Berlin okiem nomady i flâneura (1)

Od Adminki: Nauka napływa ze wszystkich stron, ba, nie tylko nauka w ogóle, ale etnografia! Wspaniale. Bardzo lubię etnografię, mimo że ją tylko studiowałam, a nigdy nie “praktykowałam”. Byłam archeolożką i odróżnialiśmy nasze nauki, czyli archeologię i etnografię, dwoma słowami. Garnki to była archeologia, koszyki – etnografia. Ale to było ponad 50 lat temu. Nie sądzę, by autor znalazł koszyki w Berlinie, aczkolwiek w Berlinie jest wszystko, więc z całą pewnością również koszyki.

Maciej Dudziak

O etnografii Berlina

Zastanawiam się, jakby tu zaprezentować Wam tę książkę, drogie Czytelniczki płci i niepłci wszelakiej. Trudno, bardzo trudno, już sam spis treści powala. Nie wiem, co wybrać jako zachętę. Spis treści jak wiersz o moim / naszym mieście. Już wiem, że na pewno zaprosimy autora do Polskiej Kafejki Językowej. Ale na to jest jeszcze czas, bo na razie wszystkie nasze Trzecie Piątki Miesiąca już do grudnia zajęte. Wybór jest więc całkowicie dowolny. I będzie za tydzień 😉


Wstęp
Antropologiczna nieuchronność świata znaczeń
Rozdział 1: Flâneur jako figura nowoczesności
Zastosowanie empiryczne: flânerie w praktyce badawczej
Walter Benjamin: montaż pamięci i dialektyka ruin
W.G. Sebald: flâneur jako archiwista pamięci i traumy
Synteza: trzy modele flâneuryzmu jako trzy metody poznania miasta
Inne figury tożsamościowe Berlina
Rozdział 2 Berlin: mapa mentalna
Plakat jako ślad wspólnoty. Dworce, słupy ogłoszeń i kontrstruktury codzienności
Terapia wspólnotą. O aktywności zbiorowej w świecie mieszających się rzeczywistości
Rozdział 3 Pierwsze spojrzenie. Przyjazd do Berlina i semiotyka dworca
Berliński ocean
Nawigacja
Podróżowanie
Bywalec
Squad – poszukiwanie wspólnoty
Inwazja kolorów – (nie)obecność Muru
Wizja
Rozdział 3 Zielony Lichtenberg. O przestrzeni, transformacji i gentryfikacji
Kiedy ulica traci głos mieszkańca. Lichtenberg między oswojeniem a wyobcowaniem
Miejsce jako potrzeba. Antropologia domu w mieście kryzysu
“Mietendeckel” – między ochroną a niepewnością. Antropologiczna refleksja o miejscu, prawie i lęku
Niewidzialne ciężary. O wzroście kosztów i antropologii niepewności
Miejsce jako potrzeba. Antropologia domu w mieście kryzysu
Simone. O utracie miasta, które było własne
Most jako granica, most jako rana. Antropologia przejścia przez Oberbaumbrücke
Przechodząc przez most. Flâneur na Oberbaumbrücke

Miasto nomadów. Bezdomność, wybór i antropologia współczesnej mobilności
Wspólnota przetrwania. Misje, bezdomność i cicha sieć troski
Recykling istnienia. Bezdomni jako cisi przetwórcy miasta
Efemeryczne wspólnoty. Nomadzi ulicy w berlińskiej antropologii przetrwania
Koczowiska między miastem a nieobecnością. Transetniczne wspólnoty nomadów w Niemczech
Liminalność — stan bycia pomiędzy. Antropologiczna figura przejścia
Liminalność jako orientacja. Topografia przemocy, punkty znaczenia i nieoczywiste mapy miasta
Fragmenty istnienia. Zróżnicowanie nomadów miejskich jako mikrostruktura przetrwania
Czas doraźności. Antropologia chwili w nomadycznym rytmie miejskiego przetrwania
Post-ponowoczesność jako krajobraz rozszczelniony. Antropologia w czasach po końcu
Retrotopie i iluzje jednorodności. Odpowiedź populistyczna na chaos post-ponowoczesności
Między usunięciem a powrotem. Koczowisko jako figura lęku i antropologii nieciągłości
Rozdział 4 Płynny czas i antropologia przyspieszenia. Post-ponowoczesność w rytmie zerwanej synchronizacji
Berlin — miasto przemęczone
Rozdział 5 CHAoS iN fORm. Rytuały przejścia, witryny tożsamości i nomadyzm estetyczny na Falckensteinstrasse
CHAoS iN fORm – historia miejsca jako mikrohistoria Berlina
Antropologiczna geografia sklepu
Znaczenie nazwy i filozofia przestrzeni
Kreuzberg: palimpsest kultur, oporu i przechwyceń
Rozdział 6 Zieloni Nomadzi. O ogrodzie, który sam się wydarza
Między skrzynką a krzakiem pora. Antropologia miejskiego ogrodu
Warstwy migracyjne nomadów regeneratywnych. Wspólnota po wspólnocie
Ogrody zamknięte, ogrody otwarte. Pomiędzy porządkiem NRD a nomadyczną wspólnotą
Dwa końce tego samego płotu: ROD-y i działki NRD jako formy wspólnoty przejściowej
Działka jako pole walki o sens wspólnoty
W stronę ogrodu hybrydycznego
Ogród jako pytanie o wspólnotę
Nowa diaspora: migracja klimatyczna i ekologiczne wspólnoty przejścia
W stronę wspólnoty przyszłości. Po katastrofie z ziemią
Kleingärten. Ogrody pomiędzy czasem a troską
Niepozorne archiwum troski
Ciało i miasto: relacja nielinearna
Sztuka antropocenu – krajobraz jako archiwum katastrofy i czułości
Ciało – granica między naturą i kulturą
Polityczność chwastów
Rolnik jako tłumacz: Regeneratywne rolnictwo w kontekście koncepcji prawodawcy i tłumacza Zygmunta Baumana
Rolnictwo regeneratywne jako antropologia gleby i wspólnoty
Rozdział 7. Berlin: zwierciadło świata
Pendler i nomada
Pismo jako magia. Frazerowska typologia magii w analizie współczesnej kultury tekstu
Zakończenie

Ciąg dalszy za tydzień

Odratowywanie Córy Pandory,

Matylda Wikland

bądź refleksy wokół t. zw. polskości na kliszy pomorskiego września

Wszystko jest tak, jakby już się stało.
“Ja Tylko Wspominam”, Armia

Odległe syreny z Westerplatte docierają do mnie, gdy przelewam kawę z termosu do kubka.

Termos przywiozła mi dzień wcześniej droga przyjaciółka, przekazując go w cieniu przyszpitalnych jabłonek. Szpital, zbudowany na założeniu przestrzennym porzuconego szpitala dla niemieckich lotników, jest otoczony pięknym lasem, w którego rytmiczny świerszczowy oddech wsłuchuję się nocami, gdy niepokój trzyma mnie przy przytomności. Tego dnia jednak przy przytomności trzyma mnie przykazanie lekarskie. Przy kwalifikacjach spytano mnie, czy będzie to problem, tak nie spać, niestety potrzeba obrazów zmęczonego mózgu do diagnostyki, itp., itd. Wzruszyłam ramionami i zapisałam w pamięci, aby spakować tom dzieł zebranych Szekspira (był to wybór o tyle chybiony, że gdy wyszłam ze szpitala, po angielsku mówiłam prawie wyłącznie rymem, a to i tak mimo faktu, że przeczytałam ledwo jedną trzecią tomiszcza).

Wracając do syren jednak, syren z Westerplatte (zawsze bawiło mnie, że ten bastion polskości, ten cel patriotycznych pielgrzymek, pozostaje jednym z niewielu miejsc na Pomorzu, któremu udało się zachować swoją niemiecką nazwę). Nie słyszę ich dosłownie, w sensie, nie słyszę ich sensu stricto, nie tak, jak gdy przyłożyłam ucho do uchylonego okna byłam w stanie rozpoznać coś w deseń odległych wystrzałów. Słyszę je zapośredniczone, przez wymęczony nadmierny użytkiem głośniczek telefonu, z transmisji in vivo. Cuda technologii, cuda zaciekłego pragmatyzmu, który kierował amerykańcami, gdy po wybranej światówce postanowili uprowadzić do swoich ośrodków badawczych co których nazistowskich wunderkindów. Słucham więc syreny, syrenki… Ogłaszam alarm dla miasta. Uwaga! Przeszedł! Niech trwa! Etc., i co tam jeszcze niedawni wyznawcy l’art pour l’art popełnili w obliczu zapaści. Stoją tam na baczność w różnorodnej interpretacji władze państwowe, władze dozbrajające, władze podżegające, stoją nieopodal NIGDY WIĘCEJ WOJNY wiedząc dobrze, że znaczy to tak naprawdę NIGDY WIĘCEJ NASZEJ PRZEGRANEJ.

Odkładam szybko kubek na stoliczek, aby pomóc B. z naszą małą salową inscenizacją historyczną, w której rolę Wehrmachtu odgrywają osy i szerszenie. Rankiem zgłosimy to oddziałowej i do wieczora na pobliskim budynku, jeszcze pamiętającym czasy Krankenhaus’a, odnajdą gniazdo, z którego wysyłano oddziały zaczepne do naszych pokomunistycznych okiennic. Więc się spina analogia.

Perspektywa na jabłonki rosnące między szpitalnymi budynkami, gdańska dzielnica VII Dwór

Wyżej wspomniana przyjaciółka, którą dla variété z nazwiska będę też nazywać Meller, poza termosem pożyczyła mi również książkę, którą “wybrała ze względu na lekką fabułę i podnoszące na duchu przesłanie.” Rzecz toczy się głównie wokół radykalnej akceptacji, tej adaptowalności człowieka, co jest zarazem zbawieniem i kamieniem piekielnym u nogi. Bohater ma nie tyle wiarę w bozię, że jest dobrotliwa, co w siebie, że przetrwa. Ba, że się urządzi. Urządzi w katastrofie, w pokoju, tym figuratywnym jak i tym na strychu córki. Podoła. Jak głosi myśl przypisywana francuskiej rycerskiej mistyczce Joannie d’Arc, (cytowana tu za “Procès de condamnation et de réhabilitation de Jeanne d’Arc”): [Q]uae respondebat quod non timebat armatos, quia habebat viam suam expeditam; (..) [E]t quod erat nata ad hoc faciendum.

Uciekaj strachu, rozpierzchnijcie się wątpliwości — cokolwiek to było, co umieściło mnie na tym padole, czy to taniec atomów czy działanie demiurga, niezbywalnie jestem, aby pomyśleć, że jestem, jestem, aby zrobić to, co zostanie przeze mnie zrobione. [E]t quod erat nata ad hoc faciendum, więc a kysz, a kysz, czy widzisz pański krzyż — jeżeli nawet istnienie jest absurdem, to przecież jest. I jesteśmy my. Może to symptom, objaw, metafizyczna wysypka, lecz są takie momenty, gdy czuję jak odpływam, i w trybie awaryjnym zarzucam kotwicę świadomości absurdu nieuchronności wszystkiego wokół.

Grobowiec rodziny Schützerów, cmentarz Rakowicki, Kraków

W trzydziestym dziewiątym pierwszy wrzesień wypadał w piątek; w bieżącym roku był to poniedziałek. Starałam się nie pozwolić sobie na zauważenie faktu, że wtedy było to w dzień uznawany za koniec tygodnia, a teraz w dniu uznawanym za jego początek. Co do zasady staram się sobie nie poczytywać wiele z takich figlów losu, lecz przyznać trzeba, że mogłoby być w tym coś kuriozalnego.

17 września 1931 r. w Stoczni Gdyńskiej zwodowano pierwszą całkowicie “domowo” zaprojektowaną i wykonaną jednostkę. Była to Samarytanka, jednostka medyczna. Jej powstaniu towarzyszyła, oczywiście, ogólna pompa. Jej życiu towarzyszyła, oczywiście, ogólna porażka. W jej losach dałoby się zakląć większościową trajektorię polskiego międzywojnia, lecz zatrzymajmy się na poetyce tego, że pierwszym dziełem Stoczni była, nomen omen, Samarytanka.

Widok na pomnik trzech krzyży pamięci poległych Wybrzeża, perspektywa od strony kiosku z pamiątkami, Gdańsk

Marzy mi się, aby w Gdańsku można było wypowiedzieć słowo solidarność bez redaktora radiowego szybciutko sprowadzającego rozmowę na temat Tej Solidarności, Tych Wydarzeń, Tej Legendy.

