Am Freitag, den 25.08.2023 fand in der Kunsthalle Lausitz in Cottbus die Finissage der Ausstellungen aus der Reihen „Alles ist eine Landschaft. Der sorbische Maler Jan Buck“ und „Hommage à Jan Buck (II)“ – „Wir haben den Ort gesehen“ und „Nach der Kohle … – Landschaften und Gesichter der Lausitz“ statt, über die wir bereits geschrieben haben.
Anlässlich der Finissage veröffentlichen wir einen Film, der einen Einblick in die wichtigsten Ereignisse des ganztägigen „Deutsch-wendisch/sorbisch-polnischen Festtags – Begegnung und Dialog“ anlässlich der Eröffnung der genannten Ausstellungen am 2.06.2023 im Wendischen Museum/Serbski Muzej, in der Stadt und in der Kunsthalle Lausitz gibt, der auch Teil des Projektes des Instituts für Visuelle Künste der Universität Zielona Góra „Hommage à Jan Buck (II)“ unter der wissenschaftlichen Leitung von Dr. Lidia Głuchowska bildet.
mein name ist in wasser geschrieben umfasst von wellen unvergänglich wie schaum deren kronen
mein name wird von wind gepfiffen spaziert mit den wolken und fällt mit den regen herunter
in wasser geschrieben wird mein name ——————————————————————
1985
…wracam z targów (fr/m) obładowany książkami do b., po drodze podrzucam redakcji moje teksty (kilka wywiadów z węgi erskimi autorami, reportaż, felieton, trzy rolki ze zdjęciami) i parę książek, potem walę się do łóżka i śpię 24 godziny; po prysznicu dzwonię do pani małgosi i pytam jak tam moje teksty – wszystkim się podobają, a naczelny zabrał je nawet do domu. no, trochę mnie zdziwilo to “do domu”, ale nic, robię sobie parę dni wakacji i czekam na numer; po tygodniu mam go w ręce, otwieram i znajduję jedną szóstą reportażu i jedno zdjęcie (stoisko naszej redakcj i na targach z leszkiem sz. i edwardem na pierwszym tle); lekko oszołomiony (liczyłem, że odrobinę zarobię, a płacono od znaku; za zdjęcie dostawało się najwięcej) staram się złapać edwarda, ale oczywiście trwa to wieczność i kiedy go wreszcie po dwóch tygodniach (nastepny numer magazynu był już w druku) dopadam – on zezuje strapiony… – dlaczego nie puściłeś moich zdjęć i tekstów? – pytam patrzy na sufit, patrzy na ziemię, patrzy na mnie – nie mogę, bo, hm, wiesz, to faszyści… – bo walczyli pod stalingradem, a potem przeżyli gulag? – tak. – ale oni nie mieli z szalasim i jego strzało-krzyżowcami nic wspólnego; to byli normalni, zawodowi żołnierze I armii węgierskiej… patrzy w bok, patrzy w górę i milczy; milczymy obaj;
——————————————————————————–
johanssen
1,
seine größte stunde kam an einen samstag punkt zwanzig uhr übertrug das fernsehen der ddr ein kessel buntes aus dem friedrichstadtpalast und er kniete auf der mitte der bühne vor der mirelle mathieu
in seiner ückermarkischen geburtsstadt saß in diesem moment vor jetwedem empfänger fast jeder
nur ein zum fernsehverbot verdonnerter arrestierter
auf der dortigen volkspolizeiwachesowie das notaufnahmekollektiv des krankenhauses das brav auf kommando – aber fluchend – die zentrale und das schwarzweiss gerät – wo gerade die grosse weite welt in der vertretung der wunderbarsten beine des mikrokosmos zu schwingen begann – verlassen musste (weil irgendein idiot einen unfall gebaut hat) konnten es nicht nein hautnah erfahren: dass johannsen
es geschafft hat!
