Reblog: Przyjaciele moich rodziców

Maria Hiszpańska-Neumann czyli Mysza

Zobacz TU czyli na Wikipedii, ale przede wszystkim TU czyli na stronie poświęconej jej biografii, jej pracom, a też i rodzinie. Bo rodzina była bardzo słynna – ojcem, dziadkiem i pradziadkiem Myszy byli znakomici szewcy warszawscy.

Była wspaniałą artystką i najbardziej niezwykłą przyjaciółką mojej Mamy. Tak wspaniałą, że nie można napisać wpisu o Myszy. Nie można, bo jest to opowieść na książkę. Dlatego jeszcze się tu nie pojawiła. Ale Bogna, jej córka, a moja przyjaciółka ze szkolnych lat, “wrzuciła” na Facebooka wywiad, jaki katolicka gazeta Droga przeprowadziła z jej bratem, synem Myszy, Michałem. I zaczynam od tego, że przedrukowuję tu ten wywiad.

EMS

Michał Neumann i Ewa Rejman

mysz2winietaZa co Pana Mama trafiła do obozu?

myszfoto1– Oczywiście za to, że III Rzesza uznała, że mama zagraża jej bezpieczeństwu – dwudziestoparoletnia dziewczyna była śmiertelnym zagrożeniem dla III Rzeszy. Kiedy tylko zaczęła się wojna , wielu młodych ludzi pomyślało o tym, że trzeba by Niemcom trochę poprzeszkadzać. Powstał Związek Walki Zbrojnej, w którym znalazła się i moja mama. W ramach dokuczania Niemcom, chodziła po mieście i roznosiła konspiracyjne gazetki. 19 kwietnia 1941 roku po pracy postanowiła wpaść do przyjaciółki, Haliny Siemieńskiej. Niestety, akurat tego samego dnia do taty Haliny – pana profesora Siemieńskiego – przyszło Gestapo i założyło w mieszkaniu kocioł. Mama wdepnęła w ten kocioł. Tu miała szczęście w nieszczęściu – po pierwsze w torebce została jej ostatnia gazetka. Na przesłuchaniu powiedziała, że jakiś nieznajomy wcisnął ją jej w tramwaju. Po drugie – Niemcy byli w czasie śledztwa absolutnie przekonani, że skoro przyszła do profesora Siemieńskiego, to jest z nim konspiracyjnie związana i razem z nim spiskuje przeciw III Rzeszy. Mama oczywiście spiskowała, ale zupełnie niezależnie. W czasie brutalnego śledztwa nikogo nie wsypała, także dlatego że kiedy pytano ją o profesora Siemieńskiego i ludzi z tego grona, dysponowała autentyczną i pełną niewiedzą. Zresztą – była niesamowitym twardzielem i jestem przekonany, że gdyby miała jakieś wiadomości, to też by nic nie pisnęła.
mysz1Po śledztwie najpierw trafiła do więzienia w Radomiu, potem w Pińczowie, a po roku do Ravensbrück. Od więźniarek pracujących w kancelarii obozowej dowiedziała się, że na jej karcie widnieje adnotacja, że jest przewidziana do tego, żeby stąd nie wyjść. Miała popracować, a potem zostałaby zgładzona.

Czy będąc dzieckiem, pytał Pan Mamę o jej przeżycia obozowe?

– Mieliśmy w domu dwóch świadków tamtej rzeczywistości – ciotkę Ragnę i mamę. Mama o sprawach obozowych nie mówiła prawie w ogóle – czasem tylko, jak ktoś na przykład narzekał, że ma do wykonania bezsensowną pracę, opowiadała, jak w obozie kazali im przerzucać łopatą piasek z jednego miejsca na drugie – tylko po to, aby zmęczyć więźniarki. Natomiast ciotka w kontekście obozu mówiła tylko o doświadczeniach ludzkiej solidarności, typu oddanie komuś kromki chleba. Tylko to widziała, a przynajmniej tylko o tym chciała mówić.

Dopytam o Ciotkę? W jaki sposób i za co została aresztowana?

– Postawa ciotki w czasie wojny wiele mówi o mentalności ludzi w tamtym okresie. Pewnego razu poszła na imieniny do przyjaciół. W tym czasie wiele osób chodziło w podobnych płaszczach. Wychodząc wzięła przez pomyłkę nie swój i włożyła rękę do kieszeni. Poczuła, że to nie jest je płaszcz. Wyjęła z kieszeni to, na co natrafiła. To była legitymacja Gestapo. Szybko odwiesiła płaszcz i wyszła już we własnym. Do domu nie dotarła, bo już ją zwinęli. Trafiła na Pawiak, a potem do Ravensbrück.
Babcia czyli mama mamy i ciotki Ragny miała siostrę Jadwigę, a Jadwiga wyszła za mąż za profesora pediatrii, Niemca – bardzo szanowany człowiek, miał dojścia. Dotarł do samego Himmlera. Uzbrojony w list polecający od niego stawił się w obozie. Ciotka została wezwana, potwierdziła, że to jej wuj. Dostała propozycję d komendanta obozu, że może wyjść, ale jako Niemka. A ciotka na to powiedziała, że dziękuje, że bardzo chętnie wyjdzie, ale chce, żeby jej koleżanki Polki też mogły wyjść. Na to oczywiście zgody nie było. Ciotka została.

Rysunek Marii Hiszpańskiej

Po wojnie mocno osłabła na zdrowiu. Nikt nie wiedział, co jej dokładnie jest. Potem okazało się, że choruje na nowotwór. Trafiła na onkologię. Dopiero pod koniec życia powiedziała swojemu lekarzowi, że w obozie w ramach doświadczeń, wszczepiono jej komórki rakowe. Nie mówiła o tym nawet rodzinie.

myszfoto2Pana Mama była wybitną artystką, malarką. Na czym skupiała się w swoich pracach?

– W obozie rysowała sceny obozowe. A jeśli dozorczynie, to nie były to upiększone portrety, raczej szkicowała je bijące i kopiące. Po obozie przez pewien czas kontynuowała tę tematykę, miała potrzebę „zrzucenia” z siebie tego, czego była świadkiem. Później pracowała jako ilustratorka książek; zilustrowała ich ok. 20. W jej pracach królowało średniowiecze, to była epoka, w której czuła się najlepiej. Jako młoda matka oczywiście szkicowała też nas – mnie i moją siostrę. W roku 1960 zdarzyła się dla mamy rzecz cudowna i zupełnie nieprawdopodobna w tamtych czasach – dostała możliwość zorganizowania wystawy w Egipcie i wyjazdu tam. W tym kraju zobaczyła na własne oczy, że „Stary Testament chodzi po ulicach” – od tej pory skupiała się na tematyce religijnej.

Kościół św. Michała Archanioła w Warszawie, mozaika Marii Hiszpańskiej-Neumann

Czy po powrocie z obozu Pana Mama utrzymywała kontakt z przyjaciółkami stamtąd?

– Mama po powrocie z obozu utrzymywała kontakt tylko z kilkoma koleżankami. Nie należała do Związku Bojowników o Wolność i demokrację, bo tam zapisali się też tzw. „utrwalacze władzy ludowej”, czyli ci, którzy po wojnie niszczyli niepodległościowe podziemie. Było zaledwie kilka osób, z którymi się kontaktowała, ale to wszystko poza oficjalnymi strukturami.

A jeździła na coroczne pielgrzymki więźniarek na Jasną Górę?

– Nie, ale w czasie pobytu w obozie złożyła deklarację: „Matko Boska, jeśli stąd wyjdę, to na Jasną Górę pójdę”. Po wojnie nadeszły różne przeszkody, w końcu zwierzyła się z tego postanowienia spowiednikowi. On jej powiedział: „Pani Mario – sprawa otwarta”. Więc mając już ponad 50 lat poszła wraz z córkami, z plecakami – nie była to zorganizowana pielgrzymka. Na zjazdy częstochowskie ja zacząłem jeździć kilka lat temu za sprawą pani dr Wandy Półtawskiej. Poznałem wtedy niektóre więźniarki, ale niestety teraz jest już ich niewiele…

Dziękuję za rozmowę.

Na pustyniach Australii (4)

Lech Milewski

Daisy Bates. Zima.

On the fringe of the vast island continent of Australia live a few
millions of white people; in the vast desert regions far from the coast
live a few thousands of black people, the remnant of the first
inhabitants of Australia.

The race on the fringe of the continent has been there about a hundred
years, and stands for Civilization; the race in the interior has been
there no man knows how long, and stands for Barbarism. Between them a
woman has lived in a little white tent for more than twenty years,
watching over these people for the sake of the Flag, a woman alone, the
solitary spectator of a vanishing race. She is Daisy Bates, one of the
least known and one of the most romantic figures in the British Empire…

Arthur Mee – przedmowa do książki The passing of the Aborigines.

W 1912 roku Daisy otrzymała tytuł Honorowego Protektora Aborygenów w rejonie Eucla w stanie Południowa Australia. Honorowego czyli bez wynagrodzenia. Wystawiła na sprzedaż posiadane tereny i parowcem popłynęła na miejsce nowej misji.

Na początku zamieszkała w stacji hodowlanej prowadzonej przez znajomych, ale po kilku miesiącach stacja została zlikwidowana. Przeniosła się pod namiot i stamtąd opiekowała się chorymi Aborygenami z pobliskich osad.

Spędziła tam 5 lat, utrzymując się z własnych skromnych oszczędności – jej posiadłości zostały sprzedane za ułamek spodziewanej kwoty.
Charakter jej pracy zmienił się, nie była już naukowcem, który przy okazji badań w terenie troszczył się o swoich informatorów, była  pracownikiem socjalnym, który opiekował się chorymi i zaniedbanymi, pomagał rozwiązywać konflikty międzyplemienne oraz nieporozumienia między Aborygenami a białymi. Zbieranie danych, zapisywanie legend i badania językowe zeszły na margines.

W 1914 roku została zaproszona jako prelegentka na konferencję organizowaną przez brytyjskie towarzystwo naukowe. Drogę z Eucla do Adelajdy przejechała bryczką ciągniętą przez wielbłądy, co zajęło 12 dni.
Na konferencji znalazła się w centrum uwagi, zyskała duże uznanie i nawiązała wiele nowych kontaktów. Nie uzyskała tylko jednego – płatnego zatrudnienia przez instytucję rządową. Z pustymi rękami wróciła do swojego namiotu.

