Z zapisków stróża (4)

Zbigniew Milewicz

Leniwa niedziela

W niedziele stróże z domów handlowych nie pracują. Włączam telewizor, od kiedy zrezygnowałem z nudnej, jak flaki z olejem TV Polonia, mam tylko niemieckie programy. Mój stary Grundig, który 6 lat temu zniósł przeprowadzkę z Monachium do Berlina, a później drogę powrotną, startuje z programu NDR. Lubię północ Niemiec, ale mieszkam na południu, a tu dzieje się a dzieje. Bawarska telewizja transmituje na żywo sceny z monachijskiego dworca kolejowego z tłumem uchodźców z Bliskiego Wschodu, policją, kierującą ich w zależności od potrzeb – do punktów medycznych, wolontariuszy rozdających jedzenie i napoje, autobusów, które zawiozą przybyłych na razie do namiotów na Messagelände.

Monachium, stolica najbogatszego kraju związkowego Niemiec, jest największym punktem przyjęć uchodźców, podkreśla reporter, na drugim miejscu znajduje się Badenia – Wirtembergia. Pierwsze pociągi z nimi przyjeżdżają z Austrii, ci, którym nie udało się dostać do wagonów i mają w sobie jeszcze siły, idą pieszo w stronę Niemiec. Porażające obrazy z węgierskiej granicy – zdesperowani ludzie, stłoczeni, jak bydlęta na ciasnej przestrzeni przed żelazną kratą, która co jakiś czas przesuwa się zaledwie na tyle, żeby przepuścić pojedynczego człowieka. Dookoła kordon żandarmerii w pełnym uzbrojeniu, pałki nad głowami nakazują nieszczęśnikom, że mają nie pchać się do wyjścia. To jest reportaż z obozu koncentracyjnego. Uciekają z Syrii, Afganistanu i innych krajów Bliskiego Wschodu ogarniętych wojną, do jeszcze w miarę bezpiecznej Europy. Prawie wszyscy chcą znaleźć się w bogatych i ustabilizowanych Niemczech. Każdy ma prawo do lepszego życia, sam z niego w swoim czasie skorzystałem.

Ponad ćwierć wieku temu uciekłem z PRL-u do Niemiec, podobnie, jak wielu innych mieszkańców Europy Wschodniej. Tylko, że pojęcie bytu w sensie nie lingwistycznym a praktycznym paradoksalnie bardziej jest związane z mieć, niż być i w tym pierwszym przypadku poprawiłem sobie życie, a w drugim nie do końca. Życie tłustsze wcale nie musi być lepsze, ale o tym się na początku zwykle nie myśli. Człowiek pragnie mieć tylko bezpieczny dach nad głową, pełen brzuch, chce zmyć z siebie podróżny kurz, założyć czyste ubranie i wiedzieć, że dotarł do celu. Kiedy przyjechałem do Monachium, siostra zakonna w katolickiej misji na Hauptbahnhofie najpierw postawiła przede mną kubek z gorącą kawą i talerz z kanapkami, a później w dobrej wierze dała adres Polskiej Misji Katolickiej przy Hesstrasse, którą kierował wtedy ks. Galiński. Spojrzał na mnie spod okularów i nie czekając na wyjaśnienie, po co do niego przychodzę, grzecznie posłał mnie do diabła.
– Jestem tu prywatnie – wyjaśnił krótko.
Gdyby trafiło na człowieka małej wiary, to może przystałbym wtedy do Świadków Jehowy, jednak doszedłem do wniosku, że skoro uciekłem do Niemiec, to nie mam co liczyć na życzliwość miejscowych rodaków. Spotkałem się z nią nie raz, tyle, że później, kiedy już byłem z grubsza urządzony. Miasto Monachium dało mi zakwaterowanie, na początek w 70-osobowej sali dawnego biurowca, przy Dworcu Wschodnim, darmowe wejściówki do łaźni, pieniądze na jedzenie i ciuchy z Caritasu, posłało na kurs nauki języka niemieckiego. Później to sobie odebrało z podatków, które zacząłem płacić, kiedy poszedłem do pracy, ale bez jego pomocy humanitarnej na starcie, świadczonej zarówno z urzędu, jak i spontanicznie przez życzliwych monachijczyków, byłoby mi bardzo trudno. Nie chcę powiedzieć, że pani kanclerz Merkel pomaga syryjskim uchodźcom z wyrachowania, że kiedyś to sobie odbierze od nich podwójnie, ale kiedy oglądam znowu swój ulubiony NDR, to mnie oświeca pewna myśl: planowanie u Niemców to proces długotrwały, żmudny i z potocznego, polskiego punktu widzenia, nudny. My jesteśmy mistrzami improwizacji. Nasz sąsiad natomiast, jak sobie coś wbije do głowy, umyśli, to nawet za kilka generacji, metodą drobnych kroczków i kiedy trzeba, to różnych objazdów, doprowadzi rzecz do końca.

Pokazują piękne krajobrazy Kilońskiego Fiordu, zadbane gospodarstwa agroturystyczne. W jednym stary młyn z nowoczesną maszynerią, w drugim hodowla bydła. Młyn wybudował dziadek obecnego właściciela, dobroduszny pan z wąsem z portretu w jadalni domu, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy inny, mniej sympatyczny wąsik sięgnął po władzę w Niemczech. Drugi dom także od początku w rękach jednej rodziny. Jakaś grupa miejskich dzieci z zachwytem obserwuje pasące się na łące krowy i cielaki, przy korycie czyściutkie świnki, są i puchate owieczki z dzwonkami na szyjach, gospodarz pozwala je dzieciom pogłaskać. Idylliczny obrazek mąci dopiero zdanie reportera, że gospodarz jest wyuczonym rzeźnikiem i pojawia się kadr ze sklepu mięsnego, usytuowanego na parterze domu. Prawie czuję z telewizora smakowity zapach tych wędlin, schludnie ułożonych w sklepowych witrynach, brakuje mi tylko napisu: Die Schweine von heute sind die Schinken von morgen. Oczywiście nie ma w materiale zdjęć z domowej rzeźni, pokazujących, jak zwierzęta zabija się i oprawia, mogłyby zmniejszyć dochody sklepu.

Nazajutrz, w drodze do Domu w centrum, idę na dworzec, aby zobaczyć, jak przebiega akcja przyjęcia zapowiedzianych, kolejnych składów z uchodźcami z Bliskiego Wschodu. Na razie jest pełen stan gotowości, policja i służby porządkowe czekają, ruch kołowy przy Arnulfstrasse częściowo wstrzymany. Nie mam zbyt wiele czasu, ale zanim rozpocznę pracę, widzę sznur karetek pogotowia ratunkowego, jadących na sygnale w stronę dworca. To znaczy, że do Monachium przyjechali nowi ludzie, z nadzieją na lepsze życie.

Zmarli z cmentarza w Starym Czarnowie

Ewa Maria Slaska

czarnowo (4)Cmentarz Wojenny Żołnierzy Niemieckich w Glinnej – od 2009 r. zwany Niemieckim Cmentarzem Wojennym w Starym Czarnowie. Jeden z 13 zbiorczych cmentarzy wojennych w Polsce gdzie pochowani są żołnierze niemieccy, którzy zginęli podczas działań wojennych na terenie naszego kraju.

Dalej i więcej

Byliśmy tam 5 września, my czyli grupa z Berlina ze Stowarzyszenia Städtepartner Stettin oraz mieszkańcy Szczecina. Naszym przewodnikiem był Michał Rembas, który już tu u nas występował na blogu.

czarnowo (1)Michał twierdzi, że na terenie dzisiejszej Polski poległo około pół miliona żołnierzy niemieckich. Chowano ich w rowach, lasach, wykopach, ogrodach… Teraz powoli przenosi się ich szczątki do grobów i na cmentarze. W Glinnej czyli Starym Czarnowie jest w tej chwili ok 20 tysięcy pochówków, oczywiście wszystkie po ekshumacji. Zmarli są wymienieni na tablicach zbiorczych, nie ma tabliczek indywidualnych jakie znamy nawet z innych cmentarzy wojennych.

czarnowo (6)Co mnie uderzyło, to masa polskich imion i nazwisk. Max Wessollowski, Ignatz Palczykowski już mają zniemczone imiona i nazwiska, ale Wladislaus Paczynski wydaje się mimo zniemczenia Polakiem. A Konrad von Jutrzenka? 19 lat. Biedny Konrad.

czarnowo (9)

Z zapisków stróża (3)

Zbigniew Milewicz

Fetysze

W portierni wraca temat kradzieży wśród sprzątaczek. Franz uważa, że mają dobrą okazję, aby wynieść coś z Domu przed otwarciem, albo po zamknięciu interesu. Brak personelu, klientów, nikt im nie patrzy na ręce, tylko kamery, a okazja czyni złodzieja. Na szczęście większość kobiet z niej nie korzysta, ale nikomu nie można wierzyć na ładne oczy.

– Kilka lat temu – mówi – pracowała tutaj niejaka Eryka, kobieta około pięćdziesiątki. Sprzątała stoiska z drogimi kosmetykami, zawsze uprzejma, rozmowna, sama otwierała przed ochraniarzem torebkę, pokazywała, co w niej ma, nigdy nie było zastrzeżeń. Domowi detektywi, sprawdzający nagrania kamer pewnego dnia nabrali jednak podejrzeń, że kradnie. Zatrzymali ją przy wyjściu z Domu, poddali osobistej kontroli i okazało się, że mieli rację. W szerokiej spódnicy miała wszyte od środka kieszenie, a w nich flakony z perfumami za kilka tysięcy euro. Kiedy kripo zrewidowało jej dom, w piwnicy znaleziono prawdziwy magazyn luksusowych pachnideł, którymi można byłoby zapełnić dużą perfumerię.
– Handlowała nimi pokątnie? – pytam.
Franz nie wiedział, co z nimi robiła, ale pewnie sprzedawała je ludziom po dobrej cenie. Pamięta natomiast, że zawsze ubierała się w takie obszerne ciuchy, jak Cyganka.
– Była Cyganką?
– Nie, rdzenną Niemką. – Zatrudniała ją renomowana putzfirma, w której pracowali sami Niemcy, obsługiwała ona markowe perfumerie, między innymi Louisa Vuittona przy Maximilianstrasse, Diora, Gucci`ego i im podobne. Chyba w trzech z tych miejsc pracowała i Eryka. Poszła siedzieć, wytoczono jej proces, ale nie wiem, jak się zakończył. Udowodniono jej w każdym razie, że kradła od lat.

Dla czytelników spoza Monachium: handlowa Maximilianstrasse przy operze, uchodzi za najdroższą, najbardziej snobistyczną ulicę w tym mieście. Zanim Erykę umieszczono w areszcie, została dyscyplinarnie zwolniona z pracy, co przyjęła jako rażącą niesprawiedliwość. Przynajmniej tego Vuittona mógł mi pan zostawić – powiedziała z wyrzutem szefowi.

