Na saksach

Mieszka na stałe w Gorzowie Wielkopolskim, ale wciąż jest gdzie indziej i o tym pisze. Wydała dotychczas kilka tomików wierszy i dwie powieści, obie o pracy na Zachodzie. “Na saksach” to trzecia jej powieść, o pracy opiekunki starej kobiety w Berlinie. Książka nie została jeszcze  opublikowana, ale jest już przetłumaczona na niemiecki przez Emilię Skowrońską z Łodzi i przygotowana do publikacji w wydawnictwie Knaur w Monachium.  Wiersz “Demencja II” jest poetycką refleksją na temat tej samej pracy.

Łucja Fice

Demencja II

Zmieniam kierunki obyczaje, kraje – nie wiem gdzie rosnę
W tej chwili w Berlinie nad rzeką Havelą
Obok mnie babcia stara jak sosna
Spoglądamy na turystyczne statki łodzie jachty
Nabieram wody która przelatuje przez korzenie palców
Oddaj mi moja rzekę – mówi babcia i pokazuje słoje na korze rąk
Aleją przejeżdżają młodzi, śmiejąc się głośno
– oddam im moje piersi – rosną w ogrodzie za moimi plecami
leżą pod ażurowymi liśćmi
– moje nogi połknęła sarna – o! biega po drugiej stronie
– oddaj mi moją rzekę – powtarza
Nabrałam więc w garści wody i przelałam
Do babcinych słoi
– zobacz! – powiedziała zdziwiona
została mi kropla

File:Havel-Deetz-26-IV-2007-349.jpg
Havel by Botaurus / Wikipedia

Z powieści “Na saksach”

Die Vorstellungskraft der Großmutter und die Wahrheit über den Krieg

– Die Russen sind schon in der Nähe von Berlin, es ist gefährlich – ich verstand sie sehr gut.
– Mein Mann ist hier in Berlin – erklärte sie ungefragt.
– Und was macht er? – fragte ich gespannt.
– Wieso denn: was macht er? Er kämpft.
– Erzähle mir, wie dein Mann aussieht – fragte ich weiter.
– Er kommt hier im Augenblick, er muss den Anzug anziehen, der für ihn vorbereitet wurde.
– Wo ist der Anzug? – fragte ich.
– Komm, ich zeige ihn dir – Elisabeth stand ungeschickt auf und führte mich zu ihrem Schlafzimmer.

Über die ganze Wandlänge stand ein Schrank. Die Alte öffnete majestätisch alle Türen nacheinander.

– Nein, nicht hier. Ach, schau mal! Mit einem dünnen Finger zeigte sie auf einen grauen Sack mit einem Gehalt an.
– Nimm ihn heraus und lege den Sack ab – bat sie mich. Sie war sehr ernst. Ich hatte keine blasse Ahnung davon, was sich darin befindet, weil ich Omas Geschichten für Spinnereien hielt.

Langsam legte ich den Sack ab.
Meinen Augen bot sich eine grafitgraue und wohlbehaltene Uniform eines SS-Offiziers. Mir fielen sofort der Totenkopf auf der Schirmmütze und das Hakenkreuz auf der Binde auf. Ich erstarrte. Ich bin ein Zeuge der Geschichte und ich halte in meiner Hand etwas, was ich sogar nicht anfassen soll.

– Siehst du? Siehst du? – Er kommt gleich, weil er sich umkleiden muss. Ich log nicht. Elisabeth stemmte die Arme in ihre Hüften und stand stolz und aufrecht. – Leg sie auf dem Bett, er kommt im Augenblick – dies war beinahe ein Befehl.
– Und wie alt ist dein Mann? – fragte ich, indem ich die Uniform auf das Bett legte.

Sie legte ihren langen Finger auf ihrem Kinn, rieb es und bewegte sich nicht. Die dachte.

– Ich glaube, er ist dreißig, so wie ich – ihre volle Antwort machte mich die Schrecklichkeit der Demenz klar, die mit atemberaubender Geschwindigkeit fortschreiten wird, und ich werde zum Zeugen des Todes vom Omas Geist.
Ich schaute auf diese deutsche Uniform und berührte mit meinen Fingern den ledernen Gürtel und die runde Metallschnalle – ich berührte die Geschichte. Ich dachte an die fernen Kriegszeiten, die ich nur aus den Erzählungen meiner Mutter kannte.

An einer Mauer sah ich eine Gruppe von Männern und unter ihnen befand sich eine Frau mit zwei Kindern. Es war Herbst und die leichtgekleideten Leute warteten auf Erschießung im Regen und Kot. Ein Exekutionskommando wartete auf einen Befehl einige Meter von ihnen. Es war in Bereitschaft. Die Frau zitterte wie Espenlaub. Plötzlich nähert sich ihr und den Kindern ein deutscher Offizier und stößt sie aus der Reihe heraus. Er brüllt:

Raus, raus, zurück nach Hause.

Ich habe dieselbe Angst und leide dieselbe Qual wie die Frau damals. Sie war meine Mutter. Die Erinnerung, die – wie ich dachte – in Vergessenheit geriet und nicht imstande war, diese Ereignisse mit der Gegenwart zu verbinden, wurde wieder lebendig. Sie wurde von geheimnisvoller Bedeutung, so, als ich selbst mich in dieser geschlossenen – wie ich dachte – Welt befunden hätte, in der Welt, die wir nie mehr sehen. Und hier erweist es sich, dass sich in den Erinnerungen die geschlossene Zeit und Welt dicht vor mir befindet. Ein deutscher Offizier nähert sich mir und brüllt:

Raus, raus, nach Hause.

Dieser Offizier rettete mir das Leben. Ich erinnere mich daran, wie ich ganz nass nach Hause zurückkam.
Ich dachte, ich werde hier wie Gott in Frankreich leben, es erweist sich aber, dass die Worte meiner Mutter ersticken und wie trockenes Brot stopfen. Diese Erinnerung vom riesigen Trauma erwachte in mir gemischte Gefühle – das Rachegelüst und Haß gegenüber den Deutschen, die den Krieg verloren haben, und trotzdem geht es ihnen besser als uns! Diese negativen Gefühle beherrschten meinen ganzen Verstand und ich war gegen die schönen orangen Sonnenstreifen am Boden gleichgültig. Ich machte diese Bemerkungen mit derselben Gleichgültigkeit, als würde ich auf gläserne Blätter schauen. Ich war nicht imstande, einen Spaß zu haben, wenn ich auf diese tanzenden, miteinander verbundenen Punkte schaute.  Das Kältegefühl, das ich in diesem Augenblick hatte, überzeugte mich von der Erlebniskraft.

