Don Kichot na wakacjach

Tak jest, spotykam(y) go wszędzie, a zatem również na wakacjach. Ten wpis to taki wakacyjny nieład. Jeśli go i ich gdzieś spotkaliście, przyślijcie mi zdjęcia, to je tu dodam…

Goslar (stare, piękne miasteczko w Niemczech), zdjęcie przysłane przez Anne Schmidt

Szczecin, kawiarnia Moniki Szymanik, Kamienica w lesie (byłyśmy tam wczoraj z wizytą)

Szczecinek, kamienica koło Pałacu Ślubów (autor Dariusz Miliński i koledzy, mural malowany tradycyjnie, pędzlami, a nie sprayami)Mentona, Ogród Pisarzy

Jelenia Góra, ulica Kochanowskiego, rzeźba z 1999 roku autor: Vahan Bego, rzeźbiarz, który mieszkał w Jeleniej Górze w latach 1993-2001

Z wolnej stopy 12

Zbigniew Milewicz

Fotopstryk nieuleczalny

W tej historii występuje troje bohaterów: zwierzę transportowe, nieboszczyk i Bogdan Kułakowski. O dwóch pierwszych wiadomo niewiele, koń był czarnej maści, prawdopodobnie już niemłody, nagle padł na drodze, czyli wyciągnął kopyta. Ciągnął zaś karawan z klientem, lub klientką zakładu pogrzebowego, co w drugiej połowie ubiegłego wieku praktykowano jeszcze w Polsce i może padł z przepracowania, albo go potrącił jakiś samochód, bo trasa była ruchliwa: Częstochowa – Katowice. Trzecim bohaterem tej opowieści jest fotoreporter Trybuny Robotniczej, najważniejszej niegdyś nomenklaturowej gazety na Śląsku, który wracał do Katowic służbowym samochodem z jakiegoś tematu pod Siewierzem. Kierowca w pewnym momencie zwolnił, bo zamieszanie na drodze, leży koń, a na przeciwnym pasie, jak raz, podąża regularny pogrzeb. Takiej perły nie mógł zmarnować, ale miał w aparacie ostatni film, a w nim jeszcze tylko dwie wolne klatki – wtedy techniki cyfrowej jeszcze nie było, a liczył się czas. Pierwsze zdjęcie spudłował, kondukt zasłoniła mu jakaś cysterna.

– Dopiero drugie, to ostatnie, które praktycznie mogłem zrobić, udało się. Był i koń, i karawan, i pogrzeb, i ksiądz, i ruch samochodowy na ruchliwej trasie – wspomina po latach

Tym zdjęciem najpierw wygrał konkurs na Śląską Fotografię Prasową, później pochylił się przed nim Ogólnopolski Konkurs Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a kiedy stołeczny establishment łaskawie zgodził się wysłać jego pracę w świat, trafiła na prestiżową World Press Photo w Hadze. Za czasów PRL polscy fotoreporterzy nie mogli, jak obecnie, indywidualnie startować w zagranicznych konkursach. Praca nosiła tytuł Ich ostatnia droga i za tę pracę Bogdan otrzymał wyróżnienie. Dzisiaj równoznaczne z drugim miejscem w tym konkursie. To był wielki powód do dumy, jako drugi – po Stanisławie Jakubowskim –, śląski fotoreporter otrzymał nagrodę WPP, a rok był 1980.

Bogdan twierdzi, że pierwszy raz spotkaliśmy się na na rajdzie samochodów weteranów w beskidzkiej Wiśle, w latach 70. On wtedy zaczynał jako fotoreporter, ja już cos wiedziałem o pracy dziennikarza, więc na konferencji prasowej trochę się wymądrzałem, wtedy pomyślał sobie, ale gość. Podobnie, jak ja dzisiaj myślę sobie o Dudim, do tego zasłużenie.

