Erstaunlich, dass ich die Geschichten, die short stories von Alice Munro eigentlich nicht gut kenne und sie nicht verschlungen habe. Einige habe ich doch gelesen und dann aber wieder vergessen; das passiert mir immer öfter, ich lese sogar manches Buch zum zweiten Mal und irgendwo erst nach ein paar Seiten merke ich: ja, dieses Bild, diese Beschreibung, diese Helden habe ich schon früher getroffen. Zugleich ist die Art zu schreiben, wie Alice Munro es tut, gerade das, was ich an Literatur besonders mag; sie steigt direkt in die Geschichte ein, die Handlung nimmt Fahrt auf, man lernt gleich die Betroffenen kennen und ehe wir uns umsehen, ist sie auch schon vorbei. Was bleibt, ist eher ein Gefühl, eine Ahnung von dem Thema, dem sie sich widmet; das nicht offen Ausgesprochene bohrt sich beim Leser weiter einen Weg und zwingt zum wiederholten Nachdenken. Große Sujets spielen eine Rolle: Liebe (eher zerbrochene), Tod, Beziehungen zwischen Geschwistern, zwischen Eltern und Kindern, überhaupt Familien werden unter die Lupe genommen. Die Helden leben meistens in bescheidenen Verhältnissen, unter schwierigen Lebensbedingungen, in Kleinstädten; Generationenkonflikte sind da oft vorprogrammiert. Zur Wahl ihres Genres sagte sie einmal: „Ich hatte schlicht zu wenig Zeit für das Schreiben, keine Zeit für große Würfe“, aber an anderer Stelle merkte sie an: „Was habe ich mich gequält bei Versuchen, einen Roman zu schreiben! Bis ich irgendwann realisiert habe, dass Kurzgeschichte die mir gemäße Form des Schreibens ist.“
Wir haben im Blog über den Film geschrieben. Wichtig war, schien mir, ob der Film dem Auschwitz-Grauen gerecht wird, ob diese Form der Verarbeitung, der Verfremdung dieser ungeheuerlichen Geschichte hilft, sie besser verständlich zu machen. Die Meinungen waren geteilt und schon selbst diese Tatsache ist auf jeden Fall hilfreich, denn sie lässt nicht zu, diese Momente der Geschichte zu vergessen. Für mich wichtiger ist, dass wir eben darüber sprechen und es nicht der Vergangenheit überlassen; auch darüber, was mit den Menschen, die diesen Ort des Grauens am Laufen hielten dann nach dem Krieg geschah. Gerade lese ich in der aktuellen Ausgabe der ZEIT ein Interview mit Peter Kalb, der die Zeugen bei dem Frankfurter Auschwitz-Prozess, 1964-1965, begleitet hat. Als junger Mensch hat er ehrenamtlich geholfen, die Zeugen, die damals aus der ganzen Welt: aus Israel, aber auch aus Amerika und Kanada zum ersten Mal nach dem Krieg nach Deutschland/in die BRD kamen, vom Flughafen, von der Bahnstation in die Hotels zu bringen und dann aber auch mit ihnen im Gericht zu warten bis sie mit ihren Zeugenaussagen an die Reihe kamen. So kam es dazu, dass er die Verhandlungen genau mitbekommen hat und sie verfolgt hat. So ist das Gespräch mit ihm sehr interessant, auch durch einige hier mitgeteilte Anekdoten.
Dziś Dzień Niezapominajki. To takie święto wymyślone przez Polaków. Podoba mi się i od jakiegoś czasu próbuję je promować. Na apel o organizowanie Dnia Niezapominajki reagują głównie szkoły, świetlice, przedszkola. Organizatorzy piszą:
Dzień Niezapominajki obchodzimy 15 maja. W tym dniu promujemy szczególnie walory polskiej przyrody i różnorodność ekologiczną.
Wróciłam właśnie z Polski. W Polsce w dużych miastach nie widać żebraków, w każdym razie w centrum nie ma ich zbyt wielu, ale jak są, to widok jest spektakularny, bo całą przednią częścią tułowia leżą na ziemi i klęczą z wyciągniętymi przed głowę rękami. Robi to na mnie wstrząsające wrażenie, wydaje mi się, że jest to straszne poniżenie osoby ludzkiej. Jestem z Berlina, u nas jest inaczej, żebraków jest mnóstwo, często są z Polski albo z innych krajów byłej Europy Wschodniej. Nie klęczą na ziemi.
*** Na stacji metra podchodzi żebrak i krzyczy na mnie, że nikt mu nie chce nic dać i że ma nas wszystkich dość. Daję mu 2 euro. Przyjeżdża pociąg, wsiadamy, żebrak krzyczy teraz na wszystkich pasażerów. Sporo ludzi wrzuca mu coś do pomiętego kubka papierowego.
