Pokolenia

Ewa Maria Slaska
Nowa emigracja a stara Polonia

Referat wygłoszony na konferencji “Monitor emigracji zarobkowej” w Berlinie w październiku 2012 roku. Umieszczam go tu ze względu na pewien osobisty problem, który nurtuje mnie od prawie 30 lat, a którego nigdy przedtem nie zapisałam.

Za czasów kiedy przyjechałam do Berlina – był rok 1985 – stara Polonia w Berlinie to byli polscy berlińczycy, którzy tu mieszkali już przed wojną, działacze starych organizacji polonijnych jak Rodło czy Związek Polaków w Niemczech, w najlepszym wypadku nieliczni emigranci z lat 1968-70. My – emigracja postsolidarnościowa, a było nas w Niemczech w sumie około miliona, w Berlinie podobno ok. 80 tysięcy – byliśmy nową Polonią.

Minęło 30 lat. Teraz to my jesteśmy „starą Polonią”.

W ostatnim dziesięcioleciu, a już zwłaszcza po roku 2004, czyli przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, do Niemiec i do Berlina napłynęła duża grupa nowej migracji z Polski. Bardzo powierzchownie została ona nazwana grupą zarobkową, co być może w Niemczech jest prawdą, tak jak jest prawdą w odniesieniu do Irlandii czy Anglii, ale na pewno nie jest tak w Berlinie.

Tu przyjeżdżali przede wszystkim artyści, studenci, młodzi poszukiwacze sensu życia i życia ciekawego. Ci, których przyciągało hasło burmistrza Berlina, „jesteśmy biedni, ale sexy”.

Grupa ta szybko nawiązała kontakt z tzw. drugim pokoleniem emigracji z lat 80. Wspólnie nowi przybysze i dzieci starych stworzyli grupę nazywaną „młoda emigracja”.

A więc od samego początku grupa nazywana umownie „młodzi Polacy w Niemczech” rozpada się na dwie części – na Piłkarzy i Kosmopolaków.

Piłkarze

Badacze i media mówią często o naszych dzieciach, że jest to „generacja Podolskiego i Mirka Klose”. Basil Kerski przypisał im tożsamość hybrydową, co oznacza, że biorą z dostępnych im opcji, niemieckiej i polskiej, to, co im najlepiej odpowiada. Polską serdeczność i niemiecką solidność. O pokoleniu „Piłkarzy” mówi się też, że są to ludzie myślący „w kategoriach postnarodowych”.

Tym niemniej ja osobiście sformułowałabym na temat tej grupy kilka odmiennych tez.

1/ To nie pokolenie Podolskiego i Klosego, to grupa do której obaj piłkarze też należą, grupa dzieci wywiezionych ukradkiem czyli absolutnie nieprzygotowanych na szok zmiany.

2/ Ucieczka była często połączona z rozpadem rodziny. Emigracja miała zastąpić rozwód albo go powodowała.

My, rodzice solidarnościowi, obciążyliśmy nasze dzieci trwałą traumą. Szok ucieczki, szok zmiany środowiska, bezradność wobec nowej sytuacji, pogłębiona rozpadem rodziny.
Nasze dzieci to grupa znakomicie zasymilowana, zsocjalizowana w Berlinie, co do której wg tradycyjnych oczekiwań można było mieć nadzieję, że sobie nie tylko „poradzi”, ale osiągnie „normalną” (czytaj: niemiecką) pozycję społeczną i zarobki, a tymczasem jej przedstawiciele często „wybierają wolność” rozumianą jako powrót do Polski. Jest to nader częste – młodzi ludzie zawierają małżeństwa i związki partnerskie nie tyle nawet w obrębie  „Polonii”, ile po prostu z partnerami „z Kraju”, co w wielu przypadkach  prowadzi do powrotu do kraju: na studia, do pracy czy z uwagi na partnera.

Kosmopolacy

Czyli nowi. Ci, którzy najchętniej definiują się jako lokalni patrioci lub przez pryzmat wykonywanej pracy. Twierdzą, że są na wskroś Europejczykami, korzystającymi z wolności w zjednoczonej Europie bez granic. Cenią sobie swobodę poruszania się w obrębie Unii Europejskiej, zwłaszcza po ostatecznej liberalizacji europejskich rynków pracy. Są kulturowymi Nomadami. Twierdzą też, że – w odróżnieniu do starszych pokoleń – mniej znają historię, ale za to są bardziej zorientowani na przyszłość.

Wspólnie – Piłkarze i Kosmopolacy – są niejednorodni, ale są też świadomi swojej niejednorodności i postrzegają to jako atut.

I nawet gdy – jak niektórzy z nich – nazywają się autoironicznie Polskimi Nieudacznikami, to nie chcą być nieudacznikami. Mało tego, to grupa bez kompleksów, która  wie, że ma potencjał, by wzbogacić nie tylko zaśniedziałe życie polonijne, ale też wielokulturowe społeczeństwo Niemiec.

Nie da się ukryć – obie grupy razem zapewniają powiew świeżości tak w światku polonijnym, jak i w relacjach polsko-niemieckich.

