Wielka zaraza

Ewa Maria Slaska

W Eyam i gdzie indziej

1666Eyam

Christopher Duncan i Susan Scott, Czarna śmierć, wyd. Bellona 2004

XXXX
Andrzej Miszk
10 kwietnia
XXXX
Człowiek z nożem i kastetem – PIERWSZY INCYDENT ATAKU NA PIKIETĘ
xxxx
Doszło dziś do pierwszego incydentu przy proteście głodowym: krótko ostrzyżony człowiek podbiegł do baneru PROTEST GŁODOWY z zamiarem zniszczenia go. Zdążył przeciąć dwie linki zabezpieczające baner i odarł liczby dni głodówki. Jego dalsze działania przerwała Policja, która rzuciła się w pogoń za wandalem politycznym. Został złapany przez policjantów, którzy zapytali organizatora pikiety, czy wnosi oskarżenie przeciwko niemu. Organizator potwierdził.
XXXX
Ten incydent zakończył się bezpiecznie. Ale oczekujemy kolejnych. Spodziewaliśmy się, że od 10 kwietnia zaczną się ataki fizyczne naszych oponentów na pikiete i protest głodowy. I tak się stało. Na razie uszkodzono nam baner. Ale nie ukrywam, że widok wygolonego faceta 2 metry od mojego namiotu demolującego agresywnie naszą pikietę, budzi pewien niepokój. To znaczy, że bardziej zdeterminowani i zorganizowani przestępcy motywowani ideologicznie, mogą bez większego trudu skutecznie zaatakować urządzenia i ludzi z pikiety. Reakcja Policji była skuteczna, ale – w razie zaatakowania ludzi – byłaby spóźniona.
PS. W plecaku zatrzymanego oprócz noża znaleziono też kastet, który uważany jest za broń. Dlatego zatrzymany będzie odpowiadał nie tylko za zakłócenie manifestacji, ale też za nielegalne posiadanie broni. Zatrzymany i skuty w celi przejściowej na komendzie wykrzykiwał, że chciał dać nam sygnał… Możemy przypuszczać, jaki to sygnał i czemu służy i co zapowiada.

W czasach, w których wydaje się, że podłość i oportunizm owładnęły światem, stając się nową Wielką Zarazą, historia ostatnich 15 miesięcy wioski Eyam brzmi jak bajka albo przypowieść ewangeliczna. Dobrze jest przypomnieć sobie, że  istnieją godność, uczciwość, poświęcenie dla innych. Dużo myślę o ludziach z Eyam, w dniach, kiedy Dagmara Chraplewska-Kołcz i Andrzej Miszk czwarty tydzień głodują w namiotach na ulicy, wydani na pastwę głodu, zimna, obojętności a teraz jeszcze agresji. Myślę wtedy o tych, którzy dobrowolnie się spalili w imię wolności, sprawiedliwości i miłości. O lekarzach w getcie, którzy na własnym ciele badali objawy i rozwój choroby głodowej. O tym, że w getcie warszawskim nie zanotowano przypadków kanibalizmu.

PS.

Mija właśnie 350 rocznica wybuchu Wielkiej Zarazy, która miała miejsce w Londynie w latach 1665-1666. Zdaniem badaczy zmarło wtedy od 75.000 do 100.000 osób, około piątej części populacji miasta. Zarazę określa się jako wielką, bo była ostatnią powszechną katastrofą w Europie. Wygasła ostatecznie, gdy 2 września 1666 roku wybuchł wielki pożar Londynu, który zniszczył 2/3 powierzchni miasta.

Jednak największą pandemią dżumy była Czarna Śmierć, która w latach 1340-1350 zniszczyła pół średniowiecznego świata i przyczyniła się do prześladowania osób podejrzewanych o roznoszenie zarazy, Żydów, żebraków, trędowatych, obcokrajowców, generalnie więc innych i obcych… Ciekawe, że wówczas Polska potrafiła obronić się przed zarazą – możliwe, że dzięki kwarantannie wprowadzonej na granicach oraz izolowaniu miast zarządzonym przez Kazimierza Wielkiego.

Taniec śmierci Michaela Wolgemuta inspirowany czarną śmiercią

Czyli nie zawsze Wielka Zaraza musi nas zniszczyć, trzeba się tylko umieć bronić.

Zapomniane, odrzucone, przywrócone

Zapomniany wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej

Posłuchajcie nas, nieurodzonych,
Dotąd cichych, dotąd bez obrony –
chcemy bowiem przemówić nareszcie!

Nasze prawo – być dziećmi miłości,
powitanym jak najmilszy z gości,
Bez zapału – ku nam się nie śpieszcie!

Nasze prawo – to biała kołyska,
Pierś łabędzia, poznana w uściskach,
pod firanek wzniesionym batystem.

Nasze prawo – krew pełna ekstazy
Pięknych dziewcząt i mężczyzn bez skazy,
I kość cienka i źrenice czyste!

Nasze prawo – to godność człowieka!
Niech nam czoło potem nie ocieka,
Niech nas w kabłąk nie zgina robota.

Nasze prawo – to radość istnienia,
A nie martwa cierpliwość kamienia,
A nie wieczna za śmiercią tęsknota!

– Ktoś nas budzi niespokojną nocą –
Z chmur wyciąga – wolno wiedzieć, po co?
Macie dla nas coś nad sen lepszego?

Nasze prawo pozostać w przestrzeni,
W odległości od świateł i cieni.
Mamy cierpieć? dla kogo? dla czego?

Nie wciągajcie nas, smutni, za sobą,
W wasze życie osnute żałobą,
W przeraźliwą kronikę dzienników.

My nie chcemy ponurych suteren,
Przekleństw ojca! Wzniesionej siekiery,
Kołysanki z rzężenia i krzyku!

My nie chcemy pragnienia i głodu,
Chcemy pięknych, kwitnących ogrodów,
W pełnym słońcu chcemy przeżyć młodość.

Niech nas matki z bezmyślnego tłumu,
W imię Ducha Świętego, rozumu,
Na stracenie bezmyślne nie wiodą!

Więc nie straszcie nas życia rarogiem,
Bykiem strachu, godzącym w nas rogiem,
Kwaśną nędzą o płytkim oddechu.

Cień latarni, posąg na przecznicy,
Prostytutki upiór bladolicy
Niech nas w ciężkim nie urodzi grzechu!

Najpierw dary zgromadźcie bogate,
Piękność, zdrowie, rozum i dostatek.
Potem słońcem ogrzejcie sypialnię,

Potem progi zamiećcie na czysto,
Zanim bytu wielką rzeczywistość
Zaprosicie – już nieodwołalnie.

Kiedy życie poczujemy bliskiem,
Drżąc czekamy, więzieni łożyskiem,
Czy nam piekło czy niebo się ziści?

Monstrualne pochyliwszy czoło,
Wzdęte myślą ciężką, niewesołą,
Jak ślimaki zwijamy się cisi.

Patrząc na bok oczami bez powiek,
Przeczuwamy co świat nam opowie,
Gdy z czułego wyjdziemy ukrycia.

Chcemy prawa dla nieurodzonych!
Od suteren po zamki i trony,
Niech nas broni przeciw grozie życia!

Chcemy prawa, chcemy adwokatów!
I postrachu dla tych dwojga katów,
Którzy w koło chcą nas zapleść krawawe.

Toż i tym co się srebrzą od trądu,
Wolno rodzić nas, rodzić bez sądu,
Na pociechę! na straszną zabawę!

