Panna Banqs

Peony Jo

Panna Banqs, którą niedoinformowani sąsiedzi nazywali po prostu Panią Banqs, uchyliła okno mało przytulnej kuchni, wychodzącej na północ, by wypuścić zapach gotującej się zupy. Nie była w stanie pojąć, jakim sposobem zupa tak dobrze smakuje, wydzielając fumy zbliżone do odoru. Prawie jak te japońskie ryby, czy ser, którego nie można wnosić do zamkniętych pomieszczeń, kto zresztą chodziłby z serem pod pachą, pomyślała ze zniecierpliwieniem, jakby ludzie nie mieli lepszych sposobów na wywołanie śmieszności. Panna Banqs śmieszności bała się najbardziej, bo pomniejszała ona to pieczołowicie polerowane przekonanie, iż jest osobą w dobrym rodzaju i na tyle ładną, na ile pozwoliły geny ojca ślusarza i matki recepcjonistki oraz systematyczne polewanie się zimną wodą, na czczo, w poniedziałki.

Obok stołu, obok którego stała właśnie Panna Banqs, wylegiwały się stosy czasopism, otrzymanych po przeczytaniu od Lucy Paw, stosy nie całkiem świeżych nowości, które w jej przekonaniu wcale nie straciły na atrakcyjności. Czyż to nie miłe przekonać się po pięciu długich latach i zimach, że aktorka X i aktor Z tak bardzo mylili się co do trwałości ich wzajemnej miłości? Czy nie jest pocieszające, że Rzym nadal stoi, a diety odchudzające mają coraz piękniejsze nazwy – porównując z tymi sprzed pięciu lat, oczywiście? Jakby od samego kontemplowania zawiłości ich nomenklatury (tak, znała takie cudzoziemskie słowo i całkiem od dawna), zatem jakby od samego czytania tych nie najnowszych już czasopism udawało się cofnąć machinę dziejów, do czasów, gdy Y jeszcze żył, a BC kupował dom na Sycylii. To wszystko było dla Panny Banqs niezwykle fascynujące, to wszystko co działo się teraz i wczoraj, sto lat temu i za dekadę, równocześnie.

Sama już dawno straciła poczucie czasu, nie przypominały jej o tym ani rosnące, a w tym przypadku nierosnące, bo nieistniejące, dzieci, ani zmarszczki, których raz, że nie widziała, dwa, że widzieć nie chciała, a trzy, i tak było już raczej wszystko jedno. Była kobietą w wieku dojrzałym. I o ile ten przymiotnik w innym kontekście dodawał rumieńców owocom, szlachetności winu i mądrości uczonym w piśmie, jej ciążył nieco, jak przeładowana torebka, której nie ma jak opróżnić, bo gdzieś te wszystkie sekrety trzeba trzymać i nosić, dopóki śmierć nas nie rozłączy.

Gdyby tylko w jakiś sposób mogła, dałaby wiele, by wymknąć się kategoriom czasu i powinności. Nie zdążyła być porządnie dziewczynką, aż tu się nagle okazało, że ustępują jej miejsca w tramwaju, o ile wybrała się do miasteczka, które w sumie wolała omijać. Życie jej toczył wonny uwiąd marzeń i chroniczne przeterminowanie pragnień. Jej jedynym życzeniem było nie mieć zgagi i odeprzeć zawczasu rwę, plisującą jej chód w zwichrowane zygzaki. Życie nie było złe, było tylko inne, od tego wszystkiego czego naczytała się siedząc w kucki na brzegu schodów. Było niepotrzebnie większe i bardziej skomplikowane, niż ktokolwiek, w jej mniemaniu, potrzebował. Straszne jak książka telefoniczna, przerażająca już samą objętością stron, z numerami ludzi, których nie znała i nigdy nie zamierzała poznać, a także firm, których istnienia można sobie było darować. No ale wiadomo, nie samą myślą żyje człowiek, choć ona była temu bardzo bliska.

Jedzenie ją nużyło, a gotowanie jeszcze bardziej. Tym niemniej raz w tygodniu otwierała zakurzoną książkę kucharską na chybił trafił i palcem, który nigdy nie zaznał manikiuru strzelała w przypadkowo wybrany przepis, by go z całą pieczołowitością zrealizować. W sumie dla nikogo. Ugotowane, dopieszczone, uformowane i obwąchane wystawiała toto w cynowej misce na rogu ogródka, wierząc, iż wcześniej czy później, a na pewno wcześniej, znajdzie amatora. Nigdy nie dowiedziała się, w czyje ciało przemieniły się wytwory jej kulinarnej staranności.

Poza konkursem gotowania dla nikogo raz tygodniowo, Panna Banqs pielęgnowała wiele innych równie nieprzydatnych społecznie zainteresowań jak choćby: naśladowanie odgłosów godowych ptaków podczas czesania, układanie marchewek w lodówce zgodnie z ich rosnącą średnicą, i zużywanie ich od najgrubszej do najcieńszej, bo wiadomo, że młodzi się muszą przywilejów naczekać i cierpliwości nauczyć. Równie chętnie ogryzała okrągłe ciasteczka w rytmie “Walca Kwiatów” Czajkowskiego i karmiła ptaki malinami (w sezonie), czyli ogólnie mówiąc była w kategoriach lokalnie przyjętych, stuknięta.

To stuknięcie tak dobrze jej wychodziło, że czasem udawało jej się wyglądać na znormalizowaną jednostkę w zunifikowanym społeczeństwie. Zakładała but prawy na prawą stopę, but lewy na lewą, pilnując by obydwa były takiego samego, jeśli nie fasonu, to przynajmniej koloru. Dopinała płaszcz, by nie wyglądać jak wszędzie przeklinany uchodźca, a tuż przed wyjściem z domu zakładała też bardzo uprzejmy uśmiech, ten z kategorii, niczego o mnie nie wiecie, i bardzo by mi było z tego powodu przykro, gdyby nie fakt, iż nie jest. W okolicznościach zewnętrznych była więc bardzo przeciętną kobietą, w znacząco niemodnym żakiecie, na niezbyt długim spacerze, na który najchętniej wcale by nie wyszła, gdyby nie obawa, iż jej przedłużająca się nieobecność w ulicznym rankingu dziwaków mogłaby spowodować niespodziewane odwiedziny, wizytę kontrolną, ujmując to słowami mechaników i egzaminatorów, najazd, którego nie życzyła sobie najbardziej na świecie, więc wolała już wyjść, niż dać komukolwiek wejść.

