Christine Ziegler war in Kattowitz / była w Katowicach
Dziwny jest ten świat w Katowicach, zwłaszcza pub Alter Ego zasługuje na uwagę.
Bizarr ist die Welt in Kattowitz. Merkt Euch bitte den Pub Alter Ego.
Christine Ziegler war in Kattowitz / była w Katowicach
Dziwny jest ten świat w Katowicach, zwłaszcza pub Alter Ego zasługuje na uwagę.
Bizarr ist die Welt in Kattowitz. Merkt Euch bitte den Pub Alter Ego.
Ela Kargol
Don Kichot z Cytadeli i Dulcynea z Winograd
(z cyklu Don Kichot w każdym mieście)
Stoi z twarzą zwróconą na północ, otoczony soczystą zielenią traw, kolorem wiosennych kwiatów, młodymi liśćmi starej olchy i białym kwieciem dzikiej gruszy. Smętnie patrzy w dal, czegoś lub kogoś wypatruje, spogląda na resztki obwarowań starej twierdzy Winiary. Odwrócony jest tyłem do czerwonej gwiazdy, której zresztą już nie ma. Koń Rosynant, dość mały i krępy, prawie kucyk, wymusił na jeźdźcu postawę tę, a nie inną, stojącą. Dawno temu miał kopię, do której utraty przyczyniłam się i ja. Zresztą już jej nie potrzebuje. Nie ma wiatraków, a te małe zdobiące przydomowe ogródki, napędzane solarnie…
z nimi nie będzie wojował.
Jedynym epizodem wojennym w dziejach prawie dwustuletniej twierdzy była
II wojna światowa, kiedy to 23 II 1945 roku po pięciodniowym oblężeniu poddała się niemiecka załoga Cytadeli.
Ale Don Kichota jeszcze tu nie było. Stałby się Cytadelowcem? Jak mój wujek, który nie dał się już nigdy namówić na spacer po powojennej Cytadeli, czy może jednak czerwonoarmistą, których groby zdobią stoki Cytadeli i dla których postawiono w czynie społecznym wysoki obelisk z czerwoną gwiazdą na szczycie. A może pomagałby strażakom ściągnąć w roku 1990 nielubianą gwiazdę.

Miałam wtedy 12 lub 13 lat. Przyszła do nas do klasy matka czerwonoarmisty, który zginął podczas walk o Cytadelę. Spotkanie było z pewnością zaaranżowone, ale pamiętam je do dzisiaj. Opowiadała o swoim synu, pokazywała zdjęcia, potem poszliśmy na jego grób. Matka płakała, niektórzy z nas też. Opiekowaliśmy się tym grobem przez resztę szkoły podstawowej. Szkoda, że nie pamiętam, gdzie to było. Pamiętam za to rzeźbę „Płaczący Kamień” (dla mnie była to płacząca matka), która stoi tam do dzisiaj.

Cytadela była dla nas miejscem poszukiwań przygód, jak dla Don Kichota, kiedy wyruszył w świat. W wieku dorastania jesteśmy szaleni i nic nam nie jest straszne. Nawet spalenie ksiąg nie powstrzymałoby nas przed młodzieńczymi szaleństwami, buntem i niepokornością. Tam poczułam smak pierwszego papierosa, pierwszy łyk taniego wina, pierwszy pocałunek, a pozostałości twierdzy, nazywane przez nas „bunkrami” dostarczały niemało wrażeń. Pomni przestróg starszych i zasłyszanych opowieści z dreszczykiem nie mieliśmy odwagi ich zbyt dokładnie penetrować, choć właziliśmy dalej niż było wolno. Ostrzegano nas przed niewypałami i przed ukrywającymi się jeszcze z czasów wojny… Niemcami. Wyobraźnia iście donkiszotowska robiła swoje.

W latach 70 zaczęły pojawiać się rzeźby plenerowe na poznańskiej Cytadeli. Do dzisiejszych czasów przetrwało ich sporo. Jest moja ulubiona „Skrzypaczka”, dziad i baba, przy których robiliśmy sobie zdjęcia i którzy naprawdę nazwani są „Piastem i Rzepichą”, jest sfinks, a właściwie „Maszkarony” spod którego zjeżdżało się na sankach, „Gimnastyczka”, dziewczynka z lamą, nazwana „Niedzielą”, dużo później pojawili się „Nierozpoznani“ Magdaleny Abakanowicz.


No i wreszcie jest i on: Don Kichot z Cytadeli autorstwa Tadeusza Dobosza. Na starych zdjęciach kopię trzyma w prawej dłoni.

W lewej ma tarczę, na głowie coś w rodzaju kapelusza udającego hełm. Wykonany jest z betonu, choć w projekcie miał to być piaskowiec.

Lanca błędnego rycerza służyła nam do ćwiczeń na drążku; niczym na trzepaku podciągaliśmy się na niej, wisieliśmy, robiliśmy fikołki. W końcu nie wytrzymała naszych akrobacji gimnastycznych i wygięła się ku dołowi. Nie wiem, kiedy całkiem zniknęła, zabrano ją po kryjomu, tak jak gwiazdę radziecką z pomnika. Została po niej dziura, do której przylatują dzikie pszczoły, zresztą w innych pęknięciach i rysach też szukają miejsca na gniazda. Teraz już wiem, po co mu ten kapelusz, to kapelusz pszczelarski.


Dulcynea z Winograd nie pierwszej już młodości i drugiej urody. Jej Don Kichot odszedł trzy lata temu, a ten jest za młody. Pamięta go, ale kopii mu nie odda, bo bez niej sobie nie poradzi. Jej walka z wiatrakami i z nieubłaganym przemijaniem dobiega końca.
Chcąc sfotografować mamę na tle błędnego rycerza, musiałam poprosić chłopaka, zaczytanego, siedzącego, opartego plecami o Don Kichota, żeby zmienił na chwilę miejsce. Ukradkiem spojrzałam na jego lekurę. Nie były to rycerskie romanse, ale uratowany od ognia „Harry Potter”.
Dulcynea ujęła swoją lancę w obie drżące dłonie i ledwo trzymając w pozycji poziomej skierowała ją na północ, w stronę swojego domu, swojej jedynej wyspy.

