Cierpienie zwierząt, czyli karp

Reblog z gazeta.pl

Krakowska uczelnia pod ostrzałem. Student ujawnił, jak zabijano karpie

Oliwia Ziółkowska

29 września 2025, 11:18

Student weterynarii na Uniwersytecie Rolniczym w Krakowie w 2023 roku sfilmował wykładowczynię zabijającą karpia bez ogłuszenia. Wideo trafiło do Fundacji Viva! Po nagłośnieniu sprawy mężczyzna został niesłusznie skreślony z listy studentów. Ostatecznie wywalczył sprawiedliwość.

Continue reading “Cierpienie zwierząt, czyli karp”

Cierpienie zwierząt. Psy łańcuchowe


DIOZ Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt

KONIEC ŁAŃCUCHÓW W POLSCE! ⛓️‍💥🐾🆘

Od dziecka walczyłem z łańcuchami. Gdy miałem trzynaście lat, po raz pierwszy stanąłem do tej walki – i od tamtej pory ściągnąłem z szyi zwierząt tysiące tych przeklętych ogniw. Każdy łańcuch, który odpadał, był symbolem wolności, nadziei i zwycięstwa nad okrucieństwem.

Dziś Sejm za sprawą 260 posłów uchwalił nowelizację ustawy o ochronie zwierząt, zakazującą trzymania psów na łańcuchach. Tak – wreszcie! To, co przez lata było symbolem cierpienia, upokorzenia i niewyobrażalnej samotności, przechodzi do historii.

Continue reading “Cierpienie zwierząt. Psy łańcuchowe”

Cierpienie zwierząt 10. I roślin

Roger McGough (ur. 1937)

Wegetarianie

Wegetarianie to okrutni i bezmyślni ludzie.
Każdy wie, że marchewka krzyczy na tarce,
że rozrywana palcami brzoskwinia krwawi.
Wierzysz, że pomarańcza nie czuje
kciuków, które się w niej zanurzają?
że pomidory rozlewają swe mózgi bezboleśnie?
A kartofle, żywcem obierane ze skóry i gotowane,
te homary podziemnego królestwa?
Nie opowiadaj, że nie boli,
gdy odrywa się groch od strączka,
obłupia brukselkę,
szatkuje kapustę i ćwiartuje cebulę.

Odrzuć chochlę.
Odstaw motykę.
Nie koś,
wyzwól moje plemię!

Tłumaczył Tibor Jagielski

***

Tadeusz Różewicz

List do mięsożerców

Kochani mięsożercy
nie straszcie więzieniem
dla człowieka
który pyta o wolne klatki
w regale nabiałowym
zrozumcie
weganie też mają
układ pokarmowy i potrawy
kochani mięsożercy
poczekajcie chwilę
nie żujcie słabszych
nie zgrzytajcie zębami
zrozumcie
ludzi jest dużo będzie jeszcze
więcej więc posuńcie się trochę
ustąpcie
kochani mięsożercy
nie wykupujcie wszystkich
tusz sznurowadeł i makaronu
nie mówcie odwróceni tyłem:
ja mnie mój moje
mój żołądek mój stek
mój kęs moje sztućce
moja żona moje dzieci
moje zdanie
Kochani mięsożercy
Nie zjadajmy się
Dobrze
bo nie zmartwychwstaniemy
Naprawdę

Wiersz Różewicza ze strony Poezja wegańska

Cierpienie zwierząt 8. Ogrody zoologiczne

EMS: Ostatnio dużo się pisze o tym, jak traktuje się zwierzęta w ogrodach zoologicznych. Niektóre z tych doniesień już tu cytowałam. Z Norymbergi, z Aaalborgu, teraz jeszcze doszedł Lipsk, i to w gruncie rzeczy są dwa różne doniesienia.

Jako dorośli ludzie, zainteresowani likwidowaniem cierpienia w naszym życiu, zapewne opowiadamy się się generalnie przeciwko ogrodom, tak jak opowiadaliśmy się przeciwko męczeniu zwierząt w cyrkach. Ta praktyka cyrkowa została w Europie zlikwidowana, ogrody jednak pozostały. I, z ręką na sercu, my wszyscy jako rodzice i/lub dziadkowie, byliśmy z naszymi dziećmi i wnukami w ogrodzie zoologicznym. Zapewne nie raz. I jakoś wierzyliśmy w zapewnienia, że ogrody chronią zwierzęta przed wytępieniem, że chronią gatunki, których by już dawno nie było (aczkolwiek pozostaje pytanie – dlaczego by ich już dawno nie było? Ale to temat na osobny wpis.) I w równie oczywisty sposób wierzyliśmy, nawet nie pytając, że, pomijając fakt trzymania ich w niewoli, nikt w ogrodach nie krzywdzi zwierząt. Tymczasem wygląda na to, że krzywdzenie zwierząt i traktowanie ich przedmiotowo, jest w ogrodach zoologicznych nagminną praktyką. Bo jeżeli tak jest w trzech ogrodach, o których właśnie się czegoś dowiedzieliśmy, to nie łudźmy się, tak jest wszędzie, a pracownicy tych inkryminowanych ogrodów mówią otwarcie. To powszechna praktyka.

