Obrazki z Iranu (4) – jeszcze Teheran

Adam Slaski

Z Teheranu do Isfahanu

7 października

Najbardziej zadziwiającą rzeczą w Teheranie było to, jak podobny był do Polski. Na pozór różnice są spore, bo ruch uliczny, bo toalety, bo hidżab, bo to ogromne miasto, 6 razy większe od Warszawy. Ten rozmiar właśnie sprawia wiele kłopotów w ruchu ulicznym i nadaje ulicom styl, który odpowiada stereotypom o Bliskim Wschodzie. Pisząc te słowa, zbliżam się do Isfahanu, niedługo przekonam się zatem, co było właściwością Teheranu, a co jest charakterystyczne dla Iranu w ogólności.

Jeśli chodzi o mieszkańców, to muszę przyznać, że Polak wyróżnia się na ulicy. Ale już w drugą stronę to nie działa, większość Irańczyków nie zwróciłaby na siebie uwagi w warszawskim metrze, ciemne włosy nikogo w Polsce nie dziwią, a teherańczycy mają w większości jasną karnację.

Uderzająca jest autentyczna życzliwość teherańczyków. To nie jest turystyczne miasto, nie ma więc polowania na nadzianych obcokrajowców, jeśli nie liczyć taksówkarzy na lotnisku, którzy bezczelnie próbowali naciągać podróżnych. Nie wszyscy, ale jednak sporo osób porozumiewa się po angielsku, a każdy chce pomóc, zaprowadzić, wskazać drogę. I robią to bezinteresownie, traktowali mnie jak gościa, o którego należy się zatroszczyć. Jednocześnie nie ma w tym natarczywości, której bardzo nie lubię. Zarówno couchsurfingowcy, jak i przypadkowo poznane osoby, wszyscy okazywali się bardzo mili.

Sądzę, że mało kto z nas zdaje sobie sprawę, że Teheran jest jednym z wielkich miast naszego świata. Myślimy raczej o Paryżu, Londynie i Nowym Jorku, a zapominamy o Kairze czy Teheranie. A te ogromne miasta mają swoją długą historię, własną kulturę, swój charakterystyczny rytm i własne zapachy. Zasługują na swoją miejska symfonię i poczesne miejsce na mapach.

teheran-skateparkWieczorem po powrocie z Tochal oznajmiłem Shayanowi, że wybieram się następnego dnia do Isfahanu, więc zabukowaliśmy szybko byle jaki hotel, żebym tylko miał gdzie spać. Hotel jest czysty i wifi działa, ale jest położony przy autostradzie, przy obwodnicy, trochę za miastem. Ma to jednak pewną zaletę. Chciałem zobaczyć pustynię i pustynia zaczyna się zaraz za moim oknem.

Obrazki z Iranu (3) – góry

Adam Slaski

Tochal

6 października

Teheran otaczają góry Alborz. Właściwie to jest górskie miasto, bo różnica wysokości między centrum a północnymi dzielnicami wynosi kilkaset metrów. Taka sytuacja powoduje oczywiście wiele zabawnych sytuacji, bo pogoda w centrum jest zupełnie inna niż odległych dzielnicach. Uniwersytet jest położony na północy i może tam szaleć burza śnieżna, a niefrasobliwi studenci przyjeżdżają w lekkich ubraniach, bo kilka stacji metra dalej trwa ciepła jesień.

tochalII (2)Udałem się więc na samą północ miasta, a następnie ruszyłem w góry. Początkowo szlak otaczały z obu stron restauracje, takie tradycyjne, w których herbatę pije się, półleżąc. Trwało to dość długo, zastanawiałem się, czy na pewno idę dobrą ścieżką, bo wcale nie wyglądało to na trasę wędrówkową. Z trasą w ogóle był problem, bo nie potrafiłem zlokalizować swojej pozycji na mapie. Ta z trudem zakupiona mapa pokazywała panoramę gór, nie jestem do takich map przyzwyczajony i słabo się w niej orientowałem, ale żadnej innej nie udało mi się dostać pomimo długich poszukiwań. Restauracje wreszcie się skończyły, ja natomiast zrobiłem się głodny. Doszedłem wreszcie, po jakichś 2,5 godzinach marszu, do schroniska, które okazało się zamknięte. Ten moment mógł być końcem wędrówki, gdyby nagle z za zakrętu nie wyłoniła się para turystów. Byli to, jak sądzę, dziewczyna i wynajęty przewodnik. Oboje Irańczycy, mówili bardzo dobrze po angielsku, wyjaśnili mi, gdzie na prawdę jestem i że schronisko jest godzinę drogi w górę i jest z całą pewnością otwarte.

tochalRuszyłem zatem w górę, a przede mną były liny i poręcze. Podejście było ciężkie, droga prowadziła przez skały, właściwie była to wspinaczka. Nie znam w polskich górach schroniska, do którego byłoby tak trudno dojść. Wreszcie dotarłem na miejsce, do schroniska Shirpala. Bardzo duży budynek, cztery piętra, nie widziałem wszystkich pokojów, ale zgaduję, że łóżek było ponad 50, być może koło setki. Kiedy przyszedłem wszystko poza jadalnią i meczetem było zamknięte, potem objawił się pracownik, otworzył mi sypialnię i powiedział, że restaurację otworzy o ósmej (była piąta).

tochalII (4)W międzyczasie zaprzyjaźniłem się z innymi podróżnymi. W jadalni poza mną siedziała para młodych Irańczyków i jeden samotnik. Para okazała się bardzo sympatyczna, poczęstowali mnie herbatą z termosu i pożartowaliśmy razem, nie mówili niestety ani słowa po angielsku. Samotnik znał angielski, ale nie był w najmniejszym stopniu skory do rozmowy.

Jak pożartowaliśmy, skoro nie znali anielskiego? Otóż w Iranie obowiązuje specjalny rodzaj etykiety, zwany tar’ouf. Działa to tak, że jeśli nie chcesz się czymś dzielić, to i tak musisz zaproponować, ale takiej propozycji nie wolno przyjąć. A jeśli czegoś oczekujesz, musisz odmawiać i ustąpić dopiero po dłuższych targach. To zdarza się podobno nawet w supermarketach: kasjerka mówi “proszę nie płacić, to drobnostka”, klient na to “ależ chętnie zapłacę” i tak się bawią. Ale spróbuj powiedzieć “zgoda” i wyjść nie płacąc – od razu wezwą policję.

A więc ja zacząłem odmawiać, jak gdybym sądził, że herbata, którą mnie częstują to tar’ouf, a ich ubawiło, że już poznałem zwyczaje ich kraju. Rzecz jasna nikt przy zdrowych zmysłach nie uprawia tar’ouf z turystami.

Rzeczą wartą wspomnienia jest, że powyżej schronisk hidżab nie obowiązuje. To znaczy obowiązuje, ale obowiązek ten jest powszechnie ignorowany. Dziewczyny, które spotkałem, nie udawały nawet, że mają jakiś symboliczny hidżab, chusteczkę, czy coś podobnego. Chodziły z gołą głową albo w czapce z daszkiem.

Otwarto wreszcie restaurację i okazało się, że na kolację można zamówić fasolę z puszki podgrzaną w mikrofalówce. Zjadłem z pokorą tę mało apetyczną potrawę, ale z trudem zachowałem powagę, gdy “kucharz” zapytał mnie na koniec “was it delicious?”

tochal (1)Rano po śniadaniu ruszyłem w drogę na szczyt. Według kucharza czekały mnie 3-4 godziny podejścia, według turysty-samotnika – pięć godzin. Na szlaku poza mną nie było zupełnie nikogo, Irańczycy tłumnie ruszają w góry w weekendy, ale w ciągu tygodnia nie spotkasz żywej duszy. Na trasie nie było już więcej skał, jedynie prosta droga przez kamienie i osty. Gdy ścieżka wyprowadziła mnie na grań zrobiło się chłodno i założyłem polar. Miałem ze sobą sporo ekwipunku: kurtkę przeciwdeszczową, śpiwór, matę samopompującą i płachtę biwakową. Oczywiście, żadna z tych rzeczy mi się nie przydała.

tochalII (3)Na szczyt dotarłem po 4 godzinach, co uznałem za niezły wynik. Szło mi się znakomicie, rozrzedzone powietrze tym razem w ogóle mi nie przeszkadzało – być może zaaklimatyzowałem się, śpiąć w Shirpali na wysokości około 2900 m n.p.m. Tochal liczy sobie 3962 m, czyli jest to kolejny prawieczterotysięcznik w mojej karierze.

tochal (2)Widoki na szczycie rozczarowały mnie, gdyż nad Teheranem unosił się smog, który ograniczał widoczność, a góry Alborz zasłaniała mgła. Gdy robiłem zdjęcia, objawił się nagle goprowiec, który bardzo się zdziwił, że ktoś wybrał się na Tochal w tygodniu i wyjaśnił mi, że dobra widoczność jest jedynie o świcie i musiałbym nocować na górze, żeby zobaczyć Damavand – najwyższy szczyt Iranu.

tochalII (1)Goprowiec posługiwał się perfekcyjną (na ile mogę ocenić) angielszczyzną i zupełnie nie miał irańskiego akcentu. Sądzę, że musiał wychować się w USA, albo pochodzi z zamożnej rodziny, która zapewniła mu bardzo staranne wykształcenie.

Na Tochalu wytyczone są trasy narciarskie, są tam liczne wyciągi i kolejka linowa. Goprowiec poradził mi, bym z niej korzystał, ale okazało się, że z powodu małego ruchu zamknięto dziś wcześniej. Czekały mnie więc 2000 metrów zejścia okrężną drogą, która omija skały, ale za to ciągnie się niemiłosiernie.

Po południu spotkałem bardzo miłego Irańczyka, z którym razem schodziliśmy przez kilka godzin, rozmawiając na migi. Pan znał tylko podstawowe zwroty po angielsku (mówił za to po francusku i arabsku, ale ja nie znam żadnego z tych języków). Dowiedziałem się jednak, że ma 44 lata, dwoje dzieci, jest prawnikiem, oraz że był gruby, ale schudł dzięki sportom. Razem zeszliśmy do dolnej stacji kolejki. Stamtąd metrem dojechałem zmordowany około 21 do mieszkania Shayena.

tochalII

Die kleine große Welt (20)

Monika Wrzosek-Müller

Der Tarot Garten der Niki de Saint Phalle

Sie wollte eigentlich von dem Skulpturengarten in der Toskana berichten, von dem Weg dahin, von ihrer Enttäuschung – und dann nach einem Gespräch mit einer Freundin hielt sie inne, schaute tiefer und fand viele Gesichter des Gartens, die sie vorher nicht gesehen hatte.

