Ucho jaka

Anna Nacher i Marek Styczyński pojawili się w naszym berlińskim życiu jako Karpaty Magiczne, zespół grający muzykę świata, przy czym ten świat był rozległy aż po Ural i Himalaje, a zarazem karpacki i folkowy, górski i bagienny, archaiczny i nowoczesny, wyrażany przedziwnym instrumentarium i połączony z niezwykłymi projektami. Czy to była muzyka, nauka, rekonstrukcja świata nieistniejącego, fantasy czy kolekcjonerstwo?

Jestem człowiekiem konkretnym i ta przedziwna mieszanina, którą uprawiali / uprawiają Ania i Marek powodowała w moim umyśle niezwykły zamęt. A do tego, po czasie, doszły książki. Czasem zwykłe, np. Przewodnik po okolicach Nowego Sącza, czasem niezwykłe, jak etnobotanika i marginesy popkultury. Podstawowe pytanie brzmiało od zawsze: Jak im się to łączy?

Kiedyś tłumaczyłam na niemiecki kilka wierszy Ani. Szukam ich teraz po komputerze. Pamiętam jeden – żuraw, autobus, deszcz, żuraw na lewym ramieniu. Wielka Bogini Matka jedzie autobusem do Nowego Targu. Piękne. To zdanie tam nie pada, tej bogini w autobusie czytelnik musi się domyślić sam, ale przecież tak jest, starożytne religie to nie rekwizyty i eksponaty w Muzeum, ale ich trwanie po dziś dzień, w rozklekotanym autobusie i plastikowej butelce z wodą.

Znalazłam, i tłumaczenie, i wiersz. W wierszu nie ma autobusu, jest za to wąż.

Bajka

Pewnego dnia na jednym ramieniu
usiadł mi żuraw.
Na drugim ramieniu usiadł mi wąż.
Pewnego dnia na jednym ramieniu
usiadł mi żuraw, na drugim ramieniu
usiadł mi wąż.

Wąż ma wciąż coś do powiedzenia, żuraw tylko rozkłada skrzydła.

Pewnego dnia na jednym ramieniu
usiadł mi żuraw, na drugim ramieniu
usiadł mi wąż.

Mój Boże, żeby było cieplej.
To wtedy śmiać się można będzie więcej.

Miała być bajka a jest to co jest.
Miała być bajka a jest to co jest.
Miała być bajka.
Jest to co jest to co jest to co jest
Jest to co jest to co jest to co jest
co jest co jest co jest co jest co jest
Jest to co jest

uchojakaPrzed 10 laty dostałam od Ani i Marka “Ucho jaka”, książkę o kolekcjonowaniu instrumentów muzycznych. Miała zieloną okładkę. Po kilku miesiącach nie pamiętałam już, gdzie leży, a chciałam komuś pokazać. Szukałam, nie znalazłam, zmartwiłam się. Usiadłam na podłodze i zaczęłam słuchać, tak jak Kubuś Puchatek nasłuchiwał, jak go wołają baryłeczki z miodem. “Tej książki tu nie ma”, zawyrokowałam, “nie warto szukać”. I rzeczywiście, w kilka miesięcy później odkryłam ją przypadkowo w domu przyjaciół. Podeszłam do półki i od razu ją zobaczyłam. Stała wśród innych domowych książek. Miała dedykację dla mnie. Nie zapytałam, czy pożyczyli ją sobie, pytając mnie o zgodę, czy nie pytając. Nie miało to znaczenia. Znaczenie miał fakt, że istniał związek między mną a tym konkretnym egzemplarzem książki i że mogliśmy ze sobą rozmawiać. Było tak, jakbym wcale tej książki nie potrzebowała, bo miałam ją w sobie. Ucho jaka. Dobry tytuł. Byłam w Himalajach, ale czy widziałam jaka? Wydaje mi się, że tak. Mój syn twierdzi, że nie. Kupiliśmy sobie w Himalajach pęczek fletów od białego człowieka, który w samodziałowym gieźle szedł przez las i grał.

Jeden z tych fletów mam do dzisiaj, resztę rozdaliśmy w prezencie. Nie umiem grać na flecie. Na klarnecie też nie. W ogóle nie umiem grać na żadnym instrumencie.

Ucho jaka. Muzyczne podróże od Katmandu do Santa Fe

uchojaka-ania-marekPiękne opowieści o podróżach poza szlakami turystycznymi. O klasztorach zamkniętych na głucho, z drewnianym kluczem na bramie, pilnowanych przez starą szaloną kobietę. Klasztor otaczają stare drzewa. Kilkunastometrowe i żylaste pnie potrzebowały setek lat, by wyrosnąć na wysokości 4000 m i nie poddać się zimnym wiatrom. Może pamiętają założyciela klasztoru, który medytował wytrwale w tej okolicy. Trwał w swej praktyce tak niestrudzenie, że yeti zaczął mu przynosić do jaskini wodę i pożywienie. Kiedy współczujący człowiek śniegu umarł, lama przechował jego rękę i skalp jako świadectwo tej zadziwiającej historii.
uchojaka-yetiA do tego muzyka, nagrania, kolekcja instrumentów. Większości nie znam, choć przecież studiowałam etnografię. Didżeridu, burczybas, warkotka, na tym chyba się kończy moja wyniesiona ze studiów wiedza. I kalimba, która pojawiła się kilkadziesiąt lat później, gdy moja przyjaciółka używała jej do usypiania małego chłopczyka. Tymczasem Ania i Marek w “Uchu jaka” omawiają budowę, sposób gry i wykorzystanie prawie stu instrumentów, wielu w Polsce zupełnie nie znanych.

uchojaka-instrumentyKsiążka czyli tradycyjny obiekt do czytania z dołączoną płytą jest wyczerpana, ale na stronie księgarni można odsłuchać kilku nagrań muzyki z Himalajów (niestety wordpress nie chce tego zapisać ani odtwarzać, szkoda): http://wsm.serpent.pl/sklep/album.php?alb_id=5414. Tak czy owak warto tam wejść.

Natomiast teraz, zgodnie z wymogami czasu, ukazał się ebook, który można kupić tu: http://bezdroza.pl/ksiazki/ucho-jaka-muzyczne-podroze-od-katmandu-do-santa-fe-anna-nacher-marek-styczynski,ucho.htm?nr=6148k&url=ucho. Cena: 31,90 złotych

Lub tu: http://ebookpoint.pl/ksiazki/ucho-jaka-muzyczne-podroze-od-katmandu-do-santa-fe-anna-nacher-marek-styczynski,ucho.htm

Kupcie sobie. Ja kupiłam.

W Toronto i Nowym Jorku

Ciąg dalszy opisu podróży do USA i Kanady, opublikowanego przed tygodniem pod znamiennym tytułem “Mówcie mi mierzwa”

Zbigniew Mierzwa

Najstarszy w Toronto, polonijny kościół – Św. Kazimierza – mieści się w dzielnicy Roncesvalles, wśród naszych rodaków bardziej jest znanej, jako Kazimierzowo; prowadzą go misjonarze Oblaci. Sakrament chrztu poprzedza niedzielne nabożeństwo, dziecko bez protestów wstępuje do katolickiej wspólnoty.

toronto-chrzcinyJak więc na dobrych chrześcijan przystało jedziemy uczcić ten fakt. Niestety już bez Adasia, bo musi wracać do NY, nazajutrz ma te swoje badania lekarskie. Włoska restauracja, w której zarezerwowano nam stół, karmi tak skutecznie, że drogę powrotną na Russel Hill Road postanawiam odbyć pieszo. Od kościoła do restauracji a stamtąd do domu nie jest daleko, tak mi się przynajmniej wydawało z okien samochodu. Syn tłumaczy mi, jak iść, żeby się nie zgubić, w razie czego miałem do niego zadzwonić z komórki. No tak, gdybym miał roaming na Kanadę, to bym mógł dzwonić. Na szczęście kompas w głowie jeszcze funkcjonuje w miarę sprawnie i po godzinie jestem na miejscu. Widok grubasa w garniturze, drepczącego wzdłuż nowoczesnej architektury ulicy, mógł dziwić. Krawaciarze (przepraszam warszawiaków, ale nie o nich mowa) siedzieli za kierownicami limuzyn, żeby jednak nie obrosnąć w tłuszcz, regularnie uprawiali sport, zwłaszcza popularny za oceanem jogging. Widziało się to na każdym kroku, szczególnie w weekendy. Od młodzieży po ludzi w mocno zaawansowanym wieku, naród przebierał się w dresy i biegał, gdzie się tylko dało, po skwerach, parkach, chodnikami wśród drapaczy chmur.

toronto-butelkiPo południu żegnają się z nami goście z Pensylwanii, jutro normalny, roboczy dzień. W poniedziałek, 14 października Kanada obchodzi natomiast swój Thanksgiving Day, czyli Święto Dziękczynienia i jest to dzień wolny od pracy. Syn z tej okazji spróbuje nam pokazać parę rzeczy w mieście. Jego teściowie goszczą już tutaj drugi tydzień, więc trochę już je poznali, natomiast my z Mirą chętnie wjedziemy np. na wieżę telewizyjną i zobaczymy Toronto z góry. Wjazd nie jest jednak tani i zadowalamy się panoramą miasta z wysokości 50 piętra wieżowca, gdzie mieści się biuro syna. Widok jest piękny, choć nie tak romantyczny, jak z Wieży Eiffla. Zjeżdżamy windą do piwnic biurowca, żeby zobaczyć słynny PATH – podziemne miasto, rozciągające się pod centrum Toronto.

Ten komunikacyjny system spełnia tutaj ważną rolę, szczególnie podczas męczących upałów, burz i zamieci śnieżnych. Łączna długość jego ulic wynosi około 27 kilometrów. Wszystko jest monitorowane przez kamery i ochronę poszczególnych budynków. Pierwszym, który sobie zafundował podziemne połączenie z nowym aneksem był dom towarowy Eaton Centre i miało to miejsce w 1900 r. Właściwa sieć podziemnych ulic powstała wraz z rozwojem Financial District, stworzonym głównie w czasie boomu lat 70. Każdy nowy biurowiec przeznaczał jedno, lub dwa piętra pod ziemią na ciąg handlowy i przyłączał się do sąsiednich biurowców. Tak powstało podziemne miasto, które mogłoby funkcjonować autonomicznie. Wikipedia podaje, że posiada ono ponad 1100 sklepów, domów towarowych i centrów handlowych, ma 5 stacji metra, stację kolejową, stację autobusów dalekobieżnych, obiekty sportowe, filharmonie, teatry, kina, restauracje, kawiarnie, 52 biurowce, giełdę papierów wartościowych, hotele i parę domów mieszkalnych. Ogarnąć tego wszystkiego samemu, na szybko nie sposób, podziwiam wyrazistość oznakowań drogowych. Trudniej zgubić się na powierzchni, niż tutaj.

toronto-kolumnaNad jeziorem Ontario nogi wchodzą mi już… nie powiem, gdzie. Biesiadne kalorie trzeba jednak spalić, zwłaszcza, że Ewa została z wnukiem i pitrasi obowiązkowego indyka, w końcu jest Thanksgiving Day. We wtorek wraca razem z mężem i synem do Monachium, ja dzień później do Nowego Jorku. Zostawię wnuka mojej byłej żonie i poszwendam się jeszcze przez parę dni po starych tropach sprzed dziesięciu lat. Przez internet kupuję sobie za 55 dolarów bilet na autobus, kursujący parę razy dziennie na Manhattan, syn w drodze do pracy zawozi mnie na dworzec i już jadę sobie wygodnie w piętrowym wehikule, który pierwszy przystanek ma w Buffalo, na granicy z Ameryką.

Drugi raz przechodzę dokładną kontrolę graniczną, pierwsza była w Atlancie, gdzie przyleciałem z Monachium i miałem przesiadkę do NY. Tam funkcjonariuszka odprawy paszportowej mówiła na szczęście po niemiecku i rozumiałem, co znaczy złożyć odciski palców na specjalnych czujnikach i rzucić okiem we wziernik, który je prześwietli aż do najskrytszych zakamarków myśli. Z jej kolegą w Buffalo miałem jednak pewne lingwistyczne problemy. Pytał mnie o coś po raz kolejny, ja mu na to za każdym razem, że jadę na tydzień w odwiedziny do przyjaciół. Przeszedł więc na język migowy, najpierw pstryknął znacząco kciukiem w szyję, a później pokazał, że pali papierosa. Mógł tak od razu, kiwnąłem przecząco głową. Nie przewoziłem w bagażu żadnego alkoholu ani papierosów.

Po ponad dwunastu godzinach jazdy autobusem wysiadam na ostatnim przystanku, nieopodal wejścia do metra. Z nieznanych powodów nie jest to jednak 42 ulica, gdzie mieści się centralny dworzec, tylko trzydziesta czwarta. Muszę skorygować marszrutę dojazdu na Queens, którą dał mi Adaś, bo stąd linia E nie kursuje. Moja komórka jest w Stanach równie bezużyteczna, co w Kanadzie, a w kieszeni brak ćwierćdolarówek na automat, żeby zadzwonić do przyjaciela. Sprzedawca hot-dogów w narożnej budce nie rozmieni mi dolarowego banknotu na monety, bo sam ich nie ma, a przechodnie słysząc słynną frazę koników spod PRL- owskiego Pewexu tylko szczerzą do mnie zęby. Schodzę więc do metra, studiuję mapę dojazdów i znajduję połączenie na 42. Trzeba tylko wybrać właściwy peron i pociąg, a wcześniej kupić w automacie bilet za 2,75$, za który dojadę na Queens. Wtedy poznałem Leslie, mojego Anioła Stróża, bez którego dalsza droga byłaby problematyczna.

Trzydziestoparoletnia z wyglądu, ciemnoskóra piękność stała w tłumie innych pasażerów na peronie. Dlaczego akurat ją zagadnąłem, czy czekamy na właściwy pociąg, tego nie wiem. Potwierdziła i jak to ciekawska kobieta zapytała, skąd przyjechałem. Aaaaaach z Niemiec – ożywiła się – więc możemy rozmawiać po niemiecku. Bywa od czasu do czasu służbowo w Hamburgu i Berlinie i zna ten język.

Mieszkała na Queens, jechaliśmy w tym samym kierunku. Na 42 ulicy trzeba było kawałek podejść do linii E, ale na Roosvelt Avenue, gdzie była kolejna przesiadka, nie dojechaliśmy. Z przyczyn technicznych pociąg zakończył bieg na jakiejś stacji za East River i dalej mieliśmy jechać zastępczym autobusem. Moja waliza, wypakowana w połowie markowymi dżinsami i kurtkami od syna, w których już nie chodził, ważyła coraz więcej. Ruchome schody w metrze nie działały, zejście w dół, później gramolenie się w górę, na powierzchnię dały mi nieźle popalić, ale taki już był ten mój syn. Widywaliśmy się dwa – trzy razy w roku i zawsze dostawałem podobne prezenty. Niektóre z tych rzeczy służyły mi dobrze, inne oddawałem bardziej potrzebującym, jednak tym razem była to wyjątkowo uciążliwa filantropia.

Autobus podstawiono i to nie jeden, niestety żaden nie jechał na Roosvelt Avenue. Trzeba było wziąć taksówkę i dobra setka pasażerów, która okupowała chodniki przy wyjściu z metra próbowała zrobić to samo. Wtedy z komórki Leslie zadzwoniłem do Adasia, żeby przyjechał po nas swoim samochodem i nagle zdarzył się cud. Zatrzymała się przy nas jakaś bardzo wysłużona toyota, z Arabem za kierownicą i  podchmieloną dziewczyną na tylnym siedzeniu, była to bez wątpienia najlepsza taksówka w Nowym Jorku. Na Roosvelt Avenue sięgnąłem po portfel, ale Leslie nie pozwoliła mi płacić za kurs. Kosztował kilkanaście dolarów, uregulowała należność kartą kredytową, a później czekała ze mną tak długo, póki nie zjawił się mój przyjaciel. Mieszkała parę kroków stąd. Pożegnaliśmy się serdecznie, jak byśmy byli starymi znajomymi. Na odchodnym dostałem od niej bilet wizytowy, z którego wynikało, że zajmuje się marketingiem w wydawnictwie płytowym, przy Madison Avenue. Wcześniej była wokalistką, ale o tym porozmawiamy może kiedyś, przy okazji spotkania w Niemczech.