Continue reading “Cierpienie zwierząt 8. Ogrody zoologiczne”

Cierpienie zwierząt 7. Drybling Hidegkutiego czyli rozmowy z Hrabalem

Autorzy: Bohumil Hrabal i László Szigeti, wyd. Warszawa 2011

EMS: Rozmowy zostały przeprowadzone w 1984 roku, wydane po czesku 1996 roku, po polsku w roku 2011. To istotne, bo głęboko humanistyczne poglądy czeskiego pisarza, tak jak je głosił w latach 80, mogą się dziś wydać staroświeckie, albo wręcz anachroniczne.

Zresztą nie uprzedzajmy wypadków. Najpierw kilka fragmentów książki, a dopiero potem wnioski i uczucia.

Aha, Nándor Hidegkuti (1922- 2002) był (ubóstwianym) węgierskim piłkarzem i trenerem, Bohumil Hrabal (1914-1997) był czeskim pisarzem, a László Szigeti (1957-2022) – słowackim politykiem narodowości węgierskiej, najpierw komunistą, a potem – antykomunistą.

Drybling – wiadomo, w rozmowie Hrabal często kończy odpowiedź sformułowaniem “to taki drybling na chustce do nosa”. Aczkolwiek rozmowy po angielsku nazywają się piruety na chustce do nosa, a po niemiecku – sztuczki z chusteczką. Aha, poniższy fragment książki zaczyna się od zdania po niemiecku. To zdanie Hrabala.

***

Continue reading “Cierpienie zwierząt 7. Drybling Hidegkutiego czyli rozmowy z Hrabalem”

Cierpienie zwierząt 6. Jeanette Winterson, “Written on the Body”

Napisane na ciele

po niemiecku wydane w S. Fischer Verlag 1999

Jeanette Winterson, autorka angielska, fantasy, science fiction, literatura piękna, biografia, autobiografia, pamiętniki; zdaniem portalu Lubimy czytać jej najpopularniejszą książką jest Przepaść czasu. Ponadto w Polsce ukazała się jej autobiografia Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna? oraz jej debiutancka powieść, również po części autobiograficzna – Nie tylko pomarańcze.

Urodzona: 27.08.1959

Napisane na ciele to początkowo po prostu bardzo erotyczny romans tłumacza literatury rosyjskiej z piękną mężatką, historyczką sztuki. Jednakże w drugiej połowie powieść nagle całkowicie się zmienia, staje najpierw esejem popularno-naukowym, a potem opowieścią o chorobie, wyrzeczeniu i śmierci. Bohater jest wegetarianinem i tłumaczę tu dla nas krótki fragment książki, jego rozmyślanie o zwierzętach. Pojawia się ono podczas nocnej listopadowej wędrówki po niegościnnym terenie, gdzieś w hrabstwie Yorkshire. Być może trzeba tu powiedzieć, że to fragment końcowej części powieści, kiedy już wszystko jest ponure. Strona 228 i następne:

***

Droga jest grubo posypana popiołem, który cienko świszcze pod butami. Buty są pobrudzone pyłem węglowym i popiołem, ale i tak jest to lepsze niż błocko deszczową nocą. Dziś w nocy już nie pada. Niebo jest przejrzyste i twarde, nie ma chmur, tylko gwiazdy i pijany księżyc, kołyszący się na grzbiecie. Szereg jesionów wzdłuż palisady przez którą się wychodzi ze świata ludzkich dzieł w rozległy krajobraz, który do niczego się nie nadaje, tylko jako pastwisko dla owiec. Słyszę je, jak przeżuwają kępy traw, grubych jak kożuchy.
Jest późno, powinienem był wziąć taksówkę, a tak mam przed sobą dziesięć kilometrów drogi, którą muszę pokonać bez latarki. Dla płuc ciężkie uderzenie zimna jest jak szok. Po drodze nie ma domów ani telefonu. Mocuję torbę podróżną na plecach i idę w kierunku mglistych zarysów góry. Do góry i na dół. Pięć kilometrów pod górę i pięć w dół. (…) Toruję sobie drogę pośród stada krów z otokami błota wokół kopyt. Moje buty też dźwigają wielkie bryły błota. Nie przewidziałem, że po drodze wszędzie napotkam potoki wody, które wypływają z przepełnionych źródeł i spływają łagodnie po stoku w dół. Na wysuszonym letnimi suszami podłożu deszcz nie wsiąka w ziemię i nie łączy się z wodami gruntowymi, dociera tylko do źródeł, którymi się karmi. Rwące strumienie spadają w dół i wypełniają błotniste doły. Krowy tratują je, wędrując w poszukiwaniu trawy. Mam szczęście, że księżyc odbija się w taflach wody. Idę wzdłuż nich, są błotniste, ale jeszcze się w nich nie zapadam. Mam na sobie miejskie buty i cienkie skarpetki, które nie chronią przed wilgocią. Miejski płasz jest sporyskany błotem. Krowy patrzą na mnie z niedowierzaniem, tym spojrzeniem, jakie zwierzęta żyjące w naturze rezerwują dla ludzi, którzy się tam pojawiają. Nie wydajemy się im częścią natury. Intruzi, zaburzający odwieczny porządek złożony z myśliwych i zwierząt, na które polują. Zwierzęta wiedzą, kto jest kim, dopóki nie pojawimy się my. Cóż tej nocy to z pewnością krowy śmieją się ostatnie. Ich spokojne przeżuwanie, ich łagodne ciała, czarne na tle zbocza góry, naigrywają się z wędrowca, który obarczony ciężką torbą, w mozolnej wspinaczce dąży potykając się pod górę. Stój, bratku, oddawaj polędwicę. Jestem wegetarianiniem, nawet nie mogę sobie pomarzyć o zemście. Czy jesteś w stanie zabić krowę? To taka gra, w którą czasem gram sam ze sobą. Co mógłbym zabić? Gdy o tym myślę, zatrzymuję się na kaczce, ale potem widzę je na stawie, kwaczą zupełnie idiotycznie, och dlaczego dlaczego rodzina kacza kaczy kuper w wodzie macza, i już po mnie. Czy byłbym w stanie wyłowić taką kaczkę z wody i skręcić jej kark? Ale strzelbą byłbym w stanie ją odstrzelić, tak jest łatwiej. Łatwiej, bo dalej. Nie będę jadł tego, czego nie jestem w stanie zabić. Trochę to niesmaczne, udawane. Hej krowy, nie musicie się mnie bać. Krowy podnoszą łby. Jak faceci przy pisuarze, krowy i owce robią wszystko jednocześnie. To mnie zawsze niepokoi, ta wspólnota patrzenia, zjadania trawy, sikania. Idę za krzak, żeby się wysikać. Dlaczego w środku ciemnej nocy w środku niczego chowam się za krzakiem, żeby się wysikać?

