Reblog czyli przedruk czyli redruk…

Tak mi się przypomniało.  Wyciągnęłam tę opowieść z lamusa i z regału, gdy się okazało, że wszyscy mamy pisać donosy na siebie. To nawet całkiem niedawno było, ale pomysł chyba gdzieś przepadł na skrajach i obrzeżach Europy, i nikt chyba o nim nie pamięta. Kilka wzorów, jak pisać donosy…

Tymczasem jeszcze tylko dziś w Krakowie na plantach przy Bunkrze Sztuki wystawa dokładnie na ten sam temat, na temat “Polaka według Mrożka”, co jest zgrozą. Organizatorzy piszą: Sławomir Mrożek spogląda w polskie dusze, tocząc opowieść o naszej tęsknocie do wielkości, dumie narodowej, wymachiwaniu szabelką, romantycznych zrywach i niecierpliwości do codziennego gospodarowania swoim życiem, małostkowości i zawiści.

Jeśli jesteście w Krakowie, to pędźcie tłumem nieprzerwanym… Ale jeśli nie zdążycie, to nie lękajcie się, bo aż do 2 września oglądać też można mrożkowską aranżację Bulwaru nad Zalewem Nowohuckim..

Sławomir Mrożek

Z ciemności

Straszna nas na tej wsi głuchej ciemnota ogarnia i zabobon. Ot i ja – wyszedłem na stronę za własną potrzebą, ale teraz nietoperze-gacki całymi stadami, jak liście w październiku, latają, o szyby skrzydłami biją, boję się, że mi się któryś do włosów na wiek wieków wkręci. Więc siedzę, wyjść nie mogę, choć mi pilno – i sprawozdanie do was, towarzysze, piszę. Zatem, co się tyczy skupu zboża: od kiedy diabeł się we młynie ukazał i czapką się pięknie pokłonił – procenty spadają. A czapkę miał kolorową: czerwoną, białą i niebieską, z napisem Tour de la Paix – po francusku. Chłopi młyn omijają, zaś kierownik młyna i jego żona rozpili się ze zgryzoty i już się zdawało, że przełomu żadnego nie będzie, kiedy młynarz młynarzową wódką oblał i podpalił, a sam się puścił aż do uniwersytetu ludowego, żeby się na marksizm zapisać, bo, jak powiada, dosyć już tych pierwiastków irracjonalnych ma i chce coś przeciwstawić.

Zaś młynarzowa spłonęła i przybyła nam jeszcze jedna strzyga.

Bo trzeba wam wiedzieć, że u nas nocami coś tak wyje… że aż się serce kurczy. Jedni mówią, że to duch biedniaka Karasia tak zawodzi na kułaków, inni – że to bogacz Krzywdoń po śmierci tak się skarży na obowiązkowe dostawy. Ot, zwyczajna walka klasowa. A moja chata samotna pod lasem stoi, noc czarna i las czarny i myśli moje jak kruki. Sąsiad mój Jusienga raz pod lasem na pniaku siedział i czytał „Horyzonty techniki”, aż tak go coś zaszło od tyłu, że trzy dni chodził z oczami w słup.

Poradźcie, towarzysze, my tu sami jedni w środku kraju leżymy, a dookoła wiorsty i mogiły.

Mówił mi leśnik jeden, że kiedy pełnia – na duktach i przesiekach same głowy bez tułowiów toczą się i gonią, w czoła zimne się pukają i turlają, jakby dokądś chciały, a kiedy świt – wszystko znika i tylko chojary szumią, ale nie za głośno, bo się boją. Boże jedyny! Za nic teraz nie wyjdę, nawet za największą potrzebą. I tak ze wszystkim jest. Wy nam mówicie: Europa. A tu, co postawimy mleko na kwaśne, to skądś wyłażą garbate karzełki i szczają nam do garnków.
Raz stara Glusiowa się obudziła całkiem zlana potem. Patrzy – a tu na pierzynie kredyt maluśki siedzi, co go jeszcze przed wyborami przyznali na wybudowanie mostku, a zaraz potem umarł bez ostatniego pocieszenia – siedzi, cały zielony, śmieje się i dusi. Baba w krzyk. Ale nikt nawet z domu nie wyjdzie. A bo to zawsze wiadomo, kto krzyczy? Z jakich pozycji krzyczy?
A na tym miejscu, gdzie miał być mostek, z powodu jego braku utopił się artysta. Miał dopiero dwa lata, ale to był geniusz i jakby wyrósł, toby wszystko pojął i opisał. A tak, to tylko lata i fosforyzuje.
Rzecz jasna, że przez te wszystkie wypadki w naszej psychice zachodzą zmiany. Ludzie dają wiarę gusłom i zabobonom. W utopców, w upiory, nawet w czarownice wierzą. Owszem, jest u nas taka jedna baba, co krowom mleko odbiera i kołtuny sprowadza. Ale my ją chcemy przyciągnąć do Partii, żeby wytrącić z ręki argument przeciwnikom postępu.

Jakże one tymi skrzydłami łopocą, Boże uchowaj, jak latają, jak piszczą: „Pi pi” – i „Pi pi” znowu! Hej, nie ma to, jak te wielkie budowle, wszystko tam jest pewnie pod dachem i nie trzeba wychodzić pod las.

Ale to wszystko nie jest najgorsze. Gorzej, że jak to piszę, drzwi się otwarły, świński ryj się w nich ukazał i tak jakoś dziwnie na mnie patrzy, patrzy…

A nie mówiłem, że u nas inna specyfika?

List z domu starców

Dzisiaj w naszym domu starców, panie, zawrzało jak w ulu. Znoszą mnie, jak zwykle, na śniadanie, a tu w naszej świetlicy na ścianie wisi nowa „Błyskawica“. I przeciw komu? Przeciw naszemu sekretarzowi, koledze Glusiowi. Siurpryza niebywała, panie, bo kolega Gluś, choć smarkacz – zaledwie po siedemdziesiątce – od pięciu lat trząsł nami, jak chciał. To on na rocznicę rewolucji rzucił hasło, żeby każdy z nas zobowiązał się zemrzeć przed terminem. A tymczasem po cichu nie odmawiał, kiedy mu ktoś z nas na boku zafundował kleik. Mówiono o nim, że za kleik wszystko zrobi. To on, kiedy kolega Pyziewicz, zupełnie głuchy, na uroczystej akademii w pięćdziesiątym drugim roku zawołał w dobrej wierze: „Niech żyje car Mikołaj!“ – wyciągnął konsekwencje. Wiadomo tylko, że potem przyszli jacyś dwaj i opieczętowali sztuczną szczękę, którą kolega Gluś zostawił na stoliku nocnym. Z kolegą Pyziewiczem do dzisiaj nie wiadomo, co się stało. Szczęka jest nadal opieczętowana.

Każdy, kto miał jakąś przeszłość jak ognia bał się kolegi Glusia. Sędziwy Pac-Pacyński, w czasie młodości nadpiłowany przez rebeliantów Szeli, zmuszony był podać w ankiecie, że to nadpiłował go pułkownik Beck za antysanacyjną postawę. Kolega Kaczka, któorego Gluś potępił na zebraniu za uprawianie szwedzkiej gimnastyki – załamał się i ufarbował sobie brodę na czerwono. Koleżanka Noga natomiast od dawna nosiła warkocze. Otóż kolega Gluś wykrył, że to satyra na Chińczyków, na te Chiny nasze, panie, Ludowe. Koleżanka Noga uratowała się dopiero tym, że zobowiązała się robić na drutach transparenty na Pierwszego maja.

Ze mną samym, panie, rozmaicie bywało. Ponieważ umiałem grać na bajanie, więc kolega Gluś wyznaczył mnie na przewodniczącego miczurinowskiego kółka. To nawet było niezłe, bo miałem zwolnienie z toru pprzeszkód, ale raz była inspekcja i sam musiałem zjeść kilo śrutu. Że to niby udało się nam wyhodować borówki na sucho, bez użycia lasu.

Wszyscy pamiętamy dzień, kiedy koleżance Etual wypadła puderniczka. Koleżanka Etual jest mniej więcej w wieku kolegi Glusia i z tego powodu należy się jej pobłażliwość. Ale kolega Gluś urządził pokaz pokazowy, w wyniku któorego cały nasz dom stanął pod zarzutem gomułkowszczyzny, zaś koleżanka Etual, przeżywszy, panie, przełom, poczęła pisać wiersze ku czci małorolnych. Jeden wierszyk na ten temat powinienem mieć przy sobie, bo kolega Gluś kazał wszystkim uczyć się na pamięć. Gdzie ja to mam, zaraz, zaraz – aha!

O ty! Małorolny!
Prosty i oddolny!
Nie siejesz, nie orzesz,
a odstawiasz zboże.

Ładny, panie, wierszyk.

Takich pociągnięć kolegi Glusia można by sobie więcej przypomnieć. Raz, jak była straszna burza, a kolega Tran odezwał się o niej lekceważąco, mówiąc, że w roku 1880 była większa – to kolega Gluś oskarżył go o malkontenctwo i tęsknotę za starym. Kolega Gluś ma chorą wątrobę i nigdy inaczej o tym nie mówił jak „przeklęta spuścizna kapitalizmu“. Kiedy indziej zmusił nas, byśmy wystosowali do władz prośbę o przemianowanie naszego zakładu z „Domu Starców“ na „Dom Starców Dońskich“. I taki to człowiek, którego się wszyscy baliśmy, spotkał się dzisiaj z krytyką. Doczekaliśmy się wreszcie, że jego metody zostały napiętnowane. Wszyscy cisną się do „Błyskawicy“, żeby przeczytać na własne oczy. Na dole, w samym rogu, jest wzmianka o tym, że kolega Gluś, jak śpi, to za głośno chrapie przez sen. Tak, tak… Nadeszły nowe czasy…

Postępowiec

Komunikaty i ogłoszenia
Dyrekcja zawiadamia, że w ogóle nic się nie odbędzie i nie ma o czym mówić.

Z życia nauki
Po dłuższych badaniach uczeni polscy ustalili miejsce, gdzie leży pies pogrzebany. Na miejsce udała się specjalna ekspedycja.

Honduras.
Donosiliśmy onegdaj, że do regulaminu tamtejszej armii wprowadzono tytułem próby pewną reformę. Mianowicie tradycyjny okrzyk „Za Ojczyznę” używany podczas ataków – został zastąpiony szerszym: „Za Ojczyznę i w ogóle“.
Nowe hasło nie zdało jednak egzaminu, ponieważ osłabiało patos walki.

Z kraju
Wstecznictwo w sadownictwie
W czasie ćwiczeń polowych harcerze odkryli, że ogrodnik K., od dawna już podejrzany o działalność, w kącie swojego ogrodu, pod osłoną łopianów, pielęgnował kiełki starego.

Rysunki wybrałam z sieci, nie wiem czy te same są na wystawie…

Szopa w salonie 30

Łukasz Szopa

Równość wyboru, wolność wkładania

Wiosna i wczesne lato to nie tylko w Europie, i od kilkunastu lat nie tylko „Zachodniej“, idealna pora na parady i marsze. Marsze te, zwane albo „Paradami Równości“, albo też „Gay Pride“ – choć początkującą i inspirującą datą i rocznicą jest „Christopher Street Day“. W Polsce te kolorowe i w międzyczasie raczej spokojne wspólne spacery rozciągają się od końca kwietnia (Łódź) poprzez Kraków (19 maja), Warszawę (09.06), Gdańsk (26.06), aż do początku paździenika (Wrocław).

W ubiegły weekend „Parada Równości“ zawitała po raz pierwszy do Rzeszowa, tylko kilka dni po największym takim evencie w Europie – berlińskim „Christopher Street Day“ 28 czerwca. A wczoraj Marsz Równości przeszedł również po raz pierwszy ulicami Częstochowy. Wreszcie! Dużo to piękniejszy widok niż marsze polskich faszystów z pochodniami.

Berlin to nie Polska? Niby nie, jednak pewien jestem, że jak co roku uczestników i w Polsce będzie niemało (jak właśnie w Rzeszowie, Opolu, Toruniu). Jakby nie patrzeć cykl marszów w Polsce jest jedną z najważniejszych demonstracji.

Marsze te, walczące i wspierające prawa mniejszości seksualnych, to już w sumie tradycja – rozrastająca się z roku na rok. Z początku chodziło o prawa homoseksualistów, w międzyczasie formuła się rozszerza, i bardzo dobrze. Gdyż przyznam, że wzdrygam się na tę drugą nazwę – nie z uwagi na „gay“, a na słowo „pride“ – gdyż zbyt blisko tu semantycznie do marszy i tematów narodowców wspominających słowa „honor“ czy „Stolz“. Bo w końcu z czego tu być dumny/a? Z czegoś w sumie albo wrodzonego, albo wybranego (nie wchodzę dalej w teorie, bo się nie znam), z części mojego „ja“? Czy ja jestem dumny, że określam siebie jako heteroseksualnego liberała, wierzącego agnostyka, czy niepiszącego poetę? Nie.

