Unia. Rozmyślania (prawie) rocznicowe

Polska w Unii Europejskiej

Wikipedia podchodzi do sprawy nader optymistycznie, co jest (zapewne) słuszne:

Polska jest członkiem Unii Europejskiej od 1 maja 2004 na mocy tzw. Traktatu akcesyjnego podpisanego 16 kwietnia 2003 r. w Atenach, będącego prawną podstawą przystąpienia (akcesji) Polski do Unii Europejskiej. Faktyczny proces integracji Polski rozpoczął się w Atenach 8 kwietnia 1994 r. z chwilą złożenia przez Polskę wniosku o członkostwo w Unii Europejskiej i potwierdzenia go przez wszystkie państwa członkowskie podczas konferencji w Essen 9-10 grudnia 1994 r. Integracja jest procesem dynamicznym, nieustannie trwającym.

Ale oczywiście prywatnie można na sprawę patrzeć inaczej. Ja uważam, że akcesja była OK, a jej pozytywne skutki już teraz są widoczne, nasz autor
Zbigniew Milewicz
przysłał właśnie, w kilka dni po rocznicy (ale kogo by interesowały okrągłe rocznice!) wierszowane przemyślenia, a ich wymowa jest bardziej krytyczna.

6230383-drewniane-drzwi-pomalowane-w-kolorach-643-385
Zdjęcie: http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/457729,polska-bez-wspolnoty-co-by-bylo-gdybysmy-nie-wstapili-do-unii-europejskiej.html

Zamiast felietonu

Dziesięć lat za nami. Dyskusje między rodakami na temat pożytków i utrapień, wynikających z wstąpienia Polski do Unii Europejskiej trwają; zdania są podzielone, jak to w rodzinie na temat jakiegoś małżeństwa. Jedni wzdychają, że taka piękna para, innym para wali w dekiel. Zapewne każdy z oponentów ma trochę racji, bo nie ma związków idealnych, a jeżeli ciekawi was, jak widziałem Kowalskiego, Nowaka i oczywiście siebie w marszu przed ten ofiarny ołtarz na początku tego wieku, to zapraszam do lektury:

Grüss Gott, grüss Gott

nad brzegiem Isary
niejeden nasz rodak
już poległ za wiarę
grüss Gott, grüss Gott
uwierzył dokładnie,
że jest w kraju cudów,
że fortunę zdobyć
to jak beknąć z nudów
grüss Gott, grüss Gott

przyjeżdża miss Pcimia
z ambitnym zamiarem
wyjść za mąż za Niemca
lecz ten ma już harem
złożony z dziesiątka
różnistych panienek
co w bajzlu pracują
by on miał, jak w niebie
grüss Gott, grüss Gott

Jan z Krzysiem budują
za marek dwanaście
gmaszysko Hiltona
w którym Helmuth zaśnie
jak się nawpierdala ruskiego kawioru
szampitrem go spłucze
i żonę Krzysiowi za stówę wydupczy
grüss Gott, grüss Gott

tak idziem do Unii kochani rodacy
pierś dumnie do przodu wypięta
a jaja z harówy na pańskim – po pięty
grüss Gott, grüss Gott

lecz póki na Wawelu
Zygmunta bije dzwon
nikt, nigdzie i nigdy
nie powie ci
won chamie, won
bo gdyby tak tylko
spróbował pomyśleć
oj, dostałby wpierdol
solidny nad Wisłą
grüss Gott, grüss Gott

Dookoła końskie pyski
najuprzejmiej szczerzą zęby
ten o zdrówko cię zapyta
tamten drogę wskaże chętnie
o pogodzie porozmawia
do tramwaju zaprowadzi
lecz nie próbuj cudzoziemcze
– zwłaszcza ty zza Łaby –
wejść Helmutom do mieszkania
prędzej wielbłąd w uchu igły
siądzie se na otomanie
niż ty skumasz się z Ottonem
dom za marki mu posprzątać
to się tobie godzi zrobić
pomalować także wolno
lecz pół litra z Jorgiem wypić
się rozmarzyć, ponarzekać
Wołga, Wołga z nim zaśpiewać
ot tak sobie bez powodu
bo po wódce wszak Słowianin
brata z braćmi się od młodu
nie uchodzi, nie wypada
szczęka sztuczna, lub prawdziwa
ze zdziwienia mu opada
kto to widział
jaki Gescheft
żeby bratać się z Pollackiem
jego Wirtschaft pachnie różnie
różne o nim są opinie
dzisiaj soli mu pożyczysz
jutro bmw ci zwinie
tak więc lepiej panie bracie
ty Helmuta miej gdzie trzeba
módl się, pracuj, pij i chędoż
a w unijne wejdziesz nieba.

Z archiwum Exodusu 5 – tekst ostatecznie ostatni (podobno)

W tym roku obchodzimy 25-lecie transformacji ustrojowej w Polsce. Z tej okazji pragnę odkurzyć kilka swoich materiałów dziennikarskich, opublikowanych pod pseudonimem Tomasz Paluch ćwierć wieku temu na łamach Exodusu, pisma polskiej emigracji, wydawanego w skromnym nakładzie, w Monachium, przez Ks. Czesława Nowaka, charyzmatycznego proboszcza Polskiej Misji Katolickiej II i współpracownika Radia Wolna Europa. Będzie to więc opowieść o innym czasie, innej emigracji, niż obecna, choć mentalnie podobieństw jest sporo. Ciekawie jest również spojrzeć na siebie – autora w przeszłości.

Exodus5

Zbigniew Milewicz

WIO KONIKU…

Minibar 56. Oddajesz sześć par spodni, sześć bluz, cztery koszule z długim, cztery z krótkim rękawem, trzy krawaty i trzy muszki…
Pryszczaty Dieter liczy z właściwą dla magazyniera skrupulatnością.
Wszystkie części uniformu kolejowego stewarda, które fasowałem siedem
miesięcy temu, musi mieć – ponieważ odchodzę z firmy – z powrotem na ladzie, oczywiście idealnie odświeżone.
– A gdzie muszka – pyta?
Wskazuję obojętnie na sufit, po którym ospale łażą skrzydlate stworzenia. Młody człowiek ze zdumieniem wybałusza na mnie gały i powtarza wolno nazwę rzeczownika, który kojarzy mu się tylko z odpowiednią pozycją w rejestrze. Dla podtrzymania żartu udaję, że nie wiem o co mu chodzi; tamten przechodzi więc na mowę gestów zrozumiałą dla każdego ,,kanake”. Rysuje dłońmi pod swoją brodą, najpierw małego, później już z pewnym zniecierpliwieniem tak nieproporcjonalnie dużego motyla, że siedząca przy sąsiednim biurku Marica, rodem z Bośni, nie potrafi dłużej powstrzymać śmiechu.
W czasie pierwszej, samodzielnej jazdy J C694 do Frankfurtu, nie było mi tak wesoło. Wydawało mi się, że wszyscy podróżni w wagonie widzą, jak mi się trzęsą ręce przy nalewaniu kawy i jak bezskutecznie próbuję wyłowić szczypczykami kiełbasę z pojemnika. Bockwursty tańczą w wodzie jak żywe i kiedy wreszcie wydaje mi się, że jednego już mam, ściśnięty zbyt mocno wyskakuje z aluminiowych obręczy i łagodnym łukiem spada na gazetę, którą czyta pod oknem pan w garniturze.
– Tego nie zamawiałem – oponuje z humorem poszkodowany, podczas, gdy ja – czerwony chyba, jak mój kubrak – spieszę do niego z serwetką i przeprosinami.
– Praktyka, czyni mistrza – dodaje ktoś inny uspokajająco.
Miałem szczęście do kulturalnej i wyrozumiałej klienteli właściwie w czasie większości mzch kolejowych podróży, które odbyłem jako pracownik Deutsche Service Gesellschaft der Bahn w Monachium, firmy stanowiącej odpowiednik polskiego WARS-u. Trafiały się oczywiście wypadki złośliwości i chamstwa, czasami podłożył „świnię” któryś ze współtowarzyszy pracy, ale po czterdziestce człowiek na ogół nie ma już złudzeń, że żyje na najlepszym ze światów. Nawet, jeżeli tkwi w samym jego tłustym pępku.
W DSG przygrubawa jest tylko część biuralistów i obsługi wagonów restauracyjnych. Minibarami powożą na ogół szczuplaki, o twardych mięśniach i zdeformowanych kręgosłupach, jeżeli zbyt ostro przkładają się do roboty. Do podstawowego osprzętu „konia” (najczęściej rasy bałkańskiej i wschodnioeuropejskiej) – jak nazywa się ich w kolejowym żargonie – należy czterokołowy wózek. Wyposażony jest w dzwonek, dwa spore termosy do kawy, pojemnik na gorące lciełbaski i mnóstwo przegródek, w których umieszcza się różne dania barowe, napoje i papierosy. Pusty pojazd waży 30 kg, pełny około 80. Do tego dochodzą dwie metalowe skrzynie z zapasami jadła i napojów, stanowiące podręczny magazyn „konia”, dodatkowe termosy z wrzątkiem, no i skrzynie z napojami, z tzw. drugiej rezerwy „na wszelki wypadek”. W zamian za średnią gażę 2.500 DM miesięcznie, „koń” musi być bowiem przygotowany na każdy apetyt podróżnych.
– Cały swój majdan pakujesz najpierw na paletę i wózek elektryczny, który prowadzi człowiek z transportu i jedziesz na peron, gdzie stoi twój pociąg – tłumaczę Nowemu. – Do odjazdu masz tylko l0 minut, trzeba się więc spieszyć. Za butelkę służbowego piwa, wózkowy pomoże ci jak należy w przeładowaniu towaru do przedziału służbowego. Bez piwa – wiadomo – pójdzie mu gorzej.
Nowy jest Słowakiem i zamierza przyjść do pracy w DSG, na stanowisko, które właśnie zwolniłem z powodu kłopotów z kręgosłupem. Siedzimy przy piwie w jugosłowiańskiej knajpie nieopodal firmy, w tej samej, w której parę miesięcy temu Stanko Makedonec wprowadzał mnie w tajniki zawodu ,,konia”. Tym razem ja jestem instruktorem.
– Jeżeli jedziesz na przykład do Frankfurtu przez Würzburg – a ta trasa powtarza się najczęściej – zaczynasz objazd przedziałów dopiero od Augsburga. Wcześniej się nie opłaca. Do tego czasu wypełniasz papiery, wpisujesz dokładnie stan towarów przed podróżą, okładasz colę i piwo w skrzyni suchym lodem, wypalasz sobie papierosa. I startujesz. Nie zapomnij o dzwonku, ale za mocno nim nie hałasuj, bo niektórzy z rana chcą jeszcze pospać. Rano Niemcy wypijają przede wszystkim morze kawy, czasami biorą kanapkę, niektórzy piwo na kaca. No i musisz być na luzie, ale z dystansem, uprzejmy. Kiedy zobaczysz, że jakiejś samotnej brzyduli jest smutno, powiedz jej jakieś miłe słówko. Na pewno zrobi się jej przyjemniej i zamówi coś u ciebie, nawet gdyby wcześniej nie chciała.
– A jak z napiwkami? – ożywia się Nowy.
– Różnie, na zbyt wiele nie licz. Piętnaście, dwadzieścia marek na dzień, to jest wszystko. Miewają gest Bawarczycy i ludzie z Kolonii, ale najwięcej dadzą ci Szwajcarzy, jak będziesz miał pociąg do Zurychu. Najmniej Anglicy i uważaj na Holendrów, mogą cię wykantować z guldenami. Koło Aschaffenburga lubi wpadać kontrola z DSG. Sprawdzą, ile już sprzedałeś, uprzejmie zapytają, czy masz jakieś problemy, a przy okazji zajrzą do skrzyń, czy nie wieziesz lewego towaru. Kiedy pojedziesz przez Stuttgart, bądź pewien, że sprzedasz dużo bockwurstów, ale dla Stuttgartli 10 pfenigów napiwku to już majątek.
– No dobrze, objeżdżam te swoje przedziały po kilka razy i co dalej? – pyta Słowak.
– Na pół godziny przed Frankfurtem kończysz robotę, pakujesz manele i przenosisz wszystko na korytarz, przed drzwi wyjściowe, żeby o wyładować na peron. Masz 5-7 minut czasu, później pociąg jedzie dalej do Hamburga. Jeżeli podejdzie człowiek z transportu z paletą, żeby pomóc ci przy wyładunku, to wszystko gra. W przeciwnym razie sam musisz poszukać na peronie wolnej palety i przeładować wszystko. Kiedy jest luz na peronie i w pociągu, to się wyrobisz.
– A przy tłoku? – niepokoi się Nowy.
– Może być różnie – odpowiadam wymijająco, mając w pamięci przygodę we Frankfurcie z paletą, której zawartość podróżni – pewno niechcący – zmietli pod koła pociągu. Byli to jacyś nagrzani kibice, jadący na mecz do Hamburga.
– Do powrotnego pociągu do Monachium, gdzie odwalasz drugą część roboty, masz czasem tylko 10 minut. Jeżeli jednak nie zmienią ci w ostatniej chwili peronu, to praktycznie powinieneś zdążyć – kończę.
Przemilczam fakt, że w Hannoverze na wyładunek góry towarów z pociągu są tylko 3 minuty czasu, albo że chłopcy z Bundeswehry lubią sobie, niekiedy dla kawału, „pożyczyć” z wózka butelkę wina albo papierosy, bo Nowy jakby wyraźnie oklapł. Mówi, że jeszcze zastanowi się, czy pójść za „konia” i ja go rozumiem.
Jest zwyczaj, że nowym starzy stawiają piwo w knajpie przy DSG. Zamawiam więc jeszcze jedną kolejkę i opowiadam mu jednak tamtą historię z paletą i kibicami.
Tak chyba lepiej.