Siedzimy i rozmawiamy w jego mieszkaniu w Katowicach na Słonecznej, mieszkaniu pełnym lwowskich pamiątek po dziadkach i rodzicach, w którym w latach 80, za łaskawym przyzwoleniem Maryli*, małżonki gospodarza, często balowaliśmy do białego rana. Otek Morawski, Włodek Paźniewski, Jaśniak, Filipek, Jasiu Lewandowski, Jurek Miciak, Michał Smolorz, Magda… i wielu innych druhów czasu minionego, nie zawsze słusznie przeszłego. Kiedy w stanie wojennym nieprawomyślni pracownicy mediów dostali wilczy bilet, katowicki Katolik zatrudnił niektórych z nich, między innymi Bogdana i mnie, w swojej redakcji. Pisałem o Katoliku w tym blogu 24. 04. 2015 r. O tym, że pierwszy numer miał być wydrukowany częściowo w kolorze złotym, nie wiedziałem. Posłowi PAX-u i naczelnemu pisma, Janowi Waleczkowi oraz Januszowi Jaśniakowi, jego prawej ręce, zachciało się mianowicie przypodobać kościelnej hierarchii i zarządzili, aby ileś tam egzemplarzy dla niej wydrukować na złoto. Drukarze wykonali zadanie, ale okazało się, że złota farba ma to do siebie, że już przy lekkim dotyku pyli i wszędzie zostawia ślady. Bogdan miał wtedy dyżur w drukarni i kiedy zobaczył Jaśniaka z plikiem szczotek do numeru pod pachą, całego na złoto, to o mało się nie przekręcił ze śmiechu. Katolicki PAX drukował w Katowicach na Liebknechta, w tym samym budynku, co Trybuna Robotnicza i inne pisma, i drukarze dowcipkowali, co by było, gdyby tę świętą pozłótkę zdmuchnęło na partyjne wydania i nazajutrz cały skład komitetu wojewódzkiego PZPR nadawałby się do kanonizacji…

Otek, fotoreporter z Trybuny, słynący nie tylko z dobrego, zawodowego rzemiosła, ale i z mocnej głowy tudzież sarkastycznego humoru, mieszkał w sąsiedztwie Bogdana. Niestety już go nie ma, pożegnaliśmy też Jaśniaka, Mariana Filipka, naczelnego Waleczka, Lewandowskiego i Smolorza, znakomitego felietonistę i gawędziarza. Filmowego reżysera, pisarza i polityka – Kazimierza Kutza, niepodzielnie zrośniętego z kulturą Śląska, którego nigdy osobiście nie poznałem, też już nie ma, a był z Bogdanem i jego rodziną serdecznie zaprzyjaźniony. Drugiego z jego zmarłych przyjaciół, Jacka Cieszewskiego, męża Basi, mojej redakcyjnej koleżanki z Dziennika Zachodniego, także bliżej nie poznałem, a przecież na jego tekstach uczyłem się pisać reportaże.

Odszedł zabrzanin Marek Dworaczyk, młody, pryszczaty i prywatnie nieśmiały fotoreporter z Katolika, którego zdjęcia Bogdan cenił najbardziej ze wszystkich… Wyjechał do Duisburga, wydał rewelacyjne albumy fotograficzne, później zachorował na chorobę nowotworową i wszystko się skończyło, szkoda.

Bogdan wie, że jest już na zasłużonej emeryturze, ale nie wyobraża sobie, żeby dokądkolwiek pójść, czy pojechać bez aparatu fotograficznego. Przecież w każdej chwili może się zdarzyć coś, co trzeba koniecznie uwiecznić. Osobiście jestem podobnego zdania, tylko warsztat mam inny. Kiedy parę lat temu zwierzyłem się pewnej swojej rosyjskiej znajomej, że żałuję przejścia w stan spoczynku, jako dziennikarz, odpowiedziała mi:
– Nie dręcz się się, podobnie jak nie ma byłych pracowników KGB, tak nie ma i byłych dziennikarzy.
Po rosyjsku brzmiało to soczyściej:Ne terzaj, net bywschych kagebeschnikow, kak i bywschych żurnalistow. Może sama pracowała w służbach, nie wiem. W każdym razie, tak trzymać Bogdan.


Od  góry: Bogdan Kułakowski i zdjęcie Ich ostatnia droga, a na dole kilka innych prac Bogdana Kułakowskiego.

1985 Piekary Śląskie
Fabryka wszystkich świętych, zakład wykonujący z betonu figury religijne


2013-10-02 Katowice
Ruiny Kopalni “Kleofas” w Katowicach


18.07.2018-Katowice
Uliczna śpiewaczka z Charkowa na Ukrainie

11.02.2008 Skaryszew
Targi koni w Skaryszewie organizowane w pierwszy (wstępny – stąd nazwa) poniedzialek po Środzie Popielcowej. Tradycja ta pozostała do dzisiejszego dnia. Drugi dzień targów (wtorek) jest dniem “poprawin”. Jarmark koni jest do dziś dnia jednym z najstarszych, najsłynniejszych i najpopularniejszych tego typu targów w Europie. Na tegorocznym jarmarku bylo ok. 1700 koni


Autor dodaje jeszcze:

***
Bogdan Kułakowski, fotoreporter ur. w roku 1944.

Fotografią prasową zajmuje się od 1962 roku. Członek legendarnego Gliwickiego Towarzystwa Fotograficznego. Pracował etatowo w dziennikach i tygodnikach wydawanych na Górnym Śląsku. Kierował działami fotoreporterskimi „Panoramy”, „Katolika”, „Gościa Niedzielnego”, „Trybuny Górniczej”, „Dziennika Zachodniego”. Sporadycznie pracuje na planach filmowych jako fotosista.