Ula jeszcze nie śpi, w kłębach dymu pochłania z You Tube najnowsze doniesienia komisji Macierewicza.

– Cześć, obiad jest na kuchence, tylko sobie podgrzej – rzuca, nie odrywając
wzroku od ekranu laptopa.

Bardzo lubię karkówkę, tylko kto to je o północy. Robię gryza, reszta będzie na jutro. Jestem w bardzo gościnnym domu, parę dni przed moim przylotem do Stanów Ula pożegnała swoją siostrzenicę z Polski, śpię na skórzanej kanapie w gościnnym pokoju. Rano Sowa jedzie po wyniki badań, Ula, jak w każdy czwartek, ma wolne w pracy i może trochę poleniuchować, a ja do metra i na Manhattan. Mój lewy staw biodrowy klnie jeszcze na wczorajszą walizę i tym bardziej trzeba go rozruszać. Pogoda dalej sprzyja ludzkiemu mrowisku, uwijającemu się po ulicach, tylko jest już chłodniej, niż przed tygodniem. Od Hudsonu wieje, żeglarze mają powody do radości, zastanawiam się, czy nie ruszyć jednym ze statków wycieczkowych, kursujących wzdłuż Manhattanu, ale wybieram World Trade Center.

Półtora roku po terrorystycznym zamachu na Centrum Handlu Światowego, w którym zginęło prawie 3 tysiące osób, zobaczyłem tutaj tylko tragiczny krater. Dziś uwagę turystów przyciągał przede wszystkim 7 WTC, pierwszy biurowiec z nowo budowanego kompleksu, który został oddany do użytku w 2006 roku. Ma ponad 227m wysokości, 56 kondygnacji i stoi w miejscu swojego poprzednika o podobnej nazwie, który zawalił się po Twin Towers. Bliźniacze Wieże – w swoim czasie budowle najwyższe w świecie – w które ugodziły samoloty z pełnymi zbiornikami paliwa, runęły na sąsiednie budynki. Spadające odłamy elewacji i kolumny rdzenia zmiażdżyły hotel Mariott i WTC7 oraz mocno uszkodziły Financial Center 3, Deutsche Bank Building, Winter Garden, pobliską cerkiew prawosławną a także liczne domy mieszkalne. Władze Stanów Zjednoczonych podjęły decyzję, że nie będzie się odbudowywać Twin Towers. W ich miejscu, według projektu Daniela Liebeskinda, do 2015 roku ma powstać zespół budynków, w którym główny – Wieża Wolności – sięgać będzie 541 m, a więc jeszcze wyżej, niż Bliźniacze Wieże.

pomnik0Pamięci ofiar poświęcony jest park-muzeum 9/11, otwarty w dziesięciolecie zamachu. W miejscu fundamentów zburzonych budynków powstały dwa baseny, woda spływa po wewnętrznych krawędziach większego, tworząc w dole taflę, w środku której czernieje wlot mniejszego. Wygląda, jak studnia, albo otwarty grób, dna nie widać. Wymowna symbolika pustki po Twin Towers i ludziach, których pogrzebały. Ich nazwiska wyryte są na tablicach z brązu, rozmieszczonych wokół większego basenu, dostrzegam na nich także polskie. Wejść do muzeum trudno, jest kontrola, jak na lotnisku i trudno się temu dziwić. Wstęp w zasadzie darmowy, jednak grupa młodych ludzi z pojemnikami z plexiglasu, gorąco wszystkich namawia, żeby wspomóc fundację, która zajmuje się ochroną tego miejsca pamięci. Za banknot o większym nominale dostaje się się ciepłe, gulgoczące podziękowanie, za jakiś bilon – mocno wymuszony uśmiech.

W starej, protestanckiej kaplicy św. Pawła przy Church Street, oddalonej o kilkadziesiąt metrów od WTC, czynna jest wystawa pamiątek ze Strefy Zero. Jest wśród nich hełm i sprzęt strażacki, popalony mundur, są zdjęcia z akcji ratowniczej, kartki od rodzin i przyjaciół, poszukujących swoich bliskich, które wieszano na ogrodzeniu kaplicy oraz przeróżne wota i podziękowania zanoszone Bogu i ludziom za uratowanie życia. XVIII-wieczna świątynia zrządzeniem Opatrzności przetrwała zamach. Krucha, bardzo kontrastująca architekturą z nowoczesną zabudową Lower Manhattan, była pierwszy schroniskiem dla strażaków, policjantów, ich psów ratowniczych, żołnierzy i licznych wolontariuszy, którzy pospieszyli na ratunek ofiarom, ocalałym z zamachu i do odgruzowywania. W kaplicy wydawano im posiłki, była ona jednocześnie noclegownią.

Podobną funkcję pełnił pobliski, katolicki kościół św. Piotra, do którego przeniesiono zwłoki franciszkanina Mychala F. Judge`a, uznanego symbolicznie za
pierwszą ofiarę śmiertelną Ground Zero. Z pochodzenia Irlandczyk, pełnił funkcję kapelana nowojorskiej straży pożarnej. Bardzo lubiany przez swoich podopiecznych, przybył na miejsce zamachu wraz z pierwszą grupą ratowników. Spowiadał i udzielał rozgrzeszenia rannym i umierającym, najpierw na ulicy, później w lobby Północnej Wieży. Zginął, kiedy runęła południowa i jej gruzy śmiertelnie raniły wiele osób. Zdjęcie kapłana, niesionego przez pięciu mężczyzn przez zgliszcza, zrobione obiektywem fotoreportera z Agencji Reutera jest jednym z najbardziej znanych obrazów, związanych z 11 września, uważa się je za amerykańską Pietę.

Wśród śmiertelnych ofiar zamachu ponad czterysta stanowili ci, którzy pośpieszyli innym na ratunek, co nie znaczy, że jest to lista zamknięta. Wśród ludzi, którzy w krytycznym czasie mieszkali w rejonie WTC oraz brali udział w różnych akcjach ratunkowych, czy porządkowaniu terenu, z roku na rok przybywa zgonów – zwłaszcza na choroby płuc i nowotworowe, których nabawili się wdychając toksyczny pył. Dziewięć lat po zamachu rząd USA przyznał żyjącym poszkodowanym fundusz w wysokości 4 mld. dolarów, z którego finansuje się obecnie pomoc medyczną i odszkodowania za utratę zdrowia. Sowie dawano jednorazowo 50 tysięcy, ale nie przyjął, uważa, że powinien dostać więcej. Ewentualnie mogłaby to być jakaś przyzwoita, dożywotnia renta.

Wyniki badań są OK, czekają go jeszcze badania psychologiczne. Póki co jedziemy do psychiatryka na Bronx, gdzie pracuje jego brygada. Chce mi pokazać, jak wygląda robota przy ściąganiu azbestu. Tym razem jest to pryszcz – kawałek rury w kotłowni szpitala, który trzeba oczyścić i zabezpieczyć. Zajmuje się tym już drugi dzień pięciu emigrantów z Serbii i Polski. Najpierw musieli zbudować z folii trzy namioty – przepisy mówią, że w jednym robotnicy przebierają się z cywilnych ubrań w robocze, w drugim czyszczą skażone azbestem przedmioty, w trzecim myją się po pracy. Do tego zamontowali wyciąg powietrza, żeby ulotniły się zawarte w nim toksyny. Przede wszystkim jednak każdy musi pracować w masce, aby nie zachorować na pylicę azbestową albo inne świństwo i Sowa za te wszystkie sprawy odpowiada, bo jest kimś w rodzaju inspektora bezpieczeństwa i higieny pracy. Na wypadek związkowej kontroli z zewnątrz wszystko musi być formalnie zapięte na ostatni guzik, ale życie rządzi się swoimi prawami. Kiedy gonią terminy, pracuje na równi z innymi, a jak przepisy ochronne hamują tempo robót, to je sam omija.
Przeżył osiemdziesięciu kolegów, z którymi zaczynał na azbestach – chwali się. Widocznie starszy Pan na górze jeszcze czegoś od niego chce.

Mikrej postury blondas o komicznie zakrzywionym nosie, któremu zawdzięczał swój ptasi pseudonim, uchodził cało z najgorszych opresji. Parę tygodni temu, gdy stał na rusztowaniu, przeżył bez szwanku przelatujący mu tuż obok głowy nóż monterski, który niechcący upuścił jakiś pracujący wyżej słowacki robotnik. Oczywiście Adaś nie miał wtedy hełmu na głowie, bo było upalnie. Przed moim przyjazdem natomiast o mało nie wypadł z windy z XVII piętra. Na pomoście pracowali, jak zwykle, we dwóch. Winda zawalona była gruzem z azbestem, który ściągali z elewacji biurowca. Kiedy zjeżdżali w dół, trzeba było nogami równomiernie i z czuciem odpychać się od ściany, żeby nie zahaczyć o wystające klimatyzatory. Za którymś razem nie udało się. Jedna noga się spóźniła, winda zaczepiła wewnętrzną krawędzią o skrzynkę, gruz przesunął się po podłodze tam, gdzie stał Sowa i znaleźli się prawie w pionie. Gdyby nie zapięte pasy bezpieczeństwa, na dole nie byłoby czego zbierać. Oczywiście pytam, jak z tego wyszli. Adaś na to, że nie wie i rechocze po swojemu. Jakoś tak pomału, nie nerwowo udało im się tę windę w końcu wypoziomować – mówi.

Uświadamiam sobie, że ja właściwie nigdy nie widziałem go zdenerwowanego. Czasami miewał doła, ale w przeciwieństwie do mnie, zawsze potrafił trzymać na wodzy negatywne emocje. Miał naturalny talent komiczny, umiał każdego rozweselić, więc może i starszemu Panu na górze podoba się oglądanie go dalej na scenie życia. Tego lata, na początku sierpnia, wybrał się na przejażdżkę motorowym pontonem po dzikich rozlewiskach niedaleko Queens. Jest tam trochę niezamieszkałych wysepek z rezerwatami wodnego ptactwa i na którąś z nich dotarł.
Wciągnął ponton na brzeg, rozebrał się do naga i skoczył do wody. Jak każdy pływak, po pewnym czasie sprawdził, jak daleko odbił od brzegu i wtedy zobaczył swój ponton w wodzie. Zapomniał, że istnieje coś takiego, jak przypływ. Przeszedł w szybki crawl, ale podwodny prąd był silniejszy. Stracił ponton z oczu, od wysepki dzieliła go już spora odległość, więc zaczął płynąć po prostu przed siebie, na przetrwanie. Czasami w pobliżu pojawiała się jakaś motorówka, wtedy machał ręką, wołał o pomoc, tylko nikt go nie słyszał, ani nie widział. Uratował go dopiero kuter rybacki, płynący z turystami na wycieczkę.

– Rzucili z pokładu koło ratunkowe i wyłowili z morza starego, nagiego
człowieka – ironizuje Sowa. – Przy trapie dostałem zaraz jakiś koc, bo oczywiście byłem turystyczną atrakcją, poszły w ruch fotoaparaty. Prawie nic nie widziałem, morska sól zalepiła mi oczy. Poprosiłem o coś do picia, dostałem papierosa. Na brzegu czekała już na mnie policja. Opisałem całe zdarzenie, wysłali łódź na poszukiwanie pontonu i nawet szybko go znaleźli. Cały poobijany, był już prawie na pełnym morzu. Fale zmyły z burty wszystkie moje rzeczy, które zostawiłem – ciuchy, portfel, okulary, komórkę… Tylko sandały zostały, bo je wrzuciłem na pokład. Sporządzili protokół, zadzwonili do Uli, do pracy, zawieźli do domu, porządne chłopy. Możesz sobie wyobrazić zdziwienie Uli, jak mnie zobaczyła czekającego przed drzwiami, w policyjnym dresie i w klapkach. Moja lekarka, do której zgłosiłem się na badania, na następny dzień, zapytała mnie, jak długo mniej więcej płynąłem. Powiedziałem, że orientacyjnie około trzech godzin. To nieźle, jak na faceta po zawale, z bajpasami – usłyszałem. EKG wypadło w każdym razie bez zarzutu.

W sobotę rano na niegdyś bardzo polskim Green Point można kupić w hurtowni świeżuteńkie, dobrze uwędzone ryby. Brygada Sowy kończy pracę na Bronx i zbieramy zamówienia, komu łososia, komu dorsza. Polacy zaczęli się pomału wyprowadzać z tej dzielnicy, kiedy gruchnęła pogłoska, że w pobliżu powstanie wysypisko śmieci i część domów zostanie zburzona. Okazało się to zwykłą plotką, a grupa przedsiębiorczych biznesmenów, która ją rozpowszechniała, wykupiła pustostany i zrobiła z Green Point małe Las Vegas, z kultowymi kawiarniami, salonami gry, nocnymi barami i dyskotekami. Widać to zwłaszcza przy Bedford Avenue. Ceny nieruchomości w dzielnicy poszły mocno w górę i kogo nie było stać na wyższy czynsz, wyprowadzał się, ale polskich akcentów nadal na Green Point nie brakuje. Widać je na szyldach sklepów, biur podróży, banków, restauracji, słychać na ulicy.

Ryby podzielone, należność od kolegów skasowana, możemy jechać na zaplanowaną wycieczkę do ważnego dla tutejszej Polonii maryjnego sanktuarium w Doylestown, zwanego amerykańską Częstochową. To niedaleko od Nowego Jorku, około 100 mil. Pogoda dalej dopisuje, ale niestety dobry fart opuszcza Sowę. Na przedmieściach Doylestown przejeżdża skrzyżowanie na czerwonym świetle i zalicza stłuczkę. Tęgi brodacz z terenówki, który miał już zielone światło i nie zdążył wyhamować, ma ledwo porysowany zderzak, za to Sowa będzie miał chyba tylny wahacz i drzwi do wymiany, a na pewno nie wróci tym autem samodzielnie do domu. Jęczy, że nówka Honda i tak potrzaskana, a powinien się przede wszystkim cieszyć, że nikomu się nic nie stało. W drugim samochodzie jechała cała rodzina, poza ojcem za kierownicą – matka w zaawansowanej ciąży i dwie dziewczynki. Wszyscy zachowali spokój; przyjechała policja, zrobiła, co do niej należało, brodacz pojechał w dalszą drogę, a my z Sową policyjnym autem na parking.

W sumie byłoby to banalne wydarzenie, warte może tylko krótkiej wzmianki, gdyby nie godne laurki zachowanie miejscowego stróża prawa. Pierwotnie auto miało zostać na parkingu, a my mogliśmy wracać do domu i organizować transport Hondy do zaprzyjaźnionego warsztatu, co wiązało się z podwójnymi kosztami. Miejscowa pomoc drogowa nie wyjeżdżała poza granice miasta. Emerytowany sergeant o wyglądzie Clinta Estwooda, który na pół etatu dorabiał jeszcze w służbie, dał się jednak uprosić i zaczął ze swojej prywatnej komórki obdzwaniać znajomych, żeby nam pomóc. Udało się, przyjechała dwuosobowa ekipa, wciągnęli auto na pakę, Sowa zajął trzecie miejsce w kabinie, a ja znów do autobusu. Pojechaliśmy najpierw do jakiegoś sklepiku, który pełnił również funkcję kasy biletowej, policjant sprawdził, o której mam połączenie do Nowego Jorku, a później zawiózł na przystanek, przykazując, żebym się stąd nigdzie nie ruszał. Skromnie licząc poświęcił ponad dwie godziny prywatnego czasu na pomoc obcym bliźnim. Thank you sergeant!

