In der Ukraine naht der dritte Kriegswinter. Was das für die Menschen dort bedeutet, erfahren wir gelegentlich aus den guten Reportagen von Korrespondenten vor Ort, bei der ARD von Vassili Golod und beim ZDF von Katrin Eigendorf. Wirklich vorstellen können wir uns nicht, was es bedeutet, jeden Tag ums Überleben zu kämpfen. Immer wieder von Drohnen- und Raketenangriffen bedroht zu sein und bei jedem Luftalarm Stunden im Bunker, in U-Bahnstationen oder Kellern verbringen zu müssen, immer wieder aufs Neue zu fürchten, dass die nächste Rakete auch auf das eigene Haus treffen könnte. Dazu die Engpässe bei der Stromversorgung, bei Lebensmitteln, Medikamenten und vieles andere mehr…Vielleicht am ehesten können das die Palästinenser oder im Moment auch die Spanier aus der Region Valencia nachvollziehen. Dass wir im Westen doch so wenig Empathie aufbringen, wundert mich sehr, dass wir die Ukraine immer noch so halbherzig unterstützen, mit zwei Schritten nach vorn und drei zurück. Dass auf den Friedensplan von Zelensky so nüchtern reagiert und der Ukraine keine Hoffnung auf den Beitritt zur NATO gegeben wurde, empfinde ich als beschämend, und dass gerade Deutschland es gestoppt hat, treibt mir die Röte ins Gesicht.
Komputer Romana zastrajkował. Jako Adminka podejmuję decyzję, że przypomnimy tu, iż nasz Autor Roman Brodowski (Brom) publikował u nas od lat, niemal od samego początku. Czego już tu nie pokazywałam? Były wiersze, bajki, wspomnienia, proza, manifesty. Zawsze bardzo lubiłam jego wpis o tym, jak dzieci w PRL anektowały zimą górkę, z której się zjeżdżało na sankach: https://ewamaria.blog/2015/01/02/zimy-naszego-dziecinstwa/
Innym ulubionym przeze mnie tekstem Romka jest opowieść o tym, jak się przed wojną jechało przez całą Polskę wozami. Opis, który nie ma sobie równych. https://ewamaria.blog/2016/02/05/ze-wspomnien-zofii-grabinskiej-3/. Niestety w zakończeniu Roman pisze, że resztę poznamy, jak ukaże się książka, a teraz, po latach mogę stwierdzić, że książka się (chyba) nigdy nie ukazała. Może więc autor kiedyś da nam tu do czytania dalszy ciąg tej dramatycznej opowieści o Wołyniu.
Magnolia z przeszłości i dziś. Spotkanie z Agatą Koch
ProMedia aleja Wojska Polskiego 2, 70-470 Szczecin, Polska
Są teksty łączące przeszłość z teraźniejszością, inspirujące do rozmyślań i wspomnień. Istnieje literatura zachęcająca do rozmowy – z sobą i z innymi. Są twórczynie malujące słowem sielskie pejzaże i poruszające obrazy międzyludzkich relacji.
Do Mamy. Mamo kochana, miałaś piękne życie, podczas którego działo się wiele rzeczy ciekawych, pięknych i mniej interesujących, jak każde życie. Pierwszy okres to było dzieciństwo, o którym niewiele opowiadałaś, ale na zdjęciach, które się zachowały, wyglądałaś na dziecko szczęśliwe, otoczone miłością rodziny.
Tę sielankę przerwała, jak wszystkim, wojna. Twoi wspaniali rodzice zaczęli pracę w konspiracji, a Ty, ciekawska, podglądałaś i podsłuchiwałaś jak każde dziecko i żadna konspiracja nie była dla Ciebie tajemnicą. Więc Rodzice wciągnęli i Ciebie w pracę, nosiłaś pseudonim „Mirka” i byłaś najmłodszą łączniczką AK II Rejonu „Celków” Okręgu Obroża. Potem było aresztowanie, Pawiak, przesłuchania – nie był to dla Ciebie łatwy okres, ale dzięki Twojemu uporowi przeżyłaś to wszystko i pięknie opisałaś, najpierw na blogach a następnie w książce Biała Apaszka.