Übersetzt von Emilia Skowrońska

http://www.tvgorzow.pl/bohater/2012/113001bohater.html
http://www.echogorzowa.pl/blog/1/miasto/2012-10-04/z-anglii-i-z-niemiec–do-gorzowskiej-literatury-152
html http://www.lucyfice.republika.pl

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/143124/przeznaczenie

 

Überrachy

Kolejne opowiadanie o paczkach, jakie dostawaliśmy w Polsce podczas stanu wojennego. Autor, Leszek Pękalski, słynny gdański fotografik, nie nadesłał go na konkurs, tylko  na moją prośbę napisał je teraz, zainspirowany tekstami naszych autorów.

Jesienią 1981 roku pojechałem na saksy do RFN. Najpierw przez miesiąc zbierałem winogrona w Rheinpfalzu, a potem wylądowałem we Frankfurcie nad Menem, gdzie moja przyjaciółka, niemiecka fotoreporterka Erika Sulzer-Kleinemeier, załatwiła mi pracę w biurze architektonicznym, w charakterze człowieka do wszystkiego. Sprzątałem piwnicę z zalegających tam gratów, grabiłem w ogrodzie liście na kompost, skuwałem tynki w mansardzie (przy okazji, w zapale, nieco ją nadmiernie zdemolowałem), kserowałem jakieś albumy, no, słowem wszystko. Dostałem pokoik dwa piętra nad biurem, które mieściło się w dużej kamienicy na Westendzie tudzież klucz do biura, żebym mógł korzystać z łazienki i robić sobie śniadania i kolacje. Lunche jadałem wspólnie z całym personelem biura przy dużym stole i muszę przyznać, że traktowany byłem – wtedy dla mnie zaskakujące – jak członek zespołu, a nie jak robol z zapóźnionego kraju.

Jeden z architektów siedzących przy tym stole zachowywał się zwykle dość głośno – ot tak mniej więcej, jak przeciętny Polak wyobraża sobie Prusaka: butny, arogancki, hałaśliwy, niezbyt sympatyczny, blondyn o czerwonej twarzy. Zdarzyło się któregoś wieczoru, że, gdy zszedłem do biura zrobić sobie kolację, ów Niemiec był tam jeszcze, widać kończył jakąś zaległą robotę. Dwóch mężczyzn w dużym, pustym biurze – zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że pochodzi ze Świebodzina, przed wojną Schwiebus. Mieszkał tam aż do 1947 roku, kiedy to całej rodzinie kazano się wynosić. Nie pojmuje, dlaczego, bo nigdy nikt z jego rodziny żadnemu Polakowi nie zrobił krzywdy. Wysłuchałem ze współczuciem, powiedziałem, że go rozumiem, bo mojej rodzinie też kazano się wynosić ze Lwowa, ale że on z kolei powinien zaakceptować fakt, iż po tym wszystkim, co zaszło między Polakami i Niemcami podczas ostatniej wojny, woleliśmy zostać we własnym domu sami. Pokiwał głową….

Miałem być w Niemczech do świąt Bożego Narodzenia, ale czułem się zmęczony, tęskniłem do rodziny. Wróciłem 4 grudnia. 13 zaczął się stan wojenny. Do dziś się zastanawiam, co bym był zrobił, gdyby zastało  mnie to we Frankfurcie – pewnie nie byłbym tu, gdzie teraz jestem, ale to już inna historia…

Gdzieś na początku stycznia dostaliśmy paczkę z RFN – „Absender” Winfried Gladis, Braunfels. W środku żywność, jakiś proszek do prania, kosmetyki… Kto to u diabła jest Winfried Gladis?! Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że to ów „Prusak”, z którym raz rozmawiałem późnym wieczorem w pustym biurze we Frankfurcie. Skąd wziął mój adres? Pewnie zostawiłem w biurze, albo skontaktował się z Eriką…

Potem zaczęły przychodzić dalsze paczki – mniej więcej co dwa tygodnie. Czasem żywność, czasem „Haushaltsmittel”, kiedy indziej odzież dziecięca. Widać skądś wiedział, że mamy dwójkę dzieci, wtedy sześciolatka-chłopca i roczną dziewczynkę. Ciuszki były używane, ale w bardzo dobrym stanie i nieskazitelnie czyste. Zawsze też było wśród nich coś zupełnie nowego, prosto ze sklepu i jakieś drobne zabawki dla dzieci. Rozpakowywanie tych przesyłek było świętem, szczególnie dzieci asystowały przy tym pełne emocji. Największym powodzeniem cieszyły się, jak to one nazywały, „überrachy” (Überraschung), czekoladowe jajka z niespodzianką w środku – małą, plastikową zabawką do składania. Dziś można to kupić w każdym nieomal sklepie, wtedy był to ewenement – no i powiew szerokiego świata…

Chcąc się jakoś zrewanżować za te wszystkie dobra, napisałem do Winfrieda, czy jest może coś, w czym mógłbym mu być pożyteczny lub czym mógłbym mu sprawić przyjemność. Odpowiedział, że chętnie przyjąłby jakieś foldery turystyczne lub inne wydawnictwa dotyczące jego „Schwiebus”. Wątpiąc, czy coś takiego w ogóle znajdę, wolałem spakować się – i wybrałem w podróż. Chodziłem po tym Świebodzinie przez bodaj trzy dni i fotografowałem wszystko, co wydało mi się godne uwagi, przede wszystkim oczywiście to, co pamiętało czasy niemieckie. Jako rzetelny dokumentalista uwieczniłem na zdjęciach i to, co piękne, i to, co nie bardzo – m.in. totalnie zdewastowane poniemieckie cmentarze i ogólnie dość smętny, typowo PRL-owski obraz prowincjonalnego miasteczka. Wróciłem do domu, wywołałem materiał, zrobiłem porządne powiększenia, oddałem introligatorowi do oprawy i wysłałem. Poniewczasie sądzę, że chyba jednak trochę przesadziłem z tym uczciwym obrazem, bo odzew nie był nadmiernie entuzjastyczny – chyba zgoła żaden… No, ale zrobiłem, co było w mojej mocy.

Paczki stopniowo przychodziły coraz rzadziej, ale zawsze piękne i przemyślane – jak się potem okazało, stała za tym żona Winfrieda, Ute. W 1987 roku udało mi się wreszcie wybrać do Niemiec, do mojego brata, który od lata 1981 roku mieszka w Hanowerze. Postanowiliśmy pojechać do Braunfels i rzeczywiście spędziliśmy tam, goszczeni po królewsku, dwa bardzo miłe dni. Ogólnie ciepłej atmosfery nie zepsuł mi nawet fakt, ze w pokoju pana domu wisiała na ścianie wielka mapa Niemiec… z granicami z 1938 roku. No, ja też lubię sobie wyobrażać, że Lwów jest znowu polski, choć absolutnie nie myślę go szablą odbierać…

Potem byłem tam jeszcze raz, a później kontakt się urwał. Stale sobie obiecuję, że napiszę albo zadzwonię, a czas ucieka. Może kiedyś…

Kto idzie do więzienia?

