zagrożeniem demokracji.

Na koniec przytoczę dwa podziękowania dla Pana Prezydenta Komorowskiego, swoje i Joanny Kasperskiej, z którą zainicjowaliśmy działanie nieformalnej grupy na rzecz Polski Zgody i Przyzwoitości.

Podziękowania:

Kończy urzędowanie prezydent Bronisław Komorowski. Pożegnamy go uczestnicząc w odprawianej w jego intencji mszy w kościele Wizytek w Warszawie. Po mszy mamy nadzieję wyrazić oklaskami aprobatę dla jego 5 letniej prezydentury. Prezydentury, która nie była łatwa wobec ostrych bezpardonowych ataków opozycji, rozgoryczonej katastrofą smoleńską. Mimo to pan Bronisław Komorowski umiał zachować godność i szacunek dla wszystkich Polaków, niezależnie od ich preferencji politycznych. Umiał łączyć, a nie dzielić swoich rodaków. Był skromny, zawsze na miejscu. Dążył do dialogu wewnątrz i na zewnątrz naszego kraju. Wspierał w swoich programach polską rodzinę, starał się nikogo nie pomijać i nie faworyzować. Powołał Radę Dialogu Społecznego, po to by siły rządowe, związki zawodowe i pracodawcy umiały ze sobą współpracować i wypracowywać słuszny kompromis. Stworzył tez Forum Debaty Publicznej w spornych kwestiach. Podpisał, mocno kontrowersyjną dla niektórych, ustawę o leczeniu niepłodności metodą in vitro, podkreślając przy tym: “nie jestem prezydentem ludzkich sumień”. W sumie podpisał ponad 900 ustaw, a 26 projektów ustaw zaproponował sam.

Największą zaletą odchodzącego prezydenta była jego gotowość do dialogu i dążenie do zgody. Oby jego następca umiał skorzystać z tej jakże ważnej lekcji.

Joanna Kasperska, aktorka, 6 sierpnia 2015

 

***

Dziękuję Panie Prezydencie za Pana mądre i stabilne pięć lat prezydentury, za zaangażowanie na rzecz pomyślności i wielkości mojego Kraju, Polski, o której wolność i niepodległość walczyli m.in. moi i Pana przodkowie. Kraj nasz rozwija się, pięknieje z każdym dniem. Jest jeszcze wiele problemów do rozwiązania, ale gołym okiem widoczny jest olbrzymi skok cywilizacyjny. Dziękuję przede wszystkim za Pana otwartość, szerokie spojrzenie i wrażliwość na problemy społeczne, godne reprezentowanie Kraju za granicą, łączenie różnych środowisk, wsłuchiwanie się w różne opinie, w imię wspólnoty budowania i rozwoju. Ponieważ głosowałem na Pana, jest mi żal, że nie poprowadzi Pan już Polski w następnych latach. Będę jednak z uwagą śledził pracę Pana następcy, choć popierające go środowiska reprezentują zupełnie mi obce poglądy i metody działania. Chciałbym, (choć wiem, że to będzie pewnie trudne) aby nowy Prezydent nie obawiał się zaczerpnąć także z Pana doświadczeń i osiągnięć, zaczerpnąć z Pana wizji Polski – wizji Polski nowoczesnej, stabilnej, różnorodnej, tolerancyjnej, Polski wspólnoty celów i działania, Polski ponad podziałami, Polski europejskiej, Polski łączącej talenty ludzi i, chciałoby się powiedzieć, Polski Jagiellońskiej. Bo o taką Polskę Pan walczył, taką Polskę Pan budował i o taką Polskę została kiedyś przelana krew.

Andrzej Rejman, kompozytor, 4 sierpnia 2015

Śpieszmy się szanować ludzi – tak szybko odchodzą…

Aleksandra Puciłowska i Kinga Chojnicka

Śmierć zawsze trudno jest zrozumieć. Śmierć osoby młodej, pełnej energii, marzeń i planów na życie tym bardziej. Majestat i tajemnica tego ostatniego aktu, jaki przyjdzie odegrać każdemu z nas na tej ziemi zawsze zdawały się wzbudzać szacunek – dla tragedii osób bliskich, które pozostają- i dla samej zmarłej osoby. Ten, jakże ludzki i – chciałoby się rzec – naturalny odruch, odszedł już zdaje się jednak do przeszłości. Bo gdy umiera lewak, gdy umiera feministka – lub gdy umiera, nie daj Boże, aktywistka LGBT, to sprawy mają się zupełnie już inaczej.
Kasia Bienias – działaczka Zielonych i Kampanii Przeciw Homofobii – odeszła w niedzielę, 19 lipca. Nagle, niespodziewanie, dużo za wcześnie i w tragicznych okolicznościach. Pozostawiła po sobie ukochaną partnerkę, bliskich i przyjaciół. Oni wszyscy mają imiona, ludzkie twarze, własne emocje i zapewne rozszarpane po tej tragedii serca.

Nie chcę cytować pojawiających się w sieci komentarzy na temat śmierci Kasi, bo nie są one nawet godne czytania. Ale jednak tam są, i wciąż się pojawiają. Na celu mają zapewne obrażenie samejKasi- tej znienawidzonej lewaczki. Bo dziś nie liczy się już człowiek – współcześnie istotna jest tylko przynależność do danego obozu polityczno-światopoglądowego. I jeśli ktoś nie jest z nami, to jest przeciwko nam. Nie należy mu się więc szacunek – ani za życia, ani po śmierci.

I w ten oto sposób, redakcja fronda.pl modli się za Kasię, by Bóg wybaczył jej zło, którego dokonała za życia, a rzesza internautów na dziesiątkach różnych portali prześciga się w opluwaniu – często tak ohydnym, że aż niewyobrażalnym – jej pamięci.
Ona jednak tego nie przeczyta. Zrobią to jej bliscy i rodzina. Nie będą mieli siły zaprotestować. Robimy więc to my. Może i nawet nie protestujemy: zwyczajnie prosimy.
Prosto, z serca. Tak po ludzku.
Prosimy – pamiętajmy: choć komentarze, tak szybko i łatwo pozostawiane w przestrzeni medialnej, są anonimowe, to osoby których one dotykają mają już twarze, imiona i nazwiska.
My, lewaccy aktywiści, też mamy rodziny, partnerów i przyjaciół. A kiedy umieramy, to robimy to naprawdę. A łzy tych, którzy nas opłakują są równie realne. To nie jest internetowa animacja. To życie. Nie utrudniajmy go sobie nawzajem. Jest w nim i tak
wystarczająco dużo cierpienia, które przynosi nam wszystkim los po równo. Śmierć partnerki, córki, siostry i przyjaciółki boli nas wszystkich tak samo – lewaków, prawicowców, lesbijki i katolików. Pokażmy choć raz – w obliczu śmierci – iż łączy nas wszystkich to samo: miłość do drugiego człowieka.

Partnerce, rodzicom i wszystkim innym bliskim Kasi życzymy wytrwałości i siły w tych jakże trudnych chwilach. I żywimy głęboką nadzieję, iż jej śmierć nie pójdzie na marne.
Niech nauczy nas wszystkich szacunku do siebie wzajemnie – czyli tego, o co Ona sama próbowała walczyć za swego krótkiego, lecz intensywnego i pełnego energii życia.

***

* Katarzyna Bienias, założycielka zielonogórskiej filii Kampanii Przeciw Homofobii, współprzewodnicząca koła Partii Zielonych; feministka, ekolożka, kandydatka na posłankę na Sejm RP w wyborach parlamentarnych w roku 2011; zginęła tragicznie w dniu 19 lipca 2015 w Sławie, jedyna ofiara śmiertelna niedzielnej nawałnicy w Polsce. Miała 29 lat.

Nowa polska proza 2

Anna Rosner

Niektóre rzeczy się nie zmieniają

14 września 2014

Jakiś czas temu zorientowałem się, że mnie okradziono. Przyznaję, od kradzieży do chwili, w której ją zauważyłem, minęło kilka dni. Stało się tak dlatego, że nie sprawdzam codziennie stanu konta, choć może powinienem. Jestem starej daty i wiem, że błyskawicznie zorientowałbym się, gdyby ktoś włamał się do mojego mieszkania czy bezczelnie wyciągnął mi z kieszeni portfel. Do samej idei złodziejstwa internetowego jeszcze się nie przyzwyczaiłem.

Okazało się, że choć nie grywam w kasynach, moja karta została obciążona wpłatą do jednego z nich. Co więcej, był to wirtualny przybytek oferujący zatracenie się w rozmaitych grach hazardowych, których zasad nawet nie znam.