W namiotach na ulicy. Głodówka. / Hungerstreik in Warschau

Achtung: Bekanntmachung über Hungerstreik auf Deutsch – bitte nach unten scrollen

Monika Saczyńska

Miasteczko

Drodzy, jestem winna – a dług ten spłacam z przyjemnością – relację z mojej dzisiejszej wizyty w namiotach KOD PP pod Urzędem Rady Ministrów w Alejach Ujazdowskich w Warszawie. Przekazałam Wasze prezenty i słowa podziękowania i uszanowania oraz płynące od Was – Polaków z zagranicy – wsparcie. Rozmawiałam dłuższą chwilę z Andrzejem i Dagmarą.

Z jednej strony duży podziw dla odwagi i determinacji, z drugiej zwykły ludzki strach o tych ludzi. Kobiety podobno są emocjonalne. Ja się o nich martwię. Wrażenie ogólne jednak na plus. Andrzej jest osobą zdeterminowaną ale wyważoną. Jest nastawiony na długą głodówkę i na powolny efekt swych działań. Omawia strategie i posunięcia z Jackiem Parolem, który jest odpowiedzialny za logistykę zewnętrzną. Dagmara jest bardziej bojowa i bardziej niecierpliwa. Ot inna natura. Myślę, że dobrze się uzupełniają.

Jest spokojnie. Policja czuwa. „Prawdziwi Polacy” ich nie niepokoją. Mają w miarę zorganizowane warunki bytowe (ogrzewanie, ocieplenie namiotów, śpiwory itp). Osobom towarzyszącym też  stworzono względne warunki. Przychodzą ludzie i ich wspierają (także różnej natury pomocą). To oczywiście nie oznacza, że nie potrzebują dalej pomocy i wsparcia (chociażby agregat potrzebuje paliwa itp.)
Protestującym – tak jak mi mówili – chodzi o poruszenie opinii publicznej. O to, żeby zwrócić uwagę, że spór o TK, to nie są jakieś tam zagrywki prawników, które szarego człowieka niezbyt dotyczą. I tu mają rację. Ten spór jest bardzo ważny dla każdego z nas i każdego z nas dotyczy. My to wiemy, ale jesteśmy w mniejszości. Głodówka wprowadza w całą sytuację element emocji – różnych emocji: podziw, poparcie, strach i obawa, zaniepokojenie, irytacja, sprzeciw itp. itd. Te wszystkie emocje tworzą inną atmosferę wokół sporu prawnego, który jest wszak sporem o fundamenty prawa. Spór ze sfery polityki, prawa, kazusów, reguł i przepisów przenosi się do sfery osobistych odczuć. O ile obok spierających się prawników łatwo przejść obojętnie (choćby o przyszłość tego państwa się spierali), o tyle obok głodujących ludzi trudniej przejść obojętnie. A zauważywszy dramatyczny protest jednostek, ludzie zaczną zastanawiać się nad przyczyną tak desperackiego kroku. Poruszenie opinii publicznej – to jest cel protestujących. No i zmuszenie rządu do przestrzegania prawa, choć w tej materii oni sami mają wątpliwości (zwłaszcza Dagmara). Myślę, że ogromnie istotne jest, abyśmy przekazywali informację o tym co się dzieje w Warszawie – o głodówce. Właśnie informację, nawet bez zajmowania własnego stanowiska. Czystą informacja do mediów, do znajomych, do wszystkich. I to możemy robić. I to możemy świetnie robić jako Polacy mieszkający za granicą.

DSC06585 DSC06591

PROTEST-HUNGERSTREIK VOR DEM GEBÄUDE DES MINISTERRATES IN WARSCHAU

BEKANNTMACHUNG:

Im Akt der öffentlichen Bekundung zum Schutze der Freiheit, der Gerechtigkeit und der Respektierung von grundlegenden Prinzipien eines demokratischen Staates treten wir in einen unbefristeten Protest-Hungerstreik, und verlangen:

  1. eine umgehende, zeitnahe Veröffentlichung durch die jetzige Regierung, des Urteils des Verfassungsgerichts in Warschau, vom 09. März 2016,
  1. eine offizielle Einberufung (Vereidigung) durch den Staatspräsidenten der RP, Andrzej Duda, der drei VG-Richter, die in voriger Regierungskadenz durch das Parlament gewählt wurden,
  1. Eine sofortige Einstellung von Gebrauch der hasserfüllten Sprache, die durch die Regierung propagiert wird. Wir sind gegen Destruktion, gegen Vernichtung der Grundrechte der Demokratie in Polen, gegen das offensichtliche Bestreben der Regierenden, eine Politik der autoritären Diktatur zu situieren, gegen ihre der europäischen Zusammenarbeit im Rahmen der EU drohende Aktivitäten. Stattdessen bieten wir an, einen Weg der Mediation, der Konfliktbearbeitung, in dem alle Konfliktpartner und Vertreter der politischen Mächte, die der katholischen Kirche sowie der Europäischer Union teil nehmen können, um die entstandene Krise aufzulösen. Angesichts der gesellschaftlich vorhandenen politischen und kulturgesellschaftlichen Probleme, bitten wir die polnischen Bischöfe um eine weise Mediation sowie um die Einhaltung der politischen Neutralität, bzw. der Allparteilichkeit.Wir rufen alle Menschen des Guten Willens zur moralischen, medialen sowie einer materiellen / finanziellen Unterstützung unseres Protests!GEMEINSAM beschützen wir die Demokratie!

– Dagmara Chraplewska-Kołcz und Andrzej Miszk –

list wspierajacy glodujacych

 

Dwugłos o poglądach i przekonaniach

Adam Rejman

Żołnierz na piątkę…

Egzaminowałem kiedyś pod koniec lat chyba osiemdziesiątych uczestników kursu, który kończył się otrzymaniem przez nich dyplomu robotnika wykwalifikowanego i mistrza sadownika.  Cóż to byli za ludzie. Prokuratorzy, redaktorzy, milicjanci. Wszyscy jako wykształcenie podawali podstawowe i przedkładali stosowne świadectwa. Jak dość szybko ustaliłem, większość nie
zamierzała zostać sadownikami a stosowny dyplom był im potrzebny w jednym celu. Umożliwiał zakup jakiegoś kawałka gruntu, na którym mogli postawić dom.

Gdy jeden z moich kursantów podszedł do mojego stanowiska egzaminacyjnego, od razu zwróciłem na niego uwagę. Bo o ile nawet zdarzało się że ktoś z egzaminowanych czasem był trochę spięty czy nawet zdenerwowany, to ten cały się trząsł. I  bardzo mnie to irytowało, że ci starsi przeważnie ludzie, w wieku moich rodziców tak się denerwują i to być może nawet na mój widok. A ten nie przestawał  się trząść, nawet gdy kazałem mu usiąść. Właściwie to on zaczął ten egzamin słowami, że “jest bandytą z WiN-u”… I  kontynuował: “Kiedy zostałem aresztowany, to pierwsze tygodnie wyglądały tak:  w nocy bili a kiedy słabli od tego bicia, to się zmieniali. A w dzień szkolenie polityczne.  A ja byłem
przecież tylko szeregowcem i do WiN-u wstąpiłem po to, żeby walczyć o Polskę. A jaka ta Polska miała być i jaki program mieli dowódcy, to ja, prosty chłop,  nie wiedziałem”.  I  kontynuował swój monolog, który przypominał raczej przesłuchanie niż egzamin, z tym że ja żadnych pytań nie zadawałem. W  końcu dowiedziałem się że chce spełnić swoje marzenie i zakupić jakiś kawałek gruntu po to, żeby móc tam postawić dom. A stało się to możliwe dopiero niedawno, bo dopiero od niedawna takim przestępcom jak on,
wolno jest kupić działkę. Nie bardzo wiedziałem, o co mam go spytać, żeby jakoś mógł ten egzamin zdać. W końcu, chyba z wrażenia, nie spytałem go o nic. Jak pamiętam, powiedziałem mu że jestem synem żołnierza Września i stawiam mu… piątkę. Inna rzecz, że ja, wzorem pewnego asystenta z mojego wydziału ogrodniczego, wszystkim zawsze stawiałem piątkę.