Dlatego tym bardziej przypada mi do gustu nazywanie tych demonstracji i festynów jak to robią aktywiści w Polsce – Paradami Równości. Nie chodzi tu o podkreślanie praw tylko homoseksualistów czy innych mniejszości (seksualnych), ale – o prawa każdego z nas. Obojętnie kim się czujemy (nie tylko seksualnie!) i kim jesteśmy – i czy w mniejszości (zagrożonej lub nie), czy w większości. Gdyż i te bywają zagrożone, i powinniśmy bronić ich praw (lub walczyć o ich równość). Takie kobiety. W niemal każdym społeczeństwie są większością, i w niemal każdym – jeśli nie prawnie, to realnie – mają mniejesze prawa niż mężczyźni.

Cieszy więc coraz większa frekwencja, ale i oryginalność parad w Polsce. Choć wiadomo, że Kraków czy Warszawa to jeszcze nie Berlin czy Londyn, a nawet – że niestety Rzeszów to nie Belgrad czy Stambuł.

Dziwi mnie za to krytyka tych marszów i parad ze strony mniej lub bardziej prawej prawicy – od mediów, poprzez niejedną partię, kończąc na Kościele Katolickim. A właściwie zaczynając, bo właśnie Kościół najostrzej atakuje homoseksualistów i w ogóle wszelkich nie-heteroseksualistów (przepraszam, nie całkiem: kościelnej krytyki osób frygidalnych nie słyszałem), jak widać w tych atakach kościelnych mniejszych i większych hierarchów paniczny strach przed tematyką „gender“. Dziwi mnie w tym kościele niejedno – ale głównie ich skoncentrowanie na tematach seksualności (dziwiłoby podobnie, gdyby głosili transseksualny hedonizm). Dziwi mnie więcej niż „dziewica Maryja“, czy w ogóle ta lawina tematów jak aborcja, antykoncepcja, czy właśnie „gender“. Owszem, filozoficznie, a nawet metafizycznie to niesłychanie ciekawe (i wcale nie łatwe i jednoznaczne!) tematy. Lecz skąd ta fiksacja? Czy nie można trochę częściej cytować Kazania na Górze czy choćby „Kochaj bliźniego swego“? Albo konkretnie – jak już lubi ktoś gromić z ambony – to na przykład piętnować polski alkoholizm (za kierownicą i w domu), omijanie podatków, pracę na czarno, zawiść i pazerność, konsumpcjonizm, średnią etykę pracy, przemoc w rodzinie i na stadionie? Albo po prostu: brak modlitwy, brak dobrych słów, brak dobrych uczynków? No ale Kościół ma ten swój problem – nie tylko z seksem, ale w ogóle właśnie z miłością. I wolnością. A niby tacy progresywni: samotni faceci biegających w sukienkach, to w stylu darkerów, to kolorowo i błyszcząco jak ośmiolatki.

Z resztą prawicy niewiele lepiej – choć w odróżnieniu od kleru powinni być, gdyż wolni w wyborze swojej drogi życiowej (też tej seksualnej) – bardziej na luzie. Boją się tego „gendera“ i „nie-heteroseksualizmów“ jak diabeł wody święconej. Reakcje gorsze niż alergików – zanim jakikolwiek kot lub pyłki się w ogóle pojawią.

Czyżby ci „twardzi“ faceci, przekonani o sile tradycji, polskości, ojczyźnianości i polakokatolickości, a przede wszystkim o swojej męskości – bali się rzeczywiście kilkugodzinnego marszu dziwnie ubranych ludzi (kwestię smaku pozostawiam na boku) w rytmie to lepszej, to gorszej muzy? Czyżby ich wartości, o których tak trąbią i bębnią wypinając pierś i napinając muskuły – były tak słabe i kruche, że sam widok roztańczonych i uśmiechniętych gejów i lesbijek (a może, o zgrozo, i heterów i heterek?) miałby mieć na nich tak silny i nieuchronny efekt, że w mig oczarowani („zarażeni“?) przeistoczyliby się seksualnie i przyłączyli do marszu? A może boją się „propagandy powolnej“ – i tego, że po każdym „paradowym“ czerwcu będą z roku na rok, stojąc wieczorem przed lustrem, stwierdzać z lękiem: „O, k…a, znów się bardziej zgejowałem!… Metamorfoza postępuje…“

A nawet gdyby – gdyby jednak fakt, że widok miłości i związków innych niż „tradycjonalne“ sprawiał, że więcej z nas przekona się do nie-heteroseksualnych preferencji? Cóż w tym złego? Że spadnie nam „narodowa rozrodczość“? Czyżby „wartość“ naszego społeczeństwa liczyć na ilość, nie na jakość? To trochę smutne… (Nie wspominając o tym, że spadek demograficzny powody ma całkiem gdzie indziej).

Co śmieszne, ci sami panowie nie mają podobnych obaw, oglądając regularnie filmy „artystyczne“ przedstawiające miłość uprawianą dwóch kobiet (kto wie, czy lesbijek, czy nie, w końcu to filmy). Jakoś nie drżą oczekując, że zgubny wpływ obrazów roznegliżowanych pań wpłynie zgubnie na ich świadomość. To znaczy, pewnie drżą, ale impuls jest tu inny. I jest to okej, nie moja to sprawa, kto jakie filmy lubi, i kto w jakich filmach komu coś gdzieś wkłada.

No właśnie, teraz trochę o mnie, jak już stoczyłem się w tak wulgarne poziomy semantyki. Mnie też to całkiem obojętne, kto komu co gdzie wkłada (o ile „obie trzy“ osoby są pełnoletnie i czynią to dobrowolnie) – czyli jakie ma(ją) seksualne skłonności, i czy nazywa(ją) to „płcią“, czy „genderem“, czy „bo tam sobie mam(y)“. Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego miałoby interesować kogoś to, co komu ja wkładam. I bardzo bym się zdziwił, gdyby ktoś moje skłonności seksualne (a i te aseksualne) podał za przyczynę własnej „przemiany“, a tym bardziej jako „zagrożenie“.

Uważam jednak, co w sumie – nawet jeśli nie explicite – potwierdza każda konstytucja i Deklaracja Praw Człowieka, że mamy po prostu do tego prawo, podobnie jak do wyboru, czy wolimy wolny czas spędzać na pływaniu czy zapadnięci w leżaku. To nie błahostka, właśnie prawo do takich wyborów to podstawa wolności i równości.

I dlatego jednak boję się trochę o mniejszości seksualne w Polsce i wściekłą nagonkę wokół słowa „gender“ w naszym kraju. Nie sądzę, by pieniacze (w sukienkach/sutannach i nie) rzeczywiście bali się „ideologii gender“ czy „zarażenia“ homoseksualizmem. Obawiam się, że – podobnie jak nie tylko Hitler w latach 30 poprzedniego wieku – potrzebują jakiejś mniejszości jako kozła ofiarnego. Takiego potrzebuje każda autorytarna ideologia – bez kozła (we wspólnej zbrodni i winie) trudno o stado owiec (zwarte i posłuszne).

P.S. Może ktoś zauważył, ale w tekście pojawił się tylko kot, bez prezesa. To nie przeoczenie. Właśnie w kontekście wolności wyboru orientacji seksualnej nie chciałem pisać ani o prezesie, ani o Antku, ani o innych osobach „obozu władzy i przyjaciołach“, których orientację polityczną i ideologiczną krytykuję. Gdyż tu uważam, że to ich prywatna sprawa: czy, co, jak i komu lubią wkładać lub nie. Czy mają żonę (i kochankę), czy też kota, czy inne misie. I że to ich sprawa, czy chcą wychodzić z jakiś szaf (co postulował ubiegłego roku Biedroń), i kiedy, czy nie. Jeśli wolność wyboru – to dla każdego. Jeśli wolność słowa (lub milczenia) – tak samo. Jednak zawsze NIE dla nagonki, dla szerzenia nienawiści – i dla ograniczania wolności. Tak samo to sprawa każdego z nas, czy woli iść na Marsz Równości, czy na Pielgrzymkę Mężczyzn do Piekar Śląskich. (W obu przypadkach kostiumy i muzyka pierwsza klasa!)

O recyclingu własnych tekstów w sezonie ogórkowym 2

Niedawno postanowiłam, że od czasu do czasu będę tu ponownie publikowała wpisy, któore uważam za najlepsze. Nie zastanawiam się, pozwalam im, by same przychodziły do głowy. Dziś wpis z 8 sierpnia 2013, tamten był w kalendarzu rocznym trochę za późno, czas czereśni dawno już minął, dziś, gdy tamten stary wpis rebloguję, czereśnie wciąż jeszcze są na drzewach, na przykład z tyłu za budynkiem policji…

Ciekawe, że ten wpis musi być dla mnie bardzo ważny, ważniejszy niż bym to świadomie oceniła, bo właśnie odkryłam, że już go raz reblogowałam – w czerwcu 2017 roku. Dopisałam wtedy dedykację dla nas wszystkich, dziś nie zmieniam w niej ani słowa. 

Jeszcze może kilka słów o owocach – wiśnie czy czereśnie? W różnych językach różne się dzieją rzeczy z tym dwoma rodzajami owoców, użytkownicy tych języków plączą je i mieszają, jak nie przymierzając żabę i ropuchę albo żmiję i węża. Na pewno i wiśnie, i czereśnie znane były od starożytności, ale w Europie pojawiły się najpierw na stołach bogaczy. W Wikipedii czytamy, że nazwa czereśnia pochodzi od starożytnego miasta Cerasus (obecnie Giresun w Turcji), skąd rzymski wódz Lukullus przywiózł na zachód pierwsze okazy tej rośliny. Lukullus, wielki pan. A wielcy panowie, wiadomo… Stąd takie niemieckie powiedzonko, cytowane przeze mnie np. TU, że niełatwo jest jeść wiśnie z możnym panem.

Jednak: wiśnie czy czereśnie? W potocznej niemczyźnie to już na pewno wiśnie i, co ciekawe, opuściły już stoły możnowładców – teraz o każdym człowieku z trudnym charakterem można powiedzieć, że to taki typek (albo typica), z którym niełatwo jest jeść wiśnie. Ale u źródeł tego przysłowia tkwi sens zgoła inny – wiśnie i czereśnie były drogie, aby je z możnym panem zjeść, trzeba było zostać przez niego zaproszonym. A jak? Za nazwisko? Za zasługi? Za urodę? Za służalstwo i pochlebstwo? A możny pan zawsze mógł swojemu gościowi, niżej usytuowanemu na drabinie społecznej, napluć w gębę…


„Czas wiśni” czy też “Czas czereśni” odkryłam na facebookowej grupie Anatola Borowika „Fani Bułata Okudżawy… łączcie się!” Grupa przypomina nie tylko Okudżawę, ale również i inne piękne utwory muzyczne i poetyckie. Piosenkę bez problemów znalazłam na youtubie po francusku i po niemiecku, z trudem, i tylko dzięki temu, że w wersji oryginalnej pojawia się w japońskim filmie „Szkarłatny pilot” w reżyserii Hayao Miyazaki, znalazłam angielską wersję tekstu. Polskiej nie ma. Ani w wersji muzycznej, ani słownej, co dziwne i ciekawe, bo „Le temps de Cerises” to jeden z najczęściej coverowanych utworów na świecie. Zrobiłam więc tłumaczenie sama…

Le temps de Cerises


Le Temps des cerises est une chanson de 1866, paroles de Jean-Baptiste Clément, musique d’Antoine Renard. Interprétation: Yves Montand.
Cette chanson est si fortement associée à la Commune de Paris que, dans les esprits, elle fut écrite pour elle. Pourtant elle fut écrite sous Napoléon III avant même la guerre de 1870.

Tak, ta zwykła prosta francuska piosenka o miłości, ludowy przebój o tym, że kocham, choć czas czereśni i miłości jest krótki i przemija, ja jednak kocham i nawet jeśli te czereśnie i ta miłość minęły, wiem, że kiedyś powróci następna miłość… Ta ludowa piosenka nabrała specjalnego znaczenia podczas rewolucji Komunardów w 1870 roku. Jak to opowiada podczas koncertu wieczny wojownik Wolf Bierman, którego interpretację przypominam poniżej, był to pierwszy w Europie moment, w którym to lud powiedział, czego chce. Komuna przegrała, ale komunardzi i ich zwolennicy wierzyli, że walka się nie skończyła, że będziemy walczyć i kiedyś zwyciężymy. I wtedy właśnie piosenka o miłości i czereśniach stała się symbolem tej wiary w zwycięstwo. Nie zmieniono w niej ani jednego słowa, to tylko śpiewający wiedzieli, że śpiewają o czymś innym.

Dziś, po pięciu latach po opublikowaniu pierwszej wersji tego wpisu, w czerwcu 2017, dedykuję tę piękną piosenkę o lecie, czereśniach, miłości i zwycięstwie, nam wszystkim, Polakom, którzy wierzą (i wiedzą), że skoro pokonaliśmy zaborców, Hitlera i komuchów, to przetrwamy i szaleństwo Kaczyńskiego.

Le temps de Cerises

Quand nous chanterons, le temps des cerises
Et gai rossignol et merle moqueur
Seront tous en fête.
Les belles auront la folie en tête
Et les amoureux du soleil au coeur
Quand nous chanterons, le temps des cerises
Sifflera bien mieux le merle moqueur.

Mais il est bien court le temps des cerises
Où l’on s’en va deux cueillir en rêvant
Des pendants d’oreilles,
Cerises d’amour aux robes pareilles
Tombant sous la feuille en gouttes de sang.
Mais il est bien court le temps des cerises
Pendant de corail qu’on cueille en rêvant.