Z tym niewchodzeniem to zresztą całkowicie śmieszna sprawa, zabawna patrząc z punktu widzenia nieboszczyka, ku któremu to celowi zmierzała nie tylko Panna Banqs. Otóż, w dniach swojej pierwszej (z trzech kolejnych) młodości, we własnej optyce była Panna Banqs osobą niezwykle obytą i światową. Zakładała zwiewne i szykowne sukienki na popołudniowe herbatki tu i tam, uśmiechała się zalotnie, acz nieprowokująco, poruszała się z gracją i umiała okręcić sobie mężczyzn wokół małego palca, bo tak sobie właśnie imaginowała życie amantki, którą wprawdzie zapomniała być, ale już samo wyobrażenie, bez konieczności prasowania garderoby, całkowicie ją satysfakcjonowało. Podobnie jak podlewanie róż, których nie hodowała i karmienie beżowych, jedwabistych w dotyku lam w ogrodzie, których nie miała. Uznała to za niezwykle fascynujące, jak małym kosztem i niskim nakładem energii można przeżyć życie jak z żurnala. Nawet, gdy miasteczko swoim dezaprobującym pomrukiem na to nie pozwala.

Lucy Wielka Mistrzyni 6

Tibor Jagielski

Lucy i wiedza  

– Kto chce posiadać wiedzę – powiedziała Lucy pewnego słonecznego poranka do swoich uczennic i uczniów – musi także każdego dnia uczyć się,  jak tę wiedzę stracić.
– Dzięki temu, że tracimy – kontynuowała Lucy – przestajemy chcieć. W ten sposób osiągamy stan równowagi, nie miotamy się jak sępy i nie organizujemy jak mrówki w obliczu trupa, który nazywamy rzeczywistością.
– Zmuszeni do czegokolwiek, stajemy się bezwolni i bezsilni.

Lucy i istnienie  

– Z życia wynika śmierć – powiedziała Lucy – a trzynaście przyczyn trzyma nas  przy istnieniu, a trzynaście przyczyn powoduje nasze odejście. –  Ale  jak to się dzieje i dlaczego wszelkie bronie bitnych armii i dzielnych rycerzy są tutaj bezsilne? – rzuciła pytanie Wielka Mistrzyni.
– Bo niewzruszonych praw kosmosu nic i nikt nie jest w stanie zmienić.

Lucy i śmierć 

– Śmierć jest początkiem życia – powiedziała Lucy wskazując na baraszkujące w stawie kaczki.
– To co kochamy jest tajemnicą życia, a to czego nienawidzimy jest tajemnicą śmierci,
 i nie tylko moje ptactwo wie, że wszystko można o pupę rozstrzsakać
 a ostatecznie o wszystkim zapomnieć – roześmiała się wielka mistrzyni.

***

The arranged mariage

Helen Faller

I first met P. in the apartment where he’d languished for several weeks after his mistress took gravely ill. He wasn’t what I’d hoped for, long white hair half in dreads and a wild look in his eye I might have found intriguing had I still been in my 20s. But I’d been searching for a match for ages. And I figured we would develop affection and eventually that affection would grow into mutual respect and enduring love.

That didn’t happen. P. was worse than all my former beaus rolled into one. He left food crumbs and filthy nail clippings all over my apartment, lolling around like a prince and leaving me to clean up after him as if it were a privilege he bestowed upon me. I found myself vacuuming three times a day. I hate vacuuming. He kept me awake at night clawing at my legs. When he would at last desist, he splayed himself across the queen-sized bed and snored loudly. During the day, he prowled the apartment opening cabinet doors and yanking out the contents, seeking to gain my notice, vainly hoping to win my caresses. On the rare occasions I gave him affection, he inevitably lashed out. I still have scars from his love scratches and bites. When I would refuse his advances, he climbed the furniture, tore at the Persian rug, gnawed on the plants, and scratched the hardwood floors. A few times he even yanked my computer cable out of the wall.

P. ate voraciously, and shat hugely and foully. He tore bags of victuals open with his teeth, leaving meat jerky scraps strewn across the kitchen floor. Each morning I would wake to find my counters covered in urine-drenched sand fallen from his matted hair during his nocturnal perambulations.

After two weeks living with P., I was at my wit’s end. Whenever I heard a noise, I jumped, afraid to see what thing of mine he’d left in ruins. I had no love for him, and P. was starting to have suspicions. He dismantled two telephone chargers with his teeth and knocked the kettle to the floor during dinner.

I called the matchmaker and told him it wasn’t working out. When I described P.’s abuses, the matchmaker assured me that all those behaviors were normal for someone like P. He didn’t relent until I pointed out that it would do P. no good to live in a place where the woman of the house didn’t welcome his presence. He promised to look for another situation.

But the matchmaker was lazy. He figured he’d done his part. I gave him a few nudges, indicated places he might find new prospects. He sent me a text assuring me he was seeing to the matter. Thereafter all my calls went straight to voicemail.

So I was forced to take things into my own hands. Within a few minutes, I had some luck.

I would like a match, she wrote.

I have a match for you, I wrote back.

I have always lived with the likes of P, she wrote. Ever since I was a little girl in my mother’s home in Milano. My decision to commit to a match is one I have long considered.

We quickly switched to private chat and I discovered that, as much as she yearned to meet P. that very instant, she was indisposed and unable to do so. She had overgorged on chocolate and landed in the hospital. The doctors were holding her a few days for observation while she recovered from her overdose.

I looked at her avatar, expecting to see a face plump from scarfing down too many bonbons. Instead I perceived a young woman’s naked body in silhouette, the bony hips and shoulders forming sharp right angles.

Though my patience with endless vacuuming had long since bitten the dust, the chocolate girl’s interest seemed genuine and she certainly was aching for companionship. As was P. I eagerly anticipated her discharge and tried to maintain a semblance of decorum in my home.