Den Garten wollte sie natürlich sehen, er war schon eine Berühmtheit und in der westlichen Welt so etwas, wie ein Muss, wenn man in der Gegend war. Sie kurvten und wendeten, um den Weg zu finden, ziemlich lange; die bescheidenen Hinweisschilder waren rar. Sie kamen von der falschen Seite, nicht von dem wunderschönen Städtchen Capalbio, das oben auf einem Hügel thronte und es mit seinen mittelalterlichen Mauern mit Monterregioni aufnehmen konnte, oder vielleicht sogar noch reizvoller war, mit dem Blick aufs breite, weite Meer. Aber sie kamen an und hatten, stellte sich heraus, wenig Zeit; der Garten wurde schon um 18.00 Uhr geschlossen, es war September.

Immer wieder hatte sie sich nach ihrer Ankunft im Westen konfrontiert gesehen mit dem westlichen Feminismus, mit dem sie nicht viel anzufangen wusste und den sie am Anfang in der BRD mit einem ziemlich schlampigen Stil der Kleidung assoziiert hatte, mit Stricken in den Hörsälen der Universitäten und dem Fehlen von Frauen in den oberen Chefetagen, vielleicht auch mit der Zeitschrift „Emma“ und der Person Alice Schwarzer. Für ihre Generation aus Polen, die der Töchter von Müttern, die alles schmissen: den Job, die Versorgung des Haushalts, Klavierspielen und eine gewisse Intellektualität, wenn die Zeit dafür reichte, waren die Kämpfe der Frauen hier anfänglich irgendwie lächerlich und auf jeden Fall unverständlich. Allmählich ging ihr auf, dass in der Welt des Geldes die Sachen sich anders gestalteten, und irgendwann etwas später, auf einer Konferenz im südenglischen Harrogate, bei einem Panel über Frauen in der polnischen Opposition, verstand sie, dass ihre Mutter zwar alles bewältigt hatte sich aber ihres Werts keineswegs bewusst gewesen war, und eigentlich auch keine Feministin. Den „kleinen“ Unterschied zwischen den Feministinnen und den überlasteten, chronisch kranken und überarbeiteten Frauen in ihren vielfältigen Berufen in den sozialistischen Ländern lernte sie erst allmählich.

An das alles dachte sie nicht, als sie durch den Garten an der Grenze zwischen Toskana und Latium ging; das kam erst später nach dem Gespräch mit Andrea. Danach hat sie sich über die Künstlerin, Niki de Saint Phalle informiert, über ihr Leben und den Fluch, der sie verfolgte, und den Segen der Kunst, der ihr erlaubt hatte, so zu leben, wie sie wollte, Kunst als Lebensprinzip zu kultivieren. Vor allem berührt hatte sie die Schönheit der Künstlerin, die aus den Fotos von ihr sprach: das feine filigrane Gesicht und die schlanke Figur, die Schönheit, die im Wiederspruch stand zu den von ihr dargestellten groben, fleischigen, rundlichen und manchmal fast vulgären Frauenfiguren. Ihre „Nanas“ waren für viele Frauen in der alten BRD ein Inbegriff des Feminismus; die bunten Gestalten sah sie einmal auf einer Reise nach Hannover, auch in Bonn, auch die riesige, viele Meter lange Figur von Hon vor dem Moderna Museet in Stockholm.

Doch da in der Toskana, an dem schönen Abend, erschienen ihr die Figuren zu grell, zu bunt, zu aggressiv und demonstrativ, ganz anders als die Umgebung; der Hinweis der Künstlerin auf die Verbindung und Inspiration bei Gaudi und Hundertwasser fand sie nicht gerecht, weil die beiden tief mit den Städten verbunden waren, für die oder wo sie ihre Werke schufen. Sowohl der Park Güell in Barcelona als auch das Elektrizitätswerk in Wien waren jeweils für den Standort errichtet, nicht austauschbar, verwurzelt und einmalig. Den Tarot Garten konnte sie sich dagegen in der Gegend um Berlin auch gut vorstellen; würden die Menschen nicht auch dahin strömten, um sich die wunderbar farbigen, bunten, fröhlichen Figuren anzuschauen? Das Argument, dass diese sich mit der männlichen Welt der italienischen Provinz auseinandersetzten, nahm sie nicht ab. Sie existierten für sich, im Kreis der 22 Figuren der Tarot Karten, das große Arkanum des Spiels, mit einigen Tiergestalten, Wohnensembles dazu. Zwar waren wie immer ihre Geschlechtsteile gut sichtbar und überdimensional, aber das war der Stil der Künstlerin.

Nun war sie aber drin und ging hinter Familien mit vielen Kindern her, die vor Freude und Erregung bei so viel Farbe, Spiegel und Spiegelung quietschten. Sie spielten mit den Tieren, ließen sich fotografieren, drauf, drunter und daneben. Überhaupt war der Garten für selfies wie geschaffen, animierte, die Posen der Figuren einzunehmen, sich zur Schau zu stellen. Sie bewunderte die unheimliche Arbeit, die feine und genaue Ausführung, die Fantasie der Künstlerin. Es war zugegeben schwerste Arbeit, die riesigen Figuren zu schaffen, zuerst aus einem Geflecht von Eisengittern, dann mit Beton zu bespritzen; erst danach kamen die Keramikfliesenarbeiten oder die Bemalung. Die oft verwendeten Spiegelscherben funkelten und spiegelten das Licht der untergehenden Sonne wunderbar, die Farben waren frisch und kräftig, lebendig, wie gerade aufgetragen. Je nach dem Licht der auf- und untergehenden Sonne konnte man unheimliche Fotografien machen, mit Farben, die aus einer ganz anderen Welt waren; wahrscheinlich, dachte sie, musste man sich da etwas länger aufhalten, um den Charme und die Seele des Gartens zu ergründen und ihm zu erliegen. Die Künstlerin selbst verstand den Garten als einen meditativen Ort und zum Tarot-Spiel sagte sie sehr klug einmal: „Das Leben ist wie ein Kartenspiel, wir werden geboren, ohne die Regeln zu kennen, aber jeder von uns muss mit dem Blatt spielen, das er bekommt.“

Zu Hause in Berlin stellte sie herrlich gelbe Sonnenblumen in eine prachtvolle Vase einer schweizerischen Künstlerin, der Mutter einer Freundin, die in Massa Marittima lebt und dort ihre wunderschönen Keramikarbeiten herstellt – eine einmalige Vase, die mit kleinen sich spiegelnden, gelblich-goldenen und burgunder-rostroten Mosaiksteinchen ausgekleidet ist.

Obrazki z Iranu (2) – Teheran

Adam Slaski

W Teheranie

3 października

A teraz seria obrazków zatytułowanych “Shayan robi abgusz”.

abgusz1abgusz2abgusz3abgusz4Idea jest zasadniczo następująca: gotujemy długo razem ciecierzycę, kurczaka i ziemniaki. Następnie odlewamy wodę do miseczek, dodajemy dużo chleba i powstaje zupa. Resztę rozgniatamy i powstaje drugie danie.

Jemy po persku, czyli rozkładamy na dywanie obrusik i siadamy przy nim po turecku.

Wieczorem poszliśmy na spotkanie couchsurferów. Było dość dziwnie. Najpierw każdy się przedstawiał niczym na spotkaniu anonimowych alkoholików. Potem chwila na swobodne rozmowy i wspólne śpiewy. Atmosfera dość hostelowa. Irańczycy są bardzo serdeczni, a w tej piwnicy poczuli się na tyle swobodnie, że niektóre dziewczyny pozdejmowały hidżaby.
Ale jak ktoś zaczął robić zdjęcia, część z nich założyła je z powrotem.

Teheran generalnie jest pochyły, na północ oznacza zawsze “pod górę”. Północne dzielnice są więc położone dużo wyżej, mają czystsze powietrze i bogatszych mieszkańców. Jeśli udać się odpowiednio daleko można dojść do końca miasta, dolnej stacji kolejki linowej itp. Trochę tak, jakby metro w Warszawie dojeżdżało do Kuźnic. Wieczorem pojechaliśmy do tych Kuźnic, czyli do Darbandu. W weekend był tam tłum, wszyscy chcieli pooddychać górskim powietrzem i zobaczyć panoramę Teheranu by night.

teheranocteheranoc3 teheranoc2Na tych zdjęciach widać wreszcie, jaki Teheran jest ogromniasty. A w praktyce objawia się to tak, że nikt nie zna ulic poza swoją najbliższą okolicą, ludzie ciągle pytają o drogę. W każdej dzielnicy operuje inna korporacja taksówkowa, więc jeśli nie jesteś u siebie, a chcesz zamówić taryfę, musisz dowiedzieć się lokalsów, na jaki numer dzwonić.

Na koniec jeszcze dwa zdjęcia z dziś. Nie ma na nich niczego specjalnego, bo chodziłem dziś po sklepach, kantorach i innych banalnych miejscach. Nie wiem nawet, co to za budynek, ale wydał mi się interesujący.

budynekinteresujacy

Przez 2-3 dni nic się tu nie pojawi, bo opuszczam Teheran i nie będę miał dostępu do Internetu.

Życzę wszystkim miłej niedzieli.

Obrazki z Iranu (1) – pierwszy dzień

Informacje od Adama Slaskiego o jego pobycie w Iranie (właśnie tam jest) docierają do mnie za pomocą appu Telegram. Nigdy bym nie pomyślała, że będę z takich appów w ogóle korzystać, ale mam właśnie nową komórkę i stwierdziłam ze zdumieniem, że nawet budzik w telefonie jest appem. Powiadam Wam, człowiek nie wie, że mówi prozą.

