Małą Mi do Berlina i z powrotem 4

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Księżyc, seks i wolność

Z polecenia Ewy Marii kupiłem książkę Wojciecha Koronkiewicza  pt. Życie seksualne kajakarzy. W całej książce znalazłem tylko jedno zdanie na temat życia seksualnego kajakarzy.  Wzmianki o seksie w kajaku  się nie liczą, bo mają tyle wspólnego z życiem seksualnym kajakarzy, co seks w taksówce z życiem seksualnym taksówkarzy.

W latach siedemdziesiątych byłem uczestnikiem i organizatorem wielu spływów kajakowych, zarówno harcerskich jak i studenckich. Mam w związku z tym swoje obserwacje, zgodne zresztą z obserwacjami Wojciecha Koronkiewicza. Wynika z nich, że z tymi kajakarzami jest coś nie tak, oni przez cały dzień wiosłują, a wieczorem rozbijają namioty i zamiast zająć się życiem seksualnym,  rozpalają ogniska i do później nocy siedzą przy tych ogniskach i śpiewają. To nie jest normalne.  Kajakarstwo w ostatnich czasach bardzo się rozwinęło, prawie na każdej rzece działa po kilka firm oferujących spływy kajakowe. Jeśli wszyscy wieczorami będą śpiewać, to skończy się  katastrofą demograficzną. Z tym coś trzeba zrobić. Zbadać, czemu oni śpiewają, zamiast zająć się życiem seksualnym. By dokładnie przyjrzeć się tej sprawie, wyruszyłem małą łódeczką kanałem Odra-Sprewa do Berlina licząc, że po drodze ktoś mnie oświeci. I oświecił mnie księżyc, dosłownie i w przenośni.


Płynąc kanałem Odra- Szprewa, zatrzymałem się w małej zatoczce pełnej zwalonych drzew i z bobrów. Ułożyłem się do snu w łodzi pod gołym niebem. Księżyc wzszedł i miałem go pod nogami. I wtedy przypomniały mi się słowa z Apokalipsy św. Jana o niewieście obleczonej w słońce  z księżycem pod stopami. No oczywiście, ta niewiasta to wolność wędrowców w szczególności kajakarzy, w dzień obleczonych w słońce, a w nocy, gdy śpią pod gołym niebem, to księżyc mają pod stopami. Wiele nocy tak spędziłem, czując się wolnym. No to już wiem, czemu oni śpiewają. Śpiewają, bo czują się wolni. Szelmy z Kościelnej też śpiewały jak pływaliśmy Nysą Kłodzką do Morzyszowa i tam paliliśmy ogniska.  No dobrze, ale czemu oni śpiewają kosztem życia seksualnego?

Na razie zadowolony z tego, że odkryłem dlaczego oni śpiewają, dotarłem do Ewy Marii do Berlina. Poprosiła mnie bym przyniósł z piwnicy karton pełen książek jej autorstwa pt. AMERYKAŃSKI SEN. Nie wiem, co mnie podkusiło, że wziąłem jedną z nich i otworzyłem na przypadkowej stronie. I czytam, że z tą Wolnością  to nie jest taka prosta sprawa. Że o wolności podobnie jak o prawdzie czy o sprawiedliwości  wszyscy mówią, a nikt tak naprawdę nie wie, co to jest, mało tego, walczą o wolność, prawdę i sprawiedliwość, a potem mówią, że “nie o taką Polskę żeśmy walczyli”. Faktycznie, walczyliśmy o wolność, śpiewaliśmy o niej pieśni, a jak ją wywalczyliśmy, to przestaliśmy śpiewać.

I druga sprawa,  okazuje się, że są dwie wolności, wolność od i wolność do. No to mam problem, czy wolność kajakarzy jest Wolnością od czy Wolnością do? I co to ma wspólnego z ich życiem seksualnym?

Berlin okiem flâneura i nomady (4)

Maciej Dudziak


Po przejściu przez most zaczyna się faza włączenia. Jestem już na Kreuzbergu – ale nie jestem taki sam. Każde przejście, jeśli traktować je poważnie, zmienia. Most nie tylko łączy dzielnice – zmienia tych, którzy przez niego przechodzą. Włącza mnie do nowej tkanki miejskiej, ale z nowym spojrzeniem. Czuję, że wszedłem w inną narrację – inne zapachy, inne rytmy, inne języki. To nie jest tylko inna część miasta – to inny świat.
Dla mieszkańców Berlina Oberbaumbrücke może być przejściem funkcjonalnym – ale dla tych, którzy potrafią widzieć, to palimpsest przejść. Jak pisał Marc Augé, niektóre miejsca są przejściowe, ale znaczące – to miejsca antropologiczne, gdzie codzienność spotyka się z historią. To właśnie tutaj, w przeciągu kilku kroków, można przejść od industrialnej ciszy Friedrichshain do wielogłosowej polifonii Kreuzbergu. Można też przejść przez własne granice – pamięci, tożsamości, przynależności.

