List z Polski

Katarzyna Krenz

Normalne życie i złe sny. Impresje grottgerowskie

Czarna sukienka

Nasz pra-pra-dziad stracił majątek za udział w powstaniu styczniowym. Nasi dziadkowie i rodzice przeszli przez traumę wojny, a my do dziś nawet nie wiemy, co wtedy robili i jak wielką cenę musieli za to zapłacić, bo na wszelki wypadek milczeli. Nie, nie ze wstydu, bo wstydzić się nie mieli czego, przeciwnie, „sprawili się dzielnie”, jak powiedziałby mistrz Sienkiewicz. Oni nie opowiadali nam o „swojej” wojnie z obawy o nasze bezpieczeństwo.

Milczenie dziadków i rodziców nie ustrzegło nas jednak przed tym, co miało dopiero przyjść. Polityczne macki kilku -izmów położyły się długim cieniem na kolejnych pokoleniach, ucząc nowego milczenia, zabraniając studiów i pracy w szerokim świecie, zmuszając do parad, czynów społecznych i wykonów w imię obozowej przyjaźni. Karząc tych, którzy myśleli inaczej. Po czasach wojny i barykad, przyszedł czas zakazów i nakazów. Cenzura, odcięcie od świata i autentyczna bieda: kartki na mięso i ślubne obrączki, zapisy na mieszkania i szarość egzystencji. Poświęcenie dla dobra ogółu. I jeszcze: musisz zrozumieć, są ważniejsze sprawy niż ty i twoje osobiste szczęście.

Orzeł w koronie

Siłą młodości każdego pokolenia jest wiara w lepszą przyszłość. Nasze pokolenie nie odbiegało od tej normy: my jeszcze nie, my już nie, ale nasze dzieci będa mogły zejść z barykad i żyć normalnie. Co to znaczy żyć normalnie? Lista możliwości, jakie otwierają się przed młodym człowiekiem w wolnym demokratycznym państwie jest długa, powiedzmy zatem krótko: dwadzieścia sześć lat temu Wielka Zmiana dała nam i naszym dzieciom, między innymi, prawo decydowania o sobie samych. I choć nie bardzo jeszcze wiedzieliśmy, co mamy począć z tym ptakiem wolności, nagle wypuszczonym z ponurej klatki komunizmu, radość odczuliśmy wielką i piękną. To było jak powrót do domu. Nareszcie nie wolność „od”, tylko wolność „do”. Kto wie, myśleliśmy, może w końcu, po rozbiorach, powstaniach, wojnach i przewrotach przyszedł czas na spełnienie własnych marzeń, realizację swoich talentów, poznanie smaku lepszego życia? Może jeszcze zdążymy?

Tak się stało – dzięki Solidarności i Lechowi Wałęsie, i dzięki rodzinie Lecha Wałęsy, która zaznała wszystkiego, tylko nie spokoju. To dzięki nim nasze dzieci nareszcie mogły się zająć swoim życiem, a my z dumą mogliśmy patrzeć, jak sobie dzielnie radzą w wolnym świecie, do którego myśmy nie mieli dostępu.

W wolnym świecie prawa i obowiązki obywatelskie, a więc uczestnictwo w życiu społecznym i politycznym, to wyższy poziom, na który wchodzimy dobrowolnie, z poczucia troski o wspólne dobro. Mamy budować, a nie niszczyć. To już nie barykady, tylko prawo do głosowania, chęć wyrażania opinii o tym, jak ma wyglądać moje miasto i program nauczania w szkole naszych wnuków. I w jaki sposób można pomóc innym, dotkniętym kataklizmem, głodem lub wojną – ludziom w potrzebie.

Krajobraz po bitwie

Ileż to razy słyszeliśmy: „Polacy potrafią tylko walczyć i ginąć za Ojczyznę, trzeba pokoleń, żeby nauczyli się żyć i pracować w pokoju”. Nie mówcie więc, że inteligencja przegrała, że ludzie nie poszli do wyborów, ponieważ nic ich nie obchodzi, bo to nieprawda. Dobrobyt państwa buduje się z małych cegiełek indywidualnego dobrobytu i szczęścia jego obywateli. Nasze dzieci były zajęte normalnym życiem, co jest trudnym zadaniem dla kogoś, kto nie ma wzorców wyniesionych z przeszłości. Do czego potrzeba nie tylko sił i odwagi, ale również czasu i – spokoju. Pokoju!

I znów… Okazuje się, że był to krótki epizod. Łyk świeżego powietrza, i koniec. Powracają stare wzorce walki, i to w najgorszym wydaniu: wojny domowej podsycanej nienawiścią i pomówieniem. Oto kolejne pokolenie musi porzucić swoje domy i wrócić na barykady, opowiedzieć się po jednej ze stron, określić, kto wróg, a kto przyjaciel. Zapomnieć o studiach, pracy, rodzinie, a zająć się Ojczyzną w potrzebie. I tak nasze dzieci znów nie zdążyły się dowiedzieć, jak miało wyglądać normalne życie.

Ilustracja: Artur Grottger, Już tylko nędza, z cyklu: Wojna (1866-1867)

Przebaczamy…

Andrzej Rejman

50 lat temu i dziś o przebaczeniu…

Pamiętam lata 60 jako ten okres mojego dzieciństwa związanego z Warszawą, kiedy żyła jeszcze moja mama. Z nią jeździłem na poranki do kina “Moskwa”, to jej znajomy, syn Ludwika Jerzego Kerna, Krzysztof Kern wziął mnie na koncert Rolling Stonesów wiosną 1967 roku.
Moja mama czytała “Przekrój”, “Kobietę i Życie” i “Tygodnik Powszechny”, który był wtedy wielką płachtą papieru.
O papieżu Janie XXIII mama mówiła, że jest świętym, a po jego śmierci namawiała do modlitw o jego wstawiennictwo.
Chociaż niewiele rozumiałem z tego, co działo się na świecie i w Polsce, pamiętam, że mówiło się wiele o Soborze, który jest przełomem, a w 1968 roku byłem już na tyle duży, że rodzice próbowali opowiedzieć mi nieco więcej o narastającym konflikcie społecznym i sytuacji na uczelniach.
***
2016
Uświadomiłem sobie dziś prostą prawdę. Można powiedzieć oczywistą oczywistość. Cały ten obecny, ale istniejący w jakiejś formie także w innych okresach historii podział ideowy społeczeństwa polskiego przejawiający się w istnieniu dwóch przeciwstawnych koncepcji rozwoju kraju, ta diametralna różnica w spojrzeniu na przeszłość i teraźniejszość, ciągły, nie kończący się spór o pryncypia – spowodowany jest niezdolnością do przebaczenia. I nie chodzi tu o “zapomnienie” czy “odpuszczenie win”, bo takiej możliwości, ani mocy nie mamy.
Nieumiejętność wzbudzenia w sobie postawy przebaczenia uniemożliwia dialog z kimkolwiek.
Nawet jeśli w jakimś okresie historii przeważy realizm i nadludzkim wysiłkiem udaje się rozmawiać i coś ustalić (patrz np.: Okrągły Stół), po upływie czasu ktoś to będzie kontestował, a ktoś odbierze temu znaczenie.
Czy można w sobie wzbudzić lub wychować zdolność do przebaczenia. Nie wiem. Kościół stara się teoretycznie o to od dwóch tysięcy lat. Rezultaty są raczej mierne.
Może istnieje jakiś gen przebaczenia? Niech wypowiedzą się genetycy.
Moja małżonka mówi, że właściwie chodzi tu o umiejętność kochania, ale to na jedno wychodzi…
W związku z tym, oraz w związku z zaostrzeniem się sporu w Polsce, który nie jest wg mnie jedynie sporem politycznym, przypomniało mi się krótkie wspomnienie mojego kuzyna – brata stryjecznego – Adama Rejmana, pochodzącego z Podkarpacia, absolwenta warszawskiej SGGW, mieszkającego obecnie z rodziną we Wróblowicach na Dolnym Śląsku. Za jego zgodą publikuję ten tekst bez zmian.