Po czterech latach, w październiku 1918 roku przeszła nerwowe i fizyczne załamanie. Wymagała pobytu w szpitalu. Rząd Południowej Australii wspomógł ją kwotą 50 funtów, a następnie, po zakończeniu kuracji, zaoferował jej pozycję przełożonej pielęgniarek na oddziale rekonwalescencji weteranów wojennych. Pozostała na tym stanowisku przez kilka miesięcy, a następnie, widząc, że nie ma żadnej szansy na pomoc rządową, zrezygnowała z honorowej pozycji w Eucla i przeniosła swoje namioty do Ooldea – osady na trasie właśnie budowanej linii kolei transkontynentalnej z Sydney do Perth.

Było to miejsce dobrze znane i cenione przez Aborygenów ze względu na duże podziemne zapasy wody. Odgrywało dużą rolę w aborygeńskich mitach o stworzeniu świata, było miejscem ceremonii inicjacyjnych. Tu zbiegały się ścieżki aborygeńskich wędrówek prowadzące z miejsc tak odległych jak Kimberleys – 2600 km pieszej wędrówki – usłużne google wyliczyło, że oznacza to 520 godzin nieustającego marszu.

W związku z budową kolei Ooldea stała się ruchliwym placem budowlanym, stacjonowało tu 600 pracowników i 500 wielbłądów. To przyciągało Aborygenów, szczególnie w okresie suszy. Z tego też powodu właśnie tutaj osiedliła się Daisy – aby chronić aborygeńskie kobiety i dzieci od przehandlowania za żywność, tytoń i alkohol.
W dramatycznych listach do rządu Południowej Australii proponowała wprowadzenie strefy demarkacyjnej, wyznaczenie protektora aborygeńskich kobiet, przydzielenie jej bezpłatego biletu kolejowego, aby mogła odwiedzać odległe osady aborygeńskie i prowadzić akcje informacyjne.
Wszystko na próżno. Jej oszczędności się wyczerpały, jedynym źródłem utrzymania pozostało pisanie artykułów. Na szczęście było na nie zapotrzebowanie.

Już na początku pobytu przeżyła długi okres suszy, na dodatek wybuchł wtedy strajk kolejarzy i ustały dostawy żywności. Daisy polowała z rewolwerem na króliki i duże jaszczurki. W tym samym czasie wybuchły rozruchy Aborygenów. W pierwszym rzędzie udali się pod namioty Daisy…

Właśnie piłam herbatę gdy zobaczyłam grupę około 90 mężczyzn w wojowniczym nastroju. Uważali, że obecna susza została spowodowana przez białych. ‘Blackfeller king belong this country. We want blackfeller king, not whitefeller king. Whitefeller took game, stealum water. We chase whitefeller long way. Nabbari our king’.
Sytuacja była wybuchowa, jedno niewłaściwe słowo mogło spowodować rozlew krwi na ogromnych terenach.
Miałam do wygrania dwie karty – po pierwsze byli głodni, po drugie ujawnili nazwisko swojego króla co oznaczało, że muszę znaleźć jego słabą stronę i wymyślić jakąś silną stronę białych.
Przez kilka minut stałam w milczeniu patrząc intensywnie gdzieś poza nich. Zrobiło to na nich widoczne wrażenie. Wtedy poleciłam przygotować herbatę dla wszystkich. Gdy kubki z herbatą poszły w ruch oświadczyłam, że ‘biały król’ przydzieli im koce, żywność i tytoń, zaś jeśli królem zostanie Nabbari, wówczas ich królową będzie jego żona Maachi. To była moja karta atutowa. Maacho była małą sekutnicą, której nikt nie lubił. Jeden po drugim odchodzili w milczeniu od ogniska. Po godzinie byłam znowu sama i bezpieczna.

W 1921 roku Daisy napisała serię artykułów na temat kanibalizmu Aborygenów. Najbardziej drastyczne były wzmianki o zwyczaju zabijania przez matki i zjadania nowonarodzonych dzieci.
To wywołało szok. Z jednej strony zainteresowało to świat mediów i posypały się zamówienia na artykuły, z drugiej spotkała się z bardzo ostrą krytyką środowiska naukowego, które twierdziło, że  przesadza, niewłaściwie interpretuje legendy i miesza je z rzeczywistością. Przez długie lata wypominano jej tę sprawę i w latach 60 ubiegłego wieku wykorzystano ją dla zdyskredytowania całego dorobku naukowego Daisy. Szczególnie urażone były środowiska aktywistów aborygeńskich i ich poprawnych politycznie zwolenników. Dopiero od kilkunastu lat sprawy się unormowały, a dokumentacja zebrana przez Daisy okazuje się być bezcenna.

Reasumując – Daisy rzeczywiście nieco przesadzała, ponosiła ją literacka pasja a zamówienia na artykuły dopingowały. Jednak kanibalizm był faktem – patrz źródła 3.

Daisy spędziła 16 lat w namiotach w Ooldea. Jedyna istotną przerwą był kilkutygodniowy pobyt w Canberze w połowie 1933 roku na zaproszenie rządu federalnego. Powodem było zamordowanie przez Aborygenów pięciu japońskich rybaków, a następnie krwawe walki z policją.

Daisy opracowała szczegółowy raport, w którym powtórzyła swoje poglądy na temat relacji Aborygenów i białych. Według niej Aborygeni powinni być pozostawieni samym sobie. Jest to cywilizacja skazana na wymarcie. Jedynym, co biali mogą zrobić, to wysłać do ich osiedli osoby, które zatroszczą się o ich higienę i stan zdrowia. Wszelka działalność misyjna, próby asymilacji, przenoszenie do miast są skazane na niepowodzenie i tylko przedłużają cierpienia. Zaproponowała powierzenie jej misji rozwiązania istniejącego konfliktu.
Zasadniczo taka propozycja odpowiadała federalnym politykom lecz nie mogli jej przyjąć ze względu na opinię publiczną i głosy aborygeńskich aktywistów.
Daisy wygłosiła w Canberze kilka prelekcji, nawiązała sporo wartościowych kontaktów, zyskała dużą popularność i uznanie, po czym… wróciła do swoich namiotów.

Dlaczego zdecydowała się mieszkać tak długo zupełnie odcięta od cywilizacji?

Według osób, które ją znały Daisy nie znosiła kompromisów. Uważała, że nikt nie spędził tyle czasu w bliskim kontakcie z Aborygenami co ona, a zatem albo będzie oficjalnie uznana za ostateczny autorytet w sprawach aborygeńskich, albo pozostanie nikim.

Po powrocie z Canberry zastała w Ooldea ogromne zmiany. Rząd Południowej Australii zorganizował tam aborygeńską misję, która zachęcała Aborygenów do porzucenia pustynnych osiedli, zapewniała im racje żywnościowe i leki.
Daisy nie była już tu potrzebna.

Na szczęście za kilka miesięcy została ponownie zaproszona do Canberry, tym razem na ceremonię odznaczenia Orderem Imperium Brytyjskiego (CBE).

Oficjalne uznanie zaprocentowało. Daisy dostała propozycję napisania książki na temat kontaktów z Aborygenami. Wydawca pisma The Advertiser oferował dobre honorarium i pokrywał koszty hotelu w Adelajdzie.
Książka miała tytuł My Natives and I. Na początek Daisy zorganizowała przeniesienie jej notatek, zbiorów aborygeńskich w tym churinga – totemicznych tablic wymarłych plemion i innych materiałów z Ooldea do Adelajdy. Wymagało to aż 7 kursów zespołu tragarzy.
Na marginesie dodam, że aborygeńskie wierzenia zabraniają wspominania zmarłych, gdyż zakłóca to spokój duchów, które nadal otaczają opieką swe plemiona.
Obecnie w australijskiej telewizji przez wyświetleniem filmu dokumentalnego z życia Aborygenów wyświetlane jest ostrzeżenie – uwaga film zawiera zdjęcia i nagrane głosy osób, które być może już zmarły.
Daisy cieszyła się jednak specjalnym zaufaniem. Jej aborygeńskie imię Kabbarli w prostym tłumaczeniu oznacza babcię, jednak w odniesieniu do Daisy oznaczało zreinkarnowaną przedwieczną babkę.

Daisy bez żalu opuściła Ooldea. Na pożegnanie zorganizowała tam jeszcze corroboree na cześć odwiedzającego te okolice księcia Gloucester i miała okazję z nim porozmawiać.

W Adelajdzie zamieszkała w eleganckim hotelu – koszt 37 funtów tygodniowo – więcej niż całoroczne utrzymanie w namiocie na pustyni. Otrzymała zaliczkę 500 funtów. Przestawienie się z życia w namiocie na pustyni na salony Adelajdy nie stanowiło problemu. Znowu była ozdobą towarzystwa. Zawarła bardzo wartościowa znajomość z dziennikarką Ernestine Hill. Przkształciła się ona w bliską współpracę. Za namową Ernestine i przy jej wydatnej pomocy Daisy zaczęła pisać najważniejszą książkę swojego życia – The passing of the Aborigines.

W 1936 roku The Advertiser opublikował ostatni rozdział książki My Natives and I a Daisy wróciła do namiotu.
Powód był bardzo prosty, nie miała pieniędzy. W Adelajdzie żyła jak udzielna księżna, wydała z łatwością całe honorarium i musiała zaciągnąć pożyczkę. W namiocie mogła przeżyć cały rok za 26 funtów.
Tym razem jako miejsce pobytu wybrała Pyap na pograniczu Południowej Australii i Wiktorii. Większość czasu spędzała pisząc książkę The passing of the Aborigines. Gospodarowało tam wielu farmerów pochodzenia niemieckiego. W tym czasie cierpieli niedostatek z powodu suszy i kryzysu ekonomicznego. W Daisy odezwał się instynkt społecznika – napisała osobisty list do kanclerza Adolfa Hitlera, prosząc go o wsparcie jego rodaków.

Po trzech latach wróciła do Adelajdy, gdzie rząd federalny zapewnił jej mieszkanie i biuro. Dwa lata spędziła na kompletowaniu i porządkowaniu swoich archiwów, po czym przekazała je do Biblioteki Narodowej…

W Canberze udzieliła pierwszego w życiu wywiadu radiowego, z którego była bardzo niezadowolona. Była oszołomiona nową techniką, radio, samochody – to nie był jej świat. Zdecydowała wrócić jak sama powiedziała – to those poor cannibals of Central Australia.

