Barataria 68 Basilio

https://www.facebook.com/Yumi.Iloveballet/videos/1936906366329071/

To nie Barataria, ale balet Don Kichot. Taniec Basilia w wykonaniu Tetsuya Kumakawy.

A tu po kolei aż 13 solistów wykonujących tę partię, mniej więcej w połowie filmu – wariacje Basilia w wykonaniu Rudolfa Nurejewa.

Przypomnijmy: choreografia Marius Petipa, muzyka Léon Minkus.

Basilio, fryzjer, kocha piękną Kitri, na co nie zgadza się ojciec oblubienicy. Kochankowie uciekają, a Don Kichot i Sancho Pansa, pomagają im w zdobyciu ojcowskiego pozwolenia na ślub. Miłość zwycięża! Amor vincit! Basilio tańczy upojony szczęściem. Zaprawdę – wariacje Basilia. Podczas premiery baletu w grudniu 1879 roku w Teatrze Wielkim w Moskwie rolę Basilia zatańczył Sergiej Sokolov, a Kitri – Anna Sobeshchanskaya. Pisaliśmy już o tym balecie – Lech Milewski we wpisie o Petipie, ja opisując między innymi perypetie Matyldy Krzesińskiej, która nie mogła sobie poradzić z 32 fouettés en tournant w scenie ślubu Kitri i Basiliem.

Tetsuya Kumakawa, urodzony w roku 1972, otrzymał w roku 2006 piątą “Asahi Scenic Art Prize” za oryginalną interpretację choreograficzną baletu Don Quixote.

 

Barataria 67 Mały krok czyli…

Lech Milewski

…żelazna stopa klasycznego baletu

Mała stopa? Czy to zapalony amator czy też przypadkowy gość w krainie klasycznego baletu już na wstępie natrafi na to nazwisko.

Sięgam po najbliższy przykład – na tym blogu, miesiąc temu, pojawił się wpis: Barataria 62 – balet bez Baratarii – KLIK. A tam, w pierwszych linijkach:
“Premiera: 26 grudnia 1869 w Wielkim Teatrze Moskiewskim (Bolshoi Theatre)
Nowe przygody Pana i Giermka czyli balet Don Kichot
Muzyka: Ludwig Minkus
Choreografia: Marius Petipa / Rudolf Nuriejew
Libretto: Marius Petipa, od 1900 roku Aleksander Górski…”.

Marius Petipa – to o nim tu mowa.
Don Kichot, Bajadera, Sen nocy letniej, Śpiąca królewna, Dziadek do orzechów, Jezioro łabędzie – lista jest długa. Praktycznie choreografia każdego liczącego się baletu klasycznego jest właśnie jego autorstwa.

Petipa – tak przywykłem do tego nazwiska, że nie zastanawiałem się nad jego pochodzeniem – Petipa, Mazepa – typowe nazwisko z rosyjsko-ukraińsko-polskiego pogranicza.

Dopiero kilka dni temu zerknąłem do wikipedii aby dowiedzieć się o nim czegoś więcej – KLIK.
Już pierwsze linijki postawiły mnie w stan alarmowy – “…urodzony w Marsylii francuski tancerz i choreograf“.

Francuz?
To zaowocowało drobną zabawą językową.
Peti-pa – toż to będzie po francusku petit pas – czyli tytułowy mały krok.

Uznałem, że warto zrobić większy krok i opisać wszystko po kolei…

Mariusz Petipa, a właściwie Victor Marius Alphonse Petipa, urodził się w Marsylii 11 marca 1818 roku. Jego ojciec, Jean Antoine Petipa, był jednym z najbardziej respektowanych w Europie baletmistrzów. Matka Mariusa, Victorina, była uznaną aktorką.
W 1824 roku rodzina przeprowadziła się do Brukseli, wówczas było to miasto w Królestwie Zjednoczonych Niderlandów, gdzie Jean Antoine został zaangażowany jako baletmistrz w Royal Theatre de la Monnaie.
6-letni wówczas Mariusz uczył się muzyki i próbował tańca. Początkowo niechętnie, ale wkrótce przekonał się do tej sztuki.
25 sierpnia 1830 roku w Brukseli wybuchła rewolucja. Jej rezultatem było utworzenie Belgii jako samodzielnego państwa. Skutkiem ubocznym było zamknięcie teatru, co dla rodziny Petipa oznaczało utratę pracy.

Petipa

Po dość długim okresie wyczekiwania przenieśli się do Bordeaux, gdzie Petipa senior znalazł pracę jako baletmistrz. W Bordeaux Marius zakończył swą edukację baletową i następnie został zatrudniony jako pierwszy tancerz w balecie w Nantes. Tam również stawiał swe pierwsze kroki jako choreograf.

W 1839 roku ojciec i syn udali się na występy do Stanów Zjednoczonych. Wyjazd był zupełnym niepowodzeniem – po pierwsze większość mieszkańców tego kraju nie wiedziała, co to jest balet, po drugie amerykański impresario zniknął z większą częścią zarobionych przez zespół pieniędzy.
Na szczęście artyści mieli wykupiony bilet powrotny do Nantes. Dobrze poinformowane źródła donoszą, że Marius tak oczarował pewną zamożną pasażerkę, że udało mu się dojechać w jej kajucie (i nie tylko) aż do Paryża.
W Paryżu wystąpił na scenie Comédie Française oraz w Paris Opera, gdzie jego starszy brat, Lucien Petipa, był pierwszym tancerzem.

W 1841 roku Marius wrócił do Bordeaux, gdzie też był zatrudniony jako pierwszy tancerz. Tam też zaczęła się jego kariera choreograficzna.

Kolejny etap to trzy lata pobytu w Hiszpanii, gdzie Marius Petipa znowu został zatrudniony jako pierwszy tancerz – w Królewskim Teatrze w Madrycie. Było to okazją do zaznajomienia się z hiszpańską muzyką i tańcem.
Kolejna oczarowana kobieta. Tym razem była to córka szlachetnie urodzonej damy. Tak niefortunnie się złożyło, że matka, owa szlachetnie urodzona dama, była kochanką hrabiego Lionela de Chabrillan i hrabia podejrzewał, że Petipa chce uwieść jego ukochaną.
Nie pomogły żadne tłumaczenia, hrabia wyzwał Petipę na pojedynek. Bezpośredni wynik pojedynku nie jest mi znany, pośredni wynik był taki, że pojedynki były w Hiszpanii zabronione i Petipie groziła sprawa sądowa. Szybko wrócił do Francji.

Nie na długo – Paryż – i déjà vu – kolejny romans – tym razem zdradzony mąż wyzwał Petipę na pojedynek.
Tego było już dosyć. Wyjście było oczywiste – wysłać kłopotliwego młodzieńca do Rosji.

Czerwiec 1847, Petersburg, to był doskonały czas – dyrektor Cesarskich Teatrów, hrabia Aleksander Gedeonow, poszukiwał właśnie tanecznego partnera dla primabaleriny Eleny Andreanowej. Wspólny występ w balecie Paquita zakończył się sukcesem.

W następnym roku do syna dołączył ojciec. Ich wspólne produkcje – balety Satanella, Giselle, Korsarz – sprawiły, że Cesarskie Teatry odzyskały dawny blask.

W 1850 roku Mariusowi Petipie urodził się syn – Marius Mariusowicz. Owoc nieformalnego, krótkotrwałego związku – matką chłopca była Marie Thérèse Bourdin.

Surowszczikowa

W 1854 roku Marius ożenił się z baleriną Marią Sergiejewną Surowszczikową. Mieli dwoje dzieci – Marię Mariusowną i Jeana Mariusowicza.

Mimo dużych sukcesów jako tancerz i choreograf Petipa przez długie lata nie mógł się przebić na pozycję baletmistrza. Stanowisko to piastowali kolejno Jules Perrot i Arthur Saint-Léon, który stał się jego głównym rywalem.
Pewien przełom nastąpił w roku 1862 – premiera przygotowanego przez Petipę baletu Córka Faraona była kolosalnym sukcesem. Petipa został mianowany drugim baletmistrzem.
Dopiero w 1871 roku, po zakończeniu kontraktu Arthura Saint-Léon, Petipa uzyskał należną mu pozycję pierwszego baletmistrza.

Wtedy też rozpoczął się złoty okres rosyjskiego baletu. Kompozytorem Cesarskich Teatrów został Ludwig Minkus – autor wspomnianego na wstępie Don Kichota.
W 1875 roku Petipa rozstał się ze swą żoną i poślubił o 36 lat od siebie młodszą balerinę Lubow Leonidowną Sawicką. Mieli sześcioro dzieci.
W 1881 roku nowy dyrektor Cesarskich Teatrów, Iwan Wsiewołożski, przeniósł siedzibę cesarskiego baletu z Wielkiego (Bolszoj) Kamiennego Teatru (nie mylić z Teatrem Bolszoj w Moskwie) do Teatru Maryjskiego.