***
Jak tylko robi się ciepło, w mieście jest masa ludzi. Wszyscy piją piwo. Każdy, czy to elegancki pan w garniturze, czy obszarpany punk, grzecznie odstawia butelki i puszki wianuszkiem wokół kosza na śmieci. Pod wieczór przybędą z wózkami i torbami zbieracze butelek.
***
Wtorek, ciepło, idę się poszwendać. Przy stacji Prinzenstrasse na Kreuzbergu był kiedyś nielegalny, ale w końcu zalegalizowany ogród berliński – Prinzessinnengarten, Ogród Księżniczek. Od czasu gdy lata temu zlikwidowano najsłynniejszy taki ogród – Rose Rose, czyli Różową Różę na Kinzigstrasse na Friedrichshainie – we wszystkich squatach ogrodowych sadzi się rośliny w skrzyniach, doniczkach i workach. Likwidacja Różowej Róży, gdzie wszystko jeszcze rosło po bożemu w ziemi, przeszła do historii miasta. Ogrodnicy wykopali wszystkie rośliny i 18 lipca 2008 roku zawieźli na rowerach na inny berliński nieużytek – leżące odłogiem podwórko zlikwidowanej szkoły im. Franza Fühmanna na Frankfurter Allee. Ogród Księżniczek był już od początku mobilny, przygotowany w każdej chwili do ewakuacji. I tak się też stało. Kiedyś bowiem ogród został z powrotem odlegalizowany. Rośliny odjechały na rowerach w następne miejsce. Ale tu gdzie przedtem rosły, po kilku latach nadal nic się nie dzieje. W środku miasta rozciąga się w cieniu drzew trawnik opuszczonego ogrodu. Z daleka widzę ludzi i namiot, znak że w tajemniczym ogrodzie jest jednak jakieś życie.
Podchodzę bliżej, pod namiotem stoją stoły, krzesła, ławki. Jest sporo ludzi. Miejsce wykorzystuje pewna instytucja charytatywna, która we wtorki przygotowuje i rozdziela bezpłatne jedzenie dla potrzebujących. Zapraszają mnie do stołu. Jest zupa, kilka dań wegańskich, soki, kawa, budyń z owocami, ciasto. Wszystko pyszne. Próbuję zapłacić za lunch, nikt nie chce ode mnie żadnych pieniędzy, wreszcie ktoś się nade mną użala i podsuwa skarbonkę na datki. Pytam, czy mogę tu na blogu napisać o wtorkowych lunchach w byłym Ogrodzie Księżniczek. – Ależ oczywiście, będzie nam bardzo miło. – A nie boicie się, że jak wtorkowa jadłodajnia stanie się znana, to przyjdzie za dużo ludzi?, pytam – Starczy, odpowiada mój rozmówca. Jest dość jedzenia, starczy.
Dziś wtorek.
***
Wychodzę ze sklepu. Przed sklepem siedzi stary potargany żebrak ze zmierzwioną brodą, w cienkich pożółkłych palcach trzyma cienkiego papierosa. Nie mam przy sobie pieniędzy, ostatnio prawie nigdy nie mam przy sobie pieniędzy, tak, wiem, przyczyniam się do tego, że za chwilę już w ogóle nie będzie pieniędzy i wtedy dostaniemy w kość i to na zawsze. Ale bankomaty są tak daleko, a karta pod ręką. W każdym razie chciałabym coś dać żebrakowi, niestety nie mam w siatce i w plecaku nic, co by się nadawało. Ale na wierzchu siatki dumnie wystaje papierowy pojemnik z truskawkami. Wyciągam go i podchodzę, zamierzam oddać człowiekowi w potrzebie połowę moich owoców. Drugą połowę, tę dla mnie, wsypię do torby z bułkami, postanawiam. Truskawki są twarde i suche, a do domu niedaleko, myślę więc, że dam radę. Podchodzę, ale człowiek pokazuje ręką, że nie, nie chce, nie mam podchodzić. Zatrzymuję się zdziwiona. – Nie biorę rzeczy bez opakowań, mówi żebrak. Tylko w firmowych opakowaniach, dodaje.