Quand vous en serez au temps des cerises
Si vous avez peur des chagrins d’amour
Evitez les belles!
Moi qui ne crains pas les peines cruelles
Je ne vivrai point sans souffrir un jour.
Quand vous en serez au temps des cerises
Vous aurez aussi des peines d’amour.

J’aimerai toujours le temps des cerises
C’est de ce temps là que je garde au coeur
Une plaie ouverte.
Et Dame Fortune en m’étant offerte
Ne pourra jamais fermer ma douleur,
J’aimerai toujours le temps des cerises
Et le souvenir que je garde au coeur.

Couplet ajouté pendant la guerre de 1871

Quand il reviendra le temps des cerises
Pendores idiots magistrats moqueurs
Seront tous en fête.
Les bourgeois auront la folie en tête
A l’ombre seront poètes chanteurs.
Mais quand reviendra le temps des cerises
Siffleront bien haut chassepots vengeurs.

Time of cherries

When we sing of the time of cherries,
gay nightingales and mocking blackbirds will celebrate,
pretty girls will have folly in their heads,
and lovers, sunshine in their hearts.
When we sing of the time of cherries,
the mocking blackbird will sing better.

But it is very short, the time of cherries,
where some go to gather earrings in a dream,
cherries of love in similar gowns
falling beneath the leaves like drops of blood.
But it is very short, the time of cherries,
coral pendants which one gathers in a dream.

When you are in the time of cherries,
if you fear the sorrows of love, avoid the pretty girls.
I, who do not fear the cruel distress,
I will never live a day without suffering.
When you are in the time of cherries,
you will also have the distresses of love.

I will always love the time of cherries,
it’s from those times that I hold in my heart an open wound,
and the offerings of lady luck
can never soothe my suffering.
I will always love the time of cherries,
and the memory I hold in my heart

***

Czas wiśni

Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
słowiki, i kosy i drozdy
śpiewają – w głowie
dziewczyny szaleństwo mają
a kochankowie słońce w sercu
Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
kosy i drozdy lepiej śpiewają

Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy zbieramy we śnie wiśnie
i czereśnie w podobnych sukienkach
spadające z gałęzi jak krople krwi
Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy koralowe korale zbieramy we śnie

Jeśli lękasz się bólu omijaj we śnie
dziewczyny, wiśnie i czereśnie,
Lecz ja, ja nie lękam się goryczy
bo każdy mój dzień nosi jej smak
Gdy żyjesz w czasie wiśni, strzeż się
bo miłość może ci poranić serce.

Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
choć z tamtych czasów krwawy pozostał ślad.
A to co dzisiaj daje miłość
Nie ukoi tego, czego wtedy było brak.
Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
i nosił pamięć o nim w sercu i w snach.

Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska

***
Gdy rebloguję to po raz drugi, w czerwcu 2018 roku, dziwię się, że nie mogę znaleźć tej piosenki po polsku. Stanisława Celińska mówi w wywiadzie dla “Rzeczpospolitej” z maja 2015 roku, że śpiewała tę piosenkę w roku 1969. W tym samym czasie śpiewał ją też Piotr Loretz. Ale w  sieci nadal ani słów ani nagrań. Jedynie link do mojego własnego wpisu. I jeszcze znaleziony miły wpis z bloga o znamiennej nazwie  – to mój kawałek podłogi! Słów też nie ma, ale jest piosenka po francusku, i lektura romansu w sam raz na lato, i knajpki paryskie nazywające się “Le temps de cerises”…

Orient powszedni V

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Pogoda piękna, słońce od rana świeci mocno, ale nie przenikliwie. Viatorostwo wyspane i głodne nowych wrażeń. Zapowiada się kolejny intensywny dzień.

Pratulin. Mała wioska naznaczona wielką historią, roztrząsaną w poprzednim odcinku. Gdy rosyjski zaborca zabrał się, korzystając z pretekstu, jakim było niebłagonadiożne Powstanie Styczniowe, do likwidacji ostatniej – chełmskiej – diecezji Cerkwii Unickiej. Jesteś obrządku wschodniego? To wracasz do prawosławia i nie ma gadania!

Łatwo powiedzieć. Unia miała kilkusetletnią już tradycję, wierni, mimo podobieństwa liturgii, nie czuli szczególnych związków z prawosławiem, zwłaszcza rosyjskim. W kilku miejscach stawili opór duchownym ortodoksyjnym, którzy wkraczali, zazwyczaj w asyście wojska, by przejąć ich świątynie. Polała się krew. W Pratulinie zginęło 13 unitów. Najmłodszy miał 19 lat, najstarszy – 50. Sami mężczyźni, każdy, z wyjątkiem najmłodszego, osierocił żonę i dzieci.

Na nic było ich poświęcenie. Unię zlikwidowano, kilkaset tysięcy wiernych stało się przymusowymi prawosławnymi. Aż do roku 1905. Wtedy, po rewolucji, która spowodowała falę krótkotrwałej odwilży, pozwolono im powrócić do katolicyzmu. Ale wyłącznie w obrządku łacińskim – ot, taki szczegół. A próba odnowy Unii, o której pisał Viator w zeszłym tygodniu w Kostomłotach, też nieszczególnie się powiodła.

Ciężko jest pogodzić się z faktem, że ofiara życia idzie na marne. Różnie sobie ludzie z tym radzą. Można na przykład wynieść męczenników na ołtarze, ogłosić, iż w wymiarze eschatologicznym odnieśli zwycięstwo. Tak uczyniono i tutaj: Jan Paweł II ogłosił trzynastkę unitów błogosławionymi w 1996 roku. Kościół w Pratulinie nosi miano Sanktuarium Błogosławionych Męczenników Podlaskich. Choć, po prawdzie, to już inny kościół: cerkiew, której bronili zamordowani, została rozebrana przez Rosjan w roku 1886 (tak na wszelki wypadek, żeby nie było okazji do kultywowania pamięci zbrodni). Kilka lat temu na jej miejscu postawiono stary, drewniany kościółek, przeniesiony ze Stanina. Tyż pikny, ale to już nie to…

Kościółek, Martyrium, jest otoczony wieńcem trzynastu kapliczek: po jednej dla każdego z męczenników. Ta na przykład poświęcona jest Wincentemu Lewoniukowi. temu, który padł pierwszy od salwy kozackiej.

Oj, Wincenty, Wincenty! Czy warto było? Ledwo dwadzieścia pięć lat, żona, dzieci zapewne też. Czy warto było kłaść to wszystko na ołtarzu wierności?

W ogóle – pyta sam siebie Wędrowiec – czy warto? Dla jakiej wiary czy idei warto? Niestety, ofiara z życia nie świadczy o prawdzie czy nawet wartości którejkolwiek z nich. Przykra to konstatacja i boleśnie ją wypowiadać, ale ludzie umierali ochoczo, z poświęceniem, za tak różne ideały, czasem wręcz zbrodnicze, że męczeństwo niestety nie przesądza o niczym. Na pewno nie o tym, czy bliżej do Boga ma łacinnik, ortodoks albo unita. Chrześcijanin, żyd czy zgoła ateusz. Za każdą z tych idei ludzi szli na śmierć ze śpiewem na ustach.

Ale jedno jest oczywiste, już zresztą na Majdanku Viator dał wyraz temu przekonaniu: moment, gdy ktoś uznaje, że ma prawo decydować za bliźniego, w co ten ma wierzyć, jakim bogom i w jakich szatach liturgicznych powinien się kłaniać, gdy przyznaje sobie prawo do decydowaniu o życiu innych – ten moment to czarne jądro i źródło wszelkiego zła. Chciałoby się rzec do tych ludzi: odpierdolcie się i dajcie nam żyć w spokoju! Niestety. Doświadczenie uczy, że się nie odpierdolą. Żeby pozostać sobą, żeby zachować szacunek dla samego siebie, trzeba im się przeciwstawić.

Umierać za idee? Nie warto. Ale czasem trzeba.

Czy o tym myśli dusza Wincentego, w gołębia wcielona, gdy na gontach dzwonnicy wraz z towarzyszem przysiadłszy, smętnie grucha?

Nie lepiej żyć w zgodzie? Wygląd krzyża ma decydować o tym, kogo nienawidzę? No bzdura, absurd, dewiacja! Niech stoją sobie oba. Komu tu przeszkadza? Ano – są tacy, którym przeszkadza. I zawsze będą.

Nie da się tak trwać zbyt długo w bolesnych rozważaniach, w zawieszeniu między doczesnością a wiecznością. To wbrew zasadom higieny psychicznej. Zajmijmy myśli czymś lżejszym.

Janów Podlaski. Niegdyś miasto, siedziba biskupstwa. Dziś senna wioska na równinach nadbużańskich. Wielka historia ostatnio omija ją raczej. Może dlatego na rynku zachowały się jakimś cudem jedne z najstarszych w Polsce dystrybutory paliwa? Stacja benzynowa z 1928 roku!

Ale jeśli ktoś się uprze, by o tej wielkiej historii podumać, to proszę bardzo. Kolegiata św. Trójcy, dawna katedra diecezji janowskiej. Ślad po minionej chwale

We wnętrzu świątyni grobowiec oraz pomnik Adama Naruszewicza. Chcieliście wielkiej historii, to macie: życiorys rozdarty między Konstytucją 3 Maja a Targowicą. Patriotyczną publicystyką a pobieraniem jurgieltu. Pisarstwem oświeceniowym a podlizywaniem się carycy Katarzynie. Potępieniem zwyrodniałej cywilizacji a zamieszkiwaniem w luksusach janowskiego pałacu biskupiego. Ciekawe czasy, ciekawi ludzie, których trudno jednoznacznie oceniać.

Jest jeszcze wcześnie, poranne słońce jasno oświetla statuę Biskupa. Jest jeszcze wcześnie, ale Pielgrzym ma już dość zmagania się z przyciężkawymi dylematami. Musi, koniecznie musi, odetchnąć choć na chwilę.

Tutaj uda się to najłatwiej. Mężnie zwalcza Viator pokusę rozważań historiozoficznych o dziejach janowskiej stadniny. Stwierdza po prostu, iż klasycystyczna Stajnia Zegarowa jest piękna.

Jeszcze bardziej po bohatersku nie zagłębia się Wędrowiec w dywagacje na temat tego, co się tutaj, w myśl zasady Co by tu jeszcze spieprzyć panowie, co by tu jeszcze? ostatniemi laty z woli władz działo.

Nie i jeszcze raz nie! Dłuższą chwilę spędza Viator z Viatorką na kontemplacji piękna koni. Ich wolności i szczęścia. Li i jedynie.

Chciałoby się zostać z janowskimi arabami znacznie dłużej. Ale nie można. Bug wzywa! Spotkamy się z nim w Serpelicach.

Viatorka

Viatorka urzeczona była pięknem Janowskich arabów, ich niesamowicie długimi szyjami i nogami. Tym luzem i poczuciem wolności. Kilkadziesiąt koni na zielonym wybiegu to sobie kłusowało, to się pasło, to znów zażywało piaskowych kąpieli. Kolejno podchodziły do niewielkiegomiejsca wśród trawy, wysypanego suchym, rozgrzanym od słońca żwirkiem. Najpierw zginały długie, przednie nogi, siadały, przewracały się na bok, potem na grzbiet i radośnie tarzały się wymachując wszystkimi kończynami, zupełnie jak Viatorostwa ukochane psiaki. Uroczy widok. Viatorostwo zatrzymało się przy tej scenie najdłużej, robiąc zdjęcia i nagrywając filmik na smartfona. Dla jednego z ogierów chyba coś musiało być podejrzane, bo leżąc zaczął nas bacznie obserwować. Mimo że odległość między nami była dość duża, mieliśmy z tym zwierzęciem autentyczny, długotrwały kontakt wzrokowy. Niesamowite uczucie. Szczęśliwe konie! Czują się wolno i swobodnie, choć tak naprawdę są dla ludzi jedynie lokatą kapitału, ekskluzywną, żywą zabawką, a nawet tematem debaty i walki politycznej.

Czas jechać dalej – nad BUG. Strasznie cieszyła się już od kilku dni Viatorka na perspektywę spływu kajakiem po tej romantycznej rzece. I w ogóle na to, że po półtorarocznej przerwie spowodowanej różnymi przykrymi wydarzeniami, znowu, jeśli tylko pogoda dopisze, wsiądzie do kajaka.

Od kilku lat to Viatorostwa ulubiona forma rekreacji. Ulubiona, bo niesamowitych wrażeń dostarczyła każda rzeka, zalew, jezioro, jakie przepłynęliśmy. Ale ulubiona również dlatego, że jest to jedna z nielicznych aktywności dających tak bliski kontakt z przyrodą, która jest dla Viatorki, osoby mocno już niepełnosprawnej, dostępna. Kiedyś, ponad dwadzieścia lat temu, jeszcze w czasach narzeczeństwa, chodziło Viatorostwo po górach. Omijaliśmy tylko te zatłoczone, gdzie przed wejściem na szczyt czekać było trzeba w kolejce. Straszny był to już wtedy dla Viatorki wysiłek, ale ta przestrzeń, te widoki, rekompensowały wszystko.

Dziś o chodzeniu po górach mowy nie ma, choć nie tak dawno podejmowało Viatorostwo udane, jakkolwiek karkołomne, próby dotarcia tylko we dwójkę, Viatorka na wózku inwalidzkim rzecz jasna, w różne ciekawe miejsca – chociażby do zamku Bolczów w Rudawach Janowickich.