Później spotkałaś Tatę, wspaniałego człowieka, który też dał Ci dużo w życiu. Wyjazdy za granicę, poznawanie świata.
Skończyliście studia i w międzyczasie urodziłyśmy się my dwie. Podobno chciałaś mieć dom pełen dzieci, żeby zaspokoić Twój brak rodzeństwa. Na szczęście Małgorzata tak się darła po urodzeniu, że te masy dzieci Wam wyperswadowała. Była również kwestia utrzymania dużej rodziny z niewielkiej pensji psycholożki i lekarza. My dwie musiałyśmy Wam wystarczyć!
Ale tworzyliśmy zgodną rodzinę, w której decyzje były dyskutowane wspólnie, czasami my, trzy baby, dominowałyśmy Tatę, tak jak to się przydarzyło, gdy dołączyłyśmy do naszej rodziny Paskalcię (dla niewtajemniczonych – to była piękna foxterierka, która urodziła nam ósemkę szczeniaków).
Niestety losy rodzinne rozrzuciły nas po świecie, ale starałyśmy się być blisko Was, pomagać, jak tylko mogłyśmy, odwiedzać jak najczęściej. Dla nas niezapomniane są nasze rozmowy we trzy na Skypie, a nawet w cztery, jak dołączała do nas Teresa, siostra Taty, a czasami i w pięć, razem z Puszynką, Twoją kotką. Sandro, włoski mąż Marii zawsze pytał: “ty dziś rozmawiasz?”
Brakuje nam tych pogaduszek o wszystkim i o niczym.
Zawsze podziwiałyśmy i chwaliłyśmy się Twoją odwagą poznawania nowego, komputerowego świata. Maile, Facebook, Skype i ogólnie Internet stały się dla Ciebie oknem na świat i możliwością kontaktu z rozrzuconą po świecie rodziną. Byłaś wyjątkiem wśród swoich rówieśników.
Dziś skończyłaś 95 lat! Postarałyśmy się zapewnić Ci jak najlepszą opiekę w tak sędziwym wieku. Myślami jesteśmy zawsze przy Tobie.
Maria i Małgorzata
PS. od Adminki: Ciocia, my też o Tobie dużo myślimy, i my, Kasia i ja, nasze dzieci, wnuki, ale też wiele autorek i wielu autorów tego bloga! Niech Ci się śnią piękne sny!
Łotrem jest, kto w młodości znosi kompromisy, Kogo nęci brzuch pełny lub wypchana kiesa… Łotrem jest, kto nie marzy, jak ten z Cervantesa, Aby słońca dosięgnąć złotym ostrzem spisy. Godzien wzgardy, kto jeno pełnej szuka misy I kto iskier mieczami śmiałości nie krzesa, Kogo wstrzyma w zapędzie ostrożności kresa, Kto nie lata jak orły – lecz stąpa jak lisy. Młodość winna być nagła i ostra jak klinga. Fale życia pruć chyżo jak łódka wikinga, Śmiałym okiem w najdziksze przenikać ostępy, Nim przezornej starości wiek nadejdzie tępy, Zanim los, orle skrzydła łamiący na strzępy, Nie zmieni piór skrzydlatych na pióra flaminga.