Nie przypuszczałem wtedy, że i ja dożyję czasów, kiedy żołnierzom wyklętym będziemy stawiać nie tylko piątki.

Wiktor Ostrowski (ps. wojenny Kuszel)

EMS: Był dowódcą baonu w Celkowie, należącym do tzw. „Obroży”, czyli pasa jednostek Armii Krajowej zgrupowanych wokół Warszawy, prowadził samodzielne akcje bojowe i organizował kursy podziemnej szkoły podchorążych w Zielonce. Myślę więc, że wie, jak to było, gdy pisze:

Dobrze sobie wyobraża dzisiejszy publicysta czy polityk, taki który w latach 1939-41 nie był w Warszawie i jej okolicach, nabór ludzi do oddziałów ruchu oporu. Myśli sobie, że chłopak mógł wybierać, przeglądać prognozy i zapoznawać się z ludźmi, wybierać jak książki w księgarni – i, kiedy zdecydował się już na daną grupę i porównał się z własnym programem ideologicznym, wówczas zgłaszał się, zaprzysięgał i stawał w szeregi SWZ, czy NSZ, czy GL, BCh, PAL-u, PN-Jutro, RPPS… żeby tak rozumować, trzeba być całkowicie nieświadomym naszego okupacyjnego życia.

To było inaczej. Chłopak – nawet rdzenny warszawiak – był całkowicie zagubiony. Grupki dobierały się spośród znajomych, kolegów szkolnych, kolegów z pracy, ugrupowań sportowych. Bo nie politycznych. Te ugrupowania – jeżeli nie zostały rozbite – weszły głęboko w podziemie i bez należytych kontaktów nie można się było do nich dostać.

A więc spotyka się wreszcie dwóch znajomych chłopaków. „Czy jesteś gdzie?” „Nie.” „Bój się Boga, dlaczego?” „Nie mogę się z nikim odpowiednim zetknąć.” „Chodź ze mną, ja mam taaakiego dowódcę.” Koniec. Zgłasza się do dowódcy „piątki”, zostaje tam wprowadzony, zaprzysiężony i już jest żołnierzem. Polski Walczącej. Ani on, ani jego dowódca nie wiedzą naprawdę, do jakiej organizacji należą. Armia Podziemna. Koniec.

W namiotach na ulicy…

Najpierw było tak.

Trybunał Konstytucyjny uznał, że grudniowa nowelizacja ustawy PiS o TK jest niezgodna z Konstytucją. Potem rząd uznał, że nie opublikuje tego wyroku. A potem się zaczęło. Zaczęło się 10 marca. Komitet Obrony Demokracji przed PiS-em rozbił namioty przed Kancelarią Premiera Rady Ministrów w Alejach Ujazdowskich (1/3 – jakby kto nie widział, dokąd się udać).

11 marca Henryk Sikora napisał na Facebooku:

Zimno, mokro, a ludzi przybywa…

 

 

a w godzinę później:

Rozpoczynalismy wczoraj we czwórkę rozbijajac namiot pod KPRM. Dzisiaj mamy już trzy namioty i co najważniejsze, stacjonarnie protestujących kilkadziesiąt KOD-erek i KOD-owców. Niebawem będą następne dwa namioty, duże profesjonalne banery i setki protestujących zwolenników państwa prawa i demokracji, a za kilka dni tysiące. DOŁĄCZCIE PROSZĘ DO NAS! Domagamy się publikacji wyroku TK w Dzienniku Ustaw zgodnie z art 190 Konstytucji RP.

Nieuchronnie nasuwa się refleksja, że tak się zaczął kijowski Majdan… Kijowski? Nomen omen?

Tymczasem Internetowe Radio Opornik podaje, że posłanka Beata Kempa pisze na Twitterze, że KOD powinien się cieszyć, że władza przeciwko niemu nie wysyła policji. Czyżby zawoalowana groźba?

Koleżanka z Warszawy pisze: W stolicy policji tyle, co w jakimś zakichanym stanie wyjątkowym. W okolicach URM-u i przy ulicy Bagatela naliczyłam, bagatela, 60 suczek. Kaczyści w gotowości bojowej.

Godzina 18.30. Jacek Parol:

Są już ze dwie setki ludzi. Flagi KOD, unijne. Tęczowe. Polskie i fioletowe Razem. Czytamy wyrok trybunału.

4 rano 4 KODerów na posterunku:

Sobota 20.30 – przynoście coś ciepłego, zupę, herbatę…

Przedruk: Zaszczuta wiceminister

Zbigniew Milewicz

Z drugiej ręki

Nie czytam dwutygodnika Kobra, ale robi to Jurek, mój monachijski sąsiad, z którym sobie czasem przy piwku politykujemy. Od niego więc mam ostatni, grudniowy numer pisma z ubiegłego roku, w którym jest m.in. tekst na temat Moniki Zbrojewskiej, współkierującej resortem sprawiedliwości w rządzie Platformy Obywatelskiej. Dobry materiał dziennikarski, pióra Anny Fijak, którym chciałbym się z Państwem podzielić, opowiada on o wszechobecnym na scenie politycznej mobbingu i jego tragicznych skutkach.

kobra

Z hasłem miłości bliźniego na ustach potrafimy zabić. Wprawdzie nie bezpośrednio, przy użyciu niebezpiecznego narzędzia, ale słowem. Złe słowo, zwłaszcza dzisiaj, w dobie internetu, ma zabójczą moc. Dotyka przede wszystkim osoby wrażliwe, bo te gruboskórne zniosą wiele. A co do tego, że Monika Zbrojewska była kobietą kruchą, jej znajomi nie mają wątpliwości. Gdy nastąpił bezpardonowy atak, nie umiała sobie z nim poradzić.

Piątek 23 października, wczesne popołudnie. Ulicą Byszewską w Łodzi jedzie toyota yaris, za nią samochód kierowany przez emerytowanego policjanta. Policjant widzi, że poprzedzający go pojazd dziwnie się zachowuje, mówiąc wprost – jedzie zygzakiem. Zawodowa rutyna daje znać o sobie. Były funkcjonariusz wyprzedza toyotę, zajeżdża jej drogę zmuszając do zatrzymania. W środku kobieta, jakby nie zdająca sobie sprawy, co się dzieje. Wyczuwalny jest alkohol. Kiedy później przeprowadzono badanie okazuje się, że stężenie wynosiło ponad dwa promile. To dużo, w przypadku kobiety bardzo dużo.