Autobus zatrzymywał się w każdym miasteczku, przez które przejeżdżaliśmy. W sobotni wieczór ruch pasażerów był umiarkowany. Wejścia do domów i witryny sklepów były już udekorowane na nadchodzący Halloween najwymyślniejszymi straszydłami; w jakimś otwartym, rzęsiście oświetlonym garażu, długowłosy artysta o końskiej twarzy rzeźbił drewniane figury, w innym muzykowała grupa country, a wszędzie widać było niezliczone lampiony, wykonane z pomysłowo wydrążonych dyni. Tym razem autobus zakończył kurs, gdzie trzeba, na 42 ulicy i na Queens dotarłem bez problemów. Uszkodzona Honda stała na parkingu stacji benzynowej niedaleko domu; póki nie zostanie naprawiona, Ula z Adasiem będą korzystać z ich starej Hondy, która działała bez zarzutu. W niedzielę jedziemy nią na Green Point, do polskiego kościoła, wypada podziękować Bozi za to, żeśmy wyszli cało z wypadku.

Droga powrotna do Europy zaczyna się na lotnisku La Guardia, niedaleko od Queens. Z okien samolotu, przy bezchmurnym niebie, podziwiam Statuę Wolności, której tym razem nie udało mi się zobaczyć z bliska, ruch statków po Hudsonie, panoramę metropolii. Spędziłem w tym ponad 8-milionowym mieście okrągły tydzień, nie obejrzałem Manhattanu z wody, za to powłóczyłem się późnym wieczorem po rzęsiście oświetlonym Broadwayu i za dnia po Parku Centralnym. Nie zwiedziłem żadnego ze słynnych muzeów, nie zarobiło na mnie żadne biuro turystyczne, ale byłem pełen wrażeń. Kocham chodzić bez celu po obcych ulicach, obserwować różne ludzkie typy, łowić zapachy dolatujące z knajp, perfumerii, dźwięki muzyki z tanecznych parkietów, przycupnąć w jakiejś przydrożnej kafejce.

Któregoś dnia zaniosło nas z Adasiem na Brighton Beach, na południowym cyplu Brooklynu, za którym już tylko Atlantyk. Na ulicy nikt nie mówił po angielsku, był za to bazar za bazarem, jeden kusił cytrusami, drugi wódeczką, jakiej byś nie zapragnął, w następnym mogłeś sobie kupić kożuch, bo przecież szła pomału zima, a w każdym poczęstować cię mogli czajem, jeżeli oczywiście byłeś poważnym klientem. Nie bez powodu nazywano tę dzielnicę Małą Odessą, tu skupia się od pokoleń rosyjska – w szerokim tego słowa znaczeniu – emigracja. Było więc swojsko. Przy szerokim deptaku nad piaszczystą plażą rozsiadły się restauracje i bary, w których zjeść można było soljankę albo pielmieni, napić się zimnej baltiki, posłuchać kawałów, opowiadanych rosyjsko-żydowskim żargonem, albo popatrzeć, jak walczy z kielichem starszy jegomość. Purpurowa od wódeczki twarz, jakby wycięta z kreskówki o wilku i zającu, zdradza pełną determinację. Kolega w kaszkiecie nalewa z karafki, żołądek już nie przyjmuje, ale hańba odmówić, więc walczy. Co zwróci, to uzupełni, zuch! Ponoć ziąb nadchodzi i słoty, dobrze byłoby wykąpać się jeszcze w morzu, na pamiątkę pobytu w Brighton Beach. Idziemy więc na plażę i nura do wody, ale jest dosyć chłodno i długo sobie nie popływamy.

– Proszę, jacy ci mężczyźni odważni – zaczepia nas piegowata plażowiczka.

lilianaJej śpiewny angielski zdradza, że nie urodziła się na Brooklynie. Przechodzimy na rosyjski, Liliana jest naszą rówieśniczką i pochodzi z Mińska. W Stanach mieszka od 13 lat, podobnie jak Adaś ma amerykańskie obywatelstwo i pracuje jako pielęgniarka w szpitalu na Coney Island. W Mińsku była lekarzem, tutaj nie uznano jej dyplomu, więc skończyła studium pielęgniarskie i mówi, że jest zadowolona. Zarabia dobrze i dalej pomaga ludziom. Jest wdową, mąż był Irlandczykiem i pracował w policji. Zapraszamy Lilianę na kawę, a ona nas później na ukraiński barszcz, który kupuje w swoim sprawdzonym sklepie. Jemy go z plastikowych pojemników, na ulicznym skwerze i rozmawiamy o życiu.

Międzylądowanie znowu w Atlancie. Ogromne jest to lotnisko, z terminalu na terminal jedzie się podziemną, ekspresową kolejką, są oznaczone kolejnymi literami alfabetu, jak osiedla w Tychach. Podobnie, jak w tamtym kierunku, korzystam z porządnego serwisu amerykańskich linii Delta Airlines. Po kilkunastu godzinach lotu wita nas Europa, już spowita jesiennymi szarugami. Nad Monachium burza i gęsta mgła. Przy optycznie zerowej widoczności pilot pewnie osadza maszynę na płycie lotniska. Kiedy wraz z innymi pasażerami stoję w kolejce do odprawy paszportowej, wchodzą bocznymi drzwiami – kapitan samolotu wraz z załogą, wszyscy niemłodzi, a stewardessy wyraźnie zmęczone. Pierwszy pilot, o szerokiej, ogorzałej twarzy, z siwą grzywą włosów opadających na kołnierz munduru, niesie niedbale swój wiekowy kuferek, który gdyby mógł mówić… Drugi przypomina starego pirata, nie mają w sobie nic z tych irytujących, operetkowych póz, tak często odgrywanych przez ich młodszych kolegów.

– Jak było? – pyta mnie po powrocie młodszy syn, Mikołaj.
– Przejechaliśmy na czerwonym świetle, jest mandat za 126 baksów, ale na szczęście wszyscy zdrowi – odpowiadam.

Za tydzien jeszcze raz Nowy Jork

W Nowym Jorku i Toronto

Zbigniew Mierzwa

Właściwie nie planowałem tej podróży. Zdecydowany byłem przegonić złego z kruchej, niemowlęcej skorupki na odległość, choćby przy pomocy skype`a. Panu Bogu w końcu powinno być obojętne, gdzie modli się dziadek chrzczonego dziecka, w Kanadzie, Niemczech, czy w Polsce. Gabriel wziął mnie jednak sposobem. Przysłał mi ozdobną kartkę, z treści której wynikało, że wraz z rodzicami z radością zaprasza dziadka na uroczyste przyjęcie Sakramentu Chrztu Świętego. Następowała data: 13 października 2013 roku i adres polskiego kościoła w Toronto. Nie było innej rady, trzeba było lecieć. Trzęsącymi się ze starczego sknerstwa rękami wysupłałem na bilet lotniczy i 10 października ruszyłem z Monachium za ocean.

Wstępnie do Nowego Jorku, bo do Toronto nie było już wolnych miejsc. Na lotnisku Newark, w sąsiednim New Jersey, czekał na mnie zgodnie z obietnicą mój przyjaciel z dawnych czasów, który zobowiązał się dostarczyć mnie osobiście swoim samochodem do Toronto. Ponieważ dżentelmeńsko wywiązał się z danego słowa, trochę go teraz dla niepoznaki przebiorę i ucharakteryzuję, żeby mógł pozostać w tym reportażu anonimowy, jak tego chciał. Z całym jednak szacunkiem dla faktów. Tak więc Adaś – zwany od dzieciństwa Sową – w towarzystwie swojej przyjaciółki Uli, wpakowali mnie razem z moim bagażem na tylne siedzenie Hondy Accord, która jeszcze pachniała fabryką. Następnie powieźli przez Holland Tunnel biegnący pod Hudsonem, dolny Manhattan, Williamsburgbridge nad East River, na Brooklyn. Stamtąd już tylko kawałek do Quins, gdzie mieszkają. Miałem wrażenie, że przez te dziesięć lat od mojego pierwszego pobytu w nowojorskiej metropolii nic się tutaj nie zmieniło. Ten sam zwariowany ruch na ulicach, niemilknące klaksony, jarzące się światłami wieżowce i mosty, czułem się, jak bym stąd w ogóle nie wyjeżdżał. Ula i Adaś też wizualnie za bardzo się nie zmienili w ciągu tych dziesięciu lat. Nadal szczupłe sylwetki, może się bardziej przygarbiły, jej jakby przybyło sceptycyzmu w kącikach ust, jemu ubyło włosów, ale duchowo nadal byli w dobrej formie.

Ula, o ile się nie mylę, po krakowskiej ASP i z dobrymi, arystokratycznymi korzeniami, po staremu pracowała w hotelarstwie, jako dyspozytorka służb sprzątających pokoje. Adaś, na azbestach. Mieszkali w solidnej kamienicy z cegły, przy Yellow Stone Blvd., w dwóch pokojach z kuchnią, które mieli na własność. W starym mieszkaniu na Green Point, gdzie wcześniej waletowałem, byli tylko lokatorami. Teraz mają więcej przestrzeni i wyższy standard, ale gościnność jest ta sama. Kiedy wchodzimy do mieszkania, Ula natychmiast włącza laptopa i zapala papierosa. Alkoholu prawie nie pije, ale niebieskiego dymka nie może sobie odmówić. W internecie śledzi od dawna namiętnie wszystkie doniesienia komisji Macierewicza na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej.

– Co ja o tej tragedii myślę? – pyta. Kiedy zgodnie z prawdą deklaruję się po stronie niedowiarków teorii spiskowej, wywiązuje się ożywiona dyskusja, która pewnie trwałaby do rana, gdyby nie fakt, że na 5.30 Adaś nastawił budzik. W końcu rano jedziemy do Toronto. Ula nie pojedzie z nami, bo w piątki pracuje. Sowa ma kilka wolnych dni w pracy, w związku z okresowymi badaniami lekarskimi w programie World Trade Center, którym jest objęty. Uczestniczył w porządkowaniu cmentarzyska po zamachu 11 września 2001, widział wiele okropności i mówi o tym niechętnie, bo mimo upływu lat trauma trwa.

– Pamiętasz, Guerra, jak mnie w Nowej Hucie chciałeś zamordować? – zmienia temat i rechocze charakterystycznym, przeciągłym śmiechem.

Dorabialiśmy obydwaj w studenckiej spółdzielni pracy Żaczek w jakiejś nowohuckiej papierni i z całego majątku mieliśmy tylko dwa złote. Mnie chciało się sakramencko palić, a Sowie jeść, więc mieliśmy problem, co kupić – dziesięć Sportów, czy jakąś kanapkę, bo na obydwa luksusy nie starczało forsy. Przekonałem go, żeby kupił fajki, przyniósł bułkę i kawałek kaszanki, cały Sowa. Dwa lata młodszy ode mnie, studiował prawo na UJ, ja – bułgarystykę. Nie należał do szczególnie pilnych studentów, ja prymusem także nie byłem, ale udało mi się obronić pracę dyplomową z kilkumiesięcznym poślizgiem. Sowie zajęło to więcej czasu, bo wiadomo, studia prawnicze to nie jakaś filologia. Kiedy pokazał swojej mamie dyplom, odetchnęła z ulgą. Była wdową po ogólnie znanym i szanowanym adwokacie w średniej wielkości galicyjskim mieście i marzyła o tym, aby jej syn jedynak objął schedę po ojcu. Niestety nie objął, poszedł budować gierkowską Drugą Polskę, wyjeżdżał na kontrakty do Kraju Rad, trochę zajmował się interesami, ale przede wszystkim ostro balował. Do tego zawsze miał słabość. Z racji swojej kierowniczej funkcji w jednej z krakowskich organizacji młodzieżowych, bywał na PRL-owskich salonach, poznawał prominentów władzy, znanych aktorów, dziennikarzy. Kiedy system się zmienił, wyjechał do Stanów, nie miał innych pomysłów na dalsze życie.

– Ot tak po prostu, wyjechałeś? – zapytałem.
– Oczywiście musiałem najpierw uzyskać wizę, co nie było proste – odparł. –
Pod amerykańskim konsulatem stały dniem i nocą tasiemcowe kolejki, obowiązywały zapisy, ale woźnym był mój dobry znajomy i pomógł mi wejść do środka. Przyjął mnie Rudy, największy służbista w konsulacie, znany z tego, że dawał prawie zawsze odmowy. Rutynowo otaksował mnie spojrzeniem, byłem ubrany elegancko, w najlepszy garnitur z angielskiej wełny. Ludzie na dworze, głównie z prowincji, prezentowali się inaczej, przychodzili roztrzęsieni, a ja pewny siebie. „W jakim celu wybiera się pan do Stanów Zjednoczonych?” – zapytał. „Turystyczno- biznesowym“ – odpowiedziałem niedbale. „Taaaaaak, a jaki biznes?” „Chciałbym otworzyć w Krakowie sieć koszernych restauracji i szukam chętnych biznesmenów, którzy partycypowaliby w tym pomyśle.” „To bardzo ciekawe”, ożywił się konsul, „radziłbym panu udać się wobec tego na Florydę.”

Był gojem, ale miał żonę Żydówkę i bez ociągania przyznał Adasiowi wizę, a że z restauracji wyszedł całkiem niekoszerny azbest, to już zupełnie inna sprawa. Na usuwaniu szkodliwego dla zdrowia tworzywa, który pokrywał niezliczoną ilość budynków w Nowym Jorku, można było pod koniec ubiegłego wieku nieźle zarobić i zarabia się nadal. Kiedyś monopol na te prace mieli polscy emigranci i przybysze z innych krajów Europy wschodniej, ale zwłaszcza nasi rodacy, dziś coraz mocniej wypychają ich Latynoso. Są najsilniejszą liczebnie mniejszością etniczną w Stanach i widać to w zatrudnieniu, w każdej branży.

Do Toronto mamy z NY niecałe 800 kilometrów. Droga wiedzie znów przez Holland Tunel, do New Jersey i przez Pensylwanię do stanu New York, a więc wydawałoby się – pokrętnie. Tak jednak dziwnie biegną granice tych trzech stanów, bo szlak sam w sobie jest prosty. Wodospad, a właściwie wodospady Niagara, bo są to trzy kaskady, witają nas piękną, słoneczną pogodą, jest ciepło, jak latem. Daruję sobie opis tego powszechnie znanego cudu natury, wpisanego w amerykańską symbolikę. Powiem tylko, że stojąc na tarasie widokowym nad Niagarą, po stronie amerykańskiej – kanadyjska panorama jest jeszcze ładniejsza – zastanowiłem się, jaką miałbym szansę przeżycia, gdybym sobie ni stąd, ni zowąd wszedł do tak leniwie płynącej przed progiem urwiska rzeki. Niagara, płynąca z jeziora Erie do jeziora Ontario musi pokonać prawie stumetrową różnicę poziomów. Gdzieś tak w połowie drogi rzeka rozwidla się na dwie części i spada kaskadami, które mają od 50 do 60 metrów wysokości i do 900 m szerokości. Adaś mówi, że nie miałbym szans, bo to jest mniej więcej dwudzieste piętro, a jednak różni już próbowali, olbrzymka kusiła.

W 1829 r. niejaki Sam Patch skoczył z wysokiej wieży do wodospadu i przeżył ten skok. W 1859 r. znany linoskoczek Jean F. Gravelet przeszedł po linie nad wodospadami, bez zabezpieczenia. Na początku XX wieku 63-letnia nauczycielka Annie E. Taylor zmierzyła się z Niagarą, w specjalnie do tego celu skonstruowanej beczce. Choć poraniona, wyszła z tego eksperymentu z życiem, ale przestrzegła innych przed naśladownictwem. Na próżno, wielu śmiałków próbowało jeszcze na różne sposoby pokonać Niagara Falls i większość przypłaciła to życiem.

Adaś funduje bilet na statek, który podpływa aż pod Wyspę Kozią, rozdzielającą kaskady po stronie amerykańskiej i kanadyjskiej. Na pokładzie prawie sami turyści z Japonii, wszystkich nas jednoczą błękitne, nieprzemakalne peleryny, bo niedługo będzie prysznic. Rejs trwa niewiele ponad pół godziny i pozostawia w uszach dudnienie młota wody o skały. Pod wyspą weszliśmy w wodną mgławicę i przez dobrą chwilę nie było nic widać. Kadłub statku dygotał cały na wirach, byłem pod wrażeniem. Nie bez powodu Irokezi nazywali to miejsce Grzmiącą Wodą.

niagara-sebronHippolyte Victor Valentin Sebron (1801-1879) – “Wodospady Niagara zimą”, olej na płótnie, 1853, Musee de Beaux Arts, Rouen – obraz prezentowany aktualnie w Berlinie na wystawie Irokezi.