W połowie 1941 roku, w wieku 82 lat, rozbiła namioty w Wynbring przy trasie kolei transkontynentalnej. Było to miejsce dużo bardziej odcięte od cywilizacji niż Ooldea. Uważając się za niedocenioną przez rząd, odmówiła przyjęcia kartek na żywność, które wprowadzono na czas wojny.

Wieść o jej powrocie dotarła szybko do aborygeńskich osad, wkrótce zaczęli ją odwiedzać mieszkańcy okolic Ooldea. Jej przewidywania sprawdziły się, Aborygeni, ściągnięci w okolice linii kolejowej wizją bezpłatnej pomocy, zdemoralizowali się. Młode kobiety sprzedawano, szerzyło się pijaństwo i rozboje, starsi utracili autorytet.
Daisy napisała kolejny list do rządu – prosiła, aby powierzyć jej rolę Special Commisioner for Aboriginal Affairs, obiecując, że stopniowo zaprowadzi tu porządek – play decent British game with me.
Nie otrzymała odpowiedzi. Na szczęście pojawiła się szansa na jakieś dochody – zamówienie na zbiór aborygeńskich legend do książki dla dzieci.
Wróciła do pisania. Jednocześnie świadczyła pomoc kilkunastu aborygeńskim rodzinom koczującym w sąsiedztwie.

Na początku 1945 roku przeszła kolejne załamanie fizyczne i psychiczne, utraciła prawie całkiem wzrok. Rząd zorganizował jej transport do szpitala. Nie było to łatwe, Daisy była całkowicie zdezorientowana, podejrzewała, że chcą ja porwać, zażądała transportu limuzyną gubernatora. Eskortujący ją policjanci musieli użyć wielu sztuczek, by dowieźć ją do szpitala w Augusta. Po dłuższej kuracji wróciła do dobrej formy, nie była jednak w stanie mieszkać samodzielnie. Odmówiła przeprowadzenia się do oferowanego przez rząd domu opieki i zamieszkała u wiernych znajomych z dawnych lat.

W 1946 roku ukazało się The passing of the Aborigines, które prasa oceniła jako jedną z najważniejszych książek napisanych w języku angielskim – źródła 4.
Publikacja ta była wielkim szokiem dla Ernestine Hill, która była inicjatorem powstania książki i włożyła wiele wysiłku w jej napisanie i ostateczną redakcję. Tuż przed publikacją Daisy usunęła z książki całą przedmowę, w której dokładnie opisała wkład Ernestine i nie szczędziła jej pochwał i podziękowań.

Pod koniec 1949 roku Daisy wymagała już stałej opieki, ostatnie 18 miesięcy życia spędziła w szpitalu, zmarła 18 kwietnia 1951 roku w wieku 92 lat.

Źródła:
1. Susanna de Vries – Desert Queen.
2. Bob Reece – Daisy Bates – Grand Dame of the Desert.
3. Sydney Morning Herald – Królowa Nigdy-Nigdy powraca w wielkim stylu – KLIK.
4. Daisy Bates – The pasing of the Aborigines – online bookKLIK.
5. Kopia artykuł w Australian Women Weekly z 1939 roku – KLIK.

Na pustyniach Australii (3)

Lech Milewski

Daisy Bates. Jesień

Spróbujmy najpierw wyjaśnić sprawę nieoczekiwanych pieniędzy.

Daisy bez zmrużenia oka twierdziła, że to żadne zaskoczenie – po pierwsze bank, który pięć lat wsześniej przechodził kryzys, stanął ponownie na mocniejszym gruncie i zwrócił część depozytu, a po drugie przecież ona w Anglii zarabiała.

Depozyt odzyskany w banku to było bardzo niewiele. Bank zwrócił 1 szylinga za każdego zdeponowanego funta czyli zaledwie 5% niezbyt imponujących oszczędności, a tymczasem Daisy dysponowała teraz tysiącami funtów.
Co do pracy w Anglii to nie znaleziono żadnego potwierdzenia tej opowieści.

Susanne de Vries – źródła 1 – snuje dwie teorie na ten temat.
Pierwsza – Daisy została “call girl” dla dobrego towarzystwa. Przykłady mogła znaleźć wśród znajomych lokatorek Domu Świętego Gabriela.
Druga – Daisy dostała pieniądze od rodziny Ernesta Baglehole. Po pierwsze legitymowała się świadectwem małżeństwa. a zatem miała prawo do udziału w spadku. Po drugie ujawnienie tego małżeństwa kompromitowało rodzinę Baglehole, gdyż Ernest niewątpliwie popełnił bigamię. Po trzecie Daisy mogła zagrać na sentymentach starego pana Baglehole, pokazując mu zdjęcie swego syna Arnolda Hamiltona, teoretycznie wnuka seniora rodu.
Jak było tak było, w każdym razie Daisy wróciła do Australii z pieniędzmi i z doskonałą reputacją.

Dzięki przynależności do klubu Karrakatta Daisy poznała wiele wpływowych osobistości Zachodniej Australii, łącznie z premierem stanu. Na początku stycznia 1900 roku ona i jej mąż zostali zaproszeni do pałacu gubernatora na uroczystości związane z nadchodzącym ogłoszeniem federacji stanów w suwerenne państwo.

Gorzej było z najbliższymi. Jack Bates…
Boże, co za szok, to stworzenie ze zwisającą dolną wargą, dłonie tak niezgrabne, że nie potrafią utrzymać talerza, umysł tak zaniedbany, że nie potrafi skupić się na wysłuchaniu jednego zdania“.
Arnold Hamilton, już 13-letni, nie był w dużo lepszym stanie. Okazało się, że ojciec wypisał go ze szkoły i zabrał z sobą na wędrówki ze stadami bydła…
Brudny, zaniedbany, nieucywilizowany…“.
Najwyraźniej postanowili dać swemu małżeństwu jeszcze jedną szansę. Postanowili wybrać sie razem w podróż po bezdrożach Zachodniej Australii. a przy okazji rozejrzeć się za terenami na własne gospodarstwo.
Jack ruszył konno na północ. Daisy miała dogonić go statkiem. Na początek umieściła syna w dobrej katolickiej szkole. co kosztowała ją 1.200 funtów. Następnie znalazła dobrego paryskiego krawca w Perth i zamówiła u niego komplet strojów na wielotygodniową wędrówkę: sześć płaszczy i spódnic z niebieskiej serży, dwa szare kostiumy i jeden czarny oraz balowa suknia z białej tafty.

Z Jackiem spotkała się w miejscowości Cossack i przejechali razem prawie dwa tysiące kilometrów lekką, dobrze resorowaną bryczką ciągnięta przez cztery konie – tak zwanym amerykanem. Wrażenia z podróży opisała w pierwszym opublikowanym w Australii artykule. W trakcie podróży miała okazję spotkać się wielokrotnie z Aborygenami i nawiązała z nimi dobry kontakt. Podczas wizyty w kilku dużych stacjach hodowlanych stwierdziła, że Aborygeni byli w nich traktowani jak członkowie rodziny. Napisała list na ten temat do londyńskiego Times. Niestety jej obserwacja była bardzo przypadkowa i nie zgadzała się z ogólnym stanem rzeczy.

Po powrocie do Perth Jack wrócił do pracy w terenie, Daisy zaś otrzymała bardzo interesującą propozycję. Podczas podróży powrotnej do Australii poznała na statku ojca Fratelli, który opowiedział jej o misji trapistów w miejscowości Beagle Bay i o ich pracy wśród Aborygenów. Teraz okazało się, że biskup M. Gibney wybiera się na wizytację misji i Daisy mogłaby mu towarzyszyć i przy okazji napisać kilka reportaży.
Gdy przyjechali na miejsce, Daisy dostała motykę i została poproszona o pomoc w pracy na plantacjach trzciny cukrowej i bananów oraz przy czyszczeniu studzien.
Miejscowi Aborygeni zaakceptowali ją i nadali jej “skin name” – imię określające jej miejsce w plemieniu, które jednocześnie identyfikowało jej rodzinę, przede wszystkim ojca.
Ciekawe, że również od wyznaczenia plemiennego ojca rozpoczęła się wędrówka Robyn Davidson z nomadami w północnych Indiach – patrz TUTAJ.
Daisy szybko nauczyła się podstawowego słownictwa i mogła się porozumieć z Aborygenami. Jeden z trapistów udzielił jej praktycznej rady, w jaki sposób można najłatwiej zebrać informacje o zwyczajach i tradycjach plemiennych – usiąść na ziemi ze starymi ludźmi, podzielić się z nimi jedzeniem, zająć ich dolegliwościami.
Ta metoda sprawdziła się nadspodziewanie dobrze. Daisy nie tylko uzyskała wiele informacji, ale również zdobyła wśród Aborygenów ogromne zaufanie. Z czasem stała się posiadaczką mobburn stick – magicznego totemu, przed którym Aborygeni czuli wielki respekt. Otrzymała też imię Kabbarli – ktoś w randze babci.

Po powrocie do Perth podczas spotkania z poznanym wcześniej premierem stanu otrzymała kolejną ciekawą propozycję. Do premiera dotarła wiadomość o ginącym aborygeńskim plemieniu Bibbulmun, zaproponował więc Daisy zebranie wszelkich możliwych informacji na temat ich języka i zwyczajów. Bez wahania rozbiła namiot w osadzie aborygeńskiej. Jak zbierać informacje wiedziała z poprzedniej misji.
To była sensacja – samotna biała kobieta mieszkająca wśród czarnych.
Jej działalność musiała być pozytywnie oceniona, gdyż powierzono jej misję zorganizowania w osadzie corroboree – aborygeńskiej ceremonii rytualno-artystycznej, na której gośćmi mieli być następca tronu książę Yorku z małżonką, podróżujący do Melbourne na otwarcie pierwszej sesji australijskiego parlamentu.

Ten dzień, 24 lipca 1901 roku, Daisy zapamiętała do końca życia. Suknia z białej tafty nareszcie we właściwym otoczeniu. Do tego czarny parasol, który jej upadl i został natychmiast elegancko podniesiony przez szlachetnego księcia. Parasolowi Daisy nadała nazwę parasola króla Jerzego i przechowywała go wraz z białą suknią do końca życia.