Z archiwum Exodusu 4 – (przed)ostatni tekst

W tym roku obchodzimy 25-lecie transformacji ustrojowej w Polsce. Z tej okazji pragnę odkurzyć kilka swoich materiałów dziennikarskich, opublikowanych pod pseudonimem Tomasz Paluch ćwierć wieku temu na łamach Exodusu, pisma polskiej emigracji, wydawanego w skromnym nakładzie, w Monachium, przez Ks. Czesława Nowaka, charyzmatycznego proboszcza Polskiej Misji Katolickiej II i współpracownika Radia Wolna Europa. Będzie to więc opowieść o innym czasie, innej emigracji, niż obecna, choć mentalnie podobieństw jest sporo. Ciekawie jest również spojrzeć na siebie – autora w przeszłości.

kolornadzieiZbigniew Milewicz

Kolor nadziei

Do Monachium najlepiej przyjechać na wiosnę, kiedy zielenią się drzewa w jego licznych parkach i dzięki pracowitości gastarbeiterów, reprezentacyjne punkty miasta, przygotowane na przyjęcie turystów z całego świata, przypominają różnokolorowy strojny bukiet. Poza tym o tej porze roku ludzie wydają się być dla siebie wzajemnie życzliwsi, bo częściej niż na przykład deszczową jesienią uśmiechają się do siebie i prześcigają w różnych gestach, które wyglądają efektownie, a niewiele kosztują.

Na przybyszach ze Wschodu nieodmiennie robi to duże wrażenie. Żurnalista, który dwa lata temu przyjechał tutaj z rodziną na „pochodzenie” i czasami zapisuje w zeszycie różne swoje spostrzeżenia i refleksje, odnotował na początku m.in.: „Centrum miasta, dokładnie zapchane samochodami, ale powietrze, jak na wsi. Chodniki są tak wysprzątane, że można byłoby z nich jeść.” Przy fontannie na Wasserburgeplatzu siedzą na ławeczce dwie niemłode już kobiety. Z wyglądu zadbane, beztroskie, rozprawiają o czymś z wielkim ożywieniem. Co jakiś czas wybuchają śmiechem, żywiołowym, jak u nastolatek. To jest tak zwana złota jesień życia. Czym się w końcu mają martwić, rentą ze starego portfela, która zapewnia im przeżycie tylko połowy miesiąca? Staniem w kolejkach, albo tym, że wnuczka chodzi w dziurawych butach do szkoły, bo innych nie ma, a na szewca zięć będzie mógł sobie pozwolić dopiero przy następnej wypłacie? To nie są ich problemy.”

Kiedy obserwował tamte dwie panie, które mogły mieć grubo po 70, przyszła na myśl jego zmarła przed czterema laty mama. Kobieta, która dzielnie radziła sobie w swoim trudnym życiu i dla innych ludzi miała zawsze pogodną twarz, zawsze gotowa spieszyć im z dobrą radą i pomocą. Zdaniem Żurnalisty za mało dbała o siebie i dlatego tak wcześnie, w wieku 63 lat, odeszła. Mogła jeszcze pożyć, pomyślał wtedy, po raz nie wiadomo który.

Po raz pierwszy ,,naciął” się na tej osławionej, zachodniej kulturze bycia, parę tygodni po przyjeździe, w „Aldim”. Nietypowo, jak na przeciętnych klientów tej firmy, bo nadęcie elegancko ubrany facet, bez ceregieli wypchnął go tuż przed kasą z kolejki. Kiedy Żurnalista kulawą niemczyzną zaczął domagać się wyjaśnień, zobaczył w odpowiedzi ironiczny wzrok Pana, który nie ma zwyczaju dyskutować z istotą niższego rzędu. Nie mniej usłyszał kilka słów pod swoim adresem, wypowiedzianych z uprzejmą pogardą, z których zrozumiał tylko jedno: ,,Ausländer”. Bardzo wiele kosztowało go, aby nie dać przyjemniaczkowi w ten jego środkowoeuropejski uśmiech.

Później otrzymał lekcję pokory od referenta w „socjalu”, w urzędzie do spraw pracy i od drobnego, polskiego przedsiębiorcy, który zatrudniał go dorywczo „na czarno”, przy robotach drogowych na przedmieściach Monachium. Urzędnicy dziwili się, że człowiek niby biegły w robocie papierkowej nie może połapać się w formularzach i potrzebnych załącznikach, więc wiele razy musiał je korygować i uzupełniać, zanim łaskawie przyjęto jego sprawę do rozpatrzenia. Natomiast rodak, za trzy dni ciężkiej pracy, rzucił mu 100 marek, a z reklamacjami doradził pójść na policję.

Z tamtego początkowego okresu najgorzej wspomina jednak spotkanie z kierowniczką pewnego działu w urzędzie mieszkaniowym, którą przyszedł prosić o przyznanie jego rodzinie bardziej ludzkich warunków lokalowych. Od miesięcy gnieździli się bowiem w cztery osoby w jednej ciasnej klitce domu dla azylantów i przesiedleńców, pozbawionym łazienek i ze wspólną kuchnią.
– Jesteście już uznani za Niemców? – padło pierwsze pytanie.
– Jeszcze nie – odparli Żurnalista i jego żona.
– W takim razie przykro mi, ale nie możemy wam nic innego zaoferować.
Szpakowata, krótko ostrzyżona kobieta, ubrana w zielonkawą, zapiętą pod szyję bluzkę i spodnie męskiego kroju, wstała zza biurka, na znak, że wizyta skończona. Petenci próbowali jednak postawić na swoim. Ich młodszy syn przeszedł wkrótce po urodzeniu skomplikowaną chorobę i z tego powodu potrzebował większego komfortu, a starszy nie miał gdzie odrabiać lekcji. Urzędniczka ledwo raczyła rzucić okiem na oficjalne zaświadczenie lekarskie i pismo ze szkoły. Nie jej wina, że wszyscy chcą mieszkać w Monachium, a z dzieckiem, które w wymaga szczególnej opieki, najlepiej wyjechać na prowincję, tam są lepsze warunki mieszkaniowe.
– I do widzenia – dodała widząc, że Żurnalista chce jeszcze coś powiedzieć. – Możemy porozmawiać, kiedy otrzymacie obywatelstwo.

W międzyczasie otrzymali już owe niemieckie papiery i stali się kandydatami do mieszkania socjalnego, podlegają innej urzędniczce w urzędzie mieszkaniowym, która jest bardzo miła w obejściu. Kiedy tylko odwiedzają ją, aby zapytać, czy nie ma dobrych nowin w ich sprawie, niezmiennie łagodnie odpowiada, że jeszcze komputer nie wybrał ich numeru, ale nie powinni tracić nadziei i, tu zawsze lekko wzdycha, cierpliwości.