Uczestnik i laureat wielu wystaw i konkursów profesjonalnej fotografii reportażowej. Ostatnia (2016, w Katowicach, Gliwicach, Tychach) duża wystawa autorska „Bogdan Kułakowski-Fotografie”. Współautor fotograficzno-poetyckiej książki F.M.R.ydy. W 1980 roku wyróżnienie World Press Photo w kategorii życie codzienne, za zdjęcie „Ostatnia jazda” (last ride). Obecnie fotograf niezależny.

A ja dodam jeszcze tylko: dla przyjaciół to od zawsze Dudi, z racji swojego uderzającego podobieństwa do Ptaka Paradoksalnego artysty Andrzeja Dudzińskiego

***
Prof. dr hab. Maria Szwajger-Kułakowska jest profesorem zwyczajnym w Katedrze Kameralistyki Akademii Muzycznej w Katowicach. Prowadzi zajęcia dla pianistów z zakresu nauki akompaniamentu oraz zespoły kameralne.

Reblog na niedzielę wyborczą

Dlaczego właśnie na niedzielę wyborczę? Bo wpis jest ewidentnie “światowy”, a tego nam w tę niedzielę wyborczą potrzeba… światowej wizji świata.

Wojciech Korsak

Dziś się dowiedziałem, że zmarł IM PEI – a prawie uwierzyłem, że będzie jednym z tych, których czas się nie ima. 102 lata… Wiek historii architektury. Jeszcze jedna wspaniała osoba, którą fotografowałem i która odeszła. Jestem świadomy, że nie wiecie, co robiłem w życiu. Nie dziwię się, nie lubię się chwalić (za bardzo ).
Pracowałem wówczas jako barman w Paryżu (Hotel Lenox przy ulicy l’Universite, Paryż dzielnica Łacińska). Pewnego wieczoru weszła dosyć ciekawa para. On wielki, dosyć obszerny z cygarem w ustach, ona drobniutka (może lepiej powiedzieć filigranowa?) z obszernym biustem. Okazało się, że to klienci naszego hotelu… Szybko się okazało się też, że trafili tutaj absolutnie przez przypadek bo… coś się pochrzaniło z rezerwacją w Hotel de Crillon! Rzadkie – biorąc pod uwagę, że to najdroższy hotel w Paryżu… Miałem wystawę zdjęć w barze i Domitilla (bo tak ma na imię) zwróciła na nie uwagę. Zapytała, czy nie zechciałbym zrobić zdjęć na Sycylii (stamtąd byli), bo jej dom wydawniczy (Novecento) przyznaje nagrodę IM Pei… Przede mną byli tam zatrudnieni tacy fotgrafowie jak JP Sieff i Frank Horvat. Pewnie nic Wam nie mówią te nazwiska… ale to światowa czołówka fotografów i to przez takie wielkie “F”. A gdzie mnie tam robaczkowi do tej elity? Myślałem, że to żart. Okazało się, że nie…. Wtedy nawet nie wiedziałem, kim do licha jest IM Pei??! Zrozumiałem dopiero wtedy, gdy Domitilla zaproponowała, że zorganizuje mi w Palermo wystawę zdjęć, które zrobiłem w Luwrze, gdy pracowałem jako restaurator rzeźb. (OK to też robiłem…) Wystawa miała się nazywać “Wokół Piramidy”… Zaczynacie rozumieć? No dobrze, żeby nie przynudzać – skończyło się na podpisaniu kontraktu na zrobienie reportażu (10 dni) na Sycylii plus wystawa w Palazzo Steri Palermo (wraz z Sieffem i Horwatem – których zdjęcia też tam były). Palazzo to jedno z najbardziej “topowych” miejsc w Palermo… Powiem szczerze, czułem się zakłopotany.
Gdy pracowałem przy renowacji rzeźb w Luwrze (en face Piramidy), nigdy nie pomyślałem (nawet by mi przez myśl nie przeszło!), że poznam i zakoleguję się z jej twórcą. Życie jest ciekawe…
Mogę dodać jeszcze, że zaprzyjaźniłem się też z koleżanką IM Peia, księżniczką Gaetaną Matisse (żona syna Matissa).
Z perspektywy czasu mam wrażenie, że to jakieś bajki. A jednak zdjęcia przywołują wspomnienia – nie będę wkraczał na grząski grunt teorii fotografii. Cholera – przypominają – są dwa moje z IM (słabo widoczna jest Domitilla, foty zrobione w jakiejś knajpie, przez nie pamiętam kogo). Oto one:

No cóż, lżejszy nie byłem, ale na pewno młodszy! A teraz dwie fotki: okładka książki, którą kupiłem, jak się dowiedziałem, kogo będę fotografować, i autograf Peia DLA MNIE! Ileż wspomnień powróciło!!