Szczęściem w nieszczęściu, konto które próbowano mi ogołocić mam tylko na potrzeby transakcji internetowych. Leży na nim nieco pieniędzy, ale jest to kwota niewielka, ot wystarczająca na kupienie książki czy jakiejś płyty. Resztę trzymam w innym banku. Może jestem staromodny, ale nie głupi. Przynajmniej nie aż tak…

Jak każdy myślący trzeźwo człowiek, kiedy już nieco ochłonąłem, zadzwoniłem do banku zastrzec kartę. Odsłuchałem kilku taktów dość irytującej melodyjki i komunikatu o tym, że rozmowa jest nagrywana. W końcu odezwał się automat:

– For English press zero. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kredytów gotówkowych, wybierz jeden. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kredytów hipotecznych, wybierz dwa. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kredytów samochodowych, wybierz trzy. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę kart kredytowych, wybierz cztery. Jeśli chcesz połączyć się z konsultantem w sprawie spłaty rat, wybierz pięć. Jeśli chcesz sprawdzić stan swojego konta, wybierz sześć. Jeśli chcesz zgłosić awarię naszego portalu internetowego, wybierz siedem. Jeśli chcesz poznać naszą ofertę dotyczącą lokat krótko- i długoterminowych, wybierz osiem. Jeśli chcesz zablokować kartę, wybierz dziewięć.

Bank twierdzi, że zablokowanie karty zajmuje góra minutę, widać chodzi im o inne minuty, niż te, które znam ja. Lekko zniesmaczony wcisnąłem dziewiątkę. Ze słuchawki popłynęła ta sama, radosna melodyjka – nowoczesna być może w okresie pierwszych komputerów.

– Przepraszamy, w tej chwili wszyscy konsultanci są zajęci, prosimy pozostać na linii lub zadzwonić później – usłyszałem po około dwóch minutach.

Choć kradzieży dokonano kilka dni temu, postanowiłem wykazać się uporem. Mogłem jeszcze wybrać się banku, ale w oddziale najbliżej mojego domu zawsze są kolejki. Lepiej już czekać z kubkiem kawy w ręce, niż wśród zirytowanych klientów.

Komunikat powtórzył się jeszcze raz. Gdy melodyjka po raz trzeci zbliżała się do końca, w słuchawce odezwał się kobiecy głos.

– Dzień dobry, Andżelika Winiarska, w czym mogę pomóc?
– Dzień dobry – odpowiedziałem odruchowo, choć wcale nie uważałem, że był dobry. – Chciałem zastrzec kartę.
– Rozumiem. A czy może jest pan zainteresowany naszą nową linią kredytów? Może pan dostać pożyczkę specjalnie dla pana sprofilowaną, pasującą do pana potrzeb i możliwości…
– Proszę pani – przerwałem jej. – Chciałem zastrzec kartę, okradziono mnie.
– Oczywiście. Proszę pana imię i nazwisko.

Przedstawiłem się i dorzuciłem na wszelki wypadek adres.

– Dziękuję. Jeszcze trzy pytania weryfikujące. Przepraszam, ale muszę mieć pewność, że jest pan osobą, za którą się pan podaje.
– Proszę… – westchnąłem, zastanawiając się, po co miałbym podawać się za kogoś innego i blokować nie należącą do mnie kartę.

Dziewczyna spytała o nazwisko rodowe mojej matki, moje drugie imię i o to, czy mam już kredyt hipoteczny. Bałem się powiedzieć, że nie, ale uznałem, że lepiej nie kłamać.

– Jeśli nie ma pan kredytu hipotecznego – zareagowała błyskawicznie, – może być pan nim zainteresowany. Widzę w komputerze ile ma pan lat, ma pan także regularne dochody. Czas najwyższy kupić sobie mieszkanie, a z naszymi kredytami…
– Proszę pani, ja już mam mieszkanie.
– Rozumiem. Z pewnością przydałoby się panu drugie – skwitowała.
– A po co? – spytałem z czystej ciekawości. Nigdy nie przeszło mi przez głowę, że mogę potrzebować drugiego mieszania, ale może jest coś, o czym nie wiem?
– Własne mieszkanie, nie wynajmowane i nie należące do kogoś obcego, to skarb. Nikt pana nie kontroluje, nie zabrania remontów czy przemeblowania. Jest pan po prostu, że tak powiem, na swoim!
– Ale ja już mam własne mieszkanie. Pytam, po co mi drugie?
– Zawsze może się przydać – odpowiedziała krótko i rzeczowo.

Może uznała, że mam żonę i potrzebuję miejsca, w którym mógłbym się spotykać z kochanką? Tylko, jeśli byłbym żonaty, jak zdołałbym przed nią ukryć fakt wzięcia kredytu na mieszanie dla kochanki? Czy nie tak zaczyna się przynajmniej część filmów dokumentalnych na kanałach telewizji typu Discovery Investigation?

– To ja przedstawię panu naszą ofertę.
– Proszę pani – wypaliłem, nie chcąc marnować ani mojego, ani jej czasu. – Ja nie chcę kredytu. Chciałem zastrzec kartę, której użyto bez mojej wiedzy.
– Rozumiem. A czy ma pan pewność, że karty nie użyły na przykład pańskie dzieci?
– Mam. I to absolutną. Nie mam dzieci, przynajmniej tak mi się wydaje.
– No, to może żona?
– Nie mam żony.
– W takim razie może rodzice?
– Proszę pani…
– Jeśli mieszka pan z rodzicami, mamy szeroką ofertę kredytów hipotecznych…
– Proszę pani – rzuciłem nieco głośniej i ostrzej, niż chciałem. – Czy może pani zablokować tę kartę? Ktoś użył jej do wykonania transakcji elektronicznej bez mojej wiedzy.
– I to nie był pan?
– Nie… To nie byłem ja – warknąłem. Rozmowa nieco mnie przerażała i, szczerze powiedziawszy, dobijała. Wiedząc już, jakim torem krążą przynajmniej niektóre z jej myśli, szybko dodałem:– Nie były to też moje dzieci, moja żona, ani rodzice.
– Rozumiem. Już blokuję.
– Dziękuję…

Już miałem skończyć rozmowę, kiedy przyszło mi do głowy, że mógłbym od razu załatwić jeszcze jedną sprawę. Być może przemawiała przeze mnie naiwność, rozbudzona tym, że już po kwadransie karta była zablokowana? Może po prostu nadmierny optymizm? Nie wiem. Po prostu nagle z moich ust padło pozornie niewinne pytanie:

– A czy przy okazji może pani ustawić w systemie prośbę o wystawienie mi nowej karty?
– Do jednego konta przysługuje tylko jedna karta. No, chyba że chce pan kogoś uprawomocnić do konta. Na przykład żonę, rodzica, albo pełnoletnie dziecko.
– Proszę pani, zablokowała mi pani kartę. Chcą po prostu drugą, w miejsce pierwszej.
– Rozumiem. A czy tę zablokowaną panu skradziono?
– Nie, mam ją przed sobą. Ktoś pewnie przechwycił jej dane, a potem użył. Nie wiem, może skorzystał z danych zostawionych przeze mnie na jakiejś stronie, może zeskanował w jakiejś restauracji…
– Rozumiem. Oczywiście możemy to zrobić, ale musi pan przyjść do naszego oddziału z dokumentem z komendy. Chodzi o przyjęcie zgłoszenia o kradzieży i rozpoczęciu dochodzenia. Takie procedury. Przy okazji dodam, że z takim dokumentem może pan wypełnić wniosek o zwrot skradzionej kwoty. Gdyby ukradziono panu kartę, nic z tego by nie wyszło, ale jeśli przedstawi ją pan w banku, procedura będzie mogła zostać otwarta. Oczywiście rozpatrywanie potrwa zapewne około kwartału, ale zawsze warto napisać takie coś. Pana to nic nie kosztuje, a jeśli to rzeczywiście była kradzież, bank będzie musiał oddać panu pańskie pieniądze. Zresztą, pewnie pan o tym nie wie, bo taka informacja jest niedostępna z profilu klienta, ale ja tu mam wyświetloną informację, że ta wpłata, którą pana obciążona, była piątą próbą z tą kartą. Wcześniejsze opiewały na zbyt wysokie kwoty, tylko ostatnia została zrealizowana.
– Ja to? – spytałem szczerze zainteresowany. Zaskoczyła mnie, że rozgadała się na inny temat, niż kredyty hipoteczne.
– Wszystko działo się w euro. Ktoś próbował najpierw wpłacić tysiąc pięćset, potem tysiąc, pięćset i dwieście. Dopiero przy ostatniej próbie, tej na pięćdziesiąt, okazało się, że miał pan dość środków, żeby wpłata się udała. Udostępnimy te dane policji, kiedy zwróci się do nas o szczegóły. Jeśli zgłosi pan sprawę, będą musieli się do nas odezwać.
– Dziękuję za informację – powiedziałem i rzeczywiście byłem jej wdzięczny. – Co prawda to niewielka kwota, ale taka możliwość bardzo mnie cieszy. Tak jak i to, że nie miałem na tym koncie więcej.
– Cóż, kwota nie jest imponująca. Przepraszam, że tak mówię, w końcu każda złotówka się liczy, ale w zeszłym tygodniu rozmawiałam z kobietą, której ukradziono kilkanaście tysięcy.
– No tak, przy niej moja sprawa to pikuś – przyznałem.
– Mam nadzieję, że się panu uda odzyskać pieniądze. Bank stać na to, żeby je panu zwrócić. Nie puści ich pan z torbami, a szczerze panu powiem, że lubię, jak muszą komuś oddać pieniądze. Wszyscy bankowcy to skur… dranie.