Pora ruszać w dalszą drogę. Granicę między USA i Kanadą wytyczają wodospady, za mostem pobieżna kontrola paszportów, mamy jeszcze do zrobienia około 125 kilometrów. Toronto jest największym miastem Kanady, zamieszkałym – na całym administracyjnym obszarze – przez około 6 milionów ludzi i największym na świecie tyglem multi-kulti, w którym znajduje się ponad 150 grup etnicznych. Angielski jest językiem ojczystym dla mniej, niż 52 procent mieszkańców Toronto. Ponad połowa z nich jest emigrantami, co daje miastu drugie miejsce na świecie co do ich liczby, po Miami w Stanach. Według statystycznych danych Polonia liczy w tej aglomeracji blisko 300 tys. osób, ale nieoficjalne dane mówią, że jest ich dwa razy więcej. Do Kanady nie potrzebujemy wizy.

Kiedy jeździ się po takim dużym, obcym mieście samochodem dobrze jest mieć elektroniczną nawigację, a przynajmniej zwykłą mapę, a tego niestety nie posiadamy. Mój syn nie może nas znikąd odebrać i poprowadzić, ponieważ, tak jak zapowiadał, poszedł z żoną i szwagrem na mecz koszykówki. W końcu udaje się jednak odnaleźć jego adres, ale trochę to trwa. Młodych jeszcze nie ma w domu, dziecko zostawili pod opieką rodziców żony syna i mogą użyć trochę wolności. Teść Tadeusz, techniczna dusza, chodzi po mieszkaniu metrowymi krokami i liczy, ile może ono mieć metrów kwadratowych. Zięć mu powiedział, że sto pięćdziesiąt, a jemu wydaje się, że jest więcej. Tak, czy owak, miejsca dla gości nie powinno zabraknąć, jest gdzie spać i biesiadować. Obowiązki szefowej kuchni pełni gościnnie jego żona, Ewa, której talentom kulinarnym nie sposób się oprzeć. Obydwoje są z Podlasia i choć od 30 lat mieszkają w Monachium, w śpiewności mowy tego nie słychać. Ich dzieciom, które urodziły się już poza krajem, łatwiej między sobą komunikować się po niemiecku, w domu jednak zawsze mówiły tylko po polsku.

Zakradam się na palcach do pokoju Gabrysia, śpi, jak suseł. Rzekomo do mnie podobny, ja tego jakoś nie widzę. Dopiero nazajutrz, jak się rozkrzyczy i trzeba będzie coś z tym fantem zrobić, pomoże muzyka. Biorę małego na ręce i coś tam podśpiewując tańczę w rytm, wtedy się uspokaja. Mnie można było kiedyś tak samo przekupić, więc faktycznie wykapany z niego dziadek. Przed południem przylatuje do Toronto babcia Mira. Nasz młodszy syn nie mógł dotrzeć, prowadzi w Monachium własną firmę i interesy nie pozwalają. Później zjawiają się goście ze Stanów, dom się zapełnia. Jagoda, przyjaciółka Ewy, jeszcze z rodzinnych stron mieszka od lat w Mayfield w Pensylwanii, niedużym mieście, rzekomo podobnym trochę do Karpacza. Przyjechała samochodem z córką i synem, którzy są mniej więcej rówieśnikami naszych dzieci. Jagoda pracuje jako pielęgniarka w hospicjum, Nicole w firmie farmaceutycznej a Patryk ma własny biznes ogrodniczy. Towarzyszy im koleżanka Nicole z pracy i jednocześnie narzeczona jej brata, Stefanie, która jest najprawdziwszą Amerykanką, nie rozumie ani słowa po polsku, ale z naturalnym wdziękiem udaje, że w ogóle jej to nie przeszkadza.

Siedząc na tarasie przy kawie i domowym serniku gawędzimy sobie zresztą najpierw w grupach, młodzi między sobą po angielsku, starzy po polsku. Za to wieczorem, przy szaszłykach z rożna i wodzie rozmownej nastąpi prawdziwa integracja i pomieszanie języków. Stefanie nauczy się mówić bezbłędnie na zdrowie, swojemu chłopakowi powie kocham cię, a byli żołnierze przy stole odśpiewają kilka marszowych pieśni. Próbujemy It`s a long way to Tipperary, ale ze słowami kłopot, za to Pałacyk Michla i Katiuszę znamy na pamięć, echo pięknie niesie te pieśni z tarasu na ósmym piętrze. Szkoda, że nie ma z nami Krzyśka, męża Jagody, który nie rusza się nigdzie bez akordeonu, ale gra właśnie na jakimś polskim weselu w Nowym Jorku.

– Zdrastwujte, a wy otkuda tak choroscho znajete russki? – pozdrowił nas nazajutrz w windzie skośnooki sąsiad z siódmego.

Wybieraliśmy się właśnie z Mirą i małym na spacer. Trochę zmieszany podziękowałem sąsiadowi za komplement, przeprosiłem za zakłócenie ciszy nocnej.

– Nic się nie stało – powiedział uprzejmie już po angielsku. – Jestem z Kazachstanu i z wykształcenia muzykiem, gdybyście fałszowali, wezwałbym policję.

Mieszkanie, w którym mieszkał mój syn z rodziną, zlokalizowane było niedaleko centrum miasta, w ładnie zadrzewionej, eleganckiej dzielnicy i należało do jego pracodawcy, sporej, skandynawskiej firmy, prowadzącej interesy na międzynarodową skalę. Działał w niej już sporo czasu, zaczynał w Monachium, później jeździł służbowo także do Berlina, Frankfurtu, Stuttgartu. Od dwóch lat firma zdobywa rynek kanadyjski i syn tym kieruje. Mówi mi, że zawodowo czuje się zrealizowany. Ma dobrą i urodziwą żonę, była informatykiem w pewnej amerykańskiej korporacji, a kiedy została mamą, przeszła na urlop macierzyński. Ich syn jest zdrowym dzieckiem i prawidłowo się rozwija, żyją dostatnio, mogę się tylko cieszyć. Też tak chcieliśmy, gdy przed laty oboje z Mirą wyjeżdżaliśmy na Zachód.

– Będziecie mierzwą dla swoich dzieci – przepowiadał nasz tyski sąsiad, Krystian.

Był przyrodnikiem z wykształcenia i zamiłowania, więc takie porównanie i aluzja do mojego nazwiska w jego wykonaniu nie dziwiły, ale osobiście mnie wkurzały. Buntowałem się na myśl, że wyjeżdżam z kraju tylko po to, żeby zostać jakimś nawozem dla swoich dzieci. Prawda, nie miałem żadnych konkretnych planów na swoją emigracyjną przyszłość, tylko naiwnie, po polsku wierzyłem, że jakoś to będzie, a z pewnością dużo lepiej, niż w kraju. No i rzeczywiście jakoś mi się wiedzie. Dziś z przekonaniem mogę powiedzieć: mówcie mi mierzwa, czyli nawóz!

Ciąg dalszy w przyszłym roku

Ten wpis został opatrzony “tagiem” porady kulturalne, a to dlatego że koniecznie trzeba iść na wystawę o Irokezach. Kto więc mieszka w Berlinie, albo się tu w najbliższych dniach wybiera, to niech pospiesza do Martin Gropius Bau. Wystawa jest czynna do 6 stycznia. Więcej informacji w linku (proszę kliknąć na słowo Irokezi w podpisie pod obrazem zimowej Niagary).

Wpis na poniedziałek

Ewa Maria Slaska

O toaletach

Każdy z nas to pamięta. Te jakieś straszne toalety gdzieś w Polsce, obesrane i cuchnące. Niekiedy wciąż jeszcze można je zobaczyć w pociągach PKP. Tak bywa, o czym mogę  się naocznie przekonać, bo właśnie jadę pociągiem.

Ale wszyscy też wiemy, że to już dawno nie jest normą, że nowoczesność kroczy jak bogini Wolności. Albo zamiast niej.

Dziś buduje się nowocześnie, wszędzie szkło, stal i szlifowany kamień. Wszędzie stawia się wielkie szklane wazony z nowoczesnymi bukietami, a te muszą być przede wszystkim wielkie. Ogromne gladiole, orchidee, pędy bambusa. Wszystko super eleganckie. Toalety ze szklanymi drzwiami. Podwórko z kunsztownymi grupami roślin. Na talerzach wraps z kiełkami. A obok… A obok coś przaśnego, co kobietom w jednakowych czarnych garniturach i mężczyznom, którzy właśnie już nie muszą mieć jednakowych czarnych garniturów, nawet krawatów nie muszą… Ich uniformizm zawiera się w jednakowej myśli, w jednakowych słowach. W Polsce słowem tym jest korporacja, w Niemczech co trzy lata musi się tu pojawić jakieś nowe słowo, wytrych i remedium rozumienia i rozwiązywania problemów społecznych. Harmonisieren, Nachhaltigkeit, Vernetzung, passgenaue Qualifizierung. Kwalifikacje na miarę. A więc jak już tym kobietom i mężczyznom znudzi się omiatanie wzrokiem szlifowanych granitów i stali, mogą odpocząć patrząc na zdjęcia zardzewiałych łyżek na obdrapanych parapetach. Do jedzenia oprócz wrapów jest grochówka. To nowa wersja pajdy chleba ze smalcem do czytania poezji. Wysokie szklane drzwi w toaletach sprawiają, że goście czują się niepewnie. Zwłaszcza Gościce. Niby wiadomo, że szkło jest nieprzezroczyste, ale przecież jednak podstawowe skojarzenie szkła to czystość, klarowność, nie zakłócone możliwości widzenia. Podczas obrad Gościce wymykają się chyłkiem i podążają ku szklanym drzwiom. Nieobecność innych jest też rodzajem ochrony przed nieproszonym spojrzeniem. Ale ciężkie drzwi wymykają się z rąk i z hukiem uderzają o framugę. Po przerwie obsługa konferencji przyczepia do szklanych drzwi szmatki na sznurkach. Designera szlag by trafił.

Wieczorem, a jakże, wieczór poetycki. Sala nobliwie monotonnie antracytowo szara. Dopasowane do entourage’u suknie Gościc. Mężczyźni tak czy owak od dwustu lat w takich tonacjach. Na scenie czerwona gaśnica. Cały czas czekam, czy ta techniczna czerwień nie okaże się jednak rekwizytem, który ma głęboki sens. Ale nie, po prostu designer sobie, a przepisy przeciwpożarowe sobie. I już.

Przedstawienie jest nudne i – jak gaśnica – bez sensu, ale ma też inny sens, głęboki „sens żydowski”, nie śmiemy więc głośniej odetchnąć. Takim okazjom w Berlinie może towarzyszyć tylko nabożne skupienie. Cisza, szacunek, pochylenie głowy, cisza. Kobieta w rzędzie za mną charczy nagle potwornym, przepotwornym charczeniem.  Charczenie wyrywa ze skupienia całe audytorium. Ze sceny wylewa się na nas właśnie czarne mleko świtu, pijemy je nocą, twoje szare włosy, Margarete, twoje czarne włosy, Sulamitko. W powietrznym grobie nie jest nam ciasno. Charczenie się ponawia. Straszne potworne. Kobieta, która charczy ma dziś popielate włosy jak Margarete, ale kiedyś, gdy była młoda, była Sulamitką. Przerwa. Po przerwie Margarete nie wraca już. Zastanawia jednak, dlaczego tu była? Takie charczenie nie pojawia się znienacka. Była chora, dlaczego więc w ogóle przyszła?

Latami nie byłam w stanie chodzić do filharmonii, bo w berlińskiej filharmonii w mini przerwach pomiędzy kawałkami muzyki waliły się na człowieka ze wszystkich stron zmasowane ataki kaszlu. Nie pomagało zaciskanie zębów ani zatykanie uszu. Zawsze przypominało mi się, że, Graves tak twierdził, Kalligula kazał zamordować Gemellusa, bo kaszlał. Wreszcie dyrekcja zrozumiała, że masowy kaszel przekracza ludzką wytrzymałość i rozprawiła się z problemem jedną kartką: Zabrania się kasłania w przerwach. I pomogło. Dziś już nikt nie kaszle.

Nie rozumiem. To dlaczego przedtem kasłali? Ale też – jak to możliwe, że jednak nie muszą kaszleć?

Behawioryzm kaszlu, fizjologia designu. Rok zajmowania się tematem kościelnego obozu pracy przymusowej pozwala na odkrycie specjalnego designu przeznaczonego dla miejsc pamięci. Potrzebny jest beton, dużo betonu i zardzewiałe żelazo. Godna podziwu jednorodność stylistyczna. Co to za kierunek w sztuce? Postpamiętnik?

Więc  toalety. Mam jakieś niepewne wspomnienie z czasów załatwiania odmownie terenów postenerdowskich za pieniądze europejskie, inwestowane na Wschodzie przez inwestorów z Zachodu. W jakimś miasteczku, gdzie nie było nic, a właśnie zlikwidowano jedyne w okolicy kino, zbudowano automatyczną toaletę ze szlifowanej stali i marmuru. Przeczytałam kiedyś zdanie, że brandenburskie wioski to jakieś UFO, odcięte od świata, zamknięte w sobie, bez życia politycznego, społecznego i gospodarczego.  Dodałabym jeszcze, bez kina i biblioteki, ale z marmurową toaletą.

Ale mam i wspomnienia jak najbardziej aktualne. Na Zachodzie Niemiec w restauracjach przy autostradach jak epidemia ospy  rozpowszechnia się system nowoczesnych toalet w pełni zautomatyzowanych. Kosztują chyba 70 centów, z  tego 50 centów otrzymuje się z powrotem w charakterze bonu do wykorzystania w tychże restauracjach. No i dobrze, może nawet bardzo dobrze. Może lepiej zautomatyzowana toaletyzacja niż owe przedpotopowe toalety, do których trzeba było wyjść poza budynek, zaopatrzywszy się uprzednio u barmana w klucz z zawieszką o rozmiarach łopatki mamuta. Ale jak wiadomo nie każde nowe jest lepsze od starego. W toaletach w okolicy miasteczka Fläming 20 lat temu pozwolono się wyszaleć designerowi, który skorzystał z tego prawa w obowiązującym wówczas stylu post-op-artu, któremu patronował post-post-Andy-Warhol. Była więc toaleta Jamesa Deana, Marylin Monroe, Charliego Chaplina i Elvisa Presleya. Były śmieszne i kolorowe. U mężczyzn inne niż u kobiet. Po jednej stronie autostrady inne niż po drugiej. Toalety na trasie z Berlina do Fläming odwiedziłyśmy z Lidą i Dorotą w marcu tego roku jadąc do Halle. Toalety po przeciwnej stronie zachwaliłam jakbym to ja sama je zaprojektowała, Kindze i Włodkowi, gdy w lipcu wracaliśmy z Francji. W marcu świat fizjologiczny po zachodniej stronie autostrady był jeszcze pełen barw, w lipcu ściana wschodnia okazała się już w pełni zautomatyzowana, a paleta barw pomiędzy papugą a pawiem, sprowadziła się do obowiązującej już na całym Zachodzie sterylnej kombinacji szklanej zieleni i mlecznej bieli.

Zapytałam sprzątacza, co się stało? Nie wiedział, o co mi chodzi. Nie ma racji Dorota, twierdząc, że pamięć społeczna się skurczyła i obejmuje teraz siedem lat. Pamięć społeczna nie obejmuje nawet siedmiu miesięcy.

– bei den Türken im Baumhaus –

Tanja Levy und Joasia Silberstein berichten: 

Flug Berlin Antalya.turcja01Großer Schreck: wir werden den Urlaub mit dem deutschen Verwaltungsapparat verbringen. Es scheint, als ob sich die Mitarbeiter sämtlicher Job-Center und Finanzämter Brandenburgs und Sachsens in diesem Flugzeug versammelt haben.