Publikowałam tu już tu relacje polskiej Perskiej żony z Iranu, od dziś przez kilka (a może kilkanaście) następnych niedziel pisze o Iranie nieżonaty Polak.

Adam Slaski

Przyjazd

29 września

Pierwsza zabawna rzecz: w Iranie jak wiadomo jest cenzura internetu, zablokowano więc gazeta.pl i wp.pl, ale nie politykę. Mają widać lepsze układy z ajatollahami.

W samolocie to wyglądało tak: połowa kobiet miała zasłonięte włosy, a połowa odkryte. W momencie lądowania pach-pach wszystkie wyciągnęły chusty. I na lotnisku nie było kompletnie żadnej kontroli, mogłem mieć plecak pełen wódki 🙂

Wrrrr wikipedia nie działa.

Pierwszy dzień chodzenia po Teheranie przyniósł następujące refleksje. Ruch uliczny jest między palermo a hanoi – dużo trąbią, motory jeżdżą po chodnikach, żeby przejść przez jezdnię trzeba trochę odwagi, ale summa sumarum nie miałem z tym wiele problemów, pogubiłem się za to, jeśli można tak powiedzieć, bo właściwie chodziłem bez mapy i celu.

Mapa z przewodnika jest nic nie warta, a ta, którą dostałem w recepcji jeszcze gorsza, na żadnej nie ma np stacji metra, a metro jest całkiem spoko, 5 linii, osobne wagony dla kobiet.

Spotkałem wczoraj na lotnisku dwie pary z Polski i dziś jedną w muzeum. Myślałem, że to będą bardzo fajni ludzie, otwarci, ciekawi świata, tymczasem conajmniej połowa z nich to typowe polaki-cebulaki.
Nie wiem, jak tu trafili

paniikolko
Kółko od rydwanu i pani dla porównania. Pod spodem piesek i cudeńko z lapis lazuli. I pytanie: czy niebieskie naczynie też jest z lapis lazuli?

piesek1-2niebieskienaczynieA teraz plac imama Chomeiniego.

placchomeiniI na ulicy warszawskiej.

varschostreetA słyszeliście o różowych drzewach, które rosną w Iranie?

pinkdrzewo30 września

Dziś rano wymeldowałem się z hotelu i przeniosłem do mojego hosta z couch surfing. Trafiłem naprawdę znakomicie. Shayan jest anglistą, miłośnikiem angielskiej literatury. Jest bardzo oczytany i ciekawie się z nim rozmawia. Zaprzecza też wszelkim stereotypom o Iranie

Po południu spotkałem się z Irańską malarką, która zabrała mnie do muzeum sztuki współczesnej. Wystawa stała jest bardzo dobra, choć jest tylko jeden obraz irańskiego malarza, reszta to zachodnia klasyka: Kandinsky, Jackson Pollock, Mark Rothko etc.

Rozmawialiśmy też o literaturze. Choć przygotowywałem się intensywnie do wyprawy, nie wypadłem najlepiej w oczach Sepidar. Stwierdziła, że “Ajatollah śmie wątpić” się nie liczy, bo było napisane po angielsku, a „Persepolis” po francusku.

Zatem nie czytałem żadnej irańskiej książki, wstyd!

Z drugiej strony okazuje się, że Szachinszach nie jest zupełnie znany w Iranie (Shayan słyszał, ale on czytał wszystko). Byliśmy też na ulicy bukinistów. Wygląda to tak (nie zrobiłem zdjęcia), że wszystkie lokale są zajęte przez księgarnie, księgarnia przy księgarni, a na ulicy z łóżek polowych i kocyków sprzedają “prywaciarze”.

Sepidar wyjaśniła mi, że to te książki na kocykach, to pozycje zakazane w Iranie, wydano je na kserokopiarce z powodu cenzury.

Słowo “zakazane” stosuje się w kontekście Iranu często, ale chyba znaczy tu coś innego niż sądzimy 🙂

Na koniec chciałbym podkreślić, że dziś w Iranie środa środunia, bo jutro zaczyna się weekend. Piątek to dzień święty, a czwartek jest odpowiednikiem soboty. Nie jest jednak wolny obligatoryjnie. niektore instytucje się zamykają, inne pracują tylko dopołudnia, a jeszcze inne cały dzień.

Spotkałem dziś na śniadaniu w hotelu Polaków. Byli bardzo mili, interesujący ludzie. dużo podróżowali, opowiedzieli mi o wyprawie na wyspę świętej Heleny, bardzo skomplikowanej wyprawie, gdyż obejmowała podróż samolotem RAF-u, statkiem pocztowym i kilka dni oczekiwania w bazie marynarki brytyjskiej itp.

Wspólnie zaczęliśmy się też zastanawiać, gdzie odbyła się Konferencja Teherańska, pani bardzo chciała zobaczyć to miejsce. Niestety, prawdopodobnie się jej nie uda. układy odbywały się w rosyjskiej ambasadzie.

Jeszcze jedno. Próbowałem zapunktować w sprawie książek „Irańską Historią Miłosną”. Co prawda to Asia ją czytała, nie ja, ale dokładnie mi opowiedziała. Z tą książką jest jednak inny problem: To kompletna bzdura, napisana dla ludzi z zachodu, żonglująca stereotypami.

Generalnie na ulicach jest wiele par, trzymają się za ręce itp. Ccałowanie w publicznych miejscach chyba rzeczywiście nie uchodzi, nie widziałem ani razu, ale opowieści, jakoby nie dało się porozmawiać z dziewczyną przed ślubem trzeba włożyć między bajki.

Jeszcze jedna ciekawostka. Jest (chyba 35) rocznica wybuchu wojny z Irakiem. w parku jest wystawa poświęcona martyrologii, zdjęcia irańskich bohaterów wojennych itp. Są żołnierze, jest mułła, poważna atmosfera. Jest tez paintball, a czemu nie, przecież to się też kojarzy z wojną!

Jechałem dziś irańską współdzieloną taksówką (taką jak w Taxi Teheran).

Czwartek, 1 października

W Teheranie pada deszcz, rzadkie zjawisko, zamówili specjalnie dla mnie.

Widziałem dziś na ulicy dziewczynę bez hidżabu, było ciemno, pewnie myślała, że nikt nie zauważy. Z tym hidżabem to jest tu w ogóle śmiesznie, ten temat zasługuje na więcej uwagi, wrzucę zdjęcia i napiszę innym razem, bo teraz spadam na imprezę Irańczyków.

Miały przyjść dziewczyny, ale ostatecznie okazało się, że będzie gejówka, sami koledzy mojego hosta, bo ten chłopak, z którym paliłem sziszę to nie mój host, tylko inny gość z CS.

Piątek, 2 października

mostMost łączy dwa parki rozdzielone uprzednio autostradą. zdjęcia nie oddają tego w pełni, ale to fajna architektura i modne miejsce. Obok jest skatepark i inne atrakcje. Wybrałem się tam z Kamyarem, którego poznałem (jakżeby inaczej) przez couchsurfing. Potem poszliśmy na fajkę wodną. Kamyar miał w planach odwiedzić jakiś ładny lokal, ale ten okazał się być zamknięty, toteż wylądowaliśmy w spelunce dla lokalnych palaczy. Fajne miejsce, kobiet się nie wpuszcza, siedzą chłopaki i palą szisze, można zamówić herbatę albo oranżadę.

sziszaZ moim hostem Shayanem poszliśmy za to odwiedzić jeden z teherańskich pałaców. Okazał się rozczarowujący, za to zrobiliśmy sobie ładne zdjęcie w sali lustrzanej.

salalustrzana
Kilka słów o Shayanie. Pochodzi z mniejszości tureckiej (azerskiej) w Iranie, farsi jest dla niego drugim językiem. Jego mama zanim przeszła na emeryturę stała na czele czegoś w rodzaju samorządowego kolegium odwoławczego.

Shayan skończył rok temu anglistykę na uniwersytecie teherańskim, mówi świetnie po angielsku i jest znawcą anglosaskiej literatury. Obronił pracę o Cormacku McCarthym, można z nim porozmawiać o nowej książce Rotha itp. Jest bardzo oczytany, dużo bardziej ode mnie.

Myśli o doktoracie, ale nie ma ochoty wracać na uniwersytet w Teheranie, gdyż profesorowie tworzą kółko wzajemnej adoracji, a poziom badań nie jest najlepszy. Rozważa wyjazd za granicę, ale życie na zachodzie jest bardzo kosztowne dla Irańczyka, więc jeśli nie dostanie jakiegoś dobrego stypendium, w grę wchodzi głównie Turcja.

Wczoraj poszliśmy do imprezę do kolegów Shayana. Impreza to duże słowo, było nas tylko pięciu. Początkowo planowano coś większego, ale okazało się, że dziewczyna gospodarza nie może przyjść, więc odwołał też inne koleżanki, a potem okazało się, że ja będę, więc odwołał kumpli, którzy nie mówią po angielsku. Ta piątka mówiła po angielsku bardzo dobrze, swobodnie żartowaliśmy przez cały wieczór. To byli wszyscy bardzo inteligentni goście, na bieżąco z kulturą, filmami, muzyką, serialami, książkami i wszystkimi tymi rzeczami, które są w Iranie zakazane. A jednak udało mi się pozostać gwiazdą wieczoru, gdyż im trudno jest podróżować i bardzo rzadko wyjeżdżają. Opowiadałem więc o podróżach do Meksyku, Wietnamu, Armenii itd., które to opowieści nie robią na nikim wrażenia w Polsce, a w Iranie można nimi zaimponować kompanom.

Można też zaimponować znawstwem alkoholi. Oni piją głównie bimber albo przemycaną wódkę, nikt oczywiście nie bawi się w szmuglowanie piwa, które stało się w Iranie zupełnie nieznane. Także wino należy do rzadkości, bo wychodzi bardzo drogo. Co innego marihuana, którą łatwo hodować w domu, a policja nie przywiązuje do niej wagi, choć oficjalnie jest oczywiście surowo zakazana. Trawa stała się więc popularna i każdy popala.