Three days later the chocolate girl came to meet her betrothed. Rushing home from an engagement, I found her already standing inside my apartment. I was astounded to discover her even slighter of frame than I had suspected.

I introduced her and she crouched down to converse with P. face to face, speaking gentle diminutives of affection in Italian. He approached and placed his paws on her leg. I waited with baited breath to see if romance would blossom.

His weight on her thigh upset her equilibrium. She toppled over onto one haunch. After she righted herself, she gently touched his head and he bit her.

Not an auspicious beginning. I steadfastly ignored all the signs this match would not be made in heaven, but more likely in the other place.

She had no money to move P. and his trousseau to her home on the edge of town. I wondered how she would afford to keep him, but refused to inquire. Having previously considered myself the till-death-do-us-part type, I now understood spinsterhood was my serenity. I facilitated P.’s removal in every way I could, instructing her as to what to say to the matchmaker to induce him to convey her and P. to her apartment, making a gift of P.’s special nourishment, his toilet articles, and his playthings, and answering her countless questions.

He’d never jump out a window, I assured her. As long as you don’t leave it open, I whispered to myself.

He’ll eat anything, I confirmed. As long as it’s your favorite cake.

He’s full of affection, I persuaded. And if you’re not, good luck to you.

No takey backsies. I sang in glee after they finally took their leave.

I received just one more message from the chocolate girl.

Does P. usually kaka in the sink?

untitled image

Helen Faller (@helenmfaller) is a recovering anthropologist writing a memoir about running away from her divorce to the Silk Road to study dumplings. She lives in Berlin, Germany with her preteen daughter

Unser Mauerbuch / Nasza książka o Murze Berlińskim

Ela Kargol / Krystyna Koziewicz / Ewa Maria Slaska

W piątek 21 stycznia o godzinie 18.30 w VHS Mitte na Antonstraße 37 (sala 207) zaprezentujemy nasze książki / Am Fr 21. Januar um 18.30 Uhr in der VHS Mitte Antonstraße 37 (Saal 207) werden wir unsere Bücher präsentieren.

Czyli dziś. / Dh. heute.

Czekają nas normalne aktualnie rygory pandemiczne – trzeba mieć dwa szczepienia plus test, albo być ozdrowieńcem plus test. Potrzebne są też oczywiście maski.

Es gelten übliche Anti-Covid-Bedingungen – man muss zwei Impfungen vorweisen oder genesen sein, dazu noch Test (also 2G+). Selbstverständlich muss man auch Masken haben.

Zastanawiałam się, co mam tu opublikować, żeby Was zachęcić do przyjścia na nasze dzisiejsze spotkanie i po dłuższym namyśle wybrałam wiersz o kościele wysadzonym w powietrze z powodu budowy Muru Berlińskiego. To piękny wiersz. Pisała o nim Ela Kargol – TU:

Milly Hilgenstock (1961)

Die Kirche steht leer und verlassen
Milly Hilgenstock /tłum. Ewa Maria Slaska (2019)

Cichy jest kościół, opuszczony
Es liegt an der Bernauer Straße
Inmitten der Stadt Berlin
Die Kirche, die jetzt verlassen,
Es steht eine Mauer darin.
Es mahnten so viele Stunden
Versöhnungsglocken die Stadt.
Sie klagten über die Wunden
Die Krieg uns geschlagen hat.
Nun sind die Glocken verklungen,
Vermauert die Kirchtür, das Tor.
Und wo Lieder gesungen
Schweigt jetzt Gemeinde und Chor.
Die Uhr am Kirchturm blieb stehen
Bevor es Mitternacht schlug.
Wohin Herr sollen wir gehen?
Wann ist des Wartens genug?
Was will der Zeiger uns sagen,
Der fünf vor 12 blieb stehn?
Die Mauer hat uns zerschlagen,
wir können uns nicht mehr sehn.
Wir grüßen drüben die Brüder,
Die jetzt durch die Mauer getrennt.
Wir wissen, wir sehen uns wieder,
Der Herr die Seinen doch kennt.
Die Kirche steht leer und verlassen,
Kein Licht, kein Orgelton mehr.
Und an der Bernauer Strasse
Die Steine klagen so schwer.
Die Zeit mag das Kreuz verhöhnen,
Es bleibt, wenn die Mauer zerfällt.
Dann wird uns wieder versöhnen
Gott über den Mauern der Welt.
Ulica Bernauer w Berlinie,
Linia co środkiem miasta bieży,
Cichy tu kościół, opuszczony
Mur, wieża i dzwony na wieży.
Te dzwony od tylu brzmiały lat
na cześć i chwałę pojednania
Obiecywały szczęśliwy świat,
I koiły wojenne rany.
Teraz przebrzmiały dzwonów tony,
Zamurowany kościół i drzwi.
A gdzie pieśnią dźwięczały dzwony
Milczy nawa i niemy jest chór.
Zatrzymał się zegar na wieży,
zanim północ wybiła w mroku.
Pokąd Panie trzeba nam wierzyć?
I czekania czas kiedy minie?
Co mówią wskazówki zegara,
Zatrzymane tuż przed północą?
Mur nam się spotkać nie zezwala
Mur nas wypędził na krawędź dnia.
Nasi bracia, siostry czekają,
martwy nas od nich mur oddzielił.
Wiemy, kiedyś się znów spotkamy,
Pan pozna swoich, nie traćmy nadziei.
Cichy jest kościół, opuszczony,
Nie ma blasku świec i organów.
Na ulicy wiodącej do Bernau
Płaczą kamienie i kraczą wrony.
Lecz przyjdzie czas, że krzyż urośnie,
Doczekamy, strwożeni, słabi.
Bóg pojedna nas z sobą radośnie
I niech moc znowu będzie z nami.

Aus unseren Bücher suchte ich für Euch ein Gedicht, geschrieben als die Berliner Mauer errichtet wurde – 1961. Die polnische Übersetzung fertigte ich, als Ela Kargol mit Joanna Trümner auf diesem Blog über die Mauer schrieben; der Beitrag über Versohnungskapelle, in dem auch dieses Gedicht seinen Platz fand, wurde veröffentlicht am 13. August 2019 zum Jahrestag der Errichtung der Mauer.