Wartość nowej generacji pozostaje jak dotąd niedoceniona przez polityków i słabo zbadana przez naukowców, a tradycyjna, stara Polonia widzi w niej przede wszystkim uciekającą od zaangażowania społecznego emigrację zarobkową. W przeciwieństwie jednak do Anglii czy Irlandii nowa emigracja w Berlinie to przede wszystkim przedstawiciele branży kreatywnej i reprezentanci mediów, którzy w ubiegłym dziesięcioleciu zapoczątkowali liczne inicjatywy kulturalne, stając się animatorami współpracy polsko-niemieckiej. Często wcale nie zajmuje ich zdobywanie pieniędzy, wręcz przeciwnie zasilili szeregi berlińskiego prekariatu kreatywnego.

Inną zauważalną grupą nowej generacji są ludzie z różnego rodzaju mniejszości (z losu lub z wyboru) – punki, homoseksualiści, bezdomni. Również ta grupa odcina się od konserwatywnie pojmowanej polskości i buduje zmianę generacyjną, choć oczywiście jej społeczna siła nośna jest znacznie mniejsza, a często może nawet wydawać się negatywna. Jednak i oni mają swój udział w budowaniu społeczeństwa otwartego i tolerancyjnego, tak w Berlinie, jak i w Polsce.

Razem młodzi przyjaciele…

Piłkarzy i Kosmopolaków wiele więc dzieli, ale też – pokoleniowo – wiele łączy. Najważniejsze być może jest to, że odchodzą od patriotyzmu do wielokulturowości. A poza tym: że są nowocześni.

Najlepszym przykładem mogą być portale i strony internetowe – o ile starsza generacja potrzebuje miesięcy a nawet lat i wielkiego wsparcia finansowego, żeby zrealizować funkcjonujący portal, który częstokroć szybko przestaje być aktualizowany i okazuje się niepotrzebny, o tyle młodzi robią to niemal lewą ręką, nie generując żadnych istotnych kosztów, a ich działania medialne są potrzebne i skuteczne.

Siłę tej grupy dało się zaobserwować podczas wyborów w roku 2007, gdy Donald Tusk rzucił wyzwanie ówczesnemu premierowi Lechowi Kaczyńskiemu. Obserwatorzy byli zdania, że jednoznaczna proPO-owska postawa młodej Polonii przeważyła szalę na rzecz Tuska.

Kolejną różnicą pomiędzy „starymi” a „młodymi” jest to, że grupa ta nie postrzega siebie w ogóle w kategorii migrantów i podkreśla europejskie prawo swobodnego wyboru miejsca zamieszkania.

Młodym Polakom zależy na integracji w niemieckim społeczeństwie, które szanują jako tolerancyjne i otwarte na świat. Nie chcą izolować się w odrębnych, zamkniętych światach etnicznych. Są dobrze zintegrowani, co sprawia, że stają się „niewidzialni”, wtopieni w społeczeństwo przyjmujące. Dla świata zewnętrznego migracyjna przeszłość młodych Polaków jest często niezauważalna. Można to dwojako interpretować. Bo jest to być może przykład wzorowej integracji, ale też może być to przejaw wynikającej z kompleksów nadgorliwej asymilacji.

Generalnie uważa się, że stara Polonia jest patriotyczna, a nowa europejska. Tym niemniej ja osobiście i wielu moich przyjaciół już 25 lat temu pielęgnowaliśmy szacunek dla Polski w połączeniu z integracją o europejskim charakterze.

Jeden z badaczy określa potencjał konfliktu między obiema grupami jako różnicę pomiędzy „patriotami o nastawieniu narodowym” a „europejskimi pragmatykami”.

Na pewno jest tak, że grupa patriotyczna oczekuje wsparcia od obu rządów – niemieckiego i polskiego – w zakresie stworzenia polskiego systemu oświatowego o charakterze polsko-narodowym, żąda dostępu do mediów i wsparcia finansowego dla kulturalnej i instytucjonalnej działalności polonijnej.

Kosmopolacy są natomiast zdania, że prawdziwą niezależność gwarantuje przede wszystkim integracja, czyli dobra znajomość języka, dobra praca i wysoka pozycja społeczna. Wynika z tego akceptacja niemieckiego państwa prawa i możliwość korzystania z prawa jako instrumentu do uzyskania przywilejów przysługujących de facto mniejszościom narodowym.

My i oni

Na zakończenie – gorzka nieco, a nieco filozoficzna – próba odpowiedzi na pytanie, czy istnieje konflikt generacyjny? Moja odpowiedź brzmi – tak, istnieje, ale nie tam, gdzie się go popularnie sytuuje. Na pewno nie jest prawdą, że młoda generacja się nie angażuje społecznie – angażuje się, robi to jednak inaczej. Podstawowe różnice – unikanie wielkich słów, funkcjonowanie w lub za pomocą sieci i forów społecznościowych, otwarcie na świat.

Myślę, że nie dlatego nowi są osobno i „starzy” osobno, że coś ich dzieli. Są osobno, bo nie chcą być razem. Czy w ogóle chcemy i możemy to przełamać?

Jeden z dawnych działaczy polonijnych mówi: „Pytanie, czy mamy siły i środki, żeby dotrzeć do młodej generacji? Uważam, że możemy młodym pomóc (jak zechcą) w organizacji itp., natomiast sami mogą się organizować i proponować takie formy działania, jakie im odpowiadają. My możemy im w tym pomóc, ale inicjatywa musi wyjść od nich samych.”