Na grubszą skalę kradł w Domu kierownik działu remontów. Za firmowe pieniądze wyposażył swoją willę pod Monachium w marmurowe posadzki i luksusowe wnętrza, płacił rzemieślnikom za robociznę ze służbowego konta, ale to już także stara historia. Franz, w czasach, kiedy pracował jako kierowca i konwojent w browarze Spatena, również mógł się nieuczciwie wzbogacić. Procedury wydawania towaru z magazynów były znacznie prostsze niż obecnie, przy bramie wyjazdowej nikt specjalnie nie kontrolował ładunku, niektórzy koledzy z tego korzystali, on nie umiał. Okazja czyni złodzieja, ale nie z każdego. Poza tym, jak kraść, to miliony, mówią. Były dyrektor Spatena wyciągnął je z nielegalnych prowizji, uzyskanych od dzierżawców nieruchomości browaru – restauracji, kawiarń, dyskotek. Miał władzę nad nimi i z niej korzystał, a ponieważ prywatnie był mężem córki właściciela browaru, sprawie ukręcono dyskretnie łeb.

Fetysze mają nad człowiekiem władzę. W pierwszym rzędzie są to pieniądze, w drugim obecnie, na bank, smartfony i iphony. Jadę metrem do pracy, albo wracam z niej i wszędzie widzę to samo, bez względu na wiek i płeć: twarze bez wyrazu, pochylone nad elektronicznymi modlitewnikami, w uszach słuchawki, zero kontaktu z otoczeniem, aktywne tylko kciuki. Po co im dziesięć palców u rąk ? – zastanawiam się. Wystarczą przecież dwa. Jeżeli świat pójdzie w swoim rozwoju dalej w tym samym kierunku co teraz, to może przyszłe pokolenia będą dwupalczaste, ale za to każdy urodzi się już z osobistym telefonem komórkowym najnowszej generacji. Ludzi z książką, albo gazetą w ręku w metrze jak na lekarstwo. Kto siedzi i tylko myśli sobie o tym albo owym, jest już dziwadłem, a to właśnie moje ulubione zajęcie w metrze. Pewnie znacie ten stary dowcip, ale jeżeli nie wszyscy, to go przypomnę:

– Baco, co najchętniej robicie, jak macie wolny czas? – pyta turysta górala.
– Ano, wtedy sobie siedzę na przyzbie i myślę.
– A jak nie macie czasu?
– To se tylko siedze.

Siedzę sobie kiedyś i ja, nie na przyzbie, a w wagonie, w drodze na wieczorną zmianę, na Schwabingu, aż tu wsiada może dwudziestoletni, śniady chłopak, o zdecydowanie nienordyckich rysach twarzy. Ubrany jest w dżinsy, koszulkę polo, w ręce smartfon, albo iphon, a więc norma. W metrze o tej porze pustawo, chłopak siada w środku wagonu, twarzą do mnie i zaczyna robić coś, czego nie rozumiem. Mianowicie wkłada telefon do ust i zaczyna nadgryzać go, jak pies kość. Wykonuje przy tym tak idiotyczne miny, że mam ochotę wybuchnąć śmiechem, ale się powstrzymuję, bo nie wiem, jak wtedy tamten zareaguje. Jeżeli jest psychicznie chory, to może zrobić coś nieobliczalnego. Po chwili wyjmuje telefon z ust i jego mimika normalnieje, ale za moment ponownie pakuje gadżet między zęby i mam wrażenie, że zaraz zacznie szczekać. Może wyprodukowano telefony smakowe, a ja nic o tym nie wiem… Nieomal przegapiam stację, na której zwykle wysiadam.

Swój telefon komórkowy, jak zwykle, zostawiłem w domu, nie pamiętam, kiedy ostatni raz z niego korzystałem, nie ma nade mną władzy, ale to się może lada dzień skończyć. Słyszałem, że Bundestag, podobnie, jak parlamenty innych krajów Unii Europejskiej, pracuje pilnie nad ustawą, zabraniającą obywatelom poruszania się po mieście (i po wsi także) bez telefonu komórkowego. Kiedy znajdziesz się w domu, on także będzie musiał ci towarzyszyć. Ma to bezpośredni związek z postępującą inwigilacją społeczeństwa przez władzę, z rosnącym brakiem zaufania do obywateli. W internecie krąży filmik, pokazujący, gdzie w każdej baterii Samsunga umieszczony jest chip podsłuchowy, jednocześnie lokalizujący właściciela telefonu. Można go podobno usunąć i telefon dalej działa. Czy tak jest faktycznie, nie wiem, nie sprawdzałem i mało mnie to obchodzi. Przyzwyczaiłem się do myszy i karaluchów w swojej pracy, to jedną pluskwą nie będę sobie zawracał głowy. Jeżeli jednak wszyscy jesteśmy zapluskwieni, to jest już pewien problem.

Reblog: Heine Polinnen / Polki

Wpis zawdzięczam Agnieszce, bo to ona przypomniała mi, że przecież Heine pisał o Polkach (tekst polski niżej, pod tekstem niemieckim, niemiecki pierwszy – w końcu to oryginał) / Ich bedanke mich bei Agnieszka, die mich daran erinnerte, dass Heine über Polinnen schrieb.

Heinrich Heine, “Über Polen” (Fragment), 1822

Jetzt aber knien Sie nieder, oder wenigstens ziehen Sie den Hut ab – ich spreche von Polens Weibern. Mein Geist schweift an den Ufern des Ganges und sucht die zartesten und lieblichsten Blumen, um sie damit zu vergleichen. Aber was sind gegen diese Holden alle Reize der Mallika, der Kuwalaja, der Oschadhi, der Nagakesarblüten, der heiligen Lotosblumen, und wie sie alle heißen mögen – Kamalata, Pedma, Kamala, Tamala, Sirischa usw.!! Hätte ich den Pinsel Raffaels, die Melodien Mozarts und die Sprache Calderons, so gelänge es mir vielleicht, Ihnen ein Gefühl in die Brust zu zaubern, das Sie empfinden würden, wenn eine wahre Polin, eine Weichselaphrodite, vor Ihren hochbegnadigten Augen leibhaftig erschiene. Aber was sind Raffaelsche Farbenkleckse gegen diese Altarbilder der Schönheit, die der lebendige Gott in seinen heitersten Stunden fröhlich hingezeichnet! Was sind Mozartsche Klimpereien gegen die Worte, die gefüllten Bonbons für die Seele, die aus den Rosenlippen dieser Süßen hervorquellen! Was sind alle Calderonischen Sterne der Erde und Blumen des Himmels gegen diese Holden, die ich ebenfalls, auf gut calderonisch, Engel der Erde benamse, weil ich die Engel selbst Polinnen des Himmels nenne! Ja, mein Lieber, wer in ihre Gazellenaugen blickt, glaubt an den Himmel, und wenn er der eifrigste Anhänger des Baron Holbach war…

Weiter

Maryla Wereszczakówna, wielka miłość wieszcza Adama – w roku 1822 napisał na jej cześć słynny wiersz Do M*** / sie war die große Liebe des polnischen Nationaldichters Adam Mickiewicz; 1822 schrieb er ein Gedicht Do M*** über sie

A tu po polsku

Heinrich Heine, “O Polsce” (fragment), 1822

Lecz teraz proszę uklęknąć, lub chociaż zdjąć kapelusz – będzie mowa o polskich niewiastach. Mój duch wędruje brzegami Gangesu w poszukiwaniu najdelikatniejszych i najsłodszych kwiatów, by je z nimi porównać. Ale czymże są wobec tych piękności wszystkie powaby Malliki, Kawalaji, Oshadhi, kwiatów Nagakesar, świętych Lotosów i jakby się tam jeszcze one nie zwały – Kamalata, Pedma, Kamala, Tamala, Sirisha, itd.!! Mając pędzel Rafaela, Melodie Mozarta i mowę Calderona udałoby mi się może tchnąć w pierś twą uczucie, którego byś doświadczył, gdyby prawdziwa Polka, nadwiślańska Afrodyta, przed oczami twemi łaskawymi we własnej osobie stanęła. Czymże są jednak Rafaela kleksy wobec tych piękna malowideł, które sam Bóg wcielony w swej najweselszej godzinie nakreślił! Czym są Mozarta brzdękolenia wobec słów, dla duszy łakoci, które z tych słodkości ust różanych tryskają! Czym są wszystkie kalderońskie Ziemi gwiazdy oraz Nieba kwiaty naprzeciw tych panien nadobnych, które ja, po kalderońsku, aniołami Ziemi mianuję, gdyż aniołów samych Polkami Nieba nazywam! Tak, mój kochany, kto w ich oczy gazele spojrzy, ten w Niebo uwierzy, choćby nawet najzagorzalszym zwolennikiem barona Holbacha był…

Przetłumaczył bloger Szostka, reszta, przetłumaczona przeze mnie, TU

Umarł Władysław Bartoszewski

Andrzej Rejman

– Aktywność w imię Pamięci –

…muszę przyznać, że bardzo przeżyłem i nadal przeżywam śmierć Władysława Bartoszewskiego.

Dziś już drugi dzień, jak Go nie ma – wyszedłem na rozświetlony słońcem kwietniowy świat, miasto, sobota – ruch, ludzie całymi rodzinami jeżdżą na rowerach pięknymi ścieżkami na warszawskim Ursynowie – autobusy czyste, klimatyzowane, podjeżdżają punktualnie według rozkładu na przystanki, kawiarnie pełne, pełna kultura… – kraj w rozwoju, prawdopodobnie jeden z najlepszych okresów w dotychczasowej historii tej części Europy, Polski? (Wiadomo – wiele problemów, oczekiwań, rozmawiam z młodymi ludźmi, brak satysfakcjonującej pracy, niskie zarobki… no tak, trzeba to zmienić.. jeszcze tyle pracy…)

Bartoszewski odszedł – pozostało pytanie, czy będziemy umieli rozmawiać z Niemcami, Żydami… Rosjanami? z zagranicą? Z pewnością tak. Mądrzy o Jego naukę, przykazania, dbałość o Polskę, patriotyzm, bez zbędnego rozpamiętywania, po prostu służba.

Uświadomiłem sobie, że sam nie wykonuję należycie swych zadań – trzeba zacząć zmiany od siebie.

Odejście Bartoszewskiego przypomniało mi od razu mój stary pomysł – i list do Władysława Bartoszewskiego, który w związku z tym wszystkim przytaczam:

(Dla wyjaśnienia – chodziło o pomysł, który przyszedł mi do głowy po przypadkowym odwiedzeniu cmentarza żołnierzy niemieckich pod Mławą. Zauważyłem tam głównie groby młodych ludzi, rocznik przeważnie 1922, 1923… – w pamięci miałem mojego wuja, urodzonego właśnie w 1922, który zginął z rąk żandarmerii niemieckiej w 1944… Miał 22 lata… magiczna liczba… – no i ci Niemcy – też rocznik 1922… może zestawić ich portrety na wielkich planszach… możę nawet przy autostradzie Monachium-Norymberga, albo Warszawa-Berlin… i wspomnieć po prostu… nie analizując po czyjej byli stronie… byli zmuszeni, pchnięci falą wydarzeń… no i pamięć o nich, takich samych, podobnych do siebie, młodych i niewinnych, stojących po przeciwnych stronach barykad, mogłaby pobudzić do działania pozytywnego… na przekór wszelkim przeciwnościom… tak, jakby wykonując ich marzenia, niespełnione, przerwane śmiercią… marzenia o normalnym życiu po wojnie… Bartoszewski też rocznik 1922…

dopiero wczoraj dotarło to do mnie…)

pomysł: – Aktywność w imię Pamięci –

Pamięć o tych, których życie zostało gwałtownie przerwane – pobudzić może do pożytecznego działania.

Matka utraciła Syna.