VHS-Antonstr-Mauerbuch – pdf zum Öffnen

Chodzenie po mieście: Futurium

Ela Kargol

Futurium, budynek po wschodniej stronie miasta, tuż za murem, zbudowany został między murem przednim i tylnim, na pasie granicznym, między Berlinem Zachodnim a Wschodnim.

Gdy zaczęto budowę w 2015 roku, Berlin był już od 25 lat na powrót jednym miastem, a o prawie 30-letnim podziale stolicy Niemiec powoli zapominano. Pierwotną nazwę budynku Dom Przyszłości zmieniono jeszcze przed otwarciem na bardziej światową i uniwersalną Futurium – łacińskie nazewnictwo też nawiązuje do przeszłości.

Ni to muzeum, ni plac zabaw, miejsce pomysłów i przeszkolonych ścian, z widokiem na prawdziwe życie. W środku dużo łapaczy spojrzeń i nierealnych wizji na przyszłość. Byłam tu pierwszy raz z wnukami i córką, by po kilku dniach wrócić z przyjaciółkami w moim wieku, a my z racji naszego wieku inaczej patrzymy na przyszłość. Często wizje przyszłości były już faktem w naszej przeszłości.

Jest na co patrzeć, na czym wzrok zatrzymać, choć czasem trudno poznać, zdefiniować przedmiot. My i tak wiemy swoje, my rocznik krótkopowojenny.


Ptaki z papieru, białe piękne, prawie wylatujące z budynku, zwróciły moją uwagę, bo kilka minut przedtem oglądałam inne, te prawdziwe. Moja córka podziwiała cierpliwość tego, kto je z papieru zginał, wykonał, składał. A potem pytająco stwierdziła, ile kurzu się tam zbierze i kto ten kurz zdejmie z tych papierowych ptaków. Córka ma odkurzacz, który sam odkurza, gdy ona wyjdzie z domu, thermomiks, który potnie, posieka, wymiesza, zmieli, ubije, ugotuje, podsmaży, podgrzeje, włączy się i wyłączy. Nie ma jeszcze robota, który do stołu poda. Pralka wypierze, zmywarka umyje. Jedynie trzeba powiesić pranie, naczynia poukładać do szafy, no i od czasu do czasu przyjdzie pani Lucyna pouskramniać resztę. Jest jeszcze Alexa, której można zadać wiele pytań. Choć jeszcze nie na wszystkie odpowie.
Chyba to właśnie córka pierwsza w naszej rodzinie zwróciła nam uwagę na segregowane śmieci. Nie, żebyśmy tego wcześniej nie robili. Makulaturę i butelki oddawaliśmy do skupu. Mleko było w butelce i tylko na wymianę. Z torbą, najczęściej samemu uszytą, zawsze szliśmy do sklepu, prawie wszystko było na wagę, do torby, lub pakowane w kawałek gazety, rzadziej w papier.
A potem pojawił się plastik, a przedtem jeszcze wielka industrializacja.

Mój ojciec, dziecko z galicyjskiej biedy, a później tej powojennej, pokochał plastik, ja kochałam ojca, a więc miłość do plastiku też przejęłam. W Futurium jest dużo plastiku. Te papierowe ptaki, przyjrzałam się im z bliska, są z plastikowego papieru, a lastriko na podłodze nie jest tym, czym lastriko było kiedyś. Jest ładne, przyszłościowe, praktyczne w utrzymaniu czystości.
Gdy córka pozbywała się swoich plastikowych talerzyków, wszystkie przyjęłam pod swój dach. Córka kupiła inne, z innego plastiku, takiego bio, czyli organicznego, podobno się lepiej rozkłada. Plastiku się nie pozbędziemy, nigdy, nie wyobrażam sobie tego. Stworzymy lepszy plastik i to ten lepszy będzie pływał w wodach i oceanach.


Czym jest Futurium? Budynkiem, nowoczesnym, zbudowanym na planie nieregularnego pięcioboku, zaprojektowanym przez biuro architektów Richter / Musikowski. Przy Janie Musikowskim, urodzonym w Magdeburgu musiałam sprawdzić czy pan Musikowski ma polskie korzenie, nic nie znalazłam, ale kto wie?

Futurium – „Dom Przyszłości” to forum nauki, biznesu i polityki w stolicy. Budynek znajduje się w dzielnicy rządowej i pokazuje wkład nauki, badań i technologii w kształtowanie przyszłości. Inicjatorem projektu jest Federalne Ministerstwo Edukacji i Badań Naukowych. Instytut Maxa Plancka, Stowarzyszenie Helmholtza i Towarzystwo Fraunhofera, czytamy na stronie

berlin de (https://www.berlin.de/museum/4920901-2926344-futurium.html)

Futurium jest domem przyszłości. Tutaj wszystko kręci się wokół pytania: Jak chcemy żyć? Zwiedzający mogą odkryć na wystawie wiele możliwych przyszłości, przedyskutować je wspólnie na forum i wypróbować własne pomysły w Futurium Lab. (https://futurium.de/de?page=1)


Stwory udające roboty są śmieszne i jak stwierdził mój wnuk trochę nudne. Robot jest tylko lalką mówiącą, chodzącą, czasem rzeczywiście potrafi coś więcej. Ale najważniejszy jest człowiek myślący tu i teraz, i przyszłościowo. Nie zawsze, to co wymyśli będzie przyszłości służyć. To, co wymyślamy tu i teraz, może tę przyszłość zniszczyć, niekoniecznie zbawić lub naprawić. Czasami myślę, że jedynym ratunkiem dla ziemi jest spowolnienie, spowolnienie wszystkiego, industrializacji, rozwoju technologii, globalizacji, Spowolnienie i świadoma rezygnacja z pewnych wygodnych dóbr. Ale ja nie oddam pralki, zmywarki, komputera i komórki. Oddam może kilka plastikowych talerzyków. Mieszkam w bogatym państwie bogatej Europy, w mieście pełnym nowoczesnej architektury z zielonymi dachami, panelami słonecznymi i inną odnawialną energią, z parkami, ogrodami, zielenią, dzięki której to miasto oddycha, ale i całym wielkomiejskim zgiełkiem i dostępem… nie tylko do Futurium.