A może nie każdy? Towarzystwo, w które tu wszedłem, jest dość specyficzne. Studenci obcych filologii z zasady są zainteresowani zagraniczną kulturą i trybem życia. W każdym społeczeństwie stanowią nieco odrębną grupę. To samo dotyczy artystów, więc również Sepidar nie można uznać za typową Irankę. I nic nie wskazuje na to, żebym miał spotkać jakichś “typowych Irańczyków”, bo przeciętni ludzie nie mówią po angielsku. Z angielskim w szkole jest podobnie jak w Polsce, a chyba nawet gorzej. Dużo gramatyki, mało mówienia, 10 lat takiej nauki i człowiek nie umie się dogadać w najprostszych sprawach. Jeśli ktoś mówi, to znaczy, że wychował się ambitnej rodzinie, która posłała go na dość kosztowne lekcje. Teraz Shayan sam korzysta z tej sytuacji i dobrze zarabia, udzielając lekcji angielskiego

A co to znaczy dobrze zarabiać w Iranie? Pensje są podobne do Polskich, porównywalne. Płaca minimalna to około 300$ (w Polsce chyba bliżej 400), 2000$ uważane jest już za bardzo dobrą stawkę (tyle zarabia kolega Shayana, który jest programistą). Podatek jest niski, toteż Shayan nie bardzo rozumiał, czemu dopytywałem, czy to jest kwota brutto czy netto.

Bardzo drogie są za to mieszkania (brzmi znajomo?). Shayan nie mógłby wynająć mieszkania z własnej pensji, ciągle pomagają mu rodzice. Dla większości młodych ludzi oznacza to, że nie są w stanie wyprowadzić sie z domu przez wiele lat. To jest zdaniem moich rozmówców największy problem Iranu, wcale nie hidżab ani polityka rządu.

Die kleine große Welt (19)

Monika Wrzosek-Müller

Monte Argentario

Sie war wieder im Paradies gelandet – zwischen den Grabmälern (tombe) der Etrusker, römischen Ruinen oder eher Ruinen einiger römischen Städte auf den Hügeln und in den küstennahen Ebenen. Daneben gab es Lagunen; die östliche Levante, in der das Meerwasser überwog, und die Westliche Ponente mit dem Süßwasser, wo sich mehrere Fischbecken und eine Fischfarm fanden und das Wasser leider die Gerüche der sich in engen Becken tummelnden Fische weitergab und die Lust, diese dann abends zu essen, etwas verdarben. Doch von oben, von dem Hügel einer antiken römischen Stadt, sah alles aus wie ein Traum, das Wasser in drei, eigentlich vier Farben, das offene Meer und die beiden Lagunen; die eine dunkel, morastig, verdunstend und die andere grün, grünlich, aber bewegt und das Meer blau, mit Schaumkronen auf den Wellen. Bei näherer Betrachtung waren selbst die beiden Meere verschieden, unterschiedlich das Wasser; das eine klar und durchsichtig, das andere mit Sand aufgemischt, gelblicher; alles durchbrochen mit langen Linien vom Grün der Pinienwälder, das sie an das Grün der indischen Teeplantagen erinnerte, und Schilf und Macchia, und der lange gelbe Streifen des Sands der Strände. Dahinter ragte der große Monte Argentario, von dem der Blick über die vielen Meere und die kleinen Inseln frei gleiten konnte. Es war ein Paradies für Menschen und Tiere, sorgsam vor den nachlässigen und, wenn es um die eigene Mühseligkeit und Bequemlichkeit ging, überaus toleranten Italienern geschützt und bewacht, ein Naturreservat, ohne die üblichen kleinen Umwege und größeren Wege, auf denen man doch mit einem Auto oder Motorino durchschlüpfen konnte; nur Fahrräder waren zugelassen; die konnte man sich ausleihen und die sechs Kilometer lange Pineta entlang radeln. Selbst die Zahl der streuenden Hunde und Katzen war begrenzt, genauso die Zahl der immer wieder an den Stränden wandernden Schwarzen, die verschiedensten Waren anboten. Doch sie waren vorhanden und machten aus dem Paradies ein purgatorio, ein Fegefeuer, wo die Versuchung groß war, immer mehr, immer neue Sachen zu kaufen, zu haben, und die Menschen in den Bars und in den Restaurants konnten es nicht lassen und kauften und redeten sich ein, sie würden den Bedürftigen damit helfen und ihr Gewissen etwas damit beruhigen und die andere Welt vergessen, die aber immer wieder an ihre Türen klopfte.

Sie war diesmal fest entschlossen, die Reste der alten Kulturen zu sehen; die geheimnisvollen Etrusker mit den stolzen Römern, die beiden antiken Kulturen, die sich hier immer wieder mischten und ergänzten. Von den Etruskern hatte man hauptsächlich die Nekropolen in Hülle und Fülle, die Sarkophage schmückten jedes größere Museum oder gar Rathaus, Rathausplatz oder andere wichtige Plätze; die Nekropolen lagen ausgebreitet auf weiten Flächen, darüber gingen dann irgendwann doch die Römer mit ihren breiten, mit Basalt gepflasterten Straßen, schufen weite Konstruktionen ihrer Städte, mit herrlichen Villen, mit Thermen und Küchen, mit Aquädukten, die das Wasser aus entferntesten Gegenden brachten, mit Tempeln und Foren, wo sich die Bürger versammelten. Man konnte die Übergänge oder besser das Zusammenleben der Kulturen sehen, beobachten, wer was von wem genommen, übernommen hatte, vervollständigt und nützlicher gestaltet. Es waren überschaubare Flächen, man konnte sie an einem Tag ablaufen, und sich dann im Stillen immer wieder wundern, wieviel Aufmerksamkeit diese alte Kultur der Etrusker ihren Toten widmete; die imposanten Skulpturen auf den Deckeln der Sarkophagen mit den auf einer Seite, in einer völlig unbequemen Pose liegenden Gestalten bewundern: die eine Hand vor dem Körper ihn abstützend, die andere auf der Hüfte, auf der Seite liegend. Es waren sowohl Männer als auch Frauen, reich gekleidet, in wallenden Gewändern, beide Geschlechter gleich zahlreich repräsentiert; eine der wenigen antiken Kulturen, in denen die Frauen die gleichen Rechte wie die Männer zu haben schienen, was selbst bei der Ausschmückung der Gräber zum Ausdruck kam.

Sie hatte den Eindruck, sie luden ein in ihr Reich, ihre Welt der Toten ein, verströmten steinerne und ewige Ruhe. Es gab so viele von den Skulpturen, dass man sich fragte, wie wohlhabend diese Gesellschaft gewesen sein musste, um sich solche Art von Gräbern leisten zu können. Wie gut oder schlecht ging es dann den Lebenden? Es gab auch bescheidenere Varianten der Gräber, die wie große steinerne Pilze aussahen. Sie standen zusammen auf größeren Flächen, runde wunderbar bearbeitete Steine, die auch etwas Tröstendes und Solides ausstrahlten. Diese ferne Welt der Toten, versteinert und in sich ruhend, verschaffte ihr ein wohliges Gefühl von Ruhe und Kühle, brachte Ablenkung und Abstand von der realen, sehr chaotischen Welt, die zu ihr aus den Bildern und Texten der Zeitungen vordrang und sie erschütterte.

In der globalen realen Welt gerieten die Massen der Flüchtlinge in Bewegung, sie waren nicht mehr zu stoppen, nicht mehr zu lenken; die Menschen kämpften um ihr Überleben, sie wollten ihr erbärmliches Schicksal nicht mehr ohne Gegenwehr ertragen; sie flüchteten vor der Unmenschlichkeit, dem Krieg, den Diktaturen. Das Erstaunliche dabei war nur: Warum passierte das in diesem Moment, als ob alle auf einmal bemerkt hätten, wie schlecht es ihnen ging und wie wenig sie dagegen in ihren jeweiligen Ländern tun konnten. Die Bilder der Menschen eher der Menschenmassen, die die provisorischen Zäune in Serbien und die solideren in Ungarn passierten, auf Bahnhöfen in die Züge drängten, erfüllten sie mit Angst. Sie konnte kaum glauben, dass sie alle jetzt, hier Hilfe benötigten; vielleicht wollten sie ihre Welt verändern oder an dieser heilen Welt wenigstens teilhaben.

Sie versuchte in den antiken Welten Ruhe und Antworten auf die vielen sich drängenden Fragen zu finden, wie lebten damals die Menschen zusammen; was verbindet die Menschen, was teilt, wie schafft man Harmonie, Wohlgefühl im Leben? Es gab natürlich keine Antworten; die steinerne Welt ruhte in verstaubten Räumen und auf den weiten Feldern der Steine und die neue schien erst den Anlauf zu nehmen, und es war nicht klar, wohin sie steuerte.

 

Z sadów pradziadka do… złóż złota przy granicy chińskiej

Andrzej Rejman

Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki

Dziadek był geologiem. Ukończył studia w Instytucie Górniczym w Petersburgu, i był przykładem Polaka, który studiował za caratu w Rosji a potem pracował naukowo, mimo wielu przeciwieństw, wojen i rewolucji. Był według wielu źródeł znakomitym uczonym. Do dziś na stronach miasta Brack nad Angarą wspomniany jest jego pobyt w tym mieście w 1920 roku w kalendarzu wydarzeń ważnych dla regionu.

1._Stanislaw_Hrebnicki_w_Petersburgu_ok_1912Dziadek w Petersburgu rok 1913

Albin Zdanowski (z Oddziału Górnośląskiego Instytutu Geologicznego w Sosnowcu) pisze opisując wyprawy zabajkalskie (1913-1914) St. Hrebnickiego:

2.Stanislaw_Hrebnicki_ok_1913_na_KaukazieDziadek na Kaukazie

“…20 sierpnia 1914 cała grupa zeszła w dolinę Gusinojego jeziora gdzie Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki na powierzchni znalazł wychodnie czerwonych iłowców z wkładkami białych piaskowców oraz z pokładami węgla brunatnego przypuszczalnie wieku jurajskiego. To odkrycie zapoczątkowało dalsze badania geologiczne, rozwój przemysłu górniczego, a w konsekwencji budowę miasta Gusinooziersk….”

Czytam w Wikipedii: miasto Gusinooziersk – niegdyś miasto, a obecnie osiedle typu miejskiego w Azji, położone na terytorium Buriacji w Rosji (Syberia). Leży na północnowschodnim brzegu Jeziora Gęsiego w kotlinie gusinoozierskiej. Centrum rejonu selengijskiego Buriacji. 25 400 mieszkańców w 2005.