ja er steppte in dieser stunde um sein leben und warf seine tanzpartnerin fünf centimeter höher als gewöhnlich und kaschierte einen schrittfehler von katja ebstein mit einem grandiosen spagat (gleichzeitig sein hut so werfend, dass er in seine hand zurückkam…) er spielte einfach hinreißend bis seine mutter vor der mattscheibe zu weinen begann
was konnte ein stockschwuler von märkischer heide damals in dem land der arbeiter und bauern mehr erreichen?
dazu: eigene wohnung in der hauptstadt
mal tournee durch feindliches ausland (brd)schuhe von salamander oder amerikanische jeans vielleicht morgen eine datscha in der ruppiner schweiz beziehungsweise an der usedomer riviera
doch es kam anders 2,
ein vierteljahrhundert später lag seine verkohle leiche am bett er wurde erdrosselt die wohnung ausgeraubt und dann angezündet von einem mann den er zu lieben glaubte
3,
als ich ihn zum ersten mal traf war er schon unten arbeitete als raumpfleger in einer sklavenfirma und putzte vor meiner tür my fair lady pfeifend ständig auf der suche nach der entschwundener jugend wie ein ton auf der sternleiter
Somebody sent me that picture with an explanation:
This image was created by a Japanese neurologist.
It stays still when you are calm. It begins to move when you experience a slight amount of pressure. It moves like a carousel when under a great deal of stress.
How are you doing?
And that picture stays calm, so it means, that I am calm.
Sprawa jest powszechnie znana i ja też już tu o niej pisałam: Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego, jedna z najbardziej tajemniczych książek w literaturze polskiej i światowej, czerpie pełnymi garściami z kilku słynnych książek renesansowych, przede wszystkim z Dekameronu, z przygód Łazika z Tormesu i z Don Kichota. Z Boccacciem łączy Potockiego pasja opowiadania niezwykłych historii, a jego bohater, van Worden, wędruje po Hiszpanii jak obaj jego poprzednicy – Łazik i Don Kichot. Wracam do tego polsko-flamandzko-hiszpańskiego Don Kichota z XIX wieku, bo trafiłam na pracę magisterską Magdaleny Bartczak pt: “O estetyce adaptacji Rękopisu znalezionego w Saragossie Wojciecha Jerzego Hasa”, w której autorka porównuje van Wordena, Don Kichota, Potockiego i Hasa i wydało mi się to smakowitym kąskiem.
Jan Potocki, Rękopis znaleziony w Saragossie (1795-1813), adaptacja filmowa (1965) Jerzy Wojciech Has; na zdjęciu Iga Cembrzyńska, Zigniew Cybulski, Joanna Jędryka
Zafascynowało mnie też to, co napisała autorka we wstępie, że Rękopis… ma osiem warstw narracyjnych. Tak, osiem! Poniżej kilka (uczonych) fragmentów tej rozprawki. Oczywiście tych, w których pojawia się Don Kichot.
Rękopis znaleziony w Saragossie stanowi świadectwo wpływu rozmaitych tradycji literackich. Do dzieł stanowiących najbliższy kontekst powieści należą: zbiór baśni Tysiąca i jednej nocy, Decameron Goivanniego Boccaccia, Przypadki Idziego Blasa i Diabeł kulawy Alain-Rene Lesage’a, Don Kichote Miguela Cervantesa oraz Kubuś Fatalista Denisa Diderota. Konstrukcja powieści oparta jest na kompozycji szkatułkowej, w której – obok scalającej wszystkie opowieści ramy głównej – kolejne narracje stanowią ramę dla następnych historii.
Krajobraz powieści to te same dzikie góry w Hiszpanii, przez które wędrowali Don Kichot i Sancho Pansa.
Jak piszą Triaire i Rosset w swej książce Jan Potocki. Biografia (2006), „od samego początku historia zostaje pomyślana jako wielka inscenizacja, która rozgrywa się w jednym z najbardziej literackich teatrów: w Sierra Morena, przestrzeni Don Kichota i wielu czarnych powieści, które Potocki znał także pod względem geograficznej scenerii, gdyż przemierzył ten obszar w roku 1791”.