W pokojach i poczekalniach niemieckich urzędów stoi zawsze dużo rozmaitych roślin doniczkowych. Czasami ich zieleń jest przywiędła i zakurzona, ale mimo to nie przestaje być ona kolorem nadziei. Nadziei na uregulowanie prawnego statusu, na otrzymanie własnego dachu nad głową, na znalezienie dobrej pracy. Może dobrze, że praca niemieckiego aparatu urzędniczego jest tak powolna, że czasami nie widać, aby tryby machiny w ogóle się poruszały. Dzięki temu ludzie korzystający z jej usług, mają ważny cel w życiu – pokonać inercję bezwładnej materii. Ci nieliczni, którym się owa sztuka, zanim umrą, udaje, stają przed niezwykle skomplikowanym problemem: co dalej?

Tego momentu Żurnalista bardzo się obawia. Udokumentowanym Niemcem już jest, własne mieszkanie może uda mu się otrzymać do 2000 roku i jeżeli do tego czasu opanuje niemiecki, to przyjmie stanowisko naczelnego redaktora ,,Süddeutsche Zeitung”, po pomniejsze funkcje w branży go nie zainteresują. Obawia się jednak, że wówczas dojdzie do wniosku, że to wszystko o co zabiegał i co wreszcie osiągnął, nie było warte zachodu, że w pogoni za swoim życiowym sukcesem zagubił coś ważniejszego, mianowicie wartości ludzkie, które wpajano mu w rodzinnym domu – otwarcie na potrzeby innych, zamknięcie na nienawiść i na kompromis ze złem oraz cnotę skromności.

Pani Julii, która jest dobrą znajomą Żurnalisty i jego rodziny, wpajano w domu podobne cechy, w związku z powyższym programowo do niczego na Zachodzie nie doszła. W linii żeńskiej jej rodzina wywodzi się z Wileńszczyzny, po mieczu – ze Śląska. Przodkowie pani Julii walczyli w powstaniach Listopadowym i Styczniowym, w legionach i Powstaniu Warszawskim. Zajmowali się nauką, prawem i polityką, część rodziny miała zacięcie pedagogiczne. Dziadek pani Julii po kądzieli był założycielem jednej z warszawskich uczelni technicznych. Babcia, profesorka gimnazjum, zakochana w poezji i literaturze romantycznej, karmiła wnuczki strofami z „Pana Tadeusza”(którego znała na pamięć), balladami i opowieściami o antenatach, którzy stawali zbrojnie w obronie Ojczyzny. Na poczesnym miejscu w rodzinnym domu wisiał obraz Wojciecha Kossaka, przedstawiający bohaterską dziewicę Emilię Plater. Z początkiem lat 60, wskutek nagonki gomułkowskiej na inteligencję, co to ,,karmiła się krwawym dorobkiem klasy robotniczej”, rodzina 16-letniej wówczas Julii wyemigrowała z Warszawy do Monachium. To była dla nich, pamięta, trudna decyzja. Ojciec, były AK-owiec, lekarz, pochodził z Katowic. Chciał zdobyć w Monachium tzw. dokumenty na „pochodzenie”, a później z całą rodziną ruszyć dalej. RFN miało być dla nich tylko stacją przesiadkową i po czasie dopięli swego, ale nie wszyscy. Rodzice wraz z młodszym rodzeństwem Julii osiedlili się we Francji, w Bretanii. Tam ojcu i mamie udało się ponownie otworzyć gabinety lekarskie. Julia po ukończeniu gimnazjum poszła na studia medyczne, ale pewien Bawarczyk tak skutecznie zakręcił się koło niej, że w końcu wybrała małżeństwo i do dziś mieszka w Monachium. Ma trzech synów, najstarszy rozpocznie w tym roku studia na politechnice, dwaj pozostali chodzą jeszcze do szkoły średniej. W domu mówią z mamą po polsku i po niemiecku z ojcem. Najmłodszy odziedziczył po przodkach prawnicze zainteresowania, ciągnie go także w stronę polityki. Niedawno oświadczył na rodzinnym forum, że chciałby w przyszłości studiować w Polsce. Panią Julię zatkało ze wzruszenia. Zawsze marzyła o tym, aby przynajmniej któryś z jej synów pociągnął kiedyś tam, gdzie są korzenie ich drzewa. Wychowując ich robiła wszystko, aby tak się stało. Po mężu, człowieku na szczęście światłym i tolerancyjnym, ma niemieckie obywatelstwo, ale dusza, serce i charakter pozostały, tak przynajmniej przypuszcza – polskie. Większość czasu poświęca na bieganie z rodakami – tymi, którzy dopiero co przyjechali do RFN i nie znają jeszcze języka – po monachijskich urzędach, wypisuje dla nich stosy różnych podań, a kiedy trzeba, występuje w roli tłumacza przed sądem. Oczywiście za ,,dziękuję”, o którym nawet, bywa, niektórzy zapominają. Żurnalista z rodziną mają jej też sporo do zawdzięczenia.

– Tak mnie uczono kiedyś w domu – mówi pani Julia – że człowiek nie żyje dla siebie wyłącznie i że dawanie jest ważniejsze od brania. Co z tego mam? Zadowolenie, jak mi się uda czasami komuś pomóc, a to bardzo dużo znaczy.

Dzisiejszy artykuł miał być ostatnim przedrukiem tekstów Zbyszka z Exodusu, tymczasem dziś Zbyszek znalazł na biurku jeszcze jeden felieton. Zmieniłam więc tytuł dzisiejszy na “(przed)ostatni tekst”, a za tydzień – tekst ostatni, “Wio koniku”

Z archiwum Exodusu 3

W tym roku obchodzimy 25-lecie transformacji ustrojowej w Polsce. Z tej okazji pragnę odkurzyć kilka swoich materiałów dziennikarskich, opublikowanych pod pseudonimem Tomasz Paluch ćwierć wieku temu na łamach Exodusu, pisma polskiej emigracji, wydawanego w skromnym nakładzie, w Monachium, przez Ks. Czesława Nowaka, charyzmatycznego proboszcza Polskiej Misji Katolickiej II i współpracownika Radia Wolna Europa. Będzie to więc opowieść o innym czasie, innej emigracji, niż obecna, choć mentalnie podobieństw jest sporo. Ciekawie jest również spojrzeć na siebie – autora w przeszłości.

amerykanZbigniew Milewicz

Amerykan i inni

Skończyła się emigracja polityczna do Stanów Zjednoczonych, Australia nie przyjmuje, pozostaje Kanada albo RPA. W kraju klonowego liścia trzeba jednak mieć bardzo dużo zdrowia, żeby do czegoś dojść, natomiast w Południowej Afryce jest jak na wulkanie, biali uciekają przed czarnymi, rewolucja wisi w powietrzu, strach tam jechać. Eksperci z emigracyjnej giełdy niezmiennie więc typują, że w Bundes jest najlepiej. Każdy sposób na pozostanie tutaj, w tym raju ludzi zawsze ładnie pachnących i uśmiechniętych oraz marek leżących na ulicy, po które wystarczy się tylko schylić, jest dobry. Jeżeli nie da się udokumentować, że dziadek służył w Wehrmachcie, albo przynajmniej jedno z rodziców było niemieckiej narodowości, to najnowsze przepisy w sprawach przesiedleńców z Polski praktycznie wykluczają szansę na uzyskanie tzw. pochodzenia i wtedy trzeba radzić sobie inaczej.

Jeszcze rok, a nawet pół roku temu można było bez zbytniego trudu zdobyć tak zwaną ,,azylancką szmatę”. Wystarczyło pogadać z Januszem, on wiedział jak się smaruje takie specjalne życiorysy, żeby urzędnicy kupili temat. w podaniu o azyl bez skrępowania odcinało się więc kupony od autentycznych rewolucyjnych życiorysów ludzi, którzy przecież przeważnie zostali w kraju, mimo biedy i prześladowań. Pisało się obowiązkowo, że człowiek działał w „Solidarności” albo w KPN, brał udział w różnych antykomunistycznych demonstracjach i sabotażach, roznosił bibułę i był za to szykanowany przez reżim. Więziony, katowany, agenci bezpieki strzelali do niego, kiedy uciekał z obławy, a w domu bez przerwy miał rewizje. Taki mniej więcej tekst złożył w urzędzie azylowym Paweł Wymoczek, l8 lat, z Radomia. Latem 1988 r. Paweł został zakwaterowany w słynnej „stajni” na Gommelsdorferstrasse. Miał za sobą jakieś pijackie burdy w innym monachijskim obozie i, zdaje się, dwa lata poprawczaka w Polsce, za kradzieże i rozbój, ale o tym nie wspomniał w podaniu. Drobny, nieważny szczegół z przeszłości. Natomiast kiedy na Marienplatzu odbyła się demonstracja „Solidarności” w sprawie ujawnienia zbrodni katyńskiej, wystąpił w jej pierwszym szeregu i dał się sfotografować ze wszystkich stron na tle odpowiednich transparentów, haseł i osób. Zdjęcia z imprezy dołączył do wniosku o azyl.

Podobnie zresztą postąpiło wielu innych uczestników demonstracji i choć trudno tego typu ruchy rozpatrywać w kategoriach czystego, bezinteresownego patriotyzmu, to przecież nie można także odebrać ludziom prawa do lepszego życia. Nawet wtedy, jeżeli nie są u siebie i dążą do celu przy pomocy różnych tricków. Byleby tylko nie zostawiali za sobą spalonej ziemi i smrodu, bo ciągnie się on później za całym narodem, zwłaszcza tutaj, na emigracji.

Przykład Wymoczka – niestety nie jedyny. Parę tygodni po występach na Marienplatzu, użył noża w pijackiej bójce z kolegą z sali (nawiasem mówiąc, poszkodowany był słabszy fizycznie) i Pawłem zajęło się Kripo. Później na kradzieży skór wpadł Wojtek, krzykacz, który też ubiegał się o azyl i Stary, specjalista od sprzętu fotograficznego. Starego nie złapano na gorącym uczynku. Ktoś go sypnął, że trzyma w obozie kradziony towar, przyjechała policja, znalazła sprzęt, delikwent nie miał na to żadnego pokrycia w rachunkach, więc musiał pofatygować się do komisariatu, w celu złożenia odpowiednich zeznań. Niedługo po tej aferze, pod formalnym pretekstem upływu ważności wizy, otrzymał nakaz wyjazdu z RFN z trzydniowym terminem przekroczenia granicy. Wojtek spędził dwa miesiące w areszcie i p wyjściu na wolność pojechał w ślady Starego. Nie pomogło mu odwołanie do sądu, ani też wykombinowane zaświadczenie lekarskie, że jest chory na serce i wymaga dłuższego leczenia w jednej z klinik monachijskich. Urzędowy lekarz tej opinii nie potwierdził. Natomiast Wymoczkowi udało się pozostać w Monachium, bo znalazł dobrego adwokata, a tamten, za odpowiednią opłatą, okoliczności łagodzące w jego sprawie.