Przyjeżdża policja. Kobieta nie wszystkie polecenia wykonuje bez sprzeciwu. Zostaje odwieziona do Izby Wytrzeźwień. Jeszcze nikt nie wie, że chodzi o wiceministra sprawiedliwości Monikę Zbrojewską.

kobra (1)Zanim informacja dotarła do przełożonych, ktoś dał cynk dziennikarzom. Przypadek? Są tacy, którzy wszystko widzą w jasnym kontekście. Monika Zbrojewska jest ministrem w rządzie Platformy Obywatelskiej. Za kilka godzin rozpoczyna się cisza wyborcza, a z nią kończy się w mediach okładanie ciosami poniżej pasa. Ale o konkretnym przypadku pisać przecież można. Następuje zmasowany atak. Media, zwłaszcza te związane z Prawem i Sprawiedliwością, biją na odlew. Internet pełen jest chamskich komentarzy. I nic to, że wiceminister nie należy do PO, nie uważa się za polityka. Dla jednych wystarczy, że jest ze znienawidzonego rządu, dla drugich radość sprawia, że ktoś, kto był tak wysoko, właśnie z hukiem z tej wysokości spada. Dla różnej maści nieudaczników, przeciętniaków, a czasami wręcz pospolitych leni, porażka człowieka bardziej uzdolnionego, bardziej pracowitego jest najsłodszym miodem na zawistne serce.

Nic nie wskazywało, że kiedyś osiągnie zaszczyty. Rodzice posłali ją do technikum odzieżowego, bo Łódź była wówczas centrum przemysłu włókienniczego i zawód dawał gwarancję pracy. Wprawdzie po transformacji padał zakład za zakładem, ale gdy Monika Zbrojewska rozpoczynała edukację w szkole średniej, nikomu nie śnił się krach socjalistycznej gospodarki, a z nim bankructwo całych gałęzi przemysłu.

W technikum uczono zawodu, po macoszemu traktując przedmioty humanistyczne. Nagle okazało się, że uczennica Monika ma większe ambicje. Marzyło się jej prawo, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że ze świadectwem z „odzieżówki“ i wyniesioną z tej szkoły wiedzą, na prawnicze studia nie ma żadnych szans. Obowiązywały wówczas egzaminy wstępne, a sito na tradycyjnie obleganym przez kandydatów prawie było szczególnie gęste.

Ku zaskoczeniu komisji stała się rzecz niezwykle rzadka. Absolwentka technikum odzieżowego zdystansowała dziesiątki kandydatów z „lepszych” szkół. Nikt nie wiedział jednak, że za tym sukcesem kryły się setki godzin spędzonych nad podręcznikami, których nie obejmował program nauczania w technikum. Monika Zbrojewska okazała się jedną z najlepszych wśród ubiegających się o indeks Uniwersytetu Łódzkiego. Studia skończyła wśród trojga najlepszych studentów na swoim roku. Zaproponowano jej pracę w Katedrze Postępowania Karnego i Kryminalistyki. Została na uczelni.

Szybki doktorat, dziesiątki naukowych publikacji. Stała się znana poza wąskim, naukowym środowiskiem, dzięki komisji śledczej w sprawie afery Lwa Rywina. Została jej ekspertem. Posiedzenia komisji transmitowane przez wszystkie znaczące stacje telewizyjne, cieszyły się olbrzymią oglądalnością. Wśród ekspertów wyróżniała się właśnie Zbrojewska. Z jednej strony fachową wiedzą, z drugiej obiektywizmem. Niektórzy z występujących traktowali udział w komisji jako trampolinę do kariery, a ich stronniczość była aż nazbyt widoczna. Na ich tle Zbrojewska budziła szacunek nawet u osób, którym obiektywne opinie pani ekspert się nie podobały, bo stały w kolizji z politycznymi interesami. Potem, jakby naturalną koleją rzeczy, były komisje w sprawie prywatyzacji PZU i w sprawie Olewnika.

Wielu jej zazdrościło. Szybkiej kariery naukowej ukoronowanej habilitacją w wieku 41 lat, co w naukach prawniczych nie jest częste, także statusu materialnego związanego z prowadzoną równolegle praktyką adwokacką. Zazdroszczono znanych klientów, takich jak choćby Leszek Miller (proces przeciwko Zbigniewowi Ziobrze) czy niegdysiejsza gwiazda telewizyjna Irena Dziedzic. Zazdrośnicy nie zastanawiali się nad ceną, którą za powodzenie przychodziło Monice Zbrojewskiej płacić. A cena była bardzo wysoka, bo w życiu nic nie jest za darmo.

Wszystko zbudowała na jednym filarze. Kariera, praca zawodowa. Nie było żadnej innej podpórki, choćby tej natury osobistej, żadnego oparcia. Taka konstrukcja jest bardzo niebezpieczna. Gdy pada jedyny filar, wszystko obrócić się może w ruinę. Takiej ruiny Monika Zbrojewska doświadczyła.

kobra (2)

Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby nie Cezary Grabarczyk, obejmujący fotel ministra sprawiedliwości i jego propozycja skierowana do łódzkiej znajomej o objęcie stanowiska jednego z zastępców. Monika Zbrojewska została wiceministrem.

Wchodziła do budynku przy Alejach Ujazdowskich chyba nie zdając sobie sprawy, jakie to miejsce. Miejsce zasiedziałych pracowników, odpornych na zmiany personalne na szczytach, biegłych w zakulisowych grach i zwalczaniu konkurencji. Nowa wiceminister bez politycznego zaplecza (wszyscy przecież wiedzieli, że do PO nie należy), bez umiejętności bezwzględnego wymuszania na podwładnych posłuszeństwa, z góry stała na straconej pozycji. Dodatkowo górowała nad większością ministerialnych urzędników wiedzą, a jest to grzech, którego wielu wybaczyć nie potrafi. Nie miała męża, nie miała dzieci, więc pracy mogła całkowicie się poświęcić, a takie zawodowe zaangażowanie także nie może podobać się ludziom, żyjącym w rytmie ośmiogodzinnego dnia.

Było trudno, a stało się jeszcze trudniej, gdy z ministerstwa odszedł Cezary Grabarczyk. Nowy szef resortu, Borys Budka, został zaskoczony atakiem na wiceminister Zbrojewską. Szczególnie zajadły był jeden z ustosunkowanych urzędników. Minister Budka chcąc sprawę ostatecznie wyjaśnić, zarządził konfrontację, ale do niej nie doszło, gdyż urzędnik wycofał się z oskarżeń. Sprawy jakby już nie było, ale przecież zły osąd pozostał. Monika Zbrojewska została odsunięta od nadzoru nad komisją kodyfikacyjną. To dla niej bolesna porażka, bo uzmysławia sobie, że jednak jej wrogowie odnieśli zwycięstwo, a minister Budka jej nie obronił. Nie chciał, czy nie mógł?

Powinna sobie odpuścić. Zbliżały się przecież wybory, a sondaże wskazywały, że Platforma Obywatelska nie otrzyma mandatu na dalsze sprawowanie rządów. Jeżeli padnie PO, to padnie również minister Budka, a z nim wszyscy jego zastępcy. Czy jednak gorycz i emocja były silniejsze od trzeźwej kalkulacji? Czy to, co stało się 23 października na ulicy Byszewskiej w Łodzi, nie wiązało się z zawirowaniami w ministerstwie?

Alkohol temat drażliwy. Współpracownicy Zbrojewskiej będą utrzymywać, że nie piła. Na oficjalnych imprezach lampka lub dwie wina, nigdy nie zdarzyło się, by nie przyszła na zajęcia. Ale przecież 23 października nikt nie zmusił wiceminister do wypicia szklanki wódki i do zajęcia miejsca za kierownicą. Ludzie nieuzależnieni od alkoholu zwykle nie sięgają po tak dużą dawkę, by rozładować stres.