W międzyczasie Jack załatwił dzierżawę wieczystą terenów pastewnych, Daisy wraz z synem pospieszyli go więc odwiedzić. Po kilku miesiącach Jack skompletował stado około 1000 sztuk bydła, własnego i powierzonego, wynajął kilku kowbojów i razem ruszyli w ponad tysiąckilometrową podróż. Jack oczekiwał, że zarobek pozwoli mu na rozpoczęcie budowy domu.
Daisy jechała konno, na damskim siodle, i wraz z Arnoldem mieli za zadanie zajmować się bydłem, które pozostawało z tyłu.
Przez kilkaset kilometrów wszystko szło dobrze. Niestety natrafili na dość długi odcinek drogi, na którym nie znaleźli żadnej studni. Gdy wreszcie zobaczyli wodę bydło wpadło w szał. Nisko płatni, niedoświadczeni kowboje nie potrafili go opanować, większość stada rozbiegła się.

Niestety przedsięwzięcie okazało się klęską. Jack wrócił do pracy, a Daisy  ponownie ulokowała syna w katolickiej szkole z internatem, sama zaś zamieszkała w Perth.
Z biegiem czasu udało się odszukać trochę zagubionego bydła, ale Daisy straciła serce do idei rodzinnego majątku i domu. Jack przepisał wszystkie dzierżawy na jej imię, była więc właścicielką dużych terenów, ale bez gotówki.

W drugiej połowie 1902 roku Daisy zdecydowała, że będzie się utrzymywać z publikacji artykułów i sprzedaży pocztówek z widokami dzikich terenów Australii.
Jej teksty cieszyły się uznaniem i wkrótce otrzymała zlecenia na artykuły od rządu stanowego i kilku pism. Jednak te dochody z trudem pokrywały koszta jej utrzymania i edukacji Arnolda, zwróciła się więc do rządu z propozycją zorganizowania misji popularyzującej w Anglii migrację da Zachodniej Australii.

Na początek jednak rząd zatrudnił Daisy za opłatą 8 szylingów dziennie, z zadaniem skatalogowania słów i zwrotów języków aborygeńskich.
Daisy spędziła prawie rok w aborygeńskich osiedlach mieszkając w namiocie. Prócz tego rozesłała ankietę do farmerów, policjantów i misjonarzy prosząc o zapisanie napotkanych słów.

Praca pochłaniała ją zupełnie. Oficjalnie i nieoficjalnie deklarowała, że jest wdową.

Jej praca została zauważona przez Australian Geographical Society, które zainteresowało się również wynikami jej badań w zakresie antropologii. Towarzystwo zleciło jej wygłoszenie wykładu na temat aborygeńskich praw regulujących małżeństwa.
W rezultacie została członkiem-korespondentem Anthropological Society of Great Britain i Australian Anthropological Society.
Daisy bardzo autorytatywnie wyrażała opinię, że wymarcie Aborygenów jest nieuniknione. Wysiłki rządu i organizacji charytatywnych są skazane na ostateczne niepowodzenie, w samej rzeczy przedłużaja one tylko cierpienia rasy skazanej na wymarcie.
Jednocześnie była wielką przeciwniczką mieszania ras. Nie wahała się głosić, że the good half-caste is dead half-caste.
Poglądy te zyskały jej przychylność rządu i właścicieli wielkich posiadłości, ale podważyły jej pozycję w świecie naukowców.
Z drugiej strony jej postępowanie przeczyło głoszonym przez nią poglądom. Gdy w osadzie aborygeńskiej, w której prowadziła właśnie badania, wybuchła epidemia odry, Daisy opiekowała się chorymi, gotowała im posiłki, zastępowała lekarzy. Gotowanie owsianki umilała sobie recytowaniem z pamięci wierszy Omara Khayyama w tłumaczeniu Edwarda Fitzgeralda – patrz tutaj – KLIK.

W 1908 roku przekonała premiera, żeby zlecil jej zadanie zbadania struktur społecznych plemion aborygeńskich w północno-wschodnich stronach. Dostała otwarty bilet kolejowy. Zadanie zająło jej 8 miesięcy. Podróżowała pociągiem, korzystała z grzeczności farmerów, sporo wędrowała na piechotę – razem 3000 km, odwiedziła 28 osad.

Po powrocie poprosiła o zlecenie jej przygotowania publikacji kompletnej gramatyki języków Aborygenów Zachodniej Australii – koszt 200 funtów – rok pracy. Gabinet zgodził się, ale pod warunkiem, że wypłata zzostanie rozważona po zakończeniu projektu. Bardzo ją to rozgoryczyło, gdyż w międzyczasie musiała znaleźć czas na pisanie artykułów, aby mieć środki na własne utrzymanie.

Podczas karnawału na przełomie 1909-10 roku otrzymała zlecenie na zorganizowanie kolejnego corroboree z udziałem Aborygenów z dwóch pobliskich osad. Kłopot w tym, że były to walczące ze sobą społeczności.
O sukcesie zadecydowała moc posiadanego przez Daisy totemu.

Według niej drugim filarem jej autorytetu był nieskazitelny wiktoriański strój i dbałość o czystość i porządek.

Inicjatywy Daisy były pewnym kłopotem dla rządu stanowego, z ulgą więc przyjęli wiadomość, że do Australii wybiera się ekspedycja badawcza z Anglii pod wodzą wykładowcy etnologii pana A.R. Radcliffe Browna. Rząd zaproponował Daisy dołączenie do ekspedycji i publikację materiałów w ramach raportu końcowego.

A.R. Radcliffe Brown przyjechał do Australii w październiku 1910 roku i już na początku jego ekspedycja otrzymała dotację 1000 funtów od bogatego hodowcy Sama Mackaya.
To było powodem pierwszej kontrowersji. Daisy uważała, że dotacja jest jej zasługą, gdyż Sam jest jej dobrym znajomym. Radcliffe Brown twierdził, że to jego inauguracyjny wykład zrobił takie piorunujące wrażenie.

Konfrontacja metod pracy i posiadanych materiałów ujawniła dalsze różnice. Brown chętnie korzystał z notatek Daisy, ale krzywił się na jej brak zainteresowania teorią antropologii – jej głowa to koszyk na robótki, w którym igra tuzin kociąt.

Niezbyt długo po rozpoczęciu ekspedycji w osiedlu aborygeńskim, gdzie właśnie przebywali, doszło do zamieszek, wkroczyła policja. Daisy uważała, że należy to przeczekać, ale Radcliffe Brown zdecydował zrezygnować z dalszej wędrówki i przenieść się do kolonii dla wenerycznie chorych, gdzie bezpieczeństwo gwarantowali liczni strażnicy. Daisy musiała się podporządkować.

Był to dla niej stracony czas. Przebywanie w otoczeniu ludzi czekających bezwolnie na śmierć bardzo ją przygnębiało. Jedyne co mogła robić, to dostarczać chorym tytoń i przesyłać ich bamburu message sticks – pałeczki, na których wycięto rytualne znaki. Radcliffe Brown był za to w swoim żywiole – obserwował reakcje Aborygenów na muzykę z suity Peer Gynt.

W marcu 1911 roku ekspedycja miała kontynuować wędrówkę, ale już w innym składzie. Radcliffe Brown powędrował na Północ, Daisy na Wschód. Odwiedzała osiedla, przynosząc żywność i badając genealogie. Nauczyła się czytać teren – znam każdy kamień, każdy krzak po imieniu i znam jego mistyczną historię. Poznała i nauczyła się jeść wszystkie aborygeńskie potrawy.

Zakończeniem ekspedycji była uroczysta akademia i wykład A.R. Radcliffe Browna. Na koniec wykładu złożył podziękowanie Daisy i kurtuazyjnie poprosił ją o ostatnie słowo…
– Wszystko co tutaj usłyszałam pochodzi z moich notatek, a więc trudno żebym miała coś do dodania.

Po zakończeniu ekspedycji poczuła się wypalona. Nie widziała szansy na otrzymanie stałej rządowej pracy, odeszła ją chęć do pisania artykułów.

Dokończenie za tydzień.

Źródła:
1. Susanna de Vries – Desert Queen.
2. Bob Reece – Daisy Bates – Grand Dame of the Desert.

Alexandras Wohnung / Alexandra’s flat

Von der Redaktion über Aleksandra Hołownia

Heute gibt es Alexandras Veranstaltung in der Regenbogenfabrik. Man braucht sie hier, auf diesem Blog nicht vorzustellen- sie ist bei uns so wie in Berlin und in der ganz großen Welt sehr bekannt. Sehet nur HIER, und HIER, und HIER, und HIER, und HIER. Unsere Autorin, Johanna Rubinroth, machte für Kowalski und Schmidt einen Film über sie – Provokation in pink.

Kommt alle, es wird kleine Filme geben, Gespräche, künstlerische Interaktionen, eine Mini-Ausstellung, Kostümanprobe, Verkauf…

Wo: Kino in der Regenbogenfabrik / Lausitzer Str. 22 (im Hof) / Berlin 10999

Und als Kostprobe – ein paar Fotos von der Alexandras Wohnung in Prenzlauer Berg. Verrückt!

w kuchni X aleksandra-pokoj-doppelX Alex Stube 3 X Alex Zimmer 2-doppeltX Alex Zimmer 7X

 

Na pustyniach Australii (2)

Lech Milewski

Daisy Bates – Lato

Uboga lecz elegancka panna z ambicjami i po przejściach poszukuje…

Niestety droga była tylko jedna – zatrudnić się znowu jako guwernantka, korzystając z referencji biskupa Stantona.
Tym razem Daisy spróbowała szczęścia w Nowej Południowej Walii, nieopodal miejscowości Nowra, 150 km na południe od Sydney. Właścicielką posiadłości była pani Catherine Bates, wdowa z szóstką dzieci. Finansowo wspierał ją syn Jack zatrudniony jako drover czyli hmmm… poganiacz bydła. W Australii wiele terminów nabiera innych rozmiarów. Drover był osobą odpowiedzialną za przeprowadzenie wielotysięcznych stad bydła przez tysiące kilometrów pustynnych bezdroży.

Pani Bates nie potrzebowała guwernantki będącej ozdobą towarzystwa, potrzebna jej była intensywna pomoc we wszystkich dziedzinach gospodarstwa.
Na co liczyla Daisy? Nie musiała długo czekać żeby na jej drodze pojawiła się nowa szansa.