Matka Niemka, Żydówka, Polka, Rosjanka, Czeczenka, Bośniaczka….

Zginął człowiek, który żył pełnią życia, kochał, śmiał sie i płakał, który walczył, bawił się, marzył – miał swoje cele, plany, przyjaciół, słabości. Człowiek, który doznawał olśnienia, iluminacji blaskiem idei, pojawiających się jak meteory…

Nie zrealizował planów, nie dokończył miłości, nie uchwycił spadającej gwiazdy,

Uśmiech jego zastygł, łzy zmieszały się z deszczem…

Niech jego niedokończone życie będzie iskrą, która zapali chęć działania u innych, wiele lat później, chęć działania pozytywnego, potrzebnego innym…

To jest również refleksja nad ofiarą, czy była potrzebna?

Na to nie ma i nie będzie zdecydowanej odpowiedzi.

Lecz pamięć o Nim, o Nich – może pobudzić nas do pożytecznej aktywności – w imię planów, marzeń i pragnień osób, które przeminęły.

Szanowny Pan

Prof. Władysław Bartoszewski

Kancelaria Prezesa Rady Ministrów
Biuro Pełnomocnika Prezesa Rady Ministrów ds. Dialogu Międzynarodowego

Al. Ujazdowskie 1/3

PL 00-583 Warszawa

Szanowny Panie Profesorze,

Chciałbym podzielić się z Panem ideą “Aktywności w imię Pamięci“, którą – mam nadzieję – uda się urzeczywistnić w praktycznym wymiarze, w formie konkretnych działań kulturalnych i edukacyjnych.

Materiały załączam.

Mam wielką nadzieję na poparcie przez Pana tej idei.

Myślę, że szczególnie w dzisiejszych czasach potrzebne jest pojednanie we wszystkich dziedzinach i sferach, szerzenie idei pozytywnych i uspokajających emocje społeczne.

Otrzymałem list od p. Reya z Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge e.V. wyrażający wstępne zainteresowanie przedstawioną ideą.

Obecnie poszukujemy (wraz z gronem współpracowników-artystów i organizatorów) dalszych słów wsparcia…

łączę wyrazy głębokiego szacunku

Andrzej Rejman

***
listmiszczakaNadeszła odpowiedź od dyr. Miszczaka z Biura Wł. Bartoszewskiego, który był Pełnomocnikiem Premiera d/s Dialogu Międzynarodowego

Szanowny Panie,

W imieniu Min. W. Bartoszewskiego serdecznie dziękuję za list i przedstawienie interesującego pomysłu. Chętnie dowiem się, jaką formę wsparcia projektu przez Ministra ma Pan na myśli. Pan Minister ze względu na wiek nie uczestniczy czynnie w projektach , natomiast wybrane przedsięwzięcia obejmuje honorowym patronatem. Byłbym wdzięczny, gdyby zechciał Pan przybliżyć ideę “Aktywności w imię pamięci”, jeśli znalazła się już na bardziej zaawansowanym etapie przygotowań.

Z poważaniem
(-) Krzysztof Miszczak
dyrektor Biura

No tak… a ja nie miałem żadnych konkretnych możliwości… po prostu taki pomysł… pewnie do prostego urzeczywistnienia (a przynajmniej zainicjowania) w internecie, na Facebooku może? Ale… rzeczywiście wcześniej otrzymałem list od p. Reya z Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge e.V. wyrażający wstępne zainteresowanie przedstawioną ideą, w którym to liście p. Rey stwierdzał, że pomysł taki wpisuje się, jak najbardziej, w profil działań edukacyjnych stowarzyszenia…

Po upływie kilku lat mam kilka (z pozoru różnych, a może uzupełniających się) refleksji:

1/ jestem, kim jestem, nie należy wychodzić przed szereg, ale z pomysłami należy się dzielić, jak najbardziej, mogą one zostać zrealizowane w bardziej sprzyjających, innych okolicznościach

2/ trzeba działać w grupie i mieć praktyczny pomysł na rozwinięcie – urzeczywistnienie każdej idei

3/ lub też: trzeba działać w miarę szybko i zdecydowanie, nie czekając. I doprowadzać sprawy do końca.

…właściwie, gdyby znalazła się jakaś fundacja, stowarzyszenie, grupa ludzi… pomysł jest prosty – trzeba pokazać symbolicznych żołnierzy – roczniki podobne, podobne twarze, obie strony barykady… konfliktów nie brakuje… i zrobić coś dla innych, pamiętając o Nich, o ich ofierze, niepotrzebnej? potrzebnej? …chcieli żyć, nie przeżyli ciśnienia konfliktu, sprzecznych interesów, walki… płacz i łzy, pamięć… działanie…

…może to wszystko zbyt idealistyczne… kto w tych czasach to zrozumie…?

Powrót grafik Buntu / Rückkehr der Bunt-Graphiken

Für Deutsche Version bitte nach unten scrollen

Prace graficzne grupy Bunt wracają do ojczyzny.
O motywach swej donacji dla polskich muzeów opowiada Prof. S. Karol Kubicki

BUNT S Karol Kubicki Communitas Wir Berliner 2009

Prof. S. Karol Kubicki, członek komitetu założycielskiego Wolnego Uniwersytetu w Berlinie i student z legitymacją nr 1. Fragment sceny Communitas w ramach wystawy My Berlińczycy / Wir Berliner. Historia Polsko-Niemieckiego Sąsiedztwa, Instytut Badan Historycznych PAN/ Muzeum Miejskie, Ephraim Pallais, Berlin 2009.

Dzięki inicjatywie prof. S. Karola Kubickiego, jesteśmy dziś świadkami historycznego wydarzenia. Zdecydował się on podarować polskim muzeom prawie sto dzieł artystów polskiej wczesnoawangardowej grupy Bunt z Poznania, które odziedziczył po swych rodzicach, polsko-niemieckiej parze artystów, Margarete i Stanisławie Kubickich. Są to głównie prace graficzne i rysunki, które przez niemal sto lat znajdowały się w jego rodzinnym domu w Berlinie. Choć zawodowo zaangażowany był w medycynę, wiele czasu poświęcił także ich opracowaniu i popularyzacji, podobnie jak czynił to w przypadku twórczości swych rodziców.

3plakatyPlakaty wystawy Bunt w Poznaniu i okładki Die Aktion i Der Sturm, 1918

O swej motywacji przekazania daru dla polskich muzeów prof. S. Karol Kubicki powiedział m. in.:

„W wieku prawie 90 lat przychodzi pora, by zadać sobie pytanie o losy spuścizny po rodzicach. Przede wszystkim dzieła mogące budzić zainteresowanie szerszej publiczności powinny znaleźć wreszcie swoje trwałe i adekwatne miejsce. Ostatnia wojna doprowadziła w Polsce do ogromnych zniszczeń dziedzictwa kultury. Z kolei pierwsze dziesięciolecia historii powojennej nie sprzyjały bynajmniej stworzeniu pozbawionej uprzedzeń oceny jej roli w kulturze europejskiej okresu międzywojennego. Teraz więc nadszedł moment, bym rozstał się z dziełami, które pokochałem.”

„Sztuki plastyczne nigdy nie przestały mnie interesować. Równolegle do medycyny studiowałem więc przez dobrych sześć semestrów historię sztuki i – ze szczególnym zaangażowaniem – archeologię. Przerwałem nawet cykl egzaminów państwowych z medycyny, by wraz z archeologami wziąć udział w wyprawie po Włoszech, skoncentrowanej na zwiedzaniu Rzymu.
Co jednak najważniejsze – przez wszystkie te lata coś nieustannie nakazywało mi, bym porządkował spuściznę mych rodziców oraz ich przyjaciół. Należeli do nich również członkowie grupy Bunt. Wiele ich dzieł – z rozmaitych względów – znajdowało się u nas w domu. Teraz jednak niech powrócą do swej ojczyzny… Taki jest właściwy powód obecnej wystawy.
Wspomnianemu tu zadaniu nie mógłybym nijak sprostać, gdyby nie ogromne wsparcie ze strony pani dr Lidii Głuchowskiej. Także teraz to ona zadbała o organizację tournée niniejszej wystawy po kilku różnych miastach. Serdecznie jej za to dziękuję, w ten bowiem sposób stała się częścią mojego curriculum vitae.”

W odpowiedzi na donację z Niemiec artyści polscy realizują pokazy swych prac pt. „Ulotka” i „Refleks”, właczając się także w trzy dalsze odsłony wystawy donacyjnej pt. „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda” – w Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy, Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego w Dreźnie i Dolnośląskim Centrum Fotografii „Domek Romański” we Wrocławiu. Każdą z prezentacji daru w odmienny sposób, dostosowany do genius loci prezentujących wystawę miast i instytucji, przygotowała kuratorka tournee, dr Lidia Głuchowska, zapraszając do udziału w uroczystościach związanych z jej II, III i IV odsłoną, łącznie ok. 60 artystów współczesnych.

Pierwsza edycja wystawy, skoncentrowana zasadniczo na pokazie grafiki grupy Bunt, odbędzie sie w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Uzupełniają ją prace kilkunastu artystów współczesnych z Uniwersytetu artystycznego w Poznaniu składające się na projekt „Refleks”. Jego rezultatem są film i książka artystyczna, zainspirowane programem i twórczością grupy Bunt, 2014.
Projekt „Refleks” stanowi zbiór prac graficznych wykonanych przez artystów z Poznania. Inspiracją ideową dla wystawy są przede wszystkim krytyczne, alternatywne założenia i działania grafików Zrzeszenia Bunt działającego w Poznaniu w I ćwierci na XX wieku. Grafiki będące rezultatem projektu Refleks, podobnie jak prace artystów Buntu, są próbą uniwersalizacji tematów lokalnych. Pomimo zawężonej tematyki włączają się w globalny, szerszy dyskurs społeczno-kulturalny.
Końcowa ekspozycja zagadnienia Refleks ma formę książki, do której rozmiarów dostosowane są prace graficzne. Poprzednio projekt Refleks prezentowany był w maju 2014 w Galerii „Rarytas”.

Wernisaż dziś – w niedzielę, 19.04. 2015 o godz. 12.00.

Logo ekspozycji zaprojektował prof. Andrzej Bobrowski, nawiązując w nim do ekspresjonistycznych autoportretów założycieli ofiarowywanej polskim muzeom kolekcji, polsko-niemieckiej pary artystycznej, Margarete i Stanisława Kubickich z 1917/1918 roku.

prof Bobrowski A pracuje nad LOGO wystawy 2015Prof. Andrzej Bobrowski pracuje nad logo wystawy Transformacja M / S, marzec 2015.