Zachęcam, zachęcamy wszystkich do odwiedzenia Futurium. Jeśli będziesz czuć się zagubiona/ny w pomieszczeniach na pierwszym piętrze, spójrz na miasto przez wielkie szyby od strony północnej, potem południowej, albo odwrotnie. To tam stała się przeszłość i staje się przyszłość miasta. Pociągi przejeżdżają dość blisko panoramicznych okien. Szpital Charité na wyciągnięcie ręki, inne budynki i miejsca dalej i bliżej, te co zapamiętałam Park nad Szprewą i Szprewa, Port Humboldta, Urząd Kanclerski, Reichstag, dawny Dworzec Hamburski, dziś muzeum sztuki nowoczesnej, daleko można dostrzec budynki przy Potsdamer Platz. Jeśli przypadkowo albo planowo o godzinie dwunastej spojrzysz przez południowe okna, to kinetyczna rzeźba „Moment obrotowy” ustawiona na słupie zacznie się obracać.


Pod pojęciem laboratorium rozumie się zazwyczaj pomieszczenie, w którym przeprowadza się badania techniczne. Laboratorium Futurium definiuje się jako pole doświadczalne, na którym można wypróbować pomysły na kształtowanie przyszłości. Pomieszczenia podzielone są na trzy strefy: architektura, biodesign i sztuczna kreatywność. Za całość wystawienniczą w Futurium Lab odpowiada 13 artystów, pisze Ronald Klein w Berliner Morgenpost (https://themenwelten.morgenpost.de/berliner-futurium-lab-zukunftslabor-kuenstliche-kreativitaet-architektur-biodesign-referentin-stefanie-holzheu-75054?fbclid=IwAR2BhTl8AFqL9bXi4IGsmiw-TpRDrX0-j8DcWB2vrjniZcOIeE_CwsGK8Vo)

Futurium Lab znajduje się w podziemiach budynku. Pod płytą fundamentową wykonano uszczelnienie podłoża, dzięki czemu poziomy piwnic znajdują się w nieprzepuszczającej wody konstrukcji żelbetowej, tzw. białej wannie.

Przedni plac zabaw dla dorosłych i dzieci, lepszy niż na pierwszym piętrze. Można stworzyć swój Krzyk Muncha lub inny obraz w stylu van Gogha, Picassa lub innego wielkiego artysty, z klocków lego zbudować miasto z domami, ulicami, przemysłem i zielenią. Interaktywną instalację Noosphere (czyli sfera ludzkiego rozumu) kanadyjskiego architekta Philipa Beesley’a skojarzyłam najpierw z otwartą muszlą i perłą w środku, ale potem przypomniałam sobie „światy” sklejane z opłatków przez moją babcię i podwieszane u powały w jej starej drewnianej chacie. Te babcine światy też reagowały na impulsy ludzi, którzy się do niej zbliżały. Drgały, szemrały, czasem z hukiem spadły.

Czym jest sztuczna inteligencja? Zabawką przyszłości? Czy sztuczna inteligencja jest naprawdę sztuczna, czy raczej kreatywna, oparta na obserwacjach świata realnego, Rośliny nie znają pana Fibonacciego, a liście ich układają się pod tzw. „złotym kątem”, łapiąc światło potrzebne do fotosyntezy. Sztuczną inteligencję tworzy człowiek i jego myśl.

Czy pandemia zmieni nasze myślenie i wizje przyszłości? Czy taki mały wirus lub bakteria, która zniszczyła diapozytyw pewnego zdjęcia podniesionego do rangi sztuki i wystawionego w Futurium, zniszczy nasz świat? Czy tak jak moja wnuczka przybrała schyloną pozę osoby ze zdjęcia, powinniśmy się pochylić nad przyszłością, bo na pewno pochyleni i zawstydzeni uciekamy z raju teraźniejszości, a może sama natura nas już z niego wygania.

Wierszom wierszem

Ewa Maria Slaska

Poezja w czasach automatycznej korekty i inne wiersze

mija nowy rok
mam napisać wiersz i choć wiem
mimo to zapominam że
mową naszą powszednią
rządzi Wielki Korektor który
mi wszystko poprawi
monday na madonnę monady mondaminy
macondo na mannę lub mcdonalda ale
mantykorę zna i nie poprawia jej na manię a
marihuany nie zamienia w mszę
ma władzę wszystko wie lepiej.

Przyszedł tomik wierszy od poetki. Znam poetkę od dziecka. Pierwszy raz przyjechała do Berlina, gdy miała 14 lat. Miała brać udział w warsztatach translatorskich wraz gromadą studentów z Polski i Berlina. Do Berlina przyjechała z mamą, a jej wiersze były tak dojrzałe, że niektórzy młodzi zawistni poeci myśleli, że to mama jej te wiersze napisała.
Potem już wiedzieli lepiej.

Czytam te wiersze w styczniową noc. Trzeciego stycznia o trzeciej nad ranem.

Człowiek z papierosem na balkonie
widział światło w moim uchylonym oknie
w styczniu o trzeciej nad ranem


To, co sprawia, że czytam ten akurat wiersz
trzeciego stycznia o trzeciej nad ranem
nie może być ani intuicją ani telepatią.
Nic nie wiem.
Nic nie mogę wiedzieć lepiej.
Ona też nie.
Choć wszystko sprawdza i przymierza.
Może być Hekate albo siostrą Tanatosa.
Zna wszystkie wiodące w zaświaty istoty
Może wybierać jak chce.

Wybiera Niefrasobliwą.

W tej przydrożnej kapliczce będzie Ci jak w domu,
uszyję Ci sukienkę, wykarmię dzieciątko,
a kiedyś może jeszcze zacznę od początku
gdy Syn Twój już wyrośnie z mojego pokłonu.

Sprzątnęłam Wasz ogródek w którym krzyże zwiędły,
a w czasie odpoczynku tłumaczyłam sobie –
on nie chce być strażakiem, tylko Panem Bogiem,
przecież każdy w dzieciństwie chciał być niepojęty.