Rzecz w tym, że moim zdaniem nie wyjdzie, bo nasze doświadczenie nic tu nie wnosi. Możemy im pomóc, jeśli zdejmiemy im z głowy problemy biurokratycznej organizacji działań i pomożemy zdobywać pieniądze (choć i to ulega zmianie, bo dziś inaczej się zdobywa pieniądze niż nawet 10 lat temu), ale musimy czy też będziemy musieli się trzymać z daleka od wszelkich decyzji programowych i reprezentacyjnych. Musimy też zaakceptować, że nowi nie będą pamiętali o naszych dokonaniach, bo one nic ich nie obchodzą. Nie będą mieli skrupułów, jeżeli przyjdzie im skorzystać i zabrać sobie to, co my przedtem żmudnie budowaliśmy, i nawet jeśli sami tego nie zrobią, nie zaprotestują, gdy media przystroją ich w cudze piórka. Nasze piórka. Również to będzie trzeba przełknąć, próbując robić coś razem z nowymi.

A mimo to uważam, że jesteśmy związani ze sobą, my – starzy, i wy – młodzi, bardziej niż się to nam i wam wydaje. To, że możecie funkcjonować w Niemczech jako kosmopolici i Europejczycy, jako grupa otwarta, tolerancyjna i akceptowana, jest oczywiście wynikiem wielkiej polityki, ale wielka polityka składa się z małych kroków.

A te małe kroki wykonywaliśmy my. Gdy 30 lat temu pojawiliśmy się w Berlinie, po pierwszym okresie cmokania z zachwytu nad „bohaterskimi Polakami”, bardzo szybko pokazano nam miejsce, w którym mamy się ulokować. Polacy na budowie, Polki jako sprzątaczki. Nielegalnie i było to zaprogramowane. Zaprogramowano też to, że zjawiskom nielegalnym towarzyszyły w pełni kryminalne – nielegalna prostytucja, handel żywym towarem, złodziejstwo…

Społeczeństwo niemieckie od czasów Bismarcka nie lubiło Polaków, teraz, skonfrontowane z kryminałem, nie lubiło ich jeszcze bardziej, czemu w codziennym obcowaniu bez zahamowań dawało wyraz. Stara emigracja dobrze pamięta upokarzającą stygmatyzację, dyskryminację, niemieckie myślenie stereotypami z czasów Hakaty. W latach 80 i 90 bycie Polakiem w Berlinie naprawdę było nieprzyjemne i ciężkie.

Byliśmy niewygodni. Potrzebni, tak, ale niewygodni. To dlatego dbaliśmy o to, żeby nie było nas widać. Polacy, których widzieli berlińczycy, to nie byliśmy my. To byli przyjezdni. Jakaś straszna polska żulia, bandy złodziejaszków, potem jeszcze handlarze, którzy na pustych placach organizowali „polskie targi” i wreszcie pociągi pełne polskich sprzątaczek. To też byli i są Polacy w Berlinie, ale to nie my.

My w zbiorowym wysiłku, choć wcale się nie umawialiśmy, że tak właśnie będziemy postępować, przez dziesięć lat wydobywaliśmy się z życia sprzątaczek i nielegalnych robotników budowlanych, uczyliśmy się języka, szliśmy do pracy, urządzaliśmy mieszkania. I zaczęliśmy mówić swoim głosem. Nagle, w dziesięć, piętnaście lat po przyjeździe zaczęliśmy tworzyć teatry, otwierać galerie, zakładać sklepy. Już nie odcinaliśmy kuponów solidarnościowych i nie budowaliśmy etnicznej odrębności. W wielokulturowym Berlinie kreowaliśmy nowoczesną polską ofertę kulturalną, wcale nie tylko dla siebie, ale i dla naszego miasta. Nasze dzieci uczyły się polskiego, ale były super uczniami w niemieckich szkołach. Nagle staliśmy się „pieszczoszkami” społeczeństwa przyjmującego, które pojęło, że nie udała mu się wizja multi-kulti. Ale my się udaliśmy! O własnych siłach wydobyliśmy się z dna, staliśmy się klasą średnią. Możemy jak równy z równym rozmawiać z każdym, kogo interesuje Berlin. Mamy swój honor i dumę. I tak jest dobrze.

Walczyliśmy zębami i pazurami, ale też uśmiechem, pracowitością i ambicją o to, żeby zaczęto w nas widzieć Europejczyków. Gdy Wy tu przyjechaliście, myśmy już dla Was ciężką pracą przygotowali miejsce, gdzie mogliście i możecie żyć jak Europejczycy.

Nie musicie być wdzięczni, ale może postarajcie się pamiętać o tym.

Ale ta symbioza Starego i Nowego ma też drugą stronę. Zajęliśmy się walką o naszą pozycję społeczną, zatraciliśmy gdzieś na trasie ducha swobody i wolności, staliśmy się ciężkim, nudnym, zapiekłym w swarach, konserwatywnym światkiem, i już bardzo było nam potrzebne, żeby przyszedł ktoś, kto nam pomoże to wszystko przewietrzyć, przesiać, odcedzić, kto nam przypomni, że i my kiedyś ponad wszystko ceniliśmy wolność. Kto pozwoli oderwać się od komunałów i polecieć…

I na zakończenie uwaga o tym, kim my właściwie jesteśmy? Nie dla nas samych, tylko dla obu naszych krajów – tego, z którego wyszliśmy i tego, w którym mieszkamy.

Więcej od nas oczekuje kraj, z którego wyszliśmy. Kraj w którym mieszkamy, chce przede wszystkim, byśmy nie sprawiali kłopotu.

Dla Polski natomiast w czasach niewoli byliśmy „skarbnicą” patriotyzmu, w czasach kryzysu ekonomicznego – i dla państwa i dla rodziny – byliśmy skarbonką. A my obie te funkcje łykaliśmy.