Ten tekst ukazał się zapewne gdzieś w jakieś polonijnej gazecie, z której nie dostawałam egzemplarzy autorskich ani feedbacku, nie wiedziałam więc, co z tego, co im wysyłałam, zostało opublikowane ani kiedy. Na pewno coś się ukazywało, bo od czasu do czasu wpływało na konto 40 lub 50 euro od jakiegoś nieznanego mi Polaka. Kiedyś znalazłam go w sieci, zadzwoniłam i zapytałam, dlaczego przysyła mi pieniądze. Powiedział, że to honoraria. Dzsiejszy tekst jest uzupełnieniem “Gentryfikacji” 

Ewa Maria Slaska

Kto idzie do więzienia?

Mieszkam na parterze starej berlińskiej kamienicy, która od roku obstawiona jest rusztowaniami. Kilka tygodni temu włamał się do mnie facet, który okradł mnie. Mam mocny sen, obudziłam się dopiero, gdy wszedł do sypialni i zapalił światło. Zanim oprzytomniałam, dowiedziałam się, że gość ma zlecenie z rosyjskiej mafii, żeby mnie zabić, bo właściciel domu chce się pozbyć mieszkańców.

Okazałam się osobą przytomnego umysłu i odważną, bo nie pozwoliłam się zastraszyć, wciągnęłam gościa w rozmowę, przekonałam, że najlepiej będzie, jak pójdziemy do kuchni, napić się kawy, i w końcu pozbyłam się go z mieszkania. Nie zrobił mi krzywdy fizycznej, a straty materialne okazały się niewielkie, ale przeżyłam oczywiście szok psychiczny.

Zadzwoniłam po policję. Nie udało się i był to pierwszy, choć jeszcze niewielki, nowy rodzaj zdziwienia. Telefon, podłączony przez firmę 1&1, nie wybierał numerów specjalnych. Przerażona i roztrzęsiona, patrząc przez okno na włamywacza, który stał na ulicy, palił moje papierosy i przyglądał mi się, przez 40 minut dzwoniłam do koleżanki, żeby ją obudzić i poprosić o wezwanie policji.

Z policją kontaktowałam się w sumie przez trzy dni i moje zdziwienie rosło z dnia na dzień.

Przyjechali dość szybko. Sześciu rosłych mundurowych. Ani jednej kobiety. W czasie rozmowy ze mną facet powiedział, że mieszka w moim domu. Nigdy go wprawdzie nie widziałam, ale on znał mnie i dużo o mnie wiedział. Powiedziałam to policjantom i zaproponowałam, żebyśmy się przeszli po domu i poszukali go. Odmówili. Wypytali mnie ogólnikowo i popędzając. A sprawa była trudna do opowiedzenia, bo historia była dziwna. Patrzyli na mnie jak wariatkę i nie wierzyli ani jednemu słowu. Wyszli, twierdząc, że za godzinę przyjdzie dwóch cywili, żeby zabezpieczyć ślady. Zapytałam, a co przez tę godzinę? Jeśli facet zobaczy, że policja odjechała i wróci? Nie wiem, jak wszedł, więc nie wiem, czy umie wrócić czy nie? Wzruszyli ramionami i poszli. Tropiciele śladów też mi nie wierzyli, ale przynajmniej zabezpieczyli najbardziej oczywiste odciski i traktowali mnie grzecznie. Też odmówili przejścia się ze mną po domu i szukania włamywacza. Wyszli, ja też. Bałam się zostać sama. Z pracy zadzwoniłam na policję, gdzie podano mi nazwisko komisarza, który się będzie mną zajmował. Nie było go jednak. Powiedziałam mojej bardzo miłej rozmówczyni, że się boję. Odpowiedziała, że przykro jej, mogę dostać skierowanie do policyjnego psychologa, ale ogólnie rzecz biorąc moje bezpieczeństwo to moja sprawa. Zdziwiłam się, bo myślałam, że płacę podatki i bezpieczeństwo obywatela to sprawa państwa. Pan komisarz oddzwonił i obiecał, że przyjdzie następnego dnia rano. Powiedziałam, że nie będę nocować u siebie, bo się boję. Powiedział, że dobrze, bylebym była punktualnie.

Komisarz był nadzwyczaj grzeczny i dobrze udawał, że mi wierzy, ale też nie przeszedł się ze mną po domu w poszukiwaniu włamywacza i potencjalnego mordercy.

Spotkałam się z sąsiadami i opisałam owego mężczyznę. Niemiec, Jörg, lat ok. 40, wysoki, szczupły, wysportowany, tatuaż, krótkie włosy, trzydniowa bródka, brak prawej górnej trójki. Rozpoznali go. Nazywa się Jörg G., jest byłym komandosem, mieszka w naszym domu w oficynie za moim mieszkaniem na 2 piętrze. Zadzwoniłam na policję. Przyjechali. Przyznał się od razu. Tak, był u tej pani, tak w nocy, tak, potem sobie poszedł. Ale przeprosił.
– Nieprawda, powiedziałam, nie przeprosił.
– Pewnie chciał – skonstatowali policjanci.

Rano przesłuchano go raz jeszcze, tym razem na policji. Komisarz przyprowadził go do mnie, żeby mnie przeprosił.

I to wszystko.

Mieszkam więc w domu w facetem, który się do mnie włamał, okradł mnie, straszył, że mnie zabije i wie, że to ja oddałam go w łapy policji. Ale wie też, że policja puściła go wolno. Kiedyś podobno będzie miał sprawę, ale nie był karany, pewnie więc dostanie pół roku w zawieszeniu, nie więcej.

Złożyłam skargę w odnośnym urzędzie. Po tygodniu dostałam odpowiedź, że działania policji były prawidłowe. Pewnie tak, ale się boję, mieszkam więc po kolei u przyjaciół, lub oni nocują u mnie. Wyprowadzam się. Ja, nie on.

I dziwię się.

PS 2010 – co gorsza przy lekturze tego tekstu nieodmiennie nasuwa się nieciekawe przypuszczenie, że sprawa sprawiedliwości może wyglądałaby inaczej, gdybym to ja była Niemką, a włamywacz Polakiem. Nie jestem żądną krwi harpią, nie zależy mi na tym, żeby facet poszedł do więzienia, interesujące jest jednak, że dopóki to JA opowiadałam o tym, co się stało, policja uznawała mnie za niespełna rozumu i tak to zostało zapisane w protokołach. Stałam się wiarygodna dopiero, gdy włamywacz, którego JA znalazłam, potwierdził, że się do mnie włamał.

PS 2013 – facet dostał karę pieniężną, nie wiem, jakiej wysokości.