Psycholog Andrzej Wroński zastrzega się, że o przypadku pani wiceminister mówić nie będzie, bo go nie zna. Co najwyżej o alkoholizmie wśród kobiet. Staje się on problemem. Coraz więcej pań w tajemnicy przed otoczeniem, nawet najbliższą rodziną, sięga po kieliszek. Najczęściej wieczorem, po trudnym dniu. Z czasem to samotne picie staje się nałogiem. Kobiety odrzucają od siebie brutalną prawdę, że wpadły w uzależnienie. Rano przecież wstają do pracy, normalnie funkcjonują, w czym więc problem? Kac leczą porcją tabletek. Współpracownicy nie mają pojęcia, że dzieje się coś złego. Czy tak było w przypadku Moniki Zbrojewskiej? Być może…

Reakcja jest szybka. Po kilku godzinach od zatrzymania wiceminister, premier Ewa Kopacz podpisuje jej dymisję, dziekan Wydziału Prawa Uniwersytetu Łódzkiego Agnieszka Liszewska stwierdza, że dalsze uczenie prawa przez osobę, która dopuściła się przestępstwa, będzie niemożliwe, Rada Adwokacka grozi wydaleniem z zawodu. Sankcje poważne, ale przecież zasłużone. Czy jednak to, co działo się potem, można już usprawiedliwić?

Monice Zbrojewskiej zawalił się cały jej dotychczasowy świat. Pracę na uczelni, adwokaturę w ciągu jednej chwili powinna wykreślić z życiowego kalendarza. A przecież zawodowemu sukcesowi poświęciła wszystko. Na dodatek internet zieje jadem. Każdego dnia zatrzymuje się w Polsce przynajmniej kilkudziesięciu nietrzeźwych kierowców, ale nikt się nimi nie interesuje. Są przecież anonimowi, nic nie znaczą. Zbrojewska wystąpiła jednak przed szereg, a polski szereg bardzo nie lubi, gdy ktoś łamie jego szyk i przy najbliższej nadarzającej się okazji z lubością wdepcze delikwenta w ziemię.

Nie wychodzi z domu. Najbliżsi radzą, by nie uruchomiała komputera i nie czytała dotyczących jej wpisów, by nie sięgała po gazety. Czy jest jednak w stanie odizolować się od świata, w którym tkwiła po uszy?

Rodzina zawozi ją do szpitala. Przechodzi gruntowne badania. Wykazują silne zatrucie lekami. Czyżby sięgała po zwiększone porcje tabletek, by choć na chwilę zapomnieć albo na chwilę zasnąć? Monika Zbrojewska umiera 30 października. Lekarze jako przyczynę śmierci podają niewydolność wielonarządową. Monika Zbrojewska chciała, by je ciało skremowano. Kiedy przygotowywano się do pogrzebu byłej wiceminister, internet dalej syczał. Dominowało przekonanie, że 43-letnia kobieta zapiła się na śmierć. A fakt, że akurat było to kłamstwem, nie miał dla piszących żadnego znaczenia. Prawda bowiem jest ostatnią rzeczą, którą nienawistnicy zwykli się przejmować.

Anna Fijak

 

Myśli o Polsce

Andrzej Rejman

List od ułana

Listy – to ważna rzecz. W nich bowiem jest część najbardziej intymnej i prywatnej sfery człowieka – czasem jednak trzeba je udostępniać publicznie, bo niosą ze sobą jakąś ważną naukę, lub prawdę historyczną.

Tym razem krótki, ale emocjonalny list “ułana zaniemeńskiego”- Zygmunta Augustowskiego do Heleny z Zanów Stankiewiczowej.

List pochodzi z 1991 roku, czyli pisany był w ważnym okresie – początku nowej, postkomunistycznej Polski.

Znajomość Heleny Stankiewiczowej z Zygmuntem Augustowskim i jego Małżonką sięga okresu okupacji, gdy łączyła ich współpraca w podziemiu i AK. Po wojnie utrzymywali ze sobą bliski i serdeczny kontakt.

list_Zygmunta_Augustowskiego_do_Heleny_z_Zanow_Stankiewi

Warszawa 28.IV.1991 r.

Droga i Kochana Halu,

Oboje z Lalą dziękujemy Ci serdecznie za pamięć o nas przyjazną i miłą, za życzenia i kartki z ułanami z czasów Napoleońskich.

Sytuacja i wtedy i teraz podobna. Wtedy oczekiwaliśmy, że Napoleon przywróci nam niepodległość, a obecnie liczymy, że Zachód przywróci nam i pomoże nam odzyskać suwerenność polityczną i gospodarczą. Niestety sytuacja ogólna nie nastraja optymistycznie, nie uwierzę w niepodległość dopóki w Kraju stoją garnizony bolszewickie, dopóki generał Dubynin może bezkarnie nas obrażać. Sytuacja ekonomiczna pogarsza się, co prawda powolna i opanowana, ale recesja postępuje coraz prędzej. Czym się to skończy? My jakoś przeżyjemy, bo było gorzej i też przeżyliśmy, ale co będzie z Polską? Czy z niewoli sowieckiej popadniemy w niewolę kapitalizmu zachodniego?

Te kłótnie na górze, nieporozumienia, rozłamy, wzajemne oskarżania, powodowane w wielu przypadkach sprawami personalnymi martwią bardzo.

Jesteśmy starzy, nie mamy wpływu i z powodów biologicznych nie możemy już mieć wpływu na bieg historii. Możemy tylko mówić i przestrzegać, ale cóż obecna warstwa kierownicza to ludzie młodzi dla których człowiek starszy to sklerotyk, zawalidroga który przeszkadza.

Nie mając doświadczenia w doświadczenie nie wierzą. Wierzą w siebie w swoje młodzieńcze marzenia, które tak bardzo rozmijają się z rzeczywistością. Cechą obecnej góry jest zarozumiałość i ogromna pewność siebie.

Brak skromności jest godny zastanowienia.

Szastanie groszem publicznym, nowobogacki sposób życia, a reszta społeczeństwa żyje na pograniczu nędzy.

Smutny jest ten mój list, bo smutne są moje myśli.

Ty na pewno mnie zrozumiesz. Straciliśmy wszystko. Domy rodzinne, Kraj rodzinny i pragniemy aby Ta Co Nigdy Nie Zginęła, była na miarę naszych marzeń, wysiłków i trudów naszego życia. Trudne i twarde jest nasze obecne życie. Nie z powodów materialnych, ale z powodów zasadniczych.

Co będzie z Polską i jaka ona będzie? Pijana Polska , zdegenerowana i zdemoralizowana, czy normy moralne trzeba zastępować normami prawnymi?

Czym to się skończy?

Ciężar przyszłości przygniata nas zupełnie. Wybacz, Droga Halu, że zająłem Ci czas, tym co mnie tak trapi. Ściskam Ciebie długo, mocno i czule i Ręce Twoje całuję. Serdeczności dla Dzieci dołączam.

twój stary ułan zaniemeński Zygm. Augustowski

dopisek:

Kochana Halu. Ciebie razem z Panią Krysią i Panem Józiem uściskam, pozdrawiam i całuję. Lala.

(dzięki uprzejmości Krystyny Stankiewicz, Warszawa, 23 lutego 2016)

***

1_rtm_Zygmunt_AugustowskiZygmunt Augustowski (1915-2008) 

zdjęcie: reprodukcja z książki Lepsza strona czasu / J. Zdzisław Szyłeyko. Londyn : Polska Fundacja Kulturalna, 1992

Oficer „Wachlarza”, dowódca Ośrodka Dywersyjnego „Turmont”. Dowódca Oddziału Miejskiego Kedywu Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej.