Erster Gedanke:  Smolensk! Wenn dieses Flugzeug abstürzt, kann Deutschland zumachen…

Aber, oh Wunder, Glück und Zauber: Nach einer zweistündigen Reise mit Bus und Sammeltaxi von Antalya nach Olympos, hat sich der Verwaltungsapparat in Luft aufgelöst. Stattdessen: 90 % türkische Hippie-Touristen, 7 % laut kommunizierende Amis, 3 % intellektuelle Franzosen und wir.

Ach ja, und die Russinnen. Daran zu erkennen, dass sie in romantischen Lycra-Kleidchen, die Lippen zum Kussmund, Po und Busen reckend, in den alten lykischen  Ruinen posieren und sich gegenseitig fotografieren.

Olympos: Ein kleines Dorf, rechts und links von einem Bergmassiv gesäumt – eigentlich nur eine Straße.

Naturschutzgebiet und Ausgrabungsstätte zugleich.

turcja02

Folge: keine Drei Sterne vier Sterne fünf Sterne Hotels aus Plastik&Beton. Statt dessen: Baumhaus-Areale.

turcja03
Kein Häuschen hat mehr als ein Stockwerk. Überall weiche Podeste und Hängematten – Laden ein zum ausdösen und ausruhen – und Essen im Liegen wie die alten Römer.

Der Weg zum Strand führt durch ein Freiluftmuseum. Vorbei an 2000 Jahre alten Gräbern und Amphitheatern.

turcja04Wir wohnen im Baumhaus.
Zehn Stufen-Leiter, und im Baum ist dann das Haus, also ein Bretterverschlag.

turcja05Zwei Matratzen, eine Glühbirne, und eine Steckdose, das war’s. Aber wo anders kann man sich die Zähne putzen, im Garten, zwischen Feigenbäumen, Auberginen-Sträuchern und Granat-Äpfeln und dabei auf ein riesiges Bergmassiv gucken?

turcja06

Am zweiten Tag entdecken wir Fukushima Mitarbeiterinnen am Strand. Hmmm, eigentlich sehen die Moscheen auch aus wie Atomkraftwerke, oder zumindest wie Raketen-Stützpunkte. Mit den zwei Spitzen Türmchen die scharf in den Himmel ragen.

Bei genauerem Hinsehen stellen wir fest: die AKW-Mitarbeiterinnen sind Frauen muslimischen Glaubens, die Strandburkas tragen, also Ganzkörper-Anzüge mit Kapuze – eine perfekte Mischung aus Burka und Bikini, und tatsächlich, sie heißen sogar Burkinis.

Gözleme locken. Damen mit Piratentuch und Blümchen-Hose lächeln uns wie die Sirenen von ihren Öfen aus zu. Mehrmals überlegen wir, an welchem Tag wir unserer Vollpension fremdgehen und diese türkisch native Köstlichkeit essen. Schließlich ist es soweit – zur Einstimmung summen wir schon Vormittags Gözleme,Gözleme,Gözleme… Doch was so authentisch, urwüchsig aussieht, schmeckt fader als Aldi-Toast von gestern… nein, nein, das können unsere Mädels aus der Müllerstraße im Wedding wirklich besser…

Am vierten Tag besteigen wir den Yarnatas, auch Chimaira genannt, einen Feuer spuckenden Berg. Dort hat einst die Chimäre, das Mischwesen aus Löwe, Ziege und Schlange gewohnt. – Und tatsächlich: aus den Löchern im Felsen züngelt Feuer

turcja07– das ewige Feuer! Es brennt hier schon seit der Antike. Die Türken sind praktisch veranlagt: Sie rösten über den Flammen ihre Sucuk-Wurst.

Am fünften Tag machen wir eine Bootstour.
turcja08

Ein Ausflug in eine Rolex-Werbung:
turcja09

wir cruizen an der türkischen Riviera entlang, planschen in einem Farbrausch aus Türkis,
turcja10

zählen die 2m-grossen Carette-Schildkröten, es ist einfach technicolor, bloß echt.

Die Fenster in unserem Baumhaus sind ins Holz gesägte Löcher – natürlich ohne Glasscheiben.turcja11

Zwischen den Brettern unseres Verschlags ist Platz genug für alle Insekten der Türkei. Und sie kommen auch gern. Am letzten Tag entdecken wir, dass eine Wespe,

turcja12

wir haben sie Schlamm-Wespe getauft, ein Haus auf Tanjas Jacke gebaut hat. Aus Ton. Perfektes Töpfer-Handwerk. Im Inneren zwei gelähmte Spinnen. Die sollten wohl den frisch geschlüpften Wespen als Willkommens-Dinner dienen. Schweren Herzens haben wir ihr Kunstwerk zerstört – Die Arbeit von einer Woche, auf Wespen-Zeit umgerechnet wahrscheinlich die Arbeit von einem Jahr…

Und während die Schlammwespe total desorientiert nach ihrem Haus suchte, fuhren wir ganz und gar farb-erfüllt nachhause.

turcja13

Reblog: Jom Kippur

10. Tischrei 5773 / 13.-14. September 2013

Dieser Tag ist der heiligste Tag im jüdischen Jahr. Im Buch von Meike Winnemuth fand ich die Beschreibung des Tages 2011. Es war so. 2010 gewann Meike bei Günter Jauch eine Halbe Million Euro und flog (fast) gleich los. Ihr Projekt für 2011 war: 12 Städte in 12 Monaten. Sydney, Buenos Aires, Mumbai… Im Oktober war sie in Tel Aviv.

Gegen drei bin ich endlich aus dem Haus gekommen, ich musste noch was fertigschreiben. Morgen ist Jom Kippur, jetzt besser schnell noch was einkaufen, dachte ich. Und stand dann mit offenem Mund auf einer menschenleeren Straße vor verschlossenen Geschäften. Auf der Straße, denn Autos fuhren zu diesem Zeitpunkt in etwa so viele wie sonst gegen drei Uhr nachts.

Straßen leer, Geschäfte zu, Restaurants geschlossen, selbst der Strand war verlassen – über diesem Freitagnachmittag, dem Vorabend zum höchsten jüdischen Feiertag, lag eine Stimmung wie frischgefallener Schnee. Die Welt ist wie ausgeknipst und in Watte gepackt, so leise. Ich glaube, ich hatte zuletzt 1973, am autofreien Sonntag während der Ölkrise, ein ähnlich entrücktes Gefühl mitten in einer Stadt.

Zu Jom Kippur hält das Land den Atem an. Selbst normalerweise nicht so Strenggläubige fasten für 25 Stunden und trinken nicht mal Wasser, es fahren keine Busse und Bahnen, das israelische Fernsehen stellt seinen Sendebetrieb ein, es ist der Tag der Ruhe und Reue, und er beginnt mit dem heutigen Sonnenuntergang. Weitere Regeln: kein Sex, keine Lederschuhe, weiße Kleidung. Der Tag wird in der Synagoge verbracht, mit einer Unterbrechung am Nachmittag für ein kleines Nickerchen.

Schon am normalen Sabbat befolgen viele das Gebot, am siebten Tag zu ruhen und nicht zu arbeiten. Gar nicht. Das bedeutete unter anderem früher: kein Feuer anzuzünden. Heute: kein Auto zu fahren (der Zündfunke), kein Licht anzumachen, nicht zu kochen. Ob Elektrizität erlaubt ist oder nicht, ob man einen Kühlschrank öffnen oder den Aufzug nehmen darf, also um alle Probleme, die alte Lehre in das moderne Leben zu übersetzen, darum gibt es viele – und viele lustvolle – Debatten.

Doch wie immer, wenn der offizielle Betrieb ruht, beginnt ein geheimes zweites Leben. Heute, am Vorabend von Jom Kippur, drangen Kinderrufe hoch in meine Wohnung. Irgendwas war auf der Straße los. Ich ging noch einmal hinunter. Und tatsächlich: Die Kinder erobern sich an diesem Abend auf Fahrrädern, Skateboards, Inlineskates die leeren Straßen zurück so wie wir damals die verlassenen Straßen von 1973. (Übrigens dem Jahr des Jom-Kippur-Kriegs, als Ägypten und Syrien die Feiertagsruhe nutzten, um Israel zu überfallen – aber das ist eine andere Geschichte.) Es ist die entspannte, verspielte, übermütige und überhaupt nicht leise, sondern lebensfrohe Variante von Ruhe, wie ich sie so liebe. Ich habe gerade gegoogelt, ob man am Sabbat eigentlich joggen darf, und die Antwort war: solange es ein Vergnügen ist und keine Anstrengung – ja. Eine Auslegung, mit der ich leben kann.

los-meikewinnemuthMehr über das Projekt von Meike Winnemuth: HIER
Und das Buch (Fragment einer Buchkritik):

Meike schreibt so enthusiastisch, humorvoll und unprätentiös, dass man sofort total mit hineingerissen wird in ihre Geschichten: Ausgelassenes Ukulele-Spielen in Sydney, demotivierender Tango in Buenos Aires, „Take That“ in San Francisco, Totes Meer in Tel Aviv. Von allem bekommt der Leser ein schmackhaftes Stück ab.

Es gibt so viele Stellen, an denen man der Autorin das pure Glück formlich „anliest“ – und auch einige, an denen man ihre Enttäuschung mitfühlt. Doch immer beschreibt sie diesen einen Grundgedanken: Dass jedem von uns die Welt mit all ihren Möglichkeiten offensteht, wenn wir uns nur trauen loszugehen. Und dazu muss man gar nicht bei „Wer wird Millionär?“ gewinnen, denn Meike stellte fest, dass sie die Reise auch ohne das Geld hätte machen können. Sie sei nur nicht mutig genug gewesen, es ohne dieses verrückte finanzielle Sicherheitsnetz zu wagen.

Und noch dazu

Jom Kippur: David Daor, tenor, modli się o przebaczenie / Gebet um Vergebung / Prayer for forgiveness

Ach!

mytrojeWe were in France and Germany. Ach! Włodek made photos, it is why we are only two of us on all those pics:

IMG_9897 IMG_0041 IMG_0074 IMG_0105 IMG_0224 IMG_0252 IMG_0311 IMG_9104 IMG_9363 IMG_9376 IMG_9399 IMG_9478 IMG_9501 IMG_9670 IMG_9687 IMG_9690 IMG_9699 IMG_9744 IMG_9804 IMG_9805 IMG_9809Do you have any idea, where we are / what it is on that last photo? If you find out, let us know and you get a price :-). You do not have to know the name of the place only that “thing”.

The riddle is immediately solved by Sigrid – we are in a maze! Isn’tit amazing?

Kenia IV – Safari und die Massai

Persische Gattin

JeepKHeute fahren wir auf Safari, zu einem von unserem Hotel 150 Kilometer entferntem Safari Camp in dem Tsavo Park. Schon um 6 Uhr morgen treffen wir, zusammen mit etwa 10 weiteren Teilnehmer den Reiseführer. Wir fahren mit einem klimatisierten Bus, jedem wird zur Begrüßung eine Flasche Wasser ausgehändigt.

Der Reiseführer, ein etwa 40-jähriger Kenianer, spricht natürlich ein paar Fremdsprachen, drunter selbstverständlich auch Deutsch. Mit viel Humor und einer unglaublichen Leichtigkeit erzählt er Geschichten über die “Big Five”: den Elefanten, den Nashorn, den Leopard, den Büffel und den Löwen. Diese Klassifizierung hat mit der Größe der Tiere nicht zu tun, sondern wurde von den Jäger festgelegt – ausschlaggebend waren die Schwierigkeiten bei der Jagd. Der Reiseführer warnt von unbekümmerten Verhalten während des Safaris. Man darf den Jeep nicht verlassen, in der Savanne leben wilde Raubtiere, es sind keine Hauskatzen. Um diese Warnung zu unterstützen, erzählt er die Geschichte der Menschenfressers. Im Jahre 1898, als die Briten die Uganda-Bahn gebaut haben, die von Mombasa über Nairobi bis zu der kenianischen Grenze führt, wurden 28 indische Arbeiter von nur zwei Löwen gefressen. Die Briten haben Arbeiter aus Indien geholt, da sie schon Erfahrung bei dem Bau der indischen Bahn hatten. Die Geschichte der armen, von Löwen verspeisten Inder wurde sogar in Hollywood verfilmt, der Film heißt: “Der Geist und die Dunkelheit”.

Vor dem Tor des Tsavo-Parks verlassen wir den klimatisierten Bus und werden den Jeep´s zugeordnet, in jeden solchen Geländewagen mit offenem Dach passen 6 Leute, der Beifahrer und der Fahrer, der gleichzeitig auch die Rolle eines Safari-Guides übernimmt.

Bevor wir losfahren, platzt in den Wagen ein junger Kenianer und mit viel Witz preist er Safari Hute an. Die Hute sind schlecht genäht, und sehr kitschig – mit den Giraffen-, oder Nashorn-Prints, aber schon nach ein paar Sätzen verspüre ich das Bedürfnis den Hut zu besitzen. Ein Hut kostet 15 Euro, was sogar in Deutschland überteuert wäre. Ich muss aber zugeben, dass der Junge die Hute so geschickt vermarktet, dass er in jedem europäischen Land bestimmt Karriere in Marketing gemacht hätte. Ich kaufe den Hut, und rede mir ein, dass ich auf diese Weise den armen Kenianer helfe. Es ist nur eine Ausrede, um mein schlechtes Gewissen zu beruhigen, denn ich spüre, dass ich mich wieder wie das “weiße Fleisch”, welches man austricksen kann, behandeln lasse.

Mein persischer Mann geht mit dem Problem viel natürlicher um. Er kauft nur etwas ab, wenn es ihm wirklich gefällt, dafür spricht er aber mit den Menschen, erfährt etwas über ihre Probleme, sie fühlen sich dadurch wertvoller, und er erntet viel Respekt, an welchem ich auch teilnehme. Sogar die Beach-Boys am Strand lassen mich in Ruhe, wenn ich ihnen mitteile, dass ich “Mama Mohammad” bin. Es ist mir auch klar, dass nur eine kleine Gruppe Kenianer Profite macht, und zwar die, die Zugang zu den weißen Touristen hat. Das Land ist korrumpiert, und es herrscht Klan-Denken. Zuerst werden die Leute aus dem eigenen Klan versorgt. Mit den selben Gedanken schlagen sich bestimmt die Hilfsorganisationen rum: wie kann man Afrika am besten helfen? Welcher Art soll die Hilfe sein? Dieses Problem löse ich bestimmt nicht. Dafür beschließe ich weiter, Suaheli zu lernen, da ich sehe, dass es mir nicht nur Spaß macht, es bringt mich auch den Kenianer näher.

Im Camp habe ich gleich Gelegenheit dazu. Mitten in der Savanne werden für uns Tische aufgestellt, weiße Tischdecken flattern in der leichten Brise, und es wird ein 3-Gänge Menü serviert. Ich bestelle bei dem Koch auf Suaheli: “Kuku tafadhali” – “Den Huhn bitte“. Und schon leuchten seine Milchweißen Zähne in einem breiten Lächeln. Der Koch möchte wissen woher ich komme und wir unterhalten uns eine Weile.

Rote ErdeKNach dem Essen fahren wir weiter, und das erste Mal im Leben sehe ich rote Elefanten. Die Tiere wälzen sich in der Erde (die Erde des Tsavo-Parks ist rot), um die empfindliche Haut vor der glühenden Sonne zu schützen. Es macht mich glücklich die Elefantenherde zu beobachten. Ich rufe den Elefanten zu: “kommt her, kommt näher”, da ich ein Foto knipsen möchte – und bereue es sofort. Plötzlich setzt sich einer der Elefanten in Bewegung und rennt auf unseren Jeep zu, die Erde bebt unter dem Kolos. Mein Mann schreit: der Elefant, er rammt uns gleich! Der Fahrer startet den Wagen und wir fahren los. Glücklicherweise ist der Elefant zu faul, um uns zu verfolgen und nach paar Schritten bleibt er stehen. Wir kommen mit einem Schrecken davon, der Fahrer erklärt lachend, dass die Elefanten gerade sehr reizbar sind, da sie sich in Paarungszeit befinden. Als wir ein paar Minuten später eine Löwen-Familie unter einem Baum sehen, niemand möchte näher rankommen, obwohl die Löwen mit dem Nachwuchs sehr friedlich aussehen.