Grenze / Granica

2010 hat Dorota Cygan diesen Text in beiden Sprachversionen zugleich geschrieben. Er wurde auf Deutsch und Polnisch in der Bibliothekenzeitschrift “Pro libris” in Zielona Góra veröffentlicht. Den Text gibt es in beiden Sprachen im Internet, daher hier nur zwei Fragmente, damit man auf den Geschmack kommt.
Achtung: Die Fragmente ergänzen sich.

Dorota Cygan napisała ten tekst w roku 2010. Został on po polsku i po niemiecku opublikowany w czasopiśmie biblioteki w Zielonej Górze “Pro libris”. Ponieważ można go przeczytać w obu językach w internecie, przedrukuję tu tylko dwa fragmenty, zachęcając gości tego blogu do przeczytania całego artykułu w sieci.
Uwaga – fragmenty się uzupełniają.

Dorota Cygan

(…)

Eine Region – zwei Heimat(-)

Der Weg zurück nach Berlin vom Dolmetscheinsatz führt durch ein Dorf im Kreis Lubań/Lauban. Für diesen Beitrag müssen dramatis personae der längst vergessenen Kriegszeit nicht anonymisiert werden – die noch leben, würden vielleicht gern selbst Zeugnis ablegen und ihre Befindlichkeit über all die Jahre schildern. Der Zeitgeist will es aber, dass alle Akte der dramatischen Handlung hinter sich gelassen werden, denn der vollständige szenische Dialog wäre eh nicht mehr zu rekonstruieren – durch den Exitus der ältesten Figur.

Mit 14 Jahren kommt sie als Landarbeiterin aus Südpolen hierher. Zwangsarbeit wäre ausgerechnet in diesem Fall nicht das richtige Wort, denn sie meldet sich – der nationalsozialistischen Werbepropaganda folgend – freiwillig, um dem Hunger zu entkommen, und gibt dazu ein falsches Geburtsdatum an, um als älter eingestuft zu werden. Kurz vor Kriegsende bringt sie ein Kind zur Welt und wird niemandem je verraten, wer der Vater ist. Mit gutem Grund. Denn nach Kriegsende geht sie zu ihren Verwandten zurück, wird zur Heirat gezwungen, lässt für ihre Tochter eine neue Geburtsurkunde ausstellen und muss zu allen Umständen ihres 18-jährigen Lebens einen gehörigen Abstand gewinnen. Es geht niemanden etwas an, das private Drama. Im Mai 1945 muss sie keine Grenze mehr passieren, da ist jetzt Polen.

Es gibt aber auch noch die andere Geschichte. Auf der deutschen Seite hat der Ausgang des Zweiten Weltkrieges und der Epilog der beschriebenen Geschichte eine andere Dramatik und einen anderen Kommentar – die Verdrängung der Vertreibung. Im Falle der in tiefen Westen ziehenden Flüchtlinge wird er gar manchmal politisch instrumentalisiert. Aber hier ist die DDR, und die duldet keine Ressentiments. Notfalls werden sie einem aberzogen. Man thematisiert den Verlust und den erzwungenen Grenzgang allenfalls in Familienkreisen. All das geht die politischen Instanzen nicht viel an. Immerhin können die Umsiedler das Zielort ihres Umzugs wählen – und so erfolgt die Umsiedlung dieser Bauernfamilie um nur 30 km weiter westlich. Ihr neuer Wohnort liegt auf derselben Autobahnstrecke, die jetzt die Dolmetscherin auf dem Weg nach Berlin ansteuert. Der Blick von oben würde den neuen Wohnort derselben Region zuordnen, und das ist geografisch zweifellos korrekt.

Der Epilog des privaten Dramas von deutschen Bauersleuten und der polnischen Landarbeiterin enthält keine spektakulären Momente: Man arrangiert sich mit der Vergangenheit, hält Kontakt zueinander, schickt Weihnachtsgrüße und Päckchen, kann sich beim Besuch selbst nach vielen Jahren noch einigermaßen verständigen, wohnt relativ nahe voneinander, im schlesischen Raum. Bei der Befragung ist von keinem der Akteure zu hören, dass sie bei diesen Treffen ein besonderes Unbehagen empfanden. Sie haben das Wissen um diese Zeiten – eines, das keiner historischen Korrektur und auch keiner Ergänzung bedarf.

Jeden region – dwie małe ojczyzny

Stan duchowy mieszkańców obszaru, na którym po 1945 roku osiedliło się przypuszczalnie wiele niemieckich rodzin – tak blisko, że z nowego domostwa prawie można by dotknąć swojej starej stodoły – jest jako model tożsamościowy trudny do uchwycenia. Zbiorowa tożsamość Wschodnich Niemców nałożyła się na tę indywidualną lub ją wyparła. Kiedy po zjednoczeniu chcieli nawiązać do dyskursu wypędzenia, toczącego się przed laty w społeczeństwie zachodnioniemieckim, reagowano na to uśmiechem zmęczenia – jak na „wiecznie wczorajszych”. Z problemem tym zostali sami. Przystąpienie Polski do Unii po raz pierwszy dało realną szansę zaangażowania się na rzecz regionu i regionalizacji – ze świadomością, że poza dyskursem historycznym chodzi tu o realne współdziałanie, z którego obie strony mogą czerpać korzyści, nie tylko tzw. interkulturowe, ale i realne.