***

Dalsza część rozważań w powieści już nie dotyczy zwierząt.

***

Ciekawe, że dzień przedtem, jak dopiero zaczęłam czytać tę powieść, rozmawiałyśmy z koleżanką o tym samym. Bo jest tak, że ludzie, którzy nie są wegetarianami, że już nie wspomnę o weganach, odczuwają potrzebę, żeby się przed nami wytłumaczyć, dlaczego jedzą mięso. To wyjaśnienie, że nie powinno się jeść tego, czego nie umie się zabić, pojawia się bardzo często w tych rozmowach i zawsze wtedy okazuje się, że normalny mieszczuch w XXI wieku w takich rozważaniach zawsze dociera do drobiu, choć zawsze w końcu przyznaje się, że tej kury, kaczki czy gęsi nie zabije. Moja koleżanka dotarła do gęsi i zakładała, że od gęsi w dół mogłaby zabić zwierzę, sprawić je i przygotować do spożycia. Po trzech miesiącach próby bycia wegetarianką, upiekła na obiad rodzinny gęś świętomarcińską.

Ale dlaczego ci, co jedzą mięso, w ogóle tak myślą? Co z tego wynika? Nie jedzą krowy ani świni, ale jedzą ryby, raki, żaby, ptaki? O to chodzi? Co wynika, co ma wynikać z takiego myślenia? Dżdżownicę i chrabąszcza jeszcze łatwiej zabić niż rybę, a przecież nie jemy dżdżownic i chrabąszczy.

Ponieważ przebywa u mnie aktualnie adeptka psychologii z Gdańska, Matylda Czarnecka, zapytałam ją, co sądzi o tej argumentacji i czy mogłaby mi pomóc wyjaśnić, po co ludzie mówią nam takie rzeczy i co to wyjaśnia, jeśli uznam, że mogę zjeść tylko zwierzę, które mogę zabić? Znalazłyśmy w rozmowie kilka wyjaśnień.

Umiejętności. Jesteśmy słabi, nie mamy dość siły, żeby zabić krowę i nie umiemy tego robić.
Małe zwierzęta zabija się szybciej, a zatem mniej cierpią, a nie chodzi o to, żeby nie zabijać, tylko o to, żeby nie zadawać cierpienia, albo, tak naprawdę, go nie widzieć. Małe zwierzę to mało krwi.
Własnoręczne zabicie zwierzęcia zakłada, że nie jest to zwierzę hodowane fabrycznie, tylko chodzi gdzieś po podwórku, czy pływa w stawie, dokonuje się więc tym samym deindustrializacja konsumpcji mięsa.

Przyjmowałam te argumenty z zainteresowaniem, ale nadal nie rozumiałam, czemu służy zdanie o jedzeniu tylko tego, co dany człowiek byłby w stanie zabić? Przecież to nie znaczy, że jedzą tylko to i nie znaczy, że sami zabijają. A jednak to zdanie pozwala na spokojną konsumpcję mięsa. Likwiduje wyrzuty sumienia. Usprawiedliwia i wyjaśnia. Ale jak? Jak to działa?