Magda, polska blogerka z Nowego Jorku (to ona), autorka bloga Little Town Shoes, zaprowadzi nas do nowo otwartej części miasta. Gdy byłam tam, na zaproszenie, Iwonki (Iwona Schweizer), w październiku ubiegłego roku, widziałyśmy te gmachy w budowie. Tydzień temu część nowej dzielnicy została oddana do użytku, a Iwonka przysłała mi linka. Dziękuję!
Kilka dni temu miało miejsce oficjalne otwarcie jednego z najbardziej oczekiwanych a zarazem najbardziej kontrowersyjnych nowojorskich projektów – Hudson Yards. To największa inwestycja w historii Stanów Zjednoczonych, miasto w mieście, las szklanych wieżowców, który pewnego dnia będzie gościć ponad 50 000 nowojorczyków.
Manhattan to niewielka wyspa, więc w mieście, gdzie marzenia i ambicje są nieograniczone, grunt pod budowę (o ironio) jest dużym ograniczeniem. Hudson Yards ma być swego rodzaju odpowiedzią na rosnący popyt na mieszkania.
Inwestycja ma być też atrakcją turystyczną – będzie tu najwyżej położony taras widokowy w Stanach, nowa sala koncertowa, restauracje i hotele.
Dlaczego jest tyle hałasu wokół tego projektu?
Hudson Yards to największa prywatna inwestycja w historii USA. Ostatnim takim wydarzeniem była budowa Rockefeller Center w Nowym Jorku (ponad 80 lat temu). Po zakończeniu budowy Hudson Yards ma przyczynić się do wzrostu PKB miasta o 19 miliardów dolarów.
Sam projekt Hudson Yards jest też postrzegany jako najnowocześniejszy model miast przyszłości tak zwanych inteligentnych miast, tj. takich, które wykorzystują dane do monitorowania i zarządzania obszarami miejskimi.
Cała budowa ma być zakończona dopiero w 2025 roku, ale w tym roku wiele atrakcji turystycznych będzie już otwartych.
Ile to kosztowało?
Koszty budowy oszacowano na ponad 20 miliardów dolarów. Według the New York Times inwestycja otrzymała ulgi podatkowe w wysokości 6 miliardów dolarów.
Kto jest inwestorem w Hudson Yards?
Wśród licznych inwestorów projektu jest Time Warner Center, Equinox oraz Oxford Properties Group.
Co jest już otwarte?
Chociaż 15 marca 2019 roku uznano za wielkie otwarcie inwestycji, to faktycznie teraz otwarte są tylko wybrane galerie handlowe i restauracje (w tym prowadzone przez znanych szefów kuchni, takich jak David Chang i Thomas Keller).
W marcu otwarto też dość niezwykły punkt widokowy – “The Vessel” (ang. pojazd, naczynie) – to konstrukcja składająca się z 154 tarasów o wysokości 46 metrów.
Punkt widokowy roboczo nazwano “The Vessel” ma być nowojorską Wieżą Eiffla. Sami nowojorczycy bardzo sceptycznie podchodzą do tego porównania, the New York Times stwierdził że konstrukcja bardziej przypomina wielki kosz na śmieci.
Budowla gwarantuje niesamowity widok na nową dzielnicę. Wstęp wolny, choć trzeba wcześniej zarezerwować bilet.
Od kwietnia będzie też otwarta nowa sala koncertowa Shed.
A pod koniec tego roku zostanie otwarty też The Edge — trzeci najwyższy budynek w Wielkim Jabłku. Na setnym piętrze tego gmachu znajdzie się wysunięty taras widokowy ze szklaną podłogą. Będzie to piąty najwyżej położony taras widokowy na świecie.
Jak zarezerwować bilet na Vessel?
Bilety można rezerwować z 2 tygodniowym wyprzedzeniem i na dzień wizyty na tej stronie (mamy dwie opcje rezerwacji – na dzień dokładnie za 14 dni i na ten sam dzień). Rezerwacja jest otwierana codziennie o 8 rano. Można rezerwować bilety na dowolną godzinę.


Jak dojechać do Hudson Yards?
Hudson Yards zajmuje powierzchnię 28-hektarów w zachodniej części Manhattanu pomiędzy 34 i 30 ulicą oraz Dziesiątej Aleją na wschodzie i autostradą West Side na zachodzie.
Możne zaplanować zwiedzanie kompleksu i połączyć ze spacerem po High Line (tu przeczytasz więcej o tym najmodniejszym nowojorskim parku). Do osiedla można też dojechać metrem 7 i wysiąść na ostatnim przystanku na Manhattanie (34th str).
W przyszłości będzie tam też lądowisko dla helikopterów. 😉
Jakie są pierwsze wrażenia?
Vessel robi wrażenie. Wprawdzie nie nazwałabym tego punktem widokowym ponieważ nie ma jakiegoś ładnego widoku ani na miasto ani na rzekę Hudson. Natomiast sama konstrukcja jest bardzo ciekawa, bardzo instagramowa i pewnie będzie się cieszyła dużą popularnością.
Byłam zobaczyć też galerię handlową i jestem trochę rozczarowana. Taka zwykła galeria, naprawdę Arkadia czy galeria Mokotów w Warszawie są równie nowoczesne. Nie do końca potwierdza zapowiedzi inwestorów o “najnowocześniejszym mieście”.
Hudson Yards według mnie nie pasuje do Nowego Jorku. Takie osiedle mogłaby się znaleźć w Dubaju albo każdym innym miejscu na świecie.
Zobaczymy, co będzie dalej, ale zdecydowanie ta część miasta wygląda inaczej.



Ewa Maria Slaska
Kochani, dawno temu prosiłam, żebyście mi przysyłali wpisy o tym, co wiecie o swojej ulicy. Dziś przypominam tę prośbę i zaczynam od mojej własnej ulicy. Paradestrasse, ulica Parad. Bardzo śmieszna nazwa, gdy się popatrzy na tę niewielką, obsadzoną grubymi platanami ulicę, na której parady mogły by co najwyżej urządzać wiewiórki, lisy albo jeże. Bo choć ulica leży właściwie w samym centrum miasta, jest jednak częścią cichego, spokojnego osiedla domków jednorodzinnych, otoczonych murem niewysokich bloków mieszkalnych. Osiedle jest częścią Gärtenstadt, miasta ogrodu, zbudowanego w ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku. Zgodnie z nazwą osiedle jest pełne drzew i ogrodów, kwitną tu masy kwiatów, mieszkają różne zwierzęta, łącznie z szopami praczami. Od lat 30 XX wieku, czyli od czasów, gdy do władzy doszedł mały facet z wąsikiem, osiedle przemianowano na Fliegersiedlung – Osiedle Lotników, a ulice zmieniły nazwy – z geograficzno-historycznych na bojowe: nazwano je na cześć pilotów, zasłużonych podczas I wojny światowej. Osiedle miało (i nadal ma) piękne półkoliste ulice, przecina je linia zieleńców ze strumieniem i dwoma stawami, a w samym centrum posadzono piękny ogród różany. Od północy, południa i wschodu do osiedla przylegają piękne parki – Viktoria Park, Park Tempelhof i zamienione na chroniony prawem nieużytek dawne lotnisko Tempelhof*, oddzielone od nas wielką przelotową ulicą – Tempelhofer Damm**.
Na osiedlu nie ma kina, wielkich domów towarowych, właściwie nie ma kawiarni czy klubów, co nas chroni przed plagą Berlina – masami turystów, którzy ciągnąc za sobą walizki na kółkach, zalewają miasto w poszukiwaniu “nie tkniętych ludzką stopą” zakątków. Mamy za to dwa kościoły, kwadratowy katolicki i okrągły ewangelicki, oba modernistyczne, mamy piękny plac z modernistyczną fontanną bocianów, wielki dworzec kolejki i kolei, kilka szkół i przedszkoli oraz plac zabaw z samolotami. Projektant placu odwołał się do nazwy osiedla, nie zastanawiając się nad tym, że Boelcke czy Manfred von Richthoffen, patroni naszych ulic, w niczym nie przypominają uśmiechniętego lotnika z książeczek dla dzieci.
Ale nie myślę o tym, gdy patrzę z balkonu na ogrody pode mną, gdy wiosną piję kawę, podziwiając cudowną ogromną kwitnącą na różowo wiśnię, gdy już w lutym widzę pierwsze kwitnące kwiaty tegoroczne, a w styczniu widzę, że te grudniowe wciąż jeszcze kwitną, albo gdy nad balkonem rozpina się tęcza, myślę sobie, że mam ogromne szczęście, że mieszkam właśnie tu.