W ,,stajni” na Gamelu, zanim oddzielono łóżka od siebie gipsowymi przegrodami, mieszkało za moich czasów około 70 ludzi, głównie mężczyzn, przeróżnych narodowości, kultur, tudzież temperamentów i jest to temat na oddzielną opowieść, a może nawet – scenariusz filmowy. Chcę tylko powiedzieć, że właśnie w stajni poznałem Janusza, zwanego Amerykanem. Nie Amerykaninem, tylko Amerykanem i w trosce o autentyzm relacji tak będę go tutaj tytułował.

Było to dwa lata temu. Janusz miał wtedy 36 lat, był słusznej postury, mocno szczerbaty i prawie zawsze ubierał się na czarno, w czarne sztruksy, czarny sweter, czarną koszulę, do tego – czarny wąs i czarne włosy, od razu czuło się więc, że człowiek piastuje w sobie ważne tajemnice. Palił tylko Camele, jego ulubionym trunkiem była whisky i cały obóz wiedział, że chłopcy z amerykańskiej bazy wojskowej w Monachium to jego najlepsi kumple.

W Polsce, opowiadał każdemu, kto tylko chciał go słuchać, przez szereg lat działał w antykomunistycznej opozycji i współpracował z CIA, za co skazano go na 4,5 roku pozbawienia wolności, ale na mocy amnestii wyszedł z więzienia wcześniej. Bał się, żeby ludzie z bezpieki po kryjomu nie wsadzili mu kulki w plecy, dlatego na początku 1988 roku wyjechał turystycznie do RFN i zapisał się na emigrację polityczną do Stanów Zjednoczonych. W Chicago mieszka jego babcia i mnóstwo innych krewniaków, wszyscy są bogaci i mogliby Amerykana prywatnie sponsorować, ale on tyle zrobił dla rządu USA, że powinien tam wyjechać na jego koszt i otrzymać odpowiednią rentę w dolarach.

Whisky, którą między innymi i mnie hojnie częstował, dostawał przeważnie w prezencie od Amerykanów. Oni także opiekowali się Januszem w dzień i w nocy, żeby mu włos z głowy nie spadł. Jako ich zasłużony współpracownik mógł być śledzony, tu w Monachium, przez wschodni wywiad, dlatego stale miał obstawę. Zawsze ktoś szedł za nim, albo jechał autem, ale była to tak dyskretna robota, że nigdy żadnego agenta nie udało mi się wypatrzyć. Zdaniem obozowych sceptyków, Amerykan whisky kradł, a w więzieniu, gdzie stracił zęby, siedział nie za politykę, tylko za łobuzerię i tam naczytał się kiepskich powieści szpiegowskich, ale czego to ludzie z zazdrości nie plotą.

– Dlaczego nie wyjeżdżasz do Stanów? – zapytałem go kiedyś.
– Dwa razy już miałem wizę, sam konsul mi ją proponował, ale odmówiłem, bo chcę jeszcze w Europie wydać książkę.
Tę książkę, ściślej swoją autobiografię, miał już rzekomo w głowie. Wystarczyło tylko lekko wszystko uporządkować i napisać. Wtedy, nie pamiętam już z czyjej strony, jego albo mojej, padła propozycja, abym wystąpił w roli pierwszego czytelnika tej autobiografii i jednocześnie krytyka literackiego, bo strona merytoryczna miała pozostać wyłączną sprawą autora. Faktem jest, że zgodziłem się uporządkować mu wstęp do książki, bo ciekawiła mnie jej treść. Poza tym nie wiedziałem, czy mam do czynienia z nawiedzonym mitomanem, oszustem, głupcem w szatach mędrca, czy też rzeczywiście z tragicznym męczennikiem za Sprawę, za którego się podawał, gotowym nawet do współpracy z diabłem, żeby obalić fałszywego boga i sądziłem, że po zakończeniu wspólnego dzieła będę bliższy prawdy.
Książka, według życzenia autora będzie nosić tytuł – będzie, ponieważ niedawno Amerykan powiedział mi, że jeszcze nie jest gotowa – „Syn białego orła”. Profil ma faktycznie trochę orli i potrafi bujać w obłokach. Sam to przyznaje, ale twierdzi, że w książce nie zmyśli niczego, pod słowem honoru. Wszystko będzie od początku do końca oparte na faktach oraz dokumentach, które w większości przekazał urzędnikowi biura emigracyjnego w Monachium, albo chłopakom z bazy i dlatego nie możne mi ich przedstawić. Niektóre zresztą są nie do ujawnienia bez osobistej zgody konsula.
– Jakiego konsula? – pytam, jak skończony naiwniak.
– No, tutejszego konsula Stanów Zjednoczonych, z którym jestem w przyjaznych stosunkach – odpowiada Janusz z prostotą.

Amerykan pochodzi spod Tarnowa, ma średnie wykształcenie, jest byłym pracownikiem administracji państwowej, a ustroju komunistycznego nienawidzi m.in. z pobudek rodzinnych. W czasie okupacji wiele osób z najbliższej rodziny Janusza należało do Armii Krajowej, niektórzy mieli powiązania z Rządem RP w Londynie i za to po wojnie byli w różny sposób szykanowani przez polskie władze. Ojciec Janusza, partyzancki pseudonim „Młode Godło”, był dowódcą grupy AK, działającej na żywiecczyźnie, a zginął w marcu 1968 roku w krakowskim więzieniu Montelupich. Służba Bezpieczeństwa aresztowała go w związku z podejrzeniem o współudział w przygotowywaniu zamachu stanu. W lakonicznym telegramie o śmierci aresztanta, nie podano przyczyn zgonu. Nie wydano także rodzinie ciała zmarłego, pomimo usilnych, kilkakrotnie ponawianych starań.

Tym wydarzeniem chce autor zamknąć wstęp do swojej autobiografii, który stanowić ma uzasadnienie jego późniejszych życiowych decyzji. W tym momencie także przestaje mnie interesować sprawa książki, jej dalszej treści i procentów z honorarium, które Amerykan obiecuje mi po publikacji ,,odpalić”. Kiedy widzę, jak z gorączką w oczach spekuluje, ile dolarów może zgarnąć np. za przytoczenie swoich wzruszających rozmów z ojcem i za szczegóły z akcji wywiadowczych, które przeprowadził dla CIA na terenie Krakowa, doznaję małego olśnienia. Ta książka to jego trick, sposób na zdobycie na Zachodzie fortuny i sławy, choć może, myślę, całkiem wydumany i trochę spóźniony. Żegnając samozwańczego „Syna białego orła”, przypominam sobie pewne zdarzenie z dzieciństwa. Miałem wtedy 11 lub 12 lat i po lekturze książek Julesa Verne’a sporo nadziei na znalezienie jakiegoś podziemnego skarbu, albo lotniska z wyrzutnią rakietową, która mogłaby mi pomóc w locie na Księżyc. Popyt jest motorem podaży. Któregoś dnia jeden z klasowych kolegów powiedział mi w najgłębszej tajemnicy, że ma na podwórku przy swoim domu zejście do podziemnego lotniska, gdzie stoją różne latające maszyny i kiedyś mnie tam zaprowadzi. Oczywiście nie dotrzymał słowa, więc pewnego wieczoru zakradłem się pod jego dom i przy pomocy jakiegoś pręta otworzyłem metalową klapę na podwórku. Z czarnej czeluści wionął na mnie charakterystyczny fetor i przeszła mi ochota na dalszą eksplorację podziemnej tajemnicy. No i nie wróciła mi do dzisiaj.

Następna, ostatnia już, opowieść z cyklu Exodus – za tydzień

Z archiwum Exodusu 2

W tym roku obchodzimy 25-lecie transformacji ustrojowej w Polsce. Z tej okazji pragnę odkurzyć kilka swoich materiałów dziennikarskich, opublikowanych pod pseudonimem Tomasz Paluch ćwierć wieku temu na łamach Exodusu, pisma polskiej emigracji, wydawanego w skromnym nakładzie, w Monachium, przez Ks. Czesława Nowaka, charyzmatycznego proboszcza Polskiej Misji Katolickiej II i współpracownika Radia Wolna Europa. Będzie to więc opowieść o innym czasie, innej emigracji, niż obecna, choć mentalnie podobieństw jest sporo. Ciekawie jest również spojrzeć na siebie – autora w przeszłości.

nakrycie
Zbigniew Milewicz

Nakrycie dla wędrowca

Staszek przekręca klucz w stacyjce i spogląda na zegarek, dochodzi druga po południu. W nocy, jak dobrze pójdzie, powinni dotrzeć na miejsce. Oni, to znaczy: kierowca, jego żona, córka, syn i wiktuały z Aldiego, które wiozą dla niedojadającej rodziny w Polsce. Siedzący w samochodzie są dobrze odżywionymi Niemcami, którzy myślą po polsku, czy też Polakami z niemieckim obywatelstwem, co fordowi zresztą spływa po błotnikach. Zapłacili w firmie za jego wypożyczenie, więc niech sobie będą, kim chcą i jadą dokąd chcą.

W przededniu Wigilii ruch na ulicach Monachium jest wyraźnie ograniczony. Ci, którzy zaplanowali sobie świąteczne wczasy gdzieś W Alpach, Paryżu, czy na Karaibach, wyjechali wcześniej. Inni już po trochu ucztują w swoich domach, choć Dzieciątko jeszcze się nie urodziło, ale jest Wochenende. Na 20 kilometrów przed niemiecko-czechosłowacką granicą Staszek myli drogę. Stuka więc do drzwi jakiegoś przydrożnego, zamkniętego na cztery spusty zajazdu. Stara kobieta uchyla okno, taksuje badawczo przybysza, po czym przywołuje wnuka i mówi mu po bawarsku, że jakiś Prusak zabłądził. Dla Bawarczyka każdy obcy, czyli nie bawarczyk, to Prusak i Staszek, aczkolwiek niechętnie, musi się z tym pogodzić. Konformizm przychodzi z wiekiem. Przed dwudziestu paru laty w Krakowie, gdzie studiował prawo, dał w zęby pewnemu Krakusowi za to, że tamten nazwał go Hanysem. Jestem Ślązakiem, mawiał z przekonaniem, ale nie Niemcem.