SlonKAbends, nach einem königlichen Abendessen gehen wir in unsere Zelte. Die Zelte, was mich wieder vom Hocker haut, sind luxuriös ausgestattet: es gibt zwei Betten, einen Schrank und einen Stuhl alles in Kolonialstill, es gibt auch Strom und in Bad flauschige Handtücher, duftende Seifen, eine Toilette und Dusche.

Da ich noch nicht schlafen will, gehe ich mit einer Taschenlampe raus aus dem Zelt und denke, falls die Löwen oder Elefanten oder noch schlimmer Büffel unseren Camp angreifen, werden mir die Wächter, die das Gelände Tag und Nacht patrouillieren, schon Bescheid sagen. Ich leuchte mit der Taschenlampe in die Dunkelheit und plötzlich sehe ich dutzende glänzenden Augen, die mich aus der Dunkelheit anstarren. Es sind die Gazellen, die an der Wasserstelle nahe dem Camp sich in Sicherheit vor den Raubtieren fühlen. In der Nacht raschelt es und knurrt neben dem Zelt, und mein Mann kann nicht schlafen, ich selber höre aber gar nichts und schlafe wie ein Stein.

Die Massai

Am nächsten Tag fragt uns der Fahrer und Guide in einer Person, ob wir einen Massai-Dorf besichtigen wollen. Ich will es unbedingt, da ich das Buch “Die weiße Massai” in Erinnerung habe, und will mit eigenen Augen sehen, was die Autorin an dem Volk so fasziniert hat, dass sie ihr geregeltes Leben in der Schweiz hinter sich gelassen hat, um mit einem Massai-Krieger in einer Hütte aus Kuhmist zu leben.

Massai FrauenKAls ich das Dorf erblicke, verstehe ich sofort, dass so eine Beziehung zum Scheitern verurteilt sein musste, und staune über die Naivität der “weißen Massai”.

Die Manyattas, die Hütten, die von Frauen aus Kuhmist gebaut werden, sind niedrig und dunkel. Es gibt eine Feuerstelle in der Mitte und einen Schlafplatz. In der Ecke hausen Hühner.

In der Mitte des Dorfes erblicke ich schmutzige Plastikeimer mit fermentierender Milch. Es gibt so viele Fliegen, dass man den Eindruck hat, die Milch ist schwarz.

Ein junger Massai in traditioneller Kleidung führt uns durch das Dorf und antwortet bereitwillig meine Fragen (die restlichen Teilnehmer der Gruppe sind schockiert wegen der hygienischen Umstände und schweigen entsetzt). Der junge Krieger erzählt von der Bedeutung der Tiere für sein Volk. Sie besitzen vor allem Ziegen, aber auch einige Kühe. Er sagt, dass die Massai  glauben, alle Tiere in der Welt ihnen gehören. Und wenn sie Tiere anderer Stämme zu sich holen, es ist kein Diebstahl, sie nehmen  nur zurück das, was schon ihnen gehört, Ich muss schmunzeln, als ich es höre, da ich an das Buch von Henryk Sienkiewicz “W pustyni i w puszczy” (Durch Wüste und Wildnis) denken muss. Eine der Figuren im Buch ist ein junger Afrikaner Namens Kali, der behauptet: wenn Kali ein Kuh klaut – es ist gut, wenn eine Kuh dem Kali gestohlen wird – sehr schlecht. In Polen heißt es seitdem “Das Kali Moral”.

Massai KriegerK

Die Massai führen uns vor, wie man Feuer macht – indem sie zwei Holzstücke gegeneinander reiben und Elefantenmist darunter legen. Schon nach ein paar Sekunden fängt es an zu brennen. Ich probiere es auch, und es gelingt. Die Massai tanzen für uns ihre traditionellen Tänze: die Frauen heben rhythmisch die Schulter und der riesige Halsschmuck zuckt mit: nach oben und nach unten, die schlanken, jungen Krieger springen so hoch, wie sie es schaffen, manchmal über ein Meter. Sie sind graziös und schön mit ihrer Krieger-Bemalung, dem bunten Schmuck und der glänzenden Haut. Und das erste Mal kann ich etwas die weiße Massai verstehen, da auch an mir ein junger Krieger in einem weißen Kanga-Tuch “klebt” und trotz der Anwesenheit meines Mannes schöne Augen macht. Zuerst  fühle ich mich geschmeichelt, dann aber gewinnt die Vernunft: Der junge Krieger versucht nur sein Glück – es ist gut mit einer Mzungu, einer Weißen, liiert zu sein, denn in deren Augen sind wir alle enorm reich.

Massai KinderKPlötzlich gesellen sich uns die Kinder – sie sind so hübsch und so fröhlich! Ich mache ihnen unzählige Fotos und sie haben viel Spaß dabei, sich selber auf dem Display der Kamera zu sehen. Ich merke, dass ihre kleinen, kurzgeschorenen Köpfchen von einem Pilz befallen sind, sie riechen auch etwas nach Schmutz und Urin. Erst jetzt wird mir klar, dass es in der Umgebung keine Wasserstelle gibt, und dass die Frauen das Wasser jeden Tag von weitem schleppen müssen. Das Wasser ist zu kostbar, um damit die Kinder zu waschen.

Ich erfahre, dass viele Massai-Kinder zur Schule gehen, so will es die Regierung. Wer das eigene Kind nicht zur Schule schickt, muss eine Strafe zahlen. Die Väter, die alle Entscheidungen in der Familie treffen, weigern sich jedoch oft die Kinder hin zu schicken. Die Kinder bekommen da sehr wenig zum Essen – erklärt mir der junge Massai-Krieger. Bei uns, im Dorf, hingegen haben sie Milch und Fleisch, mindestens zwei Mal am Tag – beteuert er.

Ich habe noch so viele Fragen, die ich gerne den Frauen stellen würde, ich weiß z.B., dass die jungen Mädchen vor der Heiratsnacht immer noch beschnitten werden, aber wenn ich sie anspreche, kichern die Mädchen nur, und die älteren Frauen machen kehrt und verschwinden in ihren Manyattas. Auch die Alten des Dorfes,  als sie uns, die Mzungus, erblicken, spucken mit der Kautabak auf den roten, staubigen Boden und entfernen sich stolz und schweigend.

Fortsetzung folgt nächste Woche…

Meczet Omara

Ten tekst został chyba opublikowany w Odrze w roku 1999, ale nie mogę tego sprawdzić. Jak wpiszę w google’a Odra, Slaska, Grecja, to pojawiają się jakieś krocie tekstów o śląskich krajobrazach nad Odrą i kryzysie w Grecji. Znalazłam to wczoraj w przepaściach komputera, gdy próbowałam z naszej Wszechmądrej w zakresie historii sztuki Lidii Głuchowskiej wyciągnąć, co wie o wędrówce motywu Meczetu Omara przez obiekty europejskiej sztuki średniowiecznej. Nic nie wiedziała i co gorsza, nikt nic nie wie. Może to wszystko wyssałam z palca. A piszę o tym, jakby to był fakt. No cóż, pisarze… ich fakty jakoś słabo przystają do tego, co jest faktem dla naukowca.

Ewa Maria Slaska

Santorini. Wtorek, 20.10.1998

Dziś miałaby imieniny. Moje ja nie akceptuje jej śmierci przed trzema laty, zachowuję się tak, jakby nadal żyła, dziś rano chciałam wysłać do niej kartkę, a jednocześnie jakby umarła już niewypowiedzianie dawno temu. Albo wyjechała na długo. W naszym wspólnym dorosłym czasie nie byłyśmy razem w podróży, raz tylko pojechaliśmy we trójkę z ojcem do Warszawy. Na jeden dzień. Omal nie przypłaciliśmy tego życiem, bo urwało się źle dokrącone koło malucha. Ale to już zupełnie inna historia. We wspólnym czasie mojej przeddorosłości też tylko raz spędziłyśmy z moją siostrą i z nią dwa tygodnie nad jeziorem. A może nawet zaledwie tydzień. Jej wakacje nie były naszymi wakacjami, jej podróże na Lewant, do Grecji, Włoch, Hiszpanii, Francji, zawsze na Południe, należały tylko do niej, czasem, z rzadka jeszcze do jakiejś koleżanki, ale z nami ich nie dzieliła, a i z ojcem rzadko. Właściwie nikt z nas niczego z nikim nie dzielił. Każdy jeździł sam dla siebie, zazdrośnie strzegąc swych tras i przystani. Tę prawidłowość przełamałyśmy dopiero my z siostrą, już jako dorosłe kobiety. Kiedy była już stara i schorowana, zaproponowałam, że pojadę z nią do Hiszpanii. Myślałam o walizkach, przesiadkach, hotelach bez wind. A także o przyjemności bycia z nią razem w podróży. O Prado. O widoku na Toledo z tego miejsca, z którego patrzył El Greco. O posłuchaniu lekko schrypniętych wersów Lorki o Kordobie, Granadzie, wieżach Sewilli. O wszystkim, co mogłaby mi opowiedzieć o tych miastach, gdyby tylko chciała. Nie chciała. Odmówiła, zła i zdecydowana. Mogła czasem, acz niechętnie, bywać u mnie w Berlinie, ale nie chciała ze mną podróżować. Gdy telefonowałam, zapowiadając przyjazd do domu, który do dzisiaj jest jedynym miejscem, nazywanym przeze mnie domem, mówiła grzecznie, możesz u nas nocować. Nie ma ani jej, ani domu, nie było i nie będzie wspólnej podróży. Chyba że spotkamy się tam. Czy będzie stara, gdy się tam spotkamy, czy młodsza ode mnie? Czy znowu wyjedzie na długo, zostawiając mi na głowie dom, pranie, gotowanie, a jak wróci, skomentuje moje trzymiesięczne wysiłki tym samym jednym zdaniem, które do dziś pozbawia mnie radości działania: nie ma zapasów cukru. Nobody is perfect. Nauczyłam się, dzięki jej podróżom, doprowadzonej do perfekcji samodzielności i zawsze kupuję na zapas kilo cukru. A i tak nic mi się nie udaje, tak jak bym chciała.

Santorini-2009-08-13

Author: Philos2000 Wikipedia Commons

Wstajemy wcześnie, żeby zdążyć obejrzeć wykopaliska, otwarte, jak podaje przewodnik, tylko do 15.00. Już przed 10.00, po śniadaniu i kawie wsiadamy na motorek i ruszamy. Przedtem próbuję jeszcze dowiedzieć się czegoś w Muzeum Archeologicznym, ale bez skutku. W portierni siedzi kobieta o tępawej minie. Nie, nie ma żadnego archeologa. Nie, nikt nie mówi lepiej po angielsku. Do wykopalisk jedzie się na plac i w lewo. Nie, nie poda mi numeru telefonu, dojadę na miejsce, to zapytam. Po czwartym pytaniu, na które i tak znam odpowiedź, rezygnuję. Moja wina – nie znam greckiego. Albo znam za mało.

Na plac, w lewo, jak dojadę na miejsce, to się dowiem.

Do placu, w lewo, prosto, w prawo, długo prosto i w dół, w prawo, w lewo, w lewo, 25 kilometrów, jesteśmy na miejscu, w Akrotiri, mieście minojskim, zachowanym znacznie lepiej niż Knossos i Malia na Krecie. Akrotiri odkrył szalony archeolog Spiro Marinatos, który na pewno w dzieciństwie naczytał się i Platona, i życiorysów Schliemanna i Evansa. Od Platona dowiedział się o Atlantydzie, od Schliemanna, że bajki są prawdziwe, od Evansa, jak piękne są minojskie pałace-labirynty. Marinatos poświęcił całe życie na szukanie śladów Atlantydy, a jak je wreszcie znalazł – umarł. Akrotiri jest zresztą dalekie od platońskich ideałów, zapewne żyli tu i kapłani (a raczej kapłanki) i uczeni, ale dobrobyt zapewnił miastu nie tyle idealizm, ile zamożni rzemieślnicy i kupcy. Głównym ich zajęciem był eksport wina, zboża i oliwy, które transportowano w ogromnych glinianych naczyniach, malowanych w delfiny, mątwy, ryby, kwiaty i muszle. Świetne są te naczynia. Archeolodzy nazywają je, o ile dobrze pamiętam, Kamares, od pewnej jaskini na Krecie. Miasto robi wrażenie. Proste, brukowane ulice, równe ciągi schodów, a wewnątrz tej sieci, harmonijnej jak kryształ, kłębowiska domów, duże i małe izby, płaskie dachy, tarasy, piwnice, zakamarki. Ściany nośne z równych bloków kamiennych, reszta z gliny lub kamienistej drobnicy. Wiele domów zdobiły czarujące malowidła ścienne, przedstawiające ludzi zajętych połowem ryb, uprawą roli, zbiorami, brązowe postacie na jasnoniebieskim tle, wody, nieba. Miasto posiadało system kanalizacyjny i ciepłą wodę, osiągnięcia, którymi wiele greckich miasteczek i wsi do dzisiaj nie może się poszczycić. Wybuch wulkanu na Santorini nie zaskoczył mieszkańców znienacka, jak Wezuwiusz Pompeję. Mieszkańcy zdążyli opuścić wyspę, odpłynęli na sąsiednią Kretę. Akrotiri to wykopaliska a nie, jak w Knossos, skansen. Można dyskutować, co jest lepsze, bo żadne rozwiązanie nie jest idealne. Z punktu widzenia nauki rekonstrukcja pałacu w Knossos odzwierciedla raczej estetykę czasu odkryć, dziewiętnastowieczną fascynację archeologią, niż epoki zwanej okresem pałaców minojskich, jednakże Akrotiri w swej naukowej skromności także nie przypomina ludnego i barwnego miasta sprzed czterech tysięcy lat. Wykopaliska pokrywa dach z falistej blachy, domy otoczone są płotkami, w bocznych przejściach stoją potężne szafy, skrywające odkopany inwentarz, barwne freski zabrano do muzeum sztuki cykladzkiej w Atenach.

640px-Café_in_AkrotiriVor einem Café in Akrotiri, Santorin 13.05.2007 Hans Bernhard (Schnobby) – Commons

Dość szybko opuszczamy Akrotiri, objeżdżamy potężną górę i skręcamy ku morzu. Musimy pędzić, bo, jak podaje przewodnik, drugie starożytne miasto, jakie chcemy jeszcze dziś zwiedzić, Aρχαία θίρα, Stara Thera też jest otwarte tylko do 15.00. Już i tak nie wiemy, czy można wierzyć przewodnikom, czy nie, bo Akrotiri było czynne do 19.00, no i mieliśmy rację, albowiem panta rei i panta metamorfo, Starą Therę można zwiedzać tylko do 14.00. Klniemy, bo przynajmniej tyle mogła nam powiedzieć owa kobieta w Muzeum Archeologicznym, ułożylibyśmy plan dnia na odwrót. Po raz kolejny przekonujemy się, że Grecja to kraj informacji zaledwie przybliżonych. Drogowskaz wskazujący odległość 100 metrów oznacza jedynie kierunek, a godziny otwarcia zapewniają tylko, że obiekt kiedyś można zwiedzać. Trudno. Przelecieliśmy przez Akrotiri w tempie godnym uczciwego turysty, a teraz jesteśmy u stóp Starej Thery i też musimy się spieszyć.