To były najlepsze lata kariery Mariusa Petipy. Wsiewołożski zlecił mu opracowanie nowych choreografii do wcześniejszych baletów jak Paquita, Giselle, Coppelia, Córka źle strzeżona (La Fille mal gardée), Jezioro Łabędzie. Jednocześnie przyciągnął do współpracy Czajkowskiego, czego wynikiem były balety Śpiąca Królewna i Dziadek do orzechów.

Przy okazji napomknę, że w tym okresie na scenie pojawiła się znana nam już ze wspomnianego na początku wpisu – Matylda Krzesińska. Petipa doceniał jej umiejętności taneczne, ale prywatnie nie lubił jej, nazywał ją paskudną małą świnią. Być może uważał, że wykorzystuje ona swe dobre kontakty z otoczeniem cara.

Początek XX wieku.

Petipa

Mimo swych 82 lat Petipa nie zwalniał tempa pracy. Zmierzch kariery przyspieszyła jednak nominacja Władimira Teljakowskiego na stanowisko dyrektora Cesarskich Teatrów. Nie lubił on Petipy i starał się ograniczyć jego działalność.
Przełomowym momentem był balet Romans róży i motyla, w którym Petipa obsadził 14-letniego wówczas Wacława Niżyńskiego. Dwa tygodnie przed premierą Teljakowski odwołał przedstawienie, nie uprzedzając o tym Petipy. Jako powód podał wojnę rosyjsko-japońską.

Rozgoryczony Petipa zakończył pracę i w 1907 roku przeniósł się na zasłużony odpoczynek do Gurzuf na Krymie. Wiele czasu spędzał ze swoimi licznymi wnukami.
Zmarł w 1910 roku. W jego pogrzebie w Petersburgu uczestniczyło wielu wybitnych przedstawicieli rosyjskiego baletu. Dyrekcja Cesarskiego Teatru nie wysłała żadnego reprezentanta.

Ale skąd ta żelazna stopa w tytule?
Oczywiście google zaprowadziło mnie na anglosaskie manowce.

Wkrótce po podboju Anglii przez Normanów, rok 1066, nazwisko Petipa zostało wprowadzone na Wyspy jako właściwe dla osoby niezmordowanej w chodzeniu lub dla żołnierza, który utracił stopę na wojnie. Petipa to angielska wersja francuskiego słowa pedefer, lub pied de fer, czyli żelazna stopa“.
Po więcej szczegółów proszę kliknąć w poniższy obrazek.

Petipa

Źródła:
The Marius Petipa Society – KLIK.

Barataria 66 reblog: Historia świata według EKSK

To jest taka opowiastka, która nie dość, że wyjaśnia powstanie posągów na Wyspie Wielkanocnej, ale jest przy okazji historią, która po prostu dzieje się w Baratarii. Dziwne, że Autor tego nie zauważył. Tę opowieść znalazłam na Facebooku, u człowieka, którego (chyba) nie znam osobiście, ale jest niewątpliwie odpowiednim znajomym odpowiednich znajomych i używa ksywy Tabor Regresywny. Nie wiem, o co chodzi, może o husytów, ale i tak przyznaję, że invidia mnie zalewa na myśl o tym, iż można było wymyślić sobie taki super pseudonim facebookowy. Aha, Autor twierdzi, że napisał historię seksu, a mnie się wydaje, że jest to jednak historia świata. Tak jak się ją rozumie w Baratarii 🙂

Mam wrażenie, że z rozwiązywaniem problemów jest jak z wybieraniem jaj z kurnika. Im więcej jaj wybieramy, tym więcej kury niosą. Spróbujmy łączyć problemy w większe grupy, może same się rozwiążą. Np. mam taki problem. Napisałem historię seksu i wstydzę się ją opublikować. Spróbuję ją połączyć z innym moim problemem. Od niedawna jestem emerytem – mam z tym problem. Gdy łączę ten z poprzednim problemem, robi się jeszcze większy problem. No to dołóżmy jeszcze jeden problem. Kiedyś zostałem mianowany Komandorem i po trzech dniach zdegradowany. Nie ważne , że chodziło o spływ kajakowy. Nie chcę być Komandorem zdegradowanym. Jak połączyć te trzy problemy wychodzi „Historia seksu wg emerytowanego komandora spływu kajakowego.” No i nie ma żadnego problemu. Działa?

No to raz kozie śmierć.

Historia seksu wg EKSK

Rozdział I.
Bóg stwarzając mężczyzn dał im orgazm, ale nie dał im wzwodu. Siłą rzeczy kobiety musiały opanować sztukę dzieworództwa. Cieszyły się dzięki temu niebywałym autorytetem i nieziemską urodą. Dzieci rodziły się ze śmiechem wyskakując niczym korek z butelki szampana. Ojcostwo ustalano w ten sposób, że ojcem zostawał ten, kto złapał takie dziecko w locie. Otrzymywał za to tytuł pomocy kuchennej i prawo do obierania ziemniaków, krojenia cebuli i ucierania marchewki. Niestety, kierowani ambicją mężczyźni wyprosili u Boga wzwód. Bóg postawił dwa warunki. Po pierwsze koniec włóczenia się po lasach, bierzecie się do pracy, po drugie coś wam zabiorę. Bierz, co chcesz, tylko daj nam wzwód – prosili. I Bóg dał im wzwód, a zabrał orgazm.

Rozdział II
Na drugi dzień mężczyźni wzięli się do pracy, po pracy dostali wzwód, pobiegli do kobiet się pochwalić, po czym oświadczyli, że teraz oni będą rządzić. Zajęli pierwsze miejsca przy ognisku i zaczęli rozmawiać o polityce, czyli kłócić się, kto ma dłuższego, szybszego i bardziej błyszczącego. Dziś ten spór nazywamy wyścigiem zbrojeń. Brak orgazmu kompensowali budując piramidy, stawiając posągi na wyspie Wielkanocnej, wznosząc łuki triumfalne i inne kolumny. Budowle te zostały niespodziewanie zaniechane, bo ktoś odkrył sztuczny sposób wywoływania orgazmu. Znalazło to smutne odbicie w architekturze bo przerzucili się na budowę lepianek ziemianek i szałasów. W tym czasie również zaczęło się zastępowanie wiary religią, sprawiedliwości zgodnością z przepisami prawa, mądrości inteligencją a radości życia różnymi uciechami. Aha, zaczęli też oglądać się za kobietami.

Rozdział III i ostatni.
Początkowo kobiety kpiły sobie z mężczyzn, ale życie pod męskimi rządami stawało się coraz bardziej nieznośne. Dzieci przestały się rodzić. W końcu kobiety zwołały Kongres, na którym, po demokratycznym głosowaniu, wybrały mniejsze zło. Uchwaliły, że trzeba poświęcić dziewictwo i w ten sposób wziąć władze w swoje ręce. By mężczyźni się nie zorientowali, pozostawiły im te śmieszne tytuły, którymi kazali się tytułować, te nikomu nie potrzebne stanowiska, na których się osadzili, a nawet pensje, które sobie przyznali, a i tak trafiały potem do kobiet. I wszystko wróciło by do normy, gdyby nie to, że po wypróbowaniu kilku systemów politycznych, mężczyźni wybrali demokracje parlamentarną jako najmniejsze zło. I tak wybierając, co cztery lata, mniejsze zło, wchodzimy w coraz większe g. bagno, a powinniśmy wychodzić. No i mamy, sztuczny wzwód, sztuczny orgazm do próbówki, i tylko czasami tak się zastanawiam – Czy my przypadkiem nie zamieniliśmy siekierki na kijek?

Barataria 65 czyli Lewiatany na Wilczej

Uwaga, “czytać ze zrozumieniem”!

Mieczysław Węglewicz

wpisał pod 63 odcinkiem o Bratarii taki oto komentarz:

o Baratario, potworze morski, Lewiatanie
wyspo karaibska
pachnąca oceanem
lirycznie wzniosła,
miłosna
kawiarnio
światu się skarżyć muszę
w Twojej sprawie
jakże zamknięta jesteś że już nawet
wspomnień nie ma i poruszeń
nie mówiąc o kawie

PS. Wiersz dotyczy kawiarni przy Wilczej 69 w W-wie. Wiele razy piłem tam kawę w latach studiów tj 1973-1980. Kawiarnia ozdobiona była cytatem z Gałczyńskiego ..o…Baratario…itd! umieszczonym na ścianie. Kiedy po wielu latach odwiedziłem ponownie to miejsce, była tu kuchnia wietnamska. Obecnie, tj w sobotę 4 maja 2018 lokal przygotowywany jest do wynajęcia. Na szybie zamieściłem powyższy tekst.
Pozdrawiam Mieczysław Węglewicz
znajomy z Camino de Santiago

Komentarz mnie zachwycił, zwłaszcza że już przed rokiem, w odcinku numer 6, pisałam o tej niegdysiejszej kawiarni Barataria, po której ślad zaginął… Przy okazji był    to komentarz 2222, co już uprzednio postanowiłam uczcić, przyznając autorowi nagrodę specjalną (przyznałam!) No i ucieszyło mnie nadzwyczaj, bo Mietek…