***
Wychodzę na wernisaż. Na stacji metra siedzi na ławce porządnie ubrany pan. Znam go, to nasz lokalny żebrak, siedzi na ławce i albo czyta, albo słucha muzyki w słuchawkach. Tym razem mam w plecaku opakowane produkty, które mogę zaproponować osobie żebrzącej, a mianowicie torebkę katarzynek. Podchodzę do mężczyzny z katarzynkami w ręku. Bierze i natychmiast zaczyna konwersację. Z uwagi na polskie ciasteczka od razu po polsku. – Pani z Polski? Ma pani szczęśliwe życie? To znaczy, jest jakiś mężczyzna? – Tak, tak, nie, odpowiadam. Chcę dodać, że to nie, to z własnego wyboru a nie z braku laku, ale mężczyzna od razu proponuje: – Mógłbym się z panią spotykać, tak, żeby porozmawiać, nie mam nic złego na myśli, jestem poważny facet, mam 63 lata. – No wie pan, mówię, ja mam 75 lat. Gostek milknie, patrzy zdezorientowany i nie wie, co powiedzieć, na szczęście nadjeżdża metro i ratuje nas oboje z opałów. Podczas wernisażu czuję, że ktoś mi się intensywnie przygląda. Rozglądam się i widzę szczupłego starszego pana. Na pewno patrzy na mnie, nie ma co do tego wątpliwości. Podchodzi bliżej. Nieśmiały, ale jednak podchodzi. Co u licha? Drugi facet w ciągu tego samego wieczora? Ani nie jestem Scarlett Johanssen, ani Lady Gaga, nie jestem jakoś spektakularnie ubrana, no i mam przecież te wspomniane już swoje lata. Gostek jest już koło mnie, rozmawiamy przez chwilę o wystawie (Alexander Camaro & Co, O melancholii), o koncercie (Bethoven, Brahms, Piazolla), o ciekawym miejscu, w którym się znajdujemy (Camaro Stiftung, Potsdamer Str. 98a), o tym, że Camaro (1901-1992) pochodził z polskiej rodziny, nazywał się Kaczmarofski i urodził się we Wrocławiu. Dochodzimy do wyjścia, nieśmiały pan zdążył mi już powiedzieć, że prawie 30 lat był profesorem, a teraz jest na emeryturze, – Spotkamy się?, pyta wreszcie, a ja odpowiadam, że tak, ludzie się zawsze spotykają dwa razy. Ściskam mu rękę na pożeganie i szybkim krokiem odchodzę w kierunku stacji metra.
Tak to jest, polski biedak koczujący na ławce na stacji metra ma dość wewnętrznej godności, żeby zaproponować randkowanie, dobrze sytuowany niemiecki profesor – nie. Ciekawa różnica mentalności.
Ewa Maria Slaska & Marek Włodarczak (alias Tabor Regresywny)
oraz oczywiście Ela Kargol, bez której nie ma już żadnego wpisu o Don Kichocie i Baratarii
Ciekawe, że wcale przedtem na to nie wpadłam, że to ON, czyli Marek Włodarczak. A przecież wygląda jak on, opowiada jak on, robi to co on – szwenda się po świecie, używając niezwykłych środków lokomocji. Nie ma przy nim Sancho Pansy, pewnie właśnie zarządza w jego imieniu Baratarią. Uważa zresztą, że Barataria wcale nie jest tą wyspą, którą Don Kichote obiecywał swojemu giermkowi przez cały pierwszy tom, a już na pewno nie jest tą wyspą na lądzie, jaką w porywie złośliwego humoru w drugim tomie ofiarowali mu Wiceksiążę i jego małżonka Wiceksiężna. Zdaniem DK de la Vratislavia Barataria jest odległą planetą, która niekiedy jawi się jak wymarzona utopia, czyli Wyspy Szczęśliwe, niekiedy zaś jako prawdziwe Barataro, czyli Oszustwo. Niewątpliwie korzystnym dla niekończącej się opowieści baratarystycznej czasomiejscem lokalizowania Baratarii było osiem lat rządów PiS-u w Polsce – poszukajcie sobie drogie Czytelniczki wszelkiej płci i wieku w odmętach tego bloga, ileż ON tu naopowiadał historii o Baratarii.
Märchenbrunnen każdemu berlińczykowi kojarzy się z fontanną i baśniowymi figurami w parku Friedrichshain. Mnie też, aż nie zobaczyłam innej bajecznej fontanny w parku Schulenburga (Schulenburgpark) w Neukölln.
I przyznać muszę, że tam bywałam częściej ze wzgledu na powiązania rodzinne i pewien adres. Powiązania rodzinne zostały, zmienił się adres i fontanna, architekt i rzeźbiarze.