Po raz pierwszy dziś sami, a zawdzięczamy to nowej emigracji, patrzymy na siebie przez pryzmat nas samych. Zmieniło to też naszą funkcję.

Społeczeństwo niemieckie dojrzewa powoli do zrozumienia, że polscy Niemcy czy też niemieccy Polacy pełnią rolę pośredników między oboma państwami i kulturami. W Polsce brakuje jeszcze tej świadomości, ale wszystko przed nami…

Obóz

Infos über das Lager auf Deutsch findet man hier: AusgrabungenZwangsarbeit2

Ewa Maria Slaska

Niedzielny spacer

Jest piękna wrześniowa niedziela. Może ostatnia już taka letnia niedziela w tym roku. Wychodzę na spacer.

Mieszkam naprzeciwko zamkniętego przed czterema laty lotniska Tempelhof, które właśnie staje się jednym z najbardziej uczęszczanych i modnych miejsc w Berlinie. To taki dziwny park, niemal nic tu nie ma, tylko dziko rosnąca trawa, przestrzeń, nieczynne pasy startowe i wielka kopuła nieba.  Przeprowadziłam się tu gdy lotnisko zostało zamknięte, obserwuję więc wzrost jego popularności w miarę jak wrastam w swoją nową dzielnicę. Kiedyś było to miejsce spacerów, potem pojawili się grillowicze, teraz jest masa wrotek, rowerów, deskorolek, latawców, paralotni i windsurfingu. Niebo furczy jak tańczący trzmiel.

Jestem namiętną spacerowiczką, dawno więc spenetrowałam już całą okolicę, odkryłam dziwne mosty, pochowane zieleńce, maleńkie zaułki o wielkich nazwach, chociażby jak moja uliczka, obarczona nieprzemyślanie mianem stanowczo na nią za ciężkim: Paradestrasse, ulica parad.

W tę niedzielę idę na lotnisko z zamiarem przejścia go w poprzek i dojścia do dzielnicy Neukölln.

Na płycie lotniska odkrywam szczaw. Zawsze, jak mi się zamarzy zupa szczawiowa, jadę w odwiedziny do koleżanki, która mieszka poza miastem, a tu proszę, zupa rośnie niemal pod nosem.

Godzinę zajmuje mi przejście na drugą stronę płyty, czyli muszą to być cztery kilometry, a może nawet pięć. Wchodzę w uliczkę, między cmentarzami. I…

W zmierzchu i cieniu drzew wcale nie jest łatwo zrozumieć, co widzę, ale po chwili już wiem – GEDENKORT -ZWANGSARBEITERLAGER. MIEJSCE PAMIĘCI – OBÒZ PRACY PRZYMUSOWEJ.

tablica-klein

Więcej nie da się odczytać. Dziwne to miejsce pamięci. Za płotem, prawie jak za kratą, zamknięte na kłódkę, a tablica tak ulokowana, że nic nie widać.

Idę dalej i myślę, że to przecież jasne, wzdłuż lotniska, na nieodległej Columbiadamm było i więzienie, i obóz koncentracyjny, i obozy pracy. Tu zapewne był jakiś podobóz, pracujący na potrzeby Luftwaffe.

Dochodzę do ulicy. Po lewej brama cmentarza St. Thomas, po prawej wspólny cmentarz Jerusalem & Neue Kirche V.

Najpierw zwracam uwagę na złoty napis cyrylicą – w kaplicy cmentarnej ma swoją parafię bułgarska gmina wyznaniowa. Złote litery wzraźnie odcinają się od ciemnego tła.

Jest coraz ciemniej, reszty napisu niemal nie można odczytać. ZUR ERINNERUNG UND MAHNUNG. A pod spodem, mniejszymi literami: Auf diesem Friedhof betrieben christliche Gemeinden 1942-1945 ein Zwangsarbeiterlager.

DLA PRZYPOMNIENIA I PRZESTROGI. Na tym cmentarzu w latach 1942-1945 parafie chrześcijańskie prowadziły obóz pracy dla robotników przymusowych.

Prowadziły.

Tak jakby prowadziły schronisko dla sierotek. Tymczasem ten łagodny chrześcijański tekst oznacza, że był tu obóz pracy, założony przez parafie kościelne.

Wiem, bo nie można nie wiedzieć. Od roku 1941 wszyscy niemieccy mężczyźni poszli na wojnę, a wykonywaną przez nich dotychczas pracę „przejęli” robotnicy przymusowi z Europy Wschodniej, w Berlinie głównie ze Związku Sowieckiego. Natomiast nie wiem, bo skąd miałabym wiedzieć, że również Kościół korzystał z tej nieludzkiej formy wyzysku niewolników.

Jest niedziela wieczorem, cmentarz jest zamknięty, niczego się już dziś nie dowiem.

W dwa dni później idę znowu na cmentarz. Tym razem jest otwarty. Tuż za bramą pomnik, za nim kolumienka z dwiema czworobocznymi gablotami.

Piękny pomnik. Czarny szlifowany bazalt. To polodowcowy ostaniec. Kamień przecięto, a jego górna część została umieszczona w bramie cmentarnej jako tablica informacyjna.

W środkowej części cmentarnego pomnika smutny napis:

42 parafie chrześcijańskie założyły tu obóz pracy dla robotników przymusowych. Niech Bóg, Ten, który wyzwala niewolników, zmiłuje się nad nami. Pomnik ufundowany przez Chrześcijan i parafie w Berlinie.