IM pisał do mi, że te zdjęcia, które zrobiłem jemu i jego żonie, są absolutnie unikatowe… Jej nigdy nie było na zdjęciach – jako dobra chińska małżonka zawsze byla z tyłu za nim… A ja mam ich oboje…


To moje ulubione zdjęcia IM Peia – RIP

IM (mówiliśmy aj em) a tak na prawdę to Ieoh Ming
Tutaj na tle moich zdjęć wystawionych w podziemiach (średniowiecznych) Palazzo Steri w Palermo.

No cóż, Tana Matisse odeszła, IM także, jego małżonka kilka lat wcześniej, Kawalerowicz, Kunc, Lebenstein, Kuncewicz, Jackiewicz, Meller… tylu ludzi, których miałem zaszczyt fotografować odeszło… Bycie fotografem to zaszczyt, ale i ciężkie doświadczenie. Jeżeli związujemy się ze swoimi modelami, to zawsze część z nich zostaje w nas. Są we mnie. Pozdrawiam ich…

PS od admninistratorki: A to praca IM w Berlinie, zaplecze Muzeum Historycznego przy słynnej ulicy Unter der Linden

PS 2:

No niestety, nawet magia wielkiego chińskiego architekta, z którym zaprzyjaźnił się w Paryżu polski fotograf, nie pomogła. Oto wyniki wyborów – omg, jacy my jesteśmy zaściankowi!

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli z dziennika tetryka (być może numer 1)

Mal Content

Napojony do syta goryczą udałem się swego czasu na emigrację wewnętrzną (czyli, używając nieco grubszego kolokwializmu, zacząłem mieć wywalone na otoczenie społeczne). A owa emigracja to zaprawdę urocza kraina. Zwłaszcza dla kogoś, kto osiągnął wiek, zwany „młodością starości”.
Ale nawet tetryk chciałby, żeby jego starość przebiegała wśród przyzwoitych standardów zdrowotnych. No, słowem: w pierwszy dzień wiosny, gdy pogoda wdzięczyła się podstępnie za oknem i nie było już żadnej wymówki, wsiadłem na rower, otwierając sezon pozbywania się zimowej nadwagi.
Społeczeństwo mnie nie ceni, a i ja, „źle zadowolony”, żywię względem niego zbliżone uczucia. Jak by to swoje trwanie outside zracjonalizować? Czemu się nawzajem nie lubimy? Żydem nie jestem…, bo nie: brak przodków. Znaleźliby się niemieccy; też niby dobrze, lecz jednak nie to samo. Masonem też nie – za krótki jestem, żeby mnie przyjęli. Ale cyklistą? Jak najbardziej! Zwłaszcza, że tereny wokół wymarzone do rowerowych eskapad: lasy, pola, pustki. Brak społeczeństwa.
Tu, i tylko tu, mogę się czasem poczuć „dobrze zadowolony”. Gdy pierwszego dnia wiosny napotkam taki oto, na przykład, widok:


Trwam w oczarowaniu. Wyjaśniam: nie są to „konie we mgle”, bo nie mgła je otacza, jeno poświata zmęczonego, zachodzącego słońca, które na pożegnanie prószy tymi refleksami.
Ale co ja się będę, „źle zadowolony”, produkował literacko?! Zrobiłem te zdjęcia gównianym aparatem, prezentują więc żenującą jakość techniczną. A i tak nie byłbym w stanie odmalować słowami choćby cząstki piękna w nich zawartych. Taki warsztat!
Nawet tytuł musiałem zapożyczyć u Stempowskiego. Wiosna się rozpędza. Wycieczki rowerowe będą częstsze. Może od czasu do czasu podzielę się kolejnymi olśnieniami, doznanymi w ich trakcie? Nie żebym chciał komuś sprawić przyjemność. Raczej sobie pragnę ulżyć, ulewając nieco żółci. Bo żółci w moich komentarzach nie zabraknie, to mogę obiecać. Jeśli jakiś śledziennik znajdzie przyjemność w lekturze, zapraszam. A jeśli nie, to niebo mi na głowę nie spadnie.
Spoko wodza!