Zygmunt Augustowski (ps. Ślepowron, Lanca, Hubert) – żołnierz kampanii wrześniowej 1939 r., uczestnik I i II Konspiracji w szeregach Związku Walki Zbrojnej-AK w Okręgu Wileńskiego AK. W kampanii wrześniowej walczył m.in. między Pułtuskiem a Wyszkowem, zatrzymany przez Niemców w grudniu został osadzony w oflagu w Westwalenhof. Po zwolnieniu z niewoli, we wrześniu 1940 r. został zaprzysiężony w Związku Walki Zbrojnej, wysadzał pociągi, dowodził Ośrodkiem Dywersyjnym „Turmonty” i wileńskim Kedywem, a po walkach o Wilno objął dowództwo nad specjalnym oddziałem dywersyjnym. Po wojnie prowadził działalność konspiracyjną. Skazany na karę śmierci, zamienioną na dziesięć lat więzienia (odzyskał wolność w lutym 1956 r. po rewizji procesu).

Działacz Korporacji Akademickiej Konwent Polonia. Brat Kazimierza Augustowskiego.

Pochowany na cmentarzu wilanowskim w Warszawie.

źródło: http://smolwy.blog.onet.pl/2009/10/15/zygmunt-augustowski-oficer-wachlarza-d-ca-od-turmont/

Hala_Stankiewicz_2Helena z Zanów Stankiewiczowa (1904-1996) 

zdjęcie z arch. rodzinnych

Helena Stankiewicz (ur. 7 lipca 1904 w Duksztach, zm. 14 kwietnia 1996 w Warszawie) – polska działaczka społeczna, autorka wspomnień i wierszy.
Córka Tomasza Zana (1876-1950) i Teresy Dowgiałło (1884-1945). Prawnuczka Tomasza Zana “Promienistego” (1796-1855), bliskiego przyjaciela Adama Mickiewicza, siostra Tomasza Zana, konspiratora i żołnierza AK. Do wybuchu I wojny światowej (1914 r.) mieszkała w majątku swego ojca w Poniemuniu na Litwie, następnie z rodziną w Rosji, gdzie przebywała do wybuchu rewolucji październikowej. Do Polski powróciła w 1919 r. Uczyła się w gimnazjum polskim w Kownie (Litwa). Po maturze, w 1925 r. wyjechała do rodziny w Polsce. Studiowała na wydziale rolniczym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. W 1926 r. wyszła za mąż za Kazimierza Stankiewicza (1894-1973) i zamieszkała z mężem w majątku Berżeniki, powiat święciański, woj wileńskie (obecnie Litwa). W 1927 r. urodziła się ich córka Maria (zm. 1940), a następnie Krystyna (1931) oraz syn Józef (1936-2011).

Po wybuchu II wojny światowej cała rodzina została zmuszona do opuszczenia majątku i zamieszkania w Wilnie. Helena Stankiewicz była żołnierzem Armii Krajowej Okręgu Wileńskiego. W 1945 r. Kazimierz Stankiewicz został wywieziony do łagru sowieckiego w Saratowie (skąd wrócił w 1949 r.) a reszta rodziny znalazła się w Warszawie.

Mieszkała na warszawskim Żoliborzu. Po wojnie pracowała w magazynie narzędzi medycznych. Pochowana 18 kwietnia 1996 r. na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

Na początku lat 90. XX wieku w Londynie ukazały się wspomnienia Heleny z Zanów Stankiewiczowej pt.: “Pani na Berżenikach”, spisane przez Wojciecha Wiśniewskiego. Książka stanowiła nieformalną II część, wydanych wcześniej w Paryżu, rozmów z bratem Heleny Stankiewicz, Tomaszem Zanem (1902-1989), pt.: “Ostatni z rodu. Rozmowy z Tomaszem Zanem”. Publikacja, bogato ilustrowana fotografiami archiwalnymi, stanowi niezwykłe świadectwo historii ziemiaństwa polskiego na Wileńszczyźnie w II Rzeczypospolitej a potem w powojennej Polsce, w wieku XX. Jest także historyczną opowieścią o losie rodu Zanów. Uzupełnia ją korespondencja autorki z Czesławem Miłoszem.

Helena z Zanów Stankiewiczowa była także autorką wierszy, będących świadectwem losu tych wszystkich, którzy zmuszeni zostali do opuszczenia swych domów na Kresach II Rzeczypospolitej. (żródło: Wikipedia, oraz materiały rodzinne)

***
4 Pułk Ułanów Zaniemeńskich – oddział kawalerii Wojska Polskiego II RP.
Pułk stacjonował w garnizonie Wilno. Święto pułkowe: 9 lipca – rocznica szarży pod Hrebionką w 1920. Utworzony w 1918 w Warszawie, przy czym poszczególne szwadrony powstawały także w Łomży, Mławie, Płocku, Włocławku i Białymstoku, Koninie i Włocławku.

Pułk 4 Ułanów Zaniemeńskich kontynuował tradycje 4 Pułku Ułanów Królestwa Polskiego.

Od stycznia 1919 Pułk brał udział w działaniach bojowych wojny polsko-ukraińskiej w rejonie Lwowa. W dniu 10 maja skierowany został do Białegostoku, gdzie został uzupełniony, a następnie już w pełnym składzie skierowano go w rejon Mosty-Lida, tam też jako pierwszy polski pułk przekroczył linię rzeki Niemen. Następnie uczestniczył w zajęciu Wilna i walkach na Białorusi. W lipcu 1920 w związku z ofensywą wojsk bolszewickich, Pułk prowadził działania opóźniające. W tym czasie stoczył szereg walk m.in. pod Hrebionką (9 lipca 1920), gdzie rozbił trzy pułki piechoty Armii Czerwonej. W walkach odwrotowych dotarł na przedpola Warszawy. Od 15 sierpnia 1920 brał udział w polskiej kontrofensywie. W czasie tych walk ponownie doszedł do Niemna, gdzie toczył walki także z wojskami litewskimi. Swój udział w wojnie zakończył na linii rzeki Berezyny, gdzie w rejonie Dokszyc zajął stanowiska do momentu zawarcia Traktatu Ryskiego w 1921.

Po zakończeniu działań bojowych Pułk skierowano do Wilna, które stało się przez cały okres II Rzeczypospolitej jego pokojowym garnizonem. W 1921 naczelne władze wojskowe zezwoliły na używanie nazwy “Zaniemeńskich”. W 1927 oficjalnie otrzymał nazwę – 4 Pułk Ułanów Zaniemeńskich, w celu upamiętnienia, że był to pierwszy polski pułk, który przekroczył Niemen w walkach o wschodnie granice Polski.

Kampania wrześniowa. Zmobilizowany 23 sierpnia 1939, lecz załadunek do transportu kolejowego nastąpił dopiero 30 sierpnia na stacji kolejowej Wilno i Porubanek. W związku z tym do rejonów koncentracji przewidzianej dla Armii “Prusy” dotarł 2 września, koncentrując się w lesie na północny wschód od Piotrkowa Trybunalskiego, aby następnie 3 września przegrupować się w rejon miejscowości Lubień.

W nocy z 5 na 6 września Pułk przeszedł do rejonu Sulejowa, gdzie miał organizować obronę na rzece Pilica. 7 września skoncentrował się w rejonie Przysuchy.

8 września zorganizował obronę na południe od Radomia, gdzie po raz pierwszych toczył przez cały dzień walkę z niemieckimi wojskami pancernymi. W nocy wycofał się w rejon przyczółka mostowego pod Maciejowicami, gdzie bronił się następnego dnia.