Zresztą, nawet i Ta była dla wielu pewnie nie Tą, a oczyma mimowolnie łzawiącymi po gazowej orgii w ‘70, nieodbytymi pogrzebami, zamkniętymi i zdemolowanymi ulicami, niedocierającą korespondencją, zaburzeniem toku życia. Teraźniejszość jest niepomijalnym stanem larwowym krwawo-skrzydłego motyla Tradycji/Legendy. Brzmi to być może banalnie, lecz wydaje się, że często zapomina się, zwłaszcza w dyskusji tzw. publicznej, że Wydarzenie jest kliszą, w którą zaklęto odbyty ruch, zdarzenie, działanie. Działanie będące udziałem wielu ludzi, a widowiskiem dla jeszcze większej ich ilości. Po fakcie pozostaje tyle powidoków, tyle niejednolitych odbitek, ile ludzi, ile umysłów. Przetrwanie poprzez rozproszenie.

Choć czasem, aby ocaleć, pomaga bycie zapomnianym.

Tak w każdym razie wyobrażałam sobie losy pomnika, przed którym stanęłam w sierpniowym słońcu po blisko kwadransie pałętania się po cmentarzu Rakowickim. Jak inaczej wyjaśnić nienaganny, świeżo okwiecony stan pomnika pamięci Ukraińców, położonego na skos i kilka alejek od słynnego “PAMIĘTAMY” wołyńskiego? Do tego, jak czytamy na stronie ukrainskanekropolia.org, będących przedstawicielami “Grupa społeczna: wojskowi.”

Może to karne posłuszeństwo temu marszałkowskiemu “ja was przepraszam panowie”? A może ten jednak pancerny całun niepamięci, jak ten spoczywający na niepozornym grobie wypisanym w całości po niemiecku. Na tym bastionie polskości, gdzie widziałam perfekcyjnie przypadkowego starszego pana składającego kwiaty pod Matejko. Tam, tu, w długim cieniu “przechodniu powiedz ojczyźnie iż wierni jej prawom tu spoczywamy”, natykam się na FRIEDE SEINER ASCHE. Część mnie chce wierzyć w etos obywatelski, etos tej efemerycznej solidarności mieszczańskiej, lecz patrząc na stan pomnika, bardziej prawdopodobne jest, że niczym piaski przelał się przez palce polskiej administracji. Któż to wie, zapewne archiwista cmentarny, jeżeli ktoś czuwa na tym posterunku.

Widok z boku na część kamienną zbiorowej mogiły żołnierzy URL na Rakowickim, słabo widoczny wpisany w krzyż herb Ukrainy

Aby w wyszukiwarce internetowej dostać się do informacji o pomniku żołnierzy armii URL, wpisać muszę narodowość nieboszczyków jak i datę z pomnika, a i tak wtedy nie jest to pierwszy wynik, ten zajęty przez pomnik “ukraińskich” co prawda, lecz nie wojskowych, a ofiar (“ludobójstwa”). Sama o nim dowiedziałam się dopiero z pomazanej tablicy ważnych grobów wbitej przez władze cmentarza w kilku miejscach Rakowickiego, w tym nieopodal pomnika wołyńskiego, dla którego głównie się pofatygowałam przez kładkę nad torami z dworca głównego. Liczyłam, że na rewersie a nuż zacytowano źródła wyrytych cytatów, najlepiej w stylu APA czy nawet MLA, lecz krzyżyk mi na drogę. Najlepszym tropem autorstwa zawołania “nie o zemstę” pozostaje, i stwierdzam to ciut histerycznie, Marek Edelman.

Świetlane fotony padają spomiędzy starych galicyjskich drzew na UMARLI ABY ZMARTWYCHWSTAŁA WOLNA UKRAINA, a na wschodzie bez zmian — zmartwychwstajemy panowie, strzepać tą zarobaczoną ziemię, zmartwychwstajemy. Życie to robota. Laury są dobre na opał, nie spoczywanie.

Groby na sopockim cmentarzu żydowskim; na pierwszym planie prawdopodobnie poletko pod roślinność, po niedawnych deszczach przemienione w taflę wody

Choć cenię sobie poetykę morza, tę tak zwaną otwartość na “tego na drugim końcu”, częściej kontempluję poetykę rzeki. Rzeka jest węzłem zawiązanym przez naturę, jest nicią utrzymującą szew. Samo się rozumie, że we współczesności mniej. Choć przynajmniej jeden masowy mord dwudziestowieczny (jeżeli się nie mylę Ormian) odkryto, gdyż rzucone do nurtu zwłoki spłynęły do sąsiedniego kraju, rzeka za nic ma granice, to nie jej sprawa. Przeniesie zwłoki, zaniesie wieść, zwiastowanie świętej Flussy. Tak więc poetyka połączenia, źródła, ujścia, i przestrzeni pomiędzy.

Jedną z rzeczy, za które cenię Trójmiasto jest fakt, że tutaj właśnie dochodzi do spotkania tych dwóch poetyk.

Wspominam o tym Meller, gdy wspinamy się Malczewskiego, mijając cmentarz katolicki i komunalny (przedwojenny ewangelicki, jak to już często w tych stronach bywa) w drodze do żydowskiego kirkutu. Wyjątkowe, w znaczeniu: rzadkie, jest w sopockim kirkucie, że znajduje się dosłownie płot w płot (teoretycznie jest to wręcz ten sam płot) z nekropolią katolicką, która sama znajduje się analogicznie wobec komunalnej (daw. ewangelickiej). Wspominam więc o tej otwartości, świadomości sieci wzajemnych połączeń; ona jednak odpowiada, że to pewnie kwestia przymusu logistycznego — miasto na tyle małe, a wymagania co do lokalizacji cmentarza tak wielkie, że spleciono pragmatyczny sojusz cmentarny. Ale zostawiamy to za sobą, już tylko brama z dumnym znaczkiem zabytku, wykute Ze Szaar Elohim i jesteśmy. Cmentarz żydowski w Sopocie jest bodajże najurokliwszym założeniem cmentarnym, jakie widziałam.

Wspinające się po dwóch stronach zamszonej ścieżki kolumnady nagrobków w różnym stanie odnowienia, odratowania, przyprószone jakby światłem przebijającym przez wysoki drzewostan. Tu i ówdzie znicze, kamienie, ale prawdziwie za serce łapie spinające lapidarium, przybysz z czasów rewitalizacji w latach 80., widocznie socrealistyczny w formie, lecz może i dlatego jeszcze bardziej ujmujący. Nagrobki, w większości wytarte, przetarte, pozbawione tożsamości, realizują w formie ekstremalnej projekt zrównania po śmierci. Ilość zniczy zadziwia. Na schodach lapidarium poprawiam białą różę, która stoczyła się z bukieciku. W oddali słychać przejeżdżające auta niczym nowy gatunek leśnych ptaków.

Patrząc na zaplanowanie przestrzenne cmentarza, ręce w kieszeniach spodni, mówię: naprawdę, chapeau bas, architekcie, niech błogosławiona będzie mączka kostna, na którą statystycznie rzecz ujmując ciebie przerobili.

Meller wymownie wywraca roześmianymi oczyma.

Graffiti zauważone na uliczce bocznej od gdańskiej Długiej; zaraz obok znajdował się, być może jako kontynuacja, napis NIC NIE JEST NA ZAWSZE

Dzień wcześniej debatujemy o polityce. Neo-polityce (Futurotyce?), choć właściwie chyba jednak całość polityki obecnie taką jest właśnie. Nawet ostentacyjnie nazwana “polityka historyczna” traktuje bardziej o przydatności historii, jej konotacjach, “wynikłościach”, niż jej samej. Mniejsza z tym. Debatujemy o tym, co mogłoby powstrzymać niechybny marsz polskiej praktyki politycznej ku szczującemu autorytaryzmowi.

Oś naszego sporu można wyklarować jednym stwierdzeniem: ona głosowała na Biejat, a ja na Zandberga.

Tragikomedia sytuacji umieściła się w tym, że korzystałam praktycznie z jednego argumentu, jednym ostrzem patrosząc co rusz bardziej skomplikowane konstrukcje teorii i przewidywań, działań i przeciwdziałań. Trzeba kodyfikować, trzeba betonować co się da, mówi, w ten sposób, gdy nadejdą, będzie im trudniej, będą zasieki prawne pozostawione, aby się na nie nabili. Zawsze więcej pracy leży w zniesieniu czegoś, niż tego nie zrobieniu. I wszystko to ładne, i piękne, i szyte na miarę naszych karkołomnych realiów, lecz oto proponuje mój kij w szprychy. Majestat prawa jest wart dokładnie tyle, ile (pewni, niektórzy) ludzie się nawzajem umówią, że jest.

Hulaj dusza, większości w Zgromadzeniu Narodowym raczej nikt nie zbierze. A i — jak po bandzie, to po bandzie. Po prostu zlikwiduje się i to. Czy coś w ten deseń, bliżej temu do ekspresjonizmu niż realizmu portretowego. Rzecz osadzona jest w tym, że koniec końców źródłem prawa jest człowiek je ustanawiający, a poza tą granicą czeka najpewniej świat iście hobbessowski.

Rozmawiając z nią, czułam się jak rosyjski anarchista w 1918 r. słuchający drogiego mu mienszewika. (Trochę na wyrost metafora, lecz w takich niestety się specjalizuję.)

Rzecz jest taka, że niedługo obie staniemy pod ścianą. Lecz ona padnie za próbę kompromisu, a ja za ogólną dewiację. Nie wywyższam jednego nad drugie: mam odruch dogłębnego szacunku wobec ludzi zdolnych do osiągania rzeczy poprzez kompromisy, zdolnych do osadzenia tak głębokiego skupienia na celu, do którego wyciągają dłoń, że są w stanie zignorować cięgi zbierane przez tą wyciągniętą dłoń, ludzi, o których się ocierają. Niestety ja jestem raczej absolutystą. Teorem Niekompletności Gödla dowodzi, że wyjaśnienia systemu nie da się znaleźć w nim samym. System jest niekompletny. Jego rozwiązanie leży poza.

Lecz wyjście z systemu jest również działaniem w odniesieniu doń; wyjścia więc tak naprawdę, sensu stricto, nie ma.

Karton w oknie i zdziwiony tymże stanem relief, gdańska ul. Świętego Ducha

Nim dowiedziałam się, że pomnik wstawiono w ’65 r., a jakaś tam większość przesiedleńców gdańskich wywodziła się z wileńszczyzny, wyobrażałam sobie lud, dla którego w hanzeatyckiej terra incognita stanowił kresowy axis mundi. W hagiograficznym szkicu o Lwowie Wittlin opisuje Sobieskiego jako wojującego wobec postawionego vis a vis budynku. Nie pamiętam, w którą stronę zwrócona jest gdańska reinkarnacja króla, lecz nie ma to chyba większego znaczenia. On wypowiada wojnę wszystkiemu wokół, ten lwowski pomnik przez lwowian wykoncypowany i wyryty, semper fidelis lecz czy to zdrada, gdy sam jesteś zdradzony, gdy salwowanie się ucieczką jest jedyną drogą ku dalszemu istnieniu. Temu nadmorskiemu powietrzu, tym zgrabnym kamieniczkom, temu nec timide on wypowiada wojnę, nec temere. Wyburzcie już po zakończeniu działań wojennych kolumny pamięci poległych pruskich wojen, tyle już tu gruzów, co zmieni kilka więcej. Za lat kilka wywalczymy prawo do przyjęcia wielebnego uchodźcy, abyśmy po wielu latach mogli spotykać się podeń i szczuć na uchodźców. Ta słodko-gorzka implikacja, iż najbardziej tradycyjnie patriotyczny pomnik w mieście, (gdyż kogo można wystawić do rywalizacji? Heweliusza czy Gutenberga? Mrongowiusz co prawda podług Wikipedii był “obrońcą polskości”, ale szukać go aż w Oliwie… Konopnicka i Walentynowicz obie z wiadomych powodów nie wchodzą do puli. A Świętopełk Wielki, choć książę, przecież głosi na swym cokole, iż “zrzeszonëch naju nicht nie złómie”. Reszta, te wszystkie co za polskość Gdańska, to wszystko sztuka abstrakcyjna, piękna, wartościowa, nie będąca tym, o czym rzecz traktuje, o pomniku królewskim, konnym najlepiej, bądź wieszcza… Jest oczywiście jeszcze spętany śmiertelnymi konwulsjami Browarczyk projektu Jerszowa na Rakowym, którego widuję często z tramwajowych okien, lecz to takie ludzkie, nie tromtadracyjne…), w każdym razie, że ten pomnik mimo stażu już długiego gdańskiego, na cokole wciąż ma metrykę swoją lwowską, ojczystą. Samotny, i to dosłownie przez przeznaczony mu placyk na kole, dosłowna wysepka, obsadzona krzewami i drzewkami, jakby barierą. Sobieskiego od miasta, czy miasta od Sobieskiego? Oczywiście chodzi tu raczej o względy praktyczne ułożenia ulic naokół. Lecz mimo wszystko, zastanawiam się: jak ja zawsze postrzegałam Sobieskiego jako pomnik niepasujący do miasta, czy byli, czy żyli ludzie, którzy widzieli miasto niepasujące do pomnika?