Madonno, możesz tańczyć, wszak już zbawiony świat
i chyba przyznasz sama, że wyszedł na ludzi
Twój Syn, co o miłości tak wiecznie marudził.

Wam wszystkim świętym zawsze pomyślny wieje wiatr
w oczy, co im głód nieba na sucho uchodzi.
A mnie wciąż zbyt grzesznie i ciągle nie tak.

Dziwię się tym słowom, poukładanym tak, żeby się sobie dziwiły.
Które sprawiają, że można zjeżdżać na sankach z Golgoty.

***
Nasza łódź jest z bambusa
będziemy dobrze brzmieć
pośród wód przynoszonych
we wiadrach

jesień okadza nasz dom
zapachem jabłek
świętość na półeczce
obok utartej bazylii

twarda pięta
zna tajemnicę

ze zmarzliny glina
nasze drzewa bujają w doniczce

Mały świat, w którym świętość stoi na półeczce obok utartej bazylii.

To odważne tak pisać wiersze
żeby się nie bać
że Wielki Korektor
poprawi nam pietę na piętę
lub piętę na pietę

Wiecie o co chodzi bo
w każdym bądź razie
plany napięte
czy róża w życie upięta
nie jest na żarty?

Mały świat, w którym ktoś
chce dokapać się
własnej kałuży
szczęścia.

Wielki Korektor nie chce
dokapać się
możemy
okapać dokazać okazać dokopać i pokopać
mały świat

Pieta

Tyle lat pięknych i przegadanych
jak przegadane i piękne
są niektóre frazy

Zamiast zbierać kwiaty
pisałam o kwiatach

To odważne tak pisać wiersze
żeby się nie bać
że on
poprawi nam pietę na piętę
lub piętę na pietę
a młodą poetkę
na starą kobietę

***

Agnieszka Wesołowska, Niefrasobliwa

Wydawnictwo: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział Warszawa

Opinie tych, którzy wiedzą lepiej niż ja:

Piotr Müldner-Nieckowski: Takich wierszy nie da się zaplanować. Kiedy autorce się zdarzały, były zapewne odkładane i czekały, aż zdecyduje się na nie jakaś szczególna książka. Okazały się traktatem o pewnym stanie psychiki, o niefrasobliwości. Ale nie beztrosce. Są czymś w rodzaju studium wolności

Krzysztof Bielecki: Ani to konstrukcja, ani dekonstrukcja świata. Agnieszkę Wesołowską pociąga świat rozproszony. Człowiek rozproszony. Ulegający baśni. Złudzeniu. Czemukolwiek, co mogłoby istnieć. W poetyckim rozmarzeniu nawet istnieć powinno, ale… nie istnieje.

Agnieszka Wesołowska urodziła się w 1984 roku. Związana była z pismem literackim Łabuź, wydawanym w Łobzie na Pomorzu Zachodnim. Tam też mieszkała od urodzenia, potem przez jakiś czas w Szczecinie, Krakowie i Poznaniu. Ukończyła Uniwersytet Pedagogiczny im. KEN w Krakowie, Wydział Pedagogiczny. Od kilku lat znowu mieszka w Łobzie. Autorka arkuszy i książek poetyckich, m.in. Ars vitae. Listy do nieszczęśliwych (Oficyna Wydawnicza Atut, Wrocław 2008); Dwuznaczny (Książnica Pomorska, Szczecin 2000; wyróżnienie im. K. Iłłakowiczówny za książkowy poetycki debiut roku); Zgubić pytania (Żebracza Inicjatywa Wydawnicza Klubu Literackiego Łabuź, Łobez 1999). Współpracowała z Polsko-Niemieckim Towarzystwem Literackim (Verein zur Förderung der Deutsch-Polnischen Literatur) WIR. Publikowała w różnych czasopismach (m.in. w „Pograniczach”, „Zeszytach Literackich”, „Dekadzie Literackiej”). Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Pisała też czasem u mnie na blogu. Ale nie tu. Dawno. Nieprawda. Na mitycznym blogu, zwanym Kura…

Uwaga – niebieskie fragmenty wpisu to wiersze i cytaty z tomiku Niefrasobliwa Agnieszki Wesołowskiej


Lucy Wielka Mistrzyni 5

Tibor Jagielski

Lucy i księżyc  
Pewnego wieczoru, gdy Lucy siedziała na ganku, wzszedł księżyc i zalśnił tak jasno, jak nigdy.
– Oho! – pomyślała wielka mistrzyni – czy jestem już oświecona?
Ale szybko przegoniła tę myśl, jako zbyt przemądrzałą. Lucy zastanawiała się długo, ale nie potrafiła znaleźć przyczyny tej niezwykłej jasności i rozejrzała się bezradnie dookoła, aż jej wzrok padł na małe,
kaczątko pod korzeniem kasztana, napuszone w obronie przed nocnym chłodem.
– Ha! – roześmiała się Lucy – dziękuje ci księżycu! Podniosła zagubione pisklę i zaniosła je do kaczej matki w kaczej chatce na podwórku, podczas gdy księżyc rozgościł się na białej chmurce.

Vollmond

Lucy i reinkarnacja

Podczas gdy  Lucy krzątała się w sadzie przy jabłoniach, odwiedził ją słynny uczony (a podobno bliski oświecenia) mistrz i powiedział: – Jestem pewien, że szlachetna pani mistrzyni posiada tak wysoki stopień wiedzy, iż jest w stanie przepowiedzieć, gdzie po śmierci dojdzie do pani kolejnej reinkarnacji?
– Trudno mi to przewidzieć – odpowiedziała Lucy, zrywając dorodne jabłko – co się ze mną po śmierci stanie, ale w każdym razie nie miałabym nic przeciwko temu, aby narodzić się robakiem w tym smacznym owocu z mojego ogrodu.

Vogelgrippe

Dziennik Lucy  

Zapytana, dlaczego nie prowadzi dziennika, w którym zapisywałaby swoje przemyślenia, Lucy odpowiedziała:
– Moje mądre kaczki kwaczą nieustannie, natomiast ja staram się każdego dnia pożegnać z myślami i pozostawić za sobą rzeczy niepotrzebne, to odróżnia mędrca od głupka, bo mądrość jest wśród myśli tak samo rzadka jak diament na żwirowisku.