7:40 rano, 11 listopada 2018 roku – tak na mojej ulicy uczciliśmy koniec I wojny światowej
Rozpędziłam się w zachwytach. Tu więc trochę trzeźwych i prozaicznych informacji na temat mojej ulicy:
| Kod pocztowy | 12101 | |
|---|---|---|
| Dzielnica miasta | Tempelhof | |
| Komunikacja | Strefa A autobusy 104, 248 — metro (U‑Bahn) nr 6 stacja Paradestr ♿ | |
| Przebieg ulicy | od Tempelhofer Damm do Placu Adolfa Scheidta (Adolf-Scheidt-Platz) | |
| Dzielnica historyczna | Tempelhof | |
|---|---|---|
| Nazwa ulicy od roku | 1913 | |
|
Nazwa związana z faktem, że ulicę wytyczono na terenie wojskowego placu ćwiczeń (poligonu). Wiosną 1722 roku król Fryderyk Wilhelm I przyjął w tym miejscu pierwszą paradę wojskową. Od roku 1905 stacjonował tu regiment wojsk kolejowych, a teren nadal był przeznaczony na apele, capstrzyki i parady. Rósł tu, na rogu dzisiejszej Paradestrasse i Tempelhofer Damm, jeden z licznych swego czasu tzw. dębów cesarskich (Kaiser-Eiche), pod którym stały trybuny dla cesarza odbbierającego paradę. © Edition Luisenstadt, kaupert media gmbh, Katrin Schwahlen, Tempelhof, L&H Verlag 2015 |
||
* To to lotnisko, na które przylatywały polskie samoloty.
** Trakt na Tempelhof czyli terenów w średniowieczu należących do zakonu Templariuszy, a od renesansu oddanych do użytku militarnego.
Kochani czytelnicy/czki. Przepraszam, bo w tym wpisie nic już nie ma. Minęły lata i zniknęły wszystkie zdjęcia, które tu kiedyś umieściłam. Gdzie są?
Bizary… czy ktoś jeszcze pamięta w Polsce to słowo? My w Niemczech prędzej je zrozumiemy, nawet jeśli polskiego słowa wcale już nie znaliśmy, bo po niemiecku jak coś jest dziwaczne, to można o tym powiedzieć, że jest bizarr. A jak człowiek się zachowuje dziwacznie, to jego zachowanie może być określone jako skurril. Wydaje mi się, że tego słowa polszczyzna, również ta dawna, w ogóle nie miała, ale co tam. Byłam na wycieczce w Szczecinie i zobaczyłam taką ilość bizarów i skurili, że postanowiłam się z wami podzielić.
To Krzyżak ze Sztumu. W Szczecinie.
W restaracji “Na kuncu korytarza” w Zamku oferta obejmuje kacze biusty.
Ogłoszenie “Klubu śledziojadów”. W tym Szczecinie oni wciąż tylko o jedzeniu.
Na zdjęciu (a raczej na plakacie) Anita, ongiś zakochana (“na zabój”) w Polaku ze Szczecina hinduska miss piękności, dziś dobrze prosperująca właścicielka kilku egzotycznych restauracji w Szczecinie, które pozostają w rodzinnych rękach – bo syn poszedł w ślady rodziców.
O Anicie powstaje właśnie film w koprodukcji Film Polski – Bollywood. Rolę jej samej otrzyma siostra Anity, słynna aktorka bollywoodzka.
A jak nie o jedzeniu, to o piciu.Zanim Wyszak został piwowarem, był… piratem, ale – i teraz dopisek z kwietnia 2025 roku – umiał sobie załatwiać różne sprawy. Prawie 30 zdjęć zniknęło, a to jedno, jedyne zostało.

Pompy w Szczecinie nie są niestety czynne (w Berlinie są), ale za to mają zabójczy niebieski kolorek.
A tu święto dyni – i pomyśleć, że za czasów mojej młodości dynia znana była w Polsce tylko jako rodzaj pikli na słodko w occie (były paskudne).
Wszędzie można dojść, wszędzie blisko, i do podziemi i pod opiekę niebieską…
Artystyczny wyrzut śmieci
“Wkurw” – wersja rozbrajająco łagodna
Szklany sufit najpiękniejszej poczty na świecie. Przed wojną Szczecin miał więcej abonentów telefonicznych niż Berlin, choć był od stolicy Niemiec czterokrotnie mniejszy. Było 30 telefonistek i pracowały na dwie zmiany.
Orzech czarny, najstarsze drzewo w Szczecinie
W oddali para młoda, niestety więcej nie można było sfotografować. Panna młoda bacznie pilnowała RODO. A szkoda, bo miała ciekawą suknię, haftowaną złotem jak obrus na ołtarz.
Ciekawe ostro czerwone hydranty, aż się proszą, żeby nimi trochę poszarpać. No a jak się za mocno pociągnie, no to hydrant się rozpada – część ląduje na bruku, a część w kwiatkach
Na bruku lądują też serca, białe, być może niewinne
Bardzo ciekawe faktury
Ta firma ze Szczecina ma też swą filię w Berlinie na Kreuzbergu…
Idzie nowe…
Lub jedzie do pracy…
Plakat w Szczecinie zachęca Polki do pracy w Niemczech, ale coś się tłumaczowi pokręciło, nie zrozumiał co jest czym czego i teraz plakaty głoszą, iż w Niemczech zaopiekują się nami – szczecinianami – osoby starsze i godne zaufania. No to niech tam…
Na ekrany w Polsce film miał już wejść w sierpniu, w Niemczech we wrześniu, we Francji i w Hiszpanii już jest w kinach, ale mimo to wcale nie jest pewne czy uda nam się naprawdę obejrzeć ten produkowany od ponad 20 lat obraz ex-Monthy Pytona. Dlatego z najważniejszym obecnie dla Baratarii szewcem, tym z filmu Terry’ego Gilliama, Człowiek, który zabił Don Kichota, chwilę jeszcze poczekamy. Dla porządku wyjaśnię jednak, że główny bohater, młody londyński reżyser reklamowy wpada w pułapkę szalonych majaczeń pewnego szewca, który “ma się” za Don Kichota i ląduje w Manchy jako jego giermek. A więc Barataria, Don Kichote, zawikłane historie, szewc, poniedziałek…