Przygodny epigraf na przeznaczonej do rozbiórki kamienicy, gdańskie Dolne Miasto

W liście samobójczym datowanym na kilka dni po upadku powstania w gettcie, warszawski polityk i działacz nazwiskiem Zygielbojm, w sposób wielce klarowny wyłożył powody targnięcia się na swoje życie. To nie najlepsze określenie, nierówno zbita rama, z kilku powodów. Targnięcie sugeruje działanie emocjonalne, nagłe, sączone w brutalizmie. Decyzja Zygielbojma zachowuje ramy estetyki, konwenansu, tej wielkiej zdobyczy oświecenia — racjonalizmu. To samobójstwo-akt polityczny. Samobójstwo-akt protestacyjny. W powietrzu stolicy zapewne wciąż unosił się trupi dym, a Zygielbojm, jeden z tych zakładników, którzy w ‘39 poświadczali o kapitulacji Warszawy, w Londynie nie może ścierpieć ciszy, nie może ścierpieć, że wprawiwszy w ruch getto, nie wprawiono w ruch świata.

“Nie było mi sądzonym zginąć tak jak oni, razem z nimi. Ale należę do nich, do ich grobów masowych.” Przynależność narodowa jest tu: z kim upchną cię w masowym grobie historii. “Życie moje należy do ludu żydowskiego w Polsce, więc je daję.”

W działaniach wielu działaczy polski międzywojennej wybija, niczym żyła nafty, pewna prostota. Kusi, aby napisać: żołnierska, legionowa, etos rycerski.

Przeczytałam niedawno opracowanie o obronie stolicy w ‘39 i po kilku już stronach dostawałam nudności na sam wyraz — honor. Honor, słowo pochodzenia łacińskiego (honos), przeszło agresywną naturalizację w historiografii schyłku drugiej Rzplitej. Ten honor, Honor, samo słowo w wymowie jest szorstkie, ostre. Podobno pierwotnie Honos był bogiem, w rzymskiej świątyni rewerowany jako obraz sprawności i sprawiedliwości militarnej, choć obrazowany był zwyczajowo w laurowym wieńcu, trzymając oliwną gałązkę. Więc bojowość jako droga do zwycięstwa? No tak, przecież rzymianie, vis pacem etc. Etos militarności. Być może to on, bardziej nawet niż ten wysławiany rycerski, wpłynął na intymność, jaka charakteryzuje relację walki i bytu w tzw. Tradycji Polskiej.

Wyobrażam sobie oś rozpiętą między moralnością a sprawczością, tym paskudnym neologizmem. Jest to teza wręcz wymęczona swoim ciągłym użyciem, najczęściej w czyjejś służbie. Najczęściej powoływany poborowy tego świata, idea, że aby coś osiągnąć, trzeba coś poświęcić, a tym czymś muszą być morały, skrupuły, etc. Inaczej się nie da, przykro nam, B-g rozpozna swoich, etc.

Moralności jest wiele; racjonalność jest jedna. Sięgając do zmęczonej metafory, moralność jest winoroślą, pnącą się ku słońcu sobie tylko znanymi drogami; racjonalność jest rusztowaniem, z góry przemyślanym i przeliczonym.

Mam tutaj na myśli, że cenię przewidywalność, gdyż wokół przewidywalności można planować. Jak bardzo byśmy tego jako cywilizacja chcieli, nie można żyć w wiecznej teraźniejszości, ciągłym teraz rozciągniętym do granic wytrzymałości. Ta zakurzona gumka-receptura odpryskuje już, nie pociągnie już długo.

Gdy o tym rozmawiamy, Meller zarzuca mi, że niemożliwe jest wskazanie teorii moralności, nie wywodzącej się w jakimś sensie z kultury, nie powiązanej z jakąś społecznością, tradycją, religią, polityką, etc. Nie da się wskazać zasady moralnej auto-referencyjnej, samowystarczalnej. Zawierającej się w sobie. Usłyszałam kiedyś, że różnica między nauką a religią osadza się w tym, że gdyby oba te koncepty rozwinąć całkowicie od nowa, religia wyrosłaby odmienna, a nauka pozostała taka sama.

Staram się skończyć rozmowę Imperatywem Moralnym Kanta.

Lecz znów, lecz niestety: punkt odniesienia i tu jest ruchomy, w tym, że choć wywodzi się z wnętrza człowieka, to takich jest tyle, ile aktualnie jest ludzi, jeżeli nie więcej. Pomijając więc argumenty twardo fenomenologiczne, w których starałabym się dowieść, że doświadczam jedynie siebie, więc jedynie ja jestem prawdziwa (gdyż wszystko inne, zewnętrzne, doświadczam przez pryzmat siebie, doświadczam ja; jak więc dowieść w tak ustawionych ramach, iż istnieje coś innego?), i ten program jest nie do ujednolicenia.

Rozdzielmy więc moralność, osadzoną jako platoński ideał gdzieś o, a sumienie, czyli personalną wariancję na temat wyobrażonego ideału moralności. Zarzucone mi zostaje, że tworzę twory teoretyczne, które w przełożeniu na praktykę jawią się identycznie do sytuacji wyjściowej. Domagam się znaczenia słów, domagam się wywyższenia suchej teorii, lecz moja rozmówczyni pozostaje niewzruszona, twardo trzyma się swojego realizmu, swojego szkiełka i oka.

Schodzimy niechybnie w dyskusji do poziomu, gdzie zaczynam przyrównywać sumienie i moralność do kształtów geometrycznych – jeżeli nazwiesz sumienie-kwadrat, moralność-kołem, ja wciąż będę wiedzieć kwadrat. Meller patrzy na mnie z lekkim politowaniem, i mówi coś sprowadzającego się do tezy, że na niwie takiego poziomu abstrakcji do niczego przydatnego nie dojdę.

Architrawem mej nieszczęsnej koncepcji pozostaje, że mieszkamy w katedrze zbudowanej z kości, i staramy się urządzić pod kapą szytą z aktów kapitulacji.

Więc moralność jako przybudówka racjonalności. Decyzja, która dla historii uśmierciła Rydza-Śmigłego (gdyż który podręcznik do historii wspomina o tym, że wrócił do kraju? Że przebił się aż do stolicy? I że tam padł na zawał, jak każdy inny. Nie dla tchórzy bohaterskie śmierci), strategiczny odwrót z obrazami na z góry upatrzone pozycje nieprzemyślane politycznie, nie została przyjęta łaskawie przez polską historiografie odcienia bardziej patriotyczno-nacjonalistycznego. Pobóg-Malinowski, związany z polskim obozem wojskowości sanacyjnej, napisze po latach, w swojej monstrualnej historii politycznej kraju, że błąd nie poległ właściwie w samym działaniu, a w formie. Polska “tę pierwszą kampanię musiała przegrać”, nawet jeszcze przed ciosem ze wschodu, czysta matematyka (właściwie to raczej statystyka, ale to natomiast już semantyka); obowiązek, który został niedopełniony to forma, a przecież “gdy się działy rzeczy wielkie, tragiczne — FORMY BYŁY RÓWNIE WAŻNE, niezmiernie ważne” (podkreślenie własne). A więc racjonalność, a obok niej sklejona tradycja, moralność, aspekt kulturowy. “Trzeba (…) było nadać inną, godną tradycji piłsudczyków formę przejścia granicy przez Wodza Naczelnego (…),” a umiałby to zrobić z pewnością, zdaniem P-M, Walery Sławek, który “gdyby był w tym momencie premierem, na pewno przechodziłby przez graniczny Czeremosz wbród (sic), ostrzeliwując się przed nieprzyjacielem. Byłoby to niewątpliwie sprzeczne z t. zw. zdrowym sensem, ale zgodne z tradycją; tradycja polska ma dla zdrowego sensu tylko – pogardę…” 

Cóż to za dziwaczny lud, można by stwierdzić, gdzie forma ma tyle znaczenia. Gdzie warstwa, nota bene, estetyczna, gdy spartaczona, może pociągnąć w dół za sobą całe przedsięwzięcie. Istna partyzantka paranoicznych estetów. Zgrupowanie weteranów opowiadanych wojen (— niedawno uświadomiliśmy sobie z Ojcem, że i moje, i jego pokolenie, tak właściwie to socjalizowano po trochu do wojny, do walki, do Poświęcenia i Cierpienia), wiecznie oglądający się za ramię, wiecznie przygładzający klapy eleganckiej formy. Silni wobec słabych i słabi wobej silnych (określenie mojego Ojca), udomowione zwierzęta wypuszczone na salonową dzicz, “w akcie, którego celem jest czystość, lecz którego forma pozostaje sadystyczna” (a to Bataille, w pięknym tłumaczeniu Skalskiego).

Blok modernistyczny z graffiti na murze, okolice Teatru Polskiego w Bydgoszczy

Słonimski napisał, że “[w] twojej ojczyźnie gdyś hołdy składał -/Przed obce trony./W ojczyźnie mojej, jeśli ktoś padał,/To krwią zbroczony.” Co ciekawe i o tyle, że ten sam Słonimski napisał również, że “[n]as polskie błoto nie czaruje/bo u nas trzeba walczyć z błotem/słów nam potrzeba, co buntują”. Jest to wiersz z okresu komunistycznego, więc oczywiście w części dalszej błoto rymuje się z młotem. Zresztą, Miłosz: “I jest to coś na kształt bagniska: / Traf tam, a coraz głębiej wciska” . Omnis moriar, omnis omen.

Pogardliwie odnosząc się do decyzji czysto racjonalnych lecz pozbawionych odpowiedniego tradycjonalistycznego kolorytu wykonujemy jakby atak preemptywny, działania ku zabezpieczeniu przyszłej narracji. Budowla jeszcze się nie zawaliła, ale już trzeba się upewnić, że gdy niechybnie się to stanie, stanie się to w sposób, o którym będzie można pisać Literaturę i wzdychać z emigracji. Lipski wspomina kuriozalnie o tych (Niemcach akurat), którzy “zawinili (…) tylko tym, że nie zdobyli się na heroizm walki ze straszliwą machiną terroru.” Winą nie jest jedynie złe działanie, winą jest również brak działania. W tzw. polskość wydaje się być wpisana zawzięta potrzeba zwalczania wszelkiego bezruchu. Musisz pozostać działającym, ruchomym, ruchomy cel zawsze trudniej trafić. Komu trafić? To już zależy, a zresztą jest coraz mniej ważne.

Można by się pokusić o stwierdzenie: tradycja to jedna wielka tkanka blizny, jeden wielki mechanizm obronny. Pokoleniowy wysiłek odratowywania. Resuscytacji czegoś, co zazwyczaj zostało wymyślone w poprzednim dopiero oddechu. Ktoś kiedyś powiedział mi, że ten kraj jest tak wyprany z fundamentów, że nawet zaciekle anty-teistyczne władze komunistyczne były zmuszone salwować ten “nieszczęsny” rok 1966, nie było rady; jaką inną datę mieli by niby przyjąć?

Wytarta płaskorzeźba sowy, słup przyuliczny, okolice Teatru Polskiego w Bydgoszczy

Jest miesięcznica śmierci dziadka, mówi babcia bezwiednie, gdy nożykiem “Made in GDR” obieram jabłko. Nie wiem, co odpowiedzieć, więc pozwalam rozlać się ciszy, przez co rozumiem telewizyjny poradnik co robić w razie zagrożenia dronem. Ojciec martwił się kilka dni wcześniej, że informacje o naruszeniu przestrzeni mogły ją wystraszyć; przeliczył się, reakcją babci było machnięcie ręką, “strachy to już były”, strachy to już się przeżyły. Do plecaka przemyci mi torebki suszonych owoców i orzechów, choć to ledwie godzina drogi; tak zw. chomikowanie jest traumatyczną bolączką i tej rodziny.