***
Adam Rejman

ZAPOMNIANE ZDARZENIE

Zawsze, kiedy w kolejną rocznicę listu polskiego episkopatu do episkopatu niemieckiego czytam okolicznościowe teksty, zdumiewa mnie brak jakiejkolwiek wzmianki o wydarzeniach, które rozegrały się w Warszawie na zakończenie uroczystości milenijnych, których byłem przypadkowym uczestnikiem. Przebywałem wówczas w Warszawie na kursie przygotowawczym do egzaminu wstępnego na SGGW. Był rok 1966. Z bratem i jego kolegą udałem się do katedry na Mszę kończącą uroczystości milenijne. Kiedy dotarliśmy na miejsce, msza dobiegała końca, a ogromny tłum ludzi przed katedrą uniemożliwiał wejście do środka. Godzina była popołudniowa i powoli zaczął zapadać zmierzch. I wtedy zaczęło się dziać coś dziwnego. Wychodzący z Katedry tłum nie rozchodził się. Po chwili tłum zaczął skandować: „Przebaczamy! Przebaczamy!” Wkrótce dały się słyszeć okrzyki: „Na Mio-do-wą!” Tłum ruszył… zdążając pod Pałac Prymasów.
Ludzie skandowali: „Prze-ba-cza-my!” i śpiewali „Boże, coś Polskę”, „My chcemy Boga”, „Jeszcze Polska nie zginęła”. Było już prawie ciemno, kiedy tłum dotarł pod pałac prymasowski. Ktoś mówił, że Prymas ukazał się w oknie i będzie przemawiał. Nie widziałem Prymasa i nie słyszałem, co mówił, ale od ludzi dowiedziałem się, że prosił, aby spokojnie się rozejść. Słowa Prymasa nie usatysfakcjonowały zebranych, a tłum ruszył pod gmach KC, wznosząc okrzyki i śpiewając religijne pieśni. Nagle wzdłuż pochodu zaczęły przejeżdżać milicyjne nyski i większe samochody. W pewnym momencie zauważyłem na chodniku dużą grupę milicjantów w hełmach, z tarczami i dużymi pałami. Na komendę błyskawicznie przemieścili się na jezdnię, tworząc groźnie wyglądającą ścianę, która odcięła ogon pochodu od reszty. Uderzając pałkami o tarcze podbiegli naprzód co wywołało panikę wśród zgromadzonych, którzy rzucili się do ucieczki.
Na szczęście do żadnych starć nie doszło. Następnego dnia dowiedziałem się, że milicjanci dzielili zdążający w stronę KC pochód na mniejsze odcinki i rozpraszali. Po tych wydarzeniach warszawska gazeta („Zycie Warszawy” albo „Ekspres Wieczorny”) zamieściła krótką notatkę na ostatniej lub przedostatniej stronie o treści, którą przytaczam z pamięci: W godzinach wieczornych bandy wyrostków i chuliganów usiłowały zakłócić spokój, co spotkało się ze zdecydowaną reakcją społeczeństwa. Jak dowiedzieliśmy się później, po rozpędzeniu tego pochodu władze przywiozły autobusami na któryś z warszawskich placów „obywateli”, którzy wznosili okrzyki przeciwne do tych, które wznosił tłum spod Katedry. Był rok 1966. Pierwszym sekretarzem PZPR by Władysław Gomułka, a marzec ’68 miał być dopiero za dwa lata.

Z życia w PRL

Sprawa z Wałęsą wstrząsnęła społeczeństwem bardziej chyba nawet niż ustawa inwigilacyjna czy zmagania o Trybunał Konstytucyjny. Pewnie dlatego, że ustawy mogą się wydawać dalekie od naszego życia, ale jak zszargano imię Wałęsy dotyczy chyba nas wszystkich. Dziś kolejny wpis…

Krystyna Koziewicz

Wbrew własnej woli

Osobiście z SB nie miałam nigdy nic wspólnego, ale przypadek sprawił, że co nieco mogłam się dowiedzieć. A było tak…

Wspólnie z moim eks pilnie poszukiwaliśmy dla naszej rodziny mieszkania, o którym w tamtych latach można było tylko pomarzyć. Mieliśmy dużo szczęścia, bo trafiliśmy na człowieka, zresztą pijaczka, który akurat chciał odsprzedać, rzekomo własne, lokum. Radości nie było końca, cieszyliśmy się, że złapaliśmy pana Boga za nogi, wszak byłam w ciąży, krótko przed rozwiązaniem. Za pożyczone pieniądze kupiliśmy mieszkanie z umową i meldunkiem. Spokojnie zaczęliśmy się urządzać, kupiliśmy meble, jednak ten stan nie potrwał zbyt długo, o co postarali się nasi przyszli sąsiedzi. Dziwnie zaczęli dopytywać się o nasze miejsca pracy, więc dumnie odpowiadałam, że ja pracuję w oświacie, a mąż w opolskim teatrze (zmieniał zakłady, jak skarpetki, ale o tym potem).   Patrzyli na nas, jak na Marsjan, z kolei nas dziwiła ich reakcja i wścibskość. Rychło się jednak wyjaśniło, a to, co usłyszeliśmy od naszych życzliwych sąsiadów, było po prostu szokiem, bo okazało się, że budynek był własnością milicji.

Gorzej być nie mogło. Wkrótce otrzymaliśmy pismo z nakazem opuszczenia lokalu. My jednak nie chcieliśmy się poddać. Mąż postanowił, a ja się zgodziłam, żebyśmy nie reagowali na pismo. W końcu byliśmy zameldowani przez urząd, więc o co chodzi? Otrzymałam wezwanie do osobistego wstawienia się na milicji, a tam bez jakichkolwiek wyjaśnień urzędnik zaczął pisać akt eksmisji. Stukanie na maszynie zostało przerwane w momencie, kiedy zażądali okazania mojego dowodu, by prawidłowo wpisać poprzednie miejsce zamieszkania. Chodziło o mój poprzedni adres, bo tam miałam zostać eksmitowana. Adres brzmiał Dom Dziecka w Skorogoszczy. Co, w Domu Dziecka? Zdenerwowany urzędnik wyciągnął kartę z maszyny i wyszedł.