Z Mietkiem spotkaliśmy się w Drodze. Ci, co byli w Drodze, wiedzą, co mam na myśli. Ja spałam w małym hospicjum dla pielgrzymów, on, zawinięty w śpiwór, gdzieś pod krzakiem. Zaczęliśmy rozmawiać, gdy wychodziłam na drogę. Tą zwykłą, choć jest ona oczywiście wszędzie również metaforyczną Drogą. Zapytał, czy mogę mu coś przynieść ze schroniska, z kuchni i z takiej półki, na której leży to, czego ktoś nie potrzebuje, a inny może akurat pożąda. Najczęściej są to książki, ale bywają torby, plecaki, buty, kosmetyki… Z kuchni też można wszystko wziąć, podobnie jak można wszystko zostawić, makaron, ser, owoce, które są zbyt dojrzałe, żeby zabrać je do plecaka.  Przyniosłam mu skarpety, oliwę i chleb. Zrobił nam herbatę na malutkim prymusie. Był prawdziwym pielgrzymem, miał ze sobą minimalny bagaż, ale było tam wszystko, co potrzebne, by obyć się bez całej tej infrastruktury dla wędrowców. Spał  pod gołym niebem, sam sobie gotował. “Po to jest pielgrzymka”, powiedział. “Musi być jednak trochę trudno”. Pogadaliśmy chwilę, ale nie mogliśmy pójść dalej razem, bo był dwa razy szybszy niż ja. Ja szłam 20-25 kilometrów na dzień (maksimum osiągnęłam przed kilkoma dniami – 34 kilometry), on pokonywał co najmniej 40 kilometrów, a często prawie 50. Był jedną z najbardziej wyrazistych postaci, jakie spotkałam w Drodze. Znalazł po drodze kamień w kształcie serca i niósł go dla żony.

Poprosiłam o dalsze informacje, a może nawet wpis na blog. Informacje przychodziły każda osobno i tak je tu zamieszczę:

Potem w miejscu Baratarii przy Wilczej 69 nadal panował duch sztuki. Po wietnamskiej sztuce kulinarnej to miejsce wynajęła f-ma nomen omen Sztuka Mięsa… Była jeszcze Wilcza 69 U Jadzi, na pewno po Baratarii, ale nie wiem kiedy – najpewniej przed Sztuką Mięsa.

W każdym razie sztuka.
Smutek swój po Baratarii opisalem w wierszu w styczniu (29 01) 2018 roku, kiedy po wielu latach ponownie odwiedzilem to miejsce.
I ,,zdjąłem” tę witrynę – wtedy zakratowaną.
Znowu tu bylem 4 maja i na szybie dawnej Baratarii przykleiłem ten swój wiersz z informacją, że kondolencje przyjmuję pod nr 602 520 458 – to mój numer.
Tego dnia ktoś do mnie zadzwonił, pewna zaniepokojona pani…
,,O co chodzi w tym ogloszeniu na szybie??”, zapytała, ,,bo wie pan, kiedyś miałam tu sklep, potem go wynajęłam, a ta osoba się nie rozliczyła, więc ja myślałam, że to coś z tym związane jest…”
“To nie jest ogłoszenie, to wiersz jest smutny”, odpowiedzialem uspokajająco….
,,A to przepraszam, w takim razie to nieważne jest, do widzenia”, powiedziała i zakończyliśmy rozmowę.
Wygooglowałem jej numer telefonu… Sztuka Mięsa.

“O Baratario! O transmogryfikacjo, która holenderujesz natomiast! Czeluść otwarta! Słońce w znaku Wodnika! Zorobabel krąży na wysokościach!”
P.S. Na ścianie kawiarni było krócej – może do Wodnika…

Na wszelki wypadek dodam, że to cytat z Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego
Babcia i wnuczek czyli Noc cudów
Farsa w dwóch aktach z prologiem i intermedium

Barataria 64: przewrotna teza Kaczmarskiego

Ewa Maria Slaska

Gdy tydzień temu szukałam dla Was gwiezdnej Wyspy Marzeń, którą w operze Masseneta Don Kichot przed śmiercią ofiarował Sancho Pansie, zauważyłam taką oto piosenkę:

Don Kichot z Manczy, jak się snadnie
Przekona ten, co rusza głową,
Nie umiał się zestarzeć ładnie.
Nie chciał spierniczeć sielankowo.

Tylko – gdy pierwszy promień słońca
Z nad horyzontu się wynurzał,
Don Kichot gapił się bez końca
Na wiatrak, który stał na wzgórzu.

I żal było mu, że już nie czas
By dawne boje toczyć.
Że brak w piersiach tchu, by jeszcze raz
Na Rosynanta skoczyć.

I hiszpański wiatr, gorący wiatr
Nie zagra mu bolera.
I nie będzie bard, wędrowny bard
Opiewał bohatera.

Ech, zagrać by znów jedną z tych scen,
Jak dawniej kopie kruszyć.
I nasiekać łbów, na wiatrak ten
Na Rosynancie ruszyć,

Bić w te skrzydła dwa, te skrzydła, co
Bezczelnie w niebo sterczą
I wciąż się zda, wciąż ci się zda,
Że śmieją się szyderczo,

I wciąż raz po raz dwóch skrzydeł skrzyp
Odmierza mknący rączo
Czas – okrutny czas,
Niełaskaw dla rycerzy, co się kończą.

Przesłanie:

Wielka jest Twoja menażeria,
Lecz proszę, dojrzyj nas o Panie,
Gdy nam już po donkiszoteriach,
Przyjdzie spierniczeć i skapcanieć.

Spraw wtedy, boś Ty mądry sternik,
By nas nie trzęsła szajba taka,
By mógł spokojnie każdy piernik,
Obok swojego przejść wiatraka

(Gdy słucha się tej piosenki teraz, po śmierci Młynarskiego, wydaje się, że może artysta napisał ją w przeczuciu własnej śmierci, ale nie, to stara piosenka – nagrana w roku 1971. Na marginesie dodam, że balladę tę wykonywał na koncertach Michał Bajor, ale nigdy jej nie nagrał.)

A potem jeszcze i to (Opole rok 1981 i wspomnienie Czerwca 1956)

Don Kichot, słowa, śpiew: Maciej Rzepka

***

Ci dwaj może mniej znani, ale teraz dwie piosenki Jacka Kaczmarskiego, o Don Kichocie i o Cervantesie. I tu jest jednak i nasza Wyspa… Bo Sancho się nadziejami łudzi, że będzie rządził wyspą całą, bo rządzić modnie. Ta teza budzi wątpliwości Don Kichota, pyta więc sam siebie: po co mam sługę ze snu budzić, by z pragnień tworzył ideały, a z ideałów zbrodnie?

Czoło mi stary garnek studzi,
Niesie wierzchowiec sparszywiały,
Lecz niesie godnie.

Nie widzę celu w drodze ludzi,
Co z pragnień tworzą ideały,
A z ideałów zbrodnie.

Sancho się nadziejami łudzi,
Że będzie rządził wyspą całą,
Bo rządzić modnie.

Po co mam sługę ze snu budzić,
By z pragnień tworzył ideały,
A z ideałów zbrodnie.

Mnie byle mrzonka nie podjudzi,
W prawdziwej bom tęsknocie trwały
Miłości siodle.

Dlategom obcy pośród ludzi,
Co z pragnień tworzą ideały,
A z ideałów zbrodnie.

Sancha świat, który widzi, nudzi,
Ja go uważam za wspaniały
Podarek od niej.

Brak sensu każdy obraz zbrudzi
I z pragnień zrodzi ideały,
A z ideałów zbrodnie.

Sługa chce złudy, ja opoki,
Sługa chce złudy, ja opoki,
Myślą szlachetne tworząc fakty.

Tak wędrujemy przez epoki,
Tak wędrujemy przez epoki,
Sancho – marzyciel i ja – praktyk.

***

Ach gdyby ludzie się dzielili
Na wiernych i niewiernych
Myślałem w tej jedynej chwili
Gdy starły się galery
A Turków wrzask i nasze krzyże
Dym nad zieloną falą
Zepchnęły moje myśli niżej
Związały dłoń ze stalą

Ach gdyby prawda była prawdą
Że świat się lepszy stanie
Myślałem nad podwójną gardą
W poświście jataganów
A prochów swąd i krwi kleistość
Modlitwy głów odciętych
Kazały pytać ile istot
Powiększy poczet świętych

Ach gdyby sprawa której służę
Stała się sług swych godna
Myślałem idąc w jeńców sznurze

Krokami w rytm batoga
Handlarzy ludzkim ciałem chciwość
Zwierzęcość poniżonych
Prosiły myśl o inny żywot
W bezsenną noc wyśniony

Ach śmieszność tych co chcą powagą
I sensem los przesycać
Z niewoli wykupiony jadąc
Myślałem syt goryczy
Grubiaństwo brud i płatna miłość
Witały bohatera
Gdzie tym co będzie jest i było
Świat w śmiechu poniewiera

Tęsknotą w moim ciemnym domu
Miecz zardzewiały świeci
I niezniszczone lśnią bastiony
Nad równinami śmieci
Po pas w nich brocząc błędny rycerz
Przemierzam drogi chwały
Biją bezładne nawałnice
W moje ułomne ciało

I tak dalej…

Barataria 63: Wyspa marzeń

Ewa Maria Slaska

Śmierć Don Kichota – opera

Muzyka: Jules Massenet

Libretto: Henri Cain
w oparciu o sztukę Jacques’a Le Lorrain Le Chevalier de la longe figure (Rycerz długiej postaci, 1904)

Premiera: 19 lutego 1910 w Monte Carlo

Opera w pięciu aktach. Akcja rozgrywa się w Hiszpanii w XVI w.