Lucy, moja Muza…

urodziła się 80 lat temu,
pracowała jako nauczycielka w szkole dla dzieci niepełnosprawnych;
jest matką trojga dzieci i babcią sześciorga szczęśliwych wnuków.

Jaworze (1981)

Ewa Maria Slaska

Fragment powieści

Basia już prawie rok wcześniej wystąpiła o pozwolenie na wyjazd na Zachód. Boże Narodzenie 1982 to były jej ostatnie święta w Polsce. Przygotowała je wspaniale, tak jak co roku przygotowywało się Boże Narodzenie w kresowo-kaszubskiej rodzinie Grubów. Był więc barszcz, uszka, kapusta z grzybami, piernik i kutia, zwana po prostu makiem. Zapakowała wszystko w słoiki i pojechała do Jaworza.

13 stycznia 1983 roku miała wyjechać do Berlina Zachodniego, a stamtąd dalej. Jurkowi Basia powiedziała dopiero wtedy, gdy już wszystko załatwiła. Nie powiedziała mu jednak wszystkiego, ale może sam się domyślił, że jej prawo wyjazdu opierało się właśnie na tym, że Jurek już od ponad roku był internowany.

– Chyba zwariowałaś, powiedział Jurek, gdy w Wigilię Basia przyjechała do obozu w Jaworzu i powiedziała mu, że za dwa tygodnie wyjedzie, zabierze dzieci, i prosi, żeby podpisał zgodę. A jak go kiedyś wypuszczą z tego pierdla, to będzie miał dokąd jechać.
– Chyba zwariowałaś, powtórzył Jurek. Po moim trupie pojedziemy do Ameryki.
Ale zgodę na wyjazd dzieci podpisał. Co miał zrobić?
– Chcę żyć jak człowiek, powiedziała Basia.
– W Ameryce?
– A żebyś wiedział. W Ameryce!
Jurek wiedział, że Basia zawsze postawi na swoim, mimo to z uporem godnym lepszej sprawy powtórzył:
– Po moim trupie.
I w gruncie rzeczy tak się stało, choć nie od razu.
O dziwo, nie napisał o tym wiersza.
Jurek wiedział, że w jego życiu czasy poezji definitywnie się skończyły, nawet nie pamiętał dobrze, kiedy. Czasem wydawało mu się, że chyba rok temu, w areszcie śledczym na Kurkowej napisał ostatnie wiersze. Ani tu, w internacie, ani potem, na wolności, w Gdańsku, Berlinie i Nowym Jorku, już nigdy nic nie napisał. Ale myślał. To się nie zmieniło. I miało się nie zmienić aż do śmierci. To, co myślał, nie było poprawne polityczne. To, co myślał o Niemcach, sprawiłoby, że każdy współczesny Niemiec ukamieniowałby go na miejscu. Ale przecież myślał tylko sam dla siebie. Nazizm był taki, jaki był, myślał Jurek, bo Niemcy byli tacy, jacy byli. To nieprawda, co mówili po wojnie, wypierając się świadomego udziału w zbrodni, to nieprawda, że władze hitlerowskie zmusiły ich do udziału w zbrodni. Było na odwrót. Nazizm był zbrodniczy, bo Niemcy umieli być posłuszni i posłusznie wykonywać rozkazy, nawet te zbrodnicze. Umieli też uwierzyć w to, że ci, których prześladowali i zabijali nie byli ludźmi.
Wtedy jeszcze Jurek myślał, że Niemcy byli jakimiś specjalnymi ludźmi. Umarł zbyt wcześnie, żeby się dowiedzieć, że wszyscy ludzie są, a w każdym razie mogą być tacy i że nawet jego rodacy okażą się tacy i to z własnej i nieprzymuszonej woli. Gdyby to ktoś Jurkowi powiedział i przepowiedział, nie uwierzyłby, że odgrodzą się drutem kolczastym i pozwolą biednym, głodnym, zmarzniętym ludziom ludziom, kobietom, dzieciom, chorym i starym umierać za płotem.

Lucy Wielka Mistrzyni 4

Tibor Jagielski

Lucy i motyl    

– Raz śniło mi się – powiedziała Lucy, piorąc wraz z  gromadką uczennic dywan w strumieniu – że jestem motylem, fruwam sobie z kwiatu na kwiat, zapominam kim byłam poprzednio i w kompletnej szczęśliwości bycia motylem zasypiam.
– I budzę się w mojej sypialni przy palenisku.
– Teraz nie wiem – kontynuowała Lucy. – Czy jestem człowiekiem, któremu się śniło, że jest motylem, czy też motylem, któremu się śni, iż jest człowiekiem.

Lucy i żółw  

Pewnego pięknego, wiosennego dnia, kiedy Lucy stała nad strumieniem i łowiła pstrągi, przybyli nagle dwaj wysłannicy krajowej rady ministrów i oświadczyli, że książę życzy sobie, aby wielka mistrzyni została wielkim kanclerzem księstwa.
Lucy nie przerwała zajęcia i nie odwracając się, powiedziała:
– Słyszałam, że w stolicy zmarł liczący trzy tysiące lat stary święty żółw, a książę pochował go w  świątyni przodków.
– Jak myślicie –rzuciła pytanie Lucy – czy ten żółw chciałby być wielbiony w skrzyni, czy też machać ogonem w błocie?
– Bezsprzecznie wolałby być żywy – odpowiedzieli posłańcy księcia –  i machać w błocie ogonem.
– Widzicie! – zawołała Lucy, łapiąc dorodnego pstrąga – ja też wolę machać ogonem!

Lucy i spokój

Lucy zapytana pewnego zimowego, mroźnego poranka, czy poznania i oświecenia należy szukać w spokoju, odpowiedziała:
– Niewątpliwie, ale weźcie pod uwagę, że zebrane podczas spokoju doświadczenia nie należą często do najprzyjemniejszych –  i wskazała ręką na kaczki baraszkujące na zamarzniętym stawie. – Gdyby moje ptaki zdecydowały się na spokój, zamiast biegać po lodzie, to stwierdziłyby, że przymarzają  do niego stopami.