***

Die Grafikwerke der Gruppe Bunt kehren in ihre Heimat zurück.
Über die seine Beweggründe diese Werke den polnischen Museen zu schenken berichtet Prof. S. Karol Kubicki

BUNT S Karol Kubicki Communitas Wir Berliner 2009

Prof. S. Karol Kubicki, Gründungsmitglied der Freien Universität zu Berlin, mit der Matrikelnummer 1. Teil des Arrangements der Szene Communitas im Rahmen der Ausstellung Wir Berliner / My berlińczycy. Geschichte einer deutsch/polnischen Nachbarschaft, Institut für Historische Forschung der Polnischen Akademie der Wissenschaften/ Stadtmuseum, Ephraim Pallais, Berlin 2009. Foto: © Lidia Głuchowska

Dank der Initiative von Prof. S. Karol Kubicki sind wir heute Zeugen eines historischen Ereignisses. Er hat sich entschieden, fast hundert Werke von Künstlern der polnischen frühavantgardistischen Gruppe Bunt [Revolte] aus Poznań, die er von seinen Eltern, dem deutsch-polnischen Künstlerpaar, Margarete und Stanislaw Kubicki geerbt hat, polnischen Museen zu vermachen. Es handelt sich vor allem um grafische Werke und Zeichnungen, die sich beinahe seit hundert Jahren in Berlin befinden, mit denen sich S. Karol Kubicki, wie auch mit dem Werk seiner Eltern, neben seinem medizinischen Forschungsschwerpunkt intensiv auseinandergesetzt hat.

3plakaty

Plakate der Ausstellungen der Gruppe Bunt in Poznań sowie Titelblätter der Sondernummer von Die Aktion i Der Sturm, 1918

Über die seine Beweggründe, Werke aus seiner Sammlung an die polnische Museen zu vermachen, berichtet Prof. S. Karol Kubicki u. a. Folgendes:

„Im Alter von fast 90 Jahren, ist es wohl an der Zeit, mir Gedanken über den Nachlass zu machen. Vor allem die Werke von öffentlichem Interesse sollten endlich einen sinnvollen und dauerhaften Platz finden. Der letzte Krieg hat ja gerade in Polen zu einer immensen Vernichtung künstlerischer Zeugnisse der polnischen Kultur geführt, und die ersten Jahrzehnte nach 1945 waren nicht gerade günstig für eine unvoreingenommene Aufarbeitung der Rolle Polens in der europäischen Kultur der Zwischenkriegszeit. So ist jetzt wohl der Zeitpunkt gekommen, sich von den lieb gewordenen Werken zu trennen.“

„Die bildenden Künste ließen mich nicht ganz los. Und so studierte ich gute sechs Semester nebenher auch Kunstgeschichte und insbesondere Archäologie. Ich unterbrach mein medizinisches Staatsexamen, um mit den Archäologen an einer Exkursion nach Italien, vorwiegend Rom, teilzunehmen.
Über all die Zeit trieb es mich auch immer wieder, das Oeuvre meiner Eltern und die Arbeiten ihrer Freunde zu sortieren, wozu eben auch die Gruppe Bunt gehört. Etliche Werke der Freunde befanden sich – aus welchen Gründen auch immer – in unserem Hause. Sie sollen jetzt in ihre Heimat zurückkehren. Das ist der Grund für diese Ausstellung. Diese Arbeiten wären ohne den kräftigen Beistand von Frau Dr. Lidia Głuchowska nicht zu bewältigen gewesen, da sie auch die vorliegende Wanderung dieser Ausstellung durch etliche Städte vermittelte. Dafür sage ich ihr herzlichen Dank. Sie ist damit Teil meiner Vita geworden.“

Eine symbolische Antwort polnischer Künstler auf die Schenkung aus Deutschland sind ihre künstlerischen Gruppenprojekte „Refleks“ [Reflex] und „Ulotka“ [Flyer]. Einige von denen werden auch auf drei Enthüllungen der die Schenkung würdigenden Ausstellung Bunt – Expressionismus – Grenzüberschreitende Avantgarde vertreten: im Leon-Wyczółkowski-Kreismuseum in Bydgoszcz, im Kraszewski-Museum in Dresden sowie im Niederschlesischen Zentrum für Fotografie „Romanisches Haus“ in Wrocław. Jede dieser Präsentationen hat die Kuratorin der Ausstellungstour, Dr. Lidia Głuchowska, unterschiedlich konzipiert, um das Genius loci der jeweiligen Städte und Institutionen, die sie zeigen, zu berücksichtigen. Zur Teilnahme an den Feierlichkeiten anlässlich der Schenkung während der 2., 3. und 4. Enthüllung der sie betreffenden Ausstellung, hat sie insgesamt etwa 60 Gegenwartskünstler eingeladen.

Die Uraufführung dieser Schau die vorwiegend der historischen Grafik der Gruppe Bunt gewidmet wird, findet im Nationalmuseum Poznań statt. Ergänzt wird sie durch die Werke einiger Gegenwartskünstler aus der Kunstuniversität Poznań, welche ein Gemeinschaftsprojekt Refleks [Reflex] bilden. Sein Ergebnis sind ein künstlerischer Film sowie ein Kunstbuch, welche durch das künstlerische Programm und Werk der Gruppe Bunt inspiriert worden waren. Das Projekt stellt eine Sammlung grafischer Werken dar, die von Posener Künstlern angefertigt wurden. Ideelle Inspiration für die Ausstellung waren vor allem kritische, alternative Prämissen und Aktivitäten der Grafiker der Bunt-Vereinigung im ersten Viertel des vergangenen Jahrhunderts. Grafiken, die aus dem Projekt Reflex hervorgegangen sind, stellen – ähnlich wie die Arbeiten der Bunt-Künstler – einen Versuch dar, der lokalen Thematik eine universelle Dimension zu verleihen. Trotz einer Reduktion des thematischen Spektrums fließt sie in den breiteren, globalen kultursozialen Diskurs ein. Die abschließende Darstellung der Fragestellung um den Reflex hat die Form eines Buches, an dessen Maße die grafischen Arbeiten angepasst worden sind. Das Projekt Refleks [Reflex] wurde zuletzt im Mai 2014 in der Galerie „Rarytas” präsentiert.

Die Vernissage ist für heute, den Sonntag, den 19. April 2015, um 12.00 Uhr geplant.

prof Bobrowski A pracuje nad LOGO wystawy 2015Das Ausstellungslogo wurde vom Prof. Andrzej Bobrowski entworfen. Darin lehnt er sich and die expressionistische Selbstporträts der Begründer der Sammlung, die den polnischen Museen vermacht wird, also des deutsch-polnischen Künstlerpaars Margarete und Stanisław Kubicki. Die ursprünglichen Selbstbildnisse sind in den Jahren 1917/1918 entstanden.

Transgraniczna awangarda / Grenzübergreifende Avantgarde

Für deutsche Version bitte nach unten scrollen

Wronicki SalomeDr Lidia Głuchowska

Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda
Prace z berlińskiej kolekcji prof. S. Karola Kubickiego

W roku 2015 w Muzeum Narodowym w Poznaniu, Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego

w Bydgoszczy, Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego w Dreźnie i Dolnośląskim Centrum Fotografii „Domek Romański” we Wrocławiu zaprezentowana będzie wystawa „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda”. Honoruje ona darowiznę z berlińskiej kolekcji profesora S. Karola Kubickiego, syna polsko-niemieckiej pary artystów awangardowych, Margarete i BUNT Skotarek W, Le Flaneur c 1919Stanisława Kubickich, dla Muzeum Narodowego w Poznaniu i Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy. Obejmie ona przede wszystkim ok. 90 ekspresjonistycznych prac graficznych poznańskiej plastyczno-literackiej grupy Bunt. Całe tournee włączone jest do programu Międzynarodowego Triennale Grafiki w Krakowie.

Obok dzieł Kubickich, inicjatorów polsko-niemieckich kontaktów wystawienniczych i wydawniczych, przede wszystkim między poznańską grupą Bunt i czasopismem Zdrój a berlińskimi galeriami i czasopismami Die Aktion i Der Sturm, zaprezentowane zostaną rysunki, pastele, linoryty i prace w technikach wklęsłodruku autorstwa Jerzego Hulewicza, Władysława Skotarka, Stefana Szmaja, Jana Jerzego Wronieckiego i Jana Panieńskiego, które w związku z wystawami grupy Bunt w latach 1918-22 w Berlinie pozostawały BUNT Skotarek Paniktam aż do czasu aktualnej donacji.

Ekspozycji historycznych prac z okresu schyłku I wojny światowej i dwudziestolecia międzywojennego towarzyszyć będą pokazy projektów artystycznych „Refleks” (2014)„Ulotka“ (2015) zainspirowanych twórczością, działalnością i programem grupy Bunt, realizowane przez ok. 30 grafików z Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu i Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta werocławiu, obejmujące poza pracami na BUNT Skotarek Formypapierze i instalacjami także filmy i wystawy w przestrzeni miejskiej.

W Muzeum Okręgowym w Bydgoszczy odbędzie się konferencja „Bunt a tradycje grafiki w Polsce i w Niemczech” (26.06.2015), a tamtejszą ekspozycję wzbogacą dzieła 7 twórców współczesnych ukazujące ich dialog ze sztuką klasycznej awangardy. W Dreźnie i Wrocławiu zaprezentowana zostanie natomiast instalacja ze szkła i żelaza autorstwa dwojga innych artystów.

12 Wroniecki GebetWystawie towarzyszyć będą 4 dwujęzyczne publikacje, a także wykłady, warsztaty i prezentacje w ramach Nocy Muzeów w Poznaniu (16.05.2015) oraz Wrocławskich Targów Dobrych Książek (3-15.12.2015).

Projekt prezentowany będzie również na 23 konferencji Grupy Roboczej Niemieckich i Polskich Historyków Sztuki i Konserwatorów „Re-konstrukcje. Miasto, przestrzeń, muzeum, przedmiot” (7-10.10. 2015, Instytut Historii Sztuki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza/ Centrum Kultury „Zamek“ w Poznaniu), służąc popularyzacji wiedzy nt. związków polskich i niemieckich 11 Szmaj Kompozycja Matka cekspresjonistów, a także donacji, tak istotnej dla polskiego muzealnictwa.

Artyści współcześni uczestniczący w odsłonach w Bydgoszczy i Wrocławiu: Andrzej Bobrowski, Agata Gertchen, Małgorzata Kopczyńska, Maciej Kurak, Jacek Szewczyk, Piotr Szurek, Przemysław Tyszkiewicz

Artyści współcześni uczestniczący w odsłonach w Dreźnie i Wrocławiu: Karolina Ludwiczak, Marcin Stachowiak

Dalsze informacje: BUNT-Info-PL

2 BUNT Bobrowski A, Transformation M_S project, 2015a jpgAndrzej Bobrowski Logo wystawy / Logo der Ausstellung

Bunt – Expressionismus – Grenzübergreifende Avantgarde.
Kunstwerke aus der Berliner Sammlung von Professor S. Karol Kubicki

10 BUNT Skotarek, Extasy, c. 1918Im Jahr 2015 wird an mehreren Standorten die Ausstellung „Bunt“ – Expressionismus – Grenzüberschreitende Avantgarde stattfinden: im Nationalmuseum in Poznań, im Leon-Wyczółkowski-Kreismuseum in Bydgoszcz, im Kraszewski-Museum in Dresden sowie im Niederschlesischen Zentrum für Fotografie „Romanisches Haus“ in Wrocław. Anlass hierfür ist eine symbolische Würdigung, welche der Schenkung von Kunstwerken aus der Berliner Sammlung von Prof. S. Karol Kubicki, Sohn der deutsch-polnischen Avantgardekünstler Margarete und Stanisław Kubicki, für das Nationalmuseum in Posen sowie für das Leon-Wyczółkowski-Kreismuseum in Bydgoszcz 9 BUNT Hulewicz J, Genesis, c. 1918zukommen soll. Den größten Teil der ausgestellten Werke bilden ca. 90 expressionistische Grafiken der Posener Künstler- und Literatengruppe Bunt [Revolte]. Die gesamte Ausstellungstour gehört zum Programm der Internationalen Grafik-Triennale in Krakau.