Po upływie kilku minut, które dla mnie były jak wieczność, urzędnik wrócił i wręczył mi oficjalnie przydział na mieszkanie z zapewnieniem, że mogę sobie spokojnie mieszkać tak długo, jak długo zechcę. W tym momencie ogarnął mnie spazmatyczny płacz ulgi i uczucie radości, że wśród milicjantów byli też ludzie. Z łezką w oku wspominam ten humanitarny gest.

W ten oto sposób znalazłam się w „doborowym” towarzystwie, gdzie sąsiadami byli pracownicy SB i milicji. Często chwalili się swoimi „osiągnięciami”, jak czytanie poczty zagranicznej czy sensacyjek kryminalnych. Od nich dowiedziałam się rewelacji, że każdy kto miał telefon, musiał wcześniej otrzymać akceptację SB, a kto chciał wyjechać Zachód, zobowiązany był podpisać lojalność wobec polskiej racji stanu. Mówili ogólnikowo, więc nie jestem w stanie wyciągnąć z pamięci więcej szczegółów.

Mój stary był do sąsiadów wrogo nastawiony, po prawdzie to nimi gardził, głównie za kapowanie. Oni uważali go za wichrzyciela, bo słuchał radia Wolna Europa, nie chodził na wybory i oficjalnie wyrażał antykomunistyczne poglądy. Najgorzej było w dzień wyborów, pamiętam, że za każdym razem przyjeżdżali po niego suką, przypominając o obowiązku. Z tego też powodu miał przechlapane w zakładach pracy, bo głośno krytykował komunę, stawiał się kierownikom, dyrektorom i różnej maści funkcjonariuszom partyjnym. Lekceważył ich, naśmiewał, więc długo nie zagrzał miejsca w żadnym zakładzie pracy. My, rodzina, cierpieliśmy z tego powodu, brak było bowiem stabilizacji finansowej.

Któregoś razu zniknął bez śladu, nikt nie wiedział, co się z nim stało? Byłam bliska załamania, a on po prostu zwiał za granicę nielegalnie, bez paszportu. Jednak bez happy endu, bo został zatrzymany na granicy czesko-austraickiej. Otrzymał pół roku do odsiadki. Z więzienia wrócił nieco spokojniejszy, mniej prowokował publicznie, ale marzenie wyjazdu za granicą dalej w nim drzemało.

Często otrzymywał wezwania do stawienia się na posterunku policyjnym… powiedziałabym, że nawet bardzo często. Zawsze wracał zakłopotany, zamyślony, widać było, że ma problem. Początkowo nie chciał mnie wtajemniczać, ale w końcu przyznał, że musiał podpisać jakąś lojalkę. Co to oznaczało? Do końca nie wyjaśniał, ale zapewniał, że „nie jest taki głupi, jak sobie myślą”. Chciał koniecznie wyjechać na Zachód, żyć w wolnym kraju, dobrobycie i podróżować po świecie.

Złożył wniosek o paszport, który po wielokrotnych odmowach, dziwnym trafem otrzymał, ale wcześniej został wezwany na rozmowę. I znów ta sama śpiewka, najpierw musiał coś podpisać i dopiero wtedy mógł by wyjechać – oznajmił mu urzędnik. Wtedy po raz pierwszy ujawnił mi w tajemnicy, co chcą, ale także i tym razem zapewniał, że „głupiego znaleźli”. Wiedziałam, że nikogo nie sypnie, nie zdradzi, ale też wiedziałam, że będzie to koniec dla naszej rodziny. I tak też się stało. Bał się wrócić do Polski, pozostał na Zachodzie, a my rozeszliśmy się.

Takie były czasy, że wbrew woli, ludzie prawdopodobnie musieli podpisywać tzw. lojalki, co wcale nie znaczy, że od razu donosili. Zatem, ostrożnie w ocenach Wałęsy, bo Wałęsa dla SB to dopiero był gruba ryba, mój eks był tylko płotką, a jakie miał kłopoty.

Wiem jedno, że prawie każdy mężczyzna, który w latach 60 i 70 wyjeżdżał zagranicę musiał odbyć rozmowę z urzędnikiem policyjnym. Innej opcji nie było, ale to nie oznacza, że byli współpracownikami SB czy innych organów. Wśród nich byli tacy, co pozostali na Zachodzie, bo nie godzili się na współpracę, bali się wrócić do kraju w obawie przed przykrymi konsekwencjami. Pewnie byli też tacy, co bez problemu wyjeżdżali tam i z powrotem, jak mój dawny znajomy. Może oni byli nadgorliwi, ale to są jedynie moje przypuszczenia.

Zresztą moi sąsiedzi sami w przypływie szczerości opowiadali, jak popisywali się przed szefem pracowitością. Podobnie jak ojciec kolegi, który tuż przed śmiercią wyznał mu, że wiele fikcji produkował w aktach policyjnych.

To byłoby na tyle! To sobie przypomniałam w tym okrutnym czasie, kiedy atakuje się człowieka, któremu Polska wiele zawdzięcza. Nie ma ludzi kryształowych, ale na miłość boską – osądzajmy przywódców partyjno-rządowych i czasy, w jakich przyszło nam żyć, a nie tych zwykłych ludzi, którzy często musieli postępować wbrew własnej woli.

Maile z Polski 2

Mężczyzna po 50

Chciałem nawet napisać coś o tym wcześniej do Ciebie – ale dopiero dziś ten atak na Wałęsę, który nastąpił po ujawnieniu jakichś przestarzałych i nie wiadomo czy prawdziwych (zresztą to i tak nie ma znaczenia) dokumentów, skłonił mnie do oceny tego, co się dzieje.

To jest nieprawdopodobne, co może zrobić żądza zemsty, nienawiść, pycha i chore poczucie misji dokończenia rewolucji – gdyby nie te okropne cechy, Polska byłaby już dawno wielkim i silnym krajem… a tak – wystarczy włączyć TVP i posłuchać wypowiedzi niektórych komentatorów, którzy z poczuciem wyższości, nieomylności i misji poszukiwania prawdy i obłędem w oczach objaśniają zdezorientowanym widzom – gdzie jest owa prawda, gdzie jest
to czarne, które nie jest białe i odwrotnie. Najwięcej szkody dla Polski
czynią właśnie tacy ludzie którzy obsesyjnie szukają nie dobra- lecz zła – w innych. Tacy właśnie, którym mityczne poszukiwanie prawdy uniemożliwia znalezienie miłości.