Krzysztof Kamil Baczyński Don Kichot
Z którego dziejow czytać się uczyłem, rycerzu, piosnkę zasłysz i tobie. C. K. Norwid
Południe kiedy wróble kąpią się w piachu w traktach wybuchających pyłem przechodzi rycerz dym jałowców strzela zapachem z dachów lisy patrzą spod rzęs wyblakłych ludzie chytrze zbierają skwar ciężki do sakiew oczu koń drewniany wydyma kurz jak żagle krokiem każdym odrzuca ziemię tocząc kule piachu w obłoki wybija nagle taktem kroku spada znużenie w oczy twarz czernieje wichrem cieniem oczy gasną obojętność bije w pancerz szkłem stłuczonych spojrzeń oczy wystrzały nieba z rozmarynów dojrzę – oczy wystrzały nieba chodzą powoli wśród marzeń jedzie rycerz w rozpęk różowy jabłoni miasta puste duszne od róż pogasłych jedzie rycerz okna śpiewają koniem dudnią ulice ogłuchłe ślepe miasta uciekają jaszczurki łożyskiem rzek suchych odpadają od stóp krokami kamienie miast jedzie rycerz o sercu wielkim i głuchym pancerz odbija co noc rytmiczne salwy gwiazd jedzie rycerz w obłęd szerokich obłoków w wytrysk winnic słońce zasiane winem w noc urojeń dzwonów błyszczące toki w księżyc pusty zagląda w okna nieznanych dulcynei
17.VII.1939
Bolesław Leśmian
W jednym z pozagrobowych parków, uroczyście Zamiecionym skrzydłami bezsennych aniołów, W cieniu drzew, co po ziemskich dziedziczą swe liście Pożółkłe i zbyteczne – z dusza, niby ołów, Ciężką, chociaż pozbytą życia nędz i lichot, Na ławie marmurowej wysmukły Don Kichot Siedzi, dumając nad tym, że dumać nie warto, I pośmiertnym spojrzeniem, co nie sięga dalej, Niźli dłoń rozmodlona, obrzuca głąb alej, Gdzie ślad życia na piasku starannie zatarto.
Bóg darmo dłoń ku niemu wyciąga z pobliża, Ażeby go powołać na wspólne biesiady We mgle, którą anioły, czyniąc znaki krzyża, Rozpraszają dla gościa. gość niezłomnie blady Usuwa się i stroni i w pozgonnej ciszy Udaje, że nie widzi nic i nic nie słyszy.
Niegdyś skrzydła wiatraków, sen posłuszny wiośnie, Złocił mu w groźne miecze rycerskich orszaków, A dzisiaj w dłoniach Boga, podanych miłośnie, Widzi zdradliwe skrzydła ułudnych wiatraków, I – nieufny – uśmiechem szyderczym przesłania Możliwość nowych błędów, snów i opętania.
I nie postrzega nawet, jak nagle – bezszmerny Anioł do stóp mu składa purpurową różę, Przysłaną od Madonny na znak, że w lazurze Pamięta o rycerzu, który był jej wierny. Lecz on, niegdyś na ziemi istny wzór rycerza, Znieważając wysłańca i dawczynię daru, Odwraca twarz od róży, bo już nie dowierza Kwiatom, które posądza o przebiegłość czaru. Biały anioł się schyla nad niewiasty jeńcem, I całując go w czoło, przytłumionym głosem Szepcze: “To także od Niej!”… I nagłym rumieńcem Zapłoniony odlata. A rycerz ukosem W ślad jego napowietrzny nieufnie spoziera I zachwiany w niewierze raz jeszcze umiera Ową śmiercią, co wszelkim pocałunkom wzbrania Budzić takich umarłych i w dniu zmartwychwstania!
Razu pewnego Razu pewnego Roku czterdziestego czwartego Żył i działał jeden pan Kryminalnym władzom znan. Był to złodziej zawodowy XXXXPobytowy XXXXXXXXKieszonkowy … Może stopkarz? może Lipkarz? XXXXXXXXczy doliniarz? XXXXXXXXXXXXXXXXczy pajęczarz? *** Czy z Warszawy? XXXXczy z Nieszawy? XXXXXXXXczy z Piotrkowa? XXXXXXXXXXXXXXczy z Iłowa? XXXXXXXXXXXXXXXXczy z Wielunia? XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXczy z Torunia?