Miasto założyli Rzymianie, a ściślej biorąc, niejaki Ptolomeusz, w III wieku naszej ery, gdy wyspa ostygła po kolejnych wybuchach i ponownie nadawała się do zasiedlenia. Na wysokim, stromym skalnym cyplu powstało tu coś w rodzaju, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, rzymskiej bazy wojskowej, pozwalającej kontrolować wschodnią część Morza Śródziemnego. Regularnymi, porządnie brukowanymi serpentynami wjeżdżamy na przełęcz między cyplem a masywem góry Proroka Eliasza. Prof. Ilia, podają mapy, a my, myśląc o naszym koledze, dumnym ze swego  tytułu, przemianowaliśmy ją na Profesora Eliasza. Motorek pokonuje górę heroicznie i nieulękle, ja, przyczepiona na tylnym siodełku, nie patrzę w dół, ale i tak dostaje mi wyobraźni, by się bać. Zwiedzanie Starej Thery w ogóle wymaga pewnej dozy nieustraszonej odwagi, bo było to prawdziwe obronne gniazdo dzielnych wojowników, posadowione tak, by wrogom trudno było je podejść. Turystom też dech zapiera, a w każdym razie mnie, gdy kozią ścieżką idziemy od parkingu do twierdzy. A skoro jest trudno, i podejść, i dojechać, skoro nie ma restauracji ani sklepów z pamiątkami, to nie ma i turystów. Thera – pusta, przejrzysta, zawieszona w błękicie orgia kamieni. Kamienne miasto na kamiennej opoce, kamienne ulice wśród kamiennych murów. Radość kontaktu ze starożytnym miastem, może nie tak starym jak Akrotiri, nie tak owianym legendą jak Ateny, nie tak pełnym wspaniałych budowli jak Rzym. Ale Thera to nie miasto trwające nieprzerwanie i nie wykopaliska, zasypane przez wieki, a potem odgrzebane. Thera jest. Nic jej nie zakłóca. Kiedyś była miastem, dziś jest ruiną, jest może skromna, ale taka już była w chwili stawania się, mała faktoria wielkiego imperium, skromne lustro Rzymu. Zgodnie z rzymską zasadą wzniesiono tu wszystko, co obywatelowi Rzymu było niezbędne do kulturalnego życia: pałace, domy, agorę z kolumnadą, termy, teatr, gymnasion, stadion, a także burdel, do którego prowadzi drogowskaz w kształcie fallusa. Na skraju miasta znajdują się też ozdobione nieprzyzwoitymi malunkami groty, gdzie odbywały się orgiastyczne misteria. Nie wolno ich jednak zwiedzać. Otacza je niepozorny płotek, na pozór łatwy do pokonania, ale gdy tylko próbujemy, pojawia się niewidoczny dotąd strażnik i odgania ciekawskich. Brak wyjaśnień, dlaczego. Nie wolno. Względy przyzwoitości czy wymogi konserwatora?

Zjeżdżamy do wioski. Usiłuję załatwić sprawunki, kierując się wskazówkami tubylców, że super-market jest „tam”. Faktycznie jest, ale zamknięty na głucho. Rozmyślam leniwie o stosunku tubylca do turysty, który wie przecież, że jest po sezonie i sklep zamknięty, a przecież wszyscy odsyłali mnie „tam” jednomyślnie i uparcie. Ciekawe, gdzie oni sami kupują pieczywo i mleko? Wracam na promenadę, w sklepiku z pamiątkami dostaję czekoladę i fantę. W Berlinie, gdy w restauracji poprosiłam o chleb i wodę, przyniesiono mi grzanki z pomidorami i butelkę luksusowego perriera. Trudno jest praktykować skromność. Szlachetna prostota życia Ghandiego wymagała ciężkiej pracy dziesiątków ludzi. Nie będziemy już nikogo fatygować. Zjadamy lepką od upału czekoladę i jedziemy w głąb wyspy.

Santorin-calderaAuthor: Schelle  de.wikipedia Commons

Winnice, góry, miasta i kościoły, mały świat, jak wyjęty z głębokiego planu renesansowych portretów. Renesansowy koloryt, słynna włoska perspektywa powietrzna, na pierwszym planie brązy i złote beże wysuszonej ziemi, w głębi zieleń winnic i gajów, daleko w tle błękit nieba, morza, oddalenia. Podobne jest też zagęszczenie życia. Z pozoru bezludny krajobraz, zaledwie tło ważnych, pierwszoplanowych zdarzeń, jest jednak pełen sztafażowych scenek rodzajowych. W zakamarkach gór, za zakrętem drogi wyłania się przyczepione do skały, otoczone murami miasto, zwieńczone nieodłączną ruiną fortecy, pasterz odpoczywa w cieniu, stara kobieta w czarnej sukni i chusteczce wiesza bieliznę na podwórku, w oknie krzywego domu koronkowa firanka, kot, dziecko, pelargonia. Wielkie drzewo, donice rozmarynu i bazylii, oleandry, żółty, brzydko otynkowany kościół. Podjeżdżamy pod bramę. Stara kobieta bez słowa porzuca pranie i prowadzi nas do wnętrza. Pisarz nie powinien używać przymiotników oceniających, jego rola w opisie świata winna się ograniczać do wskazania cech i związków, ale nie bardzo można bez przymiotnika opisać wnętrze wiejskiego kościoła na odległej cykladzkiej wyspie, wnętrze, które po prostu zwala z nóg.

Kościół zbudowano w XI, a może XII wieku, budulca dostarczyły ruiny Starej Thery, ale technika budowlana w średniowieczu była znacznie bardziej zacofana niż w czasach helleńskich, surowiec pocięto więc na kawałki i z wyrafinowanej rzeźby kamiennej sklejono nieporadnie grube kolumny romańskie, małe, krępe triforia, beczkowate sklepienia. Coś jednak rozsadza tę przysadzistość. Dawna baza zmienia się w głowicę, orientalna arabeska korynckich kapiteli układa się niespodziewanie w roślinne wici jak z francuskich katedr, pojawiają się nieświadome echa renesansu karolińskiego, helleńskie cytaty z architektury egipskiej i nagle kawałek portalu, który antycypuje już kunszt wysokiego średniowiecza. Bizantyjska zasada główna, plan w kształcie krzyża greckiego, zwieńczony płaską pseudokopułą, została wypełniona zaskakującym chaosem szczegółów o cechach architektury i orientalnej, i zachodnio-latyńskiej. W XIX wieku Panagia Episkopi byłaby eklektyczna, w XX postmodernistyczna, zbudowano ją jednak w wieku XI, na obrzeżach świata, na granicy chrześcijaństwa i jest przede wszystkim wzruszająca. Każdy detal architektoniczny naznaczony został niezwykłym wysiłkiem osiągnięcia pewnego ideału, który nie wiadomo w ogóle, jak wyglądał, ani skąd się tu wziął. Może to tylko antyczne dziedzictwo uwysmukliło tu i ówdzie, oderwało od ziemi ku niebu sylwetkę kościoła, ale jest w niej też wpływ Orientu, daleki, lekki.

Więc może zawieruszył się tu jakiś, wracający z Jerozolimy statek Krzyżowców, bo mieli chorych na pokładzie. Wyobraźmy sobie epidemię biegunki, bardzo powszechną chorobę. Statek dobija do brzegu gdzieś w okolicy Kamari, wysłannicy szukają przytułku i, co za szczęśliwy zbieg okoliczności, z „Profesora Eliasza” schodzi właśnie w dół niewielka karawana obładowanych kamieniami osłów. Do klasztoru dość jeszcze daleko, w końcu jednak jest i dach nad głową, i przysłowiowa łyżka ciepłej strawy. Pobyt przeciąga się. Nadchodzą jesienne sztormy, i tak nie da się przed wiosną ruszyć dalej. Ozdrowieńcy pomagają w budowie kościoła, takie zadanie przystoi i rycerzom. Od ponad stu lat, od czasu gdy chrześcijański Zachód przetrwał grozę końca świata, która mogła była nadejść wraz z rokiem tysięcznym, budowa wielkich i wspaniałych katedr stała się zadaniem i zarazem szaleństwem całej Europy. Księżniczki noszą kamienie, biskupi pchają taczki z wapnem, możni pokutnicy oddają złoto, zbrodniarzom zamienia się karę śmierci na muratorską pracę ad maiorem Dei gloria. Zawiązują się pierwsze europejskie tajne związki, Bauhütten, loże masońskie, baraki budowlańców, gdzie majster i architekt, murator i mason pospołu strzegą ogromnej  tajemnicy: jak wznieść mur tak, by był smukły, piął się wysoko i otwierał w wielkie okna, przemieniające mroczne wnętrza budowli romańskich i zapowiadające już gotyckie świątynie pełne światła. Ta wiedza dopiero się rodzi, tajemnice dopiero można zacząć zbierać. Kościoły wciąż jeszcze są przyciężkawe, mury się walą, dachy zapadają, zdarza się, że na całe dziesiątki lat trzeba zaniechać podjętej budowy, bo nagle pojawia się jakiś jeszcze nie dający się rozwiązać problem techniczny. Wielkie belki potrzebne do dźwigania dachów i dzwonów nie mieszczą się na schodach wewnątrz wież kościelnych, wiotkich jak średniowieczne piękności. Cienkie mury trzeba podpierać od zewnątrz, rozsuwające się ściany spinać potężnymi kotwami lub owijać taśmami blachy. Wiek XI ogarnięty gorączką wznoszenia kościołów jawi się z daleka niby jakiś największy w historii cywilizacji zachodniej plac budowy, a jednocześnie pierwszy od czasu antyku wielki techniczny skok do przodu. Idea jako podnieta innowacji technicznych. Nowe pojęcie Boga jako światła nareszcie, po tysiącu lat, wydobywa chrześcijaństwo z ukrycia, z podziemia, z przytłaczającego mroku budynków wciąż jeszcze przypominających katakumby starożytnego Rzymu, w których chronili się prześladowani wyznawcy Chrystusa.

I jeszcze pełne zgrozy zachłyśnięcie się potępionym, diabelskim, ale uwodzicielskim pięknem orientalnego luksusu. Meczet Omara w Jerozolimie – żaden król, cesarz ani papież w Europie nie wznieśli jeszcze budowli tej miary, co inkrustowany tysiącami błękitnych i zielonych kafelków meczet na skale, gdzie Abraham miał złożyć w ofierze Izaaka, lecz Bóg, sprawdziwszy jego gotowość, powstrzymał wzniesioną już do ciosu ojcowską rękę.

meczetOmara-3-01-2010-DavidBaum-CommonsMeczet Omara, Jerozolima, fot. David Baum 2010, Wikipedia Commons

W klasztorze jeden z rycerzy pokazuje zabrany z Jerozolimy puchar srebrny z wizerunkiem meczetu, zbudowanego w VII wieku. Opisuje mozaiki, opowiada, co to jest prawdziwa kopuła, wielka, lekka, lecąca ku niebu jak żagle czy skrzydła cherubinów. Rysuje na piasku. Zna się na budowlach. Rozmawia z mnichami o świątyni Salomona, którą zburzył Tytus przed tysiącem lat.

Więc czasem w trakcie prac murarskich zdarzyło mu się zauważyć, że w Jerozolimie, ale i w Reims, Lüneburgu, a może w jakiejś wiosce nieopodal Salisbury, odrzwia wyglądają inaczej. Rysował jakieś fragmenty, ot, okno, jakby wyższe, węższe i spiczasto zakończone, jakaś inna symetria, oparta nie na czworokątności niebiańskiej Jerozolimy i poczwórności greckiego krzyża, czterech Ewangelistów, czterech stron świata, lecz na jednej pionowej osi, na niewidzialnej linii łączącej trzy światy, podziemną domenę Zła, Ziemię zamieszkaną przez ludzi i wysoko boskie niebo. Poziom odchodzi, rodzi się pion. Coś z tych opowieści przeszło w materię budynku Panagia Episkopi, jest w niej wciąż Bizancjum, ale jest i Francja, i Jerozolima wyzwolona. Jest ciężki konkret kamienia, ale jest wzlot zachodniej katedry i wschodniej kopuły ku górze.

panagiaepiskopiPhoto : Klearchos Kapoutsis

Wędrówka wzorów, motywów, obcy świat poznawany w niedokładności przekazu, w opowieści pielgrzyma, w śmiesznie nieudolnym rysunku. Gdy kamieniarz z Ulm przedstawia stworzenie świata na portalu katedry, wie już, że świat jest wielki i nieogarniony. Wie, że Bóg stworzył nie tylko i mnie, i wołu, i ciołka, lecz, że stworzył także słonia. I mały, zaaferowany Bóg z kamienia tworzy na portalu słonika z wieżą na grzbiecie, figurę szachową, jedyne znane i konkretne odniesienie twórcy do bajań podróżników. Dzięki Krzyżowcom, którzy wrócili ze Wschodu, słoń, lew, meczet Omara z czasz srebrnych pucharów stały się wspólną własnością Europy. Przez następnych kilkaset lat na obrazach przedstawiających Jerozolimę i sceny z życia Jezusa pojawia się w miejsce Świątyni, której już nie było, meczet Omara, najpiękniejsza budowla średniowiecznego świata.

Kościół Panagia Episkopi jest eklektyczny, zdobiące go freski natomiast wykonano w czystym, chciałoby się powiedzieć, nieskazitelnym stylu bizantyjskim. Chrystus spożywa ostatnią wieczerzę. Wie, że umrze, dlatego artysta namalował go z zamkniętymi oczami. Po drugiej stronie umierająca Matka Boska ma oczy otwarte, czarne i przepastne, bo nie umrze, lecz tylko zaśnie i żywa pójdzie do nieba. U jej łoża apostołowie, jeden z okutaną w powijaki laleczką w ręku – to dusza Panagii, Wszechświętej.

Staruszka w czarnej sukience wymownie informuje nas, co jeszcze musimy zobaczyć. Jeśli się opieramy lub nie rozumiemy, mocnym chwytem suchej kościstej ręki wpija się w ramię, prowadzi i rozkazująco wskazuje kolejny obiekt podziwu. Kyria Pantokratoria gestem palca stwarzająca świat.

Wychodząc dajemy jej 400 drachm w dwóch banknotach. Spogląda na nas podejrzliwie, upewnia się, że banknoty są jednak dwa i bez słowa znika w krzywym domku za koronkową zasłoną.

Pyrgos, wysoko w górach, średniowieczna stolica wyspy. Jej nazwa znaczy tyle co twierdza, samą twierdzę natomiast mieszkańcy pieszczotliwie nazwali Kasteli. Kasteli jest dość dobrze zachowane i puste. Grube mury, przejścia, bramy, pozamykane wnęki, zejścia do piwnic, nisze, komory, dwa czy trzy kościoły. Cisza. Cisza popołudnia, cisza po sezonie.

Poniżej w mieście jest jednak jakieś życie. Przed biało otynkowaną kafejką siedzą na ławeczce starzy mężczyźni, szeregiem, jakby pozowali do pocztówki. Wąsate twarze, fajka, beret albo kaszkiet, czarna marynarka, szare spodnie, pokręcone ręce mocno wsparte na wysłużonej lasce. Na kamienistym podwóreczku przed dużym oryginalnym domem, o fasadzie wyłożonej ciemnokrwistym marmurem, jakiś chłopak z łoskotem prostuje blaszaną rynnę. Uderzenia młotka przeplatają się z dźwiękiem niespiesznej rozmowy, prowadzonej po niemiecku. Grüß Gott. Grüß Gott, prześmiewcza Bawaria, nie wiadomo dlaczego, skoro my przyjeżdżamy z Berlina, właściciel pochodzi z Hamburga, a jego młody przyjaciel jest Grekiem. Lekarz na przyspieszonej emeryturze, młody jeszcze, rentier, powiedzieliby Francuzi. Dorobił się dość, by kupić ten dom, który nie był droższy niż samochód. Jaki samochód, dopytujemy się, wciąż w żartobliwym tonie, bo nasz kosztował sześć tysięcy. Bywają różne samochody, odpowiada gospodarz, niektóre są może droższe od waszego. Może. Jest piąta po południu, pora na herbatę, którą wypijamy na płaskim dachu willi. Elegancka porcelana w stylu art deco, nierealna atmosfera lat 20. Starannie wyszukana estetyka, daleka od powiązań z pocztówkowym wizerunkiem greckich wysp. Przyciszony głos, wytworny sposób wyrażania się, pełne umiaru poczucie humoru, dyskretna rezerwa. Najwyższe osiągnięcie europejskiej kultury homoseksualnej, pałac zbudowany na czarnej otchłani seksu, potępionej i boskiej. Greckiej.