Na dworzec, rozklekotanym autobusem z niezadowolonym zapewnie kierowcą, gdyż w niedawnych (stosunkowo) strajkach włodarz okazał się być niezłomny i mimo paraliżu miasta postanowił nie oddać ani pędzi z budżetu. Na nowy (również stosunkowo) dworzec, gdzie tuż za ruchomymi drzwiami ze ściany spogląda płaskorzeźbiony Marszałek, którego cielesna wersja kiedyś to tędy przejeżdżała. Akurat nie ma pod nim zniczy; czasem są.

Na dworzec, gdzie za zmianę peronu przepraszamy. W pociąg ciągle wsiądziesz. W wagon, na którym ktoś przekręcił wydrukowaną ósemkę, więc ma numer nieskończoność. W wagonie nr lemniskata, wciśnięta w róg strefy ciszy, czytam tom, który zawieruszył się w mieszkaniu w trakcie przygotowywania się do matur i nigdy nie został zwrócony na licealny regał. Za oknem nieprzenikniona ciemność pomorskiej nocy, na słuchawkach Brahmsa Ein deutsches Requiem.

“Przez dłuższy czas skłonny byłem wszystkie lwowskie bolączki traktować z pobłażaniem, zapominając że mój Lwów i cały świat jest jedną wielką bolączką.

“Lecz bawmy się w sielankę. W ogóle bawmy się i zamknijmy oczy.”

Marginalia:

Pisząc, czytałam (i bezwiednie inspirowałam się): “Orfeusz w piekle XX wieku” Wittlina, “Wojna” Jagielskiego, “Migawki z okupowanej Warszawy” pod red. Spałka, “Psychologiczna struktura faszyzmu” Bataille, oraz “Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy” Lipskiego.

Przypisy źródłowe zachowałam w osobnym dokumencie, aby nie naruszać formuły literackiej.

Wszystkie zdjęcia autorka, sierpień-wrzesień br.

Der Tag danach

Monika Wrzosek-Müller

Prolog: der Text ist während einer Sitzung der Schreibwerkstatt im Polnischen Sprachcafé entstanden. Unverständlich für mich kamen Einwände von einer angeblich polnischstämmigen Teilnehmerin, dass sie über den Warschauer Aufstand nichts wüsste und nichts wissen wolle. Ihre Eltern hätten ganz andere Erfahrungen…

  1. August 2025

Der Tag danach. Gestern um 17.00 Uhr stand ganz Warschau still, hörte auf die Sirenen, dann wurden Lieder angestimmt, die polnische Nationalhymne. Unheimlich, dachte ich, als ich auf meinem Handy die Videos aus Warschau sah, die wissen jetzt mehr über den Warschauer Aufstand von 1944 als ich, die ich mein Leben lang neben meinem Vater lebend gewusst hatte. Er hat so lange geschwiegen, die Angst vor möglichen Konsequenzen war größer als sein Wille, seine Erlebnisse im Warschauer Aufstand mit uns zu teilen. Zum Glück hat er noch den Bau des Museums des Warschauer Aufstands erlebt, konnte noch aktiv daran mitwirken, indem er seine Erinnerungen aufschrieb und dem Museum übergab, sich interviewen ließ. Vielleicht hat ihn das erleichtert; da war er schon sehr alt und sehr krank… und ich war in Deutschland. Er gehörte dem Bataillon junger Pfadfinder „Parasol“ an, fast alle kamen bei den Kämpfen ums Leben, nur einige wie mein Vater verwundet, wurden aus dem völlig zerstörten Warschau in Gefangenenlager in Deutschland abtransportiert. Doch ihr Mythos lebte in Polen weiter.

Continue reading “Der Tag danach”

Szczecinianin – historia pewnego pomnika(ów)

Ela Kargol

Podróże kształcą


Gdy dowiedziałam się o burzliwych losach pomnika księcia Józefa Poniatowskiego, o jego powojennej historii i o tym, że w pewien sposób pochodzi ze Szczecina, miasta szczególnie mi bliskiego, a ja musiałam pojechać aż do Kopenhagi, żeby poznać jego koleje losu, było mi z początku trudno uwierzyć w tę niezwykłą historię. A potem ogarnęła mnie radość, że
niektóre rzeczy dzieją się właśnie po to, by choć na chwilę wprawić nas w osłupienie.

Dzieje pomnika księcia Józefa Poniatowskiego są niezwykle złożone i pełne zawirowań historycznych. Pomnik długo nie mógł nigdzie zagrzać miejsca. Nie od zawsze stał tam, gdzie stoi obecnie, czyli przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie.
Mówią o nim wędrujący pomnik.
Krótko po śmierci księcia w bitwie pod Lipskiem w 1814 roku, naród rozpoczął zbiórkę funduszy na monument godnie go upamiętniający. Car Aleksander I wyraził zgodę na postawienie pomnika w Warszawie, a projekt powierzono
duńskiemu rzeźbiarzowi Bertelowi Thorvaldsenowi. Ceniony artysta nie spełnił oczekiwań części społeczeństwa. Krytycy twierdzili, że rzeźba nie oddaje podobieństwa księcia. Zamiast w polskim stroju narodowy, przedstawiono go w antycznych szatach. Wyglądał niczym Marek Aureliusz na konnym pomniku w Rzymie, bo ten właśnie pomnik posłużył
Thorvaldsenowi za wzór.

Pomnik księcia, a właściwie model pomnika, zamówiony już w 1818 roku, czekał na realizację i transport z Rzymu przez ponad dziesięć lat. Najpierw miał trafić drogą morską do Gdyni, a stamtąd Wisłą do Warszawy. Thorvaldsen, będący już wówczas uznanym artystą, musiał najpierw zrealizować inne zamówienia.


Prace nad odlewem pomnika w Warszawie zostały przerwane przez wybuch Powstania Listopadowego. Wkrótce potem car cofnął zgodę na ustawienie pomnika przed Pałacem Namiestnikowskim, co zapoczątkowało długą i nieprzewidywalną wędrówkę monumentu.


I tu zaczyna się moja historia związana z wyjazdem do Kopenhagi. To był rodzinny wyjazd, a czasu mieliśmy niewiele, bo ślub młodszej córki, uroczystości, zobowiązania rodzinne i weselne przyjęcie. Dzieciom pokazaliśmy syrenkę i inne baśnie Andersena, których tropem wędrowaliśmy po mieście. Prawie cały dzień spędziliśmy w Ogrodach Tivoli, w miejscu, które pamięta czasy obu artystów.


Andersen, młodszy od Thorwaldsena o ponad 30 lat, podziwiał mistrza z Kopenhagi. Jeśli nie spotykali się w samych Ogrodach Tivoli, co jest mało prawdopodobne, to z pewnością w innych miejscach. Dla Kopenhagi obaj mają ogromne znaczenie: Andersen – powszechnie znany mistrz baśni i Thorvaldsen, ceniony artysta, choć mniej obecny w zbiorowej pamięci.


Miejscem, które ja chciałam koniecznie odwiedzić, była Katedra Marii Panny w Kopenhadze z najważniejszą rzeźbą Thorwaldsena – Błogosławiącym Chrystusem.
O rzeźbie tej mówi się, że jest najdoskonalniejszą rzeźbą Chrystusa na świecie Posąg, wyrzeźbiony z marmuru pochodzącego z włoskiej Carrary, mierzy trzy i pół metra wysokości. Znajduje się w głównym ołtarzu Katedry Marii Panny w Kopenhadze (Frue Kirke). Przedstawia błogosławiącego Chrystusa, pod nim widnieje napis po duńsku: „Kommer til mig”, czyli „Chodź do mnie” lub „Przyjdźcie do mnie!“


Rzeźba stała się w XIX wieku popularna w całej Europie i była wielokrotnie kopiowana, w kościołach, kaplicach, na cmentarzach. W każdym z tych miejsc natknąć się można na kopie, od kunsztownie wykonanych po te dalekie od oryginału.


Po kilku miesiącach od pobytu w Kopenhadze odwiedziłam Kraków i katedrę na Wawelu. Wiedziałam już, że w krypcie św. Leonarda spoczywa sarkofag księcia, a w Kaplicy Potockich znajdę rzeźbę Chrytstusa Thorwaldsena. Nie miałam pojęcia, że nie wolno robić zdjęć. To było miejsce kultu, przestrzeń sacrum. Upomniana kilkakrotnie, zdjęcie jednak zrobiłam. Kolejnego Chrystusa sfotografowałam już w Poczdamie pod Berlinem w atrium Kościoła Pokoju (niem. Friedenskirche).


Kopie Chrystusa Thorwaldsena spotykałam wielokrotnie na berlińskich cmentarzach. Jedną z replik odnalazłam również w Szczecinie, przy grobowcu rodziny Dewitzów. Jak się okazało, to kopia… kopii. Oryginalna replika, wierna duńskiemu pierwowzorowi, znajduje się w kruchcie modernistycznego kościoła św. Rodziny, też w Szczecinie. To właśnie tam zaprowadzili mnie Małgorzata Narożna i Michał Rembas – pasjonaci i znawcy historii miasta.


Ale wracając do Kopenhagi i katedry Marii Panny, oprócz figury Chrystusa w absydzie i rzeźby anioła chrzcielnego, wzdłuż ścian nawy głównej ustawione są posągi dwunastu apostołów, dłuta mistrza Thorwaldsena.
Jego muzeum wraz z miejscem pochówku znajdują się w pobliżu. Budynek widzialam tylko z wody, kwadryga na szczycie przypomina bardzo Bramę Brandenburską.


Zbierając informacje o artyście i przeszukując internet, natknęłam się na coś, co wprawdzie jest ogólnie dostępne, ale moim zdaniem zasługuje na przypomnienie. Nie moglam uwierzyć, że tak awanturnicze losy pomnika księcia Józefa Poniatowskiego zahaczają również o Szczecin.
Szczecinianin – tak go nazwałam. Może nie z krwi i kości, ale z metalu i zadośćuczynienia, bo przecież trafił tu w ramach reparacji wojennych. Ja sama musiałam wybrać się aż do Kopenhagi, żeby poznać historię tego pomnika.
O wędrującym pomniku Księcia można doczytać wszędzie, nie będę więc streszczać jego dziejów.
Moja dobra przyjaciółka, Dorota Pundyk – szczecinianka, badaczka historii starego Szczecina, patronka Radia Nowy Świat – akurat przebywała w stolicy. Poprosiłam ją więc o zrobienie fotografii pomnika. Miałam co prawda kilka starych fotografii, ale prezentowały się niewyraźne.


Dorota Pundyk przesłała mi na drugi dzień zdjęcia pomnika z Warszawy, sprzed Pałacu Prezydenckiego, a chwilę później, kiedy już poznała powojenne dzieje monumentu, dosłała kilka fotografii jego wcześniejszego wcielenia. Były to stare szczecińskie kartki pocztowe przedstawiające pomnik konny Wilhelma I. Pomnik Wilhelma I sfinanansowano podobnie jak Pomnik Księcia ze składek, mieszczaństwa. Postawiono go 60 lat pózniej niż pomnik Księcia Józefa Poniatowskiego u zbiegu Placu Parad (Paradeplatz; obecnie Aleja Niepodległości) i Placu Królewskiego (Königsplatz; obecnie Plac Żołnierza Polskiego) w Stettinie.


Wykonany z brązu pomnik odsłonięto 1 listopada 1894 roku, a strącono z cokołu krótko po zakończeniu wojny i przesunięciu granic. 5 lipca 1945 roku Szczecin oficjalnie przekazano władzom polskim. Pięć lat później, w roku 1950 w tym samym miejscu odsłonięto pomnik Wdzięczności dla Armii Radzieckiej. W roku 2017 i ten pomnik zniknąl z mapy miasta.

Księcia Józefa Poniatowskiego Niemcy wysadzili w powietrze po Powstaniu Warszawskim, w grudniu 1944 roku. Znalezione po wojnie fragmenty pomnika eksponowane są w parku Wolności przy Muzeum Powstania Warszawskiego.
W latach 1948–1951, na podstawie modelu przechowywanego w Muzeum Thorvaldsena w Kopenhadze, wykonano nowy odlew rzeźby, który Królestwo Danii przekazało Warszawie jako dar. Do jego stworzenia wykorzystano przetopione fragmenty dawnego pomnika Wilhelma I ze Szczecina. 23 lutego 1952 roku rzeźba została ustawiona przed Starą Pomarańczarnią w Łazienkach Królewskich. W 1965 roku przeniesiono ją na dziedziniec pałacu Rady Ministrów (obecnie Prezydenckiego), gdzie znajduje się do dzisiaj.

I tak władca imperium ustąpił z tronu, przyjmując jedynie tytuł książęcy.
Chrystus natomiast przetrwał dziejowe burze, nadal obecny w świadomości i przestrzeni, a przede wszystkim w sztuce.