Wędrówka jest dla Don Kichota sposobem życia. W Rękopisie… też wszyscy wędrują:
Kolejnym konstytutywnym wątkiem utworu jest motyw podróży, który (…) porządkuje świat przedstawiony i stanowi ośrodek kompozycji całego utworu. Postaci (…) Potockiego nieustannie wędrują: przesiedlają się, dokądś zmierzają lub skądś wracają i właśnie w czasie swoich podróży poznają innych bohaterów. Podróże zaś sprzyjają ich przeobrażeniom i dotykającym ich przełomom. Wędrowanie (…) to nieodzowny element ludzkiej egzystencji – oznacza (…) nie tylko okazję do poznania świata, lecz także spotkanie z tajemnicą, narzędzie nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi. W dziele Potockiego odnajdziemy tym samym wizję „życia ruchliwego”, która była na stałe wpisana w obyczajowość oświeceniową. W epoce Monteskiusza, Diderota i Woltera wędrowcy „bez przykrości wydeptują cudze schody, chleb na obczyźnie nie ma dla nich smaku soli; rzuceni poza granice własnego kraju, korzystają z tej okazji, aby odnowić się wewnętrznie. (…) Tragiczny obraz uchodźcy zaczyna się zacierać; nie ma już wygnańców, są kosmopolici”.
Bohater powieści, Alfons van Worden, to istny Don Kichot.
Historia van Wordena stanowi też maskaradowe nawiązanie do romansu rycerskiego: w tradycyjnym schemacie takiego utworu występuje prawdopodobieństwo śmierci bohatera, który z wielu potyczek wychodzi z ranami – istnieje zatem odpowiedniość pomiędzy jego męstwem a niebezpieczeństwami, na które jest narażony. Przygody van Wordena są zaś tylko z pozoru groźne, w rzeczywistości jednak jest to tylko inscenizacyjna zabawa. Co istotne, bohater „reaguje na te igraszki tak, jak rycerz romansu na rzeczywiste niebezpieczeństwo. I właśnie ten dysonans pomiędzy rycerskością Wordena a inscenizacyjnym charakterem niebezpieczeństw ośmiesza go jako rycerza.”
(…)
W historii Alfonsa van Wordena, podobnie jak w opowieści o Don Kichocie, przestrzeń fabularna zamienia się w „miejsce, w którym można spotkać ludzi obarczonych historią godną opowiedzenia. Toteż w Sierra Morena opowiada się historie, czasami urywane, i okazuje się, że jedne dopełniają drugie: jest to miejsce, w którym gromadzą się rozmaite postaci, uwikłane bez swojej wiedzy w tę samą intrygę”. Jak podkreślają badacze, w powieści Potockiego, tak jak w historii Rycerza o Smętnym Obliczu, liczy się podobna „deklinacja literackich środków, konfrontacja osobistego doświadczenia z mnogością jego możliwych odblasków, trudność rozróżnienia między postrzeganiem rzeczywistości a jej przedstawieniem”.
Czyli obaj nie do końca potrafią odróżnić mapę od terytorium. Michel Houellebecq się kłania, też, między nami mówiąc, taki Don Van Den Kichot Worden.
Do hotelu jedziemy metrem. Moskwa liczy oficjalnie około 10,5 miliona mieszkańców, przy powierzchni 1081 km2 i kiedy w godzinach szczytu na ulicach zaczynają się tworzyć gigantyczne korki, to metro – mimo także sporego ścisku – cały czas dobrze funkcjonuje i pozwala tysiącom ludzi dotrzeć do pracy i domów. W porach szczytu ich liczba sięga 0,5 miliona. Stacja Tekstilszcziki, wysiadamy. Jak wszystkie dworce moskiewskie obstawiona jest bazarową architekturą różnej urody; handlują przeważnie kawkazcy. Ich szaurma, gorący i chrupiący placek, nadziewany mięsem tak pachnie, że od razu kupuję. Edmund bierze kurczaka z rożna. Jemy na stojąco, przy kontuarze smażalni. Do hotelu jeszcze kawałek – najpierw zaśmieconym skwerem, później chodnikiem wzdłuż ciągu monotonnych, kilkunastopiętrowych domów z wielkiej płyty. Z niej był zbudowany cały blok komunistyczny.