Litografia George Rochgrosse’a, wykonana w roku 1911 z okazji premiery sztuki w Teatrze Rozrywki w Paryżu  

Akt I
Do jednego z hiszpańskich miasteczek, w którym trwa właśnie huczna zabawa, przybywa Don Kichot. Owacyjnie witany przez tłum, opowiada o swoich ostatnich przygodach. Zazdrosny o znajdującą się wśród słuchaczy Dulcyneę, młody Juan wyzywa go na pojedynek. Dziewczyna przerywa jednak walkę. Don Kichot w wyszukanych słowach prosi piękną dziewczynę o rękę. Znana z dość swobodnych obyczajów Dulcynea, pół żartem pół serio przyjmuje jego oświadczyny. Stawia mu jednak warunek. Ma odzyskać zrabowane jej przez zbójców klejnoty.

Akt II
Don Kichot wyrusza więc na poszukiwanie szajki zbirów. Jego wierny sługa, Sancho Pansa, ceniący spokój i wygody, wciąż uskarża się na swój los. W drodze spotykają ich nieprawdopodobne przygody. Niezwykłych cech przydaje im bujna wyobraźnia rycerza. Stada świń i owiec bierze on za szeregi nieprzyjaciół. Stojące na wzgórzu wiatraki stają się w jego umyśle groźnymi olbrzymami. Stacza z nimi wyimaginowaną potyczkę i zostaje boleśnie potłuczony uderzeniami obracających się skrzydeł.

Akt III
Po długiej wędrówce Don Kichot natrafia na zbójów w dzikich wąwozach gór Sierra Morena. Zostaje przez nich pojmany i skrępowany. Jednak jego bohaterska postawa tak imponuje rozbójnikom, że postanawiają puścić go wolno, a nawet zwrócić zrabowane Dulcynei klejnoty.

Akt IV
Don Kichot wraca do ukochanej, wprawiając ją w osłupienie. Wzruszony, ponownie prosi o jej rękę, ale dziewczyna odmawia. Widząc jego przygnębienie, opowiada mu szczerze o swoim życiu. Choć wielkoduszny Don Kichot wybacza jej, jest tymi wyznaniami zdruzgotany. Dobry Sancho namawia go, żeby ponownie wyruszył w świat – tym razem na poszukiwanie krainy, w której ludzie są lepsi i szlachetniejsi.

Akt V
Szokujące wyznania ukochanej kobiety podkopują optymizm Don Kichota i niszczą jego siły fizyczne. Odwrócony od świata, umiera w końcu na pustkowiu, w towarzystwie wiernego Sancha Pansy. W przedśmiertnej wizji widzi jeszcze wyidealizowaną postać swojej wybranki – na jego twarzy pojawia się ostatni uśmiech.

(Streszczenie libretta według “Przewodnika operowego” J. Kańskiego)


Ciekawe, że w niemieckim opisie opery czytamy coś zupełnie innego. Po niemiecku rzecz dzieje się w średniowiecznej Hiszpanii, podczas gdy polski autor zakłada, że jest to Hiszpania renesansowa. Po polsku w akcie I w miasteczku odbywa się fiesta, po niemiecku – czterech zalotników Dulcynei śpiewa dla niej serenadę. Polskie klejnoty Dulcynei (niemieckie perły) porywa tam szajka, tu zaś jeden, ale za to słynny zbój. Don Kichot nie prosi o rękę Dulcynei, jeno ofiarowuje jej zamek. I tak dalej…

Lucien Fugère 1910 w roli Sancho Pansy

Tym niemniej opis niemiecki bardziej niż polski wiąże się z naszymi wędrówkami w poszukiwaniu Baratarii, bo oto w akcie IV, gdy Pan i Giermek przybywają do miasteczka, przywożąc Dulcynei jej stracony naszyjnik, Sancho Pansa upomina się o swą obiecaną wyspę. W akcie V umierający Don Kichot przypomina sobie o swych niewypełnionych zobowiązaniach i obiecuje Giermkowi wyspę… Wyspę Marzeń.

ACTE CINQUIÈME

2me Interlude

Rideau
Dans le chemin raviné de la vieille forêt.

C’est la nuit, une nuit étoilée très claire.
Jupiter brille dans tout son éclat.
Don Quichotte repose, debout contre le tronc d’un chêne.
Sancho le veille comme un enfant; il attise un feu de sarments qui réchauffera son “Grand.”

SANCHO
avec simplicité, attendrissement et ferveur
O mon maître, ô mon Grand! dans des splendeurs de songe
Que ton âme s’élève aux cieux loin du mensonge,
Et que ton coeur si doux plane dans les clartés,
Où tout ce qu’il rêva devient réalité!
O mon maître! ô mon grand!

DON QUICHOTTE
Écoute… mon ami, je me sens bien malade!
Mets ton bras sous mon cou,
Sois l’ultime soutien
De celui qui pansa l’humanité souffrante…
Et survécut à la Chevalerie Errante?

SANCHO
comme un murmure
Mon maître!

DON QUICHOTTE
Sancho, mon bon Sancho, nous allons nous quitter…
Ingrat, vas-tu me regretter?
avec une intimité attendrissante
Déjà… tes yeux… revoient le village… où tu fus enfant…
Et te voici rêvant? aux bois mystérieux? de la terre natale!

SANCHO
désolé
Non! non!

DON QUICHOTTE
avec une infinie douceur
Mais, mon pauvret, c’est la chose fatale!
avec un pâle sourire
Tu n’es qu’un homme enfin, tu veux vivre?
Et je meurs…

SANCHO
larmoyant
Mon maître! mon maître!

DON QUICHOTTE
fièrement et simplement; en suprême et sublime effort se redressant
Oui! je fus le chef des bons semeurs!
J’ai lutté pour le bien, j’ai fait la bonne guerre! ah!
Il étouffe. Don Quichotte retrouve la parole.
Sancho, je t’ai promis naguère… des coteaux…
Des châteaux… même une île… fertile…

SANCHO
très doux et modeste
C’était un simple îlot que je voulais avoir!

DON QUICHOTTE
continuant et souriant
Prends cette île qu’il est toujours en mon pouvoir
De te donner!
dolcissimo
Un flot azuré bat ses grèves…
Elle est belle, plaisante? et c’est l’île des Rêves!
Sancho pleure.
émotionnant et simple

Ne pleure pas Sancho, mon bon, mon gros Sancho!

SANCHO
Laissez-vous délacer; comme dans un cachot,
Vous étouffez, mon grand, dans cet habit d’apôtre!

DON QUICHOTTE
arrêtant le geste de Sancho et très grave, très pieusement doux
Je meurs…
Fais ta prière et dis la patenôtre?
Il baise la tête et défaille. Sancho, avec précaution, le cale contre l’arbre.
désignant Jupiter à qui il tend les bras.

L’Étoile!

LE VOIX de DULCINÉE
très au loin
Ah! le temps d’amour a fui…
Où vont nos bonheurs? adieu! bonheurs! adieu!

DON QUICHOTTE
Dulcinée! avec l’astre éclatant
Elle s’est confondue…
C’est bien elle!
La lumière, l’amour, la jeunesse…
Elle! Vers qui je vais? qui me fait signe? qui m’attend!

Il meurt.

SANCHO
dans un cri déchirant
Mon Maître adoré!

Zakończenie opery, ostatnia rozmowa Pana i Giermka, od 6 minuty 38 sekundy obaj mówią o wyspie. Partię Don Kichota śpiewa Mikołaj Giaurow.