Z kajakiem aż takich problemów nie ma – trzeba tylko znaleźć trasę bez przenosek, dogodne, płaskie dojście i wyjście z rzeki, pomóc Viatorce wsiąść i wysiąść, a właściwie wsadzić i wyciągnąć ją z kajaka. A w trakcie spływu oddaje się Viatorka po prostu z pełnym zaufaniem w ręce Viatora, który świetnie posługuje się wiosłem, no i umie, w przeciwieństwie do Viatorki, pływać. I nigdy jeszcze Viator tego zaufania nie zawiódł. Potem można przez kilka godzin chłonąć przyrodę, świeże powietrze, widoki, ciszę i napawać się poczuciem wolności.

To dopiero 29 kwietnia. Po raz pierwszy tak wcześnie wybrało się Viatorostwo na spływ, a Bug to jednak spora rzeka – woda pewnie jeszcze bardzo zimna. Ale nic, ruszamyw Serpelicach, jak zwykle samodzielnie, nie w grupie, bo tylko tak lubimy.Ma być tylko przyroda imy!

Niestety, jak się okazało, nie w tym przypadku. Serpelice to miejscowość wypoczynkowa. A jak najbardziej lubią odpoczywać polscy turyści? Cóż: w tłoku i hałasie. Jak jest rzeka, to po co męczyć ręce wiosłem, skoro lepiej mieć motorówkę. Przez pierwszą część spływu towarzyszył Viatorostwu huk silników, wysokie fale niebezpiecznie kołyszące kajakiem oraz widok łodzi motorowych, gdzie na dziobach opalali się rozebrani do pasa panowie z piwem w ręce (oraz z okazałym zazwyczaj mięśniem piwnym) – takie nowoczesne Galiony. Stojący na brzegu wędkarze wyglądają na przyzwyczajonych do tego, ani śladu irytacji na twarzach. A wzdłuż brzegu samochody – każdy kierowca chce stanąć jak najbliżej wody, potem rozpala małego grilla i zupełnie go nie zraża fakt, że co chwilę jego wysmażane kiełbaski pokrywa chmura kurzu spod kół przejeżdżających tuż obok kolejnych aut.

Ale właściwie po co Viatorka się czepia? W końcu każdy odpoczywa tak, jak lubi. Zresztą po godzinie z ulgą minęło Viatorostwo te krzyczące oznaki cywilizacji. Uff, nareszcie cisza i spokój.

Zmieniające się widoki, pola, lasy, zarośnięte wysepki. Im dalej, tym piękniej. Podrywające się do lotu ptaki – Viator na pewno już wymyśliłby, czyim są wcieleniem.

Rzeka coraz szersza, ma już pewnie ze 150 metrów. W końcu ostre zakole i…  widać przystań. Koniec trasy. Jak zwykle: szybciej, niżby się chciało, choć tym razem Viator coś marudzi, że może i dobrze, bo jego siedzenie odwykłe od takiego wysiłku domaga się odpoczynku. Szkoda.

Viator

A teraz czas na kolejną wizytę, którą Viator wymarzył sobie już dawno temu. Konkretnie: w liceum, gdy po raz pierwszy obejrzał film Panny z Wilka. Otwórzcie, proszę, odtwarzanie, zobaczcie, co się dzieje w 8 minucie, 40 sekundzie: Wiktor Ruben wsiada na prom, by przepłynąć rzekę. Widok brzegu, ku któremu zmierza, to jeden z najpiękniejszych plenerów polskiego kina. Daniel Olbrychski sam wskazał to miejsce Andrzejowi Wajdzie. Panorama Drohiczyna. Wędrowiec wiedział od lat, że musi tu przybyć, bo się w owej panoramie autentycznie zakochał. Teraz wreszcie się udało. Choć nie było łatwo: coraz bezwzględniejsze i dzikie bezdroża prowadzą ku wymarzonemu miejscu, Pielgrzym coraz bardziej ryzykuje uszkodzeniem zawieszenia samochodu. Czy będzie warto?

Niech Czytelnicy sami ocenią, czy było. Viator nie ma najmniejszej wątpliwości.

Aby dostać się do samego miasta, trzeba nadłożyć jeszcze sporo kilometrów, bo najbliższy most na Bugu znajduje się dopiero we Frankopolu. Wracamy przeto powoli po bezdrożach nadbużańskich łęgów, chłonąc ich spokój. I nie ma chyba potrzeby dodawać, że w te dwa żurawie wcieliły się dusze Wiktora Rubena i Tuni (a może Feli?), aby, wolne już od wszelkich trosk, na wieczność całą cieszyć się swą obecnością.

 

Orient powszedni IV

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Jak rzekła Viatorka na zakończenie poprzedniego odcinka? Czas ruszać w drogę, bo do zachodu słońca jeszcze daleko. Prawdę mówiąc, już nie tak daleko. Ale do odwiedzenia jeszcze sporo, dlatego faktycznie – w drogę!

Tę wizytę wymarzył sobie Viator i zaplanował już dawno. Wiele lat temu. Tylko okazji jakoś dotąd nie było. Teraz jest.

Kilka lat temu, pisząc o swych wędrówkach po Łużycach, Pielgrzym zauważył, że na pewnym obszarze, poprzez zmiany granic, historia wykroiła, brutalnie ale precyzyjnie, coś w rodzaju preparatu mikroskopowego. Idealny dla badaczy kultury i dziejów. Tam i wtedy chodziło Viatorowi o leżące blisko siebie, w odległości około 20 kilometrów, trzy miasta – różnego pochodzenia, innej specyfiki oraz prezentujące odmienne typy organizacji przestrzennej. Tutaj i teraz Wędrowiec widzi analogiczną sytuację: ciekawe, czy ktoś oprócz niego dostrzegł już ten podlaski preparat mikroskopowy. Dla badaczy przenikania wyznań – wprost wymarzony.

Trzy miejscowości nad granicznym Bugiem, odległe od siebie o niespełna 15 kilometrów. Trzy odsłony chrześcijaństwa. Kiedyś Viator pasjonował się tą tematyką, do ciągłego jej zgłębiania nakręcając się nawzajem z pewnym dobrym znajomym. Ten, niegdyś świetnie zapowiadający się, młody człowiek jest dziś Świętym Starcem z Piétrebais. Zapewne przeczyta ten tekst. Może pokusi się o jakiś komentarz, bodaj krytyczny? Wszak jest wytrawnym znawcą zagadnienia oraz miłośnikiem wschodniego rytu. Sprawiłby Pielgrzymowi wielką przyjemność…

Preparat jest mikroskopowy i badawczy, przeto Viator nie potrafi się powstrzymać od profesorkowatego zadęcia. Czasem można. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!

Odsłona pierwsza: Jabłeczna, czyli twarde prawosławie.

Dla Wędrowca, tak jak i dla innych mieszkańców Łużyc, obrządek wschodni to egzotyka. No, może nie tak do końca: jednym ze skutków Akcji “Wisła” jest fakt, że w promieniu 50 – 70 kilometrów od domostwa Viatora można spotkać kilka cerkwi, tak prawosławnych, jak greckokatolickich: Szprotawa, Przemków (stolica Łemków, jak mówią), Zielona Góra, Buczyna… To daje nawet niezwykły efekt, gdy poluterańska, neogotycka kircha z czerwonej cegły pyszni się cebulastą, złotą kopuła, jaką ją zwieńczono na potrzeby nowego kultu. Ale mimo wszystko takie miejsca tam, na Zachodzie, są rzadkością. Tutaj, na Podlasiu, cerkwie stanowią powszedni element krajobrazu. Ale dla Viatora pozostają egzotyczne. Zaś jedna z nich, ta w Jabłecznej, jest po wielokroć egzotyczna. Już brama wjazdowa na teren obiektu świadczy o tym, że wkraczamy do innego świata.

Cerkiew, a właściwie monaster (czyli klasztor wraz z świątynią) św. Onufrego. Powstał w XV wieku. Jego wyjątkowość polega na tym, że jest jedynym męskim klasztorem prawosławnym na terenie współczesnej Polski, który od momentu założenia funkcjonuje nieprzerwanie po dziś dzień. Przetrwał zabory (to akurat naturalne: nowi władcy, czyli Rosjanie, wspierali wręcz jego działalność), przetrzymał okres niezbyt przychylnej dla prawosławia (co też jest ostatecznie zrozumiałe) II Rzeczypospolitej, wyszedł obronną ręką (mimo zniszczeń) z zawieruchy Wielkiej Wojny i oparł się władzom PRL-u (nawet w czasie stalinowskiej nocy!). Dziś, dla swych zasług, dumnie nosi miano monasteru stauropigialnego, czyli podlegającego bezpośrednio jurysdykcji samego Metropolity Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego (może Święty Starzec z Piétrebais coś tutaj doda od siebie).

Zabudowania klasztorne i cerkiewne nie są aż tak stare, jak dzieje monasteru – pochodzą z XIX wieku. Ale i tak robią wrażenie – właśnie swą egzotyką. Viator jest świadom, iż nieco nadużywa tego określenia, ale nie potrafi znaleźć trafniejszego. Zresztą, proszę tyko spojrzeć:

W cerkwi trwa nabożeństwo. Ikonostas, bogate szaty celebransa, dym kadzidła, transowy śpiew, świece. Mnóstwo świec. Wejść można, ale fotografowanie jest zabronione. Toteż muszą Czytelnicy zadowolić się ujęciami wykonanymi na zewnątrz. A szkoda! Niezwykła jest bowiem Boska Liturgia, a ryt wschodni – bogaty i wyrazisty. Ma uobecniać wśród wiernych Niebiosa, tak jak je sobie ortodoksi wyobrażają. I Miasto Święte – Jeruzalem Nowe ujrzałem, zstępujące z nieba od Boga, przystrojone jak oblubienica zdobna w klejnoty dla swego męża. Dla Najwyższego to, co najgodniejsze, najcenniejsze, najbardziej wzniosłe. Jak to sobie przedstawić? Cóż na ziemi było dla wschodniego chrześcijanina najgodniejsze, najbardziej wzniosłe? Czyż nie pałac Basileusa w Bizancjum i dworski rytuał? Czy nie tak musi wyglądać Niebo? Czy nie to wpłynęło na kształt Boskiej Liturgii? Viator nie jest tego pewien, tak sobie jedynie domniemywa. Ale Święty Starzec z Piétrebais na pewno wie. Tylko, czy się swą wiedzą zechce podzielić?

Bez cienia protekcjonalizmu pragnie Wędrowiec dodać, że rozumie i szanuje takie wizje eschatologiczne, choć kompletnie ich nie podziela. Dla niego Niebo może być jedynie sosnowym lasem, gdzie wraz z Viatorką i wszystkimi swoimi pieskami, które już przebiegły i jeszcze przebiegną po Tęczowym Moście, przez całą wieczność będzie się przechadzał, a wieczory wieczności w tymże gronie wraz z Bogiem spędzał będzie na pogawędce i piciu wina przy kominku. Jeśli ma być inaczej, to Viator nie reflektuje…

Eeech, czas ruszać dalej.

Odsłona druga: Kodeń, czyli katolicyzm tryumfujący.

Ziemia ta, jak już wielokrotnie wspomniano, jest na rozmaite sposoby pograniczna. Chrześcijański Wschód z Zachodem się tu ciągle miesza. Taki Kodeń na przykład. Stoi w nim cerkiew, ale nie ona jest tutaj najważniejsza.

W XV wieku miasto stało się własnością Sapiehów. Ród ten, rusińskiej, a więc prawosławnej proweniencji, skatolicyzował się i z neoficką gorliwością wprowadzał łaciński obrządek w swoich włościach. Mikołaj Sapieha Piusem (czyli Pobożnym) zwany, wybudował w Kodniu renesansową świątynię i umieścił w niej obraz Matki Bożej Gregoriańskiej, którą wykradł był z prywatnej kaplicy papieża Urbana VIII podczas swej pielgrzymki do Rzymu. Został za to nawet ekskomunikowany, ale ostatecznie wszystko dobrze się skończyło. Zaś wizerunek maryjny, zwany odtąd Matką Bożą Kodeńską, zaczął przyciągać liczne pielgrzymki. Świątynia zaś zyskała rangę sanktuarium i wzbogaciła się o barokową, potężną fasadę. Taką kontrreformacyjną, nieprawdaż?

I stan ten (z przerwą na czasy zaborów, gdy kościół oddano prawosławnym; nie dziwota, że po odzyskaniu przez Polskę niepodległości nie byli oni tutaj zbyt lubiani) trwa po dziś dzień. Kodeń to jedno z największych centrów pielgrzymkowych. Gdy Viator wszedł do wnętrza świątyni, modliła się w niej akurat pielgrzymka zakonnic. Jakich konkretnie? Diabli… przepraszam!: anieli wiedzą. Trochę niezręcznie było robić zdjęcia. A jeszcze mniej zręcznie byłoby uwiecznić siostrzyczki, gdy już wyszły na zewnątrz: wesoła gromada, gitary. Ale cóż – nie wypada. Ruszamy w dalszą drogę.

Odsłona trzecia: Kostomłoty, czyli syzyfowe dzieło godzenia.