Continue reading “Berlin okiem flâneura i nomady (4)”

Czas na czarnym cyferblacie

Teresa Rudolf

Czarny cyferblat

Ogromny zegar ścienny;
z czarnym cyferblatem,
wskazówkami złotymi…

ta, z sekundami zdumiewa, 
biegnąc jakby szalona
“na łeb na szyję”, naprzód,

nieodwracalnie uciekając,
przed swym sekundowym
przemijaniem, złocąc się…

na tym czarnym 
cyferblacie,
prawie z niego 
wybiegając…

Czas

wiersz dedykuję pamięci naszego kolegi Tibora 🍁🍁🍁

Czas; ten wielki obszar
egzystencji w tym “teraz”,
“przed chwilą”, już…”za chwilę”…

Wielki talerz pełen frykasów,
nie wiadomo co z nich wybrać, 
przeróżnie kuszące rozmaitości, 
…czasem genialne, a czasem ból.

Czas, trzymający
się bicia serca, 
też pamięci, 
i umysłu, 

planując DZIŚ…
… już na 
JUTRO…

…choć ono nie dość pewne,
jak taka Panna Młoda, 
strojąca się do ślubu
“na dobre i  na złe”…

…gdyż taki Czaruś
może przecież uciec,
w  jednej sekundzie
sprzed ołtarza…

mimo wiary, 
nadziei…
…miłości,
i planów.

Porzucone fragmenty książki (3). Pochowają mnie anonimowo, umrę w biegu.

Wydałam właśnie drukiem powieść o pokoleniu Solidarności. Patrz TU. W ostatecznej redakcji kilka fragmentów po prostu wyrzuciłam, a kilka przeniosłam tu. Oto fragment trzeci i ostatni.

Ewa Maria Slaska

Uważaj, co mówisz, bo może się spełnić dosłownie.

W testamencie zapisałam, że proszę, aby mnie pochować anonimowo, w lesie, co oznacza, że zostanę skremowana, bo w lesie trumien nie chowają. A szkoda, bo myślałam o tym, że zostane pochowana w papierowym worku, takim, w jakim pochowano Mozarta, o płóciennym całunie, o wiklinowym koszu lub o prostej drewnianej skrzynce.
Gdy zaczęłam pisać tę powieść o dwojgu bohaterów, którzy przeżywają Solidarność w Gdańsku, a potem wyjeżdżają przez Berlin Zachodni do Stanów Zjednoczonych, to zgóry wiedziałam, że ich dwoje, czeka w Ameryce absolutnie przeciwny los. Moja bohaterka, Basia zrobi karierę, a jej mąż, Stefan, działacz Solidarności, umrze jako bezdomny. Dopiero wtedy dowiedziałam się, jak chowa się bezdomnych w Nowym Jorku. W prostych drewnianych skrzynkach.

Continue reading “Porzucone fragmenty książki (3). Pochowają mnie anonimowo, umrę w biegu.”

Zajęta katabazą, spóźniam się na własną egzekucję,

Matylda Wikland

bądź refleksya wobec paru przedmiotów znalezionych przy nekropoliach.

Różnica w tym, że wariat robi swoje bezinteresownie, normalny natomiast dla sławy, bo można ją wymienić na gotówkę.
S. Lem, ,,Biblioteka XXI wieku”

W mieście jest wilkołak.^

Czy to źle?

W mieście jest wilkołak.

Uznam to za potwierdzenie.

RZECZ PIERWSZA: Uczelnia

Razi mnie w empatii, w tym ,,współ-czuciu”, że nie jest tak naprawdę emocją troski wobec Innego, a wobec wyobrażenia sobie Nas-Jako-Innego, Nas-Na-Jego-Miejscu. Nie czujemy wtedy więc wobec Kogoś, a wobec Nas, przeniesionych w kilku stopniach. Czy nazwać można to prawdziwą empatią, jakąkolwiek tam definicyę prawdziwości przyjąć?

Continue reading “Zajęta katabazą, spóźniam się na własną egzekucję,”

Cierpienie zwierząt. Polowanie.Jelenie.