Nie bardzo wiedziałem, jak zareagować na takie wyznanie. Po rozmowie z infolinią spodziewałem się wielu rzeczy, ale nie tego. W końcu, żeby przerwać milczenie, powiedziałem pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy:

– Wie pani, że rozmowa jest nagrywana? Był o tym cały komunikat.
– Ach tak, wiem, ale niech się pan nie przejmuje. My te nagrania kasujemy, żeby klient nie mógł złożyć zażalenia. Pan napisze skargę, poda moje nazwisko i godzinę rozmowy, a potem okaże się, że akurat aparatura rejestrująca nawaliła. Bank dba o swoje, za moje zachowanie nikt panu odszkodowania nie wypłaci, chyba że sam pan nagrywa.
– Nie, nie nagrywam – odparłem, w lekkim szoku. Przyznaję, byłem naiwny wierząc w to, że rzeczywiście mnie nagrywają.
– No, to jestem kryta – roześmiała się. – Pan też. Pan się nie przejmuje tymi komunikatami, pic na wodę fotomontaż. Ale wracając do sprawy, musi pan iść na komendę i złożyć zawiadomienie. Tam dadzą panu taki świstek, że wszczęli dochodzenie. Z tym przychodzi pan do nas, prosi o wydanie nowej karty i jednocześnie zgłasza skargę na wadliwe zabezpieczenie tej starej. Oczywiście musi pan tę zablokowaną kartę pokazać, żeby udowodnić, że jej nie skradziono. Od siebie dodam, że skuteczność postępowania wynosi około osiemdziesięciu procent.
– Bardzo pani dziękuję. Miło wiedzieć, że pracownicy banku udzielają i takich informacji. Wyobrażałem sobie, że szczegółowe opowiadanie o takich procedurach nie jest zalecane, a tu taka niespodzianka.
– No i miał pan rację. Generalnie mówią, żebyśmy o tym nie rozpowiadali, ale odkąd nasze płace zależą od ilości udzielonych kredytów, mam to w dupie. Tak jak i moi koledzy. Wie pan, oni z nami pogrywają, to my z nimi też.

Pożegnałem się z panią Andżeliką i uznałem, że około połowy pracy już za mną. Pozostało iść na policję, zgłosić wszystko, dostać kwitek i wpaść do banku. Nie miałem pojęcia ile emocji tego dnia jeszcze mnie czekało…

* * *

Komenda rejonowa (jak to się pięknie nazywa) odpowiednia do mojego miejsca zamieszkania, znajduje się około pięciu minut spacerkiem ode mnie. Wrzuciłem do plecaka książkę, przygotowany na to, że mogę spędzić chwilkę w poczekalni, butelkę wody, nieszczęsną kartę i wydruk ze strony internetowej banku. Przygotowany, jak mi się wydawało, najlepiej jak mogłem, ruszyłem na spotkanie stróżów prawa. Przyznam, nieco się denerwowałem, ale każdy czułby się nieswojo w czasie pierwszej wizyty w takim miejscu. Do tej pory miałem do czynienia z mundurowymi tylko w czasie kontroli na drodze i raz, gdy zaczepiłem patrol, by powiedzieć, że za rogiem ulicy kilku wyrostków demolowało przystanek tramwajowy. Wtedy nawet nie poprosili o moje dane, żeby mnie później przesłuchać.

Komisariat mnie nie rozczarował. Okazał się jednocześnie miejscem fascynującym, nieco surrealistycznym i przerażającym. Wchodząc tu nie miałem pojęcia, w jak niebezpiecznym mieście mieszkam. Teraz już wiem i żyję w przekonaniu, że jestem szczęśliwcem. Nie tylko dlatego, że przez tyle lat nie padłem ofiarą żadnego „poważnego przestępstwa”, ale i dlatego, że miałem okazję posiedzieć na komendzie i zapoznać się z „materiałami prewencyjnymi”.

Za przeszklonymi drzwiami wejściowymi znajdowało się niewielkie pomieszczenie. Stały w nim dwa stoliki i kilka krzeseł. Po przeciwnej stronie dyżurował posterunkowy, dla bezpieczeństwa oddzielony od poszkodowanych, zgłaszających przestępstwa i wykroczenia, kuloodporną szybą – w końcu jak prewencja, to prewencja! Były też drzwi prowadzące w głąb komendy, nie przeszklone, za to wyposażone w panel wymagający wprowadzenia specjalnego kodu.

Stanąłem w kolejce do posterunkowego i czekałem grzecznie na swoją kolej. W międzyczasie siwiejący jegomość opowiadał mu o tym, jak bardzo go prześladowano:
– Proszę pana, panie sierżancie, te gówniarze żyć mi nie dają! Głośna muzyka cały dzień! Wieczorami mażą po klatce schodowej. Wczoraj śmietnik spalili! Chciałem złożyć na nich donos! Jestem dozorcą tego domu i to na mnie spoczywa odpowiedzialność za śmietniki. Wie pan, jakie teraz będę miał problemy?
– A ma pan pewność, że to oni podpalili?
– A kto inny? Panie sierżancie, nie urodziłem się wczoraj! Ja dobrze wiem, że to oni!
– Dobrze, niech pan usiądzie i wypełni druczek. Potem mi go pan odda i jak tylko któryś z policjantów będzie wolny, wezwie pana do złożenia zeznań.
– Dobra – rzucił siwowłosy i szybko dodał: – To znaczy kiedy? Bo wie pan, żona z obiadem czeka! Za godzinę powinienem być w domu!

Policjant wskazał palcem na grupkę czekających petentów i znudzonym głosem poinformował go, że może wyjść przed budynek i zadzwonić do żony, albo wrócić z wypełnionym papierzyskiem później.

Siwowłosy odszedł do jednego ze stolików i zaczął wypełniać. Jegomość przede mną zbliżył nos do niewielkiego otworu w szybie i wymamrotał:

– Żem się zgłosić miał…
– Dowód pan da.
– Co?
– Dowodzik!

Mężczyzna zerknął na mnie z ukosa, jakbym chciał mu wyrwać plastikowy dokument tożsamości, podał go policjantowi i dodał:

– Żem się zgłosić miał. Nakaz mam.
– Zgadza się, tyle że wczoraj się pan miał zgłosić. Dlaczego wczoraj pan nie przyszedł?
– Żem nie mógł, nie?
– A dlaczego? Jest pan niepracujący, na warunkowym. Co ma pan ważniejszego od odwiedzania nas co drugi dzień?
– Panie, z kolegami żem się spotkał, nie? Popiliśmy i żem się zapomniał…
– Tak? A gdzie się wczoraj było? Koło dziewiętnastej? Nie w monopolowym na rogu?
– Ja? Nigdy! To tam jest jakiś monopolowy?
– Dobra, dowodzik zatrzymuję, a wy tu poczekacie na przesłuchanie.

Mężczyzna, klnąc na czym świat stoi, odtoczył się na ostatnie wolne krzesełko, a posterunkowy zatrzasnął mi drzwiczki, chroniące otworki w szybie, przed samym nosem. Odwrócił się do kolegi, sprawdzającego coś w dokumentach:

– Przyszedł Pietraszewski, weźcie go z Mieciem i przemaglujcie. Wczoraj ktoś obrobił monopolowy, ten na rogu. Rysopis się zgadza, wykrywalność nam wzrośnie.