Neben den Werken der Kubickis, der Initiatoren der deutsch-polnischen Kontakte im Zuge der Ausstellungs- und Verlagsaktivitäten – vor allem zwischen der Posener Künstlergruppe Bunt und der Zeitschrift „Zdrój” zu den Berliner Galerien und den Zeitschriften „Die Aktion” sowie „Der 8 BUNT Kubicka, At Hulewicz, c 1917 jpgSturm” – werden Zeichnungen, Pastellbilder, Linolschnitte und Tiefdrucke der Künstler Jerzy Hulewicz, Władysław Skotarek, Stefan Szmaj, Jan Jerzy Wroniecki und Jan Panieński präsentiert. Ihre Werke verlieben – im Zusammenhang mit den Ausstellungen in den Jahren 1918-1922 – bis zur jetzigen Schenkung in Berlin.

Die Ausstellung der historischen Werke des Zeitraums vom Ende 7_BUNT Kubicki S, The lonely man, c. 1919 jpgdes Ersten Weltkrieges bis einschließlich der Zwischenkriegszeit, wird von der Präsentation der Künstlerprojekte Refleks [Reflex] (2014) und Ulotka [Flyer] (2015) begleitet. Inspiriert vom künstlerischen Schaffen, Wirken und Programm der Gruppe Bunt, schufen 30 Grafiker der Kunstuniversität Posen und der Eugeniusz-Geppert-Akademie der Schönen Künste in Wrocław außer Arbeiten auf Papier, auch Installationen, Filme und Ausstellungen im städtischen Raum.

Im Leon-Wyczółkowski-Kreismuseum in Bydgoszcz wird die 6 BUNT Hulewicz Portrait of the artists wife, c 1918Konferenz „Bunt” und die Traditionen der Grafik in Polen und Deutschland (26.06.2015) stattfinden. Die dortige Ausstellung wird durch sieben zeitgenössische Künstler bereichert, deren Arbeiten ihren Dialog mit der Kunst der klassischen Avantgarde darstellen. In Dresden und Wroclaw wiederum wird eine Installation aus Glas und Stahl präsentiert – das Werk von zwei weiteren Künstlern.

5 BUNT Skotarek W, Dance II, 1921 a jpgDas Begleitprogramm zur Ausstellung umfasst vier zweisprachige Publikationen, Vorträge, Workshops, Präsentationen im Rahmen der Nacht der Museen in Posen (16.05.2015) und Beteiligung an der Messe der Guten Bücher in Wrocław (3-15.12.2015).
Das Projekt wird auch auf der 23. Tagung des Arbeitskreises deutscher und polnischer Kunsthistoriker und Denkmalpfleger Re-Konstruktionen. Stadt, Raum, Museum, Objekt (7-10.10. 2015, Institut für Kunstgeschichte 4 Hulewicz J, Der Strahl, c. 1918der Adam-Mickiewicz Universität / Kulturzentrum „Zamek” in Posen) präsentiert und soll zur Wissensverbreitung in Bezug auf die künstlerischen Kontakte zwischen polnischen und deutschen Expressionisten sowie – nicht zuletzt – auch auf den Schenkungsakt zugunsten der polnischen Museen beitragen.

Gegenwartskünstler vertreten auf den Ausstellungsstationen in Bydgoszcz und Wrocław: Andrzej Bobrowski, Agata Gertchen, Małgorzata Kopczyńska, Maciej Kurak,
Jacek Szewczyk, Piotr Szurek, Przemysław Tyszkiewicz

3 BUNT Kubicka M, SelfportraitIV jpg, 1918Gegenwartskünstler vertreten auf den Ausstellungsstationen in Bydgoszcz und Wrocław: Karolina Ludwiczak, Marcin Stachowiak

Weitere Infos: Bunt-Info-D

W górę rzeki (10)

Zbigniew Milewicz

Życie od nowa

Tak więc po 45 roku ludzie rozpoczynali swoje życie od nowa, a jak im się nie udawało, to jeszcze raz od nowa. Po rozwodzie mama zamieszkała ze mną w Chorzowie, u dziadków. Ociec zabrał Zdzicha i wyjechał z Katowic, wcześniej napisałem, że do Elbląga, ale faktycznie najpierw był Wałbrzych, gdzie ociec dostał pracę, jako kierowca w kopalni. Później Elbląg, z „przechowalnią” dla brata w Kętrzynie.

ojcieczesopemPóki ojciec nie znalazł oddzielnego lokum na Żuławach, Zdzich pozostawał pod troskliwą opieką babci Urszuli, w jej już ostatnim miejscu zamieszkania. Kiedy przywieziono go do Elbląga, najpierw było jakieś poddasze w domu, gdzie żyła prawdziwa ludzka zbieranina, tam też opiekowała się nim babcia. Nie opuszczała go na krok, żeby nie stało się mu nic złego, karmiła, pielęgnowała z całym oddaniem, kiedy był chory, wiele jej zawdzięcza. Później ojciec odprawił babcię i zabrał go do nowego, dwupokojowego mieszkania, gdzie brat poznał kobietę o imieniu Celina, do której od początku musiał mówić mamo. Ciężko mu to szło. Nowa partnerka ojca była pielęgniarką, pochodziła z niedalekiego Skórcza i ojciec się z nią ożenił. Na życie zarabiał pracą w miejscowej stoczni, po niespełna roku Elbląg mu obrzydł, wyjechali do Słupska. Tam starsza siostra ojca, Maria, która towarzyszyła im w exodusie z Katowic, powiedziała, że dalej już nie jedzie. Ze Słupska, po dwóch, albo trzech miesiącach, ojciec, jego nowa żona i Zdzich udali się bowiem do Szczecina i tam zapuścili korzenie. Na krótko ich adresem był dom w Niebuszewie, niedaleko gazowni, gdzie z klatki schodowej można było oglądać niebo, później już Goleniowska 76 w Dąbiu. Zdzich miał 5 lat, kiedy się tam wprowadzili.

Ciocia Irka i HeinzPo wojnie, rozłączeni bliscy ludzie starali się wzajemnie znowu odnaleźć. Moja babcia Jadzia łudziła się, że mimo wszystko gdzieś żyje jej brat Wili, rodzina dostała zawiadomienie, że zaginął pod Stalingradem, a więc w pojęciu Babci – nie zginął. Międzynarodowy Czerwony Krzyż, poprzez który wielu ludzi się odnalazło, nie potrafił jej jednak w niczym pomóc. Podobnie jak ojcu nie udało się później nawet usłyszeć w telefonie głosu młodszej siostry Stasi, którą sowieci wywieźli do Kazachstanu. Były narzeczony mojej mamy, Gerard służył w Wehrmachcie. Doczekał zakończenia wojny w Niemczech, nie wrócił do Polski, ukończył studia medyczne i został lekarzem. Poprzez moich dziadków nawiązał listowny kontakt z mamą i próbował ściągnąć ją do Niemiec, bezskutecznie, czuła się Polką i jej miejsce było w Polsce.

zbiorowemilewiczUdało się natomiast ponownie zejść cioci Marii i jej mężowi, Eugeniuszowi Bołtuciowi, choć było trudno. Przed wojną starsza siostra ojca wyszła w Wilnie za mąż za młodzieńca z dobrej, inteligenckiej rodziny. Byli w sobie zakochani, niestety ich związek trwał krótko; Marię wywieziono w głąb Rzeszy, on został na miejscu. Kiedy Rosjanie odebrali Niemcom Wilno i generał Sikorski rozpoczął formowanie polskiego wojska na terenie Związku Radzieckiego, Eugeniusz zaciągnął się. Przeszedł cały szlak bojowy z Armią Andersa, walczył pod Monte Cassino, na spocznij dał dopiero w Monachium. Jak i po co się tam znalazł, nie mam pojęcia. W Monachium w każdym bądź razie dowiedział się od kogoś, że jego ślubna jest znowu w Wilnie. Nad Isarą namierzyła jego ślady także ciocia Maria, ale nie zdążyła już skontaktować się z mężem. Załatwił sobie wizę wjazdową do ZSRR i ruszył fałszywym tropem. Trochę czasu minęło, zanim znalazła go z ojcem, w Poniewieżu pod Wilnem, jeszcze więcej zachodu kosztowało, żeby w ramach repatriacji i łączenia rodzin ściągnąć go do Polski. To już jednak nie był ten sam Gieniuś, co kiedyś – martwiła się Maria. Wojna wykrzywiła mu charakter, dużo pił, plecami odwróciła się od niego nawet najbliższa rodzina, która po wyjeździe z Wilna osiedliła się we Wrocławiu. Cioci Marii podobał się Słupsk, ale ostatecznie z rodzinnych powodów także zamieszkała na stałe w Szczecinie, tam też przyjechał jej mąż.

Ujek Jorg z ciocia Marysia, najstarsza Malgosia, Ewa, Heinzem i coreczka, ktora im pozniej zmarla.Również drugiej mojej cioci Marii, z domu Hampel, a po mężu Palluch (tak, tak ich nazwisko pisało się z niemiecka przez dwa „l”) udało się po wojnie zejść z mężem. Wszyscy w rodzinie mówili na nią zdrobniale Marysia, Marika, albo Marinchen. Była drobna, o pięknych, semickich rysach twarzy, dlatego też nosiła żartobliwy przydomek Żydek. Miała dwie córki – starszą Małgosię i młodszą Ewę oraz syna Hainca, nigdy nie słyszałem, żeby ktoś na niego powiedział Heniek. Mąż cioci, Jorg, który służył w SA, pod koniec wojny dostał się do niewoli amerykańskiej. Po denazyfikacji zamieszkał w bawarskim Glonn. Nie bardzo w związku z tym rozumiem, dlaczego ciocia Marysia w ramach łączenia rodzin wyjechała do Stadt Allendorf w Westfalii i tam mieszkała do końca życia, ale mam nadzieję, że kiedyś uda mi się to jeszcze wyjaśnić. Do tej miejscowości ściągnęła później Ewa ze swoim synem Januszkiem, później Małgosia z mężem, Jankiem Balonem, wreszcie ich córka Hania. W Polsce został tylko Hainc z dziećmi, stuprocentowy śląski górnik, który mówił piękną gwarą. W żartach często starałem się naśladować jego szorstką, szybką mowę, jednak daleki byłem od oryginału. Nie przeprowadził się również do Niemiec Jurek Balon, brat mojej kuzynki Hani. Myślę natomiast, że moja babcia odważyłaby się na taki ruch, ale na to dziadek nigdy by się nie zgodził. W sprawach zasadniczych był w domu twardy.