5._Stanislaw_Hrebnicki_w_pracy_w_Instytucie_GeologicznymDziadek podczas pracy w Instytucie Geologicznym

i dalej:

“…Rok 1916 był kolejnym rokiem poszukiwań wolframu w górach Kukulbej na wychodniach mezozoicznych intruzji granitowo-syenitowo-diorytowych, identycznych do tych na górze Bukuka, choć oddalonych od niej około 50 km na wschód. Takich form geologicznych na Zabajkalu, w pobliżu granicy z Chinami, odkryto kilkanaście.
Szczegółowe badania geologiczne tych struktur, rozpoczęte w 1916 roku m.in. przez S. Doktorowicz-Hrebnickiego, a następnie kontynuowane przez geologów rosyjskich (później radzieckich), doprowadziły do odkrycia złóż polimetalicznych, w tym złota i srebra, których nielegalna eksploatacja rozpoczęła się już w latach 20tych XX stulecia. Złoża w tych strukturach, częstokr rozpoznanych czy też wykartowanych przez S. Doktorowicz-Hrebnickiego, są do dzisiaj eksploatowane w okolicach Nerczyńska i Sreteńska...”
(Przegląd Geologiczny nr 58/2005)

6a.notka_w_Zyciu_Warszawy_o_jubileuszu_SDH16b._notka_w_Zyciu_Warszawy_o_jubileuszu_SDH2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Notka z Zycia Warszawy

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pomyślałem sobie, ciekawe, jak to twórcza myśl jednego człowieka powoduje wiele następstw i wpływa na losy wielu ludzi w przyszłości…

A przecież Stanisław Hrebnicki był człowiekiem niezwykle skromnym, a jednocześnie pełnym poczucia humoru, czasem dość specyficznego, z pewnością bardzo “kresowego”.

Jego pasją i hobby była fotografia. Dzięki temu w archiwach rodzinnych znajduje się dziś wiele cennych zdjęć dokumentujących wyprawy geologiczne, życie codzienne, wiele tu zdjęć znajomych i przyjaciół, oraz rodziny, która była bardzo liczna.

4._Stanislaw_Hrebnicki_z_corka_Julia_Warszawa_lata_30teZ córką Julią w Warszawie 

Twardy komunista z cmentarza w Krościenku

Tomasz Fetzki

Twardy komunista z cmentarza w Krościenku

Jest niewielka, niepozorna i na dobrą sprawę można ją przeoczyć. Nic nie wskazuje na to, że do wybuchu ostatniej wojny ta osada nad Strwiążem, dopływem Dniestru, była jedną z największych i najbogatszych wsi w okolicy. Właściwie małym miasteczkiem: niemal półtora tysiąca mieszkańców, kościół, cerkiew, synagoga, ukraińska spółdzielnia przetwórstwa drzewnego, biblioteka oraz świetlica, polskie gniazdo organizacji Sokół. Wszystko dzięki doskonałemu położeniu, a zwłaszcza stacji kolejowej obsługującej tak ruch pasażerski jak i towarowy. Potem nadciągnęła zawierucha wojenna, część mieszkańców zginęła, część mniej lub bardziej dobrowolnie wyjechała, zaś w 1945 roku wioska znalazła się w strefie nadgranicznej… tyle, że po sowieckiej stronie granicy, która przecięła też linię kolejową, niwecząc jej znaczenie. Gdy zaś przyszedł roku 1951, w wyniku braterskiej wymiany terytoriów między naszym krajem a ZSRR (złoża węgla wokół Sokala w zamian za dzikie nieużytki okolic Ustrzyk Dolnych i Lutowisk; aż się prosi, by, wraz z Mozambickimi czworaczkami, zawołać: wy nam węgiel, my wam banana!) Krościenko – gdyż o nim oczywiście mowa – znalazło się na powrót w Polsce, ale znów w pobliżu granicy, która przebiega teraz niecały kilometr na wschód od wsi. I w tym kierunku podąża Viator, lecz na Ukrainę się nie wybiera. Nie tym razem, bo teraz ma na uwadze inny cel, który go już zresztą od dawna przyciągał, tylko jakoś tak dotąd nie złożyło się. Skądinąd, rozleniwiony faktem zamieszkiwania w strefie Schengen, od kilku lat nie może się Wędrowiec zebrać w sobie i wyrobić nowego paszportu.

Zatrzymać się trzeba zaraz za wioską. Oznakowanie, jakkolwiek niepozorne, jednak istnieje. Mały placyk typu klepisko, żadnego utwardzenia. Tam zostawia Viator samochód i pozostałe dwieście metrów pokonuje piechotą. Ścieżka zarośnięta i zaniedbana, ponadto trzeba naprawdę uważać, bo z obu jej stron rosną gąszcza wysokiego na ponad dwa metry barszczu Sosnowskiego. Monstrualne baldachy chwieją się przy najlżejszych podmuchach wiatru, grożąc poparzeniem. Ale czymże jest uraz spowodowany przez kontakt z Heracleum sosnowskyi, skoro w powietrzu unosi się coraz silniej zapach ukąszenia heglowskiego!

Jesteśmy na miejscu. Brama w miarę solidna, ale na szczęście furtka otwarta: nie będzie musiał Viator szukać dziury w płocie, tak, jak kilka dni wcześniej zmuszony był uczynić, aby się dostać na teren bejt-olam w Bobowej. Bo wejść tam musiał – innej opcji nie było. Tutaj bez problemu przekracza bramę, ozdobioną dwiema biało-błękitnymi chorągiewkami; dla pełnej jasności: miniaturami greckiej flagi państwowej.

Barwy narodowe Hellady gdzieś pośród beskidzkiej zieleni.

Cmentarz, by użyć ryzykownego sformułowania, czasy świetności ma już za sobą. Regularne pochówki ustały prawie czterdzieści lat temu, choć znaleźć można i groby XXI-wieczne. Trawa tudzież inne zielsko pleni się tutaj swobodnie i radośnie. Ale nagrobki zachowały się, generalnie, w przyzwoitym stanie. Napisy można odczytać bez problemu.

Bez problemu, o ile się, rzecz jasna, zna alfabet grecki. A jeśli nie, to też nie ma sprawy, bo większość inskrypcji oddano również łacinką.

Czas najwyższy, aby się Viator wytłumaczył z ewokowania woni heglizmu, którą jakoby da się tu wyczuć. Rzecz w tym, iż Grecy w Krościenku nie wzięli się przecież znikąd ani bez przyczyny.

Lata 1946-1949 nie były dla Hellady epoką wytchnienia po okrutnej nazistowskiej okupacji. Dwa różne pomysły na urządzenie państwa i społeczeństwa stały się przyczyną krwawego starcia, zwanego grecką wojną domową. Jak w wielu innych konfliktach tamtej złej, chorej na ideologię i nienawiść epoki, zwarły się w boju siły monarchistycznej prawicy z republikańską (a często komunistyczną) lewicą. Obie strony, tak jak wcześniej miało to miejsce choćby w Hiszpanii, stosowały terror, żadna nie wyszła z tych zmagań czysta. Armia królewska, dzięki poparciu Wielkiej Brytanii i USA, ostatecznie zwyciężyła. Liczni, naprawdę liczni czerwoni wraz z rodzinami musieli opuścić ojczyznę. Niemal piętnaście tysięcy z nich przybyło do Polski, zatrzymując się głównie na Dolnym Śląsku, zwłaszcza w Zgorzelcu. Po wspomnianej już tak zwanej korekcie granicy pewną ich część osiedlono w Krościenku i okolicznych wioskach. Niby dlatego, że górzyste okolice miałby im przypominać rodzinną Tesalię czy Macedonię, łagodząc gryzącą nostalgię. Inna rzecz, że coś z tymi ludźmi trzeba było zrobić, a dobrowolnie mało kto chciał wtedy tutaj przyjechać.

Zamieszkali przeto wśród podkarpackich pagórków, założyli spółdzielnię rolniczą Nea Dzoi czyli Nowe Życie, hodowali owce, uprawiali ziemię i próbowali sobie rzeczywiście życie na nowo ułożyć. Dominowali w miejscowym pejzażu społecznym do roku 1974, gdy większość z nich, korzystają z politycznych przemian w Grecji, wróciła do starej ojczyzny.

Niektórzy twierdzą, że świadomość, zdolność myślenia i refleksji, to nasze błogosławieństwo, inni – że przekleństwo. Jedno jest pewne: dar to uciążliwy i męczący. Stoi Viator pośród greckich nagrobków i myśli, myśli… choć wie, że odpowiedzi na swe pytania nie znajdzie. Bo jak sprawiedliwie i uczciwie zważyć, rozsądzić oraz ocenić tamte zwariowane czasy, trudne wybory życiowe, zaangażowanie, poświęcenie i ofiarę? Nie chodzi o oczywiste, jednoznacznie godne potępienia biografie czerwonych katów i cynicznych komunistycznych oprawców; dyskusja o nich jest zbędna. Ale co począć z tysiącami, jeżeli nie milionami tych, którzy szczerze wierzyli w nowy, lepszy świat i o niego walczyli? Gdyby wiedzieli wtedy to, co my wiemy dzisiaj, może wybraliby inaczej. A może nie. Zmarnowali najlepsze lata czy też nie? Powinni się wstydzić, czy przeciwnie – mają powody do dumy?