W nocy z 9 na 10 września Pułk w czasie przeprawy przez Wisłę w rejonie Magnuszewa poniósł duże straty (ciężką broń zatopiono, wielu żołnierzy, a jeszcze więcej koni utonęło), i został rozproszony. Skoncentrował się ponownie nad Wieprzem, gdzie nastąpiła jego reorganizacja. Z pierwotnego składu pozostało tylko dowództwo pułku i 2 szwadron. Do pułku włączono szwadron 13 Pułku Ułanów Wileńskich, szwadron kawalerii dywizyjnej 36 Dywizji Piechoty, 7 szwadron pionierów oraz 7 szwadron łączności. W pułku znalazło się też kilka czołgów z 61 Kompanii Czołgów Rozpoznawczych. Tak zreorganizowany pułk przemaszerował w rejon Świdnika.

Następnie wszedł w skład Brygady Kawalerii płk. Jerzego Grobickiego z Grupy Operacyjnej Kawalerii gen. Władysława Andersa. 20 września w zaciętych walkach opanował miejscowość Cześniki, a 22 września nacierał na Komorów.

24 września podjął wraz z pozostałymi jednostkami GO Kaw. próbę przedostania się na Węgry. 26 września Pułk zdołał przebić się przez szosę Lwów-Przemyśl, ale w nocy natrafił na oddziały Armii Czerwonej i musiał wycofać się w lasy.

27 września Pułk na czele z dowódcą złożył koło Medyki broń, uzyskując od Niemców honorową kapitulację. (Wikipedia)

***
“Lala” – Irena Augustowska (1914-2010) – żona Zygmunta Augustowskiego, urodzona 25 grudnia 1914 roku w Pelikanach na Wileńszczyźnie, wychowanka Gimnazjum im. Ks. A. J. Czartoryskiego w Wilnie, por. AK, żołnierz V Odcinka Wachlarza, ps. „Ewa”, Dama Orderu Virtuti Militari i wielu innych odznaczeń, filistrowa Konwentu Polonia, uczestniczka I i II Konspiracji w szeregach Związku Walki Zbrojnej – Armii Krajowej, Okręgu Wileńskiego AK na terenie Polski Centralnej. Początkowo pełniła funkcję łączniczki, przewoziła meldunki i ludzi, przechowywała broń. Następnie była komendantką oddziału łączniczek przewożących broń i materiały wybuchowe dla patroli dywersyjnych „Wachlarza”. Po likwidacji „Wachlarza” przydzielona do Ośrodka Dywersyjno-Partyzanckiego „Turmonty”, gdzie pełniła obowiązki komendantki oddziału łączności. Po wojnie prześladowana przez reżim komunistyczny – aresztowana przez UB w 1948 r. … Po wyjściu na wolność w 1951 roku pracowała jako księgowa w Spółdzielni Pracy Rybołówstwa Śródlądowego i Przetwórstwa Spożywczego “Wisła” w Warszawie.
Czekała na powrót ukochanego.
W 1956 roku rtm. Zygmunt Augustowski, po 8 latach spędzonych w “celi śmierci” wyszedł z więzienia przy ul. Rakowieckiej. Od tej chwili Ich dom nigdy nie opuściło ciepło rodzinne, szczęście i życzliwość wobec siebie oraz innych ludzi. Nie mogli przez wiele lat wyjść ze zdumienia, że przeżyli. Lala i Zygmunt cieszyli się każdą wspólną chwilą. Pomimo ogromnych cierpień i tortur w więzieniu, pomimo krzywd i niegodziwości, nie szukali okazji do zemsty, czy odegrania się. Nie chcieli wyręczać Pana Boga…

źródło: http://opsa.blog.onet.pl/2010/05/03/por-ak-irena-augustowska-zd-pelikan-1914-2010-2/

List z Polski

Katarzyna Krenz

Normalne życie i złe sny. Impresje grottgerowskie

Czarna sukienka

Nasz pra-pra-dziad stracił majątek za udział w powstaniu styczniowym. Nasi dziadkowie i rodzice przeszli przez traumę wojny, a my do dziś nawet nie wiemy, co wtedy robili i jak wielką cenę musieli za to zapłacić, bo na wszelki wypadek milczeli. Nie, nie ze wstydu, bo wstydzić się nie mieli czego, przeciwnie, „sprawili się dzielnie”, jak powiedziałby mistrz Sienkiewicz. Oni nie opowiadali nam o „swojej” wojnie z obawy o nasze bezpieczeństwo.

Milczenie dziadków i rodziców nie ustrzegło nas jednak przed tym, co miało dopiero przyjść. Polityczne macki kilku -izmów położyły się długim cieniem na kolejnych pokoleniach, ucząc nowego milczenia, zabraniając studiów i pracy w szerokim świecie, zmuszając do parad, czynów społecznych i wykonów w imię obozowej przyjaźni. Karząc tych, którzy myśleli inaczej. Po czasach wojny i barykad, przyszedł czas zakazów i nakazów. Cenzura, odcięcie od świata i autentyczna bieda: kartki na mięso i ślubne obrączki, zapisy na mieszkania i szarość egzystencji. Poświęcenie dla dobra ogółu. I jeszcze: musisz zrozumieć, są ważniejsze sprawy niż ty i twoje osobiste szczęście.

Orzeł w koronie

Siłą młodości każdego pokolenia jest wiara w lepszą przyszłość. Nasze pokolenie nie odbiegało od tej normy: my jeszcze nie, my już nie, ale nasze dzieci będa mogły zejść z barykad i żyć normalnie. Co to znaczy żyć normalnie? Lista możliwości, jakie otwierają się przed młodym człowiekiem w wolnym demokratycznym państwie jest długa, powiedzmy zatem krótko: dwadzieścia sześć lat temu Wielka Zmiana dała nam i naszym dzieciom, między innymi, prawo decydowania o sobie samych. I choć nie bardzo jeszcze wiedzieliśmy, co mamy począć z tym ptakiem wolności, nagle wypuszczonym z ponurej klatki komunizmu, radość odczuliśmy wielką i piękną. To było jak powrót do domu. Nareszcie nie wolność „od”, tylko wolność „do”. Kto wie, myśleliśmy, może w końcu, po rozbiorach, powstaniach, wojnach i przewrotach przyszedł czas na spełnienie własnych marzeń, realizację swoich talentów, poznanie smaku lepszego życia? Może jeszcze zdążymy?

Tak się stało – dzięki Solidarności i Lechowi Wałęsie, i dzięki rodzinie Lecha Wałęsy, która zaznała wszystkiego, tylko nie spokoju. To dzięki nim nasze dzieci nareszcie mogły się zająć swoim życiem, a my z dumą mogliśmy patrzeć, jak sobie dzielnie radzą w wolnym świecie, do którego myśmy nie mieli dostępu.

W wolnym świecie prawa i obowiązki obywatelskie, a więc uczestnictwo w życiu społecznym i politycznym, to wyższy poziom, na który wchodzimy dobrowolnie, z poczucia troski o wspólne dobro. Mamy budować, a nie niszczyć. To już nie barykady, tylko prawo do głosowania, chęć wyrażania opinii o tym, jak ma wyglądać moje miasto i program nauczania w szkole naszych wnuków. I w jaki sposób można pomóc innym, dotkniętym kataklizmem, głodem lub wojną – ludziom w potrzebie.