Barataria 62: balet bez Baratarii

Ewa Maria Slaska

Nowe przygody Pana i Giermka czyli balet Don Kichot

Muzyka: Ludwig Minkus
Choreografia: Marius Petipa / Rudolf Nuriejew
Libretto: Marius Petipa, od 1900 roku Aleksander Górski
Premiera: 26 grudnia 1869 w Wielkim Teatrze Moskiewskim (Bolshoi Theatre)

Istnieją trzy wersje baletu, moskiewska z roku 1869, sanktpetersburska z roku 1871 (obie autorstwa Petipy) i wersja poprawiona przez Akesandra Górskiego z roku 1902, ta, którą wystawia się do dziś; w tej wersji rolę zakochanej Kitri zatańczyła Matylda Krzesińska, polska tancerka Tetaru Maryjskiego w St. Petersburgu, w której zakochał się następca tronu (a potem ostatni car Rosji), Mikołaj II – zresztą wszyscy to na pewno świetnie wiedzą, wszak w ubiegłym roku na ekranach kin pojawił się rosyjski film Aleksieja Uczitiela Matylda, który nacjonalistycznie nastawieni Rosjanie próbowali na całym świecie bojkotować, bo przypomnienie carskiego romansu obrażało pamięć o świętym (to nie  ironia – Mikołaj II po upadku komunizmu został kanonizowany) wszechrosyjskim władcy, zamordowanym wraz z żoną i dziećmi przez Sowietów. Matylda jest przepięknym (jeśli ktoś lubi kicz w wielkim stylu) kostiumowym romansem, rozgrywanym przez obwieszone klejnotami postaci w pełnych przepychu wnętrzach. Mikołaj, choć bardzo chce wziąć ślub z kochanką, przygotowuje się jednocześnie do ślubu z Alicją, księżniczką heską, która jako caryca przybierze imię Aleksandry. Film dzieje się jeszcze przed ślubem i koronacją Mikołaja i przypomina przy okazji niezwykły pojedynek pomiędzy dwiema primabalerinami carskiego baletu – Matyldą Krzesińską i Pieriną Lignani na… piruety. Legnani, Włoszka, uważana za najwspanialszą primaballerinę wszechczasów, była pierwszą tancerką, której udało się wykonać tzw. fouetté en tournant z 32 obrotami. W filmie ambitna Polka próbuje dorównać rywalce, co jej się w końcu udaje. Krwawiące stopy Matyldy i pożar je pałacu na sztucznej wyspie stanowią niewątpliwie główną atrakcję tej filmowej opowieści bez happy endu.

W słowniku terminologi baletowej polskiej Wikipedii znajdujemy takie oto wyjaśnienie: Fouetté – termin oznaczający rząd tanecznych pas przypominających obracającego się bąka. F. na 45° to wirtuozerskie obroty na palcach, w czasie obrotu pracująca noga “zamachuje się” za łydkę nogi oporowej, zgina w kolanie, jej nosek z tyłu przenosi się do przodu, potem noga silnie wyprostowuje się z równoczesnym opuszczeniem nogi oporowej w demi-plié (pół ugięcie). (Nawiasem mówiąc, to wygląda mniej więcej tak, trzeba to tylko obejrzeć 32 razy).

Fouetté stanowi najczęściej kulminację w różnych formach tańca klasycznego, zwykle w pas de deux np. w Jeziorze łabędzim czy Don Kichocie. I tak to, jak zwykle w tych wędrówkach po kulturze, dokądbyśmy nie poszli i tak “wracamy do naszych baranów”.


Natalia Maria Wojciechowska, autorka portalu Baletowe ABC, pisze

HISTORIA I CIEKAWOSTKI
  • Już w 1614 roku w królewskim Luwrze tańczono balet dworski Don Quichotte. Później motywy z dzieła Cervantesa zadomowiły się w balecie na stałe, owocując przez 400 lat dziesiątkami nowych opracowań. Prawdziwą furorę zrobił jednak dopiero balet Mariusa Petipy z muzyką Ludwiga Minkusa (1869), bo trwa na scenach do dzisiaj, odświeżany i przetwarzany przez kolejne pokolenia choreografów.
  • W 1740 roku Franz Hilvedring jako pierwszy wystawił Don Kichota w wersji dwuaktowej,
  • W 1768 Jean George Noverre rozbudował wersję Hilvedringa i jak poprzednik wystawił swoją wersję w Wiedniu – do muzyki Josefa Starzera,
  • W 1808 roku Charled Didelot znany jako „ojciec rosyjskiego baletu” wystawił w Petersburgu dwuaktową wersję Don Kichota,
  • W 1839 roku Paul Taglioni (wujek Marii Taglioni) wystawił własną wersję tego baletu w Berlinie,
  • W 1843 roku wujek Paula Taglioniego – Salvatore Taglini – wystawił swoją produkcję Don Kichota w Turynie,
  • Odtwórczynią roli Kitri podczas światowej premiery w roku 1869 w Moskwie była Anna Sobeshchanskaya
  • W 1871 – 21 listopada w Teatrze Kamenny w Petersburgu została wystawiona rozszerzona przez Petipę i Minkusa wersja w 5 aktach i 11 obrazach,
  • W 1924 roku zespół Anny Pawłowej, co prawda w kawałkach, ale jako pierwszy wystawiał balet Don Kichot poza granicami Rosji,
  • W 1950 Ninette de Valois wystawiła swoją wersję Don Kichota, wykonaną przez zespół Royal Ballet,
  • W 1962 roku po raz pierwszy poza Rosją została wystawiona oryginalna rosyjska wersja Don Kichota zatańczona przez Ballet Rambert,
  • W 1965 roku George Balanchine stworzył współczesną wersję Don Kichota dla New York City Ballet,
  • W 1966 Rudolf Nureyev wystawił swoją wersję tego baletu, którą stworzył dla baletu wiedeńskiego (Vienna State Opera Ballet),
  • W 1973 roku wersja Rudolfa Nureyeva tańczona przez balet australijski została sfilmowana,
  • W 1980 roku Michaił Barysznikow stworzył własną wersję dla American Ballet Theater, którą tańczyło wiele zespołów na całym świecie,
  • W 1900 roku 6 grudnia Aleksander Górski wystawia w Petersburgu swoją wersję Don Kichota z nowymi tańcami, jak wariacja Królowej Driad do muzyki Antona Simona,
  • Kiedy Aleksander Górski ponownie w 1902 roku wystawiał Don Kichota kompozytor Riccardo Drigo nalegał na wstawienie dwóch wariacji skomponowanych przez niego dla Matyldy Krzesińskiej,
  • Wersja Górskiego nie została dobrze przyjęta przez zwolenników Petipy oraz baletomanów i była postrzegana przez długi czas jak okaleczenie pracy Petipy,
  • Wersja Górskiego stała się stałą pozycją Teatru Bolszoi oraz Kirov.

No dobrze, to wreszcie opowiedzmy sobie, o czym jest ów balet:

PROLOG
Don Kichot, naczytawszy się ksiąg o przygodach błędnych rycerzy, postanawia wyruszyć na poszukiwanie ideału piękna, jakim dla niego jest Dulcynea. Towarzyszy mu wierny sługa Sancho Pansa.

AKT I
Na placu miasteczka codzienny gwar i krzątanina. Kitri, córka właściciela gospody, Lorenza, tańczy z przyjaciółkami. Dziewczyna jest zakochana w Basiliu, ale jej ojciec nie zgadza się na małżeństwo z biednym cyrulikiem – swata jej na męża bogatego Gamacha.
Na rynek wkracza niecodzienna postać: Don Kichot. Jest oczarowany tańczącą Kitri, która jawi mu się jako uosobienie Dulcynei. Składa jej rycerski hołd uwielbienia, który zostaje przyjęty z humorem. Wkrótce zręcznym manewrem Kitri znika wraz z Basiliem, a Lorenzo, Gamache i Don Kichot z Sancho Pansą rzucają się za nimi w pogoń.
W tawernie zebrali się matadorzy i Espada, adorujący uliczną tancerkę. Zainteresowanie wszystkich szybko przenosi się na tańczącą Mercedes. Uliczna tancerka nie chce dać za wygraną. Nieporozumienie przerywa pojawienie się Kitri i Basilia oraz całego goniącego ich towarzystwa. Lorenzo próbuje zmusić córkę do małżeństwa z Gamachem, co widząc Basilio – pozoruje samobójstwo. Lorenzo zmuszony przez Don Kichota, udziela błogosławieństwa Kitri i „umierającemu” Basiliowi. Chłopak natychmiast ożywa i młodzi uciekają. Oszukany Lorenzo i Gamache gonią ich, za nimi zaś podąża błędny rycerz z wiernym sługą.
Don Kichot jest przekonany, że to miłość wskrzesiła Basilia.

AKT II
Noc, Cyganie przy ognisku. W sam środek zabawy wpadają goniący Basilia i Kitri. Don Kichot dostrzega stojący nieopodal wiatrak i bierze go za wcielenie złych mocy. Rzuca się do walki, a wszyscy przerażeni uciekają.

Sancho Pansa pielęgnuje potłuczonego pana. Don Kichot jest oszołomiony; wydaje mu się, że Amor prowadzi go do krainy Driad. Jedną z nich jest Kitri – Dulcynea. Sancho cuci Don Kichota. Oto pojawia się spacerująca po lesie para – księżna z orszakiem, która zaprasza błędnego rycerza na zamek.

AKT III
Na zamku pojawiają się wszystkie znane nam postaci. W honorowym pojedynku Don Kichot zmusza natrętnego Gamacha do rezygnacji z ręki Kitri. Młodzi są szczęśliwi.

Błędny rycerz w towarzystwie wiernego Sancho Pansy udają się w dalszą drogę na poszukiwanie ideału piękna.


Od lutego balet w nowej wersji przygotowanej przez Víctora Ullate można obejrzeć w Deutsche Oper (Operze Niemieckiej) w Berlinie; najbliższe terminy: 27 kwietnia, 4 maja, 2 czerwca, 17 czerwca i 2 lipca. Bilety w cenie od 29 do 95 euro.

Zauważyliście oczywiście, że wideo kończy się owym słynnym Fouetté, tańczonym ongiś przez piękną Matyldę.