Krajobrazowa jednorodność regionu ma swój odpowiednik w słabości strukturalnej. Nierówności jednak bardziej rzucają się w oczy niż elementy wspólne, i to one określają strategię przy realizacji unijnych programów kooperacji. Już same różnice w rozwoju infrastruktury drogowej sprawiają, że Polacy są bardziej zainteresowani projektami budowlanymi niż wymianą idei i doświadczeń. Nieubłagana statystyka usprawiedliwia rozmijanie się w dyskusji. Polacy zgodni są co do tego, że najpierw trzeba pokonać nierówność w rozwoju gospodarczo-technicznym. Dopiero potem równie chętnie przyjmą projekty na rzecz innowacji technicznych, budujące społeczeństwo informacyjne, jak i studia wykonalności czy regionalne prognozy rozwoju. Te atrakcyjne są dla Niemiec, których zapotrzebowanie na obiekty i projekty infrastrukturalne zostały już, można uznać, zaspokojone, gdyż główna fala modernizacji po zjednoczeniu przyniosła wyrównanie różnic strukturalnych do poziomu standardów zachodnich. O sukcesie będzie więc można mówić wówczas, gdy niemiecka gotowość do dialogu i wspólnej realizacji projektów napotka u Polaków na pełną gotowość do kooperacji, bez automatycznych roszczeń, by trwałość oznaczała to, iż po projekcie pozostaną konkretne obiekty budowlane lub sprzęt techniczny. To deficytami natury materialnej tłumaczyć trzeba fakt, że gotowość do współpracy jest częściowo asymetryczna. Z jednej strony niepokój, że projekty unijne służą sąsiadowi wyłącznie do usunięcia zacofania cywilizacyjnego, a niemiecki partner jest jedynie pretekstem. Po drugiej stronie zaś zachodzą obawy, że występuje się w roli biednego krewnego, który musi się wstydzić za deficyty materialne i dać się zawsze pouczać. Zachodniego sąsiada zdaje się nie obchodzić ta cywilizacyjna nierównoczesność. Jest ona powszechnie znana. Pragmatycznie myślący Niemiec dziwi się raczej temu, jak różne są w obu krajach kultury dyskusji, jak nikły poziom zaufania między konkurującymi regionami Polski – podczas gdy w powiatach i gminach niemieckich regionalizm, struktury federalne i dążenie do konsensusu wręcz tworzą tożsamość zbiorową. Budowanie transgranicznych struktur regionalnych okazuje się więc większym wyzwaniem niż zakładano. Po żmudnych rozmowach nawet polscy uczestnicy pertraktacji sami zastanawiają się, czy my Polacy potrafimy ze sobą kooperować. Praca nad integracją regionu jest pracą u podstaw i nie bez powodu rodzi pytanie, jak to jest ze zdolnością regionów Polski do współtworzenia Europy. Odpowiedź brzmi tak: Tam, gdzie po stronie niemieckiej nie ma konkurenta, a jest – z definicji – partner, polskie regiony konkurują ze sobą niekiedy do tego stopnia, że nawzajem niweczą swoje szanse rozwojowe. Nawet w obrębie Śląska podział interesów jest niekiedy taki, że Wrocław jako stolica Dolnego Śląska mniej zainteresowany jest wspieraniem okolicznych miejscowości – choćby przez wspieranie turystyki wiejskiej – niż administracja komunalna graniczących tu z Polską obszarów Saksonii. Decyzja o tym, czy popierać turystykę w ogóle czy turystykę wiejską w szczególności, zapada w tym wypadku nie w kontekście narodowym, lecz zależy od cech strukturalnych kooperujących regionów. Siła przebicia większej jednostki, np. większego miasta, może w pewnych okolicznościach prowadzić do nowych aliansów, niezależnie od przynależności narodowej. I dobrze, że tak jest. Konkurencja wewnątrz Unii ma właśnie rozluźniać istniejące zależności, by tworzyć efekt synergii. Nowe osie kooperacji mogą równie dobrze nazywać się Wroclaw-Drezno-Berlin-Praga jak i Lubań-Löbau-Jablonec. Obojętnie, czy są to warsztaty, wspólne akcje policyjne czy działania na rzecz poprawy wizerunku regionu – tzw. „miękkie“ kontakty w sferze gospodarczej i społecznej umacniają się dzięki temu, że ludzie zwiększają zasięg swej działalności, bez konieczności szczególnych uzasadnień. Proces orientowania się w tych oczywistych realiach jest niekiedy najtrudniejszym etapem przedsięwzięcia, którego przebieg mamy przywilej obserwować. Największym przywilejem jest przy tym szansa redefinicji pewnych struktur. Fakt, że aktywność obywateli jest pożądana, stanowi zasadę unijną, a jednak tam, gdzie ich mobilność wymyka się spod kontroli państw narodowych, brak nagle ponadgranicznego związku z Europą. Czy zatem trzeba z powodu zwiększonej mobilności redefiniować zbiorową tożsamość? Nazwać ją ogólnoeuropejską osobowością transgraniczną“, która funkcjonuje w zintegrowanym europejskim życiu publicznym?


O komunikacji międzyludzkiej.
Wiele lat temu pracowałam w schronisku dla uciekinierów politycznych jako opiekunka. Schronisko było wielkie, na stanowiskach opiekunów pracowało kilkanaście osób. Mieliśmy na co dzień do czynienia z tysiącami ludzi i wieloma narodowościami. Naszym zadaniem było pomaganie tym ludziom w kontaktach z instytucjami, co oczywiście oznaczało, że najpierw trzeba było zrozumieć, czego potrzebują. Aby temu sprostać, uczyliśmy się podstawowych słów i zdań w każdym języku, ale trzeba przyznać, że i nasi podopieczni starali się przedstawić swój problem jak najbardziej zrozumiale.
Ale nie zawsze naprawdę rozumieliśmy, o co chodzi. Przez dłuższy czas lekkim niepokojem napawał nas fakt, że Arabowie i Arabki po wejściu do biura kilkakrotnie uderzali kantem lewej dłoni w nadgarstek prawej. W opisie brzmi to może niegroźnie, ale naprawdę miało się poczucie, że jakby co, to odrąbią ci dłoń, a może nawet obie. Kiedyś zrozumieliśmy wreszcie, że mamy im coś napisać. Ulżyło nam, ale nie do końca, bo napisać, OK, ale to odrąbywanie rąk?
Dopiero po wielu latach zobaczyłam na filmie, jak uliczny pisarz w Marrakeszu strzepuje z pióra, takiego staroświeckiego, obsadka ze stalówką, a więc – jak strzepuje z pióra nadmiar atramentu, postukując lekko obsadką w nadgarstek.

Tysiąc lat

Stosunki polsko-niemieckie według Ewy Marii Slaskiej czyli
interpretacja własna wystawy „Obok. Polska – Niemcy 1000 lat historii w sztuce”. Wystawa trwała od września roku 2011 do stycznia 2012, tekst napisałam późno, za późno, i, powiedzmy, że dlatego nie został nigdzie opublikowany. Ale tak naprawdę to jest to klasyczny salon odrzuconych.

Ewa Maria Slaska
Polska – Niemcy 1000 lat

Zacznijmy od faktów najprostszych – wystawa, ogromna, 1000 lat, 800 eksponatów, 200 instytucji wypożyczających, 10 rozdziałów – ma inny tytuł po polsku i po niemiecku (a także po angielsku).

Po polsku jest mowa o tysiącleciu historii w sztuce, po niemiecku o historii i sztuce.

Piszę to nie z typową dla osób dwujęzycznych satysfakcją, że „przyłapałam” innego dwujęzycznego na błędzie. Odmienność tytułów nie jest bowiem lapsusem, jest na pewno świadoma i zamierzona. Po niemiecku tytuł głosi to, co chcieliby zobaczyć (i zrozumieć) Niemcy, po polsku – to, co interesuje kuratorkę, a nawet – powiedzmy to uczciwie: kreatorkę wystawy.