Mężczyzna po 50

…tu się w ogóle robi taka sytuacja, że jak się z kimś rozmawia, to trzeba najpierw pomyśleć, zanim się coś powie bardziej ogólnego, o sytuacji, lub na temat społeczny, lub nie daj Boże polityczny… – bo może on jest zwolennikiem …? więc najpierw trzeba wybadać – mówiąc tak, jakby od niechcenia – “ja to nie oglądam telewizji” – i obserwować, co na to rozmówca… w zależności co powie, kontynuować rozmowę w pożądanym kierunku, tak, aby nie urazić adwersarza.
Gdy kupuję “Gazetę…” staram się publicznie nie czytać jej zbyt obcesowo – ewentualnie tylko strony sportowe – udając, że tylko to mnie interesuje – byłem bowiem świadkiem w autobusie agresji pewnego pana, który wykrzykiwał coś bardzo wyrazistego pod adresem czytającego “Gazetę…”

Listy z wanny

r.d. pisuje u nas mniej więcej raz na rok, czasem dwa razy, nieodmiennie budząc oburzenie osób dobrze wychowanych, bo słownictwo ma, no… ma, jakie ma. ale jak się wczytać, a nie obruszać, to pod spodem… no, to pod spodem szczera prawda. ostatnio został dziadkiem i podpisuje się z niemiecka opa r., ale to on.

hallo,

po przyjeździe ze szczecina z pogrzebu mojego starego kumpla (40 lat znajomości), rozchorowałem się na dobre.
katar, kaszel, gorączka (w szczecinie w obu kościołach było strasznie zimno, a na cmentarzu szalał wiatr).
ponadto na stypie tak się upiłem, że do berlina wróciłem prawie na czworaka. szczęście, kurwa, że mnie w pociągu nie okradli. miałem przy sobie fajny “elepstryczny” aparat fotograficzny ze zdjęciami z tego tragicznego dnia.
moja muza g. opierdoliła mnie dopiero następnego dnia. pierwszego i tak by do mnie nic nie dotarło.
ale wracając do przeziębienia. dzisiaj wlazłem do wanny i walnąłem cztery stakanki czeskiej beherovki. mam nadzieje, że już wyjdę na prostą.
(jeżeli chcecie obrazić czecha, to pochwalcie słowacką demänovkę jako lepszą od becherovki, a jeżeli chcecie mieć wroga w słowaku, to powiedzcie, że becherovka jest lepsza od demänovki. ja nigdy tego błędu nie popełniam i zawsze mam serce czecha/słowaka w kieszeni.)

w wannie czytałem sobie (po polsku) analizę twórczości tadeusza kantora. dowiedziałem się trzech rzeczy, które może i kiedyś już wiedziałem, ale zapomniałem:
– teatr “cricot” to pisany “z francuska” anagram od “to cyrk”
– o żydowskim pochodzeniu kantora, napisane było “od początku lat 40 mieszkał w krakowskim getcie” (pisane przez jedno “t”). kurwa, taki idiotyzm, “mieszkał” i “geto”, może napisać ktoś głupi, albo bardzo mody. w gettcie się nie mieszkało. tam człowieka zsyłano, osiedlano, zakwaterowywano lub zmuszono do pobytu.
– autorka napisała, z czym się zgadzam, że kantor w swoich działaniach (plastycznych i teatralnych) “ciosał, szlifował i studiował swoje wnętrze”.
zacząłem przemyśliwać tę analizę i wykrzyknąłem jak jakiś archimedes z wanny: “heureka!!!”
toż to za socjalizmu, zdążającego do komunizmu, za najbardziej szalejącej cenzury, w PRL, tworzono teatry na miarę światową, które coś do niego (światowego teatru) wniosły a niekiedy nawet i zrewolucjonizowały (kantor, szajna, grotowski). a teraz?

później przerzuciłem się na najnowszy numer miesięcznika “jazz forum”. czytam/prenumeruje go już 50 lat. kurwa, jak ten czas leci. niesamowicie szybko. niezadługo pójdę/pójdziemy w ślady mojego kumpla. tak nawiasem to jego żonę znam dłużej. pod koniec lat 60, jako student, miałem ćwiczenia z metaloznawstwa w zakładzie odlewnictwa, gdzie właśnie alina, kobieta o oryginalnej i fascynującej urodzie (i dlatego wszyscy studenci ją na wsze czasy zapamiętali), była asystentką.

pod koniec stycznia byliśmy (g. i ja) 8 dni na nartach w austrii. (30 raz w tej samej wiosce i 30 raz w tym samym pensjonacie).
ja, jako profesor mniemanologii stosowanej oraz socjolog amator, prowokowałem z naszymi znajomymi rozmowy na temat “uciekinierów”. nie spotkałem nikogo, kto byłby pozytywnie nastawiony do tej problematyki. syn naszej znajomej jest oficerem w armii austriackiej, która została teraz odkomenderowana na granicę niemiecką do regulacji tego “przepływu” (gdyż służby graniczne i celne zostały już dawno zlikwidowane). żaliła się nam, iż z przerażeniem obserwuje, jak jej syn się teraz radykalizuje. te “uciekiniery” traktują austriackie urzędniczki poniżej kozy i aby wzmocnić swe arabskie argumenty, ponieważ nie znają niemieckiego, plują na nie. niekiedy zdarza się, że taki uciekinier zwraca się (po angielsku) z pytaniem: “a gdzie są klucze?”, “jakie klucze?”, “no do tego domu, który mamy otrzymać!”

3-tu-bylemnajlepszy numer udało mi się “wykręcić” w tamtejszej cukierni/piekarni/kawiarni. raz się żyje i grażyna poszła kupić ciastka. towarzyszyłem jej i po wejściu do cukierni powiedziałem “grüß gott… niech będzie pochwalony, my jesteśmy uciekinierzy z syrii i przyszliśmy spytać, co można u państwa otrzymać za darmo”. mieliśmy szczęście, była nowa sprzedawczyni, która nas nie znała. i ona, i siedząca przy stoliku para, popatrzyli na nas z takim obrzydzeniem, jakbyśmy byli gównem pływającym na powierzchni wody wypełniającej wannę, w której zaraz będą zmuszeni się wykąpać. w tym momencie usiłowałem wszystko zamienić w żart, co tylko jeszcze wzmogło podejrzliwość obecnych, którzy nie potrafili ocenić, co jest żartem.
następnego dnia g. poszła znowu kupić ciastka, raz się żyje, i wtedy była już nasza stara znajoma, gdy jej opowiedziałem epizod z dnia poprzedniego, śmiała się do rozpuku.

2-jazda-na-dol
no nic, idę spać.

opa r.

p.s. jak tak sobie niekiedy popatrzę, poczytam, posłucham w “internetowniku” tego, z czym się teraz w prl-bis produkują niejakie kukizy, ziobry czy maciarewicze, to dostaje odruchów wymiotnych.

Reblog: Paryż, Wrocław…

To już trzy miesiące temu…

Krzysztof Ruchniewicz

Kartka z Paryża

Miałem okazję być już kilkakrotnie w Paryżu. Częste podróże tępią wrażliwość na nowe miejsca. Jednak paryskie dni zawsze przynosiły mi coś nowego, zaskakującego. Tym razem spotkałem inny Paryż. Nadal widać w nim skutki niedawnego ataku terrorystycznego. Na ulicach częste patrole wojskowe i policyjne. Wchodząc do księgarni, musiałem pokazać zawartość torby. Przy wejściu na Sorbonę znów musiałem ją otworzyć, sprawdzono też moje dokumenty. Dziwne uczucie, odzwyczaiłem się od takich przeżyć. Gdzieś tam odżyło w mojej głowie mgliste wspomnienie Wrocławia pod koniec grudnia 1981 r., ale także w 1997 r. Paryż, wspaniała europejska stolica, od kilku miesięcy jest przecież miastem stanu wyjątkowego. Z jednej strony zagrożenie, ale z drugiej wiele przykładów solidarności i bliskości mieszkańców.