Foto-Spotkanie w Ratuszu dzielnicy Kreuzberg

Tak proszę Państwa, po raz drugi Barataria, “od zawsze” czyli od dwóch lat zajmująca poniedziałki, ustępuje wpisowi, który musi się ukazać właśnie dziś. I naprawdę właśnie dziś, bo tylko jeszcze dziś, jutro i w środę możecie obejrzeć wystawę, o której pisze Ela…

Ela Kargol

Jeszcze przez kilka dni będzie można obejrzeć w Berlinie w ratuszu Kreuzberg wystawę Foto-Spotkanie, wystawę, która połączyła dwa rodzaje fotografii: cyfrową barwną Lupo Finta i moją analogową, czarno-białą.
Zdjęcia analogowe powstały w latach 80 ubiegłego wieku w Polsce i przedstawiają głównie członków rodziny lub moich dobrych znajomych (jest jeden wyjątek, ale rozpoznacie go sami).

Wszyscy oni (z jednym wyjątkiem) patrzą z ufnością w kamerę lub ją zupełnie ignorują. Sceny nie są ustawiane, pokazują wiejskie życie w Małopolsce i Wielkopolsce. Znam historie moich bohaterów na długo przed i po uwolnieniu migawki.

Irzyk, który na fotografii klepie kosę dawno już nie chodzi z końmi do Doliny Pięciu Stawów, a dziewczynka przycupnięta koło pieca to przyszła mistrzyni Polski w gigancie
i
wicemistrzyni w slalomie.

O kilku z nich opowiem:

Małopolska, Lachowice, Beskidy

Dziadek Piotr pod koniec swojego życia miał już trudności z chodzeniem. Podczas ciepłych pór roku przesiadywał na ławce przed domem. Jednak to miejsce, a szczególnie widok stamtąd był ograniczony. Stodoła odcinała spojrzenie w dal. Kilka razy na dzień podejmował ten nieludzki już dla niego trud podejścia trochę dalej, gdzie mógł spojrzeć może nie poza widnokrąg, ale na swoje pola i dziedziny, na drogę, las, rzekę. Po chwili zapatrzenia szczęśliwy wracał na swoją ławkę.

Józka od Pudy grabiła skoszoną trawę. Na tym polu, jak sięgnę pamięcią zawsze rosła trawa. W zależności od pogody i umiejętności przerzucania jej lub przegrabiania, trawa po kilku dniach stawała się sianiem. Potem układało się ją na ostwiach. Ponieważ wujek Kazek miał lepsze grabie, były większe i miały więcej zębów, Józka często od niego je pożyczała, a może przychodziła tylko pogadać.

Pole od dawna nieuprawiane i niekoszone jest wystawione od kilku lat na sprzedaż.

Okno, przez które spoglądają dziewczynki, mieściło się w domu, w którym urodził się mój ojciec. Dom drewniany, zbudowany bez użycia gwoździa prawie 200 lat temu, niestety nie zaistniał w żadnym spisie zabytków, a obecny właściciel zniszczył to, co stare i piękne. Drewniane bele zastąpił pustakami, okna wstawił plastikowe, nawet ponad stuletni eternit zastąpił blachą.

Dziewczęta spoglądają do kuchni, wtedy jeszcze z piecem i polepą czyli podłogą z gliny.
W tej kuchni babcia gnieździła się z całą rodziną, urodziła jedenaścioro dzieci.

Ojciec pisał we wspomnieniach:

„Drewniany budynek, w którym ujrzałem światło dzienne 6 października 1929 roku miał już wtedy 103 lata. Na tragarzu drewnianym podtrzymującym pułap widnieje napis 1826. Wydaje mi się, że należy do jednych z najstarszych domów we wsi Lachowice powiat Sucha Beskidzka, i gdyby nie fakt, że w 1914 została nałożona nowa konstrukcja dachu i miejsce oryginalnych góralskich gontów zajął eternit, okaz ten znalazłby się pod ochroną zabytków muzealnych. Kontrast między współczesną techniką a oryginałem sprzed powstania listopadowego pogłębił się jeszcze więcej, gdy w 1960 roku zabłysło w nim światło elektryczne.

Pomieszczenie jakie zajmowała nasza rodzina składało się z jednej kuchni o powierzchni 8 metrów kwadratowych, która zarazem była pokojem i sypialnią. Dzisiaj mówi się o trudnościach mieszkaniowych, ale wątpię czy takie warunki mieszkaniowe jakie zajmowała nasza rodzina można spotkać w obecnej chwili”.