Barataria 61 czyli Jeść wiśnie z możnym panem

Hrabia Christian Ernest von Benzel Sternau

Deutscher Text gleich unter dem Bild

Tak jak obiecałam, dziś tekst jednej ze sztuk pana Hrabiego: Kozioł ofiarny czyli Niedobrze jest jeść wiśnie z możnym panem.

Tu wersja po polsku         Hier Original auf Deutsch

Ewa Maria Slaska

Jak to los dziwnie plecie… wybierając sztukę do tłumaczenia zupełnie na chybił trafił, trafiłam nie chybiając na historię, gdzie jeden z bohaterów to Hrabia, a w pierwszym rozdziale rozmawiający panowie (a tak, bo to sztuka, gdzie tylko panowie grają – jeden zresztą całkiem nieobecny) mówią o położonym nad Wisłą Królestwie Sarmacji i jego pseudokrólu. Nie zajęłoby mnie to specjalnie, wszyscy wiemy, że sztuki teatralne rozgrywają się … “gdzieś” (chętnie na wyspach Baratariach), a już szczególnie interesujące jest to “gdzieś” w szekspirowskiej Opowieści zimowej (już… gdzieś o tym pisałam), która dzieje się w Czechach, a dopływa się tam statkiem. Myślałabym więc, że to “gdzieś” w sztuce Niedobrze jest jeść wiśnie z możnym panem, to właśnie taka Sarmacja gdzieś (ależ to wyraz, to “gdzieś” – jak go tu powtórzyłam kilka razy, to aż mnie zamurowało z wrażenia – przecież to nie może być naprawdę to “gdzieś”!)

Tym niemniej w scenie gdzie pojawia się Sarmacja, w rozmowie Sekretarza z Opatem, gdy już jezuicki księżulo z Anglii drogo sprzedał sekretarzowi Ministra Imperium Niemieckiego zgodę na wsparcie kandydatury… dobrze, o tym później, bo się tu zaplączemy. Na razie wystarczy, jeśli powiem, że na końcu pertraktacji Sekretarz, zresztą Czech w służbie cesarskiej, pozwala sobie na boku na maleńką kąśliwą uwagę, że teraz zapłaci szczwanemu angielskiemu jezuicie, ale on i tak na szubienicy skończy, zwłaszcza, że już go nazwisko do tego predestynuje, nazywa się wszak Strikland.

Wiadomo jak to jest. Jeśli ktoś w sztuce nazywa się Stryczkowski i mają go obwiesić, toć go przecież i obwieszą. A tu nie! Opat obiecuje skuteczne poparcie, zabiera pieniądze i znika ze sztuki na zawsze. Czyli ten jakiś Stryczkowicz wcale się na darmo alibo po nic tak nazywa. A to w porządnej sztuce nie-mo-żli-we! Niemożliwe i już. W powieści może być inaczej, w wierszu też, to jasne, tam się mogą ukazać jakieś mgły, bo to naoczny wyraz ma być stanu ducha podmiotu lirycznego. Bogdaj tam literatura. Ale w sztuce teatralnej każda rzecz, każde słowo musi być po coś! To ta dubeltówka – musi wystrzelić! Dlaczego zatem Strikland?

Nie byłabym sobą, gdybym nie dotarła do sedna rzeczy. Strikland to William Strickland, angielski duchowny, bardzo zręczny dyplomata, który był jednym z głównych architektów strategii przetrwania jezuitów w latach oficjalnej kasacji zakonu, zadysponowanej przez papieża Klemensa XIV i trwającej od roku 1773 do 1814.

Gdy to znalazłam, wiedziałam już, że pozbawione “c” nazwisko Opata to wskazówka autora do tych, którzy czytając lub wystawiając sztukę, będą ją chcieli osadzić w konkretnych realiach. A wtedy się okaże, że pod każdą z postaci sztuki – Opata, Sekretarza, Wielkiego Kanclerza czy Księcia – da się podstawić konkretne osoby, a lekka sztuczka dworska okaże się uszczypliwą satyrą na współczesną politykę.
Przy tej okazji od razu powiem, że sztuka wcale nie jest błaha, jest dobrze napisana, autor nie mówi człowiekowi wszystkiego, czyli, jak to dawniej określaliśmy – daje do myślenia. Naprawdę, dobrze wam radzę – przeczytajcie ją!

Przyznam też, że dawno żadne tłumaczenie nie sprawiło mi takiej przyjemności, jak obcowanie ze sposobem myślenia i pisania pana hrabiego Benzel-Sternau. I od czasu jak je skończyłam, chodzę sobie po świecie i myślę, że chciałabym przetłumaczyć wszystkie te sztuki (40!), a potem je rozszyfrować, opracować i wydać. Również po niemiecku, bo przecież NIKT ich już tu nie zna! Oczywiście wiem, to zadanie ponad moje siły, nie jestem przecież ani historyczką, ani literaturoznawczynią, i na niczym się nie znam. A w ogóle, kogo to interesuje i kto by mnie tu mógł wesprzeć, i czy jakieś wydawnictwo…

Czysta baratarystyka!, mówię Wam.

Na razie wróćmy jednak do Stricklanda. Wcale niełatwo go było znaleźć, ciocia Wikipedia zawiodła tu na całej linii, no ale wujek Google, jak zawsze, w końcu dogrzebał się do informacji. Znalazł je w jakichś wewnętrznych pisemkach zakonnych w Anglii, jedną na stronie, która natychmiast zawiesza działanie całego komputera! Wydaje mi się, że to nie z jezuickiej złośliwości (choć ta była znana i wysoko ceniona), lecz przez ten obrazek, niepoprawnie umieszczony na stronie przez ojca redaktora (tu jest poprawnie).

William Strickland (1731-1819), obraz namalowany przez George’a Romney’a

Już same te dwa portrety otwierają wiele tropów, którymi, o nie!, wcale nie pójdę. (Na przykład popiersie mężczyzny z dużym nosem, widoczne na obu obrazach na biurku Stricklanda. Czy to Ignacy Loyola?

Giacomo del Conte namalował ten obraz w dniu śmierci
założyciela zakonu, 31 lipca 1556 roku.)

Wracamy, wracamy do naszych baranów! Jest druga połowa XVIII wieku (w III scenie sztuki zostanie to tak właśnie zapisane). Papież Klemens XIV zawiesił działanie potężnego zakonu jezuitów, wydając w tym celu stosowną bullę, Dominus ac Redemptor.

Bulla została wydana w lipcu 1773 roku i zastosowana z wielkim zapałem we Francji, Hiszpanii i Portugalii, które miały swoje powody, żeby nienawidzić zakonu (Francja z uwagi… o nie! nie myślcie sobie, wcale się tym nie będę zajmowała! Ale jak by co, obejrzyjcie film Misja lub przeczytajcie powieść Suego Żyd Wieczny Tułacz). To co się działo we we Francji, jako żywo przypomina, że już kilkaset lat wcześniej w tym kraju zlikwidowano pewien potężny zakon, a że tym razem nie zapłonęły stosy, to tylko dlatego… (no nie, nie skusicie mnie… do baranów!)

Rok 1773. Dla Polski trudny czas, bo oto zaledwie przed półtora rokiem rozegrał się pierwszy rozbiór Polski. Dwa kraje, które tego dokonały, protestanckie Prusy i prawosławna Rosja, ignorują papiestwo i nie widzą (póki co) powodu, żeby stosować się do papieskich rozporządzeń. Z drugiej strony oba wiedzą, że zagarnęły właśnie wielkie kęsy Polski, kraju katolików i coś z tym fantem trzeba będzie zrobić. Co? Wzmocnić zakon jezuitów, przyciągnąć ich z Francji, Hiszpanii, Portugalii… Pozwolić im tu działać i rosnąć w siłę.

Również Anglia, od czasu rozwodu Henryka VIII z Katarzyną, niezależna od papistów, wspiera jezuitów i staje się centrum zarządzania zakonem. Stąd Strickland, wychowanek jezuickiej akademii w Liege, po powrocie do Anglii będzie kierował zabiegami zakonu, o utworzenie niezależnej prowincji w Rosji, co mu się uda, ale to już zupełnie inna historia.

W sztuce jednak nie ma mowy o tym, że we Francji rewolucja, wręcz przeciwnie złowrogi przybysz z Francji, zwany tu Książę lub Le Duc, został przysłany jako dyplomata przez Kardynała-Ministra. A więc rzecz rozgrywa się przed wybuchem rewolucji.

Co pozwala ustalić, że akcja sztuki toczy się pomiędzy rokiem 1773 a 1789.  Z rozmowy Stricklanda z Sekretarzem wynika, że w Sarmacji właśnie zapaść muszą jakieś decyzje. Jakie? Nieważne.  Instrument do zarządzania Sarmacją znajduje się w rękach Wielkiego kanclerza. Król się nie liczy. Taki z niego pseudokróla pseudorepubliki, komentuje złośliwie Sekretarz, zakłócający spokój chłopski tyran. “Chłopski tyran”, to nie “z chłopa król”, tylko ten, co chłopów uciska. To już wtedy, gdy hrabia Sternau pisze swoją sztukę, zdumiewający Europę fakt, że w Polsce chłopi wciąż są niewolnikami swoich panów (i będzie tak jeszcze dobre pół wieku, dopóki Rosja i Prusy nie zniosą pańszczyzny, ale tego hrabia nie może wiedzieć).