2016-02-05_paryz (3 von 17)

Tragedia Paryża z listopada ubiegłego roku pod nawałą kolejnych wydarzeń, także naszej krajowej polityki, zblakła. Przyjechałem nad Sekwanę, myśląc o sprawach, które mam załatwić w ciągu kilku godzin, a nie o ewentualnym zagrożeniu. Szybko jednak uświadomiłem sobie, że Paryż się zmienił. Moja linia metra miała spore opóźnienie. Wywołała je pozostawiona na którejś ze stacji bezpańska paczka, którą trzeba było skontrolować. W stolicy Francji, wielomilionowych mieście, odczuwa się dalej skutki listopadowych zamachów. Trwa żałoba po zabitych. Każda z nich pozostawił rodziny, przyjaciół, znajomych, choćby sąsiadów wstrząśniętych jego losem. Liczba ofiar i ich przypadkowość zrodziły strach. Nie tak łatwo się go pozbyć. Podsycają go w jakiejś części także stosowane środki bezpieczeństwa. Na ulicach uzbrojeni żołnierze i policjanci. Przed budynkami użyteczności publicznej stoją wzmocnione warty. Obecna sytuacja Paryża przypomniała mi, przy wszystkich zastrzeżeniach na temat możliwości lub nie takich porównań, Wrocław w tragicznych momentach: 1981 i 1997 r.

2016-02-05_paryz (8 von 17)

Paryscy przyjaciele z jednej strony mówili oczywiście o strachu, żalu z powodu bezsensownej śmierci tylu ludzi, z drugiej jednak podkreślali, że to doświadczenie zaczęło mocniej łączyć mieszkańców miasta. Skłoniło ich do refleksji nad wartościami, które są dla nich ważne i które łączą większość paryżan, tworzą tożsamość miasta. Reakcją na ataki terrorystyczne nie był jedynie lęk. Owszem, bano się, ale nie skłoniło to ludzi do ucieczek z ulic miasta, schowania się w zaciszu mieszkań czy domów. Paryżanie wylegli na balkony, na ulice i place miasta. Nie zrezygnowali z życia towarzyskiego, odwiedzania restauracji, udziału w publicznych spotkaniach. Sprzeciw wobec przemocy można manifestować na wiele sposobów, na wiecach i pochodach, w medialnych oświadczeniach, ale też w codziennym życiu, w utrzymywaniu jego dotychczasowego kształtu, zwyczajów, piękna codzienności. Gdy otarliśmy się o stratę, bardziej doceniamy to, co jednak nam los dał. Stąd duma z miasta i jego mieszkańców.; stolicy „słodkiej Francji”, ale też jednej ze stolic świata, na ulicach której stykają się z sobą codziennie ludzie różnych ras, narodów i kultur.

2016-02-05_paryz (10 von 17)

To poczucie jedności, ale i dumy też we Wrocławiu znamy. Na nim opierała się solidarnościowa twierdza Wrocław, to ono wspaniale rozwinęło się przy układaniu worków z piaskiem i obronie Ossolineum przed „wielka wodą”. Tragiczne wydarzenia mogą budować wspólnotę, choć oczywiście zależy, jak je potraktujemy, czego będziemy się w nich dopatrywać. Paryżanie zdali też egzamin ze swej otwartości i tolerancji, w które przecież bezpośrednio uderzyli terroryści. Nie pozwolili, aby strach i nienawiść nad nimi zapanowały. Na ulicach Paryża nie zapłonęły kukły muzułmanów, a skrajna prawica, choć bardziej popularna niż wcześniej, nie wygrała wyborów regionalnych w grudniu 2015 r. Oczywiście, nie oznacza to że problemy zniknęły, a sprawa imigracji nie wymaga głębokiego namysłu i nowych rozwiązań. Nie powinno się ich jednak szukać pod naciskiem ulicy.

2016-02-05_paryz (11 von 17)

Wrocław od kilku tygodni jest Europejską Stolicą Kultury. Do swego wizerunku od lat wpisuje takie wartości jak tolerancja, szacunek dla inności, ciekawość różnicy, otwartość i przyjaźń. To piękna opowieść, ktoś powie, że czasem piękniejsza niż nasza rzeczywistość. Tak chyba musi być. Mieszczą się w niej wartości, które łączą nas nie tylko z paryżanami. Trzeba nie tylko deklarować przywiązanie do nich, ale i ich bronić. 18 listopada ubiegłego roku, gdy na wrocławskim rynku zorganizowano nacjonalistyczną demonstrację i spalono przy tej okazji kukłę Żyda, Wrocław pozwolił nimi zachwiać. Stało się tak, choć kilka dni wcześniej ulicami miasta przeszedł marsz pamięci w rocznicę „kryształowej nocy”. Grupa głośnych nacjonalistów, próbuje unieważnić takie gesty, dowieść że są to przekonania ważne dla marginalnej części wrocławian. Takie słowa słyszymy co roku w trakcie marszy skrajnej prawicy. Ostatnio próbuje ona zwiększyć ich siłę oddziaływania antyislamskimi odniesieniami, ot taki sztafażyk chwili dla podniesienia „klikalności”. Posunięto się do tego chyba dlatego, że dotychczasowe ksenofobiczne okrzyki wyniesione na ulice z okolic stadionów i różnych zakamarków, mają za mały rezonans wśród wrocławian. Może wizja krwiożerczych hord spod znaku Półksiężyca poruszy kogoś bardziej niż krzyki o „Wielkiej Polsce Katolickiej”.

2016-02-05_paryz (13 von 17)

Próba aktywowania w mieście jakiejś polskiej odmiany PEGIDY nie wypaliła, manifestacji nie będzie. Może pomysłodawcy sprawdzili czym lub kim owa PEGIDA jest. Nie oznacza to jednak, że Wrocław nie powinien jasno wyrazić swego stanowiska. Wrocławianie nie powinni wobec werbalnej nienawiści, ale i ewentualnych przejawów jawnej dyskryminacji i pogwałcenia praw mniejszości przechodzić obojętnie. Przypomnijmy sobie różne analizy badaczy wrocławskiej społeczności końca lat 90. XX w. Podkreślali oni, że właśnie zakończyło się formowanie poczucia więzi wrocławian z ich miastem. O ile wcześniej można było definiować mieszkańców stolicy Dolnego Śląska poprzez różne miejsce pochodzenia ich rodzin, to po 1997 r. coraz częściej artykułowano identyfikację najprostszą, właśnie wrocławską. Jej fundamentem jest doświadczenie historyczne, zwłaszcza XX w., w którym nie zabrakło przemocy, nienawiści ich strasznych konsekwencji.