Ojciec Staszka pochodził z Wilna, mama z Chorzowa, dawniej Królewskiej Huty. Pasją ojca było zakładanie rodziny, więc w rok po ożenku doprowadził do rozwodu, wyjechał na Pomorze i po pewnym czasie powtórnie się ożenił. Staszek wychował się przy boku mamy i jej rodziców, w typowej rodzinie z pogranicza, gdzie mówiło się trzema językami – po polsku, po Śląsku i po niemiecku. Niemieckiego używano wówczas, kiedy w grę wchodziły Ważne Sprawy dorosłych, o których Staś nie powinien wiedzieć. Gwarą porozumiewali się z niektórymi krewniakami i znajomymi, ale językiem głównym był polski. Obowiązywał z urzędu i serca.

Pradziad Staszka po kądzieli był prostym górnikiem, człowiekiem poczciwej natury i czuł się Niemcem. O prababce wiadomo niewiele, zaledwie tyle, że pacierze wolała odmawiać po polsku oraz że zmarła wkrótce po urodzeniu dwunastego, albo trzynastego dziecka. W związku z tym smutnym wydarzeniem, częścią dzieci zaopiekowali się krewni. Erwin, dziadek Staszka trafił mając 16 lat do domu kuzyna ś.p. mamy, w którym hołubiono polską kulturę i tradycje. Podobnie, jak jego ojciec i większość braci, Erwin poszedł pracować do kopalni. Dla chleba, bo jego pasją był cyrk, zwłaszcza popisy zręczności, i śpiew. Nowy dom pomógł mu te młodzieńcze upodobania częściowo spełnić. Stryjeczni bracia wciągnęli Erwina do sekcji gimnastycznej „Sokoła”, polskiej organizacji, która działała na Śląsku i poza ćwiczeniem tężyzny fizycznej i celnego oka u młodzieży na wypadek konieczności militarnej samoobrony, zajmowała się jej edukacją patriotyczną. Później wstąpił do „Lutni”, polskiego towarzystwa śpiewaczego, gdzie poznał Annę, swoją wielką miłość i przyszłą żonę. Tym sposobem dołączył do ludu, który kiedy nadszedł czas powstań śląskich, nie rzucił ziemi, skąd jego ród. Podobnymi, choć przecież nie takimi samymi, oryginalnymi w swych liniach osobistych wyborów, a może i przeznaczeń, drogami poszli jeszcze dwaj bracia Erwina. Reszta, albo wyznawała swą przynależność do rasy germańskiej, albo też uważała, że Ślązak to ani Niemiec, ani Polak, tylko Ślązak i basta. Charakterystyczne jednak, że na tle tych podziałów nie dochodziło do żadnych istotnych konfliktów w rodzinie, nie naruszały one wzajemnej życzliwości i przywiązania.

Kiedy dziadek Staszka szedł na trzecie powstanie, spotkał w sieni rodzinnego domu starszego brata Jerzego, który mieszkał wspólnie z ojcem. Jerzy ubrany w mundur Grenzschutzu, wracał właśnie ze służby.
– Kaj to idziesz, Erwin? – zapytał.
– Na powstanie, pysk wom utrzeć – lekko odparł młodszy brat.
– A mosz jako giewera? – zainteresował się tamten.
Erwin przytaknął i pokazał Jorgowi jakiś mały pistolet, bodaj czy nie Browning.
– Tym psinco zrobisz – mruknął starszy, po czym sięgnął do kabury i dał bratu sporych rozmiarów służbowego gnata wraz z zapasową amunicją.
– Z Panem Bogiem – pożegnał się Erwin.
– Wracaj szczęśliwie do domu – odrzekł po niemiecku Jorg.
Uścisnęli się i rozeszli, każdy w swoją stronę.

Kobiety w rodzinie reagowały bardziej nerwowo w różnych dramatycznych momentach. Rankiem 1 września 1939 roku Hela, starsza córka Erwina, spotkała na ulicy swoją kuzynkę Gretę. Nawiasem mówiąc nie przepadały za sobą wzajemnie.
– Heil Hitler – przywitała Greta Helę.
– Dzień dobry – odparła Hela i wymierzyła kuzynce mocny policzek.
W południe w oknach niemal wszystkich domów przy ulicy, przy której mieszkali dziadkowie i przyszła mama Staszka wraz ze swoją młodszą siostrą, wisiały już hitlerowskie flagi. Wyjątek stanowiły okna mieszkania Erwina, który w domu miał tylko flagę biało-czerwoną. Pięknie odprasowana przez Annę, leżała w szufladzie komody, jak zwykle przygotowana już na święto 3 Maja. Kiedy do drzwi zastukał sąsiad, pełniący jakąś ważną funkcję w NSDAP i już zza zamkniętych drzwi, z pretensją w głosie wytknął domownikom karygodny brak, w progu stanęła 18-letnia panienka w polskim stroju harcerskim. W ręku trzymała kuchenny nóż, a dla przybysza miała następującą propozycję: albo zostawi ich rodzinę w spokoju, albo będzie miał do czynienia z tym oto narzędziem, bo dobrowolnie żadne z nich takiej szmaty w oknie nie wywiesi. Ważniaka z wrażenia zamurowało. Na szczęście w tym samym momencie przyszli z miasta rodzice wraz z młodszą córką i sumitując się za zachowanie starszej latorośli, za które mogły im wszystkim grozić poważne kłopoty, obiecali niezwłocznie wywiesić właściwe barwy.
– Hela ostatnio trochę choruje na nerwy – załgali się przed sąsiadem. Oczywiście musieli skądś lub z czegoś tę flagę wytrzasnąć. Anna uszyła ją naprędce z jakichś starych wsyp na pierzyny.

Konformizm przychodzi z wiekiem i w strachu.

Staszek przerywa rozmyślania, bo zbliża się kontrola paszportowa. Na granicy z Czechosłowacją, jak wymiótł, przed nami stoi tylko jakaś „Skoda” z przyczepą, załadowana używanymi oponami. Wszystko w porządku, można jechać dalej. Czeski celnik, na dźwięk polskiej mowy, wychodzi z roli uroczego bywalca europejskich salonów, który tylko mocą jakiegoś dziwnego zbiegu okoliczności przebrany został w mundur granicznego kontrolera. Z zawodową rutyną sprawdza, co za towary Staszek wiezie, ale zbytnio nie chce mu się pracować, więc po chwili wraca do postawy wytwornego światowca i życzy podróżnym szczęśliwej drogi.

Smutną szarość czeskich miast w nocy barwią plakaty: ,,Havel na Hradl”, porozklejane szczodrze w wyborczej kampanii na murach kamienic i w sklepowych witrynach. Z więzienia, z pozycji opozycyjnej zakały, na prezydencki fotel. Nieźle. Miło patrzeć, jak wszędzie kruszeją betony systemu, który tak, jak nazizm, pogardzał człowiekiem i jego prawami.

W 45 roku, kiedy wojska marszałka Koniewa wkroczyły do Chorzowa, Erwina postawiono pod murem. Nie miał czasu, a także komu wytłumaczyć się, że walczył w powstaniu przeciw Niemcom, a czas wojennego poboru do Wehrmachtu przesiedział w piwnicy, za kopcem kartofli. Ten, kto tak jak on posiadał Volkslistę z numerem 3, uznawany był przez Wyzwolicieli za faszystę, a więc podlegał wysiedleniu w głąb Rosji lub likwidacji.Erwina niemal w ostatniej chwili uratował polski oficer. Zaręczył, zgodnie z prawdą, że znają się od lat i to z jednej strony barykady.

Wojna przetrzebiła zarówno rodzinę Anny, jak i Erwina. Jeden z jej braci, wcielony do Wehrmachtu, poległ zaraz na początku, w 39 roku; drugi uznany został za zaginionego na froncie. Dwaj bracia Erwina – Maks i Paulek zginęli pod Stalingradem, także w mundurach żołnierzy Wehrmachtu. Jorg przeżył, wzięty do niewoli amerykańskiej, osiedlił się po wojnie w Niemczech. Hanek, młodszy brat Erwina, działający w czasie okupacji w szeregach Armii Krajowej zmarł na początku lat 50, na krótko po wyjściu z aresztu katowickiego UB, w którym przebywał pół roku w związku z podejrzaniem o wrogą działalność na szkodę państwa.

Taki sam zarzut spotkał Staszka w marcu 1968 roku w Krakowie. Na krótko przed obroną pracy magisterskiej wylądował w celi na Montelupich i choć odsiedział w niej tylko miesiąc, ta sprawa długo się za nim wlokła. Na początku groził mu wilczy bilet z uczelni. Dzięki przedsiębiorczości mamy, czyli owej Heli, córki Erwina, no i jej łapówkom, przez które zadłużyła się po uszy, udało się jednak tego uniknąć. Ale potem przez lata odmawiano Staszkowi paszportu, zawsze z tych samych ,,innych względów wagi państwowej”.

W latach 70, w okresie świetlanego panowania Edwarda Gierka, syna ziemi zagłębiowskiej, łatwiej było wielbłądowi przejść przez ucho igielne, aniżeli przeciętnemu Ślązakowi na Śląsku wspiąć się po szczeblach kariery społecznej i zawodowej. Staszek wiódł więc marny żywot radcy prawnego w pewnym przedsiębiorstwie handlowym w Katowicach, choć marzyła mu się przecież lepiej płatna i ciekawsza praca, a przede wszystkim podróże po świecie. Kiedy ożenił się i na świat przyszli w rocznych odstępach córka i syn, znalazł sobie jeszcze trzy radcowskie ćwierćetaty, ale i to ledwie wystarczało im na życie i opłacenie spółdzielczych dwóch pokoi z kuchnią. Z nastaniem ,,Solidarności” włączył się w działalność. Później wypadki potoczyły się szybko: stan wojenny, weryfikacja, bezrobocie. Żeby wraz z rodziną przetrwać trudny czas, wziął się wspólnie z kolegą, którego wywalili z pracy w telewizji, za wyrób huśtawek dla dzieci. Kolega namówił Staszka do wyjazdu na stałe do RFN.