Elegie-Sztadt, bądź głównie o tematyce pamięci

Matylda Wikland

…garść wstępnych myśli znad Ruhry, Renu i fragmentu granicznego Odry

Dziś znalazłem zardzewiałej podkowy ułomek,
zagrzebany w kurz gruby białego gościńca.
Nie przybiję go jednak na progu przed domem —
mego rdzą przeżartego, ułomnego „szczęścia”.

Matka Boska Zielna, J. Gałuszka

Never waste your pain.

„Saint Maud” (2019)

Pierwsza

Figurę, którą widzę zanim jeszcze wejdę przez skrzypiącą bramkę, otacza mgiełka kontrowersji. Lokalnej i niezbyt ostatecznie znaczącej, ale jednak — kontrowersji. Mnie natomiast otacza ten specyficzny zapach spotykany jedynie w ogrodach zoologicznych, gdyż w latach powojennych ktoś podjął decyzję, aby takowy zbudować po drugiej stronie szosy, vis a vis z cmentarzem poległych w Pierwszej Wojnie Światowej. Gdy wejdę w głąb kompleksu, zastąpi go ciężki zapach gęstego lasu, otaczającego ze wszystkich stron der Ehrenfriedhof Kaiserberg.

Krótka dygresja: Kaiserberg, od stojącej tu zawczasu figury konnej Wilhelma Hohenzollerna. Zawczasu, czyli do drugiej wojny światowej, gdy to, jeżeli zawierzyć źródłom internetowym, przetopiono ją na łuski i takie tam dla broniących miasta oddziałów. I jest niezaprzeczalnie pewna ponura poetyka, jeżeli to prawda oczywiście, w tym, iż ci żołnierze dosłownie zabijali wrogów swoim Kaiserem.

Figura nazywa się, podaje strona internetowa Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge e.V., Zygfryda (wagnerowskiego?) bądź zwyczajniej Młodego Wojownika; odsłonięto ją w 1921 r., dłuta duesseldorfskiego profesora nazwiskiem Netzer. Kontrowersja osadza się na tym, że Sigfriedzik uchwycony został w momencie ruchu obejmującego miecz i pochwę doń. Kontrowersja osadza się na tym, czy on ten miecz chowa ze smutkiem i pacyfistycznym przekazem, czy wysuwa go, z zmęczoną determinacją szykując na kolejny bój. Różnica dość ważna, i, świadcząc po śladach czerwonej farby na pomniku, które dostrzegłam w trakcie mojej wizyty, rozpalająca niektóre co serca. W moim osobistym ujęciu Zygfryd miecz chowa, a więc wydźwięk pacyfistyczny — nie wnioskuję tego na podstawie żadnych wypowiedzi czy analiz biografii, a kąta nachylenia wyrzeźbionego nadgarstka, który do wyciągania byłby po prostu kapitalnie nie adekwatny.

widok na cmentarz wojenny od strony wejścia, na dalszym planie tył figury młodego wojownika

Przez przypadek wchodzę na cmentarz od tyłu, więc doświadczam pewnej narracji. Na wejściu/wyjściu oglądam wyżłobionego na modłę „antyczną” wojownika chowającego miecz, za nim, w pięknym po prostu kompleksie cmentarnym na bazie nachodzących na siebie okręgów nagrobków, taki rozbudowany diagram Venna otoczony gęstym lasem. Przechodzę przez te kręgi, pomiędzy nagrobkami poddanych imperialnych, poddanych Kajzera, co między innymi wyjawia się w różnorodności nazwisk. Na drugim końcu kompleksu, przed reprezentatywną bramą, którą przegapiłam, umieszczono kopię rzeźby Sitzender Jüngling lokalnej sławy rzeźbiarskiej Lehmbrucka (ma on, m. in., własne muzeum niedaleko dworca). Kopię, gdyż oryginał przepadł w trakcie alianckich bombardowań, a i tak był przeznaczony na sprzedaż jako uznany przez nazistów za wyraz sztuki niemoralnej. Rzeźba jest ciemna i monotonna w tej swojej ciemności. Jüngling siedzi z pochyloną głową, zatroskany? plagowany PTSD? zmęczony? Od antyku do nowoczesności po ułożonych na równo rozmieszczonych cięciwach ciałach. Ave Kaiser, morituri te salutant!

Życzenie śmierci maszyny śmierci jest samo w sobie afirmacją życia. To śliska ścieżka oczywiście. Jeszcze nie spotkałam się z satysfakcjonującym rozwiązaniem Paradoksu Tolerancji Poppera, i wątpię, że kiedykolwiek takie napotkam. Taka już natura paradoksu. Życia. Jeżeli ten świat faktycznie stworzyła jakaś Wyższa Istota, to jest ona albo totalnym beztalenciem, albo szaleńcem. Mainländer pisał tak jakby o tym — u niego B-g stworzył świat aktem swojej samobójczej śmierci. Świat rozpoczął się w tym momencie, w którym B-g się skończył. Próbując upewnić się, że dobrze pamiętałam tę ideę, skonsultowałam się z internetem, i przypadkiem kliknęłam na posta, w którym użytkownik opowiada o tym, jak ich bliski przyjaciel, z którym omawiali właśnie myśl Mainländera ostatnimi czasy popełnił samobójstwo. I’m torn, wyjaśnia, between rejecting Mainlander’s thought in disgust and clinging to it all the more because it was an intellectual journey we took together and it was a belief he held in his last moments. {1}

Gdy to piszę, nade mną kraczą kruki, może i też niektóre z tych, co nas rozdziobią wraz z wronami.

Druga

Ta scena musi pojawić się w każdym filmie wzorowanym na figurze wampirzego hrabiego pierwotnie sformułowanej przez Brama Stokera — młody agent nieruchomości pojawia się w wiosce bliżej niespecyfikowanych „ludzi wsi”, „cyganów”, słowem „ludu”. Swoim niezrozumiałym, obcym językiem nadaremnie próbują odwieść młodego od podróży do złowieszczego zamku.

Nie zabrakło jej również w wariacji autorstwa znanego niemieckiego reżysera Wernera Herzoga. I nie zwróciłabym na nią większej uwagi, pozwalając się prześlizgnąć dziwnie znajomym strojom (tatrzańskim, jak się za chwilę okaże), gdyby nie to, co uciekło z ust jednej z aktorek.

Proszę, proszę, mówi kobieta, która dopiero co pochlapała młodego święconą wodą, proszę. Klikam w ekran, z takim rozmachem nagle podnosząc rękę, że ledwie co a bym rozlała stojącą obok kawę. Cofam o kilka sekund, słucham jeszcze raz. Ewidentnie polski. Głowię się nad tym, w akompaniamencie podłożonego pod następną scenę (podróż idyllicznymi krajobrazami górskimi) przewodniego motywu z wagnerowskiej das Rheingold. Mam mroczne myśli, ubierające już reżysera w szaty ideologii odziedziczonej po nazistowskiej pogoni za tym ich pieruńskim Lebensraum, pisząc akt oskarżenia o poniżanie narodu. Aż znajduję zapis wspomnień jednej z konsultantek przy filmie, i dowiem się, że ta scena jest pokłosiem faktu, że nagrywając na górskiej granicy polsko-czeskiej, Herzog zapraszał napotkanych autochtonów do grania pojedynczych scenek {2}. Duch ideologiczny rozwiany, w sposób aż nader trywialny. Jednak ta krótka scena skrystalizowała moje skupienie i resztę filmu oglądam pod zagłębiowym niebem z znaczną uwagą.

Wampir, grany przez urodzonego w Zoppot, Freie Stadt Danzig aktora, wypowiada smutno zdanie „Time is an abyss.” Ten aktor, pochodzący z kraju, którego już nie ma, i nigdy nie będzie, który w wieku lat siedemnastu założył mundur Wehrmachtu, mówi: czas jest pustką. Mówi, okropnie jest przeżywać ciągle ten sam dzień. Nie mieć pozwolenia na proces starzenia. Utknąć w szczelinie, której za nic nie da się poszerzyć, ni w tę, ni we wtę.

przystanek Beeck-Denkmal w Duisburgu i Pieta ku pamięci „Poległych”

Kilka scen później, szczury wychodzą na miasto w akompaniamencie wagnerowskiego Rheingold, a za nimi Wampir, nocą, przemyka po cmentarzu z własną trumną w szponiastych dłoniach. Hochkultur chodzi ze swoją trumną, szuka swojego grabarza, szuka sprawy. Po wojnie musiała być wielce zagubiona. Przynajmniej tego by się oczekiwało.

Lucy jako jedyna nie stara się nauczyć żyć w katastrofie, tylko ją przemóc, kosztem własnej moralności i własnego życia. Znam powód tego zła, krzyczy, ale nikt jej nie słucha, żaden z ważnych mężczyzn, ludzi z władzą. Znam powód, mówi, ale nikt nie słucha, więc bierze sprawę w swoje ręce. W swoje ciało, które posłuży jej za broń.

Nikogo nie interesują żywi męczennicy, ich wartość przychodzi dopiero wraz z ich śmiercią. Żywi męczennicy jedynie brudzą, zagrażają, nie są jeszcze martwi, noż dlaczego jeszcze nie są.

Jeżeli zezwolimy na zanik nienawiści, to jak będziemy w stanie dopilnować dokonania się zemsty? „Po chwili wpada żołnierz niemiecki z rewolwerem i pyta, gdzie są bolszewicy? Ogarnia mnie jakieś niesamowite uczucie zadośćuczynienia. Odpowiadam mu z ironią, której smak czuję wyraźnie: „Mniej więcej wszędzie”.” {3} To słowa profesora Ludwika Hirszfelda, opisujące jego doświadczenie walk o wyzwolenie ruin warszawskich w 1944 r. Czytałam jego biografię na potrzeby zajęć z biologii i chemii, ale fragmenty wojenne zapadły mi w pamięć, jak się okazało, na lata.

Lucy umiera, ale dopiero po tym, jak widzi śmierć wampira. Jej życie nie pozwala sobie się dopełnić, dopóki nie doświadczy upodlenia wroga, dopóki nie doświadczy tego gorzko-słodkiego triumfu. Być trupem to jedno, ale być trupem z krwią wroga na rękach… Być patriotą tzn. być kimś, kto czerpie przyjemność z cierpienia “naszych” wrogów.

Można by pokusić się o tezę, że w chrześcijańskiej tradycji cierpienie uszlachetnia, gdyż inaczej nikt by za nią cierpieć aż tak się nie kwapił. Cierpienie, lecz nie śmierć, co widać dość wyraźnie na kanwie rozwoju chrześcijaństwa od rzymskiej sekty do europejskiego hegemona.

Tak właściwie to czyż nie nie ma w tym pewnych oznak aktu przemocy, w tym braniu czyjegoś cierpienia i przekształcaniu go na wartość. Podziwiając kogoś za doświadczone przez niego cierpienie, równocześnie wykluczamy możliwość odczuwania wobec niego współczucia. Do czego potrzebne jest współczucie Słusznym Męczennikom za Sprawę? W takim ujęciu ryzykuje ono wręcz stania się obelgą, spod szyldu ,,jak śmiesz im współczuć, powinnaś ich podziwiać!” Bohaterskiemu Męczennikowi współczucie wręcz ubliża, przykuwa na powrót do powszechności, cielesności, i wszystkich tych ‘przyziemnych’ spraw, które ten przecież pozostawił, przezwyciężył, &c.

Być może te kulty męczenników przemycił do polskiej tradycji katolicyzm, a być może wzięły się z innego źródła, czy źródeł, pewne jest natomiast, że ważność katolicyzmu na ziemiach polskich ten kult znacznie wspomogła, ocalała od zapomnienia i wynosiła na przysłowiową ulicę w newralgicznych momentach.

Trzecia

Jeżeli gdzieś istnieją ci mityczni wyborcy na kartkę z nazwiskami spoglądający z szczytu piramidy potrzeb Maslowa, to musi być to tu. Tak myślę, rano, jeszcze nim miasto się na dobre obudzi, spacerując średniowiecznymi uliczkami Utrechtu.

W takim mieście łatwo zapomnieć, się ukryć, schować. Czyste, uporządkowane, ludzie uśmiechnięci, uprzejmi. Grząski grunt.

Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej w głowie oddalam od siebie koncepty krycia i zapominania. Tzn., wciąż irytuje mnie, że Polska nie pozwala zapomnieć, ale doceniam równocześnie, że nie pozwala się ukrywać. Lecz może to pewnego rodzaju syndrom sztokholmski, ta estyma, w jakiej trzymam brak możliwości odpoczynku, spoczynku. Że, w wymiarze konceptualnym, poletko z żyzną ziemią acz trudnymi warunkami uważam za ostatecznie “lepsze” w tym, że bardziej rozwijające, niż bezpieczny kokon uwieszony nad ziemią. Jest to pewna flirtacja z pozytywizmem, lecz co do metodologii, wbrew celom ostatecznym.

po lewej kamienie pamięci, po prawej bloczki wiersza

De Letters van Utrecht to projekt, w którym od 2012 r. tygodniowo dokłada się po literce do nieskończonego wiersza ułożonego z kostek brukowych z wyrytymi literami. Łatwo je znajduję, idąc wzdłuż przesadnie wręcz urokliwego kanału okraszonego świeżymi kwiatami.

Litery z Utrechtu są o tyle fascynujące, że zawierają w sobie ogromną pewność co do stałości materialności. W takim mieście właściwie to nie ma co się jej dziwić, gdzie całe stare miasto wzniesiono w średniowieczu i tak je zostawiono, gdzie tabliczki nad kanałami informują, że układ korzeni falujący kostką brukową ma wartość historyczną. Otoczenie przetrwało z ponad dziewięć wieków, dlaczego i litery brukowe by nie miały powtórzyć tego wyczynu? Hulaj poczucie intelektualnej misji, zasady kopernikańskiej nie ma.

Podążam tą historią wyrytą w bruku, i choć nie rozumiem nic a nic z tej poezji, to jednak mam poczucie obcowania z pewną sztuką, z pewnym pięknem. Pięknem idei, pięknem konceptu, nie tego platońskiego, a naszego własnego, takiego ludzkiego, takiego patrzącego w przyszłość z nadzieją i ufnością, takiego wyciągającego rękę, aby za wiele lat zostało powiedziane, że byliście w naszym myślach nim byliście sensu stricto.

Wtem, erupcja sprężyny z pluszowego fotela, która bezwstydnie demaskuje iluzję wszelkiej miękkości {4}. Vis a vis ostatnich (w tym momencie) liter wbite w tę samą drogę są świecące wypłowiałym złotem Stolpersteine. Dosłownie tłumaczyć można to nie jako kamień pamięci, a kamień, o który się potykamy. Naprzeciwko tych liter, tego pięknego projektu humanizmu, potykam się.

Potyka się również moja piękna narracja o wyborcach “wyższych pobudek”, nazwijmy to. Gdzieś pijąc fenomenalne espresso nad cichym jeszcze kanałem, spowitym poranną mgiełką, przypominam sobie, że ostatnie wybory w tym kraju wygrała partia pewnego Geerta Wildersa, o którym im mniej, tym lepiej. Którego, i którego skrajnie prawicowych i nienawiściowych poglądów, im mniej, tym lepiej.

Aksjomatyka tego świata jawi się następująco:

Jeżeli nie masz, zaciśnięte zęby i walcz, aby zdobyć. Jeżeli masz, zaciśnięte zęby i walcz, aby nie stracić. Zwycięstwa ani spokoju nie przewiduje się.

Niestety człowiek nigdy nie będzie wolny, gdyż nieważnie jak daleko ucieknie, zawsze zabierze ze sobą samego siebie. Cokolwiek stworzy, jakkolwiek się by nie starał, zostanie stworzone przez niego, bądź przez twór jego, bądź przez twór tworu jego, ad infinitum. I natura nie jest bezpieczna, bo przecież doświadczamy jej, a zwłaszcza tych jej właściwości nazywanych “prawami” przez sito, przez mielarkę własnej interpretacji. Fenomenologia na wrotkach, lecz przywołuję ją, aby uzasadnić postulat dyć anarchistyczny, a mianowicie — w ramach systemu politycznego nie zbuduje się prawdziwej wspólnoty, gdyż nie taki jest cel tegoż systemu istnienia. Jak głosi pewne internetowe porzekadło, the system is not broken and needs to be fixed – the system is working as intended and must be dismantled. To jest to unieruchomienie obu stron przez doświadczenie siły przemocy, o którym pisała Weil w kontekście Iliady

Czwarta

Argument tzw. ad hitlerum uległ w ostatnich latach okropnej wręcz dewaluacji. Wielu teoretyków zauważyło już, że jest to problem rozmijania się kodów komunikacyjnych. Jedna strona mówi językiem ideałów, druga konkretów, określmy, z braku lepszego słowa. Gdyż nawet taka ekonomiczna godka lewicy jest, stety niestety, skomplikowana, zniuansowana, zawiła, &c., a prawicowa, w większości przypadków dość prosta, tak prosta, jak palec wskazujący na winnego.

Czym właściwie jest powiedzieć takiemu „prostemu człowiekowi” dziś, że tego polityka to nie powinien słuchać, gdyż jest faszystą? Inny język. Bycie faszystą nie dewaluuje polityk ekonomicznych, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka.

naklejka przy przejściu dla pieszych, okolice przystanku Thyssen Tor 30, Duisburg

Twoja jest krew a ich jest nafta, mówi Poeta, lecz aby była krew, musi być mięso, musi być pożywienie; skoro nasza jest krew, to naszym wrogiem jest anemia. Aby więc i nawet obronić tę swoją krew przed tymi od nafty, to trzeba wpierw mieć, czym tę krew nasycić. Wrogiem jest anemia, więc walka o zasoby, więc atawizm na „pełną gębę”, mimo wszystko, mimo tego dwudziestego pierwszego wieku po narodzinach Chrystusa.

Pogrążona w tych rozważaniach, prawie przegapiam, jak A., od którego deklaracji poparcia dla AfD się zaczęła ta cała linia myśli we mnie, pyta, czy chcę usłyszeć żart z jego dzieciństwa, spędzonego na świeżo polskich ziemiach śląskich powojennych. Rzecz idzie tak: „Rosja jest najcieplejszym krajem w Europie. Inaczej dlaczego nasi ojcowie by wracali stamtąd boso?”

Z perspektywy czasu, być może wymamrotanie, że obozy jenieckie były głównie zauralskie, więc już azjatyckie, nie było być może najlepszym komentarzem.

Piąta

Stalowa tabliczka, cienka, na oko tak z 30 na 50 cm. Pozbawiona logotypów, podpisów, innych znaków charakterystycznych, cytatów, elegii, &c. Można by wręcz powiedzieć, taka stereotypowo niemiecka. Przed nią, na bruku, kwiaty, wyglądające na dość świeżo. Ktoś musi się tym zajmować, lecz nie raczył zostawić najmniejszej nawet wskazówki, co do swojej tożsamości, czy to w kwiatach, czy na tabliczce. Początkowo nawet nie zamierzałam do niej podchodzić, skoncentrowana na znalezieniu grobu, dla którego na ten cmentarz przyjechałam, Josepha Thyssena, z „tych” Thyssenów. Lecz moje oko przykuł postawiony przed poletkiem krzyż prawosławny, co było zgrzytem w narracji o tyle, że byłam pewna, że krasnoarmiści Zagłębia Ruhry akurat nie zdobywali. A ich pozostawione na zwyciężonej/zgrabionej ziemi zazwyczaj są grobami bohaterów, wyzwolicieli i gatunków pokrewnych, nie „Gräber der Opfer von Krieg und Gewaltherrschaft”.

Pierwszy raz stykam się z zbiorowym grobem tak pojemnym, że mieści w sobie dwie wojny. Właściwe to dwie wojny, trzy narodowości, i B-g jeden wie, ile wyznań. Gwoli sprawiedliwości, nie jest to zbiorowy grób sensu stricto, z imiennymi tabliczkami dla każdego z położonych w muellheimowskiej ziemi ciał, lecz tabliczka zdecydowanie wprowadza pewnego rodzaju ‘poetykę’ takowego.

rzeczona plakietka, wraz z fragmentem bukietu

Na potrzeby poszukiwań, rozdzielam jednak tych ludzi, zrównanych względem siebie hasłem „kriegstöte”, na dwa sorty. Ofiary pierwszej kataloguje jako prawdopodobnych poborowych żołnierzy armii imperialnej, których słowiańsko brzmiące nazwiska napotkałam już kilka dni wcześniej na Ehrenfriedhof Kaiserberg. Bardziej kłopotliwi wydawali się ci z lat czterdziestych. Wydawali, gdyż ja zawsze, ale to zawsze, zapominam o wywózkach na prace przymusowe. A tu internet informuje, że po ulicach Mülheim w 1943 r. wybijali marszrutę więźniowie-przymusowi pracownicy z Trzeciej SSBaubrigaden, a rzeczą charakterystyczną tychże jest ich skład — zazwyczaj miks słowiański, polsko-rosyjski. Wskazówka, co do natury pracy potencjalnie przez nich wykonywanej kryje się w literach nad głową figury kobiety, artystycznie opierającej wieniec o wyrytą z detalami szatę. Joseph Thyssen, brat Augusta, przemysłowiec związany ściśle z przemysłem ciężkim, również w Zagłębiu Ruhry. W trakcie drugiej wojny światowej, znaczyło to primo huty.

Brak mi dokumentacji, która by potwierdziła narrację budującą się wręcz bezwiednie we mnie. Lecz czy tak trudno wyobrazić sobie, że ci akurat pracownicy przymusowi, wywiezieni tu z subiektywnie odległego wschodu, skazani na bycie wykorzystanym do ciężkich prac fizycznych, mieliby, jak wielu z tych, którzy wywiezieni tu z subiektywnie odległego wschodu, skazani na bycie wykorzystywanym do ciężkich prac fizycznych, pracować w przemyśle wydobywczo-hutniczym, stać w zastępstwie tych milionów niemieckich mężczyzn, którzy udali się niszczyć domy, ziemie, codzienność tegoż wschodu, w jakimś upiornym ruchu wahadłowym? Lecz czy tak trudno wyobrazić sobie, że nie nawet na tym samym cmentarzu, co na tym samym poletku wydzielonym wydeptanym przez żywych kwadratem ścieżek, leży człowiek, którego rodzinne dziedzictwo stało się zgubą wielu, i tych właśnie wielu? Lecz czy tak trudno wyobrazić sobie, że na głos powiedziałam “bingo”, gdy w przydługiej recenzji drugiego tomu historiografii firmy i rodziny Thyssen w XX wieku przeczytałam zdanie “[a]t August Thyssen Hütte and the Mülheim Thyssen works (…) a „high mortality“ amongst Soviet POWs is said to have existed“{5}?

Memento mori.

Szósta

Heidegger, który wielkim filozofem był, w jednym ze swych ważniejszych tekstów z lat pięćdziesiątych, otwarcie nawoływał do ,,powrotu” niemieckich ,,utraconych” prowincji, które wymienił z nazwy: Prusy Wschodnie, Śląsk, Bohemia, w akcie solidarności z tzw. Heimatsvertriebenen i ich Recht auf Heimat. W ,,Was heißt Denken?“, transkrypcji wykładu wygłoszonego przez Heideggera w tym samym mniej więcej okresie, stwierdza on, że najbardziej znaczącą konsekwencją Drugiej Wojny Światowej jest ,,okropna konsekwencja dla naszej Ojczyzny” {6}.

Kilka lat później, w 1964 r., rząd landu Nordrhein-Westfalen przejął opiekę (die Patenschaft) nad die Landsmannschaft der Oberschlesier e.V. Był to początek procesu, który w 1983 r. zaowocował das Oberschlesische Landesmuseum, położonym w małym miasteczku w Zagłębiu Ruhry, muzeum ziemi śląskiej, które odwiedziłam kilka dni temu.

Jako objaw muzealnictwa oceniłabym je dość marnie, wybrakowany w równym stopniu z co których tabliczek z opisami, co z koncepcji przewodniej wystawy; nie ma to jednak większego znaczenia, gdyż nie szłam tam przecież jak do muzeum Śląska, a potencjalnego przejawu niemieckiej narracji rewanchistycznej (teoretycznie ,,rewanżystycznej”, lecz mam urazę do tego tłumaczenia i używam bardziej dosłownego). Tego przynajmniej się spodziewałam, po tym, gdy szukając miejsc do zwiedzenia w Zagłębiu natknęłam się na OSLM i moją pierwszą myślą było, że to trochę tak, jakbyśmy mieli w Gdańsku Muzeum Wileńszczyzny.

Muzeum nie jest otwarcie rewizjonistyczne, jedynie w akcentach, jak nazwanie odznaki dla powstańców śląskich orzełkiem dla insurekcjonistycznych bojówek. Jednak jego głównym orężem jest przemilczenie, przeczekanie. Nie tyle niedopowiedzenie, co przeskoczenie. Nie kręcenie narracji, nie nakładanie strategicznych punktów nacisku, a zwyczajne niepodejmowanie niektórych tematów, aspektów, całych okresów (zadziwiająco, nie ma prawie nic o życiu codziennym w trakcie drugiej wojny, w porównaniu do kilku gablot poświęconych tej tematyce w czasie wojny 1914-1918). Wręcz eleganckie to jest.