Od ponad miesiąca przedzieram się przez jednakowy bełkot prasowo-internetowy na temat wystawy. Każdy chwali, używając niemal tych samych słów, bo mimo iż każdy szanujący się dziennikarz wprowadza jakiś własny komentarzyk, jakiś mini-smaczek, ale tak naprawdę nie ma prawdziwych recenzji tej wielkiej wystawy, jest tylko powielanie porządnych, wyczerpujących i banalnych tekstów przygotowanych przez biuro prasowe wystawy. Nie ma tak właściwie żadnej porządnej recenzji, a nie ma, bo być nie może, bo cierpimy na chorobę, która się zwie polskie zadufanie, a jej symptomami są patriotyczne puszenie się połączone z czołobitnością wobec wielkich i uznanych. Przypomnijmy czołobitność wobec wielkich to w świecie odrębna jednostka chorobowa, zwana idolem teatru, w świecie polskim jest lewą stroną patriotycznej prawej rękawiczki.

Tysiąc lat kontra ostatnie sto lat. Los Żydowski.

Andę Rottenberg, kuratorkę wystawy, interesuje przede wszystkim, nade wszystko, a zapewne nawet ponad wszystko tylko sztuka. Historia jest dla Rottenberg tylko ramą dla sztuki, zręcznie podsuwaną jako komplet w celach marketingowych. Marketing dotyczył niewątpliwie Wystawy Andy Rottenberg jako Dzieła! A zabiegi, prowadzone od wielu lat, miały sprawić, by Dzieło stało się flagowym projektem Polskiej Prezydencji. Tak oto w ramach Polskiej Prezydencji (co, umówmy się, już samo w sobie jest z lekka śmieszne) chwalimy Andę Rottenberg, a ponieważ ona chwali przede wszystkim Mirosława Balkę, chwalimy zatem Balkę, bijąc czołem w ziemię.

Pójdźmy jednak jeszcze o krok dalej. Tak naprawdę to nie sztuka interesuje Rottenberg, i nie sztuka polska, ale sztuka obrazoburcza, antykatolicka, modernistyczna, najlepiej jeśli na dodatek żydowska, a właściwie z naciskiem na sztukę żydowską, antyniemiecka, odwołująca się do bólu i okrucieństwa. Temat ten zdominował ostatnie sto lat historii i wystawy, i ją zakłamał, bo tu właśnie kuratorka, wkraczając na teren, najlepiej sobie znany i ten, który rzeczywiście chciała zaprezentować, porzuciła już wszelkie próby udawania, że chodzi o historię. W odcinku wystawy dotyczącym szeroko rozumianej współczesności nie chodzi o Historię. Chodzi tylko o historię sztuki współczesnej i Los Żydowski.

To spójny obraz i artystka (bo osoba układająca wystawę jest niewątpliwie artystą) ma do niego niezaprzeczalne prawo. Tyle że jest to obraz nad wyraz indywidualny. Taki obraz sztuki modernistycznej przedstawiła Rottenberg w wykładzie, towarzyszącym wystawie, zapomniała tylko powiedzieć, że jest to interpretacja indywidualna i osobista Andy Rottenberg. Stała tam przed nami Kuratorka i mówiła nam, że taka jest Sztuka Polska. Modernizm polski w tym ujęciu to sztuka ostatnich stu lat, która zaczęła się w Związku Radzieckim, a nie skończyła nigdy. Jedynymi polskimi jej przedstawicielami są Strzemiński i Kobro, pozostali są Żydami, co Rottenberg podkreśla tak dalece, że zapomina dodać, że to również, a niekiedy przede wszystkim Polacy. Cierpienie żydowskie w sztuce przechodzi bez cezury w okrucieństwo wojny, wojna czyli zagłada, śmierć, obóz, ból, płynnie łączy się z chorobą, ta z kolei z bólem żydowskim w obliczu globalizacji i komercji. Jasna czysta linia, jak ktoś nie wie, jest w stanie uwierzyć, że taka oto była historia sztuki polskiej od roku 1912 do 2012, i zdziwi się, a i nie uwierzy, jak mu się powie, że nie, że nie jest to ani historia sztuki polskiej, ani nawet polskiej sztuki modernistycznej, a już na pewno nie – polskiej sztuki współczesnej, lecz indywidualny wybór Andy Rottenberg, która przeciągnęła straszną czarną nić przez nasze dzieje i wyciągnęła na niej tylko to jedno – Cierpienie jako definicję Losu Żydowskiego. Przejmujący obraz. Szkoda, że Rottenberg nie zrobiła takiej wystawy. Wtedy byłaby prawdziwa.

W dzisiejszych czasach potwornie trudno zaprotestować przeciw takiej wizji, bo praktycznie od razu zarabia się etykietkę antysemity. Jeśli więc nawet znalazł się jakiś umysł wolny od choroby idola teatru, nie zaćmiony polskim zadufaństwem połączonym z kultem panienki przenajświętszej Andy Rottenberg, to i tak zgroza go pewnie ogarnia na myśl o tym, że jak napisze, to co chce napisać, to redaktorzy odrzucą, a jak nie odrzucą, to czytelnicy zeżrą z kościami.

Nawet jeśli autor niniejszego sam jest Żydem albo Żydówką. To nie pomaga. Nic nie pomaga.

Tysiąc lat kontra ćwierć tysiąclecia. Odwieczna wrogość.

Ustaliliśmy już zatem, że Rottenberg zrobiła tę wystawę, żeby pokazać ostatnie sto lat historii sztuki. Pozostałe 900 lat to wehikuł, który wywiózł wystawę Andy Rottenberg na szczyt, ale też po prostu sztafaż, zaprezentowany bez ładu i składu zbiór obiektów, Wunderkammer stosunków polsko-niemieckich. Polakom niepotrzebny, bo wiedzą, dla Niemców niezrozumiały, bo nie wiedzą. A bez wiedzy nie da się go pojąć ani zrozumieć. Widz błąka się od sali do sali, nie rozumiejąc ani logiki ani chronologii, aby posuwając się od zewnętrznych kręgów piekła do samego jego środka dotrzeć do serca wystawy czyli… Krzyżaków.

I nagle stajemy oko w oko z czymś, co jest nam znane aż za dobrze. Nagle czujemy, że i tu osobowość kuratorki odcisnęła swoje piętno. To wystawa o odwiecznej wrogości. Prezentacja komunistycznego mitu odwiecznej wrogości. Mitu z czasów, gdy MY (a więc i Anda) byliśmy w podstawówce. Bo już nawet w liceach można było ewentualnie trafić na nauczyciela historii, który w ten obraz potrafił chyłkiem wprowadzić nieco odmiennych akcentów. Jako licealiści czytaliśmy też różne książki Jasienicy i choć on też był dziecięciem owych czasów, to jednak można było uważnie czytając zobaczyć, że owa odwieczna wrogość nie istniała ani w Polsce Piastów, ani Jagiellonów ani w Rzeczpospolitej Obojga Narodów. A już na pewno jeśli studiowało się nauki humanistyczne, mógł się człowiek dowiedzieć, że odwieczny oznacza ostatnie 250 lat, a nie 1000. Te ćwierć tysiąclecia to wystarczająco złowrogi ciężar i właściwie nie wiadomo, dlaczego Komunie tak bardzo zależało na tym, żeby nam udowodnić, że to lat tysiąc?