W ciągu ostatnich 10 lat z rąk myśliwych zginęło blisko 30 osób. 
Ginie wiele zwierząt, także należących do gatunków pod ochroną. 
Naszą bronią jest znajomość prawa i zgłaszanie jego łamania.
Sprawmy, by jak najwięcej osób skutecznie patrzyło myśliwym na ręce. 
Zamów pakiet ogłoszeń w formie widocznych z daleka naklejek,
jakie możesz wywiesić przy wejściu do lasu lub w innym widocznym miejscu. 
Edukuj innych o prawach, jakie najczęściej łamią myśliwi i zwiększ bezpieczeństwo w terenie.

Continue reading “Cierpienie zwierząt. Polowanie.Jelenie.”

Małą Mi z Berlina (4)

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Chochlik drogi powrotnej

Chochlik drogi powrotnej to wyjątkowo złośliwa bestia.  Przekonała się o tym na własnej skórze moja żona. Wracaliśmy pieszo MAŁĄ MI  z pleneru w Winnej Górze pod  Oławą. Mijając Kotowice, żona stwierdziła,  że woli wracać pociągiem. Stacją była niedaleko, sprawdziła telefonem  czy ma pociąg, kupiła bilet i poszła na stację. Nie odprowadzałem jej, bo droga była nie na mój wózek. Po czterech godzinach dotarłem do Wrocławia, schowałem MAŁĄ MI do garażu, wracam do domu, a tu żona mówi, że też dopiero wróciła.
– Co się stało?  pytam.
– Tory rozebrali, musiałam wracać pieszo do Wrocławia. A pociąg był w rozkładzie, nawet bilet sprzedali.

Continue reading “Małą Mi z Berlina (4)”

Berlin okiem flâneura i nomady (3)

Maciej Dudziak


Przechodząc przez most. Flâneur na Oberbaumbrücke


Stoję na moście. Na Oberbaumbrücke. W miejscu, które nie należy już do żadnej dzielnicy, a jeszcze nie należy do kolejnej. Jestem pomiędzy – i to pomiędzy ma w sobie ciężar historii, rytm współczesnego życia i ciszę, która nie daje się zagłuszyć tramwajowemu stukotowi ani śmiechom turystów. Przechodzę, ale nie tylko fizycznie – przechodzę przez coś, przez niewidzialny próg, przez napięcie między przeszłością a teraźniejszością, między znajomym a obcym, między zamieszkanym a tylko użytkowanym. Jestem tu jak flâneur Benjamina – chodzę po mieście nie po to, by gdzieś dojść, ale by widzieć to, czego inni nie widzą. I to właśnie tutaj, na moście, widać najlepiej.

Continue reading “Berlin okiem flâneura i nomady (3)”

Będzie o lwach i o zoologu w Poznaniu, i o poetce.

Ela Kargol

Nie wiem, czy dzisiejsi poznaniacy chodzą jeszcze do zologu, czy już tylko do ogrodu zoologicznego.

Ja pamiętam zolog. W słownikach gwary poznańskiej znajduję i zolog, i zoolog, a nawet z niemiecka colog. Niektórzy odwiedzają ogrody zoologiczne przez całe swoje życie. Ja to robiłam w wieku wczesnej młodości, a potem wczesnej młodości moich dzieci, ewentualnie towarzysząc komuś w wyprawie do Zoo.

Zolog w Poznaniu jest już wiekowy. Mam na myśli ten stary zolog – Stare Zoo. Do niedawna jeszcze uliczne drogowskazy wskazywały w mieście do niego drogę. A może jeszcze wskazują. Podobno Poznań jest jedynym miastem w Polsce, które ma dwa ogrody zoologiczne. Ja wyrastałam w czasach, gdy był jeden. Nowe Zoo wlaśnie budowano. A gdy je otwarto, to kiedyś poszłam z ciekawości. Nachodziłam się dużo, zwierzęta oglądałam z daleka, bo polepszyło im się metrażowo. Zobaczyłam niewiele, bo wszystko było zbyt oddalone, zwierzęta korzystały z „wolności“ i możliwości chowania się przed ciekawskim wzrokiem.

Nie to, co lew w klatce w starym Zoo. Jak zaryczał, to głos niósł się po całych poznańskich Jeżycach. A słonicę Kingę można było prawie pogłaskać. Lwie klatki, gdy lwów zabrakło, udostępniono artystom. Teraz w tych pomieszczaniach otwarto Muzeum Historii Zoo i Lwa w Poznaniu.

W tym roku późnym latem znowu poszłam do zologu. Przypadkowo. Chciałam odwiedzić mieszkanie Kazimiery Iłłakowiczówny – poznanianki nie z wyboru, lecz jak sama pisała o moim mieście, osoby przebywającej tu na wygnaniu.