Kolega posterunkowego odłożył papiery, naciągnął na głowę czapkę z orzełkiem, i ruszył szukać tajemniczego Miecia. Posterunkowy zaś wrócił na swoje krzesło, ciężko westchnął i otwierając ponownie okienko, rzucił:

– Co się stało?
– Dzień dobry – zacząłem, ale nie doczekałem się odzewu. – Chciałem zgłosić kradzież.
– Samochód, kieszonkowa czy włamanie?
– Włamanie na konto przy użyciu karty. Przez internet.
– Łatwo nie będzie, od razu uprzedzam – rzucił, szukając odpowiedniego formularza. – Dowodzik pan ma?

Podałem mu dokument i wziąłem papier z nagłówkiem zgłoszenie przestępstwa cyfrowego/internetowego.

– Proszę – powiedział oddając i dowód – niech pan usiądzie i wypełni druczek. Zaraz ktoś pana wezwie. Druczek da pan przesłuchującemu.

Podziękowałem i ruszyłem wypełniać formularz. Wszystkie krzesła były zajęte, stanąłem więc pod ścianą i wyciągnąłem z plecaka książkę. Użyłem jej jako podkładki i wypełniłem wszystkie rubryczki – imię, nazwisko, adres, pesel, karalność, ilość wyroków, paragrafy z których mnie skazano, ewentualne miejsce odbywania wyroku… Zupełnie, jakby z góry zakładali, że byłem karany. Nie było możliwości zaznaczenia „pierwsza wizyta na komisariacie”.

Gdy skończyłem, rozejrzałem się uważniej po pomieszczeniu. Praktycznie całą powierzchnię ścian szczelnie wypełniały korkowe tablice z przyczepionymi plakatami. Najbardziej uroczy wydał mi się ten, informujący o wyborach dzielnicowego roku. Głosować można było na komendzie. Może nawet bym się skusił, ale nie mam pojęcia, kto jest moim dzielnicowym. Zawsze wydawało mi się, że poznaje się go wtedy, kiedy ma się problemy z prawem. Jeśli wszystko jest w porządku, raczej nie mają zwyczaju składać wizyt obywatelom. Mnie przynajmniej nigdy żaden nie zaszczycił… Może głosują na nich poszukiwani? Albo recydywiści?

Interesujący był też ten o możliwości przebadania na komendzie alkomatem. Zgadzam się z tym, że nie należy prowadzić pod wpływem – to dość oczywiste. Plakat nie byłby tak śmieszny, gdyby nie doczepiono do niego informacji o tym, że najbliższy dostępny publicznie alkomat znajduje się w Piasecznie. Dwadzieścia minut jazdy i już wiesz, czy możesz jechać dalej!

Tam, gdzie nie było plakatów, przymocowano stojaki na ulotki. Jedne były mniejsze, inne większe. Od informacji dla maltretowanych żon i ofiar gwałtów aż po poradnik postępowania w przypadku dokonania „zatrzymania obywatelskiego”. Okazuje się bowiem, że myli się ten, kto uważa, że takiego zatrzymania dokonuje się w odruchu poczucia odpowiedzialności cywilnej. Jest to rzecz, do której należy się skrupulatnie przygotować.

Wziąłem jedną z nich, z planem późniejszego przejrzenia. W końcu lepiej wiedzieć jak się zachowywać w takiej sytuacji, niż działać „na wariata”. Nie planuję nikogo zatrzymywać, zawsze wydawało mi się sensowniejsze zadzwonienie po patrol, albo spisanie numerów rejestracyjnych, ale już wiem, że rzeczywistość potrafi zaskakiwać ludzi nieprzygotowanych.

Zaraz obok obwieszczenia o półkoloniach policyjnych dla nastolatków znalazłem wydruki ze strony z najgroźniejszymi, poszukiwanymi zbrodniarzami. Wszyscy wyglądali tak, jakby okradziono ich z uroku osobistego zaraz po urodzeniu. Najszkaradniejszy podejrzewany był o przestępstwa matrymonialne. Do tablicy przypięto też wizerunki kilku morderców, gwałcicieli i rabusiów. Fakt, wyglądali podejrzanie, trzeba im to przyznać. Niesymetryczne oczy, niedopasowane nosy, włosy jak teatralne peruki i czoła wskazujące na wodogłowie. Myślę, że zamiast zajmować się poszukiwaniem tych ludzi, komendant powinien zastanowić się nad możliwością zatrudnienia innego grafika.

Przy klawiaturze numerycznej, pilnującej dostępu do reszty komendy, zauważyłem słuchawkę. Nie był to cały aparat, lecz słuchawka z kablem wychodzącym ze ściany. Obok znajdowało się kilka istotnych porad dla tych, którzy chcieliby skorzystać z telefonu. Przeczytałem je od deski do deski i nie mogłem wyjść z podziwu. Policja myśli o wszystkim, nawet o tym, że może odwiedzić ich ktoś, kto nigdy z takiego urządzenia nie korzystał.

Uwaga, telefon wewnętrzny. Jeśli chcesz zadzwonić, podnieś słuchawkę i wybierz numer wewnętrzny. Numer poda oficer dyżurny – przygotuj nazwisko oficera zajmującego się Twoją sprawą i dowód tożsamości. Jeśli numer jest zajęty, trzeba spróbować za chwilę, ponieważ z pewnością ktoś przez ten telefon rozmawia. Jeśli usłyszysz sygnał, oznacza to, że numer nie jest zajęty i ktoś za chwilę odbierze. Jeśli nie odbiera, trzeba spróbować za chwilę, ponieważ z pewnością ktoś wyszedł na chwilę z pokoju.

Zanim mnie wezwano, zdążyłem zapoznać się ze wszystkimi informacjami. Wiem już, co grozi za obrazę funkcjonariusza na służbie jak i to, że każdy funkcjonariusz jest na służbie całą dobę, nawet na urlopie. Wiem, co trzeba zrobić, żeby dostać pozwolenie na broń i że otrzymanie takowego graniczy z cudem. Wiem jakie są statystyki i wykrywalność kradzieży samochodów, włamań i morderstw w całym mieście (ze szczególnym uwzględnieniem mojej dzielnicy). Zapoznałem się ze wszystkimi telefonami zaufania i możliwością zgłoszenia kogoś do projektu rodziny patologicznej (niestety, nikt nie przewidział nagrody za patologiczną rodzinę roku). Dowiedziałem się, że bimber szkodzi – nie tylko na wzrok, ale i życiorys, w przypadku wykrycia produkcji i aresztowania. Dowiedziałem się jak rozpoznać prawdziwą odznakę od fałszywki i czym powinny charakteryzować się policyjne mundury. Ale nie skorzystałem z możliwości oznakowania roweru, sprawdzenia czy mój samochód nie był kradziony i czy nikt nie używa mojego routera do ściągania niedozwolonych treści pornograficznych. Teraz zastanawiam się, czy to nie był błąd, ale nie mam zamiaru wracać na komisariat, póki ktoś mnie do tego nie zmusi.

W końcu tajemnicze drzwi otworzyły się i młoda policjantka zawołała mnie po nazwisku. Jak w szkole, kiedy matematyczka wywoływała do tablicy…

– Dzień dobry – powiedziałem z przyzwyczajenia. – To ja, chciałem zgłosić…
– Proszę za mną, przejdźmy do pokoiku.

Takiej propozycji nie mogłem odmówić. Ruszyłem za nią, podziwiając stan komendy. Ze ścian łuszczyła się farba i odpadał tynk, połowa jarzeniówek nie działała. Nie widziałem też ani jednego plakatu, widać wszystkie powiesili tak, by umilić czas ludziom w poczekalni. Korytarz był praktycznie pusty, jedynymi osobami poza nami była starsza pani o kulach i towarzyszący jej młody policjant. Kobieta wyraźnie protestowała, a on przepraszając tłumaczył, że w komendzie nie ma windy, a zdjęcia podejrzanych można przeglądać tylko na drugim piętrze.

– Pan wejdzie – odezwała się w końcu pani oficer, mająca się mną zająć. Przytrzymała mi też drzwi, na których powieszono tabliczkę z wygrawerowanym „wydział do spraw walki z cyberprzestępczością”.

Myślałem, że trafiłem w odpowiednie miejsce. W końcu padłem ofiarą przestępstwa w cyberprzestrzeni. Kilku funkcjonariuszy znających się na komputerach z pewnością szybko zdołałoby ustalić, jak doszło do kradzieży. Przy odrobinie szczęścia może nawet udałoby się im złapać dowcipnisia? W końcu ciągle się słyszy, że anonimowość w internecie to mrzonka. Jasne, nie spodziewałem się pokoju pełnego monitorów, ludzi walących w klawiaturę z prędkością światła i mnóstwa migających światełek. To, co ujrzałem, nieco mnie zaskoczyło.