Wokół 42 ślady po wyciętych „cegłach” z nazwami parafii. Same „cegły” znajdują się w tych parafiach. Ku przypomnieniu i przestrodze.

Czyli to nie pomnik ku czci ofiar, lecz pręgierz dla sprawców.

Już wiem, że muszę pojechać do co najmniej kilku kościołów i popatrzyć, jak zostały „wystawione”?  Coś mi mówi, że wcale.

W każdym razie autor pomnika, Rainer Fest, przewidział, że podczas specjalnych uroczystości, np. podczas Niemieckiego Dnia Żałoby (Volkstrauertag), przedstawiciele wszystkich parafii przynoszą te cegły na cmentarz i układają je na pomniku.

Podwójna gablota za pomnikiem składa się z ośmiu tablic informacyjnych, niedużych, gdy teksty mają powiększoną czcionkę nie zmieści się tu więcej niż tyle, co normalnie na arkuszu A3. 16 arkuszy papieru maszynowego.

Czego ja właściwie chcę? Przecież sama twierdzę, że Foucault miał rację i historia umarła. A jak umarła, to umarła, to niech umarli grzebią swoich umarłych, a my się zajmijmy życiem.

Zatrudnieni tu robotnicy przymusowi byli w większości nieletni i pochodzili z Ukrainy, Rosji, Białorusi. Pracowali jako grabarze, nie grzebali jednak swoich umarłych, tylko berlińskich – tych co zmarli sami z siebie i tych, którzy zginęli w bombardowaniach.

Czytam i myślę. Kolejność tablic w gablocie jest tajemnicą, zaczynam czytać gdziekolwiek. Obóz pracy nie był, jak sądziłam, częścią znanego KZ Columbia-Haus. Był samoistną jednostką, założoną przez kościoły berlińskie, gdy zatrudniani przedtem robotnicy z Bułgarii okazali się zbyt drodzy. Urząd Pracy przyznał więc parafiom 100 robotników przymusowych do obsługi cmentarzy. Aby ich gdzieś pomieścić, zbudowano dla nich obóz. Nadano mu rangę obozu ważnego dla prowadzenia wojny („kriegswichtige Funktion”), co dawało mu pewne przywileje. Jeszcze nie wiem, jakie, domyślam się tylko, że przywileje dla obozu nie oznaczały przywilejów dla pracujących tu niewolników.

I tu się mylę. Sprawdzam jak zawsze w Internecie i dowiaduję się, że taka klasyfikacja nieco polepszała warunki życia pracujących w takich obozach robotników. Nie chodziło bowiem o to, żeby ich wykończyć, tylko o to, żeby jak najwydajniej pracowali.

Ale z kolei pracownik obozu musiał być „przydatny” czyli zdrowy i nie powinien był sprawiać kłopotów. Nieposłusznych odsyłano do „Arbeitserziehungslager” – „obozu wychowania przez pracę” co było eufemistyczną nazwą na KZ – Konzentrations Lager, obóz koncentracyjny. Osoby „nieprzydatne”, zbyt wycieńczone lub chore stawiano do dyspozycji Urzędu Pracy lub odsyłano bezpośrednio do tzw. „Sterbelager”, obozu-umieralni. Na ich miejsce Urząd przysyłał następnych jeńców.

Więźniowie obozu kościelnego obsługiwali wszystkie cmentarze w Berlinie. Ich praca była ważna, może nie dla machiny wojennej, ale na pewno dla sprawnego funkcjonowania miasta. Co rano pojedynczo lub po kilku wychodzili do pracy. Często bez obstawy policyjnej! Sami.

Byli ubrani w cywilne ubrania, a na piersiach mieli niebieską Ostmarkę – znaczek identyfikujący ich jako „Ostarbeiter”, robotników ze Wschodu – najwyraźniej władze nie chciały już samą nazwą przypominać zwykłym mieszkańcom miasta, że to niewolnicy. Jechali metrem lub autobusem, a „Ostmarka” upoważniała do jazdy za darmo. Mogli też wchodzić do sklepów, choć co mogli tam kupić? Mieli nawet pieniądze, zarabiali 146 RM miesięcznie, trzy razy mniej niż zatrudniani przedtem Bułgarzy, ale z tych pieniędzy niewiele zostawało, bo musieli zapłacić za… lokum i wyżywienie w obozie. Zresztą za pieniądze niewiele można było kupić, wszystko było na kartki, a kartek nie mieli. Byli niewolnikami, ale w jakimś sensie pozwolono im żyć jak ludziom. Nie mieszkali za kratami i pracowali bez policyjnego nadzoru. Było to jednak bardzo ciężkie życie.

Przede wszystkim byli bardzo młodzi. Głodowali, marzli, pracowali ponad siły, chorowali, nie mieli opieki lekarskiej, ani duchowej, choć byli przecież więźniami obozu pracy prowadzonego przez Kościół. Zresztą wcale tego nie wiedzieli, myśleli, że „zatrudnia” ich komunalne biuro pogrzebowe.

O tym jak żyli informuje druga wystawa w zamkniętym pawilonie na cmentarzu po przeciwnej stronie ulicy.