Guten Morgen Amerika, wie geht es dir? In Palm Springs scheint die Sonne, ich trinke einen Kaffee aus der Maschine am Waschautomaten und setze mich an den Pool. Die Palmen sind heute noch palmiger, einige versprengte Motelgäste lungern schon auf den Liegestühlen herum, um uns herum bilden die Berge eine majestätische Kulisse. Anton schläft noch, gegen neun wecke ich ihn, wir essen behelfsmäßig im Zimmer, wieder etwas Geld gespart, und entscheiden uns, vor dem Joshua Park noch ins Palm Springs Air Museum zu fahren. Ein riesiges Areal direkt neben dem Flughafen, auf dem Flugzeuge und Militaria aus der Zeit des Zweiten Weltkriegs, der Kriege in Korea und Vietnam bis zum War of Terror ausgestellt werden. Herausgeputzte Bomber, strahlende Kampfjets, ein beeindruckender Stealth Fighter in einem rot erleuchteten Hangar, der mich mit seinen eckigen Formen an Teslas Cyber Truck erinnert.
Es liest und spricht mit den Gästen Monika Wrzosek-Müller Autorin vom ewamaria.blog Es laden ein und den Abend moderieren Ewa Maria Slaska, Ela Kargol
Monika schrieb dazu:
Geschrieben habe ich eigentlich immer, interessanterweise öfter und intensiver auf Deutsch als auf Polnisch. Das hat vielleicht mit meinem Germanistik-Studium zu tun, oder aber doch mit der eher präzisen und ordnenden deutschen Sprache; sie zwingt mich, dem Wust meiner Gedanken einen verständlichen Rahmen zu geben. Und natürlich, ich lebe ja in Deutschland.
Dass ich nicht mehr zu den Junioren gehöre, hat mir gerade wieder eine Einladung vor Augen geführt, die ich vor ein paar Tagen bekommen habe: „Aus Anlass unseres 50. Abitur-Jubiläums laden wir euch alle am 17.05 um 16.30 Uhr in die Bar Lolek in Warschau ein.“ Wenn man dann noch die Kinderjahre dazu zählt, kommt eine stattliche Zahl von Lebensjahren heraus.
Ich schreibe immer aus einem konkreten Anlass. Es sind viele kurze Beiträge. Ja, ich habe nachgezählt; es sind wirklich gut über 110 Einträge. Ich würde mich gerne – ich gebe es zu – auch an einem etwas längeren Format versuchen und bei einem Thema bleiben, aber es fehlt mir an Mut, an Muße und an Geduld.
Ewa war mir immer eine große Unterstützerin, Begleiterin und (in positivem Sinn) Antreiberin. Vielen Dank dafür.
Das Treffen findet hauptsächlich in der deutschen Sprache statt. Eintritt frei, Spenden für Sprachcafé Polnisch – willkommen.
Die Veranstaltung findet statt im Rahmen des Projektes „In der Schulze“ mit Unterstützung des Bezirksamtes Pankow.
Z gośćmi rozmawia i i teksty z bloga – ewamaria.blog – czyta Monika Wrzosek-Müller
Zapraszają i wieczór prowadzą Ewa Maria Slaska i Ela Kargol
Monika napisała:
Właściwie piszę od zawsze, co ciekawe częściej i intensywniej po niemiecku niż po polsku. Być może wiąże się to z faktem, że studiowałam germanistykę, a może z tym, że język niemiecki jest precyzyjny i uporządkowany, co sprawia, że mogę ująć to, co myślę w uporządkowane ramy. No i oczywiście mieszkam w Niemczech.
Kilka dni temu przyszło zaproszenie, które niestety przypomniało mi, że nie jestem już juniorką. „Z okazji 50-lecia matury zapraszamy wszystkich do Baru Lolek w Warszawie…“ A przecież były jeszcze lata, które przeżyłam jako dziecko – imponująca liczba lat!
Zawsze piszę z konkretnego powodu. Wiele, z reguły dość krótkich tekstów. Tak, policzyłam – grubo ponad 100 wpisów. I mnóstwo tematów. Chciałbym – przyznaję – spróbować sił w nieco dłuższym formacie i trzymać się jednego tematu, ale brakuje mi odwagi, wolnego czasu i cierpliwości.
Ewa zawsze była dla mnie wielkim wsparciem, towarzyszką, motywatorką. Wielkie dzięki.
Spotkanie (głównie) po niemiecku. Wstęp wolny, datki dla Sprachcafé Polnisch – mile widziane.
Spotkanie realizowne jest w ramach projektu „Na Schulze” przy wsparciu Urzędu Dzielnicowego Pankow.
Pojawiła się u mnie nieduża istota, która wędruje z miejsca na miejsce.
Ma na imię Mini Gu i jest japońskim misiem. Mini Gu ma dużo czasu na myślenie, a to sprawia, że jest bardzo mądry. Bardzo lubię takie małe mądre stworzenia, zawsze lubiłam. Jednego poznałam już w dzieciństwie, nazywał się Pędrek Wyrzutek.