Trudna jest ta oczywiście tematyka, tych przesiedleńców, głównie dlatego, że empathy for the displaced Germans is often equated with minimizing Nazi horrors, a umacaniania w ten sposób the continued emphasis on collective guilt as a justification for the expulsions and the rejection of the idea of victimhood for those displaced civilians form the intellectual basis for this “ultimate example of ethical cleansing.” {7}

Tak właściwie, skoro co jakiś czas ktoś pobąkuje o tym Lwowie i Wilnie (włączonym w granice II RP, nota bene nielegalnie; wielu obserwatorów bardziej nacjonalistycznych wydaje się mieć alergię na wspominanie o Buncie Żeligowskiego, co aż dziw, bo to taka przecież romantyczna rzecz — złamać prawo i konwenanse, aby włączyć swoją małą ojczyznę do tej wielkiej; ale moje rozumienie dróg myśli pewnych środowisk jest znacznie ograniczone), tak właściwie, to jednak jaki mandat mamy, aby pouczać o tym samym impulsie zza zachodniej granicy.

historyczna mapa Breslau vel Wrocławia w witrynie niczym nie wyróżniającego się antykwariatu na Bahnhofstrasse, Duisburg

Rozmawiałam kilka dni wcześniej z A., i zeszliśmy na temat reparacji wojennych. Powiedział, tą swoją śląską polszczyzną piękną pięknem antykwariatu, pięknem skansenu, że RP nie ma co dochodzić reparacji, przecież już dostała tę ścianę zachodnią od Niemiec. Kontrargument znalazłam w odmętach pamięci, złożony z logiki tak prostej, że jedynie małe dziecko, jakim byłam zresztą słysząc go na lekcji historii w podstawówce, nie stanie się podejrzliwe. „Nie, nie, to nie były reparacje od Niemiec. To były nasze polskie reparacje za Wileńszczyznę i Kresy. To było w zamian za tamto.”

Czysta etyczna, czystka moralna, kto odważy się podnieść cierpienie tych, których kamraci wcześniej cierpienie zadawali, i to nie byle komu, a nam?

Powrócę na chwilę do Profesora Hirszfelda: „Gdy mówię teraz, staje mi przed oczyma uciekająca w tej chwili ludność bombardowanych miast niemieckich. I myślę o tym bez współczucia. Gdyż nie usuniemy wcześniej pojęcia humanitarnej wojny błyskawicznej, póki ci którzy pierwsi zabijali bezbronnych, nie zniosą tych samych cierpień. Widocznie, by móc współczuć, trzeba współcierpieć. Nie wcześniej wojny przestaną trapić ludzkość, aż wszyscy nie zaznają ich skutków i cierpienia. Chacun a son tour.”

Z perspektywy czasu (prof. Hirszfeld zmarł w 1954 r.) można niestety stwierdzić, że i współcierpienie, przynajmniej takie, nie zapuści silnych korzeni dla sadzonki współczucia.

Siódma

Stoję w galerii sztuki współczesnej, wpatrzona od kilku minut w zbiór spotkań czarnej i białej farby na płótnie autorstwa jednego z niemieckich abstrakcjonistów dwudziestego wieku, których imiona napotkane w salach tej galerii/muzeum grzechocą mi w głowie. Wpatruję się tak, i dopiero po chwili werbalizuje, co próbuje dostrzec.

Szukam ciał. Szukam konturów torów kolejowych, murów obozowych, ostrych przestrzeni znaczących broń. Szukam abstrakcyjnego uchwycenia cierpienia, najprawdopodobniej to nawet Cierpienia. Nie mogę się powstrzymać, taki już mam odruch, jakby wizyta w zwykłej galerii stała się nagle przeprowadzaną na mojej osobie wariancją na temat testu Rorschacha.

Całe życie wypychano mnie patetyzmem i wzruszeniami duszy niczym poduszkę pierzem, i uczyniło to ze mnie osobę upodlająco wręcz przyziemną.

Od dzieciństwa nauczono mnie dostrzegać w rzeczach poświęcenie dla Sprawy z wielkiej litery, ogólnie nauczono mnie wypatrywać wielkich liter, Bohaterów, Oprawców, Męczenników, etc. Znaczy to tyle, że nauczono mnie wypatrywać wszędzie ciał wykręconych w cierpieniu, zaschniętych plam krwi, nieudolnie odbudowanych ruin. Szukam zawsze leju po bombie w całym. Blizny w całym. Rany w całym. Gdzie jest to cierpienie, ta droga, co tak prosto prowadzi do zrozumienia.

Przy niektórych z biogramów galeria-muzeum zamieściła cytaty, i to jeden z nich służył za pierwsze motto tego szkicu, zanim się rozmyśliłam. Trümmer sind an sich Zukunft; Weil alles, das ist, vergeht. To słowa Anselma Kiefera. Dla mnie to ruiny właśnie są drogowskazami, latarniami w sztormie. Ruinę mogę odtworzyć, a wraz z nią przeszłość i prawdopodobną przyszłość za jednym zamachem. Alles, das ist, vergeht. Takie pokraczne esperanto. Podążam ku zrozumieniu prawie zawsze właśnie tropem ruiny, tropem zgnilizny, bo z tego momentu jasno rysują się drogi w obie strony z teraźniejszości wiodące…

Myślę, że być może jedną z najgorszych rzeczy jaką może się współczesnemu Europejczykowi przydarzyć, jest świadomość. Może nawet gdy jest to jedynie przebłysk świadomości, powidok, którego źródła nie można zlokalizować, to wtedy taka świadomość jest jeszcze gorsza. I taka właśnie świadomość mi się przytrafiła. Od jakiegoś czasu pewną sympatią darzę koncept mikro-utopii, wysp intelektualnych w katastrofie, o których pisał w swoich wspomnieniach Heisenberg. Bunkrów ziaren, czekających, aż znów będzie można siać bez strachu. Takie przebłyski, takie momenty świadomości, pytające, czy fakt, że coś jest skuteczne, neguje, że jest niepomocne? Czy fakt, że coś jest niepomocne neguje jego skuteczność? Zbyt wiele rzeczy ostatnio wydaje mi się jest robionych, jest przeżywanych, w jakieś groteskowej odmianie zawołania l’art pour l’art. Oczywiste niebezpieczeństwo leży w tym, że sztuka, jak zresztą większość rzeczy na tej ziemi, nie dzieje się w próżni. Dzieje się w pełnej krasie druków, zgód, stypendiów, itp., itd. O próżnię i może nie trzeba by było dbać, bo jest stała w swoim niebycie. Ale nie jesteśmy w próżni, i nie wywołamy jej raczej jak jakiegoś bóstwa zaklinaniem, że można być “z boku od tego wszystkiego.”

Wyżalam się Matce, która pozostaje nietknięta odczuwanym przeze mnie marazmem. „Masz spleeen (sic) na koniec urlopu,” stwierdza spokojnie.

Ósma

Świeżo były Prezydent RP kojarzy mi się głównie ze zdaniem wypowiedzianym na jednym z jego wieców, które wydaje mi się zostało zbyt szybko mu zapomniane. Artystka Maria Peszek użyła go jako tzw. sampla do jednej ze swoich piosenek, w której radzi słuchaczowi „biegnij, uciekaj, tu krew wsiąka w beton.” Próbuje się nam, proszę państwa, wmówić, że to ludzie. Więc oto jestem, oto wsiadam do autobusu, wmówiony człowiek, który nie chce wracać do nas, proszę państwa, gdyż zadomowiłam się w tej wyobrażonej O Litwo, która z oddali traci ostrość swoich konturów, może więc stać się czymś, nie napiszę łagodniejszym, gdyż wartość przecież dostrzegam właśnie w tym, że taka nie jest. Czymś wartym przetrwania? Nie umiem do końca stwierdzić, ta koncepcja dopiero we mnie kiełkuje. Ze względu na okoliczności, łatwo nie ma.

Chodzi mi o to, że niezawodnym lekarstwem na moje chwilowe zauroczenia elementami tzw. myśli polskiej jest styczność z Polakami. Chyba to jest właśnie powód, dla którego byłam w stanie tak obiektywniej niż zazwyczaj patrzeć, mieć wobec niej nowe myśli – nie musiałam doświadczać Polaków. O Litwo ojczyzno moja, jak ciebie kochać ten tylko się dowie, kto nie będzie musiał cierpieć twoich synów i córek przez okres czasu nie krótszy od miesiąca.

Grenzschutz (czyli straż granicy wszelaka, w tym też ta samowolna; słowo samo się właściwie na potrzeby tekstu wybrało) chyba jest właśnie tym mitycznym zawodem, któremu nic nie grozi. W pewnych kręgach internetowych od jakiegoś czasu krąży cytat z tzw. anonima, POLAND WILL HAVE ITS BORDERS EVEN IF THEY’RE ON THE LAST MAP HUMANITY EVER DRAWS. Utrzymany w dobrej, sanacyjnej estetyce, i zapakowany wprost na eksport (z wersją polskojęzyczną się jak dotąd nie spotkałam). W pewnym sensie jesteśmy wszyscy zniewoleni przez mapy. Są takie fragmenty Kaukazu posowieckiego, gdzie wciąż nie skończyli wytyczać granic, i są to zazwyczaj miejsca najbardziej w tym zaaferowanym regionie stosunkowo spokojne. Trudno przecież bić się o granice, której jeszcze nie wytyczono. Jeszcze nie wiadomo, czy ta wioska, o tożsamości mieszanej, o tożsamości swojej, o tożsamości takiej, jakiej propaganda akurat potrzebuje, aby miała, nie wiadomo jeszcze, czy ta wioska będzie nasza do obrony, czy nasza do odbicia. W żadnym sensie nie piszę tego jako apologii dla ZSRR, są po prostu regiony tego naszego euraskiego kontynentu, gdzie półpłynna granica wewnątrzpaństwowa sprawowała się, wydaje się z perspektywy czasu i kilku już wojen, najlepiej z możliwych opcji. Tym bardziej niepokojąca jest obecna degradacja strefy Schengen. Nie w tym sensie, że za realistyczne uważam walki o terytorium między członkami UE, a o aspekt miękki tego zwrotu.

pomnik ku pamięci pomordowanych w IIWŚ, Utrecht

Gdy na chwilę przysypiam, już za Berlinem lecz jeszcze przed granicą, budzę się wielce zaaferowana, że z Ojcze Nasz pamiętam jedynie Vater unser im Himmel, geheiligt werde dein Name, dein Reich komme. Samą w sobie granicę również przesypiam. Polska budzi mnie ostrymi światłami znaczącymi zjazd na kontrolę naszej legalności.

Oczywiste wręcz jest, że gubię w plecaku portfel, i szukam go jak stoi nade mną kobieta z Grenzschutzu. Nie odzywam się, trochę dla celów badawczych, a trochę z nerwów. Moja wartość eksperymentalna i tak jest marna, zbyt pomorsko wyglądam, i należę do tej nieszczęśnie porządnej demografii „kobiet samotnie podróżujących z książkami w plecaku”. Zresztą.

Ta kobieta wyglądała na mój wiek, więcej, wyglądała jakby mogła być ze mną na studiach, jakbym mogła ją ledwo co wyminąć na targu książki. Chodzi mi tu o to, że czasem patrzysz na członka Systemu, i nie tyle widzisz w nim człowieka, co kogoś dokładnie takiego jak ty. Ile to z moich kamratów z szkoły przy psychiatrycznym oddziale dziennym mówiło, że pewnie pójdą do pobliskiego technikum mundurowego, z klasami m. in. straży granicznej, gdyż nigdzie indziej się nie dostaną, nigdzie indziej sobie nie poradzą, nigdzie indziej nie chcą? Łatwo osunąć się w System. Niczym w grzęzawisko.

„Do widzenia,” mówi wychodząc ta kobieta, jedyna z zespołu trzech Grenzów, i zdaję sobie sprawę, że chyba nie mamy w tym języku pożegnań, które by nas nie wiązały, nie zobowiązywały, w sposób taki czy owaki. A na marginesie, to ciekawe, że przeprowadzając kontrolę w autobusie na relacji Paryż-Wilno, więc RP jedynie przecinającym, posłużono się w całości jedynie językiem polskim. Polska dla Polaków, Ziemia dla Ziemniaków.