Kobieta usiadła za biurkiem i powiedziała:

– Niech pan siada. Starszy aspirant, Magdalena Obłokowska, spiszemy zeznania i zobaczymy, co da się zrobić.
– Oczywiście… Ma pani zamiar pisać ręcznie?
– A widzi pan tu gdzieś jakiś komputer?
– Nie – przyznałem, choć nie spodobał mi się jej drwiący ton głosu.
– Podejrzewam, że spotkał się pan z powszechną opinią o niedofinansowaniu służb mundurowych, prawda? Otóż nasza komenda stanowi tu jaskrawy przykład problemów finansowych całego sektora – ciągnęła, wyciągając z szuflady ozdobiony pstrokatą okładką szkolny zeszyt i ołówek. – Procedura jest prosta. Spiszę pana zeznania, przeczyta je pan potem i podpisze się pod nimi.
– Mam dyktować?
– Tak. Unikamy w ten sposób nieczytelnego pisma, kiedyś prosiliśmy każdego, żeby sam pisał, ale to się nie sprawdza. Następnie prześlę te dokumenty do stażysty, który wprowadzi je do komputerowego formularza. Po zatwierdzeniu formularz prześlemy do centrali walki z cyberprzestępczością i tam się panem zajmą. Rozumie pan?
– Chyba tak… Ile trwa taka procedura?
– Za około miesiąca dokumenty powinny dotrzeć do odpowiedniej komendy. Nie wiem ile spraw mają koledzy, ale nie spodziewałabym się na pana miejscu szybkiego rozwiązania problemu.
– Rozumiem. A zaświadczenie o wszczęciu postępowania? Wie pani, bank czegoś takiego potrzebuje.
– Ach, takie coś mogę panu od ręki wystawić, nie ma problemu, ale najpierw spiszemy zeznania. O jakiej kwocie mowa?
– Pięćdziesiąt euro – przyznałem, a ona spojrzała na mnie wzrokiem wyrażającym coś z pogranicza litości i niedowierzania.
– I chce się panu takie coś zgłaszać?
– Zostałem okradziony – odparłem po chwili, gdy udało mi się dojść do siebie. – Uczono mnie, żeby w takich sytuacjach zwracać się do stróżów prawa. Bank twierdzi, że może zwrócić mi skradzioną kwotę, co uważam za sprawiedliwe i zamierzam się o to ubiegać. Problem w tym, że potrzebuję od państwa odpowiedniego kwitka, który umożliwi wszczęcie procedury.
– Ja to wszystko rozumiem, ale wie pan, po pierwsze szanse na ustalenie sprawcy są niewielkie, po drugie z taką kwotą sprawa zostanie prawie natychmiast zamknięta z powodu niskiej szkodliwości czynu. Bank może panu te pieniądze odda, ale tylko dlatego, że kwota jest niewielka. Oni na tym praktycznie nic nie tracą, a pan, opowiadając znajomym o ich zachowaniu, zrobi im lepszą reklamę niż najlepszy reżyser i najdroższy aktor w godzinach najwyższej oglądalności telewizji.

Posłałem jej spojrzenie z pogranicza obrazy funkcjonariusza na służbie. Zrozumiała, że wytrąciła mnie z równowagi i rzuciła:

– Jeśli chce pan zgłaszać, lepiej żeby miał pan świadomość, jak to się skończy.
– Mam ją – przyznałem, choć moja wiara w sprawiedliwość została mocno podkopana.
– W takim razie pozwoli pan, że pouczę pana o karze za składanie fałszywych zeznań – mruknęła, podsuwając mi zalaminowany kartonik z adekwatnym paragrafem. – Był pan karany? Jeśli tak, proszę podać paragraf, rok skazania, miejsce odbywania wyroku i jego długość.
– Szczęśliwie nie byłem…
– To widać…

Przez kolejne dwie godziny odpowiadałem na jej pytania, a ona skrupulatnie spisywała każde moje słowo. Dobrze, że mam komórkę z dostępem do internetu, bo jak się okazało, kilka razy musiałem sprawdzić to i owo w sieci – między innymi adres strony kasyna, w którym nigdy nie grałem. Pod koniec rzeczywiście dała mi chwilę na przeczytanie zeznań. Pod ostatnim zdaniem dopisała „transkrybcja st. asp. M.O.” Postanowiłem zachować obywatelską postawę i nie zwracać policji uwagi na ortografię. Niektóre rzeczy się nie zmieniają. Tak samo było kiedyś, tak samo jest teraz. Pewnie mają tyle niedziałających jarzeniówek na korytarzu, bo „na miejscu jest zbyt mało policjantów, by wkręcić żarówkę”.

Pytaniem pozostaje czy zmarnowałem ten dzień, czy nie. Wszystko zajęło mi tyle czasu, że nic już tego dnia nie zrobiłem… poza kupieniem butelki czegoś wysokoprocentowego i obejrzeniem filmu o mafii. Nie napisałem artykułu, który miałem napisać. Nie spotkałem się z kolegami z pracy, nie uzgodniłem z nimi kilku ważnych rzeczy. Jednak bank po zaledwie czterech miesiącach oddał mi moje pieniądze, co sprawia, że uznać można, iż w jeden dzień zarobiłem pięćdziesiąt euro. Pokręcona to logika, a kredytu hipotecznego i drugiego mieszkania nadal nie mam.

Sady Pradziadka, sądy prawnuka (2)

Andrzej Rejman

Polski czerwiec

Z “Kalendarza Marjańskiego” na rok 1938:

CZERWIEC
Czerwiec stały – grudzień będzie doskonały.
Mokre Zielone Świątki dają tłuste Boże Narodzenie.
Na św. Antoni pierwsza się jagódka zapłoni.
Jaki dzień jest w Boże Ciało,
takich dni potem niemało.
Przed św. Janem trzeba o deszcz prosić,
a po św. Janie i sam będzie rosić

Kalendarz_Marjanski_1938_okladka***

Boże Ciało 2015.
Śpiewy, modlitwy, manifestacja wiary na ulicach, pięknie przystrojone ołtarze, pobożne twarze…
Ale wciąż – wiele wewnętrznych sporów, brak jedności w sprawach najważniejszych – od wieków, od pokoleń – w każdej ocenie – więcej sądów niż sędziów…
***
z dziennika lektury: “Zan – Ostatni z rodu” Wojciech Wiśniewski, LTW

Tomasz Zan wspomina:
“… Siedziałem w VI forcie i piekielnie się nudziłem. Ciągłe rozważania o przegranej kampanii 1939 roku, spory, kłótnie, skakanie sobie do oczu, do niczego nie prowadziły. Pojawiały sie tylko podziały, tworzyły się nawzajem zwalczające się grupy, zażarcie broniące swoich racji…”
i dalej – o stosunkach polsko-litewskich:
“…Spałem w dzień, bo w nocy nie ustawały przesłuchania. Nie można było zmrużyć oka. Wciąż na nowo zastanawiałem się, dlaczego doszło do takiej nienawiści między nami. Przecież jeszcze nie tak dawno walczyliśmy razem, ramię w ramię w tych samych oddziałach w 1863 roku. Nie mówiło się: ‘Ten Polak, tamten Litwin’. Tu na tych ziemiach naprawdę trudno było to rozgraniczyć….
…Ale czy my sami jestesmy bez winy? Na nic zdała się odezwa Józefa Piłsudskiego do mieszkańców byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, oni chcieli Wilna. Ukochane miasto, lecz ile zabrało ofiar z jednej i drugiej strony. Czy naprawdę warto oddawać życie, umierać za nawet najpiękniejsze, najukochańsze miejsce na ziemi?…”

Wielu uznało, że warto…przypomniała mi się Warszawa – Miasto Niezłomne, i opowieści rodzinne z Powstania Warszawskiego… ale o tym przy innej okazji.
***
Rzeczpospolita Przyzwoita (RP) – utopia, czy cel?
Tak jak w swoich dziełach pisze święty Josemaría Escrivá de Balaguer o dążeniu do świętości, – tak można też sformułować tezę o potrzebie dążenia do przyzwoitości.
PRZYZWOITOŚĆ bardzo przydałaby się – i Polsce, i światu.
Reszta sama się ułoży, bo pochodnymi przyzwoitości są: zrozumienie, współdziałanie, pomocność, tolerancja, życzliwość, rzetelność, uczciwość itd, itp…
Przyzwoitość władzy wobec obywatela i odwrotnie, a także obywatela wobec obywatela, to po prostu szacunek człowieka dla człowieka.
Przyzwoitość, podobnie zresztą jak patriotyzm – nie jest przypisana do jakiejś opcji politycznej, ideologii, czy grupy.
Przywoitość jest warunkiem niezbędnym prawdziwej pomyślności społecznej, a nie wymuszonej przez ustawy czy kodeksy.
Dużo mówiło się i wciąż mówi w Polsce o potrzebie jedności.
Moim zdaniem – jeśli nastąpi solidarność w przyzwoitości – to będzie już blisko tej właśnie jedności, o którą chodzi.