Kiedy myślimy o greckich komunistach i innych lewicowcach, musimy pamiętać o kilku ważnych sprawach. O ile chcemy, by nasza ocena była choć w miarę sprawiedliwa. Przede wszystkim spróbujmy się wczuć w ich sytuację: co my byśmy zrobili, gdybyśmy mieli okazję patrzeć, jak degeneraci, którzy jeszcze niedawno przez kilka lat gorliwie wysługiwali się hitlerowskim okupantom, uczestnicząc w prześladowaniu własnego narodu, teraz, jakby nigdy nic się nie stało, wracają do łask, więcej – stają się podporą nowego ładu? Po której byśmy stanęli stronie? A te szuje jeszcze kilka razy pokazały, na co je stać! Długo nie mogli przyjąć do wiadomości, że ich czas minął. Wszak ostatnim, excusez le mot, odbiciem tej czkawki, wybitnie sfermentowanej i nieświeżej, były jeszcze rządy czarnych pułkowników. To dopiero po ich upadku emigranci mogli bezpiecznie powrócić do domu. I o tym zapominać nie wolno. Poza tym warto mieć świadomość, że bojownicy Demokratycznej Armii Grecji w żadnym razie nie mogą być nazwani sowieckimi pachołkami. Walczyli na własny rachunek. Cień górala kremlowskiego tutaj nie straszył, bowiem ten, który palce tłuste jak czerwie w grubą pięść układa, a słowo mu z ust pudowym ciężarem upada, do spraw greckich się nie mieszał, oddając kraj aliantom zachodnim; dość miał do połknięcia i strawienia terenów bardziej na północ.

W centrum Krościenka wznosi się niepozorny pomnik. Postawili go miejscowi Grecy; przyjrzyjmy się, czyją pamięć sławi.

NIKOS BELOJANNIS CZŁONEK KC KPG
DZIAŁACZ MIĘDZYNARODOWEGO RUCHU ROBOTNICZEGO
BOHATER NARODU GRECKIEGO URODZ. 1915
STRACONY 30.III.1952
PRZEZ REAKCYJNY RZĄD GRECKI

Z Krościenkiem Nikos może i nie miał wiele wspólnego, ale z Polską jak najbardziej: tutaj przebywał czas jakiś jako emigrant. Mógł sobie bezpiecznie mieszkać dalej, ale tęsknota i poświęcenie sprawie pchnęły go do powrotu. A w ojczyźnie czekał na niego ustawiony polityczny proces i egzekucja, mimo, że na całym świecie protestowali przeciw niej ludzie, których często trudno posądzić o najmniejszą choćby sympatię dla komunizmu. Powszechnie znana jest wszak znamienna refleksja prawosławnego arcybiskupa Aten, Spirydona: Jestem głęboko poruszony etyczną wielkością Belojannisa. Przewyższa nawet tę u pierwszych chrześcijan, jeśli zważyć, że Belojannis nie wierzy w istnienie życia po życiu.

Niewątpliwie liczni mieszkańcy Krościenka znali Belojannisa osobiście. Ich zdaniem zasłużył na pomnik. Nie tylko ich zdaniem: monumentów Nikosa powstało więcej. Ewo Mario, wy tam w Berlinie też macie takowy, nieprawdaż? (Ależ tak proszę bardzo – na dziedzińcu Wyższej Szkoły Technicznej w dzielnicy Treptow, czyli na terenie dawnego Berlina Wschodniego – EMS)

4 NikosZdjęcie Belojannisa wykonane podczas procesu. Sławny Mężczyzna z goździkiem, inspiracja dla wielu artystów, zwłaszcza dla Picassa.

I jak oceniać takich ludzi, ich biografie, wybory życiowe, ideały? Nic tu nie jest proste ani łatwe. Viator tego nie rozstrzygnie. Czy ktoś uczciwie powie, że potrafi?

Jedno wszakże uczucie rodzi się w Viatorze z całą pewnością na greckim cmentarzu w Krościenku. I to pomimo świadomości kontrowersji oraz zażenowania, jakie może budzić znajdująca się tam symbolika. Szacunek. Dla wierności dochowanej ideałom.

Mia dzon dosmene eton agona – całe moje życie jest walką (Mirka, dzięki!) Tak chciał być zapamiętany Ewgenis Cironis, takim go przeto pamiętajmy. A gwiazda i tak odpadła, więc nie przywiązujmy do niej wagi.

Ale Ewgenis to jeszcze nic! Ostatecznie odszedł młodo, może i nie miał czasu, by się rozczarować. Co innego ten naprawdę spiżowy komunista, który zmarł w Krościenku w wieku 75 lat. Od pewnego czasu można było bezpiecznie wracać pod błękitne niebo Hellady, lecz dla niego było już na to chyba zbyt późno, zapewne ze względu na wiek. Ale swą wiarę zachował do końca. Szacunek!

Chodzi o nagrobek pośrodku. Symbolika aż bije po oczach. Przynajmniej Viatora. A was?

Jeszcze jedno, na koniec. Przypatrzcie się krzyżowi na sąsiednim nagrobku. Można razem? Można!

Czy WIECZNY, tego Viator nie wie; ale ODPOCZYNEK – z całą pewnością. Zasłużyli.

 

 

Tajemnica cmentarza w Radomsku

Tomasz Fetzki

Bejt-olam, czyli dom wieczności, czyli cmentarz żydowski, popularnie zwany kirkutem. Jest ich w Polsce około tysiąca: starszych i młodszych, rozmaitej wielkości, w różnym stopniu zachowanych. Każdy godzien odkrycia, toteż Viator odwiedził ich już wiele. Ale bejt-olam w Radomsku jest pośród nich, z pewnych względów, wyjątkowy. Zastanawiał się Wędrowiec, czy do publicznej wiadomości podawać to, co tam odkrył, a co intymności dotyka. Ale skoro ktoś sam umieścił to na widoku… Miał zapewne intencję, aby rzecz była szerzej poznana.

Radomszczański cmentarz warto odwiedzić nie tylko ze względu na tajemnicę, jaką skrywa, a którą za chwilę Viator przedstawi. Można w nim bowiem czytać jak w książce dzieje polskich Żydów. Oto, przemieszczając się z jego starszej, zachodniej części, na wschód, obserwujemy, jak zmieniał się kształt macew oraz ich okazałość, jak przekształcały się artystyczne motywy sepulkralne, jak miejsce świętego, liturgicznego języka hebrajskiego zajmował jidysz: mame-loszn, język matczyny; by w końcu zauważyć coraz częstsze inskrypcje wykute po polsku – dowód postępującej asymilacji.

Starsza, dziewiętnastowieczna część cmentarza. Napisy na płytach nagrobnych kute w czcigodnym języku hebrajskim.

Młodsze, dwudziestowieczne kwatery. Inskrypcje na macewach już zazwyczaj w codziennym, świeckim jidysz, a czasem nawet po polsku.

W najnowszej części nekropolii polskojęzyczne nagrobki wręcz przeważają. Kontrastując ostro z napisem hebrajskim, umieszczonym nad wejściem do ohelu kryjącego groby rodu Rabinowiczów, dynastii radomszczańskich cadyków.

Inskrypcja na grobowcu głosi: Baal Tiferet Szlomo zecher cadik liwrocha, czyli Błogiej pamięci bogobojny, dzierżący imię Tiferet Szlomo (podziękowania dla Pani Borzymińskiej!) – to Salomon Rabinowicz, założyciel dynastii.
A nagrobki na pierwszym planie, jak wspomniano, opatrzone polskimi napisami.

Wejdźmy na chwilę do tego ohelu. Jako się rzekło, wiele kirkutów odwiedził Viator, ale takich macew, jakie odkrył w radomszczańskim grobowcu, nie widział dotąd nigdzie. Zawsze sądził, że żydowskie płyty nagrobne są jednobarwne, koloru skały, z której je wyciosano.

Nagrobki rodu Rabinowiczów. Nie tylko, że polichromowane, ale jak jaskrawo!

Właściwie wnętrze sanktuarium, kolorowe macewy, stosy karteczek z prośbami do świętych mężów, to temat na osobną gawędę. Ale nie dlatego opowiada Viator o swej wizycie w Radomsku. Nie przede wszystkim dlatego. Po cóż więc?

Opuśćmy grobowiec i przyjrzyjmy się jeszcze raz polskojęzycznym nagrobkom stojącym w jego sąsiedztwie. A zwłaszcza jednemu z nich. Właściwie nie macewa to, ale epitafium.

Ś. P. PAULA NEST
ZMARŁA DN 20 KWIETNIA 1986 R.
WYBACZ MI ŻE NIE DOTRZYMAŁEM
SŁOWA I TO MNIE BARDZO NIEPOKOI
CIEBIE TUTAJ NIE MA TY LEŻYSZ
W OBCEJ ZIEMI. MYŚLAMI NIE STOJĘ
NA MIEJSCU BO WE MNIE BIJĄ FALE
I CORAZ TO NOWE OBRAZY.
KAŻDY OTWIERA MNIE GŁEBIEJ
KAŻDY ODCHODZĄC OBMYWA MNIE
I WYDZIERA COŚ Z SERCA
SPLATAM DŁONIE BŁAGALNIE.
JAKŻE MOCNO KOCHAŁEM CIEBIE
TĄ, KTÓRĄ TERAZ W KAŻDEJ CHWILI
UWIELBIAM TAK JAK KIEDYŚ.
ZAWSZE JESTEM Z TOBĄ
I POZOSTAJĘ W GŁĘBOKIM ŻALU.
KOCHANEJ POLI
MOJEJ NAJDROŻSZEJ ŻONIE
NATHAN – JAN NEST

Co, oprócz świadectwa wielkiej, pięknej miłości, kryje poetycka inskrypcja? Jaką tajemnicę? Viator nie byłby sobą, gdyby bodaj nie spróbował jej rozwikłać. Nawiązał już jeden znaczący kontakt, być może uda się dzięki niemu rozświetlić mroki radomszczańskiego sekretu; jeżeli tak się stanie, Wędrowiec poinformuje o tym Czytelników. Na razie szuka po omacku… no, może nie całkiem. Wpadł bowiem na pewien trop, przekopując zasoby Wielkiej Sieci.

Jakie słowo dał swej żonie Natan Nest? Czy nie chodziło przypadkiem o odzyskanie kogoś, kogo oboje zagubili w dniach Apokalipsy? Kogo zza oceanu przybył szukać kilkanaście lat potem? Bez skutku zresztą, choć niebo i ziemię poruszył.

Historię tę można poznać w całości w Gazecie Częstochowskiej numer 17 z roku 1960, na stronie 9. Przywołajmy to, co w relacji Ocalonego najważniejsze. Słyszeliście na pewno już wiele takich opowieści, ale przeczytajcie i tą. Warto.