Komuna wystylizowała ten obraz ze zręcznością prestidigitatora, który wyciągnął z kapelusza szczerzącego krwawe zęby odwiecznego wroga. Gdy w grudniu 1982 roku w dzień przed Wigilią czekałam na przesłuchanie w poczekalni aresztu na Kurkowej w Gdańsku, patrzył na mnie sześciooki czarno-biały plakat – Krzyżak, Hitler, Adenauer. Ale to właściwie z mało, bo wprawdzie rzeczywiście Krzyżak, wsparty niestety Sienkiewiczem, stanowił centrum owego obrazu odwiecznego wroga, ale zaczynało się to znacznie wcześniej.

Wykład o odwiecznej wrogości

  1. Formowanie nowoczesnej Europy

Walki przygraniczne państw z luźnymi formacjami plemiennymi są jedną z charakterystycznych cech formowania się Europy. Imperium Rzymskie borykało się z tym przez cały okres swego istnienia, a słynny rzymski limes nie był niczym innym, jak próbą osłony cywilizacji przed dzikością ludów spoza tej granicy. Gdy Rzym upadł pod naporem kolejnych dzikich plemion, zaczęła się rodzić dzisiejsza wizja Europy, zaciekle atakowana na wszystkich granicach. Z Południa napływały flotylle saraceńskie, z Północy nadciągali Wikingowie, na Wschodzie kłębiły się masy germańskie i słowiańskie, które jednako nie chciały się dać ujarzmić, ale chciały bogactw tworzonych tam, gdzie ludy dawały się wziąć w karby państw.

  1. Słowianie po obu stronach Odry

”Odwieczna wrogość polsko-niemiecka” zaczęła się od pierwszych Piastów, a symbolem wroga był Albrecht Niedźwiedź, margrabia brandenburski. Nikogo w tej mitotwórczej pasji nie interesowało, że naprawdę Marchia i Polska walczyły z tym samym wrogiem, z dzikimi i nieujarzmionymi plemionami słowiańskimi znad Odry. Obodrzyci, Wenedowie, Wieletowie, Serbowie, Łużyczanie, którzy nie dawali się na stałe włączyć ani do Niemiec ani do Polski, stanowili ustawiczne przygraniczne zagrożenie obu bardziej trwałych formacji państwowych. Jeżeli przypadkiem ludy te zawierały jakiś doraźny sojusz z Polską, Komuna stylizowała ich na Słowian-niemalże-Polaków, jeśli z kolei Polska walczyła ze związkiem plemion słowiańskich, ewentualnie sprzymierzonych z władcami Marchii, patronowały temu skryte knowania Niemca.

  1. Konflikty graniczne

Czy chcemy czy nie chcemy, od czasu gdy Polska i Marchia Brandenburska uporały się ze Słowianami Zachodnimi, granica między Polską a Niemcami na dobre się ustabilizowała, nie tyle w miejscu (bo tu przez tysiąc lat będzie sobie wędrować ze Wschodu na Zachód i z Zachodu na Wschód), ile jako trwała granica językowa, kulturalna i państwowa. Cokolwiek by się nie działo w Rzeszy i w Polsce, zawsze już miały mieć wspólną granicę. To banał. Ale często o nim nie pamiętamy. I mylimy to, co zawsze dzieje się na granicach, z odwieczną wrogością.
Banałem jest też przypominanie, że średniowieczne rozdrobnienie państwowe nie było jakimś złowrogim zdarzeniem, które przydarzyło się Polsce niesprawiedliwie i nie wiadomo czemu, tylko była to typowa faza rozwoju państwowości feudalnej. W całej Europie zwierzchnik rycerstwa czyli suweren czyli aktualnie najsilniejszy władca w całej okolicy oczekiwał hołdów lennych od władców słabszych, a sam składał je władcy silniejszemu. W górę sięgało to poziomu Papież -Cesarz, w dół mogło sięgać do hołdów trzech rycerzy składanych czwartemu.

I ostatnim banałem dotyczącym czasów rozdrobnienia rycerskiej Europy jest to, że każdy mógł zawrzeć z każdym przymierze przeciw każdemu innemu i wezwać na pomoc kogo tylko chciał, żeby poradzić sobie z tym, kto mu w danym momencie nie pasował. Gromady pozbawionych ziemi rycerzy, skupionych w zakonach rycerskich tylko czekały na takie okazje.
Wszystkie średniowieczne konflikty polsko-niemieckie miały dokładnie taki wymiar i nie były niczym wyjątkowym, złowrogim i odwiecznym.

  1. Konflikty przygraniczne – Litwa i Żmudź

W takim kontekście książę Konrad Mazowiecki sprowadza Krzyżaków. Bo od Zachodu boryka się z klasycznymi problemami walk granicznych, a od Wschodu – przygranicznych, takich jak 200 lat wcześniej toczyły się nad Odrą. Od Wschodu, pomiędzy carską Rusią a księstwami polskimi w tzw. Dziczy czyli nietkniętych puszczach czają się dzicy Litwini, Żmudzini i Jadźwingowie. Przypomnijmy sobie trzech mickiewiczowskich budrysów. Zabawny wierszyk. Budrysi. Są groźni i nie ochrzczeni, można ich więc nawracać.

Wszędzie w Europie przez kilkaset lat zakony rycerskie rozrosną się w potężne i bogate organizacje. I wszędzie prędzej czy później władcy w porozumieniu z papieżem dojdą do wniosku, że ich potęgę trzeba zlikwidować. Zwłaszcza, że już w miastach tworzą się pierwsze zalążki uprzemysłowienia. Feudalizm się kończy. Kończy się czas rycerzy. Pierwsi upadną Templariusze, Krzyżacy przetrwają jeszcze ponad 200 lat. Będą się bronić, nie będą chcieli oddać tego, co dostali, zagrabili lub kupili. „Normalka”.

Nic w tym, co się działo między księstwami Polskim, zjednoczoną z powrotem Polską Łokietka i Kazimierza Wielkiego i wreszcie unią mocarstwową Polski i Litwy nie jest dowodem odwiecznej wrogości polsko-niemieckiej. Jesteśmy widownią procesów historycznych. W tym kontekście w Polsce zdarzyła się bitwa. Wielka bitwa rycerstwa zachodniego z nie ochrzczonymi rycerzami Witolda. Ostatnia bitwa średniowiecznej Europy. Dlatego myślimy, że jest słynna. A to po prostu bitwa. Spójrzmy na obraz Matejki. Mistrz wiedział, co maluje. Gdzie są tam Polacy? Gdzie Niemcy? Dwie główne postaci to Witold i Ulrich von Jungingen. I tak dokładnie było.