Wybrali się tu we dwie rodziny, natychmiast, kiedy tylko otwarto znowu polskie granice. O dziwo, tym razem Staszek i jego żona bez przeszkód otrzymali paszporty.
W formularzu paszportowym, w rubryce ,,cel wyjazdu”, napisali: „turystyczny”, ale wszyscy tak przecież robili. Na miejscu nie chciał złożyć podania o azyl, wybrał starania o uzyskanie dokumentów stwierdzających niemieckie pochodzenie narodowościowe. Kiedy urzędnik w Ausgleichsamcie zadawał Staszkowi pytania w stylu, jakie książki niemieckie czytali jego dziadkowie i mama i jakich kompozytorów lubili, gładko recytował nazwiska Goethego, Schillera, Nietschego, Wagnera i Schumanna. Nie mógł przecież powiedzieć, że przede wszystkim rozczytywali się w dziełach Sienkiewicza i Kraszewskiego, że znali na pamięć całe strofy z „Pana Tadeusza”, że mama w wolnych chwilach grywała na pianinie Chopina. Brzydził się sobą, za to strojenie się w germańskie piórka, wyobrażał sobie, że w tej chwili jego dziadkowie i mama przewracają się z oburzenia w grobach, ale brnął w uprzejmym dialogu z urzędnikiem.
Słodkie owoce konformizmu.
Teraz, po raz pierwszy po sześciu latach jadą na święta do Polski. Pamięć podsuwa obrazy Wigilii z dzieciństwa i lat młodości. Stół w jadalni nakryty śnieżnobiałym obrusem, krucyfiks, dwie świece w lichtarzach, opłatek, dodatkowe nakrycie dla wędrowca. Zawsze zastanawiał się, czy ktoś kiedyś zasiądzie na tym miejscu i kim ów Wędrowiec mógłby być.
Najczęściej wyobrażał go sobie, jako strudzonego starca z kijem podróżnym w ręku i z węzełkiem na plecach. Innym razem widział jeźdźca na spienionym koniu, w rozwianej burce. Obrazy z literatury romantyczne, którymi zarażono go w domu i w szkole. Teraz sam jest tym wędrowcem.
– Gdzie spędzimy Wigilię? – pyta Staszek żonę.
– Może u mojego brata – zastanawia się Barbara.
Mieszkanie przed wyjazdem wynajęli znajomym; nie chcieliby im przeszkadzać przynajmniej dzisiaj. Najważniejsze, że już widać polską granicę, a za nią dom. Jest w nim jeszcze bardzo biednie i niektóre meble stoją do góry nogami, a ludzie chodzą w nim zmęczeni z kąta w kąt, za bardzo nie wiedząc, co z sobą robić, ale miejsca w nim dla swoich starczy. Jest to dom ciepły, serdeczny i otwarty dla każdego, o progach, które nie są dla nikogo za wysokie. Staszek i jego najbliżsi wierzą, że znajdą w nim miejsce także dla siebie. Na razie tylko na krótką chwilę. Później może na stałe.

Następna opowieść z cyklu Exodus – za tydzień

Poezja / Czesław Niemen / Stare Wasiliszki

Nasz Autor, Zbigniew Milewicz, odwiedził w 2012 roku Stare Wasiliszki czyli – Старыя Васілі́шкі – wieś na Białorusi, w obwodzie grodzieńskim, w rejonie szczuczyńskim, do 1945 w Polsce, w województwie nowogródzkim, powiecie lidzkim. Jest to osada z XV wieku, część miasteczka Wasiliszki, ale odrębna parafia kościoła rzymskokatolickiego. Miejsce urodzin Czesława Niemena, który chodził też do szkoły w Wasiliszkach. Od śmierci artysty – 17 stycznia 2004 roku – toczyły się dyskusje na temat utworzenia jego Muzeum w domu rodzinnym Wydrzyckich. W czerwcu 2009 roku, w czasie spotkania Polsko-Białoruskiej Komisji Konsultacyjnej ds. Dziedzictwa Kulturalnego, ze strony polskiej wyszła inicjatywa, by muzeum powstało w ramach współpracy polsko-białoruskiej, a polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nad powstaniem muzeum objęło patronat. Otwarcie muzeum i odsłonięcie pamiątkowej tablicy na budynku odbyło się 20 lutego 2011 roku. Wszystkie mądrości zaczerpnięte z Wikipedii – autor napisał o tym miejscu znacznie serdeczniej:

Zbigniew Milewicz

W Starych Wasiliszkach

17 stycznia minęła dziesiąta rocznica śmierci Czesława Niemena – Wydrzyckiego, 16 lutego wybitny muzyk ukończyłby 75 lat. Z tej okazji pragnę podzielić się kilkoma zdjęciami, zrobionymi w Starych Wasiliszkach na ziemi grodzieńskiej, gdzie artysta się urodził i mieszkał w młodości. Odwiedziłem tę miejscowość w trakcie kolejnej wyprawy berlińskiej „Oświaty“ na dawne, polskie Kresy Wschodnie, w 2012 roku.

Nieduża, uboga wieś białoruska, zamieszkała niemal w całości przez ludzi z polskimi korzeniami, na ogół już w podeszłym wieku, szczyciła się od roku posiadaniem muzeum ich znanego ziomka, którym był dom rodzinny Wydrzyckich. W nim proste sprzęty gospodarskie, parę osobistych rzeczy młodego Czesia, rodzinne zdjęcia i największy niegdyś rodzinny skarb – lampowe radio z magicznym okiem. Rozmawialiśmy z mieszkańcami wsi o Czesławie, jego rodzicach i siostrze Jadwidze, wspominali ich serdecznie, byli jednymi z nich. Mama Anna była z domu Markiewicz, ojciec Antoni uchodził za świetnego rzemieślnika, zajmował się między innymi strojeniem fortepianów i naprawą zegarów. Czesław śpiewał w szkolnym zespole, udzielał się jako organista w kościele św. Piotra i Pawła, w rodzinnej miejscowości, później zdał egzamin do szkoły muzycznej w Grodnie. Na szkolnych występach grał na bajanie, guzikowym, rosyjskim akordeonie, ale za wagarowanie na zajęciach, po roku edukacja się skończyła. W 1958 r., w ramach ostatniej fali masowych wysiedleń Polaków z Kresów Wschodnich, rodzina Wydrzyckich wyjechała do PRL. W Starych Wasiliszkach został ich dom.

Urodziny Zosi 227  Urodziny Zosi 239Urodziny Zosi 228Urodziny Zosi 231 Urodziny Zosi 233 Urodziny Zosi 234 Urodziny Zosi 235 Urodziny Zosi 236 Urodziny Zosi 237 Urodziny Zosi 238Urodziny Zosi 244  Urodziny Zosi 240 Urodziny Zosi 241 Urodziny Zosi 242 Urodziny Zosi 243***
A ja, żeby niedzielnej tradycji stało się zadość, dodam tu jedną z rosyjskojęzycznych piosenek Niemena, najbardziej chyba znaną – czyli Bradiagę (Бродяга). Na teksty w różnych językach tym razem nie starczyło miejsca.

Z archiwum Exodusu 1

W tym roku obchodzimy 25-lecie transformacji ustrojowej w Polsce. Z tej okazji pragnę odkurzyć kilka swoich materiałów dziennikarskich, opublikowanych pod pseudonimem Tomasz Paluch ćwierć wieku temu na łamach Exodusu, pisma polskiej emigracji, wydawanego w skromnym nakładzie, w Monachium, przez Ks. Czesława Nowaka, charyzmatycznego proboszcza Polskiej Misji Katolickiej II i współpracownika Radia Wolna Europa. Będzie to więc opowieść o innym czasie, innej emigracji, niż obecna, choć mentalnie podobieństw jest sporo. Ciekawie jest również spojrzeć na siebie – autora w przeszłości.

urodziny
Zbigniew Milewicz

Urodziny

Gospodarzem imprezy jest „Indyk”. Ma wśród mieszkańców obozu taki pseudonim, bo po pierwsze lubi się chwalić. Po drugie, kiedy wypije, robi się czerwony, jak indor i kiedy

„Inżynier” przestrzega go, że szlag trafia tylko raz, zwykle śmieje się i odpowiada, że zna lepsze szlagiery. Na przykład ,,w gorącym słońcu Casablanki…” Jedno mamy miejsce, tu jest twój ciasny, ale własny kąt… Ą zawodzi ochrypłym barytonem i zaraz dodaje, że to jego miejsce jest i będzie w Bundes, bo jego dziadek wprawdzie służył w legionach Piłsudskiego i dochrapał się tam stanowiska starszego rotmistrza, ale pochodził z Mysłowic, więc był poddanym pruskim. Toteż on „Indyk” śmiało może startować na pochodzenie i ma gdzieś wątpliwości ,,Inżyniera”. Na miejscu kumpla zastanowiłby się raczej nad tym, czy jego matka, z którą „Inżynier”nie widział się od chwili wyjazdu z kraju, a więc od ośmiu lat, jeszcze żyje. Wtedy miała 68 lat i od tamtej chwili nie wysłał jej nawet pocztówki. Pewnie starsza pani zamartwiła się na amen brakiem wiadomości od synusia. „Inżynier” obrusza się: bzdura, raz wysłał, zaraz na samym początku, ale później dali mu kopa z pensjonu, w którym mieszkał i musiał sobie szukać innego kąta. Na pewno więc mama odpisała mu na stary adres, a obecnego nie zna, bo skąd. Fakt, że wypadałoby odezwać się, ale jak wytłumaczy jej tyle lat milczenia? Co napisze o sobie? Ona ma intuicję, nie uwierzy w jakiś jego wyimaginowany sukces. Kiedy zaś przyzna się, że praktycznie niczego dobrego – poza sławą dobrego pijaka i złodzieja w ciągu tych ośmiu lat życia na Zachodzie nie osiągnął, to ją załamie. Starsza pani ma chore serce i beznadziejnie wierzy w uczciwość swoich dzieci. Kiedy jeszcze mieszkał w Poznaniu, mało się nie przejechała na numerze, który wykręcił jego młodszy brat. Jednego dnia do domu wpadła milicja i bez słowa zgarnęli synusia. Jak się później okazało, za włamania do Pewexów. Starszy syn miał matce zrekompensować ten cios. Ukończył Politechnikę i jako dobrze zapowiadający się absolwent wydziału budownictwa lądowego znalazł się w biurze, gdzie za trzy i pół tysiąca złotych miesięcznie kazali mu segregować jakieś bezsensowne papierki. Marzył mu się raczej zagraniczny kontrakt gdzieś w Iraku albo w Egipcie i twardowalutowe apanaże, za które mógłby sobie zafundować upragnione BMW i dalsze podróże po świecie. Na łapówkę kontraktową niestety nie miał środków, matka z nauczycielskiej renty też nie mogła dołożyć, ale słyszał, że na Zachodzie Polacy na własną rękę i to w szybkim tempie dorabiają się fortuny, postanowił więc sam spróbować dorobić jeszcze jedną, własną. Do Niemiec było najbliżej, poza tym miał w Bremie stryja, który czasami przysyłał listy – pisał, że tęskni za rodziną. W Niemczech też mieli najlepiej płacić za prace budowlane… Wizę dostał na miesiąc. Przez ten czas spodziewał się „odkuć”, przynajmniej na używane, jakieś pięcioletnie BMW. Stryj owszem, ugościł bratanka, ale po trzech dniach grzecznie wyprosił go z mieszkania pod pretekstem wyjazdu z rodziną na wczasy do Hiszpanii. Nie poczytał mu tego za złe, po trzech dniach i tak brakowało im tematów do rozmowy, a stryj roboty żadnej też nie potrafił załatwić. Za to dał stówkę na drobne wydatki, a od stryjenki wałówkę na drogę.