„… Po wkroczeniu hitlerowskich zbirów wygnano nas do ghetta. Zaczęły się akcje, gnębienie i morderstwa. Potem otoczono ghetto. Cudem z żoną umknęliśmy z tego piekła. Zaczęła się wędrówka. Kobieta na wsi, która nas przyjęła i uratowała była dla nas matką i pozostanie nią do końca życia”

(…) Zygmunt M. mieszkał kiedyś razem w jednym podwórku z Nestami. Pewnego dnia Nest zjawił się u M. i oznajmił, że jego żona, Pola jest w ciąży i lada dzień spodziewa się rozwiązania. – Uciekamy, panie M. – powiedział pobladły Nest. Muszę za wszelką cenę ratować Polę i dziecko… Mam tylko do pana prośbę. Niech pan jakoś przeprowadzi nas do bezpiecznego miejsca, żebyśmy mogli się wydostać z miasta… Tego wieczora Nestowie przemierzyli drogę z Radomska do Kocierzowów… Potem znaleźli się we Fryszerce. Właścicielka tamtejszego majątku nie rozmawiała długo z Nestem. – Mówi pan, panie Nest, że chce się pan ukryć. Że pańska żona spodziewa się dziecka… – Proszę bardzo, panie Nest, jeżeli ma pan złoto, wszystko jakoś załatwimy… Ale Nestowie nie mieli złota. Mieli tylko iskrę nadziei, że uda im się wyrwać śmierci. Że nie zabiją ich, zanim urodzi się dziecko. Wtedy losem żydowskiego małżeństwa zajęła się prosta, wiejska kobieta, którą Nest nazywać będzie do śmierci matką. Józefa Straszewska służyła we dworze w Fryszerce. To ona okazała się cichą bohaterką. U siebie, w maleńkim pokoiku, znajdującym się na uboczu zabudowań majątkowych, ukryła Nestów. Dziś ten fakt wydaje się bardzo prosty. Ale wtedy… – Tylko ja mogłam to zrobić – mówi Straszewska. – Do mojego pomieszczenia nikt specjalnie nie zaglądał. Czy się bałam? To nie był tylko strach. To była sprawa życia i śmierci moich dzieci, moich najbliższych, gdyby hitlerowcy wykryli Nestów. Ratowałam ludzi, którzy wyrwali się z rąk oprawców…

Natan Nest pisze:

„… Żona moja była w ciąży. Byłem zmuszony wyjść z ukrycia w poszukiwaniu akuszerki. Skierowano mnie do pani Wiśniewskiej w Radomsku…”

Nestowa urodziła po kilku dniach, w domu położnej Wiśniewskiej, syna. Potem przybył po nią Nest. Po nią i po dziecko. Mieli zamiar przenieść je do miejsca ukrycia.

„… Dziś trudno mi powiedzieć jak to się stało, że nie chwycili nas hitlerowcy. Przecież od Radomska do Fryszerki to kawał drogi. Nie mógłbym powiedzieć, co wtedy czułem. Tyle lat minęło. Ale to było przecież nasze pierwsze dziecko. To wszystko robiliśmy dla niego. Ryzyko? Nie, to były chwile, których pełnej treści nie można podać. Chcieliśmy zabrać dziecko od Wiśniewskiej, bo w tym samym czasie córka Straszewskiej również urodziła dziecko. Po krótkiej naradzie powiedzieli, żeby przynieść naszego syna. Mieli zameldować, że córka Straszewskiej urodziła bliźnięta. Ale pani Wiśniewska nalegała, żeby tego nie robić. Mówiła „zostawcie dziecko u mnie. Starajcie się sami jakoś ukryć. Znałam przecież Waszych rodziców. Skończy się wojna, zapłacicie za pobyt dziecka i odbierzecie je sobie…”

(…) Nadszedł rok 1945…

„… I znów nie umiem oddać nastroju tamtych dni, dni wolności, w roku 1945. To było zbyt wielkie przeżycie. Oślepiło nas… Udaliśmy się zaraz do pani Wiśniewskiej. Cieszyła się nami, że żyjemy, że przetrwaliśmy. Kiedy zapytaliśmy o dziecko, powiedziała nam, że żyje, że jest na wsi pod Radomskiem. – Ładny chłopczyk – mówiła – biega już, śmieje się, widziałam go dwa tygodnie temu. Płakaliśmy z żoną. To było przed wieczorem. Ponieważ wolno było chodzić tylko do 20-ej, Wiśniewska powiedziała: – Przyjdźcie jutro. Pójdziemy po dziecko. To były słowa, które nam zostały w uszach do dziś…”

Ale następna wizyta nie przyniosła rezultatu. Ani wiele dalszych. Wiśniewska wymawiała się różnymi powodami i zwlekała z pójściem po dziecko. Mijały tygodnie. Nestów ogarniała coraz większa rozpacz. (…) Po kilku tygodniach Wiśniewska nagle zmieniła wersję. Oświadczyła, że wysłała dziecko Nestów do Warszawy. Tam zginęło ono w czasie bombardowania. Potem drzwi mieszkania Wiśniewskiej nie otworzyły się już przed Nestami…

„… To było w kwietniu. Byliśmy bliscy obłędu. Zameldowałem o tym wszystkim władzom śledczym. Byliśmy razem z Wiśniewską na przesłuchaniu. Kręciła. Kłamała. Ale potem przyznała się. Powiedziała, że dała dziecko kobiecie ze wsi, która do niej nosiła mleko. Potem mówiła, że jest chora, żeby ją puścić z przesłuchania do domu. Kazała mi przyjść za dwa dni. W poniedziałek…”

Nest poszedł. Wtedy Wiśniewska oświadczyła mu wprost. – Ja się tam niczego nie boję. Jak mnie wsadzą, to mnie wsadzą. W tym samym czasie Nestowie zaczęli otrzymywać anonimy, w których zawarte były niedwuznaczne groźby. Nadchodziło ich coraz więcej. Coraz groźniejszych. Trudno było ustalić autora. Wreszcie Nest domyślił się, kto nim jest. Spotkał go kiedyś teść Wiśniewskiej, K. i powiedział otwarcie: – Panie Nest, chce pan być dobrym obywatelem? To siedź pan spokojnie… A kiedy, mimo tych pogróżek, Nest nie ustawał w poszukiwaniu dziecka, K. oświadczył mu pewnego dnia, że go zabije… W 1945 roku Nestowie opuścili Polskę i udali się do Stanów Zjednoczonych. Mijały lata…

(…) Zeznanie Nesta, identyczne z tym, jakie złożył piętnaście lat temu, jest pierwszym w sprawie „Morderstwa Mieczysława Nesta”. Tak, morderstwa. Jeżeli bowiem w dalszym ciągu nie natrafi się na nić, która zaprowadzi przedstawicieli władz śledczych do miejsca, gdzie przebywa chłopiec, trzeba przyjąć drugą alternatywę. Innej bowiem nie może być (…). Następuje moment najważniejszy. Zeznania ma złożyć Wiśniewska. Jest to w tej tragicznej historii świadek koronny, najważniejszy. Ona tylko najlepiej wie, jak potoczyły się losy dziecka. Ona kilkoma słowami może rozwikłać całą dramatyczną zagadkę. Ale Wiśniewska dochodzi w swych zeznaniach tylko do jednego punktu…

– W maju, 1943 roku, zjawiła się w moim mieszkaniu kobieta, którą znałam jeszcze z czasów przedwojennych. Była kosmetyczką. Wiedziałam, że jest Żydówką. Powiedziała mi, że chce urodzić u mnie dziecko, że ukrywają się z mężem kilkanaście kilometrów od Radomska. Wyraziłam zgodę. Po dwóch dniach Nestowa urodziła syna. Niedługo potem przybył Nest. Oświadczyli mi, że nie zależy im na dziecku, żebym zrobiła z nim, co chcę. Im chodzi tylko o uratowanie własnego życia. (…) Postawmy pytanie, które zresztą nieodparcie się nasuwa: kto (…) mówi prawdę, a kto kłamie? Świadków nie ma. Są tylko dwie zaineresowane strony. Za prawdziwością zeznań Nesta przemawia żelazna konsekwencja, z jaką powtarza on od piętnastu lat, niezmiennie, te same fakty, podczas gdy Wiśniewska zmienia wyjaśnienia. Ale te względy przemawiające za Nestem dla prawa są tylko domysłami. Prawo wymaga dowodów.

(…) Nadchodzi nowa, sensacyjna wiadomość. Wynika z niej, że w roku 1943 w posesji nr 10 przy ulicy Przedborskiej, a więc w domu sąsiadującym z tym, w którym mieszkała Wiśniewska, odnaleziono w czasie remontu kuchennego pieca rozkładające się zwłoki noworodka chłopca. Śledztwo skręca w tym kierunku. Zeznaje znów wiele osób. Wreszcie, po żmudnych dociekaniach i mrówczej pracy wywiadowców ustala się ponad wątpliwość, że wypadek miał miejsce w lutym 1943 roku, a wiec kilka tygodni przed urodzeniem się małego Nesta. Wyniki przesłuchań okazują się bez wartości. Śledztwo w sprawie „Morderstwa Mieczysława Nesta” pozostawione zostaje bez dalszego biegu.

Wojna zabrała miliony istnień ludzkich. (…) Ale wojna nie tylko zabijała. To brzmi niesamowicie, ale częstokroć gorszymi od śmierci, która wyrywała z grona żywych jednostki na zawsze, były tragedie takie, jak Nestów. Tragedie przynoszące ból i rozpacz na całe lata, przynoszące rozpaczliwe wizje i domysły.

Wiśniewska nie poniosłaby żadnej odpowiedzialności, nawet wtedy gdyby, ratując własne życie, zmuszona była pozbawić opieki pozostawione u niej dziecko i narazić je na śmierć. Groza okupacji nie uznawała żadnych praw. Łamała najwyższe nawet wartości ludzkie. I Wiśniewska, i Nestowie zdawali sobie doskonale sprawę z tego, że los dziecka nie zależy tylko od nich. Zależał w dużej mierze od szczęścia. (…) Ale Wiśniewska uczyniła Nesta, jego żonę na zawsze ludźmi nieszczęśliwymi. Zaszczepiła w ich dusze bolesną, targającą sumieniami wieczną nadzieję…

Ufff… wystarczy! Chciałoby się zapytać: Ile w każdym z nas jest Straszewskiej, a ile Wiśniewskiej? Aż korci, żeby zawołać: Między Straszewską a Wiśniewską rozpięta jest nasze egzystencja! I po co to pajacowanie? Ano, pod maską błazna ponoć najłatwiej ukryć łzy.