Na Boże Narodzenia 1884 roku do domu zjechał Jack Bates, przy okazji przyprowadził duże stado dzikich koni brumby na lokalny pokaz hippiczny.
Jack był przystojny, o kruczoczarnych włosach, pod wąsem, z niebieskimi oczami i zdrową opalona cerą. Spodobał się Daisy, ale rozczarowały ją bardzo jego maniery przy stole i milkliwy charakter.

Jack nie lubił książek, ze szkoły uciekł w wieku lat 14 i przez kilka lat zajmował się łapaniem dzikich koni. Zyskał sobie uznanie jako doskonały jeździec i stockman – nadzorca dużego stada zwierząt. Wkrótce został head stockman w wielkiej stacji hodowlanej – prestiżowa i dobrze płatna praca. Niestety poniósł go nieopanowany temperatent i w napadzie złości ciężko pobił podległego mu Aborygena. Właściciel stacji wyrzucił go z pracy i dołożył starań żeby nikt Jacka nie zatrudnił.

Pozostała mu tylko ścieżka samodzielnej kariery – drover – bardzo odpowiedzialna, ryzykowna i w przypadku sukcesu dobrze płatna praca.
Jack Bates, podobnie jak jego koledzy po fachu przepijał i przegrywał w karty lwią część zarobionych pieniędzy.

Wydaje się, że Daisy liczyła, że pod jej wpływem Jack się unormuje, szybko zgromadzi pieniądze potrzebne na zakup własnej ziemi, wybudowanie domu. A gdy już będzie dom, to ona potrafi stworzyć w nim właściwą atmosferę.

Daisy nie miała problemu z podbiciem serca Jacka. W drugi dzień świąt oznajmił publicznie, że zamierza wziąć z nią ślub przed wyjazdem na kolejne zlecenie. Ze swej strony Jack zaimponowal Daisy umiejętnością ujeżdżania koni i charakterem. Na pokazie, na którym byli jako widzowie, żaden z zawodników nie mógł ujarzmić narowistego konia. Wtedy Jack zgłosił się do konkursu, ujarzmił konia, a zdobytą nagrodę polecił podzielić po równo między wszystkich uczestników konkursu.

Ślub odbył się w lutym 1885 roku. Państwo Bates byli katolikami, więc Daisy nie musiała udawać protestantki. Oczywiście nie wspomniała o małżeństwie z Eddie Morantem i ponownie zadeklarowała swój wiek jako 21 lat.
Trzy dni po ślubie Jack wyjechał, a Daisy została wraz z teściową na gospodarstwie, tym razem musiała pracować tu bez żadnego wynagrodzenia. Dziwnym trafem kilka dni później otrzymała list z Sydney. Pod pretekstem konieczności zakupu niezbędnych sprzętów domowych wyjechała do Sydney, gdzie czekał na nią nie kto inny lecz Ernest Baglehole!

Pamiętacie Państwo? To był syn jej pierwszych pracodawców, jeszcze w Anglii, tam rodzice mieli już dla niego kandydatkę na żonę.
Ernest ożenił się zgodnie z wolą rodziców, ale po kilku miesiącach miał dosyć żony i ustabilizowanego życia. Porzucił wszystko i zaciągnął się jako prosty marynarz na statek Zealandia udający się do Australii. Adres Daisy otrzymał zapewne od jej siostry Kathleen.
Nie ma żadnych informacji o szczegółach spotkania Daisy i Ernesta poza jednym – wpisem w rejestrze małżeństw!
Tak jest – Daisy O’Dwyer, panna, lat 21, protestantka, poślubiła Ernesta Baglehole, kawalera, w dniu 10 czerwca 1885 roku, w kościele św. Stefana w Sydney.
Niedługo później Ernest popłynął w kolejny rejs i wszelki ślad po nim zaginął. Jego żona w Anglii – Jesse – została w 1891 roku uznana oficjalnie za wdowę.

Daisy wróciła na farmę swojej teściowej. W sierpniu 1885 roku wpadł tam na krótko jej mąż, który wkrótce musiał znowu wyjechać do pracy.
Następna pewna informacja, to że w maju 1886 roku Daisy poczuła się słabo, lekarz stwierdził, że jest w ciąży. Jack miał właśnie przerwę między kolejnymi zleceniami więc odwiedziła go w Bathurst w Blue Mountains. Tam 26 sierpnia 1886 urodziła syna – Arnolda Hamiltona.

Arnold Hamilton – skąd takie imiona? Susanne de Vries – źródła 1 – nie ma watpliwości, że Arnold to wspomnienie uczucia do Alfreda Colquhoun z Charters Towers, zaś Hamilton to wspomnienie właścicieli farmy, na której Daisy poznała swego pierwszego męża.
Bob Reece – źródła 2 – powtarza za Daisy, że nadała synowi imiona wybitnego brytyjskiego admirała. Niewątpliwie wersja ta była przeznaczona dla jej męża i ojca dziecka.
Ojca?
Z wyliczeń wynika, że Arnold Hamilton został poczęty w listopadzie 1885 roku. Czy Jack Bates miał wtedy przerwę w pracy? Czy Ernest Baglehole przebywał jeszcze w Sydney? Nie wiemy.
Fakt, że Jack Bates nie nadał chłopcu imienia żadnego z członków swojej rodziny jest dość dziwny.

Poród był bardzo długi i ciężki. Daisy nie odkryła w sobie żadnych uczuć macierzyńskich. Wspominała ciążę jako nieporozumienie, poród jako koszmar i przysięgła sobie nie mieć nigdy więcej żadnych stosunków fizycznych z mężczyznami.
Co na to jej mąż? Nie wiemy, ale skoro pozostali małżeństwem, to widocznie było mu to obojętne. I tak spędzał większość czasu poza domem, a zarobione pieniądze przepijał z kolegami.

Po urodzeniu Arnolda Daisy nie wróciła do teściowej. Straciła zapewne złudzenia co do tego, że jej mąż odłoży kiedykolwiek pieniądza na zakup własnego gospodarstwa. Pozostała wraz z synem w okolicach Sydney, pracując jako guwernantka w dobrych domach.

W 1893 roku, gdy Arnold miał 6 lat, odwiedziła Tasmanię, ten pobyt znajduje wiarogodne potwierdzenie. Korzystając z referencji wspomnianych w poprzednim odcinku biskupów była gościem w domach miejscowej arystokracji i wszędzie oczarowała towarzystwo swym wdziękiem, dowcipem i elokwencją.
Na początku 1894 roku Daisy umieściła syna w katolickiej szkole z internatem, uzgodniła z teściową, że Arnold bedzie spędzał wakacje z babcią, a sama wsiadła na statek i popłynęła do Anglii.
Jej sytuacja finansowa była bardzo kiepska. W Australii była właśnie poważna recesja, Daisy i jej mąż stracili wszystkie niewielkie oszczędności zdeponowane w banku.
Koszty przejazdu odpracowała jako stewardessa.

Po krótkim pobycie w Londynie Daisy popłynęła do Irlandii, do swego rodzinnego miasta. Niewątpliwie chciała zbadać sytuację majątkową rodziny i zorientować się, czy nie nabyła jakichś praw spadkowych. Niestety nie, po kilku tygodniach wróciła do Londynu dysponując kwotą 14 szylingów.
Tu poszukała kontaktów w środowisku, w którym czuła się najlepiej – wśród ludzi pióra. Udało jej się nawiązać kontakt z bardzo poważanym wydawcą Wiliamem Stead i bezceremonialnie poprosiła go o pracę…
– Jaką pracę?
– Jakąkolwiek. Ma pan przecież dużą bibliotekę i biuro. Odkurzę półki, zrobię porządek w biurze, szybko nauczę się czegoś, żeby być przydatna. Proszę, niech pan da mi szansę. Posiadane pieniądze starczą mi tylko do czwartku.

Została zatrudniona za 1 funta tygodniowo. Zostawała po pracy, ucząc się pisania na maszynie. Zyskała sobie szybko sympatię pracodacy, poznała jego rodzinę. William Stead uczył ją dziennikarskiego fachu, techniki prowadzenia wywiadów, edycji.
Mieszkała w St Gabriel Hostel for Young Ladies, za który płaciła 7 szylingów i 6 pensów tygodniowo. Hostel św Gabriela, mimo, że tani, był popularnym miejscem zamieszkania kobiet o niezależnych poglądach i intelektualnych ambicjach. Daisy spotkała tam wiele ciekawych osób i ugruntowała swoje poglądy – była zdecydowaną przeciwniczką feminizmu. Sufrażystki jeżdżące w pantalonach na rowerach uważała za karykaturę kobiet.
Podobnie sprawa się miała z jej stosunkiem do Wiliama Steada. Należał on do Towarzystwa Fabiańskiego i popierał idee socjalistyczne. Prócz tego, zgodnie z ówczesną modą, był mocno zainteresowany spirytualizmem i był pod dużym wpływem madame Blavatsky – twórczyni teozofii.
Daisy była zdecydowaną przeciwniczką obu idei, a madame Blavatsky uważała za skomercjalizowaną czarownicę.
Z drugiej strony bardzo ceniła Steada jako wydawcę, dziennikarza i człowieka. Podczas pracy w jego redakcji miała możliwośc spotkania takich osób jak Cecil Rhodes – ojciec brytyjskiego kolonializmu, H.G. Wells i G.B. Shaw. Miała bliski kontakt z rodziną Stead i wydaje się, że darzyła uczuciem Willie Steada, syna Wiliama. Faktem jest, że porzuciła redakcję w momencie, gdy Willie ożenił się w sierpniu 1897 roku.
Daisy jako przyczynę odejścia podawała utratę zdrowia spowodowaną kontaktami z fanatykami spirytualizmu.

Pozostała w Anglii jeszcze dwa lata, ale brak jest jakichkolwiek śladów jej działalności w tym okresie. Ona sama twierdziła, że pracowała w firmie Jarrold Publishing, należała do klubu myśliwskiego, była gościem wielu domów arystokratycznych i otrzymała dwie propozycje małżeństwa od wysoko postawionych osób.
Żadna z tych informacji nie znajduje potwierdzenia.

Po 5 latach pobytu w Anglii Daisy otrzymała ważny list od męża. Jack nawiązał współpracę z najbogatszym hodowcą bydła na zachodzie Australii, a ten zaproponowal mu kupno bardzo dobrej parceli hodowlanej – Ethel Creek.
Czyżby Jack się unormował? Czyżby marzenia o własnej posiadłości stawały się faktem? Daisy kupiła bilet na podróż powrotną do Australii.
Pod koniec 1899 roku parowiec Stuttgart przybil do portu Fremantle w Zachodniej Australii. Miejscowa gazeta poświęciła Daisy sporo miejsca tytułując ją the lady journalist i podając informację, że jest korespondentką londyńskiego The Times i otrzymała od tej gazety zadanie zbadania losu Aborygenów w Zachodniej Australii.