Czy rzeczywiście tak było? Nie sądzę. Mieszkała na Gajowej, niedaleko zologu.

Nie doczytałam, że do mieszkania można wejść tylko po uprzednim się zgłoszeniu i tylko raz w miesiącu. Przed kamienicą na progu zapraszający napis Salve, więc weszłam. Zachwycona klatką schodową i niebieskim światłem wpadajacym przez niebieskie szybki podeszłam pod drzwi mieszkania poetki. Na skwerze przy dawnej zajezdni tramwajowej, widocznej z okien pokoju Iłłakowiczówny, znajduje się tablica upamiętniająca Czerwiec ’56 i fragment jej wiersza, wiersza manifestu o Poznańskim Powstaniu z1956 roku, Rozstrzelano moje serce…

Kawałek dalej wśród innych poznanianek z Jeżyc znajduję jej wymuralowany portret.

Nie wiem, czy chodziła do zologu. Pamiętam jej wiersz o pegazie, o tym z Teatru Wielkiego i o pewnym panu Gulczyńskim, który go dosiadł, a pegaz mimo wszystko nie poleciał. Pan Gulczyński, powstaniec poznański z 1956 roku, nielubiany przez pegaza i cenzurę, wdrapał sie na szczyt poznańskiej opery, aż milicja, a potem cenzura musiały interweniować.

Jest w Poznaniu na Operze Pegaz,
jak chce, to on leci, a jak chce, to biega
po Sołaczu, Łazarzu, po Krętej, po Młyńskiej…
Czy nie tak, panie Gulczyński?

Pegaz pozostał niewzruszony na szczycie poniemieckiego budynku cesarskiej dzielnicy, lew i pantera także.

Ale oni żyją własnym życiem poza zologiem. Obracają się w innych kręgach. Nawet pantera uniknęła klatki, bo Rilke o niej zapomniał.

Zolog powstał znacznie wcześniej niż gmach opery, znany, jak go już wzniesiono, jako Deutsches Stadttheater.

Dawniej przy ulicy Dworcowej, dziś Zwierzynieckiej znajdował się dworzec kolejowy i Stacja Kolei Stargardzko-Poznańskiej.

Tuż obok działała dobrze prosperująca restauracja, w której chętnie spotykali się miłośnicy gry w kręgle. Dworzec zniknął z miejskiego krajobrazu, ale ulica pozostała. Najpierw nosiła nazwę Tiergartenstrasse, by ostatecznie stać się Zwierzyniecką.

Skąd taka nazwa ulicy?

Początek tej niezwykłej historii miał miejsce właśnie w restauracji dworcowej podczas 50. urodzin jednego z członków Klubu Kręglarzy. Koledzy, skorzy do żartów postanowili uczcić ten jubileusz w nietypowy sposób. Podarowali jubilatowi 12 zwierząt: kozę, owcę, miniaturową świnię, kota, królika, wiewiórkę, gęś, kaczkę, kurę, pawia, tresowaną małpę i niedźwiedzia. Obdarowany pozostawił zwierzęta w ogrodzie restauracji dworcowej, najprawdopodobniej pod fachową opieką i za zgodą właściciela.

Zwierzyniec z czasem się powiększał, ku uciesze nie tylko kręglarzy, ale też mieszkańców miasta.

Trzy lata później, w 1874 roku powołano do życia Towarzystwo Akcyjne Ogród Zoologiczny, a rok później powstało Stowarzyszenie Ogród Zoologiczny, z zarządem, członkami i dotacją od miasta. W 1883 roku obowiązki prowadzenia ogrodu przejął Robert Jaeckel (1851–1907). Choć nie brakowało głosów krytyki wobec jego autorytarnego stylu zarządzania ogrodem zoologicznym, Jaeckel zyskał uznanie za swój zapał, skuteczność, bezinteresowność i ogromny wkład w rozwój poznańskiego „zologu”. To właśnie dzięki jego staraniom udało się wykupić od Kolei Państwowej budynki dawnego dworca i restauracji. Słonica Kinga, którą pamiętam, zamieszkała w starej parowozowni.

Powiększono i zagospodarowano teren ogrodu, powstały nowe pawilony, ozdobny staw, grota, alpinarium, lwiarnia, małpiarnia.