Z jakiego miasta? XXXXNie wiem, nie powiem i basta. Kilka razy musiał wpaść XXXXXXXXAle nie przestawał kraść
***
Lecz złapali go agenci Wiedząc dobrze co się święci XXXXZapowiada się siedzenie XXXXXXXXAle on powiada że nie I tak dobrze kręcić umiał Że nikt tego nie zrozumiał XXXXXXWięc jako politycznego XXXXXXwysłali go dnia pewnego XXXXXXdo obozu – a jakiego? XXXXXXWiecie? Koncentracyjnego.
Czerwony ma winkiel śliczny, że jest niby polityczny Układny jest jak wszystkie dranie Zdobył sobie zaufanie
***
Wpierw źle mu się powodziło Wiec myśli że nie szkodziło, By na nowo zacząć kraść Ostrożnie, żeby nie wpaść. I patrzaj! Taka cholera Do paczuszek się dobiera XXXXXXWyciąga je spod siennika XXXXXXW nocy cichaczem połyka Chleb i sadło, ciasto, ser To dla niego dobry żer
***
Z rana się zrobiły krzyki Bo paczkarze – naród dziki XXXXXNie lubią się dobrem swym XXXXXXDzielić z byle kim
A pan Stefan – nasz sztubowy XXXXXXJako że chłop jest morowy XXXXXXDecyduje wzniecić strach XXXXXXZa pomocą nocnych wach
Że to każdy, który kradnie Nie obejrzy się jak wpadnie XXXXXXNa nauki ludziom złym XXXXXXZe złodzieja będzie dym
***
Ale wacha, jak to wacha Sama się ciemności stracha XXXXXXSię pospała XXXXXXXXXXXOberwała XXXXXXXXXXXXXXXRyczała XXXXXXXXXXXXXXXXXXKrzyczała I się rozleciała.
I na naszej sztubie Nie ma więcej warty Niech to porwą czarty Ku złodziei chlubie
Porozumienie XXXXXXZrozumienie XXXXXXXXXZarządzenie Pana Stefana XXXXXXOd wieczora do rana Wacha będzie zawodowa XXXXXXmorowa XXXXXXXXXXXXani słowa Nic się przed nią nie schowa!
***
Na złodzieja strach padł XXXXXXDwa dni nic nie jadł XXXXXXXXXXXXoprócz tego XXXXXXXXXXXXXXXXXXCo dostał oficjalnego
***
Ale pajdka była mała I zupa nie dogadzała XXXXXXWięc choć nie ładnie XXXXXXOn znów kradnie.
Wacha stoi całą noc A on kradnie pajdek moc XXXXXXKradnie spod łóżek XXXXXXXXXXXXSpod głów i nóżek
Nie wiem czy stary, czy wyrostek Kradnie z kostek XXXXXXUkradł ser i margarynę XXXXXXXXXXXXUkradł cukier, sacharynę
XXXXXXXXXXXXXXXXXXKradnie ciasto, kradnie placki XXXXXXXXXXXXXXXXXXWszędzie swe zapuszcza macki XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXCo ukradnie zaraz żre XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXJest nie ładnie – bardzo źle!
Co tu zrobić? Jak zaradzić? Żeby kto chciał chociaż zdradzić XXXXXXImię, numer lub nazwisko XXXXXXNie odgadniesz, chociaż blisko XXXXXXXXXXXXJest ten drań XXXXXXNie ma sposobu nań!
***
A ja mam sposób by się pozbyć z tłoku XXXXXXz bloku XXXXXXtakich osób
Panowie z paczkami Tylko cicho miedzy nami Jak dostanie paczkę kto XXXXXXAby wykorzenić zło
XXXXXXXXXXXXOceńcie mej rady wartość XXXXXXXXXXXXRozdajcie zaraz zawartość XXXXXXXXXXXXWszystkim głodnym, wszystkim nam XXXXXXXXXXXXXXXXXXTaką ja wam radę dam!
Darmo złodziej zęby szczerzy Widzicie jak ten drań leży.