I Matylda znajduje wyjaśnienie. Wyobraźmy sobie świat bez marketów, a więc świat, w którym musimy sobie sami radzić. Zbierzemy jagody, przeżujemy ziarna, złowimy rybę, zbijemy kurę. Nikt z nas świadomie o tym nie myśli, gdy kupujemy szynkę w biedronce, ale nasza podświadomość – ta jungowska a nie freudowska – to właśnie gwarantuje. To zdanie zawiera w sobie pamięć o babci, która kupowała na targu żywe kury, obejmuje karpie wrzucane do wanny i zabijane w dzień Wigilii, wakacyjne zbieranie grzybów, smak poziomek na łące. Podwiadomość robi z tego zgrabny pakunek i przypominając, że możemy coś sami zabić, podsuwa nam obietnicę, że przeżyjemy wojnę, głód, wypędzenie i katastrofę klimatyczną.

Cierpienie zwierząt 5. Jack London, “Zew krwi”

Gdyby Buck czytał gazety, byłby się dowiedział, że nie tylko jemu, ale w ogóle wszystkim silnym, długowłosym psom na przestrzeni od Puget Sound do San Diego zagraża niebezpieczeństwo. A to dlatego, że ludzie, błądząc po omacku w arktycznym mroku, znaleźli żółty metal i że tysiące mężczyzn pośpieszyło gorączkowo na Północ, gdy towarzystwa okrętowe i transportowe rozgłosiły na cały świat o tym odkryciu. Ludziom tym potrzebne były psy — duże psy o silnych mięśniach niezbędnych do pracy i puszystej sierści chroniącej je przed mrozem.

Buck mieszkał w dużym domu położonym w słonecznej dolinie Santa Clara. Była to posiadłość sędziego Millera. Dom stał z dala od drogi na wpół ukryty wśród drzew, poprzez które dostrzec było można szeroką, przewiewną werandę, otaczającą go z czterech stron. Do domu prowadziły żwirowane alejki wijące się wśród rozległych trawników pod splecionymi gałęźmi wysokich topoli. Część gospodarcza, położona za domem, przedstawiała się jeszcze okazalej. Stały tam ogromne stajnie, gdzie rej wodziło kilkunastu chłopców stajennych, dalej rzędy obrośniętych winem domków dla służby i wiele porządnie utrzymanych zabudowań gospodarczych; na dużej przestrzeni ciągnęły się winnice, zielone pastwiska, sady i zagony truskawek. Dalej znajdowała się studnia artezyjska i duży ocementowany basen, gdzie synowie sędziego zażywali porannej kąpieli i chłodzili się w upalne popołudnia.

A nad całym tym królestwem panował Buck. Tu się urodził i tu spędził cztery lata swego życia. Co prawda były tam jeszcze inne psy. Nie mogło być inaczej w tak wielkim gospodarstwie, ale psy te nie wchodziły w rachubę. (…)

Buck nie był ani psem pokojowym, ani podwórzowym. Do niego należało całe królestwo. Pływał w basenie lub polował z synami sędziego, towarzyszył jego córkom, Mollie i Alice, podczas dalekich spacerów o zmroku lub wczesnym rankiem. W długie wieczory zimowe leżał w gabinecie u stóp swego pana, przed ogniem huczącym na kominku. Wnuków sędziego nosił na grzbiecie lub baraszkował z nimi na trawie i strzegł podczas niebezpiecznych wypraw do studni na podwórzu stajennym, a nawet dalej, aż do okólnika i zagonów truskawek. (,,,) Wszystko, co pełzało, chodziło czy latało w posiadłości sędziego Millera, podlegało mu, nie wyłączając ludzi.

Ojciec jego, Elmo, ogromny bernard, był nieodłącznym towarzyszem sędziego, a Buck wstępował w jego ślady. Buck nie dorównywał wzrostem ojcu— ważył tylko sto czterdzieści funtów, gdyż jego matka, Shep, była szkockim owczarkiem. Mimo to owe sto czterdzieści funtów, a także poczucie własnej godności, które wypływało z dostatniego życia i powszechnego szacunku, pozwalały Buckowi zachowywać się z iście królewskim dostojeństwem. (…) Takim więc psem był Buck jesienią 1897 roku, gdy na wieść o odkryciu złota w Klondike ludzie z całego świata zaczęli ściągać ku mroźnej Północy. Lecz Buck nie czytał gazet, a na domiar złego nie wiedział, że Manuel, jeden z pomocników ogrodnika, jest niepożądaną znajomością. (…) Nikt nie widział, jak Buck szedł z Manuelem przez sad, myśląc, że idzie sobie na zwykłą. przechadzkę. Z wyjątkiem jednego jedynego człowieka nikt nie widział ich przybycia na małą stacyjkę kolejową zwaną College Park. Człowiek ten zamienił kilka słów z Manuelem, po czym brzęknęły podawane z ręki do ręki pieniądze. Manuel podwójnie okręcił linką szyję Bucka poniżej obroży.