Blisko już do miasta, za blisko, ten punkt chyba to jednak na granicy samej to nie jest, Festung Stettin, Festung Polen, wjeżdżamy, łapie pierwszą nazwę ulicy, i nie wiem, czy śmiać się czy płakać z takiego powitania. Potulicka. W tzw. Potulicach Bydgoskich siedzieli najpierw jeden z moich pradziadków, gdy więzili tam Polaków, a następnie jeden z moich prapradziadków, zresztą przyszły szwagier tego poprzedniego, gdy więziono tam Niemców.

Kurwa moja, nasza ta mać.

Ostatnia.

W blogowym wpisie z 2008, a więc z czasów odległych, wręcz prehistorycznych, pracujący ówcześnie w jednym z gdańskich teatrów komentator pisze, że:

„Zawsze odczuwam pewnego rodzaju wzruszenie, gdy czytam o „inteligenckiej widowni”. W czasach w których samo istnienie „inteligencji” wydaje się problematyczne, oczekiwanie, że ta społeczna grupa o nieustalonym statusie (istnieje jeszcze, czy już nie?) będzie jeszcze na dodatek chodzić do teatru może tylko wzruszać. (…)

„Inteligenci” mogą też mieć te same potrzeby, co przedstawiciele innych zawodów. Wbrew wzniosłym oczekiwaniom dyrektorów teatrów, na przykład nauczycielka (czyli nie dosyć, że „inteligencja”, to jeszcze „misja niesienia oświaty”) może w teatrze realizować „po godzinach” swoją potrzebę rozrywki.” {8}

Jest możliwe, że tak jak nie ma już “inteligencji”, jest pewna klasa “post-inteligencka”, gdzie post oznacza tylko, i zarazem aż tyle, że są to ludzie wychowani w rodzinach, które ongiś nosiły takowe miano. Są oni naznaczeni tym wychowaniem, piętnem, którego mogą nawet nie dostrzegać. To różnica wynikająca z środowiska domowego, nurtów, na jakie steruje, więcej, nurtów, które dla człowieka weń wychowanego jawią się jako jedyne możliwe. W ostatnich czasach jest to również luka wspólnoty, luka posiadania czasu i chęci na bycie w swoim wzajemnym towarzystwie. Ta luka, ta luka domostwa będzie się zapewne jedynie powiększać, jak jeszcze teraz zaczną modele językowe wyłączać po kolei kolejne połączenia neuronalne w naszych mózgach, jak to ostatnio wykazali Kosmyna i wsp. A to wszystko, te neurony, te wyładowania, te samodzielne myśli, od wieków uznawane za główny definiens naszego gatunku, to wszystko oddajemy z własnej woli, bez przymusu (jak na razie), w imię czego dokładnie? I know your days are precious/on this earth./But what are you trying/to be free of?/The living? The miraculous/task of it?/Love is for the ones who love the work. {9}.

widok z promenady Innenhafen na Synagogę, Duisburg

Prawie na samym początku studiów, w listopadzie bodajże, siedziałam w sali seminaryjnej starego budynku szpitalnego i słuchałam wykładu o piramidzie potrzeb Maslowa.

Po zajęciach zapytałam Wykładowczynię, artykułując wątpliwość, którą obracałam w myślach od ponad godziny, „a co z ascetami?”.

„A co z ascetami?” odpowiedziała.

„Są przeciwieństwem teorii piramidy Maslowa. Uważają, że na intelektualny szczyt można dojść nie przez zaspokojenie niższych potrzeb, a poprzez ich negację.”

„Hm, możliwe. Człowiek, w moim ujęciu, jest mięsem animowanym przez elektryczność. Wielu waszych wykładowców by polemizowało, ale moje doświadczenie zawodowe na to wskazuje.”

„Ale jak wyjaśnić piramidę potrzeb w kontekście ascetów?”

„Po prostu. Przepraszam, ale za chwilę będzie tu kolejny wykład. Nie, żebym Panią wyganiała.”

pisałam DUISBURG, GDAŃSK, I AUTOBUS NA TRASIE POMIĘDZY NIMI

{0} — dostęp wszędzie 14.08.25

{1} — https://www.reddit.com/r/Mainlander/comments/p6v319/after_studying_mainlanders_philosophy_my_friend/

{2} — https://www.bfi.org.uk/sight-and-sound/features/adventures-set-werner-herzogs-nosferatu

{3} — Ludwik Hirszfeld: Historia jednego życia, Czytelnik, Warszawa, 1946, Pax, Warszawa, 1967, 1989, Czytelnik, Warszawa, 2000, ISBN 83-07-02731-4.

{4} — fragment z „Biegunów” Olgi Tokarczuk

{5} — https://www.davidrllitchfield.com/2015/10/book-review-thyssen-in-the-20th-century-volume-2-forced-labour-at-thyssen-united-steelworks-and-baron-concern-during-world-war-two-by-thomas-urban-published-by-schoningh-verlag-germany-20/

{6} — za R. Wolin, ,,Heidegger in Ruins: Between Philosophy and Ideology” (2023)

{7} — fragment wstępu do „Genocides by the oppressed: subaltern genocide in theory and practice”, ed. N. Robins i A. Jones

{8} — https://widownia.slawomirczarnecki.pl/chora-widownia/

{9} — fragment wiersza „For a Student Who Used AI to Write a Paper” J. Fasano

Warszawa Cioci Janki 3

List Janiny Kowalskiej (Cioci) do Katarzyny Krenz
zachowana pisownia oryginału

Warszawa dn. 2.VII.97

Kasinku Kochana
(…)

Ad 8 Mój Ojciec Wiktor pracował w firmie która instalowała i sprzedawała radia i urządzenia nagłaśniające. Nazywała się „AMPLION” (po wojnie pojechaliśmy na Jasną Górę i na murach stały głośniki z napisem Amplion). W tej firmie również sprzedawano sprzęt filmowy, ale raczej profesjonalny. Po wojnie był kolejno kierownikiem kina Atlantic i Polonii w W-wie. Zawsze robił zdjęcia i tak jakoś po wojnie zetknął się z filmem amatorskim. Pracując jako kierownik kin widział słabe przygotowanie do pracy ludzi obsługujących projektory filmowe, sam się na tym dość dobrze znał i w ten sposób po trudach przekonywania różnych bonzów – założył i został redaktorem naczelnym miesięcznika „Kinotechnik” dla tych ludzi kina. Później był tam kącik dla amatorów filmowców. Praca z filmowcami amatorami była całkiem darmowa, była pracą społeczną. Później okazało się, że istnieje międzynarodowa organizacja amatorów-filmowców, że urządza konkursy filmów amatorskich w różnych zagranicznych miejscowościach. W Polsce powstawały kluby amatorów filmowców w dzielnicach miast, przy uczelniach i t.d. Te kluby (n.p. przy Uniwersytecie Warszawskim) był to AKF Warszawa, gdzie pod Ojca kierunkiem pierwszy raz kamerę w ręku miał Krzysztof Zanussi!


Te kluby zrzeszyły się z jednostką obejmującą całą Polskę czy w Federację i jej przewodniczącym został Ojciec. Wyjeżdżał z różnymi amatorami na konkursy. Był tam konieczny nie tylko jako przewodniczący ale jako człowiek znający 4 języki. Zasiadał również w jury takich konkursów. Raz byłam razem z Ojcem w Danii – zobaczyłam to z bliska. Ojca tam uwielbiano, ściskano i radzono się w wielu rzeczach. Byłam dumna patrząc na jego triumfy. Został później honorowym członkiem tego Międzynarodowego Stowarzyszenia (UNICA) i dostał złotą odznakę.

Zebranie zarządu Unica, Union Internationale du Cinéma; Wiktor Ostrowski z nieodłączną fajką

Kasiu! Jeżeli będziesz chciała następne wiadomości to przyjedź z magnetofonem nagraj mnie, bo ani się obejrzałam jak minęły 4 godziny mojego pisania i nie wiem dlaczego boli mnie prawa ręka. Chętnie udzielę dalszych informacji ale ustnie.

Napisałaś, że poczułaś smak tamtych czasów – ja też poczułam smak i zapach i niestety wyskakują mi z pamięci różne oboczne detale, które też warto spisać.

Jak napiszesz to opowiadanie to w maszynopisie jeszcze marzę o jego przeczytaniu i Maria też.

Mam nadzieję, że się zameldujesz po powrocie do domu.

Ściskam i całusy

Janka

PS I
Skorzystałaś z tego, że była awaria wody w całym domu i zawalił mi się plan robót, znalazłam więc te kilka godzin czasu. Wodę właśnie zreperowano i puszczono do rur! Adio! idę do roboty!

Buzi J.

PS II
Bardzo ładna ta Twoja notatka z 85 r.
Rozumiem że to mój Ojciec został zapamiętany najlepiej. Rodzice Ireny już nie żyli, Dziadek Bogucki był raczej postacią mityczną, a Babcia Mita umarła zanim skończyłaś rok. Karusia była naukowcem i nieprzytomniakiem i nie miała najlepszego kontaktu z dziećmi. Koniec więcej nie dopisuję.

Nekrospekcja berlińska, bądź garść myśli po wizycie nad Szprewą

Och, biedny tatku. Wybacz, że się z ciebie natrząsałam.
Dzisiaj ja też zapisuję nazwisko Nietszche z błędem.

„Asortyment strapień” Lydii Davis w tłum. M. Tabaczyńskiego

Matylda Wikland

… głównie na zasadzie kontrastu wywiedzionych

i. Do Berlina docieram w autobusie, choć zapłaciłam za bilet na pociąg. Dzięki wspaniałomyślności rządu federalnego Niemiec ostatnich koło trzydziestu lat, który linii kolejowych po „dedeerach” nie raczył serwisować, aż stały się niebezpieczeństwem uzasadniającym zamknięcie torów {1}. Więc wygonili nas z sponsorowanych przez Unię nowoczesnych wagonów, na moje pytanie o szczegóły dalszej podróży odpowiadając, „przechodzicie państwo pod nadzór niemieckiej ekipy konduktorskiej”. Więc przebiegam dosłownie z torbami przez dworcowe korytarze, w pośpiechu, gdyż nie wiem, za ile ta komunikacja zastępcza ma odjechać, gdyż nie wiem, gdzie ona stoi przed tym dworcem, gdyż nie wiem, ile jeszcze przed mną tego dworca, gdyż niespełna godzinę wcześniej sobie spokojnie śniłam moje koszmary o zawaleniu sesji z przekonaniem, że mam jeszcze parę godzin nieprzerwanej podróży, gdyż nie wiem, czy gdyby Sokrates żył współcześnie, to jego dewizą nie byłoby przypadkiem, „wiem, że nic nie wiem, a koleje państwowe wiedzą jeszcze mniej.”

Continue reading “Nekrospekcja berlińska, bądź garść myśli po wizycie nad Szprewą”

Warszawa Cioci Janki 2

List Janiny Kowalskiej (Cioci) do Katarzyny Krenz
zachowana pisownia oryginału

Warszawa dn. 2.VII.97

Kasinku Kochana
(…)

ad 3 Świder płynął przez Śródborów.
ad 4 W domu w Śródborowie nie było ani fortepianu ani pianina bo wszyscy byli bez słuchu (w Babcię) a jedyny z absolutnym słuchem czyli Dziadek grał na flecie (oczywiście Babcia i Dziadek dla naszego pokolenia. Niemniej w wielu domach były takie instrumenty i nawet bezsłuchowcy byli męczeni lekcjami muzyki (vide Mietek i Teresa)

Dopisek na marginesie: Mietek ma słuch, ale Teresa nie.

Continue reading “Warszawa Cioci Janki 2”

Warszawa Cioci Janki 1

List Janiny Kowalskiej (Cioci) do Katarzyny Krenz (na kopercie jest adresat: W Pani Katarzyna Krenzowa)
zachowana pisownia oryginału

Warszawa dn. 2.VII.97

Kasinku Kochana!

Niestety musisz odczytywać moje bazgroły ale przy takich pytaniach o przeszłość, myśli biegną mi znacznie szybciej niż moje palce po klawiszach maszyny do pisania. Pozatym klimat takich wypowiedzi jest dla mnie jedynie możliwy w pisaniu odręcznym. Nie umiem się wypowiadać za pomocą pośrednika – maszyny, a o klimat najbardziej chodzi.

Poprzedni list pisany do Ciebie do Niemiec miałam w brudnopisie – niedowierzam poczcie niemieckiej, ale na szczęście doszedł. Teraz piszę od razu bez brudnopisu bo pytania są bardziej konkretne.

Continue reading “Warszawa Cioci Janki 1”