Po takiej i wielu innych rekomendacjach została honorowym członkiem ekskluzywnego Karrakatta Club i poproszono ją tam o wygłoszenie wykładu.

A pieniądze? Czy Jack zdołał odłożyć pieniądze na kupno ziemi, bydła i budowę domu? Może trochę odłożył, ale to nie był w tej chwili palący problem. Daisy wróciła z Anglii z całkiem pokaźnym majątkiem.

Co, skąd, jak, dlaczego?

Ciąg dalszy za tydzień.

PS. Kilka słów o losie pierwszego męża Daisy, Eddie Moranta. Przez 5 lat pracował jako kowboj w wielu mejscach, bawił się, pił, zadziwiał swoimi umiejętościami jeździeckimi. W 1899 roku rozpoczęła się Wojna Burska i Eddie zaciągnął się do armii. W Afryce szybko awansował. Podczas urlopu spędzonego w Angli zaręczył się. Najwyraźniej podobnie jak Daisy zapomniał o niefortunnym ślubie. Niestety, po powrocie na front poniosły go emocje. Chcąc pomścić śmierć przyjaciela, który zginął na polu bitwy, zarządził masową egzekucję jeńców wojennych.
Sąd polowy skazał go na śmierć. Został rozstrzelany 27 lutego 1902 roku. Szczegóły tutaj – KLIK.

Źródła:
1. Susanna de Vries – Desert Queen.
2. Bob Reece – Daisy Bates – Grand Dame of the Desert.

Na pustyniach Australii (1)

Lech Milewski

Daisy Bates. Wiosna

Australian history does not read like history, but like the most beautiful lies.
Mark Twain – Following the Equator

13 marca 1884 roku w Charters Towers, centrum kolejnej gorączki złota, odbył się ślub świetnie dobranej pary. On, Edward Morant, 21 lat, błyskotliwy angielski dżentelmen spowinowacony z admirałem Digby Morantem. Ona, panna Daisy O’Dwyer, 21 lat, osierocona córka anglo-irlandzkiego protestanta Jamesa O’Dwyer Esquire of Ashberry House. Po śmierci ojca Daisy została otoczona opieką zamożnego arystokraty sir Francisa Outram i wychowywała się razem z jego sześciorgiem dzieci. W rezydencji sir Francisa otrzymała staranne wykształcenie i razem z jego rodziną odbyła podróż na kontynent europejski. Po powrocie do Anglii sir Francis Outram miał zaszczyt gościć w swoim pałacu królową Wiktorię i młoda panna Daisy O’Dwyer złożyła przed królową przepisowy potrójny ukłon.
Po śmierci matki panna O’Dwyer zdecydowała się pojechać do Australii żeby sprawdzić jakie nowe możliwości oferuje ten egzotyczny kraj. Nie bez znaczenia był łagodny klimat Australii, istotny dla osoby, której matka zmarła na chorobę płuc. Panna O’Dwyer opłaciła podróż z własnych środków, w które zaopatrzył ją jej przedwcześnie zmarły ojciec.
Po przybyciu do Townsville panna O’Dwyer złożyła kurtuazyjną wizytę biskupowi George Stanton, który udzielił jej odpowiednich referencji.
Nie powinno więc dziwić, że mając taki start, Daisy O’Dwyer osiągnęła wiele. Na tyle wiele, że w latach 20 ubiegłego wieku jej nazwisko pojawiło się w australijskich podręcznikach szkolnych.

Piękny początek zaowocował sukcesami w dalszym życiu. Prawda?
Rzecz w tym, że nieprawda.

Szydło wyszło z worka już kilka dni po wspomnianym na początku ślubie. Do drzwi mieszkania młodej pary zapukał czcigodny pastor Barlow i upomniał się o niezapłacone wynagrodzenie za ślub. Dużo poważniejsze pretensje zgłosił jubiler, u którego pan młody kupił pierścionek zaręczynowy – czek okazał się być bez pokrycia.
To nie powinno dziwić, angielscy dżentelmeni często nie mają luźnej gotówki, ale przecież w końcu zawsze płacą swoje długi.
Rzecz w tym, że Edward Morant, który za sugestią żony zmienił imię na Harry, nie był w pełnym znaczeniu tego słowa dżentlemenem gdyż dżentelmen nie powinien pracować zaś Eddie ‘Breaker’ Morant pracował jako kowboj na stacji hodowlanej i otrzymywał za to bardzo skromną zapłatę 15 szylingów tygodniowo. Również jego pokrewieństwo z angielskim admirałem nie zostało nigdy potwierdzone. Zapewne liczył, że zwróci dług z zasobów wniesionych przez jego żonę. Kłopot w tym, że Daisy O’Dwyer była córką biednego irlandzkiego szewca na dodatek alkoholika, nie miała żadnego posagu a do Australii przyjechała za symbolicznego funta sponsorowana przez rząd stanu Queensland za co musiała odpracować 5 lat w tym stanie.

Widząc co się święci Harry Morant czym prędzej czmychnął z małżeńskiego gniazdka przy okazji kradnąc siodło i świnię swoim gospodarzom. Policja złapała go już następnego dnia. Na szczęście sędzia był wielbicielem jazdy konnej i miał wielkie uznanie dla umiejętności i manier Harrego, w związku z czym uwolnił go od winy. Harry znalazł natychmiast pracę w jakiejś odległej stacji hodowlanej. Daisy nie próbowała go odnaleźć. Pierścionek zaręczynowy zwróciła jubilerowi.

Powyższy obraz uzupełnię informacją, że ubiegając się o sponsorowany wyjazd do Australii, Daisy zaniżyła swój wiek o 3 lata, zaś Harry ‘Breaker’ Morant biorąc ślub zawyżył swój wiek o 2 lata gdyż 21 lat było wymaganym minimum.
Prawdą pozostaje jednak fakt, że nazwisko Daisy pojawiło się w australijskich podręcznikach szkolnych (i po kilkudziesięciu latach z nich zniknęło).

Zacznijmy więc tę historię od początku korzystając ze sprawdzonych informacji i logicznych konkluzji. Te drugie są bardziej pewne.

Margaret Dwyer urodziła się 16 października 1859 roku w miasteczku Roscrea w Irlandii. Jej rodzicami byli katolicy – James Dwyer i Bridget Dwyer z domu Hunt. Rodzina Dwyer mieszkała w krytej strzechą chacie, gdzie James miał warsztat szewski.
Cztery lata po urodzeniu Margaret jej matka zmarła, a ojciec ożenił się ponownie i wraz z żoną wyjechał szukać szczęścia w Ameryce. Zmarł na pokładzie statku i został pochowany w grobie dla biedaków.
Margaret, która na codzień używała imienia Daisy, i jej starsza siostra Kathleen, spędziły kilka lat pod opieką babci, a gdy osiągnęły wiek szkolny zostały zapisane do Free National School for Catholic Girls prowadzonej przez francuskie i belgijskie zakonnice. W szkole otrzymały bardzo staranne wykształcenie, były elokwentene, potrafiły dobrze przekazać swoje myśli na piśmie, znały dzieła klasyków angielskiej literatury, miały podstawy łaciny i francuskiego, były biegłe w robótkach ręcznych i posiadały nieskazitelne maniery.
Daisy uwielbiała literaturę, szczególnie Dickensa. Prawdopodobnie książki były inspiracją do marzeń o życiu w szczęśłiwej i zasobnej rodzinie.
Razem z siostrą wcześnie zauważyły wielką dyskryminację irlandzkich katolików. Następcy Cromwella dopilnowali, żeby katolicy nie mogli posiadać ziemi na własność, a umowy dzierżawne były krótkoterminowe, aby nigdy nie zdołali się ustabilizować. Być może te doświadczenia uczuliły Daisy wiele lat później na los australijskich Aborygenów, pozbawionych jakichkolwiek praw do ziemi.

Obie siostry doszły do tego samego wniosku – jeśli kiedykolwiek mają się wyrwać z kręgu nędzy i upokorzeń to muszą się wykazać pochodzeniem z anglo-irlandzkiej, dobrze sytuowanej rodziny. Wzorce znalazły w sąsiedniej The Ladies Hibernian School for Protestants. W bibliotece szkolnej znalazły wykazy irlandzkiej arystokracji i ziemiaństwa. Zapamiętały nazwiska, nazwy posiadłości i koligacje.

Brak jest dokładnej informacji o ich młodzieńczych latach, prawdopodobnie po zakończeniu nauki pozostały w szkole jako pomocnice nauczycielek, przygotowując się do zawodu guwernantki.
Guwernantka – to była jedyna droga dla ubogiej panny z ambicjami. Tą drogą podążyły wcześniej siostry Brontë. Wiadomo było, że uwieńczeniem kariery było małżeństwo z kimś z rodziny pracodawców. Była to jednak bardzo ryzykowna ścieżka – przeciwstawić się zalotom mężczyzn, tak żeby nikogo nie zrazić i nie pogrzebać swoich szans.

Kathleen powiodło się – została zatrudniona przez respektowaną protestancką rodzinę, a jej opowieści o arystokratycznych powiązaniach wystarczyły do zgody na małżeństwo z synem pracodawców, oficerem brytyjskiej armii.
Daisy poszła podobną drogą. Udało jej się znaleźć pracę u zamożnej rodziny Baglehole. Udało jej się wywrzeć duże wrażenie na jedynym potomku – Erneście. Niestety rodzice upatrzyli już dla Ernesta właściwą małżonkę i pozbyli się panny Dwyer, gdy tylko zorientowali się, że stanowi ona zagrożenie dla ich planów. Ernest ożenił się zgodnie z wolą rodziców, ale Daisy pozostała w jego pamięci.

Co robić? Próbować jeszcze raz? Daisy nie miała do tego cierpliwości. Zauważyła ogłoszenie rządu stanu Queensland, który werbował sieroty, panny w wieku 17-20 lat, do pracy jako pomoce domowe. 23-letnia Daisy O’Dwyer podała więc wiek jako 20 lat i uiściła 1 funta za bilet. Pozostałe 39 funtów dopłacał rząd Queensland.  W listopadzie 1882 roku statek Almora ruszył w trzymiesięczną podróż do Australii.