ModnisienabalkoniePóźniej, a może wcześniej wyjechała do RFN druga siostra mojej babci, Truda z wujkiem Alfredem oraz synami Erhardem i Karolem. Była to rodzina Hoffmannów, która mieszkała koło Opola. Erhard był ode mnie o kilka lat starszy, Karol młodszy, ale chciał, żebym do niego mówił wujku, co mnie oczywiście wtedy bardzo złościło. Wujka Alfreda pamiętam słabo, bo częściej odwiedzała nas na Wesołej siostra babci, ale była to ciekawa postać. Rdzenny Niemiec, postępowy i światły, do wybuchu wojny prowadził wspólnie ze swoim bratem drukarnię. Drukowali w niej m.in. książki autorów antyfaszystowskich i tłumaczenia z literatury polskiej. Język polski znał słabo, ale Pana Tadeusza w niemieckim tłumaczeniu – na pamięć. W czasie wojny poszedł służyć do Wehrmachtu. Kiedy wojna dobiegała końca, brat z żoną i córką Elinor wyjechali do Niemiec. Wujek Alfred wylądował natomiast w rosyjskiej niewoli, z której wrócił do domu w 1946 r., mocno zabiedzony. Ponieważ był Niemcem, skierowano go do ciężkiej pracy przy przenoszeniu worków z cementem, w cementowni Opole. Nie miał wyboru, chciał żyć i zapewnić byt żonie z Erhardem, więc targał te worki swoimi delikatnymi dłońmi. Później urodził się Karol.

W 1957 r., korzystając z odwilży w stosunkach polsko- niemieckich, rodzinie Hoffmannów udało się wyjechać do Niemiec, czym 16-letni Erhard wcale nie był zachwycony. Czuł się Polakiem i nawiał rodzicom z pociągu, nie pamiętam już szczegółów całej akcji, ale trudno go było namówić do zmiany decyzji. Początkowo kopał piłkę w jakimś niedużym, niemieckim klubie, później poszedł na studia politechniczne. Ciocia Irka, od której mam te wszystkie informacje, przypuszczała, że naukę finansował mu jego ojciec z odszkodowania, które dostał w Niemczech za zabraną mu przez Polaków drukarnię. Mieszkali w Trier, stamtąd i ze Stadt Allendorf przychodziły paczki do rodziny w Polsce, ze szczegółowym opisem, co jest dla kogo. Czasami cioteczki przyjeżdżały osobiście i zawsze wtedy było to wielkie święto. Gościłem w domu cioci Marysi i Ewy w Westfalii, byłem u Erharda, ale nie chciałbym popędzać czasu w swojej opowieści. Najpierw będzie Wigilia na Wesołej w Chorzowie.

***
Na zdjęciach po kolei z góry na dół:
* Ojciec już na północy Polski,  na zdjęciu ze swoim przyjacielem, Esopem
* Irka z Haincem jako dzieci
* Przed domem na Wesołej 5, od strony ogrodu, rok 1942. Z prawej, obok mojego dziadka, Alfred Hoffmann z żoną i Erhardem, w środku mama, babcia, ciocia Irka, z lewej ciocia Marysia. Z dzieci rozpoznaję tylko Hainca, stoi z tyłu
* Wujek Jorg z ciocią Marysią i dziećmi, najmłodsza dziewczynka im niestety zmarła w wieku kilku lat
* Modnisie na balkonie, na Wesołej 5, lata czterdzieste – mama, babcia i nieznajoma

W górę rzeki (6)

Zbigniew Milewicz

Brunatna mgła

Tytuł częściowo „pożyczyłem“ z książki Tadzia Dyniewskiego, mojego dawnego kolegi redakcyjnego*, ale mam nadzieję, że mi wybaczy zza grobu, tym bardziej, że piszę o tym samym okresie w historii Śląska, chociaż z innej perspektywy niż on. W latach 80 XX w. ruch śląskich autonomistów nie był jeszcze tak rozbuchany jak dziś. Póki co jest jednak początek września 1939 r. i trzeba wywiesić z okna flagę ze swastyką, bo Chorzów znowu nazywa się Königshütte.

brunatnamgla1 (2) dwieKiedy do domu przychodzi urzędnik miejski ze znaczkiem NSDAP w klapie marynarki, dziadkowie są w mieście. Na ulicy Wesołej, która zmienia nazwę na Narzisenweg, jest tylko moja mama Nina. Właśnie wróciła z jakiejś zbiórki, albo alertu, ma na sobie polski mundur harcerski i ukończone 18 lat. Przybysz zwraca jej uwagę, że w okolicznych domach flagi już powieszono, a tutaj jeszcze nie, więc niezwłocznie powinna to zrobić.
– Niczego nie powieszę – odparła hardo.
– Pani musi to zrobić – rozkazał stanowczo.
Wtedy nie wytrzymała, poszła do kuchni, wzięła nóż do mięsa i krzyknęła mu w twarz, że po jej trupie, ale tej szmaty nie wywiesi z okna. Łatwo można sobie wyobrazić, czym groziło wówczas takie wystąpienie. Zrządzeniem Opatrzności nadeszli rodzice, w mig zorientowali się w powadze sytuacji i babcia na poczekaniu odegrała jedną ze swoich najlepszych scen w życiu. Dogłębnie załamanym głosem oświadczyła urzędnikowi, że spotkało ich z mężem wielkie nieszczęście, bo ich córka jest chora psychicznie. Leczą ją wprawdzie, ale nie widać poprawy, więc – i tu zalała sie łzami – trzeba ją będzie chyba wywieźć do szpitala w Rybniku. Ta nazwa brzmiała na Śląsku (i nadal brzmi) złowrogo, więc stróż porządku jakoś udobruchany kiwnął ze współczuciem głową, jeszcze raz przypomniał o obywatelskim obowiązku i sobie poszedł. Widocznie nie sporządził później żadnej notatki służbowej, bo obyło się bez dalszych konsekwencji. Nina nie zamierzała jednak spokornieć. W jakiś czas później spotkała na ulicy jedną ze swoich kuzynek, która na dzień dobry odpowiedziała jej heil Hitler, więc ją publicznie spoliczkowała.

Zarówno dziadkowie jak i mama podpisali jednak niemiecką Volkslistę; w imieniu młodszej Irki zrobili to rodzice. Pewnie nie była to dla nich łatwa decyzja, mogli odmówić, ale zbyt wiele by ryzykowali. Sięgnę tu do historycznej pracy Danuty Sieradzkiej**, by głębiej naświetlić problem:

Późną jesienią 1939 r. podjęto próbę ustalenia składu narodowościowego ludności miasta; był to spis policyjny, tzw. palcówka. Formularz rejestracyjny (drukowany w językach polskim i niemieckim) zawierał pytania dotyczące narodowości i języka.

Blankiet policyjnego rejestru ludności należało oddać w lokalu urzędowym i w obecności władz zostawić odcisk palca wskazującego. Wielu Polaków – ze względów taktycznych – podało narodowość niemiecką. Na przebieg rejestracji wpływała atmosfera terroru, a ponadto zalecenie biskupa Stanisława Adamskiego (w porozumieniu z rządem polskim na emigracji), aby Polacy wpisywali na kwestionariuszu narodowość niemiecką. Biskup chciał w ten sposób uchronić wielu Górnoślązaków przed licznymi prześladowaniami.

Zarządzenie Reichsführera SS Heinricha Himmlera o Niemieckiej Liście Narodowościowej (Deutsche Volksliste) miało ostatecznie rozwiązać problemy narodowościowe. W marcu 1941 r. ustalono 4 kategorie listy: 2 pierwsze były zastrzeżone dla rodowitych Niemców, 2 następne dotyczyły Polaków, z którymi wiązano nadzieję, że staną się członkami niemieckiej wspólnoty narodowej. /…/ Chorzów na tle innych miast wypadł niekorzystnie: ponad 40% mieszkańców zaliczono bezpośrednio do grup, które mogły zaraz otrzymać obywatelstwo niemieckie, natomiast dalsze 44,6 % oczekiwało na indywidualne nadanie niemieckiej przynależności państwowej. Złożoność ówczesnej sytuacji oddaje wiersz z tamtego okresu :

Jeśli nie podpiszesz – twoja wina
Zaraz cię wezmą do Oświęcimia.
A gdy podpiszesz, ty stary ośle,
Zaraz cię Hitler na Ostfront pośle

Wielu chorzowian nie podpisało volkslisty. Ludzi tych zazwyczaj wyrzucano z mieszkań (tak się n.p. stało z rodzinami Dubielów, Fojcików czy Hanke ) i w każdej chwili narażali się na szykany, a w konsekwencji na rozstrzelanie lub śmierć w komorze gazowej.

Na podstawie odpowiednich zarządzeń Ślązakom, którzy oficjalnie określali się, że są Polakami, nie wolno było m.in. wstępować do żadnej restauracji i słuchać nabożeństw odprawianych w głównym kościele. Ich karty żywnościowe i odzieżowe, z literą „P“, miały zmniejszony przydział, a w pracy potrącano im dodatkowo 15% zarobku.

W niejednej polskiej rodzinie w Chorzowie i w innych miastach Śląska – pisze dalej autorka – przeżywano osobiste tragedie. Wielu Polaków, zaszeregowanych do III grupy volkslisty, odmawiało służby w wojsku niemieckim – czekały ich aresztowania i Oświęcim. Do Wehrmachtu wcielano nawet tych, którzy nie podpisali volkslisty. Zazwyczaj byli wysyłani na front wschodni, gdzie ginęli. Matka – której syn był Polakiem i czuł się Polakiem – otrzymywała wiadomość, że jej ukochane dziecko poległo na polu chwały za Führera i III Rzeszę. Raporty policyjne donosiły, że osoby wpisane do III grupy niemieckiej listy narodowej demonstracyjnie przyznają się do polskości i używają języka polskiego.

brunatnamgla1 (1)grobDo tej grupy zostali zaszeregowani również moi dziadkowie z mamą i ciocią Irką. Status społeczny rodziny się zmienił, dziadek musiał odejść ze „Skarbofermu“, spółka przyjęła nazwę Bergwerksverwaltung Oberschlesien GmbH der Reichswerke Hermann Göring. Dziadek dostał pracę w biurze kopalni, prawdopodobnie Polska, co teraz nazywała się Deutschland , a moja mama, która przed wojną marzyła o tym, żeby studiować medycynę i zostać chirurgiem, zatrudniła się w inżynieryjno-budowlanej firmie Schubert, gdzie powierzono jej księgowość. Równolegle z liceum Curie, ukończyła bowiem szkołę handlową i miała na ten temat pewną fachową wiedzę, a już na pewno nie bała się jej sprawdzić w praktyce. Kiedy dziadek przestał pokazywać się w pracy, a także na ulicy, tego dokładnie nie wiem. Na pewno stało się to po tym, jak babcia dowiedziała się, że pod Stalingradem padli brat męża Maks i jej brat Wili. W piwnicy na Wesołej, między węglem i ziemniakami, została zbudowana kryjówka, w której Erwin spędzał dni, bo spać chodził do Jadki, na piętro. Przez tę piwnicę przeziębił sobie nerki i później już zawsze miał z nimi problem, ale może uratował życie. Krycie miał dobre, na parterze , po rodzinie Szumskich, którzy musieli wyprowadzić się na Klimzowiec, do jakiejś klitki, mieszkał wysokiej rangi oficer Wehrmachtu o nazwisku Rosenberg, a w suterenie ciocia Marysia z dziećmi, żona brata Jorga, co w międzyczasie wstąpił już do SA i był głównie tam , gdzie, jak to się mówi, strzelali. Przypuszczam, że obydwaj niczego o tej skrytce nie wiedzieli, ale przecież dzisiaj mi tego już ani nie potwierdzą, ani temu nie zaprzeczą.