– Całe szczęście, że była ta płyta, dziś ludzie nie mieliby gdzie mieszkać – mruczy Edmund.
Jacek Kozłowski (autor zdjęcia) i Agnieszkaw Nowym Dworze Gdańskim czyli na Żuławach Wiślanych. Zdjęcie z Facebooka.
Konrad zrobił to zdjęcie na ulicy w Seulu.
To zdjęcie też pojawiło się Facebooku, w grupie Widok z mojego okna. Joanna Irena Østbye, autorka zdjęcia, napisała: Greetings from Jurmo. Jurmo is a remote inhabited island and village in the outer archipelago of Parainen Finland. (Jurmo, jedna z wysp na tzw. Morzu Archipelagowym, pomiędzy Wyspami Alandzkimi a wybrzeżem Finlandii).
na września drugi dzień grupuję moje pułki i tobie ślę te listki, płatki, kolory i szypułki; ta garść impresji niechaj służy tobie – co złego to nie ja – a reszta? pa
Nie wiedziałam, że znajdę na Sylcie taką tablicę. Gdy siedziałam już w pociągu jadącym do Westerlandu, dostałam smsa od Krysi Koziewicz. Nie tylko, że przypomniała mi, że trzeba się na Sylcie spotkać z berlińskimi punkami, to na dodatek poinformowała mnie, że mam poszukać tej tablicy. Dzięki Krysia.
Tablica umieszczona jest na ścianie ratusza miasta Westerland, stolicy Syltu. Erygowano ją dziewięć lat temu, starannie budując zdania tak, by nie było wątpliwości, o co chodzi, ale zarazem tak, by żadne z nich nie wydrapało czytającym oczu i nie wyrwało serca. Pamięć w Westerlandzie zaistniała, ale nie boli i nie zadaje ran.
Były dom kuracyjny, dziś ratusz. To tu przez wiele lat burmistrzem był Heinz Rainefarth, niemiecki dowódca SS i policji niemieckiej, SS Gruppenführer, który w czasie powstania warszawskiego, w dniach od 5 do 7 sierpnia 1944 roku odpowiadał za rzeź Woli. Jak pisze Wikipedia “była to największa jednostkowa masakra ludności cywilnej dokonana w Europie w czasie II wojny światowej, a zarazem największa w historii jednostkowa zbrodnia popełniona na narodzie polskim”. “W licznych masowych i indywidualnych egzekucjach zamordowano tysiące polskich mężczyzn, kobiet i dzieci, w tym pacjentów i personel trzech wolskich szpitali. Masakrze towarzyszyły gwałty, rabunki i podpalenia.”
Myślę o tym, że mój pradziadek był ordynatorem oddziału laryngologicznego i pneumologicznego Szpitala na Czystem, który dziś nosi nazwę Szpitala Wolskiego im. doktor Anny Gostyńskiej. I że umarł w roku 1937. Jakie to szczęście umrzeć na czas.
“Heinz Reinefarth (1903-1979), niemiecki wojskowy, od 1932 członek NSDAP, SS-Gruppenführer i Generalleutnant der Waffen-SS. Zbrodniarz hitlerowski, odpowiedzialny za liczne zbrodnie wojenne, popełnione przez wojska niemieckie podczas tłumienia powstania warszawskiego.
Po wojnie zachodnioniemiecki polityk. W latach 1951–1967 burmistrz miasta Westerland*, w okresie od 1958 do 1967 roku poseł do Landtagu Szlezwika-Holsztynu.