Ewa Maria Slaska
Już kiedyś tak było, że jakiś temat tak mnie opanował, jak teraz Barataria. Było to dawno temu, a zajmowali mnie szewcy, choć przyznaję nie pamiętam, w jakiej kolejności nawarstwiały się kolejne elementy tego zainteresowania. Czy dlatego zaciekawił mnie zawód szewca, że szewcem był (podobno) Żyd Wieczny Tułacz, a on mnie zajmował latami, czy może było na odwrót – zainteresowali mnie szewcy, a Ahaswerus objawił się jako kolejny i być może najważniejszy Wielki Szewc.
Na pewno w tym szewskim okresie mego życia ważne miejsce przypadło w udziale leśmianowskiemu Szewczykowi, ale pewnie równie ważny był pan Załuski, szewc z mojego dzieciństwa. Napisałam o nim po niemiecku, ale kiedyś powstał również tekst polski. To historia o szewcu, który śpiewał Odę do radości… O radości, córo bogów… Piękna historia, koniecznie ją przeczytajcie.
Ciekawe, że wpis na bloga o leśmianowym Szewczyku przygotowała Maria… Szewczyk. Nie był to więc przypadek, że gdy postanowiłyśmy obie, że uczcimy nie uczczony oficjalnie rok leśmianowski, to pierwszym wierszem, który przypomnimy będzie leśmianowski Szewczyk. Marysia nie mogła tego wiedzieć, że Szewc, Szewczyk ważny był w moich rozmyślaniach, bo co i rusz, wędrując, jak to mam we zwyczaju, od tematu do tematu, trafiałam na szewców, którym bardzo blisko było do Boga, znacznie bliżej niż nam, zwykłym ludziom.
Obłędny szewczyk – kuternoga
Szyje, wpatrzony w zmór odmęty,
Buty na miarę stopy Boga,
Co mu na imię – Nieobjęty!
Błogosławiony trud,
Z którego twórczej mocy
Powstaje taki but
Wśród takiej srebrnej nocy!
Zdarzyło się też, że Iwona Waligórska ze Szczecina na zaproszenie Brygidy Helbig przyjechała do Berlina z recitalem poezji śpiewanej – z Leśmianem i Szymborską. Pięknie śpiewała Iwona różne wspaniałe wiersze, ale najpiękniej zaśpiewały obie, Brygida i ona, o Szewczyku, o tym, że w życiu nie ma nic oprócz życia, a w szyciu nie ma nic oprócz szycia i że błogosławiony trud, z którego twórczej mocy, powstaje taki but, wśród takiej srebrnej nocy!
TU właśnie obie śpiewają, a z prawej mignie na nagraniu również profil… Marysi Szewczyk, która im jedno z takich spotkań zorganizowała. O, bo świat jest mały i tylko Temu tam na Górze na imię Nieobjęty…
Jako młoda matka, szukając, czym by tu się zająć w godzinach, gdy dziecko śpi, tłumaczyłam na konkurs (był to konkurs na tłumaczenie, a nie dla tłumaczy!) opowiadanie Isaak Dinesen o perłach. Wszystko się od tego czasu zmieniło. Isaak Dinesen, autorka wówczas, w komunistycznej Polsce w ogóle nie znana i nie tłumaczona, teraz jest już znana i tłumaczona, i już nie nazywa się jej tym jej męskim pseudonimem, lecz jest z powrotem kobietą, Karen Blixen, przez najbliższych nazywaną Tanią. Nie ma Polski komunistycznej, nie zostałam tłumaczką z angielskiego, dziecko wyrosło, a mieszkamy w Niemczech.
Karen Blixen (1885-1962), wybitna pisarka duńska. W 1914 wyszła za mąż za swojego kuzyna, szwedzkiego barona Brora von Blixen-Finecke, z którym wyjechała do Kenii i założyła plantację kawy. W roku 1925 rozwiodła się z mężem i przez kilka lat sama prowadziła plantację. W roku 1931, gdy nastąpiło załamanie na rynku kawy, Karen wróciła do Danii i zaczęła pisać. Wydawała swe książki po angielsku i pod męskim pseudonimem. Obecnie jej najgłośniejszym dziełem są wspomnienia z pobytu w Kenii – Pożegnanie z Afryką (1937) wg których został nakręcony film z Meryl Streep w roli samej pisarki. Ale sławę przyniosły jej przede wszystkim opowiadania, Siedem niesamowitych opowieści (1934) i Zimowe opowieści (1942).
Isaak Dinesen była ulubioną pisarką mojej Mamy, która tak o niej właśnie o niej mówiła – używała jej męskiego imienia i nazwiska, ale nie odmieniała ich po męsku tylko po kobiecemu. Najczęściej zresztą mówiła o niej Dinesenka. To Mama mi podpowiedziała, żeby przetłumaczyć jedno z opowiadań Isaak Denisen. Miała te opowiadania po angielsku w paperbacku. Mama miała całą chyba literaturę angielskojęzyczną w paperbackach… Winter’s tales, Perły… Wy to już czytaliście zapewne jako Zimowe opowieści Karen Blixen w tłumaczeniu Franciszka Jaszuńskiego. Być może nie są to te same książki.
Bohaterka opowiadania Perły przyjechała z mężem do obcego miasta. Mąż ma jakieś zajęcia, młoda kobieta zostaje sama w hotelu, wychodzi na spacer i nagle zauważa, że zerwał się jej naszyjnik z pereł. Udaje jej się pozbierać wszystkie perły do apaszki, ale oczywiście naszyjnik trzeba naprawić. W miejscowości nie ma jubilera, ale ktoś jej radzi, żeby poszła do szewca, który jest godnym zaufania, akuratnym człowiekiem i na pewno dobrze nawlecze jej perły na nową nić. Szewc obiecuje wykonać pracę na popołudnie. Kobieta wychodzi i dopiero wtedy zaczyna się niepokoić. To piękne perły, podarunek od męża. 50 pięknych pereł. A co, jeśli szewc połakomi się na jedną z nich? Ale już się stało, już oddała perły w obce ręce, nie wiadomo komu. Z niecierpliwością czeka na umówioną godzinę, chce jak najszybciej mieć z powrotem ten naszyjnik, przeliczyć perły, upewnić się, że żadna nie zginęła. I gdy wreszcie je odbierze, idzie do hotelu, przelicza perły i widzi że jest ich 51, a jedna z nich jest piękniejsza niż wszystkie inne. Szewc wplótł w jej naszyjnik swoją perłę…
Rozmawiają potem, szewc i kobieta. To on jej mówi, że nieprawda, iż rolą szewca jest tylko pilnować kopyta. Pilnuj szewcze kopyta, ne sutor supra crepidam, nie sądź powyżej butów. Tak się mówiło. Było ponoć tak, a opowiedział to Pliniusz, że słynny malarz Apelles, ten który malował winogrona tak doskonale, iż ptaki przylatywały, by je dziobać, namalował kiedyś buty wcale nie tak doskonale i został skrytykowany przez jakiegoś szewca. Apelles namalowane buty poprawił, a to sprawiło, że rozzuchwalony szewc następnego dnia skrytykował również namalowane na obrazie szaty. Tu jednak malarz nie zamierzał okazywać pokory i napomniał krytykanta, żeby się nie wtrącał w sprawy, na których się nie zna i niech lepiej pilnuje kopyta (szewskiego oczywiście), bo nie sądzić mu o tym, co powyżej.
Szewc w rozmowie z młodą kobietą opowiedział jej historię perły, swoją historię…