Volkslista dziadkow 003 Volkslista dziadkow 002O niemieckich dokumentach w rodzinie dowiedziałem się dopiero jako dorosły człowiek, władze PRL nie lubiły niemieckich Ślązaków, więc się z nimi w rodzinie nie obnoszono. Kopie dowodów osobistych z hitlerowską gapą, opatrzonych zdjęciem mojej babci i dziadka, zobaczyłem dopiero w 1988 r., kiedy po nielegalnym wyjeździe do Monachium sam złożyłem wniosek o przyznanie mi niemieckiego obywatelstwa. Przysłała mi je z Polski, przez innych „turystów“, ciocia Irka, która miała oryginały, trzymała je czujnie i mocno przy swojej bujnej piersi i rok później sama drapnęła do Niemiec. Jakże ironicznie postępuje z ludźmi historia. Oczywiście, każdy jest kowalem swojego losu, a nawet jeśli w to wątpimy, Czesław Miłosz powiada: nie jesteś przecież tak bezwolny, a choć byś był jak kamień polny, lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach…

* Tadeusz Dyniewski „Zbrodnia i Kara“, Pitaval Śląski. Wyd.1986
** Danuta Sieradzka „Królewska Huta, Chorzów w latach 1868-1945“. Wyd.2001

Miasto drugiej kategorii

mika-kanalKrzysztof Mika

FrauLanganke (cz.1)

(proszę zachować pisownię razem – FrauLanganke!)

Tak się składa, że moje życie w dość specyficzny sposób łączy się z obszarem Polski, nazywanym Ziemiami Odzyskanymi, albo północno-zachodnimi. Jak to się stało, że dziecko rodziny przesiedlonej po wojnie z Warszawy do Elbląga, nie wyrośnie we wrogim nastawieniu, lecz znajdzie swoje miejsce właśnie w tej rzeczywistości, teoretycznie całkowicie obcej – polubi Elbląg, który stanie się jego miastem rodzinnym?

Gdyby to jeszcze to był Gdańsk, którego, jak chciała oficjalna historia i propaganda, związki z Polską liczne i mocne… Gdańsk łatwiej było pokochać. To taki ważny symbol. W końcu o Gdańsk zaczęła się wojna. Taki Elbląg, też niby był z Polską związany, ale zdecydowanie nie znajdował się w głównym nurcie, to tylko wschodnio-pruskie ubocze, choć najpierw były to Prusy Królewskie. Owa różnica miała swój praktyczny i zarazem symboliczny wyraz: pociągi z Warszawy jechały do Gdańska, a przesiadka do Elbląga w Malborku. Do Elbląga połączenia bezpośredniego nie było. Miasto drugiej kategorii. Jak bardzo drugiej kategorii pokazuje fakt, że nigdy nie zostało odbudowane w swoim historycznym kształcie, no cóż (o czym będzie) orłów polskich raczej nie szukano. Taka prowincja w prowincji – bo stolicą był Królewiec i do Królewca ciążyło całe życie społeczno-gospodarcze Prus Wschodnich. Koleje i drogi wiodły równoleżnikowo do Królewca.

Elbląg w tragiczny sposób w 1945 wysunął się na czoło miast wschodniopruskich – był pierwszym dużym miastem zdobytym przez Armię Czerwoną, za co miasto i mieszkańcy zapłacili zresztą straszną cenę. Królewiec również – jeszcze w latach 60 na rozkaz Chruszczowa burzono resztki zabytków, żeby zniszczyć ostatecznie ślady „proklatoj Germanii”.

kanal (6)Wracajmy do Elbląga. Dziadkowie, ci ze strony Mamy, byli dziwni – oboje nauczyciele historii, opowiadali historię Elbląga, oczywiście w sposób dostosowany do możliwości poznawczych dziecka, ale konsekwentnie sączyli do głowy elbląskie historie. Spacery zawsze zahaczały o reszteczki starówki, nabrzeże Kanału Elbląskiego, potem dalej, gdzieś na przedmieścia, poza obszar historycznego centrum, czasem w ulubione przeze mnie miejsce – do składnicy złomu, gdzie zgromadzone były resztki różnych wspaniałych rzeczy, związanych z historią miasta i okolicy. Np. stareńkie maszyny parowe pochodzące ze złomowanych stateczków kursujących po Zalewie Wiślanym i Kanale Elbląg-Ostróda. W pewnym sensie były dla mnie dziełami sztuki, przepiękne w swoim anachronizmie, ozdobione mosiężnymi elementami, najczęściej wyprodukowane w zakładach Schihaua, teraz nazywanych „Zamechem”. Godzinami potrafiłem oglądać te maszyny, dotykać ich, brudząc się niemiłosiernie, wyobrażając sobie stateczki, w których były zamontowane, a siebie w roli mechanika Po kilkudziesięciu latach dowiedziałem się, jakie to były jednostki, jak się nazywały, ale to zupełnie inna historia. W składnicy złomu były inne fascynujące rzeczy – np. gąsienice czołgów. Niemieckich. Wykopane gdzieś na polach pod miastem. Wojenna historia wracała i w taki sposób.

Rok 1980. Kończyłem pisać pracę magisterską z historii żeglugi polskiej w dwudziestoleciu międzywojennym i siedziałem całymi dniami w archiwum państwowym w Gdańsku, dojeżdżając tam z Elbląga, gdzie mieszkałem u Dziadków.

kanal (5)Rok 1980 zatem. Rozpoczął się karnawał Solidarności – uczestniczyłem w nim od początku, od strajku w Stoczni, nb. byłem pierwszym polskim dziennikarzem, który tam był. Pracowałem wtedy w Ekspresie Wieczornym, równolegle kończąc studia. Atmosfera wolności i buntu dotarła też do zakurzonego wojewódzkiego archiwum w Gdańsku. Pewnego dnia jeden z archiwistów zdobył się na śmiałość i powiedział: „zostaw Pan na chwilę te notatki, coś Panu pokażę, o tym napisać to by było warto…” Poszliśmy do składnicy, regały ciasno wypełnione teczkami z dokumentami, charakterystyczny zapach. W końcu zatrzymaliśmy się przy regałach w głębi pomieszczenia.”Patrz pan”, powiedział mój archiwalny cicerone… „tu mamy ponad 50 metrów bieżących skarg na sowietów, jak weszli do Gdańska i trochę potem (…) wszystko jest: rabunki, gwałty, morderstwa”. W każdej teczce coś. Razem będzie 50 metrów bieżących – bo akta w archiwach liczy się na metry. A spraw dziesiątki tysięcy”. Te 50 metrów – jak je odnieść do życia? Jak mierzyć nieszczęście na metry? Dramaty zamknięte, uwięzione w papierowych teczkach. Anonimowe w swojej masie. Przez chwilę pomyślałem, że pewnie część tych ludzi jeszcze żyje, że żyją dzieci poczęte z tamtych gwałtów. Nie zająłem się tą sprawą, nie napisałem… Pozostało tylko wrażenie ogromu problemu, tym bardziej dojmujące, że zamienione na owe dziesiątki metrów takich samych papierowych teczek. Tak jak okulary w Oświęcimiu, tysiące okularów, rzecz tak bardzo osobista i tak pozbawiona ludzkiej przynależności, zamieniona w stertę oprawek i szkła. W Gdańskim archiwum były również sprawy z tzw. województwa, w tym z mojego rodzinnego Elbląga.

Gdzieś za mną zostały owe metry teczek, był czas działania. Zakładania organizacji związkowej, strajków, protestów. W tej atmosferze obroniłem pracę magisterską, a karnawał Solidarności zmierzał do smutnego końca. Dziadkowie zmarli, mieszkanie w Elblągu zostało sprzedane, ale jest wciąż trochę mebli i obrazów oraz ładnych, gustownych poniemieckich drobiazgów. Elbląg z wymiarów realnych mojego dzieciństwa przeniósł się w emocjonalno-wspomnieniowe, które kształtowały obraz miasta i nakładały się na nowy kształt miejscowości – często odwiedzanej mimo nieobecności dziadków – bo po drodze na Wybrzeże. Zmiany, które (na szczęście) zaszły w architekturze, czynił Elbląg w kategoriach realnych coraz bardziej odległy, choć dom Dziadków stał i pewne charakterystyczne elementy „tamtej” zabudowy z dzieciństwa również. Powstała „niby” Starówka, nawiązująca do historycznego kształtu miasta na wspomnianym, największym (chyba) trawniku w Europie. Tu towariszczi postarali się, by poza kilkoma budynkami i kościołem nie zostało nic. To w końcu był to pierwyj gorod proklatoj Germanii.

kanal (7)Jak owo „wyzwalanie” wyglądało, ze szczegółami dowiedziałem się w roku 2012. Wtedy przeczytałem książkę „Elbing” – fabularyzowaną relację o zdobyciu miasta przez Rosjan. Autor, regionalista zebrał relacje elbingerów – Niemców elbląskich. Radzieckie wojska, płonące miasto, nieskuteczna ewakuacja. Ulicą, przy której stoi dom, w którym znajdowało się mieszkanie Dziadków, jeździły sowieckie czołgi. Dziś ulica nazywa się Giermków wtedy Junker Strasse. Miasto, którego centrum, przepiękną starówkę zamieniono właśnie w jeden z największych w Europie trawników. Książka była wstrząsem – prawdziwa historia mojego rodzinnego miasta nabrała nowego wymiaru i pojawiło się takie oto myślenie: sowiecka ofensywa, to był początek procesu, który doprowadził do pojawienia się w Elblągu, w styczniu 1946 mojej Babci, a potem mojego przyjścia na świat w 1957 w wojskowym szpitalu. Można powiedzieć: proces historyczny itd., itd. Ale inaczej to wygląda, jeśli właśnie osobiście stajesz się elementem tego procesu, procesu polegającego na praktycznie całkowitej anihilacji przeszłości, zerwaniu ciągłości historycznej, wręcz cywilizacyjnej. Ów proces miał całkowicie zniszczyć pozostałości niemczyzny, albo jak lubiła to określać ówczesna propaganda: prusactwa. A na końcu ja!

Tymczasem moje „elblążenie” wiązało się w sposób przemożny i paradoksalny z ową niemiecką przeszłością, z niemieckimi pamiątkami, co więcej w dziwny sposób wyznaczyło moją drogę życiową, związaną z Warmią i Mazurami, Bałtykiem, historią i żeglarstwem. A nad wszystkim duch FrauLanganke, zaklęty w pamiątkach po niej. To co udało się zdobywcom dokonać w skali makro, w przypadku moich Dziadków i mnie zawiodło całkowicie. Wyrastałem otoczony niemczyzną! Może Dziadkowie, przedwojenni drobnomieszczanie, choć z ładnymi szlacheckimi korzeniami: ona z domu Nowakowska (związana z Groszkowskimi), a on Taczanowski nie bardzo mogli się pogodzić z wschodnioeuropejsko-azjatycką cywilizacją i jej produktami, więc woleli niemieckie, bliższe cywilizacji zachodnioeuropejskiej mimo, że niemieckie. Jakoś lepiej pasowały. Sowieckie perfumy stały na toaletce ze dwadzieścia lat…

A moje „elblążenie” jakieś dziwne było: to nie obejmowanie nowych terenów zdobytych w wyniku dziejowych rozliczeń, z miłym poczuciem dominacji i posiadania, i konieczności polonizacji takiego obszaru, to raczej akceptacja prawdziwej historii tej ziemi, jak by nie była trudna i niepolska, i zgoda na to, że właśnie tak, że można tu żyć i wcale nie trzeba niszczyć przeszłości, a raczej ją poznawać. Nie brzydziła mnie niemieckość, pruskość, hanzeatyckość, jakoś starałem się to połączyć ze swoją historią: ja wpisany w dzieje tutejsze. Pewnie to zasługa Dziadków, nauczycieli historii, którzy nauczyli mnie tego, że właśnie historii nie da się odrzucić, tylko warto poznawać. Polski dzieciak rósł sobie wśród niemieckich pamiątek. Teraz to modne: ruch regionalny, małe ojczyzny, drugiej strony Heimattouristik. Wtedy nie tak prosto.