Nigdy nie poniósł odpowiedzialności za popełnione zbrodnie.”
Moja siostra, Katarzyna Krenz i Julita Bielak napisały o tym niezwykłą powieść, thriller, który dzieje się na tej właśnie wyspie i dotyczy, między innymi, tej właśnie sprawy. Pamięci, czy raczej Niepamięci potomnych.
To świetna książka. Nie ma jej w księgarniach, ale zawsze można liczyć na Allegro, Gandalfa albo Merlina.
HIER / TU napisałam po niemiecku o rzezi Woli / habe ich über Wola Massaker auf Deutsch geschrieben.
* Daty się nie zgadzają, wiem. Nic na to nie poradzę. I wydaje mi się to nieważne. Facet był zbrodniarzem wojennym i przez długie lata był politykiem i burmistrzem tego miasta; świadczy to o nim, świadczy to o polityce niemieckiej, o tym, jaką farsą był proces denazyfikacji Niemiec po wojnie, ale świadczy też po prostu o ludziach, którzy tu żyli, budowali to piękne, dostatnie miasto i wybierali zbrodniarza jako burmistrza.
Te polskie tablice nagrobne znajduję w Westerlandzie na Sylcie, gdy idę odwiedzić obóz berlińskich punków. Wyznaczyłam sobie trasę na mapie, najpierw Kościelna, potem Młyńska, a potem już Obwodnica. Na Sylcie nazwy ulic jeszcze coś znaczą. Na Kościelnej kościół, niestety zamknięty, na Młyńskiej stare zabudowania młyna. Obwodnica znajduje się na obwodzie miasta. U wejściu na Młyńską strzałka: Groby wojenne 200 metrów.
Koło kościoła stary cmentarz, pełen gęstych żywopłotów i kwiatów. Na starych kamiennych tablicach teksty o dzielnych kapitanach okrętów.
Stoję już przed kościołem, gdy pojawia się miła starsza pani i pyta, czy potrzebuję pomocy? Mówię, że nie, że byłam na cmentarzu, bardzo mi się podoba, teraz zamierzam odwiedzić groby wojenne, a potem pójdę do punków. Zaprowadzę panią, mówi pani, nasze groby wojenne nie tak łatwo znaleźć. Kawałek dalej nowy cmentarz, wchodzimy i po lewej zatrzymujemy się przed kwaterą grobów wojennych.
“Tu jest dużo grobów rosyjskich i polskich robotników przymusowych i dużo grobów dzieci”, mówi pani. “Nie wiadomo, dlaczego umarły. Może z zimna, może z głodu.”
Na tablicach niekiedy napisy po polsku, litery “ś. p.”
Tadzio Byczkowski, urodził się i umarł w styczniu 1946 roku. Rok po wojnie. Ale jego grób ulokowano w kwaterze grobów wojennych. Dlaczego?
Stanisław Starzyński umarł w lipcu 1945 roku.
Po wojnie. Dlaczego więc jest tu pochowany?
Przed wojną Sylt był chętnie odwiedzany przez prominentnych nazistów i uważany był za szykowne miejsce. Trudno się dziwić, jest tu 40 kilometrów ładnej plaży. Podczas wojny przez jakiś czas przygotowywano wyspę do odparcia ataku wroga,przygotowano miejsca walki dla 10 tysięcy żołnierzy. Do walk jednak nie doszło. Wojna w zasadzie oszczędziła wyspę. W roku 1939 i 1940 Sylt został kilkakrotnie zbombardowany przez Brytyjczyków, ale cywilna infrastruktura wyspy nie odniosła szkód. Po bezwarunkowej kapitulacji Niemiec wyspa została zajęta przez Brytyjczyków. Nikt nie stawiał oporu.
Dlaczego więc umarli ci Polacy i Rosjanie? I jakie to w ogóle są groby wojenne, skoro nie było wojny?