2016-02-05_paryz (16 von 17)

W drodze na lotnisko zatrzymałem się na krótko przed katedrą Notre Dame. Spotkałem tam dwóch starszych mężczyzn, którzy karmili gołębie. Ptaki sprawiały wrażenie oswojonych, a panowie szczęśliwych. Ten sielski obrazek kontrastował ze scenką rozgrywającą się obok. Trzech uzbrojonych po zęby żołnierzy przemierzało plac, rozglądając się czujnie. Opiekunowie gołębi sprawiali wrażenie stałych bywalców, paryskiego ulicznego folkloru. Żołnierze byli oznaką dzisiejszej sytuacji. Czy przejściowej?

2016-02-05_paryz (14 von 17)

Maile z Polski

Styczeń 2016

Mężczyzna, po 50

dziś demonstracja… wspaniale było…

Mężczyzna, 60 lat

… to pewnie też kwestia wieku,
gdybym miał 30/40 lat, to bym się spakował i wyjechał,
w wieku 60 lat, to jest naprawdę trudna decyzja,
stad moja frustracja …
sam już nie wiem, co robić …
prowadzę rozmowy dotyczące nowych projektów,
więc może jeszcze trochę pooszczędzam,
szczególnie, że czasy idą ciężkie,
ale nie wiem, czy nadążę z odkładaniem …

ponieważ ostatnie kilkanaście lat wyglądało, że w Polsce da się żyć,
więc wszystkie aktywa na przyszłość (mieszkania, oszczędności)
zgromadziłem w PLN,
a teraz paru cwaniaków z PiS postanowiło się dorobić na społeczeństwie,
i w kilka miesięcy zdewaluowali PLN o ponad 12%
(pomijam co zrobili z giełdą – tam na szczęście nie mam żadnych aktywów);
… z moich zasobów odłożonych na emeryturę ukradli mi tyle,
ile odłożyłem przez ostatnie 1,5 roku (i to pracując na dobrym
kontrakcie);
jestem kompletnie zdołowany 😦
jak coś zdecyduję, to może przyjadę do Berlina na dzień/dwa,
trochę się rozejrzeć, i pooddychać normalnym powietrzem
(zanim zamkną granice)

Mężczyzna, 30 lat

czyli byłby sens przyjechać w połowie miesiąca
ale ja nie wiem, czy wytrzymam tu do tego czasu.

tu jest tak strasznie
okropnie
smutno
pochmurno
blotniście
depresyjnie
przygnębiajaco
beznadziejnie

Mężczyzna, 44 lata

… rozpada się nam marzenie o wspólnej Europie. Najboleśniejsze jest jednak to, że konsekwencje tych durnowato-radosnych działań międzynarodówki nacjonalistycznej ponosić będzie pokolenie Twojego wnuka. Ludzie tak naprawdę nie lubią wolności – mają to w naturze.

Czeka nas bardzo długa zima!

Dlaczego Ci tak od rana psuję humor? Bo ja wiem? Może po prostu chcę się spytać: czy jest coś, czego my nie wiemy o naszych rodakach? Czyżby naprawdę dojrzeli do dyktatury?

Swoją drogą mam też refleksję. Ja się nie znam, to Ty byłaś w konspiracji, tak tylko sobie głośno myślę; czy w tych okolicznościach KOD i podobne inicjatywy nie wystrzelają się za szybko? Czy nie trzeba myśleć o czymś bardziej długofalowym, takim bardziej pozytywistycznym niż romantycznym? Co Ty na to?

I nie o słuszność chodzi – oboje wiemy, że sprawa jest słuszna – tylko o skuteczność. Ja nie chcę dulce et decorum umierać, lecz efektownie zwyciężyć, choćby i za jakiś czas. Myśl, weteranko! Jak będziesz miała pomysł na Drugą Kadrową, to będziesz też miała mój akces!

 

List otwarty do Ministra i innych takich, co…

Najpierw posłuchajcie


teraz poczytajcie TU, a pod spodem pytanie do dyskusji: co o tym sądzicie?

Styczeń 2016, Berlin, Kolonia, Weimar…

List otwarty

do Ministra Edukacji
do Dyrektorów i Nauczycieli polskich szkół, a także rodziców i uczniów oraz wszystkich, którym nie jest obojętne

od Polaków mieszkających w Niemczech

Szanowne Panie i Panowie, drodzy Rodacy,

z ogromnym smutkiem, ale już też przerażeniem, obserwujemy wszystko, co w ostatnich miesiąch dzieje się na linii współpracy polsko-niemieckiej. Do każdego z nas docierają z Polski pytania od znajomych i nieznajomych: “czy w Berlinie jest bezpiecznie?”, “czy możemy jeszcze spędzić weekend w Niemczech, zanim będzie za późno?”, “co powiedzieć rodzicom, którzy rezygnują ze szkolnej wymiany polsko-niemieckiej?”, “jak przekonać nauczycieli, którzy nie chcą brać udziału w wycieczce za Odrę?“

To z jednej strony.

Z drugiej, tej niemieckiej, padają pytania: “czy w Polsce jest jeszcze bezpiecznie dla obcokrajowców?”, “czy mogę pojechać do Warszawy, jeśli mam ciemniejszą karnację?”, “czy moje dzieci na wycieczce klasowej nie doświadczą ogólnie dostępnego i akceptowalnego rasizmu?”

Mamy tego dość. Chcemy wspólnie przeciwstawić się strachowi! Strachowi podpartemu niewiedzą. Nie może tak być, żeby sąsiedzkie kraje tak bardzo się siebie bały.

Chcemy wypełnić pustkę, która wciąż panuje w Polsce. Wypełnić zaufaniem, wiedzą i doświadczeniem. Doświadczamy wielokulturowości na co dzień. Mieszkamy w niemieckich miastach, nie rozróżniamy ludzi na tych z jaśniejszą i ciemniejszą karnacją. I marzy nam się, żeby w naszej Polsce też tak było.

Nasze dzieci uczą się języka polskiego, czytają polskie książki i spędzają w Posce wakacje. Wielu z nas rozważa powrót do kraju. Ale do kraju otwartego na świat, otwartego na inność. Wierzymy, że to właśnie szkoły mogą zdziałać cuda. Pokazać, wytłumaczyć, zachęcić i uspokoić: swoich uczniów i rodziców. Szkoły i cały system edukacji, muszą przeciwdziałać nienawiści i nie pozwolić Polsce i jej obywatelom, także tym najmłodszym, by stały się prowincją Europy i świata.

My, Polacy w Niemczech

KOT czyli KOD

Ewa Maria Slaska

Jeśli gwiazdki z nieba chcesz…

Dawno nie pisałam o kotach, a tymczasem życzliwi nadesłali kolejną porcję pięknych kotów. A więc do dzieła, kobieto, którą kiedyś pomówiono o to, że pisze tylko o kotach!