Wielkopolska, Sośnica koło Jarocina

Ciocia Bronia, najukochańsza ciocia, pracowita jak mrówka, skora do żartów jak wszyscy w Sośnicy. Często pamiętam jej złożone ku niebu ręce. Nie wiem, czy dziękowała, czy przepraszała w danym momencie Pana Boga. Była prawą ręką proboszcza. Rano zdążyła posprzątać w kościele, oporządzić gospodarstwo i ukręcić masło. To urządzenie, na którym siedzi, to maselnica korbowa.

Prawdopodobnie była sobota. W niedzielę zawsze był rosół. Że akurat na nią padło, no cóż pech. Kiedyś myślałam, że ten, który przeżył i zdumiony patrzy na pieniek, siekierę i głowę i może opłakuje swoją najdroższą, to kogut. Teraz mam wątpliwości, całkiem możliwe, że to kura i jej ból siostrzeński jest o wiele większy. Ból i strach, bo następnym razem może ona będzie przeznaczona na pieniek i rosół. Kogut, dopóki jest jeden, nie ma się czego obawiać.

Salcia i Baran (Salomea to imię, Baran nazwisko)

Cała rodzina ze strony mojej mamy ciężko pracowała na roli i w gospodarstwie, ale potrafiła w tę pracę, a zwłaszcza w momenty po pracy, wnieść tyle radości, żartu, uciechy, wygłupów, że aż tęsknię do tych chwil. Baran był sąsiadem, lubił wypić, bardzo zdolny, rzeźbił, malował, nie tylko ściany. Śpiewać też umiał i grać na gitarze. Nie przeszkadzało mu, że gitara miała cztery struny, w tym jedną ze sznurka. Salcia śpiewała albo „Koło mego ogródeczka”, albo stare niemieckie piosenki. Nauczyła się ich, pracując podczas wojny
„u Helmutów”.

Pojechaliśmy rowerami z wujkiem Idkiem na otwarcie sklepu, małego “z kolonialką”, jak mówił Idek. Sklep był już jakiś czas otwarty, ale właściciel, kolega Idka, wyznając zasadę „Zastaw się, a postaw się” i wywieszając kartkę ZAMKNIĘTE, zrobił dla nas otwarcie specjalne. Wypiliśmy chyba wszystko procentowe, co miał „na sklepie.” Podobno po miesiącu zbankrutował.


Tatry, Schronisko w Dolinie Roztoki i na Ornaku

Irzyk klepie kosę. Właśnie wrócił ze Stawów, rozprzągł konie, puścił luzem. W zasadzie to nie wiem, po co ją klepie. Przed schroniskiem trawy się nie kosiło, może lubi. Jutro znowu konie wywiozą towar pod kolejkę do schroniska w Stawach (Dolina Pięciu Stawów Polskich). Jak kolejka nawali, to Irzyk uwiąże konie i towar będzie wnosił na plecach. Wieczorem napali w „hajcu” i punktualnie na dobranockę zjawi się w „jadalence”. Uwielbiał kreskówki.

Tadzia poznałam w Roztoce. Chodził po schroniskach i zbierał po ceprach puste „flaszeczki”. Niektórzy go przepędzali, ale w Roztoce zawsze dostał ciepłą strawę i nocleg. Tadziu był sprawny inaczej, trochę żył w swoim świecie, ale doskonale radził sobie poza swoim światem. Do renty dorabiał jak mógł i gdzie tylko mógł. Zbierał grzyby, borówki, jeżyny, makulaturę i wspomniane już flaszeczki. Afera zrobiła się wtedy, gdy pokazał jakiemuś dziennikarzowi dokumentację swoich zbiorów, a zapisywał skrupulatnie, tak jak umiał w 16-kartkowych zeszytach w kratkę, ile flasazek zebrał i z jakiego schroniska. Artykuł podobno się ukazał, no i wiadomo było, gdzie piją najwięcej.

Przyjeżdżał w Tatry z rodzicami, Nie pamiętam jego imienia, małomówny. Siadał przed schroniskiem w charakterystycznej dla wszystkich chłopców w jego wieku pozie. Nie posiadając smartfona nudził się kreatywnie. Miał nożyk i patyk.

Agnieszka dzieciństwo spędziła w schronisku, najczęściej w kuchni wśrod kucharek. Zanim zaczęła chodzić, jeżdziła już na nartach w nosidełku z mamą lub tatą. W 2006 roku została mistrzynią Polski w gigancie i wicemistrzynią w slalomie. W 2010 roku wystartowała na zimowej olimpiadzie w Vancouver.