Sady Pradziadka – Sądy Prawnuka

Andrzej Rejman

Przed kolejnym wyborem….

komentarz przedwstępny: jest gorący czas przedwyborczy, ostra kampania, w Internecie szaleństwo opinii, ocen, szkoda nawet polemizować, czasem to robię, ale przecież nie mogę reagować tym samym językiem!!! :-), sumienie by mnie pogryzło:-), rzadko, naprawdę rzadko zabieram głos na tematy polityczne, ale przecież to jest temat szerszy, powiedziałbym górnolotnie – patriotyczny, a co najmniej społeczny, ważny i potrzebny, dyskusja jak najbardziej wskazana, mimo że, czego bym nie napisał, zdezaktualizuje się już za tydzień, a za miesiąc czy rok nie będzie miało żadnego znaczenia… traktuję to więc jedynie jako zapis myśli tuż przed ważnymi decyzjami…

Motto:

Moja mądra żona mówi, że Bartoszewski odszedł, bo nie chciał szarpać już sobie nerwów.

***

Dlaczego nie zagłosuję 24 maja na Andrzeja Dudę?

Bo nie wystarczy, że to miły, uśmiechnięty i z pewnością zaangażowany w swoją misję człowiek.

A może dać mu szansę? Nie będąc nigdy u władzy nie mógł dotąd wiele zrobić, a to co mówi, często przecież dotyka istotnych spraw Kraju. I byłaby wreszcie jakaś ZMIANA!

Jednak NIE.

Głosując na ZMIANĘ, głosuje się na własną idealistyczną NADZIEJĘ ZMIANY. Nadzieję i oczekiwanie czegoś lepszego, może nie do końca znanego, lecz z pewnością lepszego! Bo dlaczego miałaby być to zmiana na gorsze? Tym bardziej, że kandydat ZMIANY wygląda dobrze, jest stosunkowo młody, ma miłą rodzinę, ładnie mówi…

Ale czy należy kierować się wyłącznie nadzieją? To przecież kategoria raczej emocjonalna.

Może trzeba sięgnąć po rozum, rozeznanie i doświadczenie?

A więc: nie zagłosuję na Andrzeja Dudę nie dlatego, żebym nie chciał jakiejś ZMIANY na lepsze, ani dlatego, że nie jest mi dokładnie znane, co dotąd zrobił on dla Kraju, ani jakie ma prawdziwe poglądy.

Poglądy ma zresztą pewnie takie jak ci, co wynoszą go do władzy. A oni już rządzili.

Nie ma co przypominać tych czasów. Wtedy Polska wybrała Komorowskiego – właśnie dla ZMIANY.

Wybór ten Bronisław Komorowski potwierdził w trakcie sprawowania urzędu – obdarzyliśmy go dużym zaufaniem społecznym.

A teraz?

Teraz Polsce NIE JEST POTRZEBNA KOLEJNA ZMIANA.

Może miałaby jakiś sens zmiana sposobu i filozofii sprawowania władzy wykonawczej, ale nie osoby Prezydenta.

Teraz właśnie, szczególnie teraz, potrzebna jest wytrwałość i KONTYNUACJA.

Ale wiadomo – wybory, więc trzeba pomyśleć, zastanowić się i odpowiedzialnie wybrać!

Nie OCZAMI tylko ROZUMEM.

Krajowi potrzebny jest mądry i stabilny Prezydent, reprezentant całej Polski, a nie tylko Polski jedynych słusznych poglądów.

Potrzebny jest Prezydent który będzie szanował również tych, którzy na niego nie zagłosują.

Prezydent poszukujący dialogu z opozycją, rozumiejący i kochający Kraj w całej swojej złożoności i różnorodności.

Prezydent będący mężem stanu, który będzie umiał łagodzić a nie podsycać nastroje.

Prezydent współpracy.

Obawiam się, że ludzie ze środowisk, które reprezentuje w tych wyborach pan Andrzej Duda, chcą budować nasz Kraj SAMI i niejako od początku. Może to oznaczać, że będą go budować tylko z tymi, których wskażą i zaakceptują.

Mam w tym środowisku znajomych, czasem spotykamy się i rozmawiamy. W dyskusjach nie mówią oni o budowaniu, o współpracy. Wielu z nich mówi, że jest to WALKA. I nie mówią o walce o wspólną, piękną, silną i mądrą Polskę, choć może wierzą, że tak jest. Mówią że to ma być “… walka z NIMI!”, nie precyzując oczywiście, o kogo chodzi.

Więc ta ZMIANA o której mówią – będzie kontynuacją ICH WALKI.

Walki o własną autorską wizję Polski, dla której nie widzą żadnej alternatywy.

I to jest niepokojące. Mam jednak wielką nadzieję, że po zakończeniu tej walki – dróg i domów nie będziemy musieli budować od początku.

Bo radykalizm poglądów zwłaszcza w trudnych czasach często wymyka się spod kontroli.

Może kiedyś, będąc w bardziej “rewolucyjnym” wieku, zawahałbym się przed wyborem.

Teraz jednak doświadczenie mówi mi, że należy kierować się jedną z ważnych życiowych zasad wyznawanych w mojej rodzinie:

fortiter in re, suaviter in modo mocno w czynie, łagodnie w sposobie.

Tak więc – oddam swój głos na Prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Bo Mazowiecki, Bartoszewski, Komorowski – to jest ta drużyna i ta właśnie zasada.


Filmik wykonany przez naszego autora, Andrzeja Rejmana: Prezydent RP Bronisław Komorowski na pikniku w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, 16 maja 2015 roku mówi o doskonałej polskiej żywności i o polskiej ziemi

Poeta rozmyśla o polityce

Nie zgadzam się z Romanem, w każdym razie nie do końca się zgadzam, i wiemy wszyscy – to strasznie trudna i smutna rzecz – ta smutna polskość i jej smutna historia i musimy pamiętać, ale, wierna uczennica Jerzego Giedroycia, zawsze i bez przerwy powtarzam, skoro byliśmy w stanie pogodzić się z Niemcami, to musimy dokonać kolejnego wysiłku i pogodzić się z Ukraińcami.

Roman Brodowski

Smutny wiersz o polskości

Wymyśliłem smutny wiersz o Wołyniu
Położyłem między krzyże pachnące piwonie.
Wyglądały jak białe gołębie czekające lotu…,
Jak dwie w modlitewnik ułożone dłonie.

Odtajniłem żniwo ludzkiej nienawiści
W krwistobarwnej wołyńskiej przeszłości.
Ukazałem dusze czekające czasu objawienia
Czasu prawdy, pamięci, godności.

Dziś ta prawda nikomu nie służy.
Kat Wołynian jest dzisiaj świętością.
A parlament nasz dumny – bo Polski
Dzisiaj darzy go swą przychylnością

Warto jednak pamiętać o faktach,
Które krzyczą z przydrożnych kamieni
O tych, których za polskość, za mowę,
Sąsiad ukraiński, mordując – krył w ziemi.

Tak, – od wieków Polska z krajem ukraińskim
Połączona była skrzepłej krwi świadectwem,
Od czasu gdy setnik, pan Bohdan Chmielnicki
Rozpoczął powstanie – oburzony śledztwem

Po przegranej rozprawie o kobietę, o włości,
Przy pomocy Tatarów i kozackich współbraci
Ruszył zbrojnie na zachód, przeciw polskiej ludności,
By ją z zemsty zabijać, grabić, palić i…zeszmacić.

A gdy Tatar odmówił współpracy przy rzezi
Kiedy zmusił w Zborowie do pokoju kozaków
Znalazł Hetman Chmielnicki inny sposób na zbrodnię..,
Oddał w lenno Caratu, Ukrainę rodaków.

I tak, razem z moskalem, małoruski władyga
Głodny krwi, władzy i wszelkiego bogactwa
Poszedł zbrojnie na króla i na polską koronę.
Niosąc śmierć pośród Słowian, wśród bractwa.

Po Chmielnickim, Mazepa – króla Jana lokajczyk,
Postać znana w historii jako panów trzech sługa
Który umarł w Benderach – nazwa dziwnie mi znana
Umaczany w krwi polskiej…, lecz historia to długa.