Krajobraz po bitwie

Ileż to razy słyszeliśmy: „Polacy potrafią tylko walczyć i ginąć za Ojczyznę, trzeba pokoleń, żeby nauczyli się żyć i pracować w pokoju”. Nie mówcie więc, że inteligencja przegrała, że ludzie nie poszli do wyborów, ponieważ nic ich nie obchodzi, bo to nieprawda. Dobrobyt państwa buduje się z małych cegiełek indywidualnego dobrobytu i szczęścia jego obywateli. Nasze dzieci były zajęte normalnym życiem, co jest trudnym zadaniem dla kogoś, kto nie ma wzorców wyniesionych z przeszłości. Do czego potrzeba nie tylko sił i odwagi, ale również czasu i – spokoju. Pokoju!

I znów… Okazuje się, że był to krótki epizod. Łyk świeżego powietrza, i koniec. Powracają stare wzorce walki, i to w najgorszym wydaniu: wojny domowej podsycanej nienawiścią i pomówieniem. Oto kolejne pokolenie musi porzucić swoje domy i wrócić na barykady, opowiedzieć się po jednej ze stron, określić, kto wróg, a kto przyjaciel. Zapomnieć o studiach, pracy, rodzinie, a zająć się Ojczyzną w potrzebie. I tak nasze dzieci znów nie zdążyły się dowiedzieć, jak miało wyglądać normalne życie.

Ilustracja: Artur Grottger, Już tylko nędza, z cyklu: Wojna (1866-1867)

Przebaczamy…

Andrzej Rejman

50 lat temu i dziś o przebaczeniu…

Pamiętam lata 60 jako ten okres mojego dzieciństwa związanego z Warszawą, kiedy żyła jeszcze moja mama. Z nią jeździłem na poranki do kina “Moskwa”, to jej znajomy, syn Ludwika Jerzego Kerna, Krzysztof Kern wziął mnie na koncert Rolling Stonesów wiosną 1967 roku.
Moja mama czytała “Przekrój”, “Kobietę i Życie” i “Tygodnik Powszechny”, który był wtedy wielką płachtą papieru.
O papieżu Janie XXIII mama mówiła, że jest świętym, a po jego śmierci namawiała do modlitw o jego wstawiennictwo.
Chociaż niewiele rozumiałem z tego, co działo się na świecie i w Polsce, pamiętam, że mówiło się wiele o Soborze, który jest przełomem, a w 1968 roku byłem już na tyle duży, że rodzice próbowali opowiedzieć mi nieco więcej o narastającym konflikcie społecznym i sytuacji na uczelniach.
***
2016
Uświadomiłem sobie dziś prostą prawdę. Można powiedzieć oczywistą oczywistość. Cały ten obecny, ale istniejący w jakiejś formie także w innych okresach historii podział ideowy społeczeństwa polskiego przejawiający się w istnieniu dwóch przeciwstawnych koncepcji rozwoju kraju, ta diametralna różnica w spojrzeniu na przeszłość i teraźniejszość, ciągły, nie kończący się spór o pryncypia – spowodowany jest niezdolnością do przebaczenia. I nie chodzi tu o “zapomnienie” czy “odpuszczenie win”, bo takiej możliwości, ani mocy nie mamy.
Nieumiejętność wzbudzenia w sobie postawy przebaczenia uniemożliwia dialog z kimkolwiek.
Nawet jeśli w jakimś okresie historii przeważy realizm i nadludzkim wysiłkiem udaje się rozmawiać i coś ustalić (patrz np.: Okrągły Stół), po upływie czasu ktoś to będzie kontestował, a ktoś odbierze temu znaczenie.
Czy można w sobie wzbudzić lub wychować zdolność do przebaczenia. Nie wiem. Kościół stara się teoretycznie o to od dwóch tysięcy lat. Rezultaty są raczej mierne.
Może istnieje jakiś gen przebaczenia? Niech wypowiedzą się genetycy.
Moja małżonka mówi, że właściwie chodzi tu o umiejętność kochania, ale to na jedno wychodzi…
W związku z tym, oraz w związku z zaostrzeniem się sporu w Polsce, który nie jest wg mnie jedynie sporem politycznym, przypomniało mi się krótkie wspomnienie mojego kuzyna – brata stryjecznego – Adama Rejmana, pochodzącego z Podkarpacia, absolwenta warszawskiej SGGW, mieszkającego obecnie z rodziną we Wróblowicach na Dolnym Śląsku. Za jego zgodą publikuję ten tekst bez zmian.

***
Adam Rejman

ZAPOMNIANE ZDARZENIE

Zawsze, kiedy w kolejną rocznicę listu polskiego episkopatu do episkopatu niemieckiego czytam okolicznościowe teksty, zdumiewa mnie brak jakiejkolwiek wzmianki o wydarzeniach, które rozegrały się w Warszawie na zakończenie uroczystości milenijnych, których byłem przypadkowym uczestnikiem. Przebywałem wówczas w Warszawie na kursie przygotowawczym do egzaminu wstępnego na SGGW. Był rok 1966. Z bratem i jego kolegą udałem się do katedry na Mszę kończącą uroczystości milenijne. Kiedy dotarliśmy na miejsce, msza dobiegała końca, a ogromny tłum ludzi przed katedrą uniemożliwiał wejście do środka. Godzina była popołudniowa i powoli zaczął zapadać zmierzch. I wtedy zaczęło się dziać coś dziwnego. Wychodzący z Katedry tłum nie rozchodził się. Po chwili tłum zaczął skandować: „Przebaczamy! Przebaczamy!” Wkrótce dały się słyszeć okrzyki: „Na Mio-do-wą!” Tłum ruszył… zdążając pod Pałac Prymasów.
Ludzie skandowali: „Prze-ba-cza-my!” i śpiewali „Boże, coś Polskę”, „My chcemy Boga”, „Jeszcze Polska nie zginęła”. Było już prawie ciemno, kiedy tłum dotarł pod pałac prymasowski. Ktoś mówił, że Prymas ukazał się w oknie i będzie przemawiał. Nie widziałem Prymasa i nie słyszałem, co mówił, ale od ludzi dowiedziałem się, że prosił, aby spokojnie się rozejść. Słowa Prymasa nie usatysfakcjonowały zebranych, a tłum ruszył pod gmach KC, wznosząc okrzyki i śpiewając religijne pieśni. Nagle wzdłuż pochodu zaczęły przejeżdżać milicyjne nyski i większe samochody. W pewnym momencie zauważyłem na chodniku dużą grupę milicjantów w hełmach, z tarczami i dużymi pałami. Na komendę błyskawicznie przemieścili się na jezdnię, tworząc groźnie wyglądającą ścianę, która odcięła ogon pochodu od reszty. Uderzając pałkami o tarcze podbiegli naprzód co wywołało panikę wśród zgromadzonych, którzy rzucili się do ucieczki.
Na szczęście do żadnych starć nie doszło. Następnego dnia dowiedziałem się, że milicjanci dzielili zdążający w stronę KC pochód na mniejsze odcinki i rozpraszali. Po tych wydarzeniach warszawska gazeta („Zycie Warszawy” albo „Ekspres Wieczorny”) zamieściła krótką notatkę na ostatniej lub przedostatniej stronie o treści, którą przytaczam z pamięci: W godzinach wieczornych bandy wyrostków i chuliganów usiłowały zakłócić spokój, co spotkało się ze zdecydowaną reakcją społeczeństwa. Jak dowiedzieliśmy się później, po rozpędzeniu tego pochodu władze przywiozły autobusami na któryś z warszawskich placów „obywateli”, którzy wznosili okrzyki przeciwne do tych, które wznosił tłum spod Katedry. Był rok 1966. Pierwszym sekretarzem PZPR by Władysław Gomułka, a marzec ’68 miał być dopiero za dwa lata.