Niektóre z portretowanych osób już dawno odeszły, niektórzy podrośli i wiodą inne życie, część sprzętów wyrzucono na śmietnik. Ze starego domu ojca uratowaliśmy kilka kawałków drewna, z domu matki kilka kamieni. Oprócz wspomnień i kilkudziesięciu zdjęcio-historii cieszy mnie to, że na posklejanej i na nowo pozbijanej ławce dziadka Piotra usiadł jego praprawnuk, a kosy używa nadal często kuzyn Jarek ze Sośnicy, choć ma w pełni zmechanizowane gospodarstwo.

Im Rathaus Kreuzberg

Foto-Begegnung

Land / Stadt       Analog / Digital     Polnisch / Deutsch

Elżbieta Kargol / Lupo Finto

01. – 21. März 2019 im Rathaus Kreuzberg, Yorckstraße 4-11
Vernissage Fr., 01.03.2019 um 19:00 Uhr

Unterschiedlicher könnten die Fotografien von Elzbieta Kargol und Lupo Finto nicht sein:

Elzbieta präsentiert eine Auswahl ihrer Momentaufnahmen – auf dem Land in Polen entstanden, analog und schwarz/weiß fotografiert – in Rahmen im klassischen Format 2 zu 3.
Lupo hat jedem Motiv ein „passendes“ farbiges Digitalfoto aus seiner umfangreichen Sammlung von „Street-Art in Berlin“ im Format 3 zu 4 auf Kapa-Platte gegenüber gestellt.
Dorota Kot hat diese beiden Fotograf*innen zusammengebracht,  mit ihnen das Konzept erarbeitet und die Organisation der Ausstellung übernommen.

Diese vielschichtige Begegnung ist ein Experiment, den Betrachtenden Vielfalt, Unterschiedlichkeit aber auch Gemeinsamkeiten verschiedener Fotogenres nahezubringen. Sie soll zum Nachdenken, aber auch zum Lachen anregen!

———————————————————————————————————-

Lupo Finto ist waschechter Berliner und (noch) ü50. Er arbeitet seit 2003 mit Digitalkamera und hat seit 2010 Fotoausstellungen vor allem zu Street-Art in Berlin und Osnabrück.
„Ich bedanke mich herzlichst bei den Street-Art-Künstler*innen, die mir schon viele schöne Momente in der manchmal doch tristen Stadt beschert haben.“
Kontakt: lupofinto@gmx.de

Als Elżbieta vor über 30 Jahren nach Berlin (West) kam, hat sie für sich die Welt der damals analogen Fotografie entdeckt. Die Suche nach den Motiven zieht sie seither nach Polen, wo sie vornehmlich das dörfliche Leben ins Bild setzt. Die meisten in der Ausstellung gezeigten Arbeiten sind von der Autorin selbst in der Dunkelkammer entwickelt und vergrößert worden.
Kontakt: e.kargol@web.de

Die Ausstellung wurde von
Städtepartner Stettin-Kreuzberg/Friedrichshain
organisiert

Johanna & Tanja w Meksyku / in Mexiko 2

Tęcza / Regenbogen

Taniec / Der Tanz

Pod opieką świętych / Unter dem Schutz der Heiligen

Co robić w wypadku trzęsienia ziemi i pożaru? Pierwsza ikonka w obu instrukcjach oznacza: Zachować spokój!
Was tun beim Erdbeben und Feuer? Erste antwort: Bleib ruhig!

Business as usual



Kleine Wege, kleine Häuser und Reste eines Erdbebens / Małe domki, małe drogi i resztki trzęsienia ziemi

Und eine Kirche mit den Erdbebenspuren / I kościół po trzęsieniu ziemi

Wyrzucone zdjęcia

Ewa Maria Slaska

Duży i znany magazyn miejski w Berlinie przeprowadził się właśnie do nowej siedziby. Przeprowadzka jest zawsze okazją do usunięcia zwałów rzeczy, które się nam nagromadziły w ciągu ostatnich kilkunastu lub kilkudziesięciu lat. Gazeta postanowiła usunąć swoje, nikomu, jak rozumiem, niepotrzebne, archiwum fotograficzne.

Groza.

Groza, że usunąć. Groza, że niepotrzebne. Groza, że wyrzucamy materialny zapis naszych czasów, bo myślimy, że wszystko zostało zdigitalizowane i już niczego nie potrzebujemy, a kiedyś, gdy jakaś kometa nie wiadomo skąd przeleci koło ziemi, wszystkie zapisy cyfrowe znikną i nikt nie będzie wiedział, ani jak się nazywamy, ani na co choruje nasze serce… Groza, że tacy byliśmy młodzi (niektórzy nawet byli w tym czasie dziećmi, a niektórych na świecie nie było), a już nie jesteśmy.