Oczywiście chodzi tu o Króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, który przy wsparciu carycy Katarzyny został osadzony na tronie polskim w roku 1764, po to, by nie utrudniał rozbiorów. I tak sobie rządził aż do ostatecznego końca Polski, bo abdykował po ostatnim rozbiorze w roku 1795 i… (o nie, nic z tych rzeczy, nie będę się tu zajmowała pobytem króla-exula w Skt. Petersburgu, ani tym, że  jego ukochaną lekturą był wtedy Upadek cesarstwa rzymskiego Gibbona, tak jakby poniewczasie chciał się czegoś nauczyć od historii, nauczycielki…) Póki co jest jeszcze królem Polski, jak pisze Sternau, “słabeuszem i katolikiem, który może być sobie katolikiem z łaski Wielkiej Kobiety”.

Dokonajmy krótkiej analizy sytuacji politycznej. W Prusach albo rządzi jeszcze Fryderyk Wielki (1712 – 1786), albo już jego bratanek i następca, Friedrich Wilhelm II (17441797); wielki Fryderyk zmajstrował I rozbiór Polski, drugi był odpowiedzialny za dwa następne.
W Rosji przez cały czas rządzi caryca Katarzyna (1729 – 1796), która umarła jak już dokonała ostatecznego rozbioru Polski.
W Austrii sytuacja jest bardziej skomplikowana. Zasadniczo cesarzem jest Józef II Habsburg (1741-1790), s
yn Marii Teresy, która zresztą jako regentka nadal ma wiele do powiedzenia. A sytuacja jest skomplikowana, bo Józef jest jednocześnie ostatnim cesarzem Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego (i tu oczywiście można by dalej i dalej, o wojnach Prus o dominację, o wojnie siedmioletniej, o wojnach śląskich…). Doradcą cesarza i matki regentki jest nasz Wielki Kanclerz i to on steruje politykę Prus i Austrii w kierunku rozbiorów Polski.
W Anglii, skąd przybywa Strickland, rządzi aktualnie Georg III (1738-1820) – od 25 października 1760 roku ostatni król Wielkiej Brytanii i Irlandii, a pierwszy (od 1801 roku) król Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii, ostatni elektor Rzeszy i książę oraz pierwszy król Hanoweru.
W przedrewolucyjnej Francji rządzi jeszcze Ludwik XV (do roku 1774), zięć króla Polski, Stanisława Leszczyńskiego, mąż jego córki Marii, ale może już Ludwik XVI (1754-1793) król od roku 1774 do 1791, choć po prawdzie już w roku 1789 rewolucja pozbawiła go wszelkiej władzy. Jego żoną była Maria Antonina, córka cesarzowej Austrii Marii Teresy.

I wszyscy w domu!

Wielokrotnie wspominany w sztuce Kardynał-Minister Francji to zapewne kardynał de Rohan, ten zaplątany po uszy w słynną aferę naszyjnikową, która rozegrała się w roku 1784/1785. Ponieważ w sztuce nie ma mowy o aferze, być może zawężamy tym samym jej możliwe ramy czasowe do okresu 1773-1784.

Pozostaje nam jeszcze papież, bo to on ma przyznać ów ze wszechmiar pożądany kardynalski kapelusz. Nie jest to już chyba Klemens XIV, tylko raczej Pius VI (1775 – 1799), jezuita. Jego następca Pius VII przywróci zakonowi jezuitów wszystkie prawa. Pius VI tego nie uczyni, ale sprzyja jezuitom i najwyraźniej mają oni u niego wielki mir.

To zresztą sprawy (przynajmniej pozornie) marginalne. Głównym tematem sztuki są bowiem negocjacje o kardynalski kapelusz. Stąd przypuszczenie, że nie określone bliżej niemieckie imperium, które macza łapy w sprawach polskich, to trzecia potęga rozbiorowa – katolicka Austria, a projektantem tego handlu ewidentnie pro domo sua  jest właśnie Wielki Kanclerz: Wenzel Anton Graf Kaunitz-Rietberg (1711 – 1794), ambitny i wpływowy polityk austriacki. Zgodnie z enuncjacjami autora Minister osiągnął w życiu właściwie wszystko, ale młodszy syn, oddany do stanu duchownego, przysparza mu zmartwień, wdał się w nieczyste sprawki, w co go wciągnął przysłany z Paryża dyplomata, francuski książę, okultysta i satanista. Wielki Kanclerz musi jak najszybciej zaprowadzić porządek. Odsyła syna na wygnanie do klasztoru i poprzez wciągnięcie do gry kardynała Rohana zamierza przeinterpretować satanistyczne zabawy syna i Francuza z potępionego czarnoksięstwa w młodzieńcze wybryki. Ma powstać nowa MaBeNa – Machina Bezpieczeństwa Narracyjnego. Francuski Książę i syn Kanonik to nie skazani na anatemę wyznawcy Belzebuba, nie, to nie Politycy Wyklęci. To tylko dzieci się bawią.

Uratowany od banicji syn uda się z klasztoru prosto do Rzymu po ów kupiony od Stricklanda kapelusz kardynalski.

Wszystko pięknie. Kanclerz Kaunitz miał dzieci aż siedmioro, ale wygląda na to, że żaden z synów nie był kardynałem albo choćby duchownym.


No nic, na razie więcej faktów nie wyduszę z tego jednego krótkiego zdanka w sztuce, które, złapane mocno w garść, okazało się drogą do zagmatwanej historii Polski i Europy pod koniec XVIII wieku. A wszak jedno zdanko Sekretarza to tylko było. Do kasy więc (do siebie). Stryczek go nie minie, jako ostatnie wyniesienie – w końcu nazywa się Strickland!

Na zakończenie dodam, że hrabia Sternau zatytułował naszą sztukę Niedobrze jest jeść wiśnie z możnym panem i wcale a wcale wam nie wyjaśnię, że w tym przysłowiu chodzi o to, że możny pan wypluje wam pestki w gębę. Przeczytajcie, to sami zobaczycie (i same!)

Barataria 60 czyli przysłowia

Ewa Maria Slaska

Takie sobie przysłowia sprzed 190 lat

Pamiętacie taki dowcip. Hrabina zamierza zatrudnić nowego bibliotekarza. Przychodzi młody człowiek, ma znakomite referencje, dobrze wygląda, wypowiada się przyzwoicie.  Hrabina spogląda przez lorgnon.
– Francuskim włada?
– Włada, pani hrabino.
– Niemiecki posiada?
– Posiada, pani hrabino.
– To niech siada?
– Nie może, pani hrabino.
– A to dlaczego?
– Bo…
E… tam, co ja wam tu będę opowiadała nieprzyzwoite kawałki. Oczywiście jest to taka staroświecka nieprzyzwoitość, nie przymierzając – z czasów pani hrabiny, bo dziś czasy się zmieniły i przeczytałam ostatnio na plotkarskim facebooku pytanie zdziwionej “mamuśki z Berlina”: halo dziewczyny, czy naprawdę słowo “cipka” jest nieprzyzwoite? Tak mi dziś powiedziała moja córka po powrocie z przedszkola.

No cóż, w każdym razie zakładam, że czytelnik (i czytelniczka) “niemiecki posiada”, już przestudiował(a) zamieszczoną powyżej okładkę i wie, że książkę wydano w Lipsku w roku 1828. Przenieśmy się zatem w czasy, kiedy takie słowa jak to, tamto i owo, również “cipka” proszę mamuśki, były nieprzyzwoite, a pan hrabia, człek w sile wieku, urodził się bowiem w roku 1767 (a zmarł w roku 1849) Christian Ernst von Benzel (Bentzel) Sternau, po wielkich sukcesach poprzedniej jego książki – Złoty cielec – wydaje ksiąg cztery sztuk teatralnych: Teatr Dworski z Baratarii czyli gry przysłowne. Jest to w sumie około 40 sztuk, dobrze nadających się do tego, by wystawić którąś z nich dla uczczenia przyjęcia, ślubu czy jubileuszu na dworze, zwłaszcza, gdyby trupa mniej lub bardziej utalentowanych dworzan sama się chciała zabawić w aktorów. Może nawet Książę Pan… Tytułem każdej sztuki jest przysłowie.

Również mottem owych ksiąg czterech jest zaczerpnięte z Horacego przysłowie: dona præsentis cape lætus horæ – z radością przyjmuj to, co daje godzina (autor pominął tu ciąg dalszy: et linque severa – i porzuć smutne myśli).