Do Townsvile przybili 14 stycznia 1883 roku. Daisy trzymała się z daleka od swoich towarzyszek podróży. Pierwsze kroki skierowała do biskupa Stantona, gdzie powołała się na pokrewieństwo rodziny męża jej siostry z biskupem Browningiem w Hobart. To była święta prawda. Elegancka, przystojna, elokwetna panna zrobiła doskonałe wrażenie na biskupie, ze spokojnym sumieniem polecił ją rodzinie zamożnych hodowców bydła.

Ze swej strony, Daisy nie mogła za bardzo przebierać. Przebywając w Townsville mogła łatwo zostać zdemaskowana przez którąś z towarzyszek podróży. Wylądowała więc na farmie gdzie musiała się włączyć do codziennych prac gospodarskich.
Jej pozycja w Australii nie różniła się zbytnio od tej w Anglii – musiała znaleźć odpowiedniego męża.
Z jednej strony było to łatwe, gdyż Australia cierpiała na wielki niedobór kobiet. Z drugiej strony bardzo trudne, bo niewielu było tu kandydatów na męża, którzy mogliby spełnić jej oczekiwania.
Nie wiadomo jak długo Daisy przebywała na farmie. Według jej relacji wkrótce wyjechała na kilka miesięcy na Tasmanię, gdzie była gościem biskupa Browninga i wielu miejscowych notabli, brała udział w polowaniach i balach. Jej relacje są barwne i pełne istotnych detali, z drugiej strony nie ma można znaleźć żadnego potwierdzenia jej pobytu na Tasmanii.

Faktem natomiast jest, że pod koniec 1883 roku znalazła się w Charters Towers, mieście pulsujacym gorączką złota. Oczywiście swe kroki skierowała do najlepszych domów, poznała ciekawych ludzi, między innymi Thaddeusa O’Kane wydawcę lokalnej gazety The Northern Miner. Ludzie pióra – takie towarzystwo jej odpowiadało. Być może wtedy zaświtał w jej głowie pomysł zajęcia się na poważnie pisaniem. W redakcji pisma spotkała błyskotliwego dziennikarza Arnolda Colquhoun, nawiązała się nić sympatii. Niestety wkrótce Daisy dowiedziała się, że jej sympatyczny znajomy jest chory na syfilis, który wtedy był nieuleczalną chorobą. Teraz musiała dołożyć starań, żeby jakoś wywikłać się z pechowego związku. Jednym z argumentów jakiego używała, było twierdzenie, że jest związana z kimś innym. Czy była? Faktem jest, że jej osobowość zjednywała jej sympatię wielu ludzi, a mężczyźni tracili przy niej głowę. Ona sama twierdziła – lubię się zakochiwać i.. rozstawać.

Arnold, który jednocześnie popadł w długi i inne tarapaty, popełnił samobójstwo. Jakimś cudem osoba Daisy nie została zauważona podczas dochodzeń policji, ale nie mogła dłużej pozostać w Charters Towers. Na szczęście miała przy sobie doskonałe referencje od biskupa Stantona. Bez trudu znalazła pozycję guwernantki u hodowców bydła, państwa Hamilton. Tam nie mogła nie zwrócić uwagi na przystojnego kowboja – Eddiego Morant.

Eddie Morant był podobnie jak ona biednym irlandzkim sierotą. Też zyskał staranne wykształcenie. W szkole poznał i oczarował zamożnego dżentelmena, który zaprosił go do swojej rezydencji jako towarzysza polowań. Tam nabrał idealnych manier i umiejętności jeździeckich. Do Australii przyjechał podobnie jak Daisy na bilet sponsorowany przez rząd. Przez pewien czas pracowal w cyrku, aż znalazł stałą pracę na stacji hodowlanej.
Eddie oczarował Daisy elokwencją, znajomościa literatury i opowieściami o koneksjach jego dobrze sytuowanej rodziny. Co było dalej czytaliście Państwo na wstępie.

Trzy próby, trzy niepowodzenia – co teraz począć?

Ciąg dalszy nastąpi.

Źródła:
1. Susanna de Vries – Desert Queen.
2. Bob Reece – Daisy Bates – Grand Dame of the Desert.

Ciąg dalszy za tydzień

Reblog z Gazety Wyborczej

Co powiedziałabym sobie samej przed emigracją?

Agnieszka

29.01.2015 , aktualizacja: 30.01.2015 21:33

W Meksyku mieszkam od 4,5 roku. Krótko i długo jednocześnie. Gdybym mogła usiąść na kawę z samą sobą sprzed tych kilku lat, oto co bym powiedziała:

1. Nauczysz się wiele o swoim kraju. Będziesz musiała odpowiadać na najróżniejsze pytania: o liczbę mieszkańców, średnie zarobki, geografię, historię, muzykę, system monetarny… Żeby nie wyjść na błazna, będziesz musiała mieć tę wiedzę w jednym palcu.

2. Poznasz dużo różnych ludzi, przez co z cierpliwością nauczysz się odpowiadać stale na te same pytania: Skąd jesteś? Co tu robisz? Jak długo? Jak się tu znalazłaś? Gdzie jest Polska? W końcu będziesz miała tak opanowane odpowiedzi, że bez zająknięcia wszystko wyrecytujesz. To lekcja cierpliwości.

3. Na początku będziesz tęskniła za wszystkim, co polskie, nawet za rzeczami, których nigdy tak naprawdę nie lubiłaś. Będziesz przywozić tony ptasiego mleczka, krówek, kabanosów i innych produktów, których w Polsce właściwie nie dotykałaś. Fakt, że nie możesz czegoś dostać, sprawi, że zapragniesz tego jeszcze bardziej. Potem trochę wyluzujesz.

4. Ugotujesz swoje pierwsze w życiu pierogi. Najprawdopodobniej ruskie, bo te są najłatwiejsze. Potem ugotujesz swoje pierwsze gołąbki, mielone, barszcz, szarlotkę i staniesz się ekspertką od polskiej kuchni.

5. Poznasz ludzi z całego świata, różnych kultur i języków. Będziesz miała znajomych we wszystkich zakątkach globu. Zawsze będziesz miała kogo odwiedzać i kogoś, kto cię przenocuje, kiedy znajdziesz się w nocy na lotnisku na drugim końcu świata.

6. Poznasz ludzi, których inaczej nigdy byś nie poznała. Twoimi najlepszymi przyjaciółmi zostaną ludzie, o których w Polsce powiedziałabyś, że na pewno się nie dogadacie. Sytuacje, w których się znajdziesz, zmienią twoje poglądy i wymagania wobec życia. Przewartościujesz wszystko, o czym do tej pory myślałaś, że jest dla ciebie najważniejsze albo zupełnie nieistotne.

7. Jeśli zwiążesz się z kimś z innego kraju, poznasz wszystkie plusy i minusy tłumaczenia swojej osobowości na inny język. Problemem może być wyrażanie emocji, konkretyzowanie myśli, ale szybko nabierzesz wprawy. Zorientujesz się też, że to ma swoje zalety. W kryzysowej sytuacji zawsze możesz powiedzieć, że czegoś nie zrozumiałaś albo, że nie to miałaś na myśli!

8. Nabierzesz nowych stereotypów i wyzbędziesz się starych. To zadziwiające, jak szybko będziesz się przyzwyczajać i odzwyczajać. Przejmiesz zwyczaje i w jakimś stopniu myślenie kraju, w którym się znajdziesz i ludzi, z którymi się spotkasz.

9. Będziesz tęsknić. Za rodziną, za przyjaciółmi, za jedzeniem, za ulubioną gazetą i programem w radio/telewizji, nawet za narzekaniem.

10. Staniesz się ekspertem w wyszukiwaniu połączeń i lotów. Odbędziesz podróże do domu, które nie przekroczą 24 h. Może będziesz musiała spać na lotnisku, może na dworcu. Spóźnisz się na lot, zgubią twój bagaż, poznasz na wskroś lotniska i żadna podróż nie będzie ci już straszna.

11. Zawsze przyjeżdżając do Polski, będziesz myślała: “Następna walizka będzie lżejsza”. Będziesz snuła plany, że do podręcznego weźmiesz już tylko 1, a nie 3 książki, a może nawet tylko gazetę. Nie będziesz chciała stresować się nadbagażem. Nigdy ci się to nie uda.

12. Przy każdej wizycie w Polsce przytyjesz. Nieważne, czy zostaniesz tydzień czy dwa miesiące. Zawsze przytyjesz.

13. Zorientujesz się, że mylą ci się słowa “przyjechać” z “wyjechać” i “wracać” z “jechać”. Będziesz mówiła “jadę do domu”, zarówno w jedną, jak i drugą stronę. Będziesz “wracać” także w obie strony. “Dom” stanie się pojęciem bardzo względnym.

14. Ciągle będziesz na coś czekać. Przede wszystkim na powrót do Polski. Będziesz czekać i tęsknić, a potem będziesz czekać i tęsknić w drugą stronę. Będziesz czekać, aż ktoś przyjedzie i cię odwiedzi. Ciągłe czekanie i tęsknota. Ale to dobrze, bo fajnie jest na coś czekać.

15. Tym samym będziesz się ciągle z kimś rozstawać. Będzie trudno. Ale dobre jest to, że zawsze ktoś gdzieś będzie na ciebie czekał. Przyjedzie po ciebie na lotnisko i będzie szczęśliwy, że “już wróciłaś”.

16. Nauczysz się większego dystansu. Zwłaszcza do rzeczy. Nigdy nie będziesz mogła zabrać ze sobą wszystkiego. Nauczysz się wartościować i pewne rzeczy zostawiać. Nie przywiązywać się za bardzo, bo może znowu będziesz musiała się przeprowadzić. W pewnym sensie wyzwolisz się od rzeczy materialnych.

17. Będziesz musiała się nauczyć także wyzwolenia od ludzi, co jest dużo trudniejsze. Otoczysz się ludźmi różnych narodowości, którzy, tak jak ty, będą jeździć po świecie, pojawiać się i znikać. Nauczysz się żegnać z bliskimi znajomymi i przyjaciółmi. Dowiesz się, że wszystko dzieje się etapami, przychodzi i odchodzi. Będzie ciężko. Każdy zostawi coś w tobie i ty też zostawisz coś w innych. Zobaczysz, że jesteś tu, gdzie jesteś, bo inni też ciebie potrzebują. Jeśli to zrozumiesz, doświadczysz niesamowitych relacji z ludźmi.