Obóz w roku 1945 wyzwolili Rosjanie i do roku 1995 nikt o nim nigdy nawet nie wspomniał. Ani historycy, ani sam Kościół. Był to kawałek historii wojny i historii miasta, o której wszyscy postarali się zapomnieć. Pierwsze informacje o tym, że taki obóz istniał pojawiły się w 50 lat po wojnie i zostały po prostu zlekceważone. Potraktowano je poważnie dopiero w kilka lat później.

Dokładnie 10 lat temu, w roku 2002 Kościół berliński przeprowadził to, co Niemcy nazywają „Traueraurbeit” – praca żałoby. To już była praca następnego pokolenia, tego, które spokojnie mogło się pokajać za winy, bo nie były to jego winy.

Jestem zdumiona i chyba nawet przestraszona. Rozumiem, że do winy korzystania z pracy niewolników nie przyznawali się przemysłowcy, kapitaliści, czy ja wiem – bezduszna administracja. Ale Kościół? 42 parafie – 39 parafii ewangelickich i trzy katolickie.

Ponawiam pytanie do samej siebie. Czego ja właściwie chcę? Co niby miało się zdarzyć i kiedy? Lepiej, że odpracowano tę żałobę teraz, niż żeby kościoły nie miały jej w ogóle wykonać. Nigdy. I że żałobę odprawili przedstawiciele sprawców, a nie…

Przecież wiem, że mieszkam w mieście, w którym Pomnik Holokaustu zbudowały sobie za własne pieniędze ofiary zbrodni. Holocaust Monument to dzieło żdowskie a nie niemieckie. I wznoszono je już za mojej, ludzkiej pamięci, w latach 2003-2006 czyli więcej niż pół wieku po wojnie. I pamiętam, jak politycy bronili się rękami i nogami przed tym, by im nie budowano pod nosem takiej „wypominajki”.

Obóz powstał z inicjatywy Kościoła. Z tekstów w gablotkach nie wynika, by ktoś Kościół przymuszał do korzystania z pracy jeńców. Z kilkunastu parafii katolickich w Berlinie tylko trzy przystąpiły do „spółki”. Nie wiem, jak radziły sobie pozostałe? Dalej zatrudniały Bułgarów i płaciły im trzy razy więcej czy też założyły jakiś inny obóz, o którym po prostu nic nie wiem, tak jak do zeszłej niedzieli nie wiedziałam i o tym obozie?

Szukam w internecie. Władze kościelne twierdzą, że innych takich obozów nie było, ani w Berlinie ani w całych Niemczech.

Był to jeden jedyny obóz.

Zaczynam poszukiwania kamieni z pomnika. Oczywiście – zapewne powinnam napisać do odnośnych parafii i po prostu zapytać. Ale tak naprawdę chciałabym sprawdzić, czego się dowie zwykły człowiek, gdy wejdzie z ulicy i zapyta.

Z kolei nie jestem w stanie obejść wszystkich 42 kościołów wymienionych na liście. Oto lista parafii ewangelickich, które wspólnie założyły obóz:

Andreas, Auferstehung, Christus, Dorotheenstadt,  Elisabeth, Emmaus, Friedrichsfelde, Friedrichswerder, Georgen, Gethsemane, Gnaden, Golgatha, Heiland, Hlg. Kreuz, Jacobi, Jerusalems- und Neue, Joh.-Evangelist, Karlshorst, Lankwitz, Luisen, Luisenstadt, Marien, Marienfelde,  Nazareth, Nicolai, Nikolassee, Parochial, Segen, Simeon, Sophien, St. Lukas, St. Markus, Köpenick, Stralau, Tegel, Thomas, Weißensee, Zion, Zwölf-Apostel.

A to parafie katolickie: St. Hedwig, St. Matthias, St. Michael.

Postanawiam więc, że zacznę od kościołów katolickich. Po pierwsze na liście są tylko trzy, po drugie myślę, że o ile kościół ewangelicki jest znakomity w służbie społecznej, o tyle podejrzewam, że katolicy mogą być lepsi w okazywaniu skruchy.

A zatem St. Hedwig – katedra św. Jadwigi w samym centrum miasta, na Bebelplatz (tu palono książki w 1933 roku), naprzeciwko Uniwersytetu przy ulicy Unter den Linden. Główny kościół katolicki Berlina, siedziba arcybiskupa, a przy tym świątynia, która wielorako wiąże się z Polską.

Patronką katedry jest Jadwiga Śląska, księżniczka niemiecka z Andechs, żona Henryka Brodatego i matka Henryka Pobożnego. Była, jak wiele średniowiecznych księżniczek, prawdziwą Chrześcijanką. Ufundowała liczne kościoły i klasztory, w tym pierwszy polski klasztor kobiecy w Trzebnicy, ale przede wszystkim słynna była z umartwień i pomocy, jaką niosła chorym i biednym. Zmarła w roku 1243, w roku 1267 została kanonizowana. Czczona jako patronka Polski i Śląska.

Król Prus Fryderyk II Wielki ufundował katedrę berlińską pod jej wezwaniem, co nie było działaniem ot takim sobie. Fryderyk przeprowadził w ciągu swego panowania trzy wojny śląskie, które doprowadziły do przyłączenia Śląska do Prus. Jednakże oderwany od Królestwa Czeskiego Śląsk nie był zachwycony nową przynależnością państwową. Zgoda na budowę kościoła katolickiego w protestanckim mieście i lokalna śląska patronka miały pozytywnie nastroić niechętnych śląskich katolików do protestanckiej władzy. W latach 1747-1773 zbudowano Jadwidze wielki kościół, a ją samą ogłoszono patronką całego miasta. Świątynia została zbudowana w stylu klasycystycznym, a konsekrował ją 1 listopada 1773 roku zaprzyjaźniony z królem Fryderykiem arcybiskup gnieźnieński, Ignacy Krasicki. Tak, ten sam, nasz wielki książę poetów… Nie obyło się zresztą bez głosów krytyki, że co Polakowi do katedry w Berlinie… Gdy umarł, został tu pochowany, a ciało jego przeniesiono do Gniezna dopiero w roku 1829.