Potem jeszcze po drodze, dwa światowe dramaty
I znów „przyjaźń słowiańska” z Ukrainą zakwitła
Na Wołyniu, Polesiu – tam gdzie Polski był Orzeł
Krew i … – właśnie – nikt dziś o to nie pyta.

* * *

Napisałem wiersz o polskiej przeszłości
O tych naszych ojczyźnianych dramatach
O wojenkach, powstaniach…, o sporach
I o śmierci – w ruskich kazamatach.

I o naszych magnatach, którym polski naród
Na piastowskiej ziemi żyjący od wieków,
Był brackim narodem podczas zawieruchy,
A podczas pokoju, częścią pańskich ścieków.

I o Księżnej Zofii z Anhaltów pisałem.
Urodzonej w pruskiej, książcej rodzinie.
O tej, która z wrogości do naszej ojczyzny
Jako Wielka Caryca – Katarzyna, słynie.

Napisałem również o naszej ojczyźnie
Zniewolonej poprzez niezgodę w narodzie,
Przypomniałem tamtej Targowicy chwile,
Bo niezgoda taka, dzisiaj znów jest w modzie,

I znów, tak jak dawniej, jak przed rozbiorami
Naród jest skłócony, w parlamencie wojna
W polityce wciąż jedno – „ trzeba się szykować
Zagrożenie na wschodzie – interwencja zbrojna.

Dzisiaj nikt nie woła, by o pokój walczyć
Retoryka jest inna – „Szykuj się do wojny”,
Rząd kupuje rakiety, czołgi, samoloty.
By Polak – choć głodny – o los był spokojny

Nawet z diabłem cyrogryf podpisać jest gotów
Nawet diabłu przysięgę złożyć może wiernie
Byle tylko moskala wytępić, osłabić
Byle tylko nie stać tak jak inni, biernie.

Cóż, moskale od zawsze byli nam wrogami
Tak głosi najnowsza historia – dzisiejsza.
Więc priorytet walki, zemsty, nienawiści
To dla nas, Polaków, rzecz jest najważniejsza.

My z Bożą pomocą, z bratnią Europą
I siłami NATO…, w tej naszej niedoli,
Musimy pokazać słowiańskie pazury
Musimy rozdrapać ranę, która boli.

Tylko jaką cenę przyjdzie nam zapłacić
Za kolejne, naiwne pomysły „ patriotów ”
Za woj-propagandę, nierealne plany,
Za tych ślepowiernych i… kilku idiotów?

Nikt nie dał nam prawa bawić się historią,
Zwłaszcza tą faktyczną, tą czasem bolesną,
Aby zaspokoić potrzeby „ przyjaciół ”…,
Bo to nas naraża na pogardę, śmieszność.

* * *

To prawda, że wiele krwi i łez spłynęło
Wiele krzywd ojczyzna doznała od wschodu.
Tego nikt wymazać z pamięci nie może.
To zawsze zostanie na kartach narodu.

Katorżnicza praca, i śmierć w kazamatach
Czasy rozbiorowe i czasy komuny
Zsyłki na Syberię, Ałtaj czy Kazachstan
Wszędzie polskie ciała, czasem – polskie trumny.

Na rosyjskiej ziemi leżą pod brzozami
Zabici podstępnie w wojennej przestrzeni
Ci dla których Polska była matką, domem.
Otuleni w całun z nieojczystej ziemi.

Lecz także i w Polsce mogił mamy wiele
Z czasu drugiej wojny, z epoki Hitlera.
W nich ci co przybyli z sztandarem wolności
Zza tamtej granicy – byśmy byli teraz.

Tak, trzeba pamiętać o grobach, o prawdzie,
Szukając pierwiastków drogi pojednania
By nigdy już więcej nie czuć krwi i zgliszczy
By na naszej ziemi nie zabrakło trwania.

Słowiańskie narody i słowiańskie dusze
Dlaczego tak ciężko żyć nam, jak w rodzinie ?
Byliśmy karmieni pramatczynym mlekiem,
A dziś kainowa krew w żyłach nam płynie.

* * *
Napisałem wiersz o przyjaźni do ludzi
O cichych marzeniach noworomantyka
Lecz nikt go słucha, nikt go nie rozumie

A zegar pokoju coraz szybciej tyka.

Berlin, sierpień 2014 – kwiecień 2015

Napisałam Romanowi, że oczywiście opublikuję jego wiersz, ale uważam, że powinniśmy dążyć do pojednania i naszym obowiązkiem jest pomoc Ukrainie. Oto jego odpowiedź:

Do Ewy Marii Slaskiej

Masz rację. Ukrainie powinniśmy pomagać, bo mimo naszej historycznie wspólnie smutnej rzeczywistości, dzisiaj mamy moralny ku temu obowiązek.

Jednakże pewne niewyjaśnione kwestie (jak m.in. Wołyń) powinny być rozliczone. Gdyby Stalin został w Rosjii ogólnonarodowym bohaterem, do którego należałoby się (prawnie – czyli pod presją kary) odnosić z pietyzmem, a co ma miejsce na Ukrainie w stosunku do St. Bandery, walczyłbym także o sprawiedliwość i ocenę faktów. Tak jak powiedział w przeddzień wojny M.S.Z Polski, pan Beck będąc w Berlinie, „nic za wszelką cenę”, powtarzam więc, że nie za cenę pamięci o ofiarach.

Jak już zauważyłaś w utworze umieściłem wiele faktów historycznych, dotyczących naszych stosunków zarówno z Ukrainą jak i Rosją. Celowo pokazałem (jednostronie) to, za co zarówno jednych jak i drugich winimy, to, o co mamy do nich wielki żal, by (co jest puentą całego poematu) zmusić czytającego do reflekcji, do zadumania się nad tym, dlaczego nie potrafimy żyć w zgodzie, dlaczego nie potrafimy wybaczać, szukać tego co łączy, a nie dzieli.

To prawda, że putinowska, bardzo agresywna polityka w stosunku do państw satelitarnych, jest nie do zaakceptowania.

Niestety realia dzisiejszej rzeczywistości, warunki militarne oraz nowe technologie prowadzenia wojen, opracowane przez zarówno USA jak Rosję, nie dają złudzeń co do wyniku ewentualnego konfliktu. Byłyby tylko ofiary, miliony ofiar.

Wiemy, że Rosjanie przyciśnięci do muru są nieobliczalni, tak jak niedźwiedź, który atakuje, będąc osaczony. Gdyby zależało im na Ukrainie, to w przeciągu 48 godzin byliby w Kijowie i…, wierz mi, oddźwięk opinii świata nie byłby inny aniżeli jest.

Boję się, bardzo się boję tego, że karty jakimi grają światowi przywódcy, są dawno rozdane i my – Polacy, (być może, przetargowa blotka w tej grze) będziemy na pozycji, jak zawsze, przegranej.

Tak, jestem przeciwko agresji Rosji na Ukrainę, ale jestem też za pokojowym i dyplomatycznym rozwiązaniem problemu.

Jestem realistą i nikt mnie nie przekona o wielkich przyjaźniach, gwarantujących nam w Polsce spokojny, suwerenny i niczym niezagrożony ojczyźniany byt.

Takie przyjaźnie mieliśmy w przeszłości…, i co? Świat się zmienia, lecz ludzie… No właśnie – biznes to biznes. Zbyt wiele o tym wszystkim wiem. Może za wiele?

Przepraszam – ale pragnę kolejnych lat pokoju

Serdecznie Cię pozdrawiam , ciesząc się jednocześnie, że mamy inne zdania. Inaczej byłoby nudno, żylibyśmy w zabójczej monotonii.

Roman

 

W górę rzeki (19)

Zbigniew Milewicz

Marsz, marsz Polonia…

W Lidzbarku Warmińskim był końcowy poligon, rekrucki znój i wreszcie żołnierska przysięga. Wcześniej jednak musieliśmy przez trzy lata, raz w tygodniu, chodzić na zajęcia w studium wojskowym UJ. Siedem godzin można było wytrzymać, wkładało się mundur, buty gwoździami podbite, zimą długi szynel, rogatywkę i maszerowało się na zajęcia w Collegium Novum. Naprzeciw stała podrzędna knajpa, zwana Barceloną, w której po szkoleniu piwko tak smakowało… Na porannym apelu, w drugiej kompanii, „bili do dacha” m.in. bracia Zielińscy, Skaldowie, których popularność dopiero się rozpoczynała.