Każdy chyba słyszał to i owo na temat Unii Brzeskiej (nie mylić z Lubelską!), czyli próby zjednoczenia katolicyzmu z prawosławiem. Stało się to w Brześciu Litewskim w roku 1596, a polegało na tym, że spora część ortodoksów zamieszkujących Rzeczpospolitą przyjęła zwierzchność papieża, pozostając przy wschodnim obrządku, liturgii, prawie kanonicznym i kalendarzu. Różnice doktrynalne nie były znaczące, no, może poza sławetnym Filioque i kilkoma innymi drobiazgami, ale tutaj to już naprawdę Święty Starzec z Piétrebais musi zabrać głos!

I trwał kościół unicki, raz w lepszej, raz w gorszej formie, ale bez przeszkód, aż do rozbiorów. Imperium Carskie, widząc w tym sposób skutecznej rusyfikacji, systematycznie i konsekwentnie likwidowało Unię, zmuszając wiernych do powrotu na łono prawosławia. Na Ziemiach Zabranych zniesiono ją ostatecznie do roku 1839. Uchowała się jedynie diecezja chełmska na terenie Kongresówki. Jednak i ona została zlikwidowana w roku 1875, na fali represji po Powstaniu Styczniowym. Nie obeszło się bez ofiar, których symbolem jest męczeństwo trzynastu unitów z Pratulina.

A w Kostomłotach stoi sobie, jakby nigdy nic, świątynia unicka. Skąd? Jak? Ano, jest to cerkiew neounicka. Czytał to i owo Viator na ten temat, ale jakoś nie mógł złapać tej specyfiki, różnicy. Tym razem się udało. Proboszcz – rzymski katolik, jak sam podkreślił, ale birytualista – z wyglądu (zażywny, z długą rozłożystą brodą) i z zachowania (ta serdeczność, wylewność niemal) wypisz-wymaluj Batiuszka, wyjaśnił rzecz Wędrowcowi zwięźle i klarownie. To ta sama – mówił – unia. Pod rosyjskim zaborem zlikwidowano ją, za to mogła bez przeszkód działać w państwie Habsburgów. I działała, tylko, że tam nabrała zdecydowanie ukraińskiego charakteru, co niekoniecznie wszystkim Rusinom było w smak. Nazwali się Cerkwią Greckokatolicką, liturgię sprawują po ukraińsku. A wy? – pyta Viator. W języku staro-cerkiewno-słowiańskim, tak jak dawniej było w całym Kościele Unickim. Gdy odrodziła się Polska, zaczęto zabiegać o odnowienie Unii zniszczonej na terenach zaboru rosyjskiego – opowiada dalej Batiuszka – nie bez sukcesów. Powstało 46 parafii, działało seminarium kształcące kapłanów. Wszystko skończyło się wraz z wojną i zmianą granic.

Faktycznie, dziś cerkiew Świętego Nikity Męczennika w Kostomłotach to siedziba jedynej neounickiej parafii na świecie!

Zakazu fotografowania nie było. Przeciwnie, sympatyczny Batiuszka wręcz zachęcał do robienia zdjęć. Dlatego mogą Czytelnicy podziwiać świątynię wewnątrz i zewnątrz.

Przy wejściu na plebanię wisi ikona przedstawiająca trzynastu męczenników z Pratulina. Nie ma rady, trzeba się tam będzie wybrać, do tego Pratulina!

Ale dopiero jutro. Robi się ciemno, trzeba zatroszczyć się o jakiś nocleg. Już prawie dziewiąta wieczorem. Nie ma czasu do stracenia.

Viatorka

Pięknie, w swym niepowtarzalnym, barokowym stylu, opisał Viator trzy ostatnie przystanki podróży owego strasznie długiego dnia (pomyśleć, że zaczął się we Włodawie i Sobiborze). Pozostało więc Viatorce dorzucić tylko kilka własnych wrażeń.

Jabłeczna. Dotarliśmy tu o osiemnastej, ale smartfon Viatorki uparcie informował ją, iż znajdujemy się na Białorusi i jest już dziewiętnasta. A jak chcemy korzystać z telefonu albo z internetu, to musimy dodatkowo słono zapłacić. Faktycznie, kilkadziesiąt metrów za monasterem płynie Bug, a na drugim jego brzegu jest już Białoruś. No, ale jak dyskutować z siecią, że my przecież Ojczyzny bynajmniej jeszcze nie opuściliśmy?

Pierwsze, co w Jabłecznej rzuciło się Viatorce w oczy, a czego (o dziwo), zmęczony już chyba podróżą Viator nie zauważył, to wielki, rozłożysty dąb, obwieszony ikonkami, krzyżykami i czotkami (czyli czymś w rodzaju prawosławnego różańca, takiego bardziej jezusowego niż maryjnego). To drzewo wotywne, na którym swe dary w intencji wysłuchania modlitw, albo już wdzięczni za ich wysłuchanie, pozostawiają pielgrzymi.

Z wizyty w Kodniu najlepiej zapamiętała Viatorka budowlę z czerwonej cegły. Z daleka wyglądała zupełnie jak ruiny gotyckiego kościoła w Trzęsaczu, który kojarzy się Viatorce, rodowitej Pomorzance Zachodniej, z dzieciństwem i wczesną młodością spędzonymi nad Bałtykiem i którego historia zawsze pobudzała jej wyobraźnię.

Nie były to jednak żadne ruiny, tym bardziej nie gotyckie, ale powstała na początku XIX wieku Brama Unicka, pełniąca funkcję dzwonnicy. Niegdyś prowadziła do nieistniejącej już dziś unickiej cerkwi św. Michała Archanioła, która została spalona około 1875 roku w wyniku represji carskich. Brama przetrwała, a za nią dziś jest tylko pusty plac.

Kiedy Viator w Kostomłotach ucinał sobie pogawędkę z księdzem proboszczem Batiuszką, zaczynało już zachodzić słońce. Wyjechaliśmy więc spiesznie, kierując się do wzdłuż Bugu do Terespola i podziwiając po drodze sielskie krajobrazy oraz zachód słońca.

Gdy dotarliśmy do Terespola, zapadał już zmrok. Ach, jaka szkoda, że nie można było po prostu przejechać przez most tylko z dowodem osobistym i odwiedzić tak dobrze znany z lekcji historii i powieści historycznych Brześć! Przez dłuższą chwilę miał Viator jeszcze nadzieje, że chociaż zobaczymy znajdujące się w Terespolu prochownie twierdzy brzeskiej, ale niestety, było na to stanowczo za późno, wszystko dawno pozamykane.

Noc. Najwyższy czas znaleźć kwaterę. Viatorstwo – jak przystało na wolnych ludzi, nie chciało się wiązać wcześniejszymi rezerwacjami… Jednak, jak się okazało, znaleźć w romantycznej, podlaskiej krainie o tej porze nocleg, to nie taka prosta sprawa. Smartfon uporczywie trzyma się sieci białoruskiej, choć przecież od granicy coraz dalej. Postanawiamy jechać – może do Janowa Podlaskiego – fajnie byłoby przenocować koło słynnej stadniny. Tylko, że drogi, jakkolwiek urocze, słabo są oznakowane, a na dworze już całkiem ciemno. Zrobiła się dwudziesta pierwsza. Kierunkowskaz na Janów – owszem jest, ale wskazuje na jakąś wąską dróżkę, która wygląda na rowerową. W końcu smartfony, na których śledzimy mapę i poszukujemy hotelu, zaczynają się rozładowywać. No nic, jedziemy przed siebie – gdzieś musi być jakaś cywilizacja!

No i dojechaliśmy… znowu do Białej Podlaskiej! Ale w końcu to takie sympatyczne miasto i bez problemu znaleźliśmy w nim porządny nocleg, w sam raz, żeby wypocząć po tak forsownym dniu. Rano jedziemy dalej.

Reblog czyli resłuch… Pokraj

Czy najśmieszniejsza książka 2018 roku może być jednocześnie powieścią serio? Na pewno śmiejąc się z Pokrajaków, śmiejemy się z samych siebie.

Andrzeja Saramonowicza, znają wszyscy, jest przecież twórcą kultowych filmów komediowych: „Testosteron”, „Lejdis” i „Ciało” i autorem bestsellerowej książki „Chłopcy”. Teraz “Pokraj”.

Ziemowit Szczerek:

Jeśli ktoś się spodziewał, że Saramonowicz rozprawi się z polskością z wdziękiem Gombracego prowadzącego na kwasie daewoo lanosa, to się dobrze spodziewał. Czyta się to szybciej, niż rzeczony lanos śmiga na tuskostradzie, a wciąga bardziej niż oglądanie pojedynku Pawłowicz–Niesiołowski na TVN24.

Fragmenty powieści “Pokraj” Andrzeja Saramonowicza
Czyta Krzysztof Gosztyła
Wydawnictwo Muza SA
Premiera 23 maja 2018

Resłuch(y) za zgodą Autora – dziękuję!



Wciągnęło? Oczywiście. Reszta w księgarni lub na youtubie, już lub za chwilę… szukajcie a posłuchacie, jak głosi Biblia...

Orient powszedni III

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Nie sposób bez przerwy, zwłaszcza długotrwale, lecieć na skrzydłach najsilniejszych emocji. Obojętne: dobrych czy złych. Grozi to wypaleniem, zapaścią. Dlatego po intensywnych przeżyciach ostatniego tygodnia – krańcowo dotkliwych, choć przecież nieuniknionych – trzeba nieco odetchnąć, “spasować”, jak to mówią. Ciąg dalszy wspomnień z wyprawy będzie przeto dzisiaj raczej pastelowymi farbami malowany. Choć nie tak całkiem: wszak to wciąż podróż metafizyczna. Ciągle na krawędzi.

Viator

Zakończył Viator poprzednią część opowieści stwierdzeniem, iż wjeżdżamy oto na Podlasie. To nie do końca ścisłe. Naprawdę posuwamy się wzdłuż granicy Podlasia i Lubelszczyzny. Bo na przykład Parczew leży jeszcze na Ziemi Lubelskiej.

Jak się okazuje, podąża Viatorostwo, niezamierzenie co prawda, śladami ulubionego przez Wędrowca generała Franciszka Kleeberga. Siedemdziesiąt dziewięć lat temu on też, ze swymi oddziałami, z Włodawy przybył w okolice Parczewa, gdzie dopadli go wkraczający na Lubelszczyznę krasnoarmiejcy. Niech Czytelnicy uświadomią sobie sytuację: jest 29 września, cały Kraj zalany przez dwie potężne wrogie armie, wczoraj skapitulowała Warszawa. Dziś podda się Modlin. Gdzieś tam daleko broni się w okrążeniu już tylko Hel. A tutaj żołnierze Kleeberga w dwudniowej bitwie rozbijają skutecznie i bez większych strat własnych oddziały sowieckie, aby dalej, w ordynku i z bojowym animuszem, pomaszerować na Kock, ku przeznaczeniu. Takiemu, że na przykład generał Kmicic-Skrzyński, jeden z legendarnej legionowej ułańskiej Siódemki Beliny, który dzielnie stawał w owej bitwie, z łaski tegoż przeznaczenia umrze sobie spokojnie anno domini 1972 w Manchesterze, a nie skończy w kwietniu roku 1940 gdzieś w Charkowie czy innym Twerze z kulą w czaszce…

Pył bitewny opadł, sygnałówki ułańskie zamilkły. Miasteczko i jego mieszkańcy trwają w błogim spokoju. Tym bardziej, że to przecież długa majówka, pogoda też sprzyja. I dobrze – tak powinno być.

Nie chce zakłócać Viator tej ciszy. Rusza dalej. Ale tutaj pożegna chłopców z Samodzielnej Grupy Operacyjnej “Polesie”. Oni poszli stąd prosto na zachód. Pielgrzym podąża w kierunku północno-zachodnim.

Skoro Radzyń jest Podlaski, to teraz już z pewnością Wędrowcy wkroczyli na Podlasie. Radzyń – owszem – Podlaski, ale renesans wciąż lubelski. Kościół Świętej Trójcy, tak jak świątynia dedykowana w Łęcznej Marii Magdalenie, smukły, elegancki i proporcjonalny.

A droga ku niemu wiedzie przez bramę-dzwonnicę, zwieńczoną wizerunkiem Oka Opatrzności. Wiele już spotkał Wędrowiec na swej drodze Ócz Wszystkowidzących, ale takiego, otoczonego cherubinkowatymi puttami, jeszcze nie.

Ładne to i milutkie. Szkoda tylko, że promienie otaczające Oko są w rzeczywistości zaledwie błędnymi ognikami. Zaś Opatrzność okazuje się, jak to genialnie ujął mistrz Przybora, jedynie Opacznością. No, ale pomarzyć o troskliwej opiece znad obłoków zawsze można, byle nie nadmiernie. Bo jak się człowiek za bardzo przejmie rolą pieszczocha niebios, to umiar traci. Taki Eustachy Potocki chociażby: owszem, człek zasłużony, patriota, generał waleczny i gospodarz zawołany swych rozległych dóbr. Ale jednak magnat do szpiku kości. Cóż z tego, że wszyscy arystokraci uważali za absolutnie naturalne i właściwe to, iż żyją z krwawicy i krzywdy chłopa pańszczyźnianego, traktowanego niejednokrotnie jak bydło, jak inwentarz? Czy Jaśnie Oświecony Potocki posunął się do takich zachowań, tego Viator nie wie. Ale faktem jest, że wtedy, gdy jego poddani tyrali w poniżeniu i wiodło im się, by użyć eufemizmu, skromnie, Wielmożny Eustachy zbudował sobie rezydencję, co się zowie! Opatrzność pozwoliła na to, żeby ludziom tak różnie życie się układało? Ejże, chyba jednak Opaczność to była! I trwa dalej: mimo pełnej świadomości niesprawiedliwości, z jaką mamy do czynienia, Pielgrzym przyznaje, iż rokokowy pałac w Radzyniu jest piękny i… dobrze, że powstał.