— Zaciągnij tylko, a zdusisz go z łatwością — powiedział Manuel; nieznajomy mruknął potakująco. Buck pozwolił założyć sobie linkę ze spokojem i godnością. Niewątpliwie był to niepożądany zabieg, ale pies przyzwyczaił się wierzyć znanym sobie ludziom i uznawać, że są mądrzejsi od niego. Gdy jednak końce linki znalazły się w rękach nieznajomego, warknął groźnie. Okazał tylko niezadowolenie, uważając w swej dumie, że okazać je znaczy tyle, co rozkazać. Lecz ku zdumieniu Bucka sznur zacisnął mu się na szyi, pozbawiając go tchu. W nagłym porywie wściekłości skoczył na człowieka, ale ten, nie czekając, chwycił go za gardło i zręcznym ruchem powalił na grzbiet. Sznur zaciskał się bezlitośnie, podczas gdy Buck walczył jak szalony, z wywalonym językiem, ciężko dysząc. Nigdy jeszcze w życiu nie potraktowano go tak niegodziwie i nigdy jeszcze nie był tak wściekły. Lecz opadł z sił, oczy zaszły mu mgłą i nie był świadom ani nadejścia pociągu, ani tego, że dwaj złoczyńcy wrzucili go do towarowego wagonu.

(…) Oszołomiony, na wpół żywy, z obolałą szyją i językiem, Buck próbował stawić opór dręczycielom. Lecz ci powalili go na ziemię i przy dusili, aby potem spokojnie przepiłować grubą mosiężną obrożę. Po czym zdjęli mu linkę z szyi i wepchnęli go do małej klatki.

Tam przeleżał pozostałe godziny posępnej nocy. Zraniona duma podsycała w nim wściekłość. Nie mógł zrozumieć, co to wszystko znaczy. Czego chcą od niego ci obcy ludzie? Dlaczego trzymają go w tej ciasnej skrzyni? Podświadomie dręczyło go przeczucie nadciągającego nieszczęścia. (…) dla uwięzionego w skrzyni Bucka rozpoczęła się wędrówka z rąk do rąk. (…)

Przez dwa dni i dwie noce wagon ten ciągnęły przeraźliwie gwiżdżące lokomotywy i przez dwa dni i dwie noce Buck nic nie jadł i nic nie pił (…) dostał na skutek złego traktowania gorączki, którą potęgowało zapalenie wyschniętego i spuchniętego gardła i języka. (…) Czterej ludzie ostrożnie przenieśli skrzynię z wozu na jakieś małe podwórko otoczone wysokim murem. Po chwili zjawił się tam barczysty mężczyzna w czerwonym swetrze mocno rozciągniętym przy szyi i pokwitował w książce woźnicy odbiór przesyłki. Oto nowy oprawca — pomyślał Buck i rzucił się dziko na kraty skrzyni. Człowiek uśmiechnął się ponuro i poszedł po siekierę i pałkę. (…)

— Wyłaź, czerwonooki diable — powiedział mężczyzna, wyrąbawszy otwór dostatecznie duży, aby Buck mógł się przez niego przecisnąć. Jednocześnie rzucił siekierę na ziemię, przekładając pałkę do prawej ręki.

Buck wyglądał istotnie jak czerwonooki diabeł, gdy naprężył się do skoku, z najeżoną sierścią, z pianą na pysku, ze wściekłym błyskiem w nalanych krwią oczach. Nagle rzucił się na człowieka całym ciężarem swych stu czterdziestu funtów, naładowany wściekłością gromadzoną w ciągu dwóch dni i nocy. W chwili skoku, gdy jego szczęki już, już miały się zacisnąć na ręce człowieka, otrzymał straszliwy cios. Zawisnął jak gdyby w powietrzu, przejmujący ból zwarł mu szczęki, wreszcie zwalił się na ziemię padając na grzbiet.

Nigdy jeszcze nie został uderzony pałką, nie mógł więc zrozumieć, co się stało. Z pomrukiem, w którym więcej było jęku niż gniewu, zerwał się znowu do skoku. I znowu otrzymał cios, który bezlitośnie zwalił go z nóg. Teraz wiedział, co to znaczy pałka, lecz wściekłość przeważała nad ostrożnością. Raz po raz atakował i za każdym razem padał pod ciosem pałki.

Po jednym szczególnie mocnym uderzeniu Buck podźwignął się z trudem, zbyt ogłuszony, aby dalej walczyć. Chwiał się osłabły, krew ciekła mu z nosa, pyska i uszu, całe jego piękne futro spryskane było krwawą śliną. Wtedy człowiek podszedł bliżej i z przerażającą siłą. uderzył go w nos. Wszystkie dotychczasowe cierpienia wydały się Buckowi niczym w porównaniu z tym potwornym bólem; ze straszliwym, nieomal lwim rykiem pies skoczył ponownie na swego oprawcę. Lecz ten, przerzuciwszy pałkę z prawej ręki do lewej, spokojnie chwycił psa za dolną szczękę i mocno szarpnął najpierw w dół, potem w górę. Buck zatoczył koło w powietrzu, potem półkole i zwalił się na piach.

Po raz ostatni zaatakował. Lecz człowiek przyjął go najpotężniejszym ciosem, rozmyślnie zachowanym na ostatek. Pies zwinął się w skoku i padł bez czucia.

— Co, nie mówiłem, że tresuje psy jak złoto? — zawołał entuzjastycznie jeden z widzów siedzących na murze.