Niewatpliwie szewcem, który nie pilnował kopyta i patrzył znacznie wyżej, szukając Boga, był Jakub Böhme, słynny niemiecki mistyk z Görlitz czyli Zgorzelca, o którym Hegel twierdził, iż był to pierwszy niemiecki filozof… Ale też tak naprawdę to on, a nie Hegel i Marks wymyślili dialektykę. Był słabego zdrowia, dlatego wysłano go na naukę do szewca… Jego myśl filozoficzno-teologiczna, zdumiewająca u człowieka, który nigdy nie studiował, koncentruje się wokół zagadnień panteizmu (Bóg jest naturą, natura – Bogiem), naturalnej skłonności człowieka do złego, i do dobrego, ale bo też i Bóg jest i kochający, i rozzłoszczony. Co ciekawe nauka była według naszego szewca czynnikiem żeńskim, a wolność uważał za przyrodzone prawo każdej jednostki ludzkiej.
O szukających Boga szewcach pisali też Herbert w Martwej naturze z wędzidłem i Jean Giono w Zbiegu.
Dużo się nazbierało tych szewskich opowieści na ten szewski poniedziałek, a jeszcze wciąż i wcale się nie wyjaśniło, jak ma się szewc do Baratarii. A to tymczasem Bata…
Szewc Tomáš Bata, Czech Bata, człowiek, który wymyślił płócienne buty, buty, bez których teraz nie wyobrażamy sobie życia… Był rok 1894, gdy w małym morawskim miasteczku Zlin trójka rodzeństwa założyła niewielką manufakturę obuwniczą, która już po roku… zbankrutowała. Tak rozpoczęła się historia jednej z wielkich światowych fortun. Tomáš Bata wpadł bowiem na genialny pomysł, że z „z wady zawsze można zrobić zaletę”. Skoro nie stać nas na kupno skóry, bądziemy produkowali buty z płótna, a ze skóry zrobimy tylko podeszwy. Tak powstały batiowki, przodkinie trampek, tenisówek, conversów i adidasów. Pomysł okazał się wspaniale nośny. W roku 1898 rodzeństwo Bata zdołało spłacić długi. Po 10 latach brat umarł, a siostra wyszła za mąż. Tomáš został jedynym właścicielem dobrze prosperującej fabryczki. Gdy wybuchła I wojna światowa, fabryka Baty otrzymała zamówienia rządowe. Bata wchodzi na rynki europejskie i światowe. Firma rośnie w oczach.
Od roku 1923 Bata jest burmistrzem miasta. W 1925 roku jego firma zatrudnia już 5000 pracowników, a produkcja przekracza 100 tysięcy par obuwia dziennie. Kilka lat później kompleks fabryczny w Zlinie ma już ponad 30 obiektów, w tym osiedle mieszkaniowe dla pracowników – charakterystyczne osiedle ceglanych domów.
W roku 1932 Tomasz umiera. Fabrykę obejmuje jego przyrodni brat. Miasto rozrasta się. Jeszcze kilka lat wcześniej miało 5000 mieszkańców, teraz jest ich już ponad 45 tysięcy.
W Zlinie muszą wiąc powstać nie tylko zakłady produkcyjne, ale także infrastruktura komunikacyjna, mieszkaniowa i techniczna. Bata ogłasza konkurs, do którego stają wielcy architekci tamtego okresu. Potem będą budowali miasto: Jan Kotěra, František Lydie Gahura, M. Lorenc, Vladimír Karfík i Le Corbusier! W latach 1935–1938 powstaje miasto wzniesione wzdłuż wykopżanego w tym celu Kanału Baty – który do dziś funkcjonuje. Bata buduje stadion, nowoczesne publiczne łaźnie z dwoma basenami, szpital, szkoły, które przekształcą się w uniwersytet. Powstają przedszkola, biblioteki, ogromne kino, w owym czasie największe w Europie, kościoły – ewangelicki i katolicki.
Bracia Bata stworzyli kapitalizm z ludzką twarzą.
Już w roku 1930 Bata wprowadza 40-godzinny tydzień pracy. Pracownikom przysługuje dwugodzinna przerwa południowa. Kobiety mogą wrócić do domu i ugotować obiad, ale Bata nie widzi w tym sensu i buduje wielkie stołówki robotnicze.
– Kobiety! – mówi do pracownic Bata w jednym z przemówień – nie będziecie musiały nawet robić weków, Bata zrobi je za was.
Ale Bata robi nie tylko buty i weki, wymyśla też nowoczesne fabryki domów. Powstają moduły budowlane, które daje się stosować w budynkach fabrycznych i publicznych. Tak powstają hale produkcyjne, szpitale, hotele, biurowce, najwyższy o wysokości 16 pięter. Był to wtedy najwyższy dom w Czechosłowacji, drugi pod względem wysokości w Europie. Czesi nazywają go „mrakodrap”, czyli drapacz chmur.
Oryginalnym elementem wyposażenia fabryki w Zlinie, wyjątkowym na skalę światową, jest jedna z wind, mieszcząca mobilny gabinet szefa z klimatyzacją, telefonem oraz ciepłą i zimną wodą. Żeby nie odrywać od zajęć swoich pracowników, Bata zjeżdżał na wybrane piętro, mając zawsze wszystko pod całkowitą kontrolą. Mówił, że to zdecydowanie lepiej, kiedy to szef idzie do swojego pracownika, szanując jego czas i obowiązki.
Praktyczna utopia. Jeden z ważnych działów baratarystyki.
Pisząc tę część tekstu, która dotyczy Baty, korzystałam z opracowania w onet-biznes, jego autor z kolei korzystał z materiałów reklamowych Baty. Przegapił jednak jeden z najciekawszych i najbardziej interesujących elementów całościowej wizji braci Batów – własne studio filmowe firmy Bata, pozwalające nagrywać firmy reklamowe już w latach 30.
Es ist zu heiss zum Essen. Um die Gelegenheit zu nutzen, mache ich, nach dem Beispiel von Doktor Jackson, ein 3-Tage-Programm des Nicht-Essens. Gesundheitsfasten ist zu leichtes Wort dafür. Aber egal. Ich bin nicht zu sehr hungrig (gewesen – die 3 Tage sind schon vorbei, wenn ihr es liest), aber Hunger ist immer noch da. Und mit ihm auch laute Versuchungen, überall wo man nur hinschaut. Da wird leckeres Eis verkauft (Vanille & Marille Eismanufaktur), hier sitzt eine Frau alleine am einen kleinen Tischchen und bekommt gerade eine Kaloriebombe ganz in Altrosa und Grün, och lecker…
Ich flüchte mich nach Hause, wo zwar unter dem Dach die Temperaturen über 40 Grad herrschen, aber die Versuchung viel geringer ausfällt.
Ich werde mich hinlegen und etwas sehr leichtes lesen (leichte Kost! hahaha!), schiebe also weg alle harte Schinken (Schinken! hahaha – na ja, ich bin zwar eine Vegetarierin, aber Schinken ist, mindestens theoretisch – auch essbar) und hole mir ein Buch von Jalid Sehouli, Marakesch, das mir vorgestern Monika brachte. Sie war im Marakesch, schrieb darüber…
Ich gehe unter die Dusche (3 Mal am Tag!), lege mich hin (man soll viel liegen!), trinke grünen Tee (2 bis 3 Liter am Tag!) und lese… Glaubt mir oder nicht, aber es ist ein Buch übers Essen (Entschuldige, Professor Sehouli, ich weiß, ihr Werk hat auch andere Schichten, die viel tiefer reichen)… Schon der Untertitel des Buches betrifft das Essen: Viele Geschichten in einer Geschichte oder Die besondere Geschichte der Pastilla… Und Pastilla, auch Bastilla, Bstilla oder Bsteeya (und auch wenn man es nicht weißt, erfährt man sofort, weil es ein Buch über Pastilla ist) ist etwas Essbares! Und wie! Am Ende des Buches gibt es mehrere Rezepte für Pastilla.