Ale też groza, że nic się nie zmieniło, że wciąż nam chodzi o to samo, o to, żeby być szczęśliwym i biec po łące pełnej kwiatów, śpiewać, grać na gitarze i protestować przeciw niesprawiedliwości świata. A świat jaki jest, każdy widzi.

Z ogromnego archiwum ktoś ocalił kilkanaście teczek zdjęć. Z tych kilkunastu teczek dostałam dwa zdjęcia (te na samym dole) wybrane specjalnie dla mnie, a potem jeszcze, na chybił trafił, kilkanaście.

Zdjęcia, jakie dostałam, dotyczą filmów, muzyki i demonstracji, a pochodzą (oprócz Janis Joplin) z lat 80 i 90 w Berlinie. Ciekawe, że moje zainteresowania się od tego czasu właściwie nie zmieniły. Na zdjęciach nie ma książek i pisarzy, ale to pewnie wynika z charakteru archiwum gazety miejskiej.

1980. Czas Solidarności.

Na zdjęciu bójka między policją z Berlina Zachodniego i mieszkańcami nielegalnie zajętych kamienic.

“Spacer wielkanocny” (demonstracja na głównej ulicy Berlina Zachodniego)

1981. Zima, pada śnieg. Demonstranci rzucają śnieżkami w wieżyczkę więzienia Na Moabicie. Kilka domów dalej mieszkają Wirpszowie. Gdy przyjadę do Berlina Zachodniego zamieszkam w domu naprzeciwko więzienia.

Lato. Pani Minister ma kostium, okulary słoneczne, krótko ostrzyżone włosy. Na przyklejonej do zdjęcia kartce ktoś nabazgrolił: Plötzlich geht die Ministerin in die Demo – Nagle Pani Minister wchodzi w demonstrację. Na zdjęciu nie ma demonstracji, jest tylko kilku dużych facetów. To jej obstawa. Szukam takiej pani minister w sieci, ale nie umiem odkryć, kim jest ta kobieta.

1983.

Wir trauen um Kemal Altun. Opłakujemy Kemala Altuna.
I od razu na kolejnym zdjęciu wyjaśnienie, kto to był Kemal Altun i co się z nim stało: Auch jemanden dazu zu treiben aus dem Fenster zu springen ist MORD! Wir klagen die Deutschen Behörden zum Mord an. – Jeśli pastwisz się nad kimś, aż wyskoczy przez okno, to też jest MORD. Oskarżamy niemieckie urzędy.

1984 Menschenkette der Freidenbewegung gegen Hoch-, Nach- und Weiterrüstung – Łańcuch ludzi przeciwko zbrojeniom.

Też rok 1984. Piękne hasło, choć zapewne na potrzeby przekazu stanowczo za długie:

Das grosse Karthago führte 3 Kriege. Es war noch mächtig nach dem 1. Es war noch bewohnbar nach dem 2. Es war nicht mehr auffindbar nach dem 3.
Wielka Kartagina prowadziła trzy wojny. Po pierwszej wciąż jeszcze była potężna. Po drugiej dało się tam jeszcze żyć. Po trzeciej nie dało się jej znaleźć.

1984. Jubelparade der Friedensbewegung. Ruch pokojowy świętuje. No ale jeżeli tak, to skąd następne hasło?: Achtung! der letzte Baum. Uwaga! Ostatnie drzewo!

Tierversuch ist Folter. Doświadczenia na zwierzętach to tortura.

Verzichten Sie auf Ihren Urlaub in einem Land, wo Blutvergießen an der Tagesordnung ist! Zrezygnuj z urlopu w kraju, gdzie na porządku dzienny jest przelewanie krwi.

Styczeń 1985. Za dwa tygodnie przyjedziemy do Berlina.

Gegen Isolation – Für Selbstbestimmung / Solidarität mit den Gefangenen im Hungerstreik. Nie zgadzamy się na izolację. Solidaryzujemy się z więźniami. Chodziło o więźniów RAF-u.

1993

Frauenrecht ist Menschenrecht. Prawa kobiece to prawa człowieka. I § 218 (przekreślony)

Kiedyś.

Schluß mit der Ausländerhetze. Koniec nagonki na cudzoziemców!

Taki był Berlin Zachodni, gdy tu przyjechaliśmy 29 stycznia 1985 roku.