Trzy lata po śmierci Roberta Jaeckla postanowiono uczcić jego pamięć odpowiednim monumentem. Ku zaskoczeniu, a nawet oburzeniu wielu poznaniaków, zamiast pomnika przedstawiającego zasłużoną postać, odsłonięto rzeźbę lwa, króla zwierząt. Autorem dzieła był wybitny berliński rzeźbiarz-animalista August Gaul, twórca wielu już wyrzeźbionych zwierząt. Pomnik przetrwał do dziś. Może ze względu na to, że przedstawiał lwa, nie został po wojnie strącony z cokołu, Wyryty po niemiecku napis: Dem Begründer des Tierparks zum Gedächtnisse („Założycielowi ogrodu zoologicznego ku pamięci”) z czasem uległ zatarciu. W latach 70. XX wieku, dla pewności, by nikt nie próbował go odczytać, przykryto go tablicą z nowym napisem:

W TYM MIEJSCU POWSTAŁ 100 LAT TEMU
POZNAŃSKI OGRÓD ZOOLOGICZNY
POZNAŃ, WE WRZEŚNIU 1974 R.

Oficjalną nazwę pomnika zmieniono na „Pomnik 100-lecia założenia ZOO” .

Bardzo podobny lew stoi przed Starą Galerią Narodową (Alte Nationalgalerie) w Berlinie. Na stronie Staatliche Museen zu Berlin czytam:

Gaul opracował model lwa od 1908 roku w ramach zlecenia miasta Poznań na pomnik założyciela i dyrektora tamtejszego ogrodu zoologicznego w latach 1881–1907, Roberta Jäckela. Pierwsze odlewy w 1910 roku zakończyły fazę projektowania. Istnieją trzy kolejne odlewy, w tym ten z Galerii Narodowej.

https://recherche.smb.museum/detail/965066/stehender-l%c3%b6we

Inny lew – leżący, również autorstwa Augusta Gaula, Był niegdyś częścią kolekcji dzieł sztuki wydawcy i mecenasa Rudolfa Mosse, zagrabionej przez nazistów prawowitym właścicielom. Dzieło zostało zwrócone w 2015 roku, a w 2016 roku zostało odkupione dla Galerii Narodowej w Berlinie. Od kilku lat lew eksponowany jest w foyer berlińskiej Galerii Jamesa Simona.

Po śmierci Roberta Jaeckla w 1907 roku poznańskie zoo zaczęło stopniowo podupadać. Zarówno pierwsza, jak i druga wojna światowa nie oszczędziły ogrodu. Zniszczenia były ogromne, a straty nieodwracalne. Zwierzęta umierały z głodu, ginęły pod gruzami zbombardowanych pawilonów i wybiegów. Do końca drugiej wojny światowej przetrwało zaledwie 176 osobników.

Po wojnie pomału zwierząt przybywało. W 1955 roku przybyła do Poznania z Półwyspu Indochińskiego 3,5-letnia słonica Kinga. Imię wybrano jej później. Nie zamieszkała ani w pustyni ani w puszczy, lecz w starej parowozowni. Podobno była humorzasta. Dożyła sędziwego wieku. Zmarła krótko po swoich 50. urodzinach.

Lew autorstwa Augusta Gaula, poświęcony Robertowi Jaecklowi, to jedyna rzeźba na terenie Starego Zoo w Poznaniu, której historia jest tak dobrze udokumentowana. Pozostałe, choć bardziej rozpoznawalne, jak wilk czy koń, pozostają anonimowe, ich pochodzenie nie jest znane. Wilk, dynamiczny w formie, z wyszczerzonymi kłami i groźnym spojrzeniem, budzi respekt, a jednocześnie cieszy się ogromną sympatią najmłodszych. Każdy z nas choć raz na niego wsiadł i pozował do zdjęcia,

Nie wiadomo, skąd się wziął. Pewne jest tylko, że wilk pojawił się w poznańskim zoo jeszcze przed wojną. Po wojnie otrzymał towarzysza, konia. Według przekazów, rzeźba została przywieziona przez armię radziecką z terenów poniemieckich i podarowana poznańskiemu ogrodowi zoologicznemu. W latach 70. XX wieku rozważano, czy koń mógł być dziełem Augusta Gaula, jednak tę możliwość ostatecznie wykluczono. Gaul znaczy tyle co koń. I tu nasuwa mi się się żart dwujęzyczny:„Einem geschenkten Gaul schaut man nicht ins Maul“, czyli „Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.”

Warszawa dostała Pałac Kultury, a Poznań konia.

Stare Zoo już dawno przestało pełnić rolę klasycznego ogrodu zoologicznego. Dziś to zielona enklawa w sercu miasta, park z ciekawą historią i garstką zwierząt. Są kozy, owce, wiewiórki, gęsi, kury… Historia zatoczyła koło, a jej cichym bohaterem i corocznym jubilatem pozostaje poznański „zolog”, z sentymentem wspominany, z sympatią odwiedzany.