„Indyk” rozlewa’ następną kolejkę i każe kumplowi po raz nie wiadomo który relacjonować, jak dziewczyny we Frankfurcie obrobiły go z forsy. „Inżynier” nie ma ochoty odgrzewać tego wspomnienia, ale ponieważ jestem nowy w towarzystwie, to mi powie. Dwie Niemki zdjęły go ze stopu na rogatkach Bremy i zawiozły autem do Frankfurtu. I tak nie wiedział, dokąd ma jechać. Na miejscu okazało się, że panienki pracują w wesołym interesie i w jakimś barze, do którego go zaciągnęły i gdzie urwał mu się film. Musieli mu w tym barze czegoś dodać do sekta, bo przecież miał wtedy jeszcze mocny łeb. Świadomość odzyskał dopiero nocą, na jakimś skwerze, torba turystyczna leżała obok, ale z czterystu marek, które stanowiły jego cały majątek, nie znalazł ani feniga. Policjantom z patrolu, którzy chwilę później zainteresowali się jego osobą, próbował łamaną angielszczyzną wytłumaczyć, co się stało, ale nie mógł sobie przypomnieć nazwy baru, ani miejsca, gdzie się znajdował.

Tak się zaczęła jego zachodnia przygoda, która trwa do dziś. O melinach z bezdomnymi, w których mieszkał i o zwyczajach panujących w lagrach dla azylantów i przesiedleńców i tych co jadą dalej na emigrację, zarówno tych we Frankfurcie, jak i monachijskich, mógłby „Inżynier” napisać książkę. Ale kto by ją czytał? Takim starym emigrantom, jak on niepotrzebna, bo to wszystko przeżyli na własnej skórze, a w kraju i tak większość ludzi patrzy na Zachód, jak na raj. Dlatego tym nowym, co przyjeżdżają nikt nie wytłumaczy, że mają na nosie różowe okulary.
– Pożyjesz tutaj „Indyk” trochę, to je zdejmiesz – mówi ,,Inżynier”.
Ma za sobą dwa wyroki za kradzieże. Zaczął od wynoszenia wódki z Aldiego, póżniej wyspecjalizował się w skórach z eleganckich domów handlowych. Za pół ceny bez problemu znajdowały zbyt w obozach. Wpadł na głupim tytoniu na skręty, a następnym razem – na flaszce whisky, ale przecież i tak prawie wszystko z tego, co miał z kradzieży, to przepuszczał na alkohol. Po odwykówce, na którą namówiła go ostatnia narzeczona, Czeszka, nie pił prawie rok. Kiedy dziewczyna wyjechała do Kanady, znowu zaczął, ale już nie tak, jak kiedyś.
– Pracowałeś? – pytam.
– Jasne. Najpierw na „czarno”, na różnych budowach, za siedem, albo osiem marek na godzinę. Później na „biało”, za dwanaście, trzynaście. Za każdym razem były to podrzędne funkcje pomocnika budowlanego, po których wysiadły „Inżynierowi” dyski i musiał pójść do zmywania naczyń w knajpach. Innej pracy jako auslender, nie potrafił sobie załatwić i to mimo iż nie miał żadnych trudności językowych. Już po dwóch latach nieźle mówił po niemiecku. Mógł jeszcze załapać się na dworcowego sprzątacza, ale te cholerne dyski mu nie pozwalały. Kiedy więc stwierdził, że żadnej kariery zawodowej tutaj nie zrobi, wrócił pod pretekstem złego stanu zdrowia na socjal – trzysta parę marek miesięcznie to też w końcu pieniądz – a na kielicha zaczął… naciągać „Hertiego” albo ,,Kaufhof”. Ale teraz i z tym przystopował. Nie uśmiecha mu się przymusowy wyjazd do Polski. Powiedzieli mu na policji: jeszcze jedna kradzież i musi opuścić Bundes. I tak są nad podziw tolerancyjni. Dostał dwie odsiadki po pół roku i do zapłacenia w sumie kilkaset marek grzywny, w ratach, ale mógł pozostać w Niemczech, dalej na tym samym pobycie tolerowanym.

Czy chciał kiedyś sam wrócić do kraju? Owszem, zaraz na początku, ale wprowadzono stan wojenny i został. Jakoś tych osiem lat zleciało, a teraz…? Wróciłby, ale z czym, jak dziad z czarno-białym telewizorem z wystawki i ciuchami z Caritasu?

,,Indyk” jest przeciwieństwem ,,Inżyniera”. Postawnej postury i niezłomnej wiary, że podbije Niemcy, jako wykwalifikowany stroiciel organów i fortepianów. O jego zatrudnienie ubiegała się już telewizja bawarska oraz filharmonia, ale nie mógł przyjąć żadnej oferty, bo jeszcze nie ma niemieckich papierów. Siedzący przy stole wybuchają spontanicznym zdrowym śmiechem. Skrzydła boksu, w którym mieszka „Indyk”, wykonane tak jak wszystkie – z prześcieradeł, uchylają się. Wzrok Wernera, który dzisiaj ma nocny dyżur w biurze, omiata zastawiony flaszkami stół i dwa łóżka, na których siedzi towarzystwo.
– Mąż ma dzisiaj urodziny – wyjaśnia żona „Indyka”, też zaczerwieniona na twarzy, ale z tego powodu, że kłamie.
– Ach tak, to wszystkiego najlepszego – uśmiecha się sztucznie Werner. – Ale o dziesiątej proszę zgasić światło, inni chcą spać.
W obozie, zwyczajowo można tylko wtedy się napić, kiedy ktoś ma urodziny. Szczęśliwie na sali mieszka około 70 osób – Polaków, Jugosłowian, Węgrów i innych, więc prawie co dzień można zrobić imprezę. Pojutrze zdaje się moja kolej.

Następna opowieść z cyklu Exodus – za tydzień

W Nowym Jorku

Zbigniew Mierzwa

Wielkie Jabłko nocą

Wielkie miasta nigdy nie śpią. Nocą pracują na zwiększonych obrotach kelnerzy, barmani, krupierzy, divy nie operowe, ale za to operatywne, taksówkarze, złodzieje, policjanci. Pieniądz zarobiony w ciągu dnia, o zmierzchu toczy się dalej, takie jest jego prawo i każdy ma z niego swoją część. Nie inaczej jest w najludniejszej aglomeracji USA, Nowym Jorku, zwanej Big Apple, Wielkim Jabłkiem.

Urodziny Zosi 403 Wieczorem otwierają się drzwi setek nocnych klubów, jazzowych knajp, dyskotek i barów w całym mieście. Te najbardziej znane są na Manhattanie; w zależności od klasy i profilu lokalu, obowiązuje pewna rejonizacja. Turystyczna stonka  szturmuje  przede wszystkim znane restauracje, kina i bary na Times Square. W położonym centralnie Village, od Sixth Avenue do Brodwayu, życie toczy się na ulicy i w otwartych do późna kawiarniach i klubach muzycznych. W Soho dominuje styl ekstrawagancki, odpowiadający artystom, klientom z branży mody i mediów. Kochający inaczej gromadzą się w rejonie West Village, tam też działa cała masa dobrych klubów jazzowych. Klientów z grubszym portfelem zapraszają eleganckie lokale na Upper East i Upper West Side, słowem każdemu według jego upodobań i możliwości.

Urodziny Zosi 473Prawo wstępu do tych renomowanych, droższych klubów mają wyłącznie goście spełniający skrupulatne wymogi lokalnego dresscode, co oczywiście nie znaczy, że ktoś w eleganckim ubraniu od Armaniego będzie mile widziany na party naturystów, choćby i wykwintnym. Niezorientowanym w topografii rozrywkowej miasta przychodzą z pomocą różne agencje, organizujące nocne wycieczki stylowymi limuzynami, po wybranych według gustu klientów adresach. Bilety na takie eskapady zaczynają się od 50 dolarów i mają w cenie darmowe drinki w odwiedzanych lokalach. Wybawionych gości – głoszą  reklamy – nasz  przewodnik wsadza później do taksówek, albo do metra i bezpiecznie jadą sobie do domu, albo do hotelu.

Urodziny Zosi 469No tak, ale czy Nowy Jork jest w ogóle bezpieczny ? Policyjne statystyki pokazują, że choć nie jest on miastem aniołów, to od roku 2005 posiada najniższy wskaźnik przestępczości spośród wszystkich największych aglomeracji w tym kraju.

Urodziny Zosi 453Podejrzewam, że nowojorczycy zawdzięczają to w jakiejś choćby drobnej mierze samym sobie. Byłem świadkiem zuchwałej kradzieży damskiej torebki w metrze na Brooklynie, w biały dzień. Jakiś chłopak porwał ją pasażerce, kiedy pociąg stanął na jednej ze stacji i wtedy czmychnął przez drzwi. Ofiara rzuciła się za nim w pogoń, w sukurs pośpieszyło jej chyba ze trzech obcych, młodych ludzi. Nie wiem, czy złapali delikwenta, ale bardzo mi się podobała ta reakcja otoczenia. Parę tygodni temu natomiast, już za pośrednictwem you tube, z nie mniejszą satysfakcją obejrzałem filmik, który ktoś nakręcił komórką, pokazujący jak nowojorczycy obezwładniają w metrze innego łobuza, uzbrojonego w nóż. Może drobnymi kroczkami idzie nowe i spycha społeczną znieczulicę na margines. Oby!