Ale nawet taki pupil losu jak Potocki musi kiedyś wszystko zostawić: komnaty, parki i ogrody, bale i polowania. Do grobu tego ze sobą, jak słusznie prawią, nie weźmie

Mądra Księga ostrzega: gdzie bowiem jest skarb twój, tam będzie i serce twoje. Toteż nie może się dusza pana Eustachego od pałacu oderwać i w niebiosa swobodnie ulecieć. Krąży, w ptaka wcielona, pilnując swych włości. Czyż nie?

Dokonawszy banalnej konstatacji, iż transit gloria mundi, kierują się Viator z Viatorką na północ. Międzyrzec. Podlaski, rzecz jasna. Jeszcze jeden pałac rodu Potockich. Młodszy od radzyńskiego i zdecydowanie mniej efektowny (nawet nie chciało się Wędrowcowi stosownej fotki “cyknąć”). Za to naznaczony grozą egzystencjalną. Krwią bowiem spłynął podczas Krwawych Dni Międzyrzeca. Gorący listopad roku 1918, w całej Kongrersówce żołnierze niemieccy generalnie bez stawiania oporu, a nieraz nawet z wyraźną ulgą, dają się rozbrajać Polakom. Ale nie w Międzyrzecu – tutaj wiarusi z Ober-Ostu kontratakują, mordując 22 peowiaków zakwaterowanych właśnie w pałacu Potockich; ginie też 22 cywilów. Zaprawdę, niepodległość nie kosztowała dwóch groszy i dwóch kropel krwi. Dlatego cenić ją trzeba wysoko.

Nie pierwszy to ani ostatni raz, gdy Międzyrzec się skrwawił. Dwie dekady później odmęty doliny Gehinnom pochłoną dwie trzecie ludności miasta. Nie trzeba dodawać, które dwie trzecie. Część ofiar wywieziono do Treblinki, część do Majdanka, czyli tam, skąd teraz przybywa dwójka Wędrowców. Czy po Całopaleniu została wyrwa? Niezasypana dziura? Niezagojona rana? Trudno orzec. Na rynku stoi posąg; jeden z najciekawszych pomników Zagłady, jakie miał okazję oglądać Viator.

Tałes jak szorstki całun otula skuloną w rozpaczy i zadumie postać. Inskrypcja głosi: Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi. Czy wystarczająco głośno, by inni bracia usłyszeli? Bynajmniej nie o to chodzi, iż tuż obok, na lewo od pomnika, stoi motocykl. A kilka metrów dalej całe stado takich maszyn. Rynek jest nimi szczelnie zastawiony. Długa majówka. Zjazd harleyowców. Fiesta.

Rzecz nie w tym, iż dziś w Międzyrzecu naprawdę trudno o ciszę. Przecież życie musi trwać i rozkwitać – taka jego uroda. A że zabawa toczy się na ziemi przesiąkniętej krwią? To nie specyfika Orientu powszedniego. Wszędzie jest tak samo. Pielgrzym nie gorszy się. To dobrze, że ludzie żyją, świętują, są razem. Tak ma być! Chodzi o to, czy wołanie krwi brata jest tutaj w ogóle kiedykolwiek przez kogoś słyszane. Czy coś z niego wynika. Motocykliści przejechali tędy z rykiem silników? I dobrze, przeciw temu krew brata nie woła. Ale jeśli znów przemaszerują tędy z rykiem gardziołek schludni czciciele bogini Nacji z głupawymi opaskami na rękawach?

Kierunek wschód! Tam, jak mówił klasyk, musi być jakaś cywilizacja. Jest! Biała Podlaska – barok i melanż.

Barok tutejszy niejedno ma imię. Porównajmy choćby kościół klasztorny pod wezwaniem św. Antoniego i parafialną świątynię Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Inne światy.

Kapucyni, a wcześniej reformaci, to franciszkanie (świadczą o tym wizerunki Świętego Serafickiego i świętej Klary na tympanonie), więc wypadałoby, aby wypadło skromnie: nie jest to, ukochany przez Viatora, kapucyński barok toskański, ale okolice już jak najbardziej te.

Fara, choć też obiekt poklasztorny, bazyliański ściśle rzecz ujmując, skromnością się nie przejmuje, a jej monumentalność podkreśla dodatkowo oprawa z obłoków na niebie. Viator już dawno przypuszczał, iż twórcy baroku byli silnie zapatrzeni w cirrusy i cumulusy. W Białej Podlaskiej znalazł na to dowód.

Jest tu jeszcze kościół pod wezwaniem św. Anny. Nie tak wyrazisty. Barokizowany raczej, niż barokowy. To jednak nieistotne. Ważne, że przez pierwsze ćwierćwiecze swego istnienia służył Braciom Polskim jako ich zbór. Wspomniał Wędrowiec o melanżu – jest melanż. Zbór ariański staje się z czasem świątynią katolicką. Greckokatolicka, unicka cerkiew bazylianów, (oj, pojawią się jeszcze boleśnie ci unici w viatorowej podróży!) też się zlatynizowała. W pofranciszkańskim kościele, zanim stał się w 1918 roku na nowo katolicki, przez wiele lat, pod zaborami, prawosławni sprawowali swą Boską Liturgię. Dodajmy pięć synagog (do dziś dochowała się z trudem jedna). Tutaj, w krainie Orientu powszedniego, taki tygiel to nic nadzwyczajnego. Aby zamieszanie dopełniło swej miary, rusza Viator na południe (tak sobie dziś cały dzień meandruje, wiadomo – gzygzakowaty życia sznur by, minąwszy Łomazy, dotrzeć do Studzianki.

Mizary w Kruszynianiach i Bohonikach zdążył już Pielgrzym niegdyś poznać. Tutejszą muzułmańską nekropolię widzi po raz pierwszy.

Cmentarz służył Tatarom osiedlonym w Studziance przez Jana III Sobieskiego oraz ich potomkom, od XVII wieku do II Wojny Światowej. Dziś wyznawców islamu już tutaj nie ma, ale w żyłach wielu mieszkańców wioski płynie tatarska krew. Krew gorąca, bohaterska, gotowa do tego, by ją przelewać za nową Ojczyznę. Mizar studzianecki piastuje szczątki rotmistrzów, majorów, pułkowników, a nawet jednego generała – Józefa Bielaka.

Na starszych kamieniach nagrobnych autentyczne arabeski, czyli napisy ryte alfabetem arabskim oraz jakieś tajemnicze symbole, których znaczenia Wędrowiec nie zna. Na nowych nagrobkach inskrypcje: czasem rosyjskie, ale częściej polskie.

Nie chce Viator upraszczać na siłę problemu, lecz patrząc na dziedzictwo Polaków-Tatarów dochodzi (po raz kolejny zresztą) do wniosku, że lęk przed obcymi, niechęć do przybyszów, nie jest wyrazem siły i narodowej dumy, ale kompleksów strachem podszytych. Jeśli ktoś aż tak nisko szacuje wartość swej kultury, że boi się jej konfrontacji z tym, co przychodzi z zewnątrz to… to jego problem, nie Viatora.

A tutaj sobie wschodnie z zachodnim zgodnie kohabituje, Tatarzy krew za Rzeczpospolitą przelewali, a ich potomkowie palą na grobach bohaterskich islamskich przodków znicze krzyżem znaczone. Po prostu – Orient powszedni!

Chyba nie bardzo wyszło Wędrowcowi to malowanie pastelami… Może się uda za tydzień.

Viatorka

Intensywny to był dzień, jego trudy zaczęła Viatorka odczuwać już przed Parczewem (bo przecież tegoż dnia zdążyła już odwiedzić Włodawę i Sobibór). Nie miała siły wysiadać z samochodu, żeby z bliska obejrzeć pamiątki dawnych lat i powspominać historię, choć generała Kleeberga darzy, tak samo dużą jak Viator, estymą.

Piękna pogoda, cieplej niż zakładała Viatorka w najśmielszych marzeniach… Tylko obolałe, puchnące nogi i, od czasu do czasu, łupiący krzyż stale przypominały, że ze zdrowiem jednak nie jest najlepiej…

Nie mogła więc zmienić Wędrowca za kierownicą, chociaż tego dnia był on jakiś rozkojarzony i miał „ciężką nogę”. Refleksu mu jednak starczyło na tyle, by dzięki sprawnemu ruchowi kierownicy ominąć zaskrońca wygrzewającego się na środku rozgrzanej drogi.

Przemieszczając się z Parczewa do Radzynia Podlaskiego trochę Pielgrzymi zbłądzili, zamiast główną drogą pojechali bocznymi. Ale to dobrze, lubimy przecież takie wycieczki, zanurzenie w krajobrazy i przyrodę. Inne niż na Łużycach. A te widoki! – świeża zieleń, mnóstwo mleczy, nieprawdopodobna ilość bocianich gniazd i małe, stare, drewniane, urocze chatki, obok nowych, murowanych domów. Są tak małe, że Viatorka ze zdumieniem rozważa, jak mogła się w nich pomieścić cała rodzina, niegdyś przecież bardziej liczna.

I tak sobie jechaliśmy boczną, mało uczęszczaną drogą, podziwiając widoki wyłaniające się zza kolejnych zakrętów, aż zza jednego z nich wyłonił się… pan Policjant z „suszarką” w dłoni, a za nim radiowóz. No tak, o dziwo, od jakichś stu metrów to był obszar zabudowany, a pan kierowca (czyli Viator) przekroczył prędkość. Z czym dyskutować? Mandat, punkty karne, sympatyczna rozmowa z Panem Władzą, nawet dowcipy o różnicach między żoną i terrorystą (choć przecież Viatorka zachowała stoicki spokój i powstrzymała się przed wypowiadaniem komentarzy w stylu „a nie mówiłam”).

Tak więc w miłym, mimo wszystko, nastroju i z dużo „lżejszą” nogą Viatora, ruszyliśmy dalej.

Pałac w Radzyniu Podlaskim o spokojnej, niekrzykliwej urodzie, otoczony drzewami, nad stawem. Jeśli przyszłoby mieszkać Viatorce w pałacu, to właśnie w takim

W Międzyrzecu Podlaskim huk motorów, mnóstwo ludzi, aż znowu nie chce się wysiadać z samochodu.

Biała Podlaska. Ta nazwa wzbudzała w Viatorce od dzieciństwa jakiś dziwny sentyment. Urocze miejsce, choć różniące się od wyobrażeń.

W końcu mizar w Studziance: ciche miejsce wiecznego spoczynku, inspirujące do spokojnej refleksji oraz przemyśleń i o życiu i o umieraniu, które, choć tutaj akurat „egzotyczne”, to jednak pisane wszystkim.

Czas ruszać w dalszą drogę, bo do zachodu słońca jeszcze daleko.

Orient powszedni II

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Duża ilość i jakość reakcji Czytelników na zeszłotygodniowy odcinek wschodniego itinerarium uświadomiły Viatorostwu, iż umieścili sobie poprzeczkę naprawdę wysoko. Trudno będzie teraz temu sprostać. Ale próbować trzeba.

Z Lublina skierowali się Wędrowcy na, rzecz jasna, wschód. Łęczna. Viator przybył tutaj po raz pierwszy, ale miejsce jest mu dość bliskie, jako, iż stąd wiedzie swój ród Szwagier Wędrowca. No i gdy później, po powrocie z wyprawy, zwierzał się Pielgrzym swej Siostrze – żonie Szwagra, rzecz jasna – iż odniósł wrażenie, że miasto jest trochę zapuszczone, to mu się młodsza Siostrzyczka niemal do gardła rzuciła, mało mu oczu nie wydrapała! Viator ceni taką lojalność, tym bardziej, iż miała Siostra poniekąd rację. Faktycznie – generalnie Łęczna jest zadbana, są na to fundusze z okolicznej kopalni Bogdanka, świetnie prosperującej. Ot, choćby doskonale utrzymany kościół pod wezwaniem św. Marii Magdaleny, przykład eleganckiego i smukłego Renesansu Lubelskiego.

Jednak wrażenia Viatora nie były tak do końca bezpodstawne. Miasto reklamuje się tym, że ma trzy rynki, dwie synagogi i dwa ratusze. I niestety, w okolicy, gdzie one się znajdują, rzeczywiście nie wszystko jest takie, jakim być powinno. Piękne, stare domki w większości chylą się ku upadkowi. Rynek II i stojące przy nim wspomniane dwie synagogi (Duża i Mała), choć malownicze, jako żywo są zapuszczone, inaczej się tego nie da nazwać.

Rynek III w połowie wygląda jak klepisko, urządzona i zieleniąca się jest tylko druga połowa. A nad drzewami zaczyna powoli zachodzić słońce.