Pastilla, schreibt der Autor, verbindet verschiedene Aromen und ist eine Komposition aus Fleisch (und Fisch oder Milch) und knusprigen, warmen, übereinandergeschichteten dünnsten Teigblättern mit süßen Gewürzen. Das Huhn (oder Fisch und Frutti di Mare, oder Ente, oder, och je, Tauben) wird vorsichtig gekocht, die Knochen werden entfernt, das Fleisch zerkleinert und geröstete gemahlene Mandeln beigegeben. Puderzucker und Zimt runden das Gericht ab.
Der Autor isst eine Fischpastilla bei Khalid, einem marokkanischen Freund, dann fährt er nach Hamburg und in Piment, einem kleinem, elegantem Restaurant, wo der marokanische Koch gerade als Koch des Jahres gekürt wurde, isst er Pastilla mit Ente und diese beide Pastillas ändern plötzlich seine ganze Lebenseinstellung. Er ist in Deutschland geborener erster Professor (der Medizin) mit marokkanischer Familiengeschichte, total modern und westlich, und plötzlich findet er, dass ein New-York-Bild, das seine Wohnung ziert… Na ja, lassen wir es den Autor erzählen, er ist ein richtiger Geschichtenerzähler von Djemaa el Fna, den Platz der Toten, Hauptmarkt in Marrakesch, der berühmte Nachtmarkt …
Ich schaute etwas müde, aber wach genug auf das Bild und fühlte, dass es nicht das richtige Bild für meine Wohnung war. Nach dem Erlebnis mit Enten-Pastilla empfand ich, dass ich das Bild durch etwas Orientalisches zu ersetzen habe.
Am nächsten Tag erzählte ich Khalid von meiner kulinarischen Erfahrung in Hamburg und das ich ein orientalisches Bild für meine Wohnung suchte. Khalid sagte, er würde mir ein besonderes Bild besorgen.
Etwa eine Woche später erhielt ich einen Anruf: “Das Bild ist da!” Ich fuhr umgehend zu Khalid und traute meinen Augen nicht. Das Bild zeigte einen Blich auf den Markt von von Djemaa el Fna. Man schaut hindurch zwischen zwei Orangenverkäfer-Wagen, die an ältere englische Pferdekutschen erinnern und an denen frisch gepresster Orangensaft zu kaufen ist. Im Hintergrund erkennt man andere Verkaufsstände, zum beispiel einen Dattel- und Nuss-Verkäufer, weiter dahinter eine der Moscheen auf dem Platz. Der Marktplatz ist noch nicht voll, es scheint Spätnachmittag zu sein, die Zeit, wenn die Vorbereitungen für den Abend beginnen. Das Bild schien mir so vertraut, als hätte ich diesen Blick auf den markt schon seit Jahren in meinem Herzen getragen.
Etwas Besonderes an dem Bild ist auch, dass es sich dem Licht in der Wohnung anzupassen scheint. Abends hat man das gefühl, auf dem Bild sein es neunzehn Uhr; morgens kommt es mir vor wie eine Szene um acht Uhr früh.
So sind die Geschichten, die der Professor erzählt… Das Kulinarische ist dafür da, um etwas anderes erzälen zu können. Aber das Kulinarische ist nicht nur der Vorwand. Und am Ende des Buches gibt es leckere Rezepte. So viel zumindest vermute ich. Ich hungre immer noch und sowieso sind die Rezepte für Fleischfresser oder eventuell Milchtrinker… Also nichts für hungrige Zeiten einer Vegetarierin…
Łukasz Szopa
Zieleń kontratakuje
Lubimy dzielić rzeczy na czarne i białe. Mimo często mglistej, szarej perspektywy. Albo na: szare i zielone. Czyli na miasto i wieś. Może też na “cywilizację” i “naturę”. Teren zabudowany i przyrodę. Obojętnie, czy jesteśmy mieszkańcami betonu, czy zielonego, czy też mieszanych sfer podmiejskich (post-wiejskich).
Nie lubię uogólnień, szczególnie nie takich, jakie właśnie zrobiłem. Więc powiedzmy, że zdarzają się takie przeciwstawienia, takie dwie definicje, teza i antyteza – i rzadko synteza. Jeśli już to synteza – “syntetyczna”, sztuczna: nowy asfalt przez wieś, czy plamy parków (pareczków) w urbanistycznym labiryncie. A jeśli nie sztuczna, to dyskusyjna i nielubiana, jak problem gałęzi, liści na chodnikach czy jezdni, i odnośnie tej właśnie dyskusji o tym, czy drzewa tworzące aleje ścinać czy nie.
Może powoli powinienem zbliżyć się do mojego tematu, mojej tezy. Czy też – syntezy. Tematem jest właśnie synteza przyrody i betonu. Która bywa dobrym sąsiedztwem, przyjaźnią, miłością. Albo też konfliktem, walką, wojną.
Takie spojrzenie (w dosłownym tego znaczeniu) na tę kwestię umożliwiły mi przykłady ekstermalne. Tak to już jest, że trzeba czasem łopatą (albo nawet młotem) do głowy, jaskrawo, szokująco. Choć od razu przyznam, że były to przykłady, gdzie to przyroda “nagle” okazała się być górą, zdobyła przewagę, a nawet odniosła tymczasowe zwycięstwo.
Przykłady to z jednej strony Berlin – w którym to mieście kilkanaście lat mieszkałem, i z drugiej – bośniackie miasta Sarajewo i Mostar. We obu przypadkach napotkałem na arcyciekawe miejsca, gdzie po latach przemysłowego lub (wielko)miejskiego krajobrazu, zielsko wróciło – i żyje sobie w najlepsze.
Zacznę od przykładu drugiego – czyli powojennych miast w Bośni. Mówiąc krótko: w latach 1992 – 1995 oba miasta, szczególnie ich centra, zostały co prawda tylko częściowo zniszczone – ale to, co zostało trafione, lub te miejsca, gdzie akurat dłużej czy mocniej zaznaczyła się linia frontu – zniszczone zostały kompletnie. Czy przynajmniej… na tyle mocno, by przebić się dziurami, kraterami przez podłogę parteru i fundamenty – do ziemi. Albo też, czy jako kilkultetnie lecz nie opróżniane wysypisko śmieci, czy jako inaczej zadomowiona w ruinach hałda ziemi czy piasku – niejedno miejsce stało się potencjalną glebą.
I ledwo przestano strzelać, rzucać granatami, przerzucać kamienie i worki na barykady – zaczęło rosnąć! Tym bardziej, że długo jeszcze trwało i potrwa, nim do niejednej ruiny ktoś powróci, ustali się nie tylko do kogo to należy, ale i kto ma prawo to zagospodarować… – a zielsko, trawa, chwasty, krzewy, a nawet drzewa! – rosną sobie, rosną dalej… A mury nawet chronią je przed niejednym wiatrem.
Niezapomnianym obrazem jest dla mnie widok na trzecie, ostatnie piętro koszar w centrum Sarajewa, zniszczonych jeszcze w 1992, przynajmniej na tyle, by znikł dach. Efekt – i ten wspaniały, surrealistyczny obraz – to po latach całkiem pokaźne brzózki wychodzące już na ponad 2-3 metry ponad poziom najwyższej kondygnacji.