Nie ma wśród owych sztuk żadnej, która by się bezpośrednio wiązała z Don Kichotem i Sancho Pansą, żadna nie toczy się też w Baratarii, ale powiązania z oryginałem są wielorakie. Po pierwsze, podobnie jak sam Don Kichot, Teatr Dworski jest zbiorem historii, bo przecież powieść  jest ramą, w którą oprawiono mnóstwo mniej lubb bardziej komicznych opowiastek, które zastąpiły popularne w poprzedniej epoce opowiastki budujące. Po drugie – Sancho Pansa jako gubernator Baratarii rozwiązuje kilka zagadek kryminalnych, z których świetnie dałoby się stworzyć kolejne sztuki teatralne. Poza tym to on właśnie lubuje się w mądrościach płynących z przysłów, a każde z nich to niejako streszczenie następnej opowieści. Jeśli świat jest sceną, to dzieją się na niej gry przysłowne. W powieści owa “wyspa na lądzie”, którą oddano naszemu giermkowi w gubernatorstwo, należy przecież do Księcia i Księżnej, a na ich dworze panuje wszak nastrój wiecznej karnawałowej zabawy i u nich też, jak to pisze jeden z polskich tłumaczy, “chimera zastępuje rzeczywistość”. A więc jest na pewno i teatr, i aktorzy, profesjonalni lub amatorzy, i sztuki, które się wystawia.

Don Kichot pełen jest mądrości zaczerpniętych z przysłów. Oto przykład pierwszy lepszy z brzegu. Pan i giermek właśnie rozpoczęli swoją podróż, podążają przed siebie, giermek opowiada historyjkę:

Słuchajcie więc, bo oto zaczynam. Jak było, tak i było: dobre jest dla wszystkich, a złe dla tego, który go szuka. Zauważcie tylko, proszę was, panie, że starożytni nie zaczynali nigdy swych powieści, jak dziś je zaczynają, lecz rozpoczynali zazwyczaj od przysłowia niejakiego Katona, cenzora rzymskiego, który to właśnie utrzymywał, że złe jest tylko dla tego, który onego szuka, a to właśnie, jak raz dobrze przypada na przestrogę dla waszej wielmożności, by siedziała spokojnie i nie budziła licha, które śpi, a nade wszystko, że uczynilibyśmy najlepiej, gdybyśmy, obrawszy sobie inną drogę, porzucili tę, na której bez zawodu wszyscy diabli nas oczekują.
— Ty ciągnij tylko dalej swoje opowiadanie, a drogę i jej kierunek mnie pozostaw.
— Mówiłem więc — rzecze Sancho — że w pewnym miejscu, w Estramadurze, był sobie pasterz kóz, to ma znaczyć, panie, taki, który kozy pasał, a który to właśnie pasterz albo pasący kozy, jak chce mieć historia, nazywał się Lopez Ruiz i nadto ten pasterz, Lopez Ruiz, zakochany był, jak się mówi, w pewnej pasterce, nazwanej Toralva, która to właśnie pasterka, nazwana Toralva, była córką bogatego pasterza, który posiadał bardzo liczną trzodę.
— Jeżeli obrałeś sobie ten sposób opowiadania — przerwał Don Kichot — i będziesz powtarzał ustawicznie jedną rzecz dwa razy, to i za dwa dni nie skończysz; opowiadaj więc powieść swoją lepiej lub nie kończ jej wcale.
— Wszystkieć nowości u nas opowiadane są w ten sposób — odrzekł Sancho — i ja też nie umiem opowiadać inaczej, a i wam, panie, cieszyć by się należało, że nie wprowadzam nowych zwyczajów.
— Opowiadaj wreszcie, jak sobie chcesz — rzecze Don Kichot — i ponieważ mój los fatalny każe mi słuchać twej mowy, mówże więc dalej.
— Wiadomo wam już przeto, kochany mój panie — ciągnął dalej Sancho, — że ów pasterz, jak to już powiedziałem, zakochany był w pasterce Toralva, młodziuchnym, okrągluchnym stworzeniu, ale dzikim i trudnym do ugłaskania, a która, jakby coś…

Tak tak, drogi mój czytelniku (i czytelniczko), pan i giermek po równi cenią przysłowia, bo to pan a nie sługa mówi: Przyjacielu Sancho, czy wiesz, że nie ma nic prawdziwszego nad przysłowia, są to maksymy zdobyte doświadczeniem…

Na co w kilka stron potem giermek odpowie: — Nie mówię, ani myślę tu o sobie, bo wiem, że nas wedle przysłowia jednym łokciem niepodobna mierzyć, a i to pojmuję, że ślimakowi nie należy wyłazić ze swojej skorupki, chociaż wierzę, że gdyby było we zwyczaju opisywać również czyny błędnych giermków, tak dobrze można by opisać moje, jak i każdego z moich poprzedników.

I jeszcze: — Co do mnie, ani mówię, ani myślę tego — rzecze Sancho — nie mieszam się do spraw cudzych, patrzę się, a jeśli robię głupstwa, to na swój rachunek, ja w swoim młynie mąkę mielę, nie sadzam palca we drzwi, bo wiem, że kto się wścibia, często chybia, a czy oni spali razem, czy nie, to mnie ani parzy, ani ziębi. Często myślimy, że w garnku słonina, a tam tylko szumowina.

Wszystkie owe mądrości jeszcze się w hiszpańskim pociesznie rymują, co zresztą i w polszczyźnie bywa (w niedzielę praca w gówno się obraca – co zaświadcza, że lud polski już dawno wiedział, iż trzeba będzie zamknąć sklepy, jeszcze zanim one w ogóle powstały). Nasza autorka, Kinga Szpuler, gdy ją jej profesor, Piotr Sawicki, wykładający we Wrocławiu literaturę hiszpańską, zaprosił do tłumaczenia przysłów hiszpańskich z XVII wieku, zaprosiła z kolei do współpracy kolegów górali, aby jej pomogli przerobić tłumaczenia lingwistyczne na rubaszne rymowanki czyli, jakby to z oburzeniem odnotował Don Kichot, prostackie przysłowia.
Osioł z książkami na grzbiecie? To doktor przecie.
Student pomylony, choćby się uczył, plecie androny.
Błąd medyka przykryje ziemia; błąd adwokata naprawią pieniądze; błąd teologa strawi ogień.
Żwawo bierz kobitę, jak łykasz okowitę.
Po wypiciu każdy baje, co mu się wydaje.
Kiedy zimne wstają zorze, tylko wódka ci pomoże.
Kto je jak świnia, zażre się na śmierć.
Kto za dużo śpi, ten z nauki drwi.
Wesele bez wódki, opłakane skutki.
Znużony leży blisko żony.
Młody jest głupi i bez pokory, stary mądry, ale chory.
Stręczyciel i drab, jeden drugiego wart.
Ucz się nieprzerwanie, a coś w głowie zostanie.

Czy według przysłów? Zatytułowane przysłowiami sztuki hrabiego von Benzel-Sternau nie są jednak sztuczkami napisanymi dla uciechy gawiedzi, to inteligentne i pełne erudycji historyczne intrygi, oparte na mało znanych, nieznanych a może wydumanych faktach. Za tydzień przetłumaczona specjalnie dla moich czytelników (i czytelniczek) jedna ze sztuk hrabiego; tom II, sztuka numer VIII: Der Sündenbock oder Mit großen Herrn ist nicht gut Kirsche essen (Kozioł ofiarny czyli Z wielkim panem niedobrze zbierać wiśnie). Nie uwierzycie, ale nie wiedząc o czym jest którakolwiek z tych sztuk, wybrałam na chybił trafił taką, w której pojawia się Polska.

Barataria 59 Zagadka wielkanocna

Ewa Maria Slaska

Wyspa wielkanocna?

Umówmy się. To prosta zagadka i każdy ją rozwiąże, wystarczy zmienić jedną małą literę na wielką i usunąć znak zapytania. Chyba więc tym razem nie będzie nagród za jej rozwiązanie. Zagadka na Boże Narodzenie była jednak znacznie trudniejsza. Zaczynamy:

To najstarszy widok “naszej zagadkowej wyspy”, namalowany w latach 1775–1776 przez Williama Hodgesa. Jednak pierwszym Europejczykiem, który postawił stopę na Rapa Nui był Holender, Jacob Roggeven. Do jej brzegów dobił 5 kwietnia 1722 roku w niedzielę wielkanocną.

William Hodges (1744 – 1797) był angielskim malarzem i grafikiem. Zajmował się malowaniem dekoracji teatralnych, gdy postanowił zmienić swoje życie i zaciągnął się jako malarz na drugą wyprawę Jamesa Cooka po Pacyfiku (1772-1775). Odwiedził wówczas “naszą zagadkową wyspę”, ale też… inne miejsca i wyspy, na przykład Antarktykę. Plonem wyprawy były liczne obrazy, szkice i rysunki. Po powrocie wyjechał raz jeszcze, tym razem do Indii. Gdy wrócił na stałe do Anglii, zajął się publikowaniem książek, które sam ilustrował. W roku 1795 porzucił malarstwo i zajął się… bankowością. Był partnerem małego banku w Dartmouth, który wkrótce zbankrutował. Wikipedia pisze, że Hodges zmarł w dzień po upadku banku w niejasnych okolicznościach i podejrzewano samobójstwo.

To mapa.

Wulkan.

A to widok panoramiczny.Tu 15 posągów. W sumie jest ich kilkaset.

I widok.


To tyle na dziś! Miłego Dyngusa!