Rynek I odnowiony co prawda w całości i solidnie, ale jednak tak jakoś tandetnie, cukierkowato. Za to stary, klasycystyczny Ratusz, obecnie USC, jest naprawdę piękny.

Ale i nad nim zachodzi słońce. To znak, że czas znaleźć nocleg. W tym celu Wędrowcy udali się do Włodawy.

Od rana zwiedzanie miasta. Tutaj też nie wszystkie atuty wyzyskano maksymalnie. Jedyny w kraju tak zwany Czworobok (czyli coś w rodzaju czworokątnych sukiennic), mimo iż unikalny, pozostaje średnio wyeksponowany, a jego podwórko, potencjalnie miejsce wspaniałych wystaw czy imprez, wręcz leży ugorem. Szkoda.

We Włodawie Viator osiąga kres… przynajmniej w pewnym sensie. Bug, wodowskaz, granica. A na drugim brzegu stoi pogranicznik i pilnie się Wędrowcom przygląda. Inny świat! Kiedyż to Pielgrzym ostatni raz widział coś takiego?

Miasto ma swój urok. Jest tu kościół katolicki, jest cerkiew prawosławna, jest i synagoga (nawet trzy). Ten zestaw będzie się już powtarzał regularnie na trasie wyprawy Viatora. Taka jest historia i specyfika tych ziem: ludzie różnych kultur, języków, religii zawsze żyli tu obok siebie. I oczywiście prawie każdy spośród autorów wspomnień z tamtych czasów usiłuje nam wmówić: Et in Arcadia ego!

Nooo… Taki głupi to już Viator nie jest, może głupi, ale taki to już nie! Nie było żadnej Arkadii. Jedyny raj to raj dzieciństwa tych autorów. Poza tym proza życia, bieda i konflikty. Jak w życiu. Czasem żyli ci ludzie obok siebie lepiej, czasem gorzej. Istotne, że ŻYLI. Bo przyszedł czas, że przestali – jedni przestali żyć obok siebie, inni przestali żyć w ogóle. Wtedy, gdy przyszedł Kataklizm o którym, jako rzekł poprzednio Viator, nikt w gruncie rzeczy nie chce pamiętać, nikogo on nie obchodzi. Mimo, że wszystko wywrócił do góry nogami: dziś Włodawa to miasto graniczne, kresowe – wtedy leżało w ścisłym centrum kraju.

Początek Katastrofy nie zapowiadał jeszcze jej rozmiarów. We Włodawie zaczęło się nawet dość optymistycznie. Tutaj, mniej więcej w połowie pamiętnego Września, generał Kleeberg przeprawił się ze swymi oddziałami przez Bug, tutaj je zreorganizował, uporządkował i poprowadził do dalszych zwycięstw. Tu powstała nazwa Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie”. To kolejne miejsce, gdzie Viator trafia na ślady wielkiego generała, którego postacią już od dawna jest zafascynowany. Dlaczego? Kiedyś już o tym pisał, relacjonując swą wizytę w Kocku. Można tam zajrzeć i przeczytać całość, ale, by oszczędzić Czytelnikom fatygi, Wędrowiec przytacza poniżej stosowny cytat. Powoływać się na siebie samego, tym bardziej zamieszczać autocytat, trochę niezręcznie. Ale, jako się rzekło, to dla wygody Czytelników. Poza tym Viator, skłonny skądinąd do wodolejstwa (któremu nawet wodowskaz na Bugu by nie sprostał) i barokizowania, akurat swój podziw dla generała Kleeberga ujął zwięźle i treściwie, teraz niczego do tych słów nie musi dodawać:

Człowiek zdeterminowany i odważny, fachowy dowódca, sprawny organizator. Bez fajerwerków i bez zbędnej brawury zebrał i zorganizował rozmaite rozbite i z nadszarpniętym morale oddziały, tworząc z nich Samodzielną Grupę Operacyjną „Polesie”. Skutecznie bił Sowietów i Niemców, przeszedł wrześniowy szlak bez żadnej klęski: wszak bitwa pod Kockiem była w istocie zwycięska. Musiał skapitulować, bo skończyła się amunicja. Zresztą – nie było już dokąd iść, o co walczyć… No i last, but not least, idąc na zachód uratował, jak się później okazało, wszystkich swoich oficerów od pewnej śmierci gdzieś w Katyniu czy Miednoje. Komuś takiemu należy się szacunek i dobra pamięć.

Wtedy, gdy trwał Wrzesień żagwiący, jeszcze nic nie wskazywało na to, co się tutaj wkrótce wydarzy. By się z tym zmierzyć, trzeba opuścić Włodawę i ruszyć na południe. I to jest właśnie, wspomniana w odcinku pierwszym, prawdziwa wyprawa do Jądra Ciemności. Oznakowanie, jak na znaczenie miejsca, kiepskie, Viatorstwo raz nawet pobłądziło, mimo, iż asfaltowa nawierzchnia szosy przyzwoita. W końcu jednak osiągamy wielki kompleks leśny i skręcamy w boczną drogę. Trzeba nią będzie pokonać kilka kilometrów. Oznakowania nie ma już żadnego, a jakość leśnego duktu tak zła, iż Viatorowi przebiega przez głowę, całkiem serio, myśl, iż to jakiś sabotaż, że komuś zależy, żeby nikt się tu nie pojawiał.

Mimo to wytrwale, kilometr po kilometrze, pokonujemy las. Wędrowiec czuje narastającą duszność, strach, jakąś klaustrofobię, mimo, iż to otwarta przestrzeń. Na szczęście ostatecznie dojeżdża na małą, idylliczną stacyjkę gdzieś w głębi puszczy.

Nie jest Pielgrzym pierwszym, którego zadziwia faktem, iż obóz zagłady w Sobiborze tak długo czekał na godne upamiętnienie. Przecież o jego istnieniu, a zwłaszcza o buncie i ucieczce więźniów wiedziano od dawna: pierwszy film fabularny, ten z Rutgerem Hauerem w roli głównej, nakręcono już w 1987 roku, ostatnio powstał kolejny. Ale tu, na miejscu, ciągle były jakieś kłopoty z budową muzeum, wciąż brakowało czyjejś dobrej woli. Na szczęście od kilku lat sytuacja ulega systematycznej poprawie. Wyraźnie, poprzez wysypanie białego żwiru, oznaczono teren pochówków, odnowiono kurhan pamięci.

Budowa pawilonu wystawowego trwa, na razie to stan surowy, ale już wkrótce…

Aleja pamięci. Kamienie z tabliczkami, informującymi, skąd pochodziły ofiary. Poza Żydami polskimi czy słowackimi są też licznie reprezentowani mieszkańcy Francji, Holandii…

Patrzy Wędrowiec na te tabliczki i myśli sobie tak: Żydzi nie są wyjątkowi, żaden naród nie jest, to tylko gorliwi chłopcy z opaskami, wspomniani w poprzednim odcinku, mogą tak myśleć. Ale Szoah jest wyjątkowy. Ta skrupulatność. Organizacja. Wydajność. Determinacja. Dbałość o szczegóły. Dziś żyjesz sobie w Paryżu, Amsterdamie czy innym centrum cywilizacji, a jutro giniesz w ciszy i tajemnicy pośrodku lubelskich lasów. Robi wrażenie, no nie?

Z autentyczną ulgą opuszcza Viator Jądro Ciemności. Jeszcze tylko pozdrawia smutno te brzózki schylone ku ziemi, jak chasydzi, owinięci w tałesy i medytujący na Księgą Ksiąg. Bo niewątpliwie ich dusze wcieliły się drzewa i próbują pojąć przed obliczem Najwyższego to, czego zrozumieć się nie da.

A gdzie pofrunęły dusze oprawców? Chyba tkwią tutaj, tuż przy torach, po których toczyły się wagony pełne strachu i smutku; nasyp widać w głębi fotografii.

Jeszcze raz przejeżdża Pielgrzym przez Włodawę. Od południa widać jej najpiękniejszą panoramę. Strzałki wskazują trzy świątynie, świadczące o historii.

I już. Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i opuści Viator Lubelszczyznę. Zaczyna się Polesie, kraina niemal arkadyjska, choć niezupełnie. Ale o tym za tydzień.

Viatorka

Wysuszyła Viatorka Viatorowi głowę przed tygodniem, po czym solennie obiecał jej, że tekst swój napisze najpóźniej dzień przed terminem. I co? I nic. Tym razem zostawił Viator Viatorce może dziesięć minut zamiast pięciu. Ale cóż robić, w końcu miał Viator wczoraj paskudny, podły dzień… Może następnym razem się poprawi?

Początek podróży z Lublina w kierunku Podlasia minął Viatorce szybko, nie mogła się skupić na urodzie i zabytkach Łęcznej czy Włodawy. Skonstatowała jednak, że urocze to miejsca, że ciekawe zabytki, zupełnie inne od tych na naszym Zachodzie. Tylko wszędzie te dysonansy – jakieś relikty budowlane za słusznie minionej epoki, a mówiąc dosłownie, rudery z lat 70 ubiegłego wieku, niektóre opuszczone. Psują urodę i harmonię dawnych założeń architektonicznych. I właściwie dlaczego nikt z tym nic nie robi?

Emocje wzbudziła w Viatorce dopiero podróż do Sobiboru, o którym wcześniej tyle słyszała, a nawet dawno temu oglądała film fabularny. Piękna, słoneczna pogoda, coraz piękniejsza przyroda, coraz więcej bocianów, spokojny las i fatalna droga, właściwie „czołgowisko” i niepewność – czy ta droga dokądś w ogóle prowadzi?

W końcu jest – stacja kolejowa, kilka domów, ale żadnego człowieka, budynek wystawowy w stanie surowym, ostrzegawcza taśma budowlana zagradzająca drogę do lasu i tablica informacyjna. Wątpliwość – czy to naprawdę tu?

Wjeżdżamy kilkadziesiąt metrów do lasu. Po lewej stronie wąska alejka między wysokimi drzewami, a przy niej kamienie z tabliczkami. Na wprost jakiś komin i mała polanka pokryta białymi kamieniami. I co, to wszystko? Gdzie prochy tych 200 tysięcy zamordowanych?

Spojrzała Viatorka ze swego wózka inwalidzkiego do góry, ponad wysokie sosny, spodziewając się zobaczyć nad sobą jakąś szarą chmurę popiołów… Ale nie, nad nią było tylko jasnobłękitne niebo, spomiędzy drzew przedzierały się promyki słońca, słychać było jedynie cichy szum wiatru i mnóstwo śpiewających ptaków.

Tak, dopiero w tym miejscu poczuła Viatorka grozę… Zaczęła sobie wyobrażać, jak wiele lęku, bólu, emocji każdy z zamordowanych tutaj zostawił, co myślał, idąc na śmierć samemu i patrząc na śmierć bliskich … Co mogli czuć więźniowie, których zmuszono do pracy przy mordowaniu, a którzy wiedzieli, że ich samych też czeka ten sam koniec. A dziś te myśli, emocje, ból, a nawet prochy zniknęły, nie ma ich, nic nie znaczą.

Wszyscy niby wiemy, że jesteśmy śmiertelni, ale jak trudno się z tym pogodzić, szczególnie kiedy życie tracimy z czyjejś ręki, albo kiedy odchodzimy świadomie.

I znowu pomyślała Viatorka o swojej przyjaciółce, której życie niczego chyba nie oszczędziło, a na koniec „obdarzyło” ciężką, bolesną chorobą i straszliwą niepewnością o dorosłe dziecko. Przedwczoraj cichutko odeszła jej towarzyszka z hospicyjnej sali. Jednak nawet wtedy przyjaciółka nie myślała o swoim losie: martwiła się, co powie, jak wytłumaczy to swojemu upośledzonemu synowi.

A co myśleli: matki i ojcowie, żony i mężowie, córki i synowie w sobiborskim lesie?

Polen! 2017! Frauenstreik geht weiter!

Heute!

Gastgeber: Regenbogenfabrik und labournet.tv

Donnerstag, 17. Mai 19:00 – 22:00

Kino Regenbogenfabrik
Lausitzer Straße 22, 10999 Berlin

50 min, polnisch mit dt. Untertiteln, 2018
in Anwesenheit der Filmemacherin (angefragt)

Film von Magda Malinowska über den Kampf von Frauen, die in kommunalen Kindertagesstätten in Poznań arbeiten. Ihr Kampf um existenzsichernde Löhne und bessere Arbeitsbedingungen begann 2011. Seitdem haben sie sich weiter organisiert und radikalisiert.

In dem Film wird herausgearbeitet, wie die Hungerlöhne für die Kindergärtnerinnen zusammen mit der Last der Hausarbeit und Betreuung der eigenen Kinder und Eltern, die vor allem auf den Schulter von Frauen liegt, deren Leben unerträglich macht.

Deshalb haben sie auch an der großen Demonstration gegen die Verschärfung des Abtreibungsverbots in Polen 2017 teilgenommen.