Dzieciątko z cmentarza w Berehach Horisznich

Tomasz Fetzki

Coś takiego można chyba nazwać podróżą sentymentalną. W poszukiwaniu bezpowrotnie utraconej młodości, he he. Odwiedziny, po trzydziestu latach od pierwszej wizyty, w jednej z bieszczadzkich wiosek.

Pewnych doznań nie da się powtórzyć i to z racji czysto technicznych: pociąg na trasie Przemyśl-Zagórz przez terytorium ZSRR już nie kursuje. A były to doznania co się zowie! Zwłaszcza dla nastolatka: te zasieki na granicy, ci sowieccy sołdaci pod bronią, obstawiający na czas tranzytu wszystkie wejścia do wagonów, świadomość, że mijane rzeki i potoki płyną ku Morzu Czarnemu, egzotyka PRAWDZIWYCH radzieckich miasteczek… Niżankowice, Dobromil i Chyrów z monumentalną bryłą sławnego Zakładu Naukowo-Wychowawczego Ojców Jezuitów (o tym, że klasztor pełnił kiedyś taką funkcję, Viator wtedy jeszcze nie wiedział, ale budynek zrobił na nim wrażenie). Wspomnienia natrętne… No, ale od Ustrzyk Dolnych trasa już ta sama: wielką pętlą bieszczadzką. Tyle, że trzy dekady temu trzeba było tłuc się zapchanym do granic możliwości autobusem, a teraz, gdy człowiek obrósł w piórka, porusza się samochodem. Co posiada tę między innymi zaletę, że można się zatrzymać w dowolnym miejscu, na przykład w punkcie widokowym.


Na horyzoncie Tarnica, Halicz i pasmo połonin. Na planie pierwszym, w dolince, Lutowiska. Zapamiętajmy tę miejscowość i te odległości, bo są ważne dla naszej opowieści.

Za Ustrzykami Górnymi skręt w prawo, jeszcze jedna przełęcz pokonana dzięki malowniczym serpentynom i jesteśmy na miejscu. Tabliczka głosi co prawda, że to Brzegi Górne, ale każdy, kto miał choć odrobinę kontaktu z tymi górami, nie powie inaczej, niż Berehy; Brzegi brzmią w ustach bieszczadnika nienaturalnie, jak zgrzyt. Berehy: taką właśnie, bojkowską nazwę, nosiła wieś, która się tu znajdowała do 1946. Wtedy, jak wszystkie inne okoliczne osady, została w wyniku walk z Ukraińcami zniszczona i wysiedlona. Choć z tymi Bojkami sprawa nie jest do końca oczywista. Na pewno to nie Polacy, lecz podobnie jak Łemkowie, Rusini wyznania greckokatolickiego lub prawosławnego. Ale czy Ukraińcy? Wśród samych Bojków nie ma co do tego jasności (trochę tak, jak wśród Ślązaków): niektórzy uważają swój lud za część wielkiego narodu ukraińskiego, inni twierdzą, że należą od odrębnej, karpatoruskiej nacji. Z Polakami także ich stosunki układały się różnie, nie zawsze dobrze, o czym świadczy choćby krwawy epizod wspólnej historii z przełomu 1918 i 1919 roku, zwany Republiką Komańczańską; zapamiętajmy go, bo jest ważny dla naszej opowieści. Nie Viatorowi te rzeczy rozstrzygać, wystarczy świadomość, że, bez wchodzenia w nadmierne niuanse, wszystkie okoliczne wsie wysiedlono hurtowo w niespokojnych tutaj latach po zakończeniu II wojny światowej. A każda z nich była w zdecydowanej większości rusińska. Średnio na kilkuset Łemków lub Bojków przypadało kilkunastu do dwudziestu kilku Polaków i tyluż Żydów. Tak było i w Berehach, choć źródła, do których dotarł Viator, z jakiegoś powodu są mocno rozbieżne; jedne mówią, że w roku 1921 na 445 grekokatolików przypadało 82 katolików rzymskich, inne, że w tymże roku mieszkało tutaj 497 Rusinów i 2 Polaków. Jak by nie liczyć, Polacy stanowili mniejszość. Znikomą. Najbliższa polska wieś, czyli Polana, znajdowała się około 20 kilometrów stąd… ale w linii prostej, a po drodze było kilka pasm gór i wzgórz. Zapamiętajmy te fakty, bo są ważne dla naszej opowieści.

Teraz w Berehach stoi jeden dom: tak było trzydzieści lat temu i nic się przez ten czas nie zmieniło. Tyle, że pojawiły się jeszcze: spory parking oraz budka mieszcząca sezonowy punkt informacyjny parku narodowego. Niektóre okoliczne wsie, takie jak Wetlina, Ustrzyki Górne czy Nasiczne odbudowano (inna rzecz, że ohydnie, bez cienia pomyślunku o związkach architektury z krajobrazem, ale jednak odbudowano). Berehy pozostały pustkowiem. Dlaczego? Kto wie, może dlatego, że leżą na końcu świata, w odciętej kotlince, wciśniętej między trzy potężne szczyty: Połoninę Wetlińską, Połoninę Caryńską i Wielką Rawkę? Pamiętajmy o tej izolacji, bo jest ważna dla naszej opowieści.

Strome, zdziczałe zbocze Połoniny Wetlińskiej dominuje nad doliną, w której kiedyś rozciągała się wieś.

Ludzi wygnano, domy spalono albo porzucono. Taki los spotkał też, co oczywiste, cerkiew i otaczający ją cmentarz. Który Viator odwiedza raz wtóry po trzydziestu latach. O nim skądinąd myślał, snując swego czasu opowieść o zatartych napisach cyrylicą kutych w kamieniach nagrobnych. Są, tak samo jak były wtedy. Nawet bardziej, bo od tamtego czasu pozostałości cmentarza kilkakrotnie były odnawiane przez miejscowych pasjonatów historii.

Cerkwi już dawno nie ma, a tyle pozostało z greckokatolickiego cmentarza. Na szczęście ktoś dba o to tyle.

Napisy cyrylicą kute w kamieniach nagrobnych. Przez niejakiego Hrycia Buchwaka, miejscowego artystę-samouka. On też wykonał ornamenty, widoczne na tym i innych zachowanych nagrobkach.

Dość dobrze wyrył Viator w swojej pamięci to miejsce. Większość szczegółów się zgadza. Ale nie ten. Tej płyty nagrobnej nie przechował we wspomnieniach. Dlaczego? Przegapił ją? Była zbyt zarośnięta zielskiem? A może jej kawałki tkwiły gdzieś w ziemi, a zostały wydobyte i zakonserwowane podczas jednej z renowacji? Bo przecież gdyby ją wtedy Wędrowiec zobaczył, zapamiętałby niechybnie: różni się wszak od pozostałych wyraźnie.

ATu spoczywa Janina Jankowska. Zmarła w pierwszej wjośnie życia. 14/3 1935.

Nie chodzi bynajmniej o metafizykę unoszącą się wokół grobu dzieciątka (niektórzy twierdzą, że taki grób to dowód à rebours na istnienie czegoś po drugiej stronie, bo przecież taka niesprawiedliwość to już o zbytni absurd się ociera… ale czy mało to innych absurdów na tym świecie, absurdów tryumfujących?) Nie o taką metafizykę chodzi, można jej doświadczyć na kwaterze dziecięcej najbliższego cmentarza, nie trzeba po to jechać na koniec świata, do Berehów.

Viator myśli raczej o matce Janeczki. O jej samotności. Spotęgowanej splotem okoliczności.

Bo koniec świata, bo wyniosłe, przytłaczające szczyty dokoła.

Bo sąsiedzi prawie wszyscy innego języka. Czy życzliwi chociaż? A może raczej wrodzy? Często dawni kresowiacy we wspomnieniach przywołują idylliczne współżycie kilku nacji, zniszczone dopiero przez demona wojny. Tak pięknie chyba nie było, pamięć cukruje Arkadię dzieciństwa. Wzajemna nienawiść, która wybuchła w roku 1939 i szalała kilka kolejnych lat, nie wzięła się znikąd… Nie chodzi o rozliczenia, kto zaczął i kto bardziej winien; na to nie czas tutaj i nie miejsce, zresztą i kompetencji brak Viatorowi do wydawania takich rozstrzygnięć. Idzie jedynie o proste stwierdzenie faktu, że napięcie między Rusinami i Polakami już wtedy było i narastało. Także w Berehach. Wydarzenia związane z Republiką Komańczańską rozgrywały się tylko kilkanaście kilometrów stąd i zaledwie szesnaście lat wcześniej. Pamiętano o nich z pewnością! Nie wyklucza to oczywiście istnienia jednostkowych serdecznych i przyjaznych kontaktów czy relacji. Czy matka Janeczki mogła na takowe liczyć? Czy miała sąsiadki, którym by się wypłakała w zapaskę?

Bo ciemna i mroźna zima. Tak, tak, Wędrowiec pamięta, że był marzec. Ale to są góry i śnieg tutaj czasem zalega prawie do maja. To chyba zima uniemożliwiła pochówek dzieciątka na cmentarzu rzymskokatolickim: najbliższy znajdował się w Lutowiskach – niby niecałe 20 kilometrów stąd, ale przez góry, w śniegu i błocie! Czy dotarł chociaż do Berehów ksiądz obrządku łacińskiego?

Czy mąż stanął na wysokości zadania i, pomimo surowego bieszczadzkiego życia i ciężkiej pracy, dał jej wystarczająco dużo ciepła i wsparcia? Czy miała inne dzieci, dla których mogła żyć?

Co się stało potem? Przeżyła wojnę, czy pochowana jest blisko Janeczki? A może wyjechała stąd gdzieś daleko? I zostawiła Janeczkę samą?

Koniec i bomba, ale kto czytał, ten nie trąba. Bo każda myśl o dzieciątku daje jej ulgę w tej samotności. Ot, taka metafizyka…