— Taką zabawę lubi mieć co dzień, a dwa razy przy święcie — odpowiedział woźnica włażąc na wóz i zacinając konie.

Buck odzyskał przytomność, ale nie odzyskał sił. Leżał tam, gdzie padł, patrząc na człowieka w czerwonym swetrze.

— Nazywa się Buck — mówił do siebie mężczyzna, odczytując list szynkarza, który donosił o wysłaniu skrzyni i jej zawartości.

— No cóż, Bucku, mój zuchu — ciągnął dalej dobrodusznym tonem — mieliśmy małą potyczkę i najlepiej zrobimy, jeśli na tym poprzestaniemy. Teraz już wiesz, jak się masz zachowywać, a ja wiem, coś ty za jeden. Jeśli będziesz dobrym pieskiem, to wszystko w porządku — będziemy żyli w zgodzie. Inaczej zatłukę cię na śmierć. Zrozumiałeś?

Mówiąc to, odważnie głaskał łeb, który tak bezlitośnie przed chwilą katował, a choć sierść Bucka zjeżyła się mimo woli pod dotykiem tej ręki, znosił pieszczotę bez sprzeciwu. Gdy mężczyzna przyniósł mu wody, pies wypił chciwie, a później pożarł ogromną porcję surowego mięsa, biorąc kęs po kęsie z ręki człowieka.

Został zwyciężony (wiedział o tym), ale nie został złamany. Zrozumiał raz na zawsze, że nie ma żadnych widoków zwycięstwa w walce z człowiekiem uzbrojonym w pałkę. Dostał nauczkę i nie zapomniał jej do końca życia. Pałka stała się dla niego objawieniem. Było to jego pierwsze zetknięcie z panowaniem prawa pięści i prawo to uznał. Przyszłość ukazywała mu się w groźnym świetle, a chociaż patrzył w życie nieustraszenie, postanowił stawić mu czoło z całą dotąd uśpioną, a teraz zbudzoną chytrością swojej pierwotnej natury. (…) O losie Bucka zadecydował mały, zasuszony człowieczek, który mówił łamaną angielszczyzną i używał wielu dziwnych ordynarnych i niezrozumiałych wyrazów.

— Sacredam! — zawołał ujrzawszy Bucka. — Co za cholernie byczy pies! Ha! Ile?

— Trzysta, a i to jest darmo — szybko odpowiedział człowiek w czerwonym swetrze. — Masz przecie rządowe pieniądze, więc nie będziesz się chyba targował, co, Perrault?

Perrault uśmiechnął się. Biorąc pod uwagę szaloną zwyżkę cen na psy wskutek nienasyconego popytu, była to niezbyt wygórowana suma za tak piękne zwierzę. Rząd kanadyjski nie straci na tej transakcji ani szybkość poczty rządowej na tym nie ucierpi. Perrault znał się na psach i gdy tylko spojrzał na Bucka, poznał, że taki okaz zdarza się jeden na tysiąc. „Jeden na dziesięć tysięcy” — dodał w myśli.

Buck zobaczył, że pieniądze przeszły z rąk do rąk i wcale się nie zdziwił, gdy mały, zasuszony człowieczek zabrał go ze sobą wraz z Curly, dobroduszną nowofunlandką. Wtedy po raz ostatni widział mężczyznę w czerwonym swetrze; a gdy razem z Curly patrzyli z pokładu „Narwala” na oddalające się miasto Seattle, po raz ostatni widział ciepłe południe.

Perrault zabrał Curly i Bucka pod pokład i oddał pod opiekę olbrzymowi o ciemnej twarzy, imieniem François. Perrault był kanadyjskim Francuzem i miał śniadą cerę, ale François był Metysem o francusko-kanadyjskiej krwi i miał skórę znacznie ciemniejszą. Obaj należeli do typu ludzi nie znanych jeszcze Buckowi (miał w przyszłości poznać ich znacznie więcej) i chociaż nie darzył ich nigdy miłością, niemniej jednak nauczył się ich szanować. Zrozumiał szybko, że Perrault i François wymierzają sprawiedliwość uczciwie, spokojnie i bezstronnie oraz że za dobrze znają naturę psów, aby dać się im oszukać.

(…)

Dzień i noc statek dygotał w takt niezmordowanego terkotu śruby i chociaż jeden dzień nie różnił się niczym od drugiego, Buck zauważył, że robi się coraz zimniej. Wreszcie pewnego ranka śruba umilkła i na „Narwalu” zapanował nastrój pełen podniecenia. Buck odczuł to, podobnie jak inne psy, i poczuł, że wkrótce nastąpi jakaś zmiana. François wziął je wszystkie na smycz i wyprowadził na pokład. Przy pierwszym kroku na zimnej powierzchni pokładu łapy Bucka zagłębiły się w coś białego i puszystego, podobnego do błota.

Odskoczył z warknięciem. Z góry także padało coś białego. Otrząsnął się, ale po chwili biały puch pokrył go znowu. Powąchał to coś z ciekawością, a potem polizał. Zapiekło jak ogień i w jednej sekundzie zniknęło. To go zadziwiło. Spróbował jeszcze raz, znowu z tym samym skutkiem. Ludzie wybuchli śmiechem, a Buck zawstydził się, sam nie wiedząc czemu. Po raz pierwszy zobaczył śnieg.