Orient powszedni I

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Długa majówka w tym roku przyjęła dla Viatora postać bardzo długiej kwietniówko-
majówki. Tak wyszło. Grzech nie wykorzystać. Toteż wyruszył Viator z Viatorką na wielką rajzę. Miała być turystyczna, okazała się poniekąd mistyczna.
Viator oszczędziłby Czytelnikom katowania sprawozdaniem ze zwykłej przejażdżki, nawet arcyciekawej. Ale to nie była zwykła przejażdżka. Mogła być, gdyby Pielgrzym rozsądnie zostawił mózg i serce w domu. Niestety, zabrał je ze sobą, a taki ekwipunek powoduje, iż Wędrowiec niechybnie wplątuje się w jakieś kłopoty. Tak stało się i tym razem: relaksująca w założeniu wycieczka okazała się po trosze pielgrzymką ku Niebieskiej Jeruzalem, a po trosze wyprawą do Jądra Ciemności. Peregrynacją zygzakiem snującą się między baśnią i banałem, metempsychozą i buractwem, metafizycznymi ciarkami i dreszczem obrzydzenia. Podróżą po Oriencie powszednim. Tam, gdzie Jakub zmaga się z Aniołem, a człowiek człowieka pałką na śmierć zatłucze i na popiół spali.
Więc jednak zaryzykuje Viator małe itinerarium w odcinkach, by podzielić się swymi obserwacjami – chyba warto.
Lecz najbardziej mistyczny i ezoteryczny okazał się fakt, iż Viatorka zgodziła się towarzyszyć Wędrowcowi nie tylko w samej podróży, ale i, pierwszy raz, w jej opisywaniu. Po krótkiej naradzie stanęło na tym: najpierw Pielgrzym, z odcinka na odcinek, opowie o swych doznaniach, a potem Viatorka doda własny punkt widzenia.
I uwierzcie: Viator sam płonie z ciekawości, cóż tam znajdzie, w tym spojrzeniu z innej perspektywy. Miejmy nadzieję, iż Czytelnicy też poczują się usatysfakcjonowani lekturą takiego dwugłosu. Do dzieła przeto!

Dla mieszkańca Łużyc tak zwana Ściana Wschodnia to koniec świata i głębokie kresy.
Po prostu – egzotyczny Orient. Godzien odkrycia.
Odkrywanie rozpoczęło się w Lublinie. Najpierw była konferencja biografistyczna, na
której Viator opowiadał (okazało się w świetle późniejszych odkryć, że chyba jak na ironię wybrał ten temat) o grupie ludzi, którzy, połączeni wielkim celem, potrafili zgodnie współpracować mimo dzielących ich różnic, czasem bardzo istotnych, bo światopoglądowych. Sam opowiadał Viator, z uwagą słuchał wystąpień innych prelegentów. A przez okno wciąż widział wznoszącą się niedaleczko, ot, po drugiej stronie ulicy, ekspresjonistyczno-dantejską Bramę Piekieł, czyli Pomnik Walki i Męczeństwa. To już piąta lubelska konferencja, w której uczestniczył Wędrowiec, ale, jak dotąd, nie było okazji, aby przejść na drugą stronę ulicy i odwiedzić (bo przecież nie: zwiedzić) to miejsce. Tym razem się udało. Czas musiał się znaleźć.
Każdy z nas odwiedził niejedno takie miejsce, obejrzał sporo filmów, przeczytał ileś tam książek. Każdy z nas ma już za sobą etap emocjonalnego szoku, niedowierzania, rozważań pod tytułem: Jak to w ogóle było możliwe, w dwudziestym wieku, w środku cywilizowanej Europy, zakończonych konstatacją, że owszem, było możliwe i już. Viator też tak ma, toteż wizyta w Konzetrationslager Majdanek nie poruszyła w nim jakoś szczególnie silnych emocji. Raczej pobudziła do myślenia.
Już na samym początku, przechodząc przez Sektor SS, czyli miejsce, gdzie odbywały
się selekcje, podzielił się Pielgrzym z Viatorką refleksją o tym, że korzeniem zła jest moment, gdy ktoś uznaje, iż ma prawo decydować o życiu drugiego człowieka, robić mu różne selekcje. Tutaj się zaczyna. Nie zawsze prowadzi to aż do komory gazowej (która w
Majdanku znajduje się właśnie w sąsiedztwie Sektora SS), ale nigdy nie wiedzie ku dobremu. Dokąd zaś zawiedzie, zależy już tylko od szeregu okoliczności. Kto sobie prawo władzy nad innym uzurpował, zależnie od tych okoliczności, może zostanie tylko autorytarną mendą, zatruwającą życie swojej rodzinie, a może stanie się zbrodniarzem z załogi Majdanka. Mentalnie jest już od momentu uzurpacji gotowy na jedno i drugie. Okoliczności, moi drodzy, okoliczności!
Idą Viator z Viatorką terenem łagru. Sami, bo tacy już z nich mizantropi. Kolejne spostrzeżenia. Do pasa drutów kolczastych przy zachodnim krańcu obozu przylegają bezpośrednio działki. Z jednej strony baraki, z drugiej uroczo kwitnące jabłonki, wypielęgnowane kwiatuszki, milutkie altanki. Banalny kontrast, jako środek artystyczny zgrany i nic nie wnoszący. Ale pobudza do refleksji: to, co się tutaj, i w tylu innych miejscach stało, nikogo w gruncie rzeczy nie obchodzi. I chyba nigdy szczególnie nie obchodziło. Życie toczy się, jakby nigdy nic. Zamordowani, odarci z godności, pozbawieni do końca życia poczucia bezpieczeństwa i szczęścia nie doczekali tak naprawdę sprawiedliwości czy jakiejkolwiek rekompensaty. Sprawcy w zdecydowanej większości nie zostali, jak zwykle zresztą, ukarani. Owszem, pomniki stoją, uroczystości rocznicowe czasem się odbędą. Ale jaka to pociecha dla ofiar? Świat trwa, jabłonki kwitną, nikt nie pamięta. I znów, jak przed laty, zaczyna grzmieć marszowy krok… ale stop! O nim za chwilę.
Krematorium. Tysiące tysięcy spopielonych zwłok. Powtarzano te liczby tak często, że
spowszedniały. Nikogo nie obchodzą. I znowu brzmi krok marszowy… Momencik! Zaraz!
Prawie nikogo te prochy nie obchodzą. Gawron czy inny jakiś czarnowron z uporem grzebie w ziemi tuż obok złowrogiego budynku. Viator nie ma wątpliwości: to dusza męża i ojca, poczerniała z rozpaczy, wcieliła się w ptaszysko i szuka, uparcie acz bezowocnie, szczątków swej żony i dziatek, z którymi brutalnie i nieodwołalnie rozdzielona została tutaj, na Majdanku.


Może te szczątki znajdują się po sąsiedzku, w Mauzoleum? To jedyne miejsce, gdzie
Viatorem naprawdę szarpnęły emocje. Znał budowlę doskonale od dawna, z wielu fotografii. Ale wyobrażał sobie, iż prochy są tutaj zabetonowane, zakryte. Tymczasem pod kopułą, w murowanej otwartej niecce leży kopiec. Ziemia, prochy i kawałki kości. I dobrze, tak ma być!



Akurat przechodzi wycieczka. Przewodniczka tłumaczy, iż szczątki po spaleniu mielono, mieszano z ludzkimi odchodami i nawożono nimi okoliczne pola. Również tam, gdzie teraz znajdują się idylliczne działki, oglądane przez Viatorostwo. Dodaje, że Muzeum chciało nabyć ten teren i odpowiednio upamiętnić, ale napotkano opór. Bo przecież kogo to
w końcu obchodzi?
Korzystając z okazji, pyta Viator Przewodniczkę: Skąd się wzięły te sarenki? Jakie sarenki?
O te, tam! Bo rzeczywiście, na rozległym polu obozowym, otoczonym ze wszystkich
stron drutami kolczastymi, pasie się stadko saren. Fotografia może kiepsko to oddaje, ale
uwierzcie: w centralnej części zdjęcia, lekko po prawej, widać lustra, czyli jasne pupy
zwierząt.


Wygląda to tak, jakby Muzeum utrzymywało stadko, aby wyjadało trawę. Ale nie,
Przewodniczka zaprzecza. Sarny musiały tu przyjść z pobliskiego lasu. Tylko jak one
pokonały ogrodzenie z drutu kolczastego?
Ten niezwykły widok uruchamia w głowie Viatora ciąg asocjacji. I nic już nie zagłuszy
huku marszowego kroku. Nadchodzą. Piękni, młodzi, energiczni. Serca gorejące miłością
Ojczyzny, schludne fryzury, eleganckie koszule zapięte pod samą szyją. Solidne, okute
obuwie. Na rękach opaski z jakimś bzdurnym symbolem. Chłopcy oenerowcy, czy jak im
tam. Minęły lata, a oni znowu idą. Jakby nigdy nic. Pewnych ludzi żadne majdanki świata nie otrzeźwią. Jasne, tacy natchnieni patrioci z ogolonymi łbami maszerują w różnych krajach. Jednak Viatora najbardziej obchodzą nasi, polscy. Za nich mu najbardziej wstyd. I za to, że znowu mogą tak bezkarnie maszerować po ulicach, chorągwie po kościołach i katedrach rozwijać, a nawet na Jasną Górę pielgrzymować. Swoją drogą: chyba niekoniecznie ich wizyta spodobała się gospodyni, czyli skromnej Żydówce z Nazaretu. Ale kogo to obchodzi?
No i co się Viator czepia? Ojczyzny nie kocha? Polakiem się nie czuje? Czuje się, jak
najbardziej! Tylko wie, że jeśli ktoś jest bardziej Polakiem (Niemcem, Uzbekiem, Tajem,
Urugwajczykiem, Algierczykiem, Koreańczykiem, Bantu – do wyboru) niż człowiekiem, to
istnieje ryzyko, iż prędzej czy później może się to skończyć jakimś nowym Majdankiem.
Kwestia okoliczności.
Lecz skąd takie orientalnobarokowe skojarzenia? Sarenki i marsz narodowców? Bob
Fosse winien. Przecież znacie: Tomorrow Belongs to Me. Tam też zaczęło się od młodych
serduszek płonących czystą miłością do Ojczyzny i od jelonka, co przez cichy las mknie…
A co akurat widnieje na opasce – hakenkreuz, krzyż celtycki czy też inna falanga – to doprawdy okoliczność, sztafaż, rzecz trzeciorzędna.
Posłuchajcie. I do zobaczenia za tydzień, na szlaku.

Viatorka

No tak, Viator tradycyjnie postawił Viatorkę w sytuacji co najmniej niezręcznej. Choć
doskonale zdawał sobie sprawę, że to jej debiut, szczególnie postarał się, aby jego własny
tekst był elokwentny i napisany barwnym, żeby nie powiedzieć, kwiecistym językiem, po czym dał Viatorce swój tekst na 5 minut przed terminem wysłania. No i jak w tej sytuacji biedna, prosta Viatorka ma się odnaleźć… No, ale spróbujmy!!! Choć na początek będzie krótko.

Dla Viatorki ostatni rok był okropny, zmienił jej podejście do świata i ludzi, a nawet
odbił się na jej zdrowiu. Zdarzyło się wiele złych rzeczy, zawiodła się na kilku bliskich
ludziach, bezsilnie musiała obserwować cierpienie i wielką niesprawiedliwość, jaka spotkała jej przyjaciółkę. Dlatego ten wyjazd kwietniowo-majowy był dla niej dosłownie „ratunkiem”, żeby nie zwariować, dzięki niemu mogła się wziąć w garść i nabrać sił do tego, aby wrócić i zrobić co w jej mocy, żeby pomóc cierpiącej, odchodzącej kobiecie i matce, a potem móc normalnie żyć własnym życiem. Mimo, że podróż zaczęła się w miejscu, które powinno budzić grozę…

Po konferencji, na której też wygłosiła swój referat, odwiedziła Viatorka Majdanek.
Zobaczyła baraki, komorę gazową, tysiące butów, Mauzoleum… Obserwowała
zwiedzających, często bardziej zajętych swoimi smartfonami, niż historią opowiadaną przez przewodniczki. Patrzyła na ogródki, gdzie ludzie relaksowali się na prochach zamordowanych więźniów. I ze zdumieniem stwierdziła Viatorka, że nie wywołuje to w niej wcale oburzenia, a właściwie to jej to nawet nie dziwi. I wcale nie próbuje tego Viatorka rozpatrywać w kategoriach „okoliczności”, które mogą spowodować, że w sprzyjających warunkach taka zbrodnia może się powtórzyć. Bo zbrodnie odbywają się cały czas, ludzie bezkarnie robią innym z życia piekło, często nie sposób się przed tym obronić i nikogo to nie obchodzi…
Okoliczności mogą spowodować jedynie, że ten proceder zyska status oficjalny, stanie się
bardziej dosłowny i hurtowy. I tak cały czas myśli Viatorki wracały do jej przyjaciółki. I
refleksji, jak to jest możliwe, że w czasach pokoju, w demokratycznym kraju, dwie osoby
sprawujące ważne funkcje urzędowe mogą bezkarnie zadręczyć kobietę, która całe swoje
życie poświęciła na pomoc innym… Od półtora roku, czyli od momentu, gdy zachorowała na nieuleczalną chorobę, nękały ją i jej syna, aż doprowadziły do sytuacji, że ten upośledzony umysłowo człowiek za tydzień stanie przed sądem karnym. A ta kobieta o pięknej duszy umiera właśnie w strasznym bólu i z wielkim, wszechogarniającym lękiem o przyszłość swojego dorosłego, ale bezbronnego dziecka. I nikogo to nie obchodzi, nikt nie chce nawet słuchać o jej historii. To przynajmniej Wy posłuchajcie.