Ulubionym miejscem moich obserwacji współżycia, współistnienia, ale i walki natury z betonem jest jednak Berlin. Było to dla mnie niezłą niespodzianką. Może dlatego, że przyjeżdżając tu, miałem przed oczami (wyobraźni) wielkoświatową metropolię, obrazy budującego się Potsdamer Platzu, szarej wielkomiejskiej plamy na mapie pośród zielonej Brandenburgii.
Zacząć można od tego, że Berlin powstał relatywnie niedawno, o ile wiem to tak naprawdę miastem stał się w dziewiętnastym wieku. Miastem, stolicą Prus – stał się nie naturalnie, a jako pomysł króla, który postanowił połączyć ze sobą kilka wiosek w “miasto”. Wiosek, pomiędzy którymi leżały nawodnione Szprewą bagniska. Mógłbym jeszcze o topografii, urbanistyce i nazewnictwie, ale o tym może innym razem. Ograniczę to do faktu, że Berlin ma więcej kilometrów kanałów niż St. Petersburg czy Wenecja, i że pośród tego szarego placka na mapie, gdyby spojrzeć dokładniej (na turystycznej mapie miasta), natrafiamy na wielką, podłużną, zieloną plamę – Tiergarten. Czyli olbrzymi park, niemal las, ciągnący się od Bramy Brandenburskiej do stacji Zoo. Też właściwie kaprys króla. Lecz to jeszcze nie całkiem mój berliński temat.
Gdy spojrzymy jeszcze raz na naszą podręczną mapkę lub przez Google Earth, napotkamy jeszcze dwie czy trzy takie pokaźne plamki. Dwie to Treptower Park i Grünewald, czyli też laso-parki. Ciekawą jest trzecia – małe słynne lotnisko pośrodku miasta – Tempelhof. Najciekawszą taką plamką – dla mnie – jest jednak teren Gleisdreieck (na mapce stosunkowo centralnie, między Tiergarten, Schönebergiem a Kreuzbergiem). Najciekawszy może nie dlatego, że w tym tekscie słyżyć mi ma za najlepszy przykład tematu, ale dlatego, iż to teren przemilczany, raczej mało znany – szczegolnie Nie-Berlińczykom.
Bierze się to stąd, prosta krótka historia, że przed II WŚ był to teren kolei, Deutsche Reichsbahn, dokładniej mówiąc olbrzymi dworzec towarowy plus peryferia. Nie dziwota, że kompletnie zbombardowany. I przypadkiem stało się tak, że… po wojnie, przez ponad 58 lat, pozostawiony sam sobie.
Efekt był niesamowity – co odkryłem podczas jednego ze spacerów na początku lat dwutysięcznych, gdy z dziewczyną postanowiliśmy przekroczyć niezbyt zabezpieczające ogrodzenie, i zasmakować przygody jak z czasów dzieciństwa, gdy każdy chciał być Tolkiem Bananem albo Perełką. Areał długi (północ – południe) na ponad 3 kilometry, szeroki na przynajmniej 500 metrów, był genialną, niesamowitą kreacją, coś jak “laso-koleją” czy “szyno-puszczą”! Tory, to rozwidlające się, to schodzące, to niknęły, to pojawiały się między drzewami, wchodziły w las, czasami można się było o nie potknąć – tak zarosła je trawa, krzewy.
Właśnie – wydawało się, na pierwszy rzut oka, że to szyny wplatają się w lasek, że to ceglane ruiny wychodzą z ziemi, gdzieś zza chaszczy. A rzeczywistość była dokładnie odwrotna: To pozostawiona sama sobie natura przywłaszczyła sobie cały teren, zawładnęła, zarosła, zapanowała. Powie ktoś, że “powoli”. Dla człowieka, – może powoli. Ale dla natury?! Czym dla natury jest pół wieku?…
Smutną wieścią jest to, że człowiek w międzczyczasie znów walczy o ten teren. Koleje chcą wykorzystać go jako pole golfowe, lunapark, osiedle mieszkaniowe, teren pod biurowce. Ale – jak na razie – nadal górą są ekolodzy, którzy udawadniają, że Berlin potrzebuje tego biotopu, tego drugiego obok Tiergartenu “płuca”.
Obojętnie jednak, co stanie się z Gleisdreieckiem, ja zyskałem przez to podwójnie, o ile nie potrójnie:
Przez kilka lat miałem i mam tuż niedaleko teren surrealistycznej, fantastycznie-bajkowej dzikości przyrody.
Po drugie, zainspirowało mnie to do podobnych poszukiwań, obserwacji nie tylko w Berlinie, ale i w innych miastach – szczególnie we wschodnich Niemczech lub na przykład w niektórych polskich. Takich, które – jak Berlin – mają mało kasy, i stąd często pozostawiają takie “powojenne” tereny samym sobie.
Jest też t.zw. spojrzenie mikro: to, że miasto ma mało pieniędzy na między innymi służby oczyszczania sprawia, że – w odróżnieniu od n.p. Monachium, Hamburga czy Stuttgartu – takie właśnie rzadsze i bardziej “po łebku” sprzątanie, jak usuwanie trawy z chodników czy z otoczenia kanałów, zielsk wplątanych w siatkę płotu powoduje, że te też powoli coraz bardziej w dosłownym znaczeniu wrastają w obraz i topografię miasta.
No i trzeci punkt, najważniejszy, filozoficzny. Że nie ma co się bać o przyrodę. Że ona już sobie poradzi. Ekolodzy martwią się o homo sapiensa, on może sobie nie poradzić, może popełnić chemiczno-betonowe samobójstwo. Ale przyroda? Ta trochę odczeka, pięćdziesiąt, sto, dwieście lat, homo będzie sapiens lub inny lub żaden, a trawa wyjdzię spod płyt betonowych, pokryje je, krzewy porwą betonowe i ceglane ściany do tanga, brzózki wystartują w górę, i niejeden chwast cierpliwie drążąc zaprawę, zwali nie tylko mur i nie tylko w Berlinie.
Ewa Maria Slaska
Od Pałacu Prezydenckiego do Placu Piłsudskiego, czyli Historia dla dzieci
Od razu zapowiadam, zdziwicie się. Albo mną, albo tym co piszę. Bo oto byłam w Warszawie, poszłam więc obejrzeć Pomnik Smoleński, a jak już tam byłam, to chodziłam i chodziłam, przyłączałam się do różnych grup i nie mogłam wyjść z podziwu.
Naprawdę.
Był wprawdzie dzień wkrótce po rocznicy katastrofy smoleńskiej, ale jednak powszedni, było więc mało ludzi i mnóstwo wycieczek. Pomnik stoi samotnie, podobnie zresztą jak i inne pomniki i świadectwa pamięci na tym Placu, który być może jest największym niezabudowanym placem w Europie.
Myślę oczywiście o Placu Saskim, który, jak się okazuje, nosił już w swej dwustuletniej historii kilka niezłych nazw:
Najbardziej interesująca wydaje mi się zamiana Marszałka na marsz. – jedyna nie dyktowana potrzebami politycznymi, tylko gramatyką i pragmatyką. Plac Piłsudskiego to najważniejszy plac w naszym kraju. Niestety jego obecny stan jest mało ciekawy – to nie plac jako centrum miasta czy dzielnicy, jako miejsce spotkań i spacerów, to tylko wielka, bezkształna przestrzeń, na której tu i ówdzie ustawiono pomniki. Plac jest rzeczywiście wielki, ma wymiary 110 m x 105 m czyli powierzchnię ponad hektara.