*** Stutthof, wrzesień 1944
Obóz koncentracyjny w Stutthofie: pasiaki, tzw. winkle, czyli oznaczenia więźniów, cela
Viator uporczywie i w licznych repryzach dokuczał swej Małżonce po tym, jak nieopatrzenie przyznała się, że bardzo długo (aż do wspólnej wizyty w Camargue, czyli rajskiej delcie Rodanu) nie wiązała mentalnie pojęć „Prowansja” i „zioła prowansalskie”; ten motyw powróci jeszcze w jednym z odcinków. Przyganiał kocioł garnkowi: Pielgrzym sam dopiero podczas tegorocznej wizyty we Florencji – pierwszej i wiekopomnej, nieprawdaż – w drugim półwieczu swego życia, nagle ze zdumieniem skojarzył, iż wielki ród Medyceuszy, czyli Medici, nazwę swą wiedzie od… medycyny. Czy raczej od medyka: konkretnie jednego z protoplastów familii, ponoć parającego się tym zajęciem. Gamoń, nie Viator. Przypadek, nomen omen, dla lekarza.
– Wiesz! Mamy już jesień, a ja nie ogarnęłam jeszcze lata. Każdy dzień będzie miał o jeden metr bólu więcej. Mam wrażenie, że na twoich zdjęciach mętnieją Ci oczy. Minęło tyle lat od twojej nagłej śmierci, a ja z połową serca jakoś udaję, że żyję. Chcę byś teraz potarmosił mi włosy i wrócił ze mną do domu. Jestem o ten rok bliżej drugiej strony i bliżej ciebie. Czekaj na mnie. Chciałabym, by było to już, bo nie wiem, jak żyć bez ciebie. Próbuję zapomnieć twój głos, ale wciąż chcę go słyszeć z nagrania w telefonie. W szafie wciąż wisi twoja ulubiona koszula, którą co ranka całuję, wywołując do raportu twoje feromony, łapię grunt pod nogami i zaczynam nowy dzień. Nocą zamieniasz życie w senne widziadło, bo tylko w snach mogę ciebie spotkać.
Do miasta prowadziło dziesięć bram. Trzy pozostały, paradne, odrestaurowane, przyciągają wzrok i turystów, następne trzy zostały częściowo zrekonstruowane, ale mało kto wie, że są pozostałościami bram. Następne cztery zniknęły z mapy miasta.
Bezpośredniej przyczyny podpisania tej w gruncie rzeczy poniżającej, buczackiej umowy, upatrywać należy w wewnętrznej, politycznej i wojskowej sytuacji Rzeczypospolitej po osadzeniu Wiśniowieckiego na tronie. Silne frakcje, jakie utworzyły się wewnątrz kraju, walczące między sobą, nie sprzyjały obronnym działaniom militarnym, a co dopiero mówić o sukcesach Rzeczypospolitej na terenach opanowanych przez tureckie i kozackie watahy.
Polska szlachta, broniąca Rzeczypospolitej, stała po stronie króla, który z kolei był ostro atakowany przez stronników tronu francuskiego, a i polska magnateria, występująca przeciwko osadzonemu na tronie „niby piastowskiemu” władcy, zamiast jednoczyć się w obliczu nadchodzącej z dalekiego Orientu wojny z islamską „nawałnicą”, zamiast zakopać„ rodzime topory”, zajęta była tworzeniem konfederacji przeciwko sobie nawzajem. I tak podczas organizowanego przez króla pospolitego ruszenia antytureckiego, jego zwolennicy zawiązali konfederację w Gołąbku, na co, w odpowiedzi, przeciwnicy króla założyli swoją w Szczebrzeszynie. Mało brakowało a doszłoby do wojny domowej. Na szczęście, uświadomiwszy sobie, w jak krytycznej sytuacji znajduje się Rzeczypospolita, oba zwaśnione ze sobą obozy, „na czas wojny” podjęły decyzję pojednania.