Podczas wojny katedra została zniszczona, po wojnie odbudowana. W krypcie znajduje się grób bł. Bernharda Lichtenberga, proboszcza katedry w latach 1938-1941 – obrońcy Żydów. Lichtenberg został aresztowany w październiku 1941 roku, w maju 1942 roku skazano go na 2 lata więzienia. Zmarł w drodze do obozu w Dachau, 5 listopada 1943. W dniu 23 czerwca 1996 na stadionie olimpijskim w Berlinie papież Jan Paweł II dokonał jego beatyfikacji.

Gdy kościoły berlińskie podejmowały decyzję założenia obozu pracy przymusowej, Lichtenberg przebywał już w więzieniu i nie mógł zaprotestować. Bo wierzę, że by to uczynił.

W katedrze nastrój raczej turystyczny niż podniosły. W przedsionku nowiutka, właśnie otwarta wystawa o historii kościoła katolickiego w Brandenburgii w ogóle, a katedry – w szczególe. Trzon wystawy stanowią tablice o okresie nazistowskim. Prześladowania, ofiary… Ani słowa o tym, że katedra współpracowała przy zakładaniu obozu i ciągnęła zyski z zatrudniania jeńców sowieckich. Czyli w 10 lat po tym, jak (wreszcie) kościół zabrał się za „pracę skruchy i żałoby” katedra katolicka ani słowem nie wspomina o własnej winie.

Chodzę po kościele i kaplicach, zaglądam w kąty – nie ma kamienia. Myślę sobie, że na pomniku owe kamienie są niewielkie, ale przecież do kościołów przekazano je zapewne w jakimś stosownym pudełku i ze stosownym wyjaśnieniem. Czyli nawet niewielki kamień nie jest w stanie się zawieruszyć, jeśli mu się nie pomoże. Tu mu najwyraźniej udzielono odpowiedniej pomocy, bo nikt nic nie wie i nikt nic nigdy nie słyszał, ani o obozie, ani o kamieniu. Jeden z rozmówców też nie wie o co chodzi, ale podkreśla, że zrobili to ewangelicy, a katolicy nie mają z tym nic wspólnego. Mam napisać maila z zapytaniem, to ktoś postara mi się udzielić odpowiedzi.

Jadę do kościoła św. Michała. To też kościół z polskimi akcentami – kiedyś odbywały się tu msze po polsku, nawet całkiem jeszcze niedawno, teraz kościół jest remoncie, a za restaurację odpowiada polska firma konserwatorska z Wrocławia. U św. Michała informacje są podobne jak u Jadwigi, ale przynajmniej człowiek, który ze mną rozmawia, wie, o co pytam, wie że był obóz i że pomiędzy parafie rozdzielono ku przestrodze kamienie z pomnika. Wie nawet, że kamień tułał się gdzieś w głównym biurze w zupełnie innym kościele i w końcu zabrała go do domu Susanne, świecka pracownica nietatowa Rady Parafialnej…

Kolej na parafie ewangelickie. Trochę dzwonię, generalnie rozmowa jest łatwiejsza niż z katolikami, bo wszyscy moi rozmówcy wiedzą, o co pytam, ale też wszyscy odsyłają mnie do pani Lachenicht z Archiwum Kościelnego. Tam telefon nie działa, trzeba dzwonić na komórkę, a komórki nikt nie odbiera… Trudna rada, trzeba napisać maila…

Bardzo liczę na to, że czegoś się dowiem w ewangelickim kościele Heilig Kreuz Kirche na Kreuzbergu – Kościół św. Krzyża w dzielnicy Góry św. Krzyża. Jest to Kościół Otwarty, ma kawiarnię i centrum obrad. Prowadzi się tu pomoc dla bezdomnych i potrzebujących. Obywają się spotkania dzieci i seniorów. W niedzielę 30 września odbyła się msza dla ludzi i zwierząt. Tu się chadza na występy teatralne, koncerty, pokazy slajdów, a nawet na oglądanie fajerwerków sylwestrowych z wieży kościoła. Sama, bywało, czytałam tu swoje teksty. W roku 2012 kościół otrzymał Nagrodę Ekumeniczną. Tu też nie wiadomo, gdzie jest kamień, mam napisać maila…

Nieobecność osób, które mogłyby udzielić informacji i ich nie działające komórki są w tej sprawie symptomatyczne. Piszę maila do pani odpowiedzialnej za pracę nad upamiętnieniem głównego obozu przy lotnisku, tzw. Columbia Haus, licząc na to, że coś wie o tym, kto odkrył fakt istnienia obozu. Pytam, czy mogę zadzwonić na komórkę. Tak proszę, w tych i tych godzinach. Dzwonię, komórka nie działa. Muszę więc napisać maila…

Dzwonię do Evangelischer Friedhofsverband Berlin Stadtmitte, bo to oni 12 lat temu zainicjowali pracę w celu przypomnienia faktu istnienia kościelnego obozu pracy przymusowej. Chcę rozmawiać z szefem – po pierwsze, bo go znam, po drugie – bo w czasie, gdy rozdzielano kamienie, był pastorem Kościoła św. Krzyża. Nie ma go, mam napisać maila…