Głęboko w dole na popielatosrebrzystym morzu, za czarnymi sylwetkami wysp Kameni pojawia się zwiewna sylwetka czteromasztowego żaglowca. Cisza, kot się łasi i stygnie herbata, w purpurowej łunie nad bladą wodą Caldery zachodzi pomarańczowe słońce. Nie ma w tym zachodzeniu chmurzastej feeri barw, znanej tak dobrze znad Bałtyku. W pogodnych krajach południa na tle bezchmurnego nieba kula Słońca zachodzi konkretna i samotna, pojedyncza i zarazem wyniosła, jakby mówiła – to ja, Słońce.

27 kwietnia 1810: Ludwig van Beethoven skomponował “Dla Elizy”.

Transsyb

Zbigniew Milewicz, którego tekst o stanie wojennym publikowałam tu przed paroma dniami przysłał reportaż z podróży koleją transsyberyjską, nie wiedząc, bo skąd mógłby wiedzieć, że ta najdłuższa trasa kolejowa na świecie zawsze mnie fascynowała, a teraz fascynuje mnie jeszcze bardziej, bo to tu właśnie dzieje się Lód Jacka Dukaja, wspaniała powieść, być może najlepsza, jaką zdarzyło mi się czytać w ostatnich latach…

Trasa jest długa, a zatem i tekst jest długi. Tu więc tylko fragment, a link umieszczony na dole odeśle Czytelnika do całego reportażu.

Zbigniew Milewicz

Droga na kościach

Na dworcu ma działać biuro pośrednictwa w wynajmowaniu prywatnych kwater i jest. Wcześnie rano, żadnych interesantów, stajemy więc przy kontuarze i czekamy, aż urzędniczka skończy czytać i zajmie się nami. Minę ma bardzo zaaferowaną, nie widać – czym, kontuar jest dosyć szeroki, a nie wypada zapuszczać żurawia. Od czasu do czasu łypie na nas spoza okularów i dalej czyta. Czekamy cierpliwie może już pół godziny, aż dworcowy sprzątacz, który już jakąś chwile nas obserwuje, tłumaczy szeptem, że sami powinniśmy powiedzieć jej, o co chodzi, bo tak to możemy stać i do sądnego dnia. Skutkuje, bez większych ceregieli i formalności, raz – dwa kwaterujemy się w blokowisku z wielkiej płyty, oddalonym od dworca o parę kroków. Klatka schodowa potwornie brudna i zdewastowana, windą na siódme piętro, mieszkanie jest wyłącznie do naszej dyspozycji. Niewielka, prosta kawalerka za 800 rubli na dobę. Standard radziecki, ale jest się gdzie wyspać, odświeżyć i coś upitrasić. Losujemy miejsca do spania. Dostaje mi się tapczan, Edmund będzie musiał zadowolić się rozkładanym fotelem, w sumie jest sprawiedliwie, trafił na chudszego.

Bez transsybu nie byłoby Nowosybirska, ale po kolei.

Kiedy w górach Ałtaju na początku XIX wieku położono pierwsze w Rosji tory kolejowe, o długości około 2 kilometrów, po których konne zaprzęgi transportowały urobek srebra z kopalni, w Anglii powstawały już pierwsze prototypy parowozów. Prawie kolejnych trzydziestu lat potrzebowała Rosja, żeby na linii Petersburg – Carskie Sioło – Pawłowsk otwarta została pierwsza pasażerska linia kolejowa, obsługiwana przez parowóz. W 1860 roku długość linii kolejowych na świecie wynosiła już 108 tys. km: w Stanach Zjednoczonych – 49 tys., Wielkiej Brytanii – 17 tys., Niemczech – 11 tys., a w ogromnej Rosji ledwie 1590 km. Światłe głowy w państwie rozumiały, że opóźnienia te hamują jego rozwój, ale w budżecie brakowało środków na postęp techniczny. Z pomocy prywatnego i zagranicznego kapitału cesarz nie chciał skorzystać, monopol na kolej miał być niepodzielnie państwowy.

Dopiero przegrana w Wojnie Krymskiej w latach 1853-1856 uświadomiła władzy konieczność pewnych kompromisów. Mogło nie dojść do poddania Sewastopola wojskom sprzymierzonym z imperium osmańskim, gdyby Moskwa miała połączenie kolejowe z Morzem Czarnym, umożliwiające szybki transport wojskowego wsparcia. W czasie wojny zmarł Mikołaj I Romanow. Następca tronu, Aleksander II był politykiem bardziej elastycznym i przewidującym, ale dopiero za panowania następnego z Romanowów koleje w Rosji otrzymały zielone światło. Aleksander III, znany ze skrajnego, politycznego konserwatyzmu, antysemityzmu, tudzież z wielkiej podejrzliwości wobec otoczenia (za jego panowania powstała słynna, carska Ochrana, protoplastka późniejszej Czeka i kolejnych służb bezpieczeństwa w tym kraju), był jednak dobrym gospodarzem. Poszerzył granice państwa o nowe zdobycze terytorialne i stworzył możliwości dla rozwoju technicznego.

Jedno bez drugiego nie mogło się obejść. Na Wielkim Trakcie Syberyjskim, zwanym potocznie moskiewskim, albo irkuckim (w zależności od tego, kto dokąd zmierzał ) ruch był coraz intensywniejszy. Z centralnej części kraju na Wschód docierały towary przemysłowe i poczta, w odwrotnym kierunku – futra, złoto, srebro i herbata z Chin. Trakt kontynuował tradycje Wielkiego Szlaku Herbacianego, sięgające XVII wieku. Towarami najczęściej wysyłanymi do Chin były futra, skóry oraz arkusze żelaza, a najchętniej sprowadzanymi do Rosji, poza herbatą – jedwab, aksamit, cukier, laka. Autorzy dwutomowej pracy p.t. „Transport kolejowy Wschodniej Syberii od XIX do XX wieku“, opublikowanej na stulecie Transsyberyjskiej Magistrali* podają, że w latach 1887 – 1891 przewóz towarów wzrósł na owym trakcie pięciokrotnie. Z Tomska w stronę Irkucka szło co roku do 70 tysięcy wozów, z ładunkami towarów o łącznym ciężarze 1,6-1,7 miliona pudów. Zajęcie przy tym miało 16 tysięcy woźniców. Transport trwał jednak miesiącami, droga była trudna, niebezpieczna, w porze deszczów i roztopów w ogóle nieprzejezdna. Był to także szlak tysięcy zesłańcow, którzy na katorgę wędrowali pieszo, przeważnie zimą i latem, kiedy drogi się do tego nadawały. Ich też przybywało, carska Ochrana dwoiła się i troiła. Kolej miała te ograniczenia wyeliminować.

Pomysłodawcą budowy Wielkiej Syberyjskiej Drogi (tak pierwotnie ją nazywano, ale ostatecznie przyjął się termin pochodzący z angielskiego „Trans – Siberian Railway”) był generał-gubernator Wschodniej Syberii N.N. Murawiow-Amurskij. W roku 1886 został wydany stosowny carski ukaz i w teren ruszyły trzy ekspedycje, aby wytyczyć trasy środkowosyberyjskiej, zabajkalskiej i południowo-ussuryjskiej linii kolejowej. Dzieło miało być sfinansowane przez państwo, bez pomocy zachodniego kapitału, aby ograniczyć obce wpływy na Syberii i Dalekim Wschodzie. Budowę wytyczono jednocześnie z dwóch stron: od Czelabińska, trasą linii Zachodniosyberyjskiej, biegnącej do rzeki Ob i od Władywostoku , linią Ussuryjską aż do Chabarowska. Uroczystość położenia kamienia węgielnego odbyła się 12 maja 1891 roku we Władywostoku, ceremonii dokonał młody następca tronu, przyszły car Mikolaj II.

Zwiedzanie półtoramilionowej stolicy Syberii rozpoczynamy od głównej atrakcji turystycznej miasta – Państwowego Teatru Opery i Baletu, przy pl. Lenina. Pod względem poziomu, repertuaru i wykonawców ma podobno wszelkie dane ku temu, aby konkurować z moskiewskim Teatrem „Bolszoj”. Niestety kanikuła, więc nie sprawdzimy, ale można podziwiać kopułę, która ma rozpiętość 60 m i wisi na wysokości 35 m. Budowę tego największego w Rosji teatru rozpoczęto w 1930 roku, jednak pierwsza premiera odbyła się dopiero w 1945 roku. W czasie wojny przechowywano tutaj dzieła sztuki, pochodzące z ewakuowanych rosyjskich muzeów, w tym ze słynnej Galerii Trietjakowskiej. Potężne są podziemia teatru. Opancerzone dodatkowymi wzmocnieniami z betonu i stali miały służyć za bunkier Stalinowi i ludziom z jego otoczenia, gdyby przyszło im uciekać przed Hitlerem na Syberię. Podziemnymi tunelami dojechać można spod teatru aż do dworca kolejowego.

Pomnik wodza rewolucji, usytuowany nieopodal, zdaje się przewyższać teatr, choć tak nie jest. Stoi tylko bardziej centralnie i stąd to złudzenie. Wznosi się nad pobliskim skrzyżowaniem ulic, w pozie, jakby kierował ruchem. Przypomina mi się bliźniaczy, choć oczywiście dużo skromniejszy, pomnik w Wesołej, koło Mysłowic na Śląsku, który jeszcze w latach 90 pokazywał, jak dojść do sklepu monopolowego. Ten tutaj miał stanąć pierwotnie w Berlinie Wschodnim, towarzysze niemieccy uznali jednak, że nie znajdą dostatecznie godnego miejsca dla jego gabarytów, więc został wśród swoich, wiecznie żywy.

Nowosybirsk po Moskwie i Sankt Petersburgu jest trzecim co do wielkości miastem Federacji i stolicą obwodu. Ma filharmonię, sceny teatrów dramatycznych, trzy uniwersytety, instytuty naukowe, kilkanaście wyższych szkół, muzea i galerie sztuki. Jest wielkim ośrodkiem przemysłowym, m.in. maszynowym, elektronicznym, chemicznym, wodnoenergetycznym i hutniczym oraz ważnym węzłem drogowym i kolejowym. Łączy szlaki turksyberyjskiej kolei (Azja Środkowa – Syberia) z główną, transsyberyjską linią. Miasto dysponuje metrem, portem rzecznym na Obie i międzynarodowym portem lotniczym.

W miejscowym Muzeum Krajoznawczym znajdują się bogate zbiory, poświęcone historii powstania kolei transsyberyjskiej i miasta. Naczelnikiem budowy zachodniej linii był K.J. Michajłowskij, Polak z pochodzenia. Uchodził za jednego z najlepszych budowniczych carskich kolei i mostów. Pod jego nadzorem pracował inny nasz rodak, Wincenty – Ignacy Rojecki, odpowiedzialny za wytyczenie trasy linii, w tym m.in. przeprawy przez rzekę Ob. On więc zdecydował o lokalizacji Nowonikołajewska, późniejszego Nowosybirska. Teren był technicznie bardzo skomplikowany, a odpowiedzialność duża; inżynier wywiązał się ze swoich obowiązków, otrzymał za to znaczący awans, ale zapłacił zdrowiem. Zmarł w drodze do Warszawy, w której czekało na niego miejsce w jednej z klinik. Wśród budowniczych transsybu było wielu polskich inżynierów i urzędników, ich nazwiska widać na listach nagród: Zdziarski, Muchliński, Raciborski, Maliński, Poźniak, Olszewski, Grzybowski… Nazwisk robotników nie ma, wśród nich było naszych pewnie jeszcze więcej, są natomiast liczby.

W najintensywniejszym okresie, w latach 1895-96, przy budowie pracowało około 100 tysięcy chłopów, więźniów, zesłańców, żołnierzy. Najwięcej trudności sprawiały surowe warunki klimatyczne. Trasa przebiegała przez tereny najczęściej bezludne, porośnięte ciężką do przebycia tajgą, przecinały ją potężne rzeki, liczne bagna, jeziora, ziemię skuwał wieczny mróz. Nie było dróg dla dostaw materiałów budowlanych, a transportować trzeba było wszystko, za wyjątkiem drewna. Większość prac wykonywano ręcznie, przy pomocy najprymitywniejszych narzędzi – topora, piły, łopaty, kilofa i taczek. Pomimo tych utrudnień w ciągu niespełna 14 lat powstał odcinek trasy kolejowej od Czelabińska do Władywostoku i chińskiego Port-Artur na wybrzeżu Pacyfiku, będącego w owym czasie główną, ufortyfikowaną bazą morską rosyjskiej floty wojennej Oceanu Spokojnego. Średnia prędkość budowy linii wynosiła 740 kilometrów rocznie. Przekopano 100 milionów m3 ziemi, przygotowano i położono ponad 12 milionów podkładów kolejowych, około 1 miliona ton szyn i złączy, wybudowano około 100 kilometrów mostów i tuneli. Zakończenie prac, łącznie z trasą przez Chiny oraz szczególnie trudnym odcinkiem wokół Bajkału, ze względu na górzyste ukształtowanie terenu i wpadające do jeziora rzeki, nastąpiło w październiku 1904 roku. Ten tranzytowy, chiński wariant nie był pomyślany zbyt szczęśliwie, za Bajkałem zaczynała się Mandżuria, która po przegranej wojnie z Japonią dostała się w ręce przeciwników. W 1905 roku Japończycy zajęli nowo oddaną linię kolejową i twierdze w Port-Artur, więc Rosja musiała zdecydować o budowie obwodowej linii Amurskiej, liczącej 2 tysiące kilometrów, aby zapewnić sobie całkowicie niezależne połączenie z Władywostokiem. Budowa trwała aż do roku 1916.

Narzędzia pracy znajdują się w muzealnych zbiorach, obok nich stroje z tamtej epoki – chłopskie, pańskie, uniformy sołdatów i łachmany więźniów. Ciężkie dyby do zakuwania niepokornych i bizuny, którymi chłostano ich grzbiety, sąsiadują z kołokołami gumieńców, różnej wielkości i przeznaczenia oraz dźwięków. Jeden do ślubu, drugi na pogrzeb dzwonił, innego znowu kupcy używali, swój mieli żandarmi. Ołówkiem jakiegoś rysownika przedstawiony jest szkic łagru, w którym trzymano katorżników. Baraki, pomieszczenia nadzoru, wieżyczki strażnicze, wszystko otoczone wysoką, drewnianą palisadą. Drutu kolczastego jeszcze brak, ten amerykański wynalazek upodoba sobie dopiero następna władza.

W 1895 roku w samym tylko Przyamurskim Kraju, przy budowie transsybu trudziło się ponad 11 tysięcy zesłanych na ciężkie, przymusowe roboty. Dzień roboczy u robotników kontraktowych wynosił od 12 do 14 godzin, więźniowie, podobnie, jak żołnierze, pracowali dłużej, praktycznie aż do kresu sił. Nędznie odziani, zimą temperatury dochodziły do -50 stopni, wytrzymywali tylko nieliczni. Spali w ciasnych, prowizorycznie skleconych barakach, bez podłóg. „Na przestrzeni szerokości trzech sążni i siedmiu długości mieściło się trzydziestu skazanych – odnotowywał reporter jednej z ówczesnych, liberalnych gazet. – Prycze stały w jednym rzędzie, pół arszyna nad ziemią. Brud panował na nich straszny, siedzący na pryczach ludzie co chwile drapali się po bokach, piersi i głowie, najwidoczniej insekty nie dawały im spokoju”. Racje żywnościowe były głodowe, prowiant często zepsuty i brakowało opieki lekarskiej. Szerzyły się więc epidemie, śmiertelność wśród zk-ów była duża. Danych na ten temat nie udało mi się niestety znaleźć, podobnie jak liczb mówiących o łącznych stratach ludzkich, poniesionych w czasie budowy transsybu. Potocznie bywa ona jednak nazywana drogą na kościach.

CAŁY TEKST: transsyb_milewicz