W 40 lat po bitwie pod Grunwaldem Turcy podbili Konstantynopol. Zatrzasnął się ostatni przesmyk pozwalający przywozić złoto, perły i jedwab z Azji. Synowie szlacheccy bez ziemi już nie chcą się bawić w rycerzy. Część z nich zajmie się produkcją i finansami, tak urośnie siła miast, część będzie nadal szukała przygód. Don Kichot, prawda? To on, rycerz bez pola walki i przeciwnika. Ale inni już wiedzą. Tam gdzie mogą, ruszą na podbój świata. To ci sami chłopcy, już nie rycerze, konkwistadorzy.
W tym kontekście rozwiązał się Zakon Krzyżacki.
To prawda, kiedyś, za następnych dwieście lat, na podwalinach tego, co zbudował Zakon Krzyżacki, urośnie nowa potęga polityczna, Księstwo, potem Królestwo, a potem Cesarstwo Pruskie. I to już stanie się zalążkiem „odwiecznej wrogości”, tej liczonej w stuleciach a nie tysiącletniej. Do tego jeszcze wrócimy.

  1. Granica kwietystyczna

Polska Jagiellonów i Rzesza Niemiecka ustabilizowały swoją potęgę i na długi czas granica państwowa pomiędzy oboma mocarstwami nie ulegała zmianie. Nic się też na niej nie działo. Przyjęło się wręcz uważać ją za najspokojniejszą granicę Europy, chętnie przydając jej przymiotnik „kwietystyczna” – spokojna, ale też piękna. Niemcy szarpane były reformacją, co zresztą nie ominęło też i Polski, Rzesza przeżyła też najbardziej dramatyczną wojnę w swej historii – wojnę stuletnią, zakończoną pokojem westfalskim i swego rodzaju tolerancją religijną. W Polsce walka protestantyzmu z katolicyzmem była znacznie mniej dramatyczna, z kolei zamiast wojny stuletniej przeżyliśmy szereg konfliktów zbrojnych z Turcja i najazd szwedzki. Tym niemniej na zachodniej granicy Polski rzeczywiście nic się nie działo. Działo się za to gospodarczo. Otóż protestantyzm, który w XVI i XVII wieku ugruntował sobie pozycję w zachodniej Europie, był religią rodzącej się właśnie burżuazji, żądnej władzy i możliwości bogacenia się. Przez fakt, że w Polsce wygrał katolicyzm, przegapiliśmy gdzieś zarazem i kapitalizm. Byliśmy nadal państwem feudalnym, podstawą polskiego dobrobytu były dobra natury i płody rolne, a pozyskiwaliśmy je przy pomocy chłopa pańszczyźnianego. To co w XV i XVI wieku zapewniło nam potęgę i bogactwo, w XVII wieku wystarczało by trwać, a w XVIII wieku sprawiło, że upadliśmy. Nie dało się już wyżyć ze zboża, wosku, drewna i futer. Europa Zachodnia zmieniła system rolny i przestała potrzebować żywności, a luksus przypływał na statkach z Meksyku i Brazylii, a nie szkutami po Wiśle. Warcholstwo, sarmatyzm i niechlujstwo nie były przyczyną naszego upadku, tylko skutkiem załamania gospodarczego. Upadliśmy, ponieważ system feudalny w całej Europie musiał upaść. Można mu było pozwolić upaść, zastępując go uprzemysłowieniem. Gdy jednak tego nie zrobiliśmy, upadliśmy razem z nim, przygnieceni gruzami niewydolnej gospodarki.

  1. Rozbiory i odwieczna wrogość

Formalnie to właśnie w roku 1772 rozpoczął się odwieczny konflikt polsko-niemiecki. Rozpoczął się, bo się nie potrafiliśmy unowocześnić. Zajęły nas Rosja, Austria i Prusy, ale tak naprawdę, to zajął (czy rozebrał nas) kapitalizm. Był to jeszcze kapitalizm ekstensywny, potrzebujący wciąż nowych ziem i nowych ludzi. Państwa rozbierające Polskę nie miały znaczących kolonii zamorskich, ich koloniami były słabsze sąsiednie państwa europejskie. Francja, Anglia, Hiszpania, Portugalia i Holandia skierowały swój ekspansywny kapitalizm na podboje zamorskie, Austria, Rosja, Prusy a także na terenach nas nie dotyczących, bo w Skandynawii – Dania, podbiły Europę, a Rosja również dużą część Azji.

Po raz pierwszy w historii staliśmy się rzeczywiście ofiarą pruskiej zachłanności. Nawet to nie był jednak wyraz złowrogiej niechęci Niemca do Polaka, nawet to był proces. Ale trudno oczekiwać, żeby nam jako Polakom to w czymś specjalnie pomagało. Nawet gdybyśmy potrafili spojrzeć na rozbiory i obie wojny światowe jak na nieuniknione procesy gospodarczo-polityczne. Nie potrafiliśmy i nie można nas o to winić. Od roku 1772 Prusy były naszym wrogiem. Bez przerwy. Zawsze. Odwiecznie. Od roku 1772 do roku … którego. 1971? 1980? 1989? 1991? 2005? Wszystko jedno. Któraś z tych dat zakończyła odwieczną wieczność.

Konkluzja
Rozumiem, że nie można wymagać, by pani Anda Rottenberg znała najnowszą wykładnię historii Europy. Ale no cóż… Miała radę konsultacyjną, miała doradców i pracowników. Gdyby zechciała ich słuchać (słyszeć i słuchać!) to może potrafiłaby ułożyć tę wystawę inaczej. Może potrafiłaby się oderwać od wizji Historii, jaką wpojono mądrej dziewczynce w piątej klasie szkoły podstawowej. A może tym bardziej potrafiłaby powiedzieć, nie, to nie jest MÓJ temat, nie będę się zajmowała ani tysiącem lat historii i sztuki, ani tysiącem lat historii w sztuce, bo żadnemu z nich nie sprostam. Moim tematem jest Los Żydowski we współczesnej sztuce polskiej i tym się będę odtąd zajmowała.

Über den Film “Hannah Arendt” von Margarethe von Trotta. Ein guter Film, obwohl es fürchterlich irritiert, dass Hannah Arendt alle 30 Sekunden eine neue Zigarette anzündet. So war es damals, in den 50. und 60., klar, aber diese ewige Zigarette mutiert zum Hauptmerkmal von Hannah, gewinnt Oberhand über ihr Denken und Tun.
Ich muss gestehen, dass ich überhaupt nicht wusste, worüber Arendt geschrieben hat. Banalität des Bösen, ja, das wissen wir doch alle, aber im Film kommt für mich etwas Neues zutage – die Beschuldigung Hannahs Arendt, die jüdischen Räte haben den Holocaust mitgemacht und sind mitschuldig.
Wieso habe ich es nie gehört? http://www.hannaharendt-derfilm.de/