Łucja, żaden autorytet 14

Łucja Fice

Apel do rozsądku

Nie jeden raz pisałam, że żyjemy w czasach ZŁA. Mówiłam i pisałam już od roku 2015, kiedy zaczęła się mega emigracja. Pisałam o moich przeczuciach i wizjach przyszłości w ostatniej powieści Druga strona grzechu.
Jesteśmy teraz w kulminacyjnej fazie walki DOBRA ze ZŁEM. Może komuś otworzę oczy? Uważam, że TERAZ powoli zaczynamy stąpać na gruzach walącego się systemu, do którego dopuścił obecny system. To system obłędu i strachu, do którego doprowadziło ZŁO. Propaganda przekupionych polityków, którzy w przekazach medialnych głównego nurtu doprowadzają ten świat w kierunku obłędu i umysłowego zniewolenia.
Osobiście zachowuję dozę zdrowego rozsądku i wiary w siebie, jako wolnego człowieka, nie poddałam się terrorowi kłamstw. Czy Państwo wiecie co zrobili Japończycy ze swoim przemysłem po II Wojnie Światowej? (temat do zgłębienia.) Całe życie zadawałam pytania i teraz zadaję o przyszłość POLSKI i EUROPY. Mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że wielu z nas brakuje poczucia rzeczywistości w najbardziej podstawowych sprawach, wszystkiego co nas otacza i tego co nas dotyczy. Wielu z nas wydaje się, że są realistami, materialistami, ale w rzeczy samej są najbardziej abstrakcyjnymi teoretykami, jakich możemy sobie wyobrazić. Są całkowicie wypchani czystymi teoriami, śnią o teoriach, nie będąc świadomi, że to tylko sen. Kiedy już ktoś przypadkowo przebudzi się, przecierając oczy przytomnie zreflektuje się, że dał się strasznie oszukać.
Wychowana jestem na słowie DEMOKRACJA. Uczono mnie, że DEMOKRACJA ma przeniknąć świat i tylko ona jest lekiem na całe ZŁO. Co ludzie DZIŚ wiedzą o tym, czym jest DEMOKRACJA? Żonglują tym słowem, biorąc je za PRAWDĘ. Pewne elity (finansjera) usypiają całą rasę ludzką iluzją tego pięknego słowa. Jeśli będziemy nadal żyć tą iluzją, to otrzymamy pojęcie demokracji nie takiej o jakiej marzymy, bo za sznurki pociągają nieliczni, usypiając ludzkość abstrakcyjnymi pojęciami. Tak! Obecna DEMOKRACJA, ta teatralna sztuka, za kurtynę której obecnie zaglądam, nie jest wcale taka, jak myślimy, że jest. Wmawia się nam, że żyjemy w demokracji, to w nią wierzymy i nie zauważamy, jak jesteśmy manipulowani przez grupy ZŁA. Usypia się nas abstrakcyjnymi pojęciami, na podstawie wcześniej przeprowadzonych eksperymentów, które dowodzić mają, że psychika ludzka jest słaba i poddaje się wszelkiej manipulacji. Dlatego można całkiem dobrze nas uśpić, tak byśmy uwierzyli w oszukaną rzeczywistość i brali ją za PRAWDĘ. Elicie elit (największy kapitał) udało się rasę ludzką omamić, zaczarować tym pięknym słowem, jakim jest DEMOKRACJA i jednocześnie wykorzystać to słowo, jako narzędzie zbrodni, czyli wyzysku ludzkiej wspólnoty. To finansiści są wrogami demokracji i stoją za jej parawanem w tym TEATRZE. SZTUKA jest dobrze skrojona na miarę XXI wieku i jej technologii. Możnowładcy tego świata ukrywają swoje metody wyzysku pod pięknymi aksjologicznymi cytatami na przykład: DOBRO CZŁOWIEKA, EKOLOGIA, LGBT i setki innych. Przywódcy w swoich finansowych instytucjach traktują je jako środek obronny przeciw ewentualnemu buntowi ludzi. Mają już technologiczne narzędzia, by nas zniewolić i nie dopuścić do buntu, na przykład za pomocą broni elektromagnetycznej. Marzyło się to im od wieków ale nie mieli narzędzi. Co z tego, że wielu z nas już pojmuje istotę zagrożenia, że wielu zaczyna rozumieć prawdziwe znaczenie słowa DEMOKRACJA, które dziś zagrożeniem dla świata.
Moja konkluzja: Prawdziwa DEMOKRACJA nie zagrozi narodom, które ze sobą współpracują. Prawdziwa DEMOKRACJA, to nie antagonizmy i przeciwieństwa pomiędzy narodami. DEMOKRACJA, to nie izolacja i sanitarny terroryzm. To nie to samo, co dzisiejsza DEMOKRACJA zza kurtyny, która ma służyć uśpieniu mas ludzkich. Wywołuje dziś wydarzenia, które dotyczą losów całej ludzkiej rasy.
Finansiści opanowali świat i go wyzyskują. Osobiście przebywam w tej jak najbardziej realnej rzeczywistości i nie dam się zakłamać. Są we mnie naturalne impulsy, które nie pozwalają mną manipulować. Jestem w stanie stanąć stanąć z nim oko w oko, zmierzyć się z tym kłamstwem. Wiem, jak wielu rodaków piastując wysokie stanowiska, zaprzedało się mamonie. Otworzyłam już dawno oczy i zmysły dla realnych faktów i zdaję sobie sprawę, że wiele rzeczy, które ludzie uważają za dobre, już niedługo przestanie funkcjonować. Można to jeszcze zmienić, bo NADZIEJA umiera ostatnia.
W miejsce FAŁSZYWYCH słów trzeba wprowadzić PRAWDZIWE. Ludzkość musi zrozumieć, jak jest oszukiwana i manipulowana tym pięknie brzmiącym słowem, musi zrozumieć, jak ZŁO kontroluje i cenzuruje nasz świat.

Ostatecznie widzę nasz kraj odbudowany, nowy, inny, sprawiedliwy. Jakim kosztem?! Co stanie się po drodze. Ja wiem. W moich snach powtarza się liczba cztery i śpiew tysięcy ludzi, śpiew o wolności.