03Na poligonie w LidzbarkuNa poligonie w Lidzbarku

Szkolili nas starzy frontowcy, musztry uczył podpułkownik, albo major, Bąkowski, ogniowego – mjr Proniewicz, taktyki – mjr Bednarski i każdy z nich był wielkim oryginałem. O naszych przełożonych krążyły liczne anegdoty, wynikały zaś na ogół z frontowych opowieści, na które naciągaliśmy ich, aby skrócić nudny materiał dydaktyczny. Z katedry padało na przykład stwierdzenie, że woda wrze w temperaturze 90 stopni… Student przerywał wykładowcy, że jednak będzie ich 100, na co tamten ripostował, iż w warunkach bojowych wszystko wygląda inaczej… Albo: kąt prosty, jak wiadomo, ma 180 stopniAleż, panie majorze, fama głosi, że 90Powiedzcie famie, że jest głupia…

04Major Bednarski i jego studenciMajor Bednarski i jego studenci

Mjr Bednarski, o poczciwej, kresowej duszy, lubił opowiadać, jak zdobywał wała pomorska i szczerze martwił się, że studenci przychodzą na zajęcia z taktyki nie przygotowani. – Ta idziesz ty z kolegą i dziewczyną na ten przykład do kina – chrząkał. – Czemu nie weźmiesz ze sobą zeszytu z taktyki ? Kolejka długa na kilometr, niech kolega jej pilnuje, a ty z boku stoisz i powtarzasz na głos, co w zeszycie zapisane. Później kolega twój to robi, ty za niego w kolejce i obydwaj zdajecie na piątkę.
A co z dziewczyną? – padało z sali pełne troski pytanie.
Ty już, synok, nie martw się, ona sobie poradzi – szczerzył pożółkłe zęby.

Major Proniewicz oczekiwał od nas wiedzy szczegółowej, bo i szkolenie ogniowe tego wymagało. Trzeba było nie tylko umieć sprawnie rozebrać i złożyc np. ręczny karabin maszynowy, ale i nazwać wszystkie jego części. Na końcowym egzaminie mógł niejednego z nas tymi detalami wykończyć, ponieważ jednak lubił sobie wypić, odpowiednio się przygotowaliśmy. Na krakowskim Pasterniku mocno grzało tamtego dnia słońce i ono też było naszym sprzymierzeńcem. Złożyliśmy się na skrzynkę piwa i pół litra czystej, którą ukradkiem został ochrzczony chmielowy napój. Przy trzeciej butelce major był już w świetnym nastroju i stawiał studentom coraz lepsze stopnie. Wszyscy zdali, choć nie dał rady całej skrzynce. Nasi kelnerzy zanieśli go do służbowej Wołgi, a on po drodze z rozrzewnieniem śpiewał Marsz, marsz Polonia. Tej pieśni w czasach PRL-u oficjalnie się nie wykonywało, ale egzaminy dobiegły końca i major był już osobą prywatną.

O1TaniecZwyPod koniec szkolenia wojskowego dopuściłem się pewnego skandalu. Pojechaliśmy ciężarówkami na zajęcia z taktyki, na Pasternik. Porucznik Pietras, dowódca kompanii, ogólnie świetny gość, rozdał nam ślepe naboje, których nie wystrzelałem do końca. W czasie drogi powrotnej usiadłem sobie z tyłu pojazdu, obok koleżka, któremu też coś zostało w magazynku i przy Plantach, na raz – dwa – trzy, odsłoniliśmy plandekę.

Taniec zwycięstwa po przejściu do cywila

Po serii z dwóch kałasznikowów, jakiś starszy mężczyzna spadł z roweru, na ulicy zrobiło się zamieszanie, a my mieliśmy wielką frajdę. Dostaliśmy za ten wybryk ostrą naganę i dwa tygodnie sprzątania magazynów studium wojskowego, co było w pełni zasłużoną karą.

Napisałem o tym szczeniackim numerze, ponieważ przypomniało mi się, że na ostatnim roku studiów znowu pojawił się motyw strzelania, tym razem ostrą amunicją. Był marzec 1968 roku, do studentów, którzy w Żaczku konspirowali przeciw nadużyciom komunistycznej władzy, przeniknęli prowokatorzy bezpieki. Pamiętam obcego, młodego mężczyznę (rozpoznałbym go jeszcze dziś), który mocno namawiał nas do wyłamania drzwi w magazynach z bronią studium wojskowego UJ i do użycia jej w czasie demonstracji, przeciw milicji. Na szczęście nikt gada nie posłuchał.

Zanim rozpoczął się tamten trudny okres, było jeszcze trochę miło. W czasie wakacji, w Międzyzdrojach, poznałem Magdę z Warszawy, studiowała na SGPiS. Zaczęły się wyjazdy do stolicy, razem chodziliśmy na spektakle kabaretowe, do Dudka, Owcy, STS- u. Mieszkała na Targówku, w ładnej willi z ogrodem, poznałem jej sympatycznych rodziców. Czasami przyjeżdżała do Krakowa, wtedy zabierałem ją do Teatru Stu, Krzysztoforów, Jamy Michalikowej. Był i stary hotel w Tomaszowie Mazowieckim, leżącym mniej więcej w połowie drogi między dwoma stolicami. Szlagier o nazwie Tomaszów – słowa Julian Tuwim, muzyka Zygmunt Konieczny – śpiewała wówczas Ewa Demarczyk, gwiazda kultowej Piwnicy Pod Baranami, nie mogliśmy tam więc nie pojechać. Pamiętam nasze rozczarowanie senną mieściną, jednak poeta miał prawo się nią zachwycać. Stamtąd pochodziła jego ukochana żona, Beatrycze – „Panna, Madonna, legenda tych lat”.

02Magda-TomMazZ Magdą w Tomaszowie Mazowieckim

Nie napiszę, że byłem w Magdzie zakochany po same uszy, bo zaraz ktoś powie, że to u mnie nic nowego. Moja mama ją w każdym razie lubiła i chyba nie miałaby nic przeciw naszemu małżeństwu. Kiedy w 1968 r. posadzono mnie na Montelupich, Magda napisała do niej list z prośbą, żeby powiedziała mi, że kończy ze mną znajomość. Mama nie zrobiła tego, zaś ów dokument znalazłem wśród rodzinnej korespondencji dopiero parę lat temu. Verba volant, scripta manent, słowa ulatują, pisma pozostają. Ktoś mi później powiedział, że po studiach wyjechała do Paryża, tam wyszła za mąż i wzięła za konserwację zabytkowych mebli, ale wtedy był to już dla mnie czas przeszły dokonany.

Ponieważ sąd uniewinnił mnie od zarzutu działania na szkodę władzy ludowej (Papierowych rycerzy ciąg dalszy), po wyjściu z więzienia mogłem wrócić na uczelnię. Dokończyłem studia i obroniłem pracę magisterską. W Chorzowie, na Wesołej, gdzie dawno nie byłem, mój niemłody już dziadek Erwin powiedział mi jedno, gorzkie zdanie, którego nie zapomnę: jak oni mogli grozić, że wam pogruchoczą kości, nie takiej Polski chciałem, żałuję, że byłem powstańcem. Była to aluzja do marcowego wystąpienia Edwarda Gierka na wiecu w Katowicach, w którym zapowiadał twardy kurs przeciw opozycji. Zapewniłem dziadka, że nie dam sobie zrobić krzywdy, ale on myślał pewnie o kruchości ludzkiej egzystencji i nietrafności życiowych wyborów w skali ogólnej.

Był na emeryturze, chorował i na przykład wielu pracom remontowym w domu nie mógł już podołać, całe gospodarstwo pozostawało praktycznie na głowie babci, a o sprzedaży posesji nie chciał nawet słyszeć. Wtedy uzmysłowiłem sobie, że jestem cholernym egoistą. Pojawiam się w Chorzowie raz na jakiś czas, przyniosę węgla z piwnicy, narąbię drewna, trochę posiedzę i już mnie nie ma, znikam w swoim wygodnym świecie. Kiedy mój dziadek Erwin zmarł i dwaj pracownicy zakładu pogrzebowego wynosili z mieszkania trumnę, w przedpokoju dźwignęli ją trzykrotnie pod sufit i powiedzieli: gospodorz, pożegnejcie się z domem! Taki był koniec adresu na Wesołej 5. Dom został szybko i tanio sprzedany, babcia z ciocią Irką kupiły dwupokojowe mieszkanie w Tychach i życie potoczyło się dalej, uboższe o jednego bliskiego człowieka.

P.S. Dziękuję Krystianowi Cichowskiemu, że w 16 odcinku tej opowieści skorygował imię naszego wychowawcy ze Słowaka, prof. Brzozy, które brzmi Janusz.