Pomników na Placu jest kilka. Po wschodniej stronie stoi pomnik Marszałka (marsz. Józefa Piłsudskiego), wzniesiony w roku 1995 według projektu Tadeusza Łodziany.
W głębi, niejako za moim plecami w momencie, gdy robiłam tę fotę, stoi najsłynniejszy z nich czyli ulokowany w trzech arkadach pałacu Saskiego Pomnik Nieznanego Żołnierza, wzniesiony w roku 1925. Twórcą grobu był artysta-rzeźbiarz Stanisław Kazimierz Ostrowski. Pod koniec wojny grób uległ uszkodzeniu, w roku 1946 został odbudowany i ponownie odsłonięty. Przy Grobie płonie wieczny znicz i służbę pełni warta honorowa.

Na Placu stoi jeszcze Krzyż Papieski
Wikipedia pisze:
Podczas pierwszej pielgrzymki do Polski, 2 czerwca 1979 papież Jan Paweł II odprawił tu mszę świętą. Podczas stanu wojennego układano tam krzyż z kwiatów, wokół którego gromadzili się ludzie. Był on symbolem oporu przeciwko władzom i poparcia dla „Solidarności“. Krzyż był stale likwidowany przez władze. W roku 1981 na placu odbyły się uroczystości pogrzebowe prymasa Stefana Wyszyńskiego. W 1990 w nawierzchnię placu wmurowano płytę upamiętniającą mszę Jana Pawła II z 1979 oraz uroczystości pogrzebowe Stefana Wyszyńskiego z 1981. 6 czerwca 2009 w 30 rocznicę mszy na placu odsłonięto krzyż zaprojektowany przez Marka Kucińskiego, Jerzego Mierzwiaka i Natalię Wilczak.
Nieopodal, samotnie, stoi na placu maszt z polską flagą. No i wreszcie 10 kwietnia 2018 roku, tak jak wszystkie pozostałe pomniki, nieco na uboczu odsłonięto na placu Pomnik Ofiar Katastrofy Smoleńskiej. Niczego to jednak nie zmienia. Plac jest przeogromny i pusty, a w tej pustce grzecznie i nawet niezbyt głośno przemieszczają się wycieczki uczniów lub przedszkolaków, przyodzianych w jasnozielone kamizelki.
Zafascynowana tym widokiem jak z Antonioniego krążę po placu między pomnikami, przyłączając się do kolejnych grupek i słuchając tego, co mówią dzieci i tego, co mówią im dorośli.
I przyznaję – jestem pod wrażeniem. Dorośli organizując dzieciom spacer po tym wielkim placu i potem ulicą gen. Tokarzewskiego-Karaszewicza pod Pałac Prezydencki, planują tę wycieczkę jako lekcję historii Polski, tak jak się teraz rozumie tę historię – Bóg, Honor, Ojczyzna; flaga, ofiary katastrofy, polegli w wojnach; papież, kardynał, krzyż; marszałek, generał i Solidarność.
Spodziewam się więc wielkich słów, stawania na baczność i padania na klęczki. Tymczasem, owszem, jest atmosfera powagi, ale słowa nie są podniosłe, ani egzaltowane, ani nie przenika ich patos, a dzieci jak to dzieci kręcą się, rozglądają na boki, poszturchują. Słuchają i odpowiadają na pytania, ale też dokonują samodzielnej eksploracji. Dorośli są zdumiewająco skromnie obecni w tym wielkim historycznym uczniowskim akcie zdobywania wiedzy. “To jest flaga”, mówi nauczyciel. “Jaka?”, chwila ciszy i odpowiedź, “polska”. Dzieci idą dalej, jakaś grupka zaczyna śpiewać “Jeszcze Polska”, przewodnik obraca się i mówi “to jest hymn, hymnu się nie śpiewa ot, tak sobie”. Przy Grobie Nieznanego Żołnierza, jakiś przewodnik, ale nie ten sam, pyta, “wiecie kto tu leży?” Cisza. Wreszcie jakiś chłopczyk pytająco: “żołnierze?”
Na środku placu jakiś jeszcze inny przewodnik odgrywa z dziećmi scenkę historyczną “Zabory”. Marysia (znowu Marysia) jest Polską, Antoś bierze ją za prawą rękę – to zabór pruski, Franek za drugą – to Rosjanie, Karol zostaje ustawiony za pleckami Polski-Marysi i kładzie jej ręce na ramionach – to Austria. Coś chyba przegapiłam, bo cała klasa macha rączkami, a ja nie wiem, dlaczego? Aha, to powstanie, jedno, drugie, bo potem dzieci mają przez chwilę stać w milczeniu. Potem znowu machają rączkami, co tym razem oznacza, że skończyła się wojna. Karol, Franek i Antoś puszczają Marysię i wracają do kółka. Polska jest wolna. Idziemy dalej.
Idziemy dalej. Wokół pomnika smoleńskiego pod groszkowanymi szybami leży zadeptany piasek. “Tam są groby”, mówią dzieci. Nikt tego nie prostuje. Kilkoro dzieci studiuje listę ofiar. Jedna z dziewczynek pyta niepewnym głosem, “ale dlaczego jest ich tak dużo?”, utleniona i utapirowana nauczycielka, postać wręcz symboliczna, odpowiada spokojnie, “nie uważałaś, Marysiu, już to mówiłam, była katastrofa”. “Ach”, odpowiada Marysia, “samolot się rozbił”.
Może nie jest tak źle?
Brzozy Althammera z twarzą Kaczyńskiego nigdzie nie widziałam.
Andrzej Rejman
Petersburski łącznik cz. II
Otrzymałem niedawno list od Andreja Frołowa, o którego zainteresowaniach pisałem już raz na tym blogu. Jako że stanowi on uzupełnienie wpisu sprzed dwóch lat, a odnosi się do prezentowanych zdjęć Petersburga sprzed ponad stu lat – publikuję go z małymi skrótami.
Andrej pisze:
“…Members of our group are still discussing your wonderful photos – we all admire them, without exaggeration. Some depicted locations were newly determined. So, we have amended our first suggestion that the picture
“Hrebnicki 3_Institutskiy shopping mall” (photo 1) had been taken on Malaja Spasskaja street. Instead,it was Institutskiy Prospekt, clearly visible signboards of various stores led us to this conclusion – all the stores are listed in the phone books of that time (they have been recently scanned by our Russian National Library website). At least one food store is still existing on this place:
The depicted shopping mall was very close to Institutskiy Pereulok (not Prospekt, these are two different streetnames), where the family of your grandfather probably used to live. You’ve sent two pictures that allow the suggestion about the photographer’s special relationship to the house with the current adress Institutskiy Pereulok 5-9. One of these photos was probably the view from the flat window of Institutskiy Pereulok in the south direction (fot. 2 ). The other photo depicts the house itself (fot 3). There is also a general view of Institutskiy Pereulok in the north direction (fot 4 ). Another picture (fot 5) shows how does it look like right now (was taken on 17th February 2018). The current general view of Institutskiy lane (south direction) should not be missed (fot 6).





The view from the photo “Kemeri_Villa Mitau” (fot 8 ) is not belonging to our neighborhood, it has been taken in the Latvian resort Kemeri (or Kemmern) near Jurmala. One member of our community managed to find an other photo of this marvellous building in the Internet (fot 7).

Oryginalne zdjęcie Hrebnickiego
The next photo (fot 9 ) grants us a rare view of the villa with an informal name “Three wells”. It was located approximately here:

Thank you very much again for the photos! It was a huge step forward for the local history of our district Lesnoy. I hope our correspondence will continue and I could provide you with the news about depicted locations. …”
Andrej Frolov, St. Petersburg
***
I ja dziękuję Andrejowi za szczegółowe opisy i pasję w kultywowaniu pamięci o jego mieście, które było też miastem młodości moich przodków…