Moje własne wrastanie, oswajanie nowego gruntu w Elblągu. Niemieckiego miasta w Prusach Wschodnich, do którego Dziadkowie przeprowadzili się zaraz po wojnie. Dla nich był to „surowy korzeń” i to tkwiący w całkiem obcej glebie, niemieckiej, dla mnie na przełomie lat 50 i 60, a potem do ich śmierci całkiem magiczna gleba: jeszcze trochę niemiecka (dom wyposażony w niemieckie meble), trochę polska, nie do końca obca, na pewno moja. Może inna, ale już trochę swoja w sensie państwowo-narodowym, bardziej moja, choć jeszcze w latach 70 poczucie „za granicy”, trochę. Nieodległy Gdańsk poprzez propagandową akcję, udowadniającą jego rzekomą polskość mniej jakby obcy. Elbląg, jak powiedziałem nie miał takiego szczęścia – leżał na uboczu głównego nurtu historii i choć jego związki z Polską były nie gorsze niż Gdańska, to po wojnie wyrażały się głównie akcją wywożenia, właśnie do Gdańska cegły manierystycznej, pochodzącej z rozbiórki resztek elbląskiej starówki, a to w celu odtwarzania dowodów „historycznych związków Gdańska z Polską”. Orły piastowskie nad Bałtykiem i tak dalej. Dla piastowskich orłów strzegących brzegów Bałtyku rozebrać resztki elbląskiej starówki było warto. A tu co: ubocze dziejów, tym bardziej że daleko do morza. A Zalew Wiślany nazywał się Świeży, a kraina nad jego brzegiem to Ermland albo Wybrzeże Wschodnio Pruskie. Łatwo tu piastowskich orłów nie znajdziesz. Prusowie, Warnowie, a potem Krzyżacy. Elbląg miasto drugiej kategorii.

W Prusach Wschodnich. Bardzo źle. Przed wojną nawet nie na obszarze Wolnego Miasta. Po prostu Ostpreussen. Sowieci zdobywali pruskie miasto i z poczuciem sprawiedliwości historycznej owo pruskie miasto burzyli. A więc w słusznej zemście gwałcili, mordowali i palili. Mordowali ludność niemiecką. Nikt nie myślał o związkach z Polską, tylko o zemście, karze za zbrodnie niemieckie. Więc ukarano miasto i ludzi, nieważne czy mieli jakikolwiek związek z nazizmem i Hitlerem. Palono i burzono Starówkę. Palono, bo w piwnicach i ruinach ukrywali się nieliczni pozostali w mieście elblążanie, czyli elbingerzy. Ogień ich skutecznie wypłaszał. Wiedzę o tych wydarzeniach przekazali Dziadkowie. Ale była ona całkowicie pozbawiona realnego kształtu. Chowałem się na Czterech Pancernych i psie. Wiedziałem, że działo się źle w trakcie i po zdobywaniu miasta. Nie wywoływało to specjalnych emocji. Po prostu było. Wiadomo wojna.

Może potrzeba było lektury o zdobyciu Elbląga, żeby emocje, wspomnienia i skojarzenia osiągnęły masę krytyczną. Wtedy powrócił pierścionek FrauLanganke, który nie chciał „zejść” z palca, a sowiecki sołdat, za pomocą bagnetu rozwiązał problem, odcinając ów oporny palec, wraz z pierścionkiem oczywiście.

FrauLanganke prowadziła na co dzień sklep z papeterią i książkami, na pewno sprzedawała Mein Kampf. No cóż, powie ktoś, sami sobie winna, ta Niemra. Obraz żołnierza obcinającego palec starszej kobiecie tkwił w mojej pamięci. Niezwykle plastyczny z chirurgiczno-anatomiczną dokładnością, z bagnetem zgrzytającym o kości. W medycznym podręczniku sprawdzałem, jak się amputuje palce. Sowiecki żołnierz pewnie po prostu położył rękę na stole i tępym bagnetem załatwił sprawę, nie dbając o higienę, tamowanie krwi. Można przyjąć, że wcześniej tym samym bagnetem otwierał amerykańską tuszonkę. FrauLanganke przeżyła. To może niewielka cena dziejowych rozliczeń. Córka FrauLanganke zapłaciła cenę najwyższą – zgwałcona, popełniła samobójstwo. Czy FrauLanganke i jej córka były winne?

Babcia nie mówiła o niej inaczej jak „ta Niemka”, ale najczęściej „Langankowa”. „Langankowa”, to już była forma oswajania rzeczywistości, ale co dziwne , a może normalne, nigdy nie używała jej imienia, pewnie po to by zachować dystans, natomiast „Frau” i „Langankowa” wymawiała na jednym oddechu i w mojej pamięci pozostało FrauLanganke… Ta „Niemka” przychodziła wymieniać różne rzeczy na żywność. Dlaczego Babcia wchodziła w takie interesy? Bóg raczy wiedzieć. W koło walało się do woli wszelkiego dobra, w styczniu 1946, tylko brać – sowieci wszystkiego nie wywieźli. Ale Babcia wymieniała nikomu niepotrzebne graty Langankowej na jedzenie. I rozmawiała, co pewnie było równie ważne jak żywność, bo Babcia znała niemiecki. Ukarana przez „wyzwoleńczą” i zwycięska ofensywę FrauLanganke pozbywała się gratów za chleb. Nie potrzebowała dużo – była całkiem sama. Mąż umarł przed wojną, a córka – „Frau Taczanowska, pani rozumie…”, ci „ sowjetische soldaten”…

Babci żal było prawdziwie, bo co potrafią owi „soldaten” miała okazje przekonać się w czasie rewolucji, zwanej październikową, którą przeżyła na Ukrainie wywieziona wraz z rodziną przez wycofujących się z Warszawy w 1915 Rosjan. A więc za bezwartościowe graty Langankowa dostawała chleb, którego w tamtym czasie wartość nie miała miary. Babcia dzięki temu stała się właścicielką rożnych mebli i kilku obrazków, które może niezbyt wielkiej wartości artystycznej, ale dla mnie nieskończonej emocjonalnej – wiszą do dzisiaj na ścianach mojego mieszkania. Są one w jakimś stopniu odpowiedzialne za elbląskie zainteresowania i za moje fascynacje wodą i żeglarstwem. Wszystkie z motywami elbląskimi i nazwijmy to wodno-marynistycznymi, poza jednym – grafiką przedstawiającą tzw. Marktthurm (wieżę targową), jeden z niewielu zachowanych zabytków gotyckiego Elbląga, kiedyś element murów obronnych. Ta grafika pewnie najbardziej wartościowa, ale przeze mnie mniej lubiana.

Obrazki po Langankowej – jakże musiały być bezwartościowe w tamtym czasie, jakże nie ekwiwalentna wymiana na chleb! Cóż Babcia, przedwojenna nauczycielka, nie znała się na interesach, ani na karaniu za historyczne winy, ani tym bardziej na nienawiści. Takie niepraktyczne podejście do życia, panienki z pensji, z domu „z francuskim i fortepianem”. Wkrótce pozbawiona palca Fraulanganke wyjechała – nie było dla niej miejsca w nowej rzeczywistości, zresztą Elbląg kojarzył się z bólem i grozą. Gdzie pochowano jej córkę po latach udało mi się ustalić, ale o tym za chwilę.

Wyjazd Fraulanganke, towarowym wagonem (opowieść Babci), to symboliczny koniec niemieckiego Elbląga. Jeszcze tylko Babci, ponieważ Dziadek nie wracał ciągle z obozu i Babcia była sama i z moją Mamą, wówczas gimnazjalistką. Oczywiście koniec ów ten miał charakter wyłącznie symboliczny – w rzeczywistości na co dzień nurzaliśmy się w niemczyźnie, elbląskiej niemczyźnie. Langankowa w pewnym sensie pozostała z nami.

A ja nurzam się w niej do dzisiaj: wspomniane obrazki, zegar, meble, jakieś naczynia, nóż, fajansowy pojemnik na herbatę mieszkają ze mną. W Elblągu nie było innych rzeczy, niż poniemieckie. Kuchnia: kredens i stół (mój Boże, jedliśmy na niemieckim stole!) i piecyk elektryczny AEG, pudło na chleb i młynek do kawy, wiszący na bocznej ścianie kredensu , nigdy nie używany, ale obecny i drobiazg, maleństwo-fajansowe z niderlandzkim motywem: kółko z drewnianą rączką do zagniatania pierogów – na kółku holenderski wiatrak. Pierogi wycinało się specjalną foremką i zagniatało tym kółkiem. Sypialnia: szafa, toaletka, małżeńskie łoże, orzech, a na toaletce dla kontrastu, przez całe lata stały radzieckie perfumy, prezent od sąsiadki repatriantki spod Wilna. Babcia nie odważyła się ich użyć – zapach nie mieścił się w pensjonarskiej przedwojennej estetyce, ale stały, żeby sąsiadce nie zrobić przykrości. Żyrandol z mlecznego szkła. Mosiężny karnisz. Salon: o tu niemczyzna szalała. Przepiękny pomocnik – o nim jeszcze będzie, stół, szafka, biblioteczka, zegar i wspomniane obrazy. W dziwnym, niepokojącym kontraście kilka sztuk, słynnego przed wojną w Polsce, fajansu bolimowskiego. Czemu bolimowskiego? A temu, że w Bolimowie na przełomie lat 20 i 30 Dziadkowie zakładali, a potem prowadzili szkołę powszechną. Jakimś cudem malowane skorupy przetrwały wojnę i wylądowały w Elblągu. Zegar. Wydzwaniający co pół godziny, budzący bezlitośnie, ale dający takie miłe domowe poczucie bezpieczeństwa.

W 1946 Dziadek wrócił z obozu pracy, a Langankowa pewnie wymieniała kolejny obrazek na chleb. Po latach, pod stertami odzieży znalazłem pamiętnik jednego z Langanków, całkowicie niezapisany, z pięknym rysunkiem bombowca, bowiem ów Langanke służył, jako podoficer w Luftwaffe. Przez lata, to wszystko było nieważne, po prostu było. W tym roku zacząłem grzebać. W internecie oczywiście. I znalazłem. Jeden z Langanków walczył w Ardenach, a nieszczęsną, zgwałconą córkę pochowano w jednym z nieistniejących już elbląskich ogrodów. Bardzo pomocnym źródłem jest elbląski Totenbuch, czyli Księga Zmarłych spisany przez tych , którzy przeżyli. Data miejsce, dane osobowe…

I tylko pytanie: czy kiedyś ją ekshumowali, czy ma gdzieś grób, czy gdzieś poza stronami stworzonej przez ocalałych w Totenbuch, ma swoje miejsce…

Już wiem, że nie – tam nie prowadzono ekshumacji Niemców.

Zdjęcia: Zofia Wojciechowska. U góry Autor, poniżej – Kanał Ostródzki