Zacznijmy więc od tego, że TEN KOD się jednak pisze przez D. Wszyscy wiemy, ale gdyby przypadkiem jeszcze ktoś nie wiedział, to jest to Komitet Obrony Demokracji, powołany do życia w listopadzie 2015 roku przez Mateusza Kijowskiego. Pomysłodawcą był jednak Krzysztof Łoziński, pisarz i opozycjonista, który w wywiadzie dla portalu Studio Opinii powiedział, że w obliczu zmian prawa, forsowanych przez właśnie wybraną partię PiS, należałoby na podobieństwo KOR-u czyli Komitetu Obrony Robotników, powołać Komitet Obrony Demokracji.

I tak się stało. 21 listopada na Facebooku powstał KOD, a już 3 grudnia grupa wyszła z Facebooka na ulice, najpierw w Warszawie, a potem w wielu innych miastach, w Polsce i poza granicami, w tym w Berlinie 19.12.2015 (demo w obronie TK).  Grupy krajowe powstawały z początkiem grudnia tak jak grupa niemiecka.

Dalej będzie już o KOT-ach przez T na końcu. Na początek przez dwa TT. Jan Kott, pisarz, opozycjonista, historyk literatury i nadwyczajny wręcz znawca Szekspira (na dodatek obrazoburczy!), miał ponoć opowiedzieć komuś, że jak go w PRL-u za karę postanowiono usunąć z kolejnego wydania Wielkiej Encyklopedii Powszechnej, na jego miejsce musiano wstawić aż dwa koty przez jedno t na końcu. Odpowiednio przykrojone hasła kot domowy i kot dachowy (może mylę drugi z przymiotników, ale na pewno pierwszy był kot domowy) wypełniły szczelnie encyklopedyczną lukę po niepokornym pisarzu. Bo jak się poprawia wielkie leksykony, nie można niczego ot tak sobie wyrzucić, jako że usunięcie jednej tylko maleńkiej notatki, że Aaa kotki dwa to onomatopeiczny wers z popularnej polskiej kołysanki, mogłoby spowodować konieczność zmiany układu (graficznego) i składu (zecerskiego) całego tomu…

Opowiedział mi to kiedyś przyjaciel, a ja tego nigdy nie sprawdziłam. Nie mam starej encyklopedii wielotomowej, sięgam więc do jedynej, jaką posiadam: Encyklopedia Popularna PWN, wydanie dwudzieste drugie zmienione i uzupełnione. Rok 1992, Jan Kott wrócił już do encyklopedii, ale, pewnie znowu przez tych strasznych layoucistów, ma wpisik znacznie mniejszy niż kot domowy. I nie ma zdjęcia, podczas gdy kot ma nawet dwa obrazki, u góry kot domowy, który wygląda jak puszysty pers, pod spodem kot bezrasowy, ani chybi tygrys.

Nota bene linijki Aaa kotki dwa w encyklopedii nie ma. A powinna, bo to piosenka z dużą tradycją, choć dziś śpiewana w wersji poważnie zmienionej i skróconej. Oryginalną wykonali Adolf Dymsza i Eugeniusz Bodo w przedwojennym filmie dla dzieci Paweł i Gaweł. Autorami słów byli Jerzy Nel i Ludwik Starski, muzykę skomponował Henryk Wars. Ach, cóż to jest za piosenka!

Po KODzie i KOTTcie pora na Kota. Już jak trzeba, z jednym t na końcu, ale jeszcze z dużej litery. Taż sama encyklopedia przywołuje jakiegoś KOTa, Stanisława, 1885-1975, historyka, polityka, działacza ruchu ludowego. Napisał książkę Rozmowy z Kremlem. Rok mamy może już 1992, ale nasz polityk ma wpis odrobinkę dłuższy niż kot domowy i dwa razy obszerniejszy niż KoTT z dwoma TT.

Na zakończenie kilka kotów, przez jedno t na końcu i z małej litery. Nie szukam i nie szperam, po prostu sięgam do zasobów mojego Facebooka. Co dobre dla KOD, tym się zadowoli również kot.

Paul Klee. “Cat and Bird.” 1928. The Museum of Modern Art, New York.

Kot śnieżny znaleziony na Facebooku, “kakałko” od Julity, pozostałe trzy koty nadesłane przez Danusię.

Ja z kotem na spacerze. Dzieło wnuka.

Nadesłane przez moją siostrę.

Mój własny kot w moim własnym mieszkaniu – zdjęcie zrobione przeze mnie samą.  Umieszczam, bo chciałam tu zamieścić wszystkie koty z mojego Facebooka, które pojawiły się tam od czasu, gdy napisałam ostatni wpis o kotach. Kot wrócił mianowicie z pracy, o czym TU.

I na zakończenie najbardziej niezwykły obraz z kotami, jaki ostatnio widziałam, nadesłany przez kuzynkę, tzw. Kanadyjkę.
Carl Kahler
AUSTRIAN
MY WIFE’S LOVERS
Sprzedany w Sotheby za 826,000 USD  (wyceniony na 200.000, zarobił cztery razy więcej)

Do cats have nine lives?  While more than 3,000 people perished in the San Francisco Earthquake of 1906, Carl Kahler’s monumental canvas depicting 42 larger than life sized cats survived the destruction and devastation.  The history of what has been referred to as “one of the finest cat pictures in the world” (Oakland Tribune, February 4, 1930, p. 50) dates back  to the early 1890s when it was commissioned by cat enthusiast,  Kate Birdsall Johnson of San Francisco.

Mrs. Johnson was a millionaire and she loved cats, especially fancy Persian and Angora breeds. She housed 350 cats in her 3000 acre summer residence, Buena Vista, located near Sonoma, California. There, her pets were cared for by a troop of servants hired specifically for this purpose, and entertained by parrots and cockatoos, which coexisted with the feline community in the Johnson mansion. Each cat had a name, and recognized that name when called (Durling, p. 6).

In 1891, Mrs. Johnson commissioned the artist Carl Kahler to paint her cats. Kahler was Austrian by birth, but had established his career primarily as a painter of horse racing scenes in Australia and New Zealand, where he had worked for seven years. Upon arriving in the United States, his plan was to travel to Yosemite to make nature studies, but while in San Francisco, he was invited to visit Mrs. Johnson’s cat ranch.  Although Kahler had never painted a cat before, Mrs. Johnson hired him and for the next three years he sketched her cats in a variety of poses, thus becoming acquainted with their individual personalities and traits. The culmination of his work was our painting, titled My Wife’s Lovers, a title supposedly assigned by Mrs. Johnson’s husband.

The seated cat in the center of the composition was named Sultan. Mrs. Johnson found him irresistible and paid $3,000 for him during a trip to Paris.  “He attracted her fancy, but she was told that he was not for sale.  She asked what his value was, and then offered twice the amount, and brought Sultan home with her. He is a big, handsome cat, with a tawny brown coat with splashes of yellow in it and a white breast, and large green eyes” (Davisp. 12). Directly to Sultan’s left may be a cat called His Highness, a superb white Angora with bright blue eyes. His Highness appears in another painting by Kahler, seated on a table covered with a blue embroidered Japanese silk curtain (Davis p. 12). Together with Sultan and His Highness, forty other felines complete this extraordinary group portrait; their poses and expressions first captured in the individual sketches created by Kahler over a span of three years.