W pierwszym kontakcie ewidentnie kamienia nie da się zobaczyć. Piszę kilka maili, ale już wiem, co chciałam wiedzieć…

Wszędzie, gdzie się obrócę, osobisty kontakt ma zostać zastąpiony napisaniem maila. A ja nie chcę. Myślę, że nikt mi nie odpowie, ale myślę też, i jest to myśl jeszcze gorsza, że jak mi odpowie, to najpierw, nie mówiąc mi o tym, poszuka, gdzie ten kamień jest…

Być może tak też jest w ewangelickim kościele św. Krzyża, gdzie wreszcie po kilku tygodniach telefonowania i pisania maili udaje mi się dotrzeć do kamienia. Leży na stole w bocznej nawie, obok księgi gości. Prosty czarny czarny kamień z nazwą kościoła. Bez informacji i kontekstu nic nikomu nie powie.

Odpracowano żałobę, rozdzielono kamienie, wystawiono pomnik, urządzono wystawę, ale tak naprawdę nadal nikt nie chce pamiętać.

Niech umarli grzebią swoich umarłych.

18 listopada 2012, niedziela. Volkstrauertag, Dzień Żałoby Narodowej. To ów dzień, kiedy wszystkie kamienie mają symbolicznie wrócić na pomnik. Z kościoła św. Krzyża dostaję zaproszenie na uroczystości o godzinie 16. Jest ciemno i zimno, pierwszy naprawdę mroźny dzień tej jesieni. Zbiera się około stu osób, w tym dwoje muzyków – trębacz i akordeonistka – oraz grupa młodzieży, która na lekcjach religii zajmowała się tematem kościelnego obozu pracy. Każdy, kto kładzie kamień na pomniku, mówi głośno nazwę parafii i ewentualnie kilka słów. Dwie osoby informują, że kamień jest w ich kościele wystawiony na stałe – w jednym z kościołów na głównym ołtarzu, w jednym – koło chrzcielnicy. Pastor z parafii św. Krzyża, przyznaje, że sam nie wie, co z tym kamieniem zrobić. A więc miałam rację – ten kamień, jedyny, jaki do dziś udało mi się zobaczyć, ułożono dla mnie, polskiej dziennikarki.

Na apel stawili się przedstawiciele prawie wszystkich parafii ewangelickich. W dywanie z kamieni niemal nie ma luk. W imieniu parafii katolickiej z kościoła św. Michała pojawia się Susanne, ewidentnie nieoficjalnie, aczkolwiek w towarzystwie dwóch innych osób z Rady Parafialnej. Kładąc kamień mówi, że reprezentuje swoją parafię i że dołoży wysiłków, by w następnych latach pojawili się tu też przedstawiciele parafii św. Jadwigi i św. Mateusza.

„Dołoży wysiłków”.

Wspominam moją wizytę w kościele św. Jadwigi i wiem, że nie będzie to łatwe zadanie. Po uroczystości Susanne opowiada mi, że znalazła ten kamień w biurze parafialnym. Kamienie nie mają żadnego napisu, no i ewidentnie odnośne kościoły dostały go luzem a nie w pudełkach z informacją. Widać to choćby dziś, gdy przyniesione kamienie wyciąga się z plecaków, toreb plastikowych lub kieszeni płaszczy. Susanne myślała więc, że to przycisk do papierów. Przez przypadek, czyli dokładnie tak jak ja, zawędrowała kiedyś na cmentarz Nowej Jerozolimy, zobaczyła pomnik i pomyślała, że gdzieś już widziała taki czarny, wyszlifowany bazalt.

Kojarzenie faktów a potem szukanie informacji zajęło jej sporo czasu, ale w końcu dowiedziała się, znowu tak jak ja, że aby zobaczyć, co się dzieje z pamięcią i poczuciem winy, musi się pojawić dziś przy pomniku.

Patrzymy na rozchodzących się powoli ludzi i na pomnik pełen białych zniczy. Przeliczamy szybko, że na uroczystość przybyli przedstawiciele prawie 40 parafii ewangelickich – po dwie, trzy osoby, ponadto organizatorki, młodzież szkolna, pani pastor… Trudno powiedzieć, jak głęboko temat winy za prowadzenie przez Kościół obozu dla robotników przymusowych został w poszczególnych parafiach przepracowany, co wiedzą o tym parafianie, ale przynajmniej oficjalnie parafie ewangelickie stanęły na wysokości zadania.

Trzy parafie katolickie, w tym jedna będąca siedzibą Arcybiskupa, reprezentuje tylko Susanne i dwie towarzyszące jej osoby.

Mówię, że być może mój artykuł o obozie ukaże się w jednej z gazet katolickich w Polsce. „To dobrze”, odpowiada Susanne, „bo wtedy może wreszcie berliński kościół katolicki będzie musiał coś zrobić.”

Dopisane w dzień Wigilii. Czekałam ponad miesiąc na odpowiedź “jednej z gazet katolickich w Polsce”. Mieli odpowiedzieć, czy wydrukują mój tekst. Po miesiącu myślę, że znowu wiem coś, czego wcale nie chciałam wiedzieć. Wiem, że temat został formalnie “przepracowany”, a i tak nikt nie chce się z nim konfrontować. W Polsce też nie.

Jesień 2012