18. Zawsze gdzieś cię nie będzie. Nie będzie cię w Polsce, gdzie będą działy się ważne rzeczy. Ominą cię śluby, narodziny dzieci, ważne momenty z życia najbliższych. Będziesz się bała, czy zdążysz wrócić do Polski, żeby spotkać się jeszcze z chorą babcią, dziadkiem, a nawet matką i ojcem (nie mówiąc już o ukochanym psie czy kocie). Najbliżsi będą odnosić sukcesy, kiedy ciebie nie będzie; będą przeżywać porażki, kiedy ciebie nie będzie; będą żyć dalej, kiedy ciebie nie będzie; będą też umierać, a ciebie nie będzie. To chyba będzie najtrudniejsze.

19. Pomimo cierpienia, tęsknoty i wszystkiego złego, co cię spotka, nauczysz się życia w bardzo przyspieszonym tempie. Będziesz silna, będziesz zaradna, będziesz cierpliwa. Może nie wszystko przyjdzie szybko, na pewno nie łatwo, ale w końcu przyjdzie. Będziesz starała się wykorzystać każdą chwilę. Będziesz wszystkim, co cię spotkało i każdym kogo spotkałaś. Będziesz umiała porozumieć się w każdym języku i bez słów. Będziesz lepsza, niż byłaś

20. Po 4,5 roku powiesz: Nie zamieniłabym mojego życia na żadne inne.

***
List pochodzi z akcji Gazety Wyborczej  “Polki bez granic” zbierającej doświadczenia Polek z emigracją (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic). Czesław Mozil zapowiada, że na podstawie tych listów powstanie druga płyta jego projektu “Księga emigrantów”. Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

A to Polska właśnie…

Wczoraj w wielkich bólach konwencja została przyjęta, na pytanie dlaczego w wielkich bólach, skoro chodzi o sprawę oczywistą odpowiedziała…

Aleksandra Puciłowska przy współudziale Kingi Chojnickiej

Dlaczego Polska miała problemy z ratyfikacją konwencji przeciwko przemocy domowej?

Długo proszono mnie o napisanie tekstu na temat konwencji. I szczerze mówiąc: nie wiedziałam za bardzo, co można by mądrego na ten temat napisać?
Sprawa jest w sumie jasna i prosta: czy z lewa, czy z prawa – każdy deklaruje się, iż jest przeciwny przemocy. Nie tylko zresztą wobec kobiet, ale i ogólnie. Sięgając po cytat z jednej z kultowych polskich komedii lat 80 chciałoby się więc powiedzieć: i nad czym tu deliberować…?

W Polsce jednak, jak to w Polsce, musieliśmy i z tego tak istotnego tematu zrobić swoje własne polskie piekiełko. Bo nie byliśmy sobą, gdyby tak nie było.
Okazało się bowiem w stosunkowo krótkim czasie, że w przemocy wcale nie o przemoc chodzi, a o wprowadzenie tylnią furtką jednego z głównych obecnie wrogów polskiego Kościoła, jakim jest bardziej chyba demoniczny od samego demona GENDER.
Że Kościół musi mieć wroga, bo bez niego nie będzie istniał jest już nawet nie tylko oczywiste, ale i filozoficznie poparte. Bo skoro istnieje dobro, to musi istnieć i zło, bo jak inaczej wiedzielibyśmy, czym jest samo dobro..?
To, że wróg ten dla Kościoła musi być namacalny wiemy już z Biblii, która mówi o diable. To, że diabeł ten musi być obecny w naszym życiu codziennym, byśmy jak zagubione owieczki lgnęli do Kościoła w lęku i nadziei na ocalenie, udowodniono nam już nadto. I tak się kręci ta zabawa od ponad 2 tysięcy lat.
Za wroga można sobie wziąć dowolnego przeciwnika – ważne by był, by się i żadna zębatka w tej dobrze już naoliwionej maszynie nie zacięła. Najnowszym jest gender – wciska się on nam drzwiami i oknami, by zniszczyć prawdziwą polską, katolicką rodzinę. Jak się zapieramy i nie chcemy go wpuścić frontem, to próbuje tylnym wejściem od kuchni. A w kuchni przygotowują między innymi różnego rodzaju podejrzane konwencje, co to pod przykrywką słusznych idei wpuszczają na naszą chrześcijańską enklawę w samym środku hedonistycznej Europy zepsucie, grzech i klęskę prawidłowego porządku świata.
A prawidłowy obraz świata jest taki, że jak Bóg coś złączy to człowiek tego nie powinien rozdzielać. I nieważne, co się dzieje za ścianą u sąsiada – czy mąż przyszedł tym razem z kwiatami czy z pięściami. Każdy musi dźwigać swój krzyż, jak dźwigał go Jezus. Więc i kobieta niech nosi swoje brzemię i ratuje splecione świętym węzłem małżeńskim własne piekiełko na tym ziemskim padole. Nieważna jest cena, jaką trzeba będzie za to zapłacić, istotny jest cel. A ból i cierpienie uszlachetnia, przecież tak mówili ostatnio na mszy w niedzielę. Przecież tak samo cierpiał biblijny Hiob, a Bóg mu to wszystko wynagrodził. Trzeba być silnym. Trzeba być cierpliwym.
A nie daj Boże zacząć jątrzyć i zawracać sobie głowę własnym szczęściem i poczuciem godności, ba! nawet indywidualności, a co gorzej samodzielności. Zaraz przyjdą do głowy jakieś szatańskie pomysły o niszczeniu rodziny w imię własnego egoizmu.
A właśnie temu służyć mają te europejskie pomysły pisane zapewne przez jakieś tajemnicze lobby LGBT w tajnym gabinecie w Brukseli. Bo i my – homo-, bi- i transseksualiści ponownie maczamy palce w tej rewolucji ogólnoświatowej, której głównym celem jest zagłada ludzkiego gatunku. A w obronie tego zagrożonego, znanego nam i jedynie słusznego katolickiego porządku świata, jak zwykle, dzielnie staje posłanka Beata Kempa. Zauważa ona w swoim liście otwartym do profesor Fuszary, że konwencja przeciwko przemocy wobec kobiet wcale w obronie tych kobiet nie staje. Na celu ma zaś degradację biologicznego pojęcia płci do pseudointelektualnego bełkotu o tym, iż na to jak postrzega się kobietę lub mężczyznę w danym społeczeństwie, wpływ ma kultura czy społeczne zachowania uznawane wedle tradycji za odpowiednie danej płci. Bo przecież wcale nie jest tak, że zgwałconej kobiecie ktoś wypomina, iż być może miała spódniczkę za krótką o te dwa centymetry, a faceci to przecież tacy wzrokowcy. I wcale nie jest tak, że w Afganistanie kobiety zakrywać muszą całe swoje ciało ze względu na to, że nie urodziły się mężczyznami. Choć przecież, przyznajmy szczerze, w czadorze też się jednak nie urodziły. I przecież wcale nie zdarza się tak, że od kobiety wchodzącej do polityki wymaga się jednak trochę więcej. Bo udowodnić musi ona podwójnie, że posiada kompetencje – nie posiada ich z zasady, jak niegdyś „nowa twarz” w polityce, Grzegorz Napieralski. Nikt jakoś dziwnym przypadkiem nie lustruje i nie prześwietla kandydata na prezydenta partii PSL, pana Jarubasa, tak jak to się czyni wobec kandydatki lewicy – pani Ogórek. Nikomu jakoś, dziwnym trafem nie przychodzi jako pierwsza myśl do głowy o tym, czy pan Jarubas, lub pan Duda, jest może ładny, a może jednak brzydki? Robi się to jednak wobec pani Ogórek właśnie, robiło się to niegdyś wobec pani Muchy. I robi się to również, niestety niezwykle brutalnymi i moralnie odpychającymi metodami, wobec pani Grodzkiej.
Pani Grodzkiej, która całą swoją postawą i życiową historią tak nadepnęła na odcisk sporej grupie prawej strony społeczeństwa polskiego, iż żyją nawet tym, czy chodzi ona w domu w dresie czy może piżamie. Trudno ją sprowokować osobiście, bo jest jedną z niewielu osób na polskiej scenie politycznej, która potrafi zachować niezwykle przyzwoity poziom dyskusji, więc próbuje się, pożal się Boże, pseudo-dziennikarskim śledztwem na poziomie, którego powstydziłby się chyba nawet sam portal internetowy Pudelek.
Bo to przecież o to chodzi w całej tej konwencji: nie o powiedzenie stanowczego NIE przeciwko przemocy różnej maści w imię utartych stereotypów i przekonań zagnieżdżonych gdzieś głęboko w naszych umysłach od lat. Tu chodzi o promocję hedonizmu, o degradację uszlachetniającego cierpienia i o, o zgrozo!, promocję wynaturzeń, jakimi są wszystkie te zjawiska, których nie uświęci sam Pan Bóg rękoma polskiego episkopatu. Niczego innego te przepisy wprowadzić nie zamierzają, poza społeczną degrengoladą i niszczeniem porządku świata ustalonym przy jego stworzeniu, a opisanym w Biblii. Niczego nie wnoszą poza zobowiązaniami państw je ratyfikujących do między innymi:
– stworzenia całodobowej, darmowej linii pomocy dla ofiar przemocy
– utworzenia wystarczającej ilości schronisk, które uchroniłyby te ofiary od pozostania sam na sam ze swoim oprawcą, gdy zamkną się drzwi za interweniującymi policjantami, którzy wezwani zostali do „domowe kłótni”
– przeszkolenia odpowiednich organów w ten sposób, by działać mogły szybciej i sprawniej przeciw przemocy domowej – przyjęcia ustawy penalizującej domową przemoc w różnych postaciach w tym: nękanie, przemoc fizyczną i psychiczną, genitalne okaleczenia kobiet, przymusową aborcję i przymusową sterylizację
– ścigania gwałtu z urzędu, a nie na podstawie formalnego wniosku osoby pokrzywdzonej jak praktykowane to było dotychczas.

Ale to przecież wszystko nie jest nam potrzebne, by walczyć o los pokrzywdzonych kobiet. Potrzebna jest nam silna wolna i solidny zapas różańców, by tak jak w 2013 roku walczyć w słusznej sprawie podczas całonocnej adoracji Najświętszego Sakramentu w intencji odrzucenia „Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej”.