Mrs. Johnson lent My Wife’s Lovers to the 1893 Chicago World’s Fair, where it became an immediate sensation (Final Report of the World’s Fair Commission, Chicago, p. 58.). Soon after Mrs. Johnson’s estate auction of 1894, the painting was acquired by fellow San Franciscan Ernest Haquette who displayed it in his “Palace of Art Salon,” which was destroyed in the Great Quake. My Wife’s Lovers was next hung in Frank C. Havens’ Piedmont Art Gallery, a public museum, where it attracted further admirers. Later owners, Mr. and Mrs. Julian of Chicago, sent My Wife’s Lovers on tour through the United States in the 1940s and to Madison Square Garden for, appropriately, a cat-show. With the Julian’s promotion, Kahler’s work became so popular that 9,000 prints were sold after the original painting, and in 1949, Cat Magazine called it “the world’s greatest painting of cats.” (Robert Reed, “Inside Antiques,” http://www.waybacktimes.com). But this is not the end of the story.  Even after her death Mrs. Johnson continued to cherish her cats; her will stipulated a gift of $500,000 to guarantee their perpetual care and comfort.

Powyżej zacytowałam notatkę o tym obrazie zamieszczoną w katalogu aukcji Sotheby w dniu 3 listopada 2015 roku. Oto paralelność rzeczywistości. Listopad 2015. Sotheby sprzedaje 42 koty za prawie 900 tysięcy dolarów, w Warszawie powstaje KOD.

Ucieczka do Krainy Minionków

Auf Deutsch: wirschaffenes

Ewa Maria Slaska w imieniu Antona

Zabawy dziecięce

Tytuł pożyczyłam, oczywiście, od Pietera Bruegla Starszego. Rok był 1560. Od czasów starożytnych nikt nie malował dzieci. A on tak. Tak:

Dziś jednak historia całkiem współczesna o zabawach dziecięcych. Z zeszłego tygodnia. Bawimy się z wnukiem, co się odbywa według pewnego, od kilku miesięcy nie zmienianego schematu. Dostaję do ręki jakąś zabawkę wraz z informacją, czy jest ona „dobra” czy „zła”, i z pewną instrukcją wyjściową. Mam na przykład dwie pandy (pandy są “dobre”) i zadanie, by zbudować dla nich dom (to zabawa z tygodnia, gdy prasa podała, że zoo w Berlinie zakupi w Chinach nowe pandy; dla tych, co nie wiedzą informacja, że Berlin miał przez wiele lat dwie pandy, Yan Yan i Bao Bao, które kiedyś niestety zdechły – Yan Yan w roku 2007, Bao Bao w pięć lat później). Proponuję różne wersje domu, gaj bambusowy, namiot z koca, pudełko po butach, a pan reżyser decyduje, czy moje propozycje mu się podobają czy nie. Zaakceptowany domek dla pand okazał się pudełeczkiem-łóżeczkiem ustawionym koło doniczki z bambusami, a pod lampą, żeby misiom było ciepło. Wokół zamieszkały różne inne zwierzęta, krokodyle, delfiny, rekin, słoń, które przypłynęły do zoo arką…

Tym razem miałam wybudować dom z klocków lego. Potem drugi, potem trzeci. Jak się okazało domy stały na wyspie, a wokół reżyser ułożył morze z niebieskich szalików i kocyków. Do brzegu wyspy dobijały po kolei coraz to nowe amfibie. Mieliśmy naprawdę dużą flotę.

ucieczka6

W domach na wyspie zamieszkały różne ludziki lego. Wszystkie były „dobre”. Potem na wyspę napadli „źli”. Byli olbrzymi i pochodzili z innej kategorii lego, takiej, która pozwala konstruować potwory i roboty (dla znawców informacja: lego technics). Był zły zielony Sven (imię jest wspomnieniem po historyjkach o Wickim, małym wikińskim chłopcu), jego kolega – duży zły zielony Sven i jeszcze większy czerwony Sven, też zły.

ucieczka4 Złe Sveny napadły na wyspę i zaczęły burzyć domy. Reżyser zarządził, że „moje” ludziki muszą uciekać, ale niestety wciąż się okazywało, że każda amfibia, którą wzięłam do ręki, nie jest już nasza, bo zajęli ją “źli”. Wreszcie cudem jakimś udało mi się zbudować małą łódkę płaskodenną, zapakować na nią wszystkie moje ludziki i uciec z nimi na morze. Łódka płynęła bardzo niepewnie, było na niej tak ciasno, że wszystkie ludziki musiały stać.

ucieczka1

Dopłynęliśmy do tapczanu przykrytego białą narzutą. Były to Białe Góry, gdzie niestety też czaił się „Zły”. Przebrał się drań, wyglądał jak zwykły ludzik, ale tak naprawdę był „zły” i znowu trzeba było brać nogi za pas i wiosła w dulki. Na szczęście nasza łódka umiała fruwać i dolecieliśmy na szczyt wielkiej góry. „Zły” nas nie dogonił, ale i tak stało się niebezpiecznie, bo to był wulkan i po raz kolejny musieliśmy uciekać przez Białe Góry.

ucieczka3

Chciałam wracać na naszą wyspę, ale okazało się, że jest zrujnowana i nie ma dokąd wracać.

ucieczka5

Wreszcie zobaczyliśmy z daleka spokojny wesoły kraj. Był cały żółto-niebieski. Mieszkały tam minionki i jadły banany. Dopłynęliśmy ostatkiem sił i minionki powiedziały, że możemy zostać. Daliśmy ludzikom banany i położyliśmy je do łóżka.

ucieczka7

Co teraz, zapytałam? Nie wiadomo, odparł reżyser. Zawsze mogą się pojawić jacyś „źli” i zacząć strzelać. A jak trafią, to każdy „dobry” też stanie się „zły” (tak się zdarzyło w jednej z historyjek o smerfach). A co zrobić, żeby nie trafili? To zależy od Królowej.

Okazało się, że musimy opowiedzieć Królowej bajki. Ja mam opowiedzieć „dobrą” bajkę, pan reżyser – „złą”. Jeśli królowej spodoba się moja bajka, to dobrze, ale jeśli wybierze „złą”…

Opowiedziałam w skrócie coś w rodzaju Królowej Śniegu, która mieszkała w Białych Górach, i porwała chłopczyka, dziewczynka go szukała i znalazła, a pomagały jej pszczoły i ptaki. Królowa  podziękowała dziewczynce, przeprosiła chłopczyka i… Chłopczyk natomiast opowiedział o wielkiej czarnej dziurze, gdzie mieszkały czarne wielkie dinozaury (widzieliśmy takiego przed tygodniem w Muzeum Historii Naturalnej, miał na imię Tristan – idźcie zobaczyć). Wielkie dinozaury zjadły wszystkie czarne wrony i wypluły piórka. Tak dużo, że świat stał się cały czarny (tak się zdarzyło w legendach królestwa Chima).

No i co, zapytałam. Którą bajkę wybrała Królowa? Twoją, odparł reżyser. Powiedziała, że ludziki mogą zostać i „damy radę”.

Tak powiedziała: “wir schaffen es”.

ucieczka2