(…)

Pierwszy dzień pobytu na brzegu zatoki Dyea wydawał się Buckowi koszmarnym snem. Każda godzina pełna była wstrząsów i niespodzianek. Wyrwany z samego serca cywilizacji, znalazł się nagle w samym środku dzikości. Nie było to już leniwe, rozsłonecznione życie, na które składały się próżniactwo i odpoczynku, nie znano co to choćby krótka chwila bez lęku. Panował zamęt i nieustanny ruch, a życiu ciągle zagrażało niebezpieczeństwo. Należało się mieć stale na baczności, gdyż zarówno psy, jak ludzie nie byli psami i ludźmi z miasta. Były to wszystko bez wyjątku rozbestwione istoty, nie uznające innego prawa, jak prawo pięści i kłów.

Buck nigdy nie widział psów walczących ze sobą tak, jak walczyły te dzikie bestie, i pierwsze doświadczenie stało się dla niego niezapomnianą lekcją. Co prawda doświadczenia tego nie zdobył własnym kosztem, gdyż wówczas nie pozostałby przy życiu, aby z tej nauki korzystać. Ofiarą padła Curly. Obóz znajdował się wtedy koło składu drzewa. Curly swoim zwyczajem zbliżyła się przyjaźnie do jednego z psów husky, wielkości dorosłego wilka, choć znacznie mniejszego od niej. Bez żadnego ostrzeżenia nastąpił błyskawiczny skok, głuche kłapnięcie zębami, równie szybki odskok i skóra na łbie Curly została rozdarta od oka aż po szczękę.

Był to wilczy sposób walki — zadać cios i odskoczyć; ale na tym się nie skończyło. Ze czterdzieści husky zbiegło się ze wszystkich stron i otoczyło walczących zwartym kołem, stojąc w pełnym napięcia milczeniu. Buck nie rozumiał tego milczącego napięcia ani chciwego oblizywania się patrzących. Curly rzuciła się na przeciwnika, który ponownie szarpnął ją zębami i odskoczył w bok. Następny jej atak odbił w przedziwny sposób piersią, zwalając ją z nóg. Curly już więcej nie wstała. Na to właśnie czekały przyglądające się psy. Rzuciły się na nią warcząc i skowycząc, a wyjąca z bólu Curly zniknęła pod skłębioną masą ciał.

Wszystko stało się tak nagle i niespodziewanie, że Buck osłupiał.

(…) Widział, jak François, wymachując siekierą, skoczył w sam środek kłębowiska. Trzech ludzi z kijami pomagało mu rozpędzić psy. Nie trwało to długo. Zaledwie kilka minut minęło od upadku Curly, gdy ostatni z napastników został odpędzony. Lecz Curly leżała bezwładna, nieżywa, na skrwawionym, stratowanym śniegu, niemal dosłownie rozdarta na strzępy, a śniady Metys stał nad nią miotając przekleństwa. Obraz ten często nawiedzał Bucka w snach. A więc tak się to odbywa! Nieczysta gra. Upadniesz i już po tobie. (…)

I tak dalej. Niedużo, mniej niż 50 stron komputerowych zmasowanego okrucieństwa i walki o przetrwanie. Ta książka była i nadal jest lekturą szkolną w szkole podstawowej. Jest to być może pierwszy kontakt dziecka z prawdziwym okrucieństwem. Owszem, być może czytało już przedtem którąś z baśni Andersena lub braci Grimm, które też bywają świadectwem okrucieństwa, ale być może słowo “baśń” łagodzi tu dojmujący ból i przerażenie. W dziejach Bucka nie ma nic, co by mogło złagodzić doznanie okrucieństwa, zawartego w lekturze.

To historia o okrucieństwie. I owszem, można być może powiedzieć, że jest to okrucieństwo natury, ale jest to jednak przede wszystkim okrucieństwo ludzkie, nawet jeśli ból zadają zwierzęta, to często zostały one tak nauczone przez człowieka.

Cierpienie zwierząt 4. Bohumil Hrabal “Postrzyżyny”

Kilka dni temu już pojawił się temat obcinania włosów. Dotyczył tylko kobiet. Dziś dotyczy też zwierząt.

***

Pod moją opieką znajdowały się cztery prosięta, browarniane prosięta, karmione młotem i ziemniakami, a w lecie, kiedy dojrzewały buraki, chodziłam po nać buraczaną, nać tę siekałam, polewałam zaczynem i starym piwem i prosięta spały dwadzieścia godzin na dobę i codziennie przybywało im na wadze po całym kilogramie, te moje prosiątka słyszały mnie, jak idę doić kozy, i już kwiczały z radości, bo nie wiedziały, że jedną parę sprzedam na szynki, a druga para pójdzie pod nóż podczas domowego świniobicia. Kiedy szłam doić kozy, to prosięta kwiczały z zachwytu, bo wiedziały, że wszystko mleko, jakie nadoję, wleję im natychmiast do koryta. Pan Cicwarek tylko popatrzył na prosięta i od razu mówił, ile te prosięta ważą, i zawsze się zgadzało, potem tę parę prosiąt brał na ręce i wrzucał do takiego półkoszka, rzeźnickiej bryczki, zaciągał nad nimi siatkę i powiadał:

Continue reading “Cierpienie zwierząt 4. Bohumil Hrabal “Postrzyżyny””

Cierpienie zwierząt (3). Michał Witkowski “Wymazane”

Adminka: Oczywiście, to, co tu zacytuję to Witkowski, a więc autor niemalże monotematyczny (luje, cioty, pedryle, lampucery) i egotyczny (ja, Michał Witkowski, ja!), zseksualizowany do ostatnich granic przedpornograficznych, a przecież osiągający tymi środkami realistyczny obraz Polski i to każdej Polski, sarmackiej, peerelowskiej, pre- i potransformacyjnej, kapitalistycznej , dorobkiewiczowskiej i nędzarskiej.

Bloger Olszyk (Czytelnia osobista) pisze: Przez mniej więcej pierwsze sto stron powieści pisarz buduje obraz prowincjonalnego miasteczka – tytułowego Wymazanego – ulokowanego gdzieś w okolicach Suwałk, gdzie toczy się zasadnicza część akcji. (…) żaden z Witkowskiego realista i bardziej niż reportażowe prześwietlanie mentalności prowincjuszy bawi go gatunkowa przebieranka oraz karmienie wyobraźni PRL-owską poezją kiczu, cepelii i tandety(…). Bohaterem „Wymazanego” jest Damian Piękny – gerontofil, beztalencie, posiadacz dwóch skrajnie różnych przyjaciółek (imprezowej grubaski-celebrytki Jagody i zmanierowanej, pretensjonalnej Sylwii). Jego nudne życie odmienia się, gdy propozycję nie do odrzucenia składa mu lokalna milionerka, podstarzała królowa tandety, otoczona rosyjskojęzycznymi pracownikami, właścicielka kilku dobrze prosperujących interesów (m.in. nielegalnej fermy lisów czy śmierdzącej gównem pieczarkarni), (…) cierpiąca na złośliwą odmianę nowotworu. Alexis po śmierci przekaże Damianowi cały swój majątek pod warunkiem, że ten zgodzi się zostać jej mężem spełniającym wszystkie, nawet najbardziej wyuzdane seksualne zachcianki. Dla chłopaka, który (…) czuje pociąg erotyczny wyłącznie do mało zadbanych staruszek, to spełnienie najskrytszych marzeń. I taka to mniej więcej historia.

I w takim entouragu Witkowski – pisarz niespodziewanie (bo to nie w jego stylu) i autentycznie angażuje się w sprawę cierpienia zwierząt. Opisuje grozę farmy lisów, aby na końcu otworzyć klatki. To dwa słowa, za którymi kryje się światowy ruch prozwierzęcy, dążący do likwidacji hodowli, tak fizycznie, jak prawnie, oraz uwolnienia zwierząt. Organizacja Otwarte klatki tylko tym się zajmuje. “Twórz z nami świat wolny od cierpienia zwierząt”, piszą. “Czas na zmianę! Lisy, norki i jenoty każdego roku cierpią na fermach futrzarskich. Projekt zakazu zabijania zwierząt na futra jest już w Sejmie. Zwierzęta potrzebują Cię WŁAŚNIE TERAZ. Dołącz do działań na rzecz zakazu i odmień przyszłość zwierząt:

Zgłoś się do działań!

Ciekawe, że recenzenci i blogerzy masowo piszący o Witkowskim w ogóle i o Wymazanym w szczególe, nie zauważają tego wątku. Widzą to co zawsze, czyli seks i perwersję, a nie widzą empatii i wrażliwości na krzywdę ludzką i krzywdę zwierząt.

***

Przy okazji temat nieliteracki. Zoo w Norymberdze od wielu miesięcy planuje odstrzał pawianów. Podobno populacja jest za duża. Aktywiści protestują. Twierdzą, że pawiany zostaną użyte jako żarcie dla drapieżników w zoo. Obawiają się też, że jeśli ta akcja zostanie przeprowadzona, to inne ogrody zoologiczne potraktują to jak zielone światło i też będą zabijać duże zwierzęta. Być może chodzi przede wszystkim o to, że są to prymaty. Bo wiadomo, że ogrody zoologiczne hodują małe zwierzęta, którymi karmią drapieżniki. Sama podczas spaceru z wnukiem widziałam, jak przyjechała kobieta na wózku i rzucała tygrysom żywe kurczaki. Nie wiedzieliśmy, że coś takiego zobaczymy. Było to dla nast wstrząsające. Ale przyznajmy uczciwie, karmienie fok rybami nie zrobiło na nas wrażenia.

https://www.br.de/nachrichten/bayern/geplante-pavian-toetung-aktivisten-ketten-sich-an-gehege-fest,UrUYzMu

Napisy na transparentach: Pozwólcie żyć pawianom / Zabijanie zwierząt jest przestępstwem / Uwolnić pawiany.