Urodziny Zosi 452Wracając do nocnego Nowego Jorku – generalnie balować można w lokalach do godziny 4, ale wiele klubów zamyka dopiero rano. Od  04.00 do 08.00, a w niedzielę od północy, obowiązuje jednak zakaz sprzedaży alkoholu. Nie podadzą ci go również, jeżeli masz poniżej 21 lat. Amatorom grzeczniej spędzonych wieczorów, czy też  bardziej intelektualnych, wychodzi naprzeciw  Theater  District wokół Brodwayu, 42 ulicy i Times Square, Lincoln Center for the Performing Arts i Upper West Side. Oferta jest bogata, od światowej sławy inscenizacji teatralnych, operowych i musicali, poprzez ambitną sztukę kameralną i sceniczne debiuty, na Salonie Madame Tussaud i popisach cyrkowców w Big Apple Circus skończywszy. Na scenach, zarówno repertuar klasyczny, jak i awangardowy; bilety wstępu do Metropolitan Opera są oczywiście droższe od tych do gabinetu figur woskowych, ale przy odrobinie szczęścia, na parę godzin przed spektaklem, można je kupić także znacznie taniej. Znajomym udało się w ten sposób obejrzeć „Normę”  Vincenzo  Belliniego, ze znakomitą sopranistką, Sondrą  Radvanovsky w tytułowej roli  i cała przyjemność kosztowała ich 20$ od osoby.

Urodziny Zosi 451Na koniec wypadałoby spróbować wyjaśnić, dlaczego Nowy Jork nazywany jest Big Apple. Wersji jest przynajmniej kilka i każda z nich wydaje się być prawdziwa. W 1920 roku niejaki John J. Fitz Gerald, dziennikarz sportowy z New York Morning Telegraph podsłuchał, jak stajenni w Nowym Orleanie nazywają w ten sposób nowojorskie tory wyścigów konnych. Tak mu się to spodobało, że redagowanej przez siebie kolumnie nadał tytuł : Around the Big Apple, czyli Wokół Wielkiego Jabłka, co czytelnicy też przyjęli z uznaniem. W prasie, wiadomo, najważniejszy jest tytuł. Później muzycy jazzowi zaczęli tak nazywać nowojorskie City, a zwłaszcza Harlem, gdzie grali i ta nazwa z czasem objęła całe miasto. Inni twierdzą, że Nowy Jork z lotu ptaka przypomina dorodne, okrągłe jabłko. Są też zwolennicy teorii, mówiącej, że nazwa wzięła się z Biblii. Podobnie, jak Adam i Ewa dali się skusić na jabłko z Drzewa Poznania Dobra i Zła, tak Nowy Jork, poprzez swoją wyjątkową siłę przyciągania, stał się pokusą dla milionów ludzi na całym świecie, której ulegli i nadal ulegają. Jedni na dobre, inni przynajmniej raz na jakiś czas.

Urodziny Zosi 549

W Toronto i Nowym Jorku

Ciąg dalszy opisu podróży do USA i Kanady, opublikowanego przed tygodniem pod znamiennym tytułem “Mówcie mi mierzwa”

Zbigniew Mierzwa

Najstarszy w Toronto, polonijny kościół – Św. Kazimierza – mieści się w dzielnicy Roncesvalles, wśród naszych rodaków bardziej jest znanej, jako Kazimierzowo; prowadzą go misjonarze Oblaci. Sakrament chrztu poprzedza niedzielne nabożeństwo, dziecko bez protestów wstępuje do katolickiej wspólnoty.

toronto-chrzcinyJak więc na dobrych chrześcijan przystało jedziemy uczcić ten fakt. Niestety już bez Adasia, bo musi wracać do NY, nazajutrz ma te swoje badania lekarskie. Włoska restauracja, w której zarezerwowano nam stół, karmi tak skutecznie, że drogę powrotną na Russel Hill Road postanawiam odbyć pieszo. Od kościoła do restauracji a stamtąd do domu nie jest daleko, tak mi się przynajmniej wydawało z okien samochodu. Syn tłumaczy mi, jak iść, żeby się nie zgubić, w razie czego miałem do niego zadzwonić z komórki. No tak, gdybym miał roaming na Kanadę, to bym mógł dzwonić. Na szczęście kompas w głowie jeszcze funkcjonuje w miarę sprawnie i po godzinie jestem na miejscu. Widok grubasa w garniturze, drepczącego wzdłuż nowoczesnej architektury ulicy, mógł dziwić. Krawaciarze (przepraszam warszawiaków, ale nie o nich mowa) siedzieli za kierownicami limuzyn, żeby jednak nie obrosnąć w tłuszcz, regularnie uprawiali sport, zwłaszcza popularny za oceanem jogging. Widziało się to na każdym kroku, szczególnie w weekendy. Od młodzieży po ludzi w mocno zaawansowanym wieku, naród przebierał się w dresy i biegał, gdzie się tylko dało, po skwerach, parkach, chodnikami wśród drapaczy chmur.

toronto-butelkiPo południu żegnają się z nami goście z Pensylwanii, jutro normalny, roboczy dzień. W poniedziałek, 14 października Kanada obchodzi natomiast swój Thanksgiving Day, czyli Święto Dziękczynienia i jest to dzień wolny od pracy. Syn z tej okazji spróbuje nam pokazać parę rzeczy w mieście. Jego teściowie goszczą już tutaj drugi tydzień, więc trochę już je poznali, natomiast my z Mirą chętnie wjedziemy np. na wieżę telewizyjną i zobaczymy Toronto z góry. Wjazd nie jest jednak tani i zadowalamy się panoramą miasta z wysokości 50 piętra wieżowca, gdzie mieści się biuro syna. Widok jest piękny, choć nie tak romantyczny, jak z Wieży Eiffla. Zjeżdżamy windą do piwnic biurowca, żeby zobaczyć słynny PATH – podziemne miasto, rozciągające się pod centrum Toronto.

Ten komunikacyjny system spełnia tutaj ważną rolę, szczególnie podczas męczących upałów, burz i zamieci śnieżnych. Łączna długość jego ulic wynosi około 27 kilometrów. Wszystko jest monitorowane przez kamery i ochronę poszczególnych budynków. Pierwszym, który sobie zafundował podziemne połączenie z nowym aneksem był dom towarowy Eaton Centre i miało to miejsce w 1900 r. Właściwa sieć podziemnych ulic powstała wraz z rozwojem Financial District, stworzonym głównie w czasie boomu lat 70. Każdy nowy biurowiec przeznaczał jedno, lub dwa piętra pod ziemią na ciąg handlowy i przyłączał się do sąsiednich biurowców. Tak powstało podziemne miasto, które mogłoby funkcjonować autonomicznie. Wikipedia podaje, że posiada ono ponad 1100 sklepów, domów towarowych i centrów handlowych, ma 5 stacji metra, stację kolejową, stację autobusów dalekobieżnych, obiekty sportowe, filharmonie, teatry, kina, restauracje, kawiarnie, 52 biurowce, giełdę papierów wartościowych, hotele i parę domów mieszkalnych. Ogarnąć tego wszystkiego samemu, na szybko nie sposób, podziwiam wyrazistość oznakowań drogowych. Trudniej zgubić się na powierzchni, niż tutaj.

toronto-kolumnaNad jeziorem Ontario nogi wchodzą mi już… nie powiem, gdzie. Biesiadne kalorie trzeba jednak spalić, zwłaszcza, że Ewa została z wnukiem i pitrasi obowiązkowego indyka, w końcu jest Thanksgiving Day. We wtorek wraca razem z mężem i synem do Monachium, ja dzień później do Nowego Jorku. Zostawię wnuka mojej byłej żonie i poszwendam się jeszcze przez parę dni po starych tropach sprzed dziesięciu lat. Przez internet kupuję sobie za 55 dolarów bilet na autobus, kursujący parę razy dziennie na Manhattan, syn w drodze do pracy zawozi mnie na dworzec i już jadę sobie wygodnie w piętrowym wehikule, który pierwszy przystanek ma w Buffalo, na granicy z Ameryką.

Drugi raz przechodzę dokładną kontrolę graniczną, pierwsza była w Atlancie, gdzie przyleciałem z Monachium i miałem przesiadkę do NY. Tam funkcjonariuszka odprawy paszportowej mówiła na szczęście po niemiecku i rozumiałem, co znaczy złożyć odciski palców na specjalnych czujnikach i rzucić okiem we wziernik, który je prześwietli aż do najskrytszych zakamarków myśli. Z jej kolegą w Buffalo miałem jednak pewne lingwistyczne problemy. Pytał mnie o coś po raz kolejny, ja mu na to za każdym razem, że jadę na tydzień w odwiedziny do przyjaciół. Przeszedł więc na język migowy, najpierw pstryknął znacząco kciukiem w szyję, a później pokazał, że pali papierosa. Mógł tak od razu, kiwnąłem przecząco głową. Nie przewoziłem w bagażu żadnego alkoholu ani papierosów.

Po ponad dwunastu godzinach jazdy autobusem wysiadam na ostatnim przystanku, nieopodal wejścia do metra. Z nieznanych powodów nie jest to jednak 42 ulica, gdzie mieści się centralny dworzec, tylko trzydziesta czwarta. Muszę skorygować marszrutę dojazdu na Queens, którą dał mi Adaś, bo stąd linia E nie kursuje. Moja komórka jest w Stanach równie bezużyteczna, co w Kanadzie, a w kieszeni brak ćwierćdolarówek na automat, żeby zadzwonić do przyjaciela. Sprzedawca hot-dogów w narożnej budce nie rozmieni mi dolarowego banknotu na monety, bo sam ich nie ma, a przechodnie słysząc słynną frazę koników spod PRL- owskiego Pewexu tylko szczerzą do mnie zęby. Schodzę więc do metra, studiuję mapę dojazdów i znajduję połączenie na 42. Trzeba tylko wybrać właściwy peron i pociąg, a wcześniej kupić w automacie bilet za 2,75$, za który dojadę na Queens. Wtedy poznałem Leslie, mojego Anioła Stróża, bez którego dalsza droga byłaby problematyczna.

Trzydziestoparoletnia z wyglądu, ciemnoskóra piękność stała w tłumie innych pasażerów na peronie. Dlaczego akurat ją zagadnąłem, czy czekamy na właściwy pociąg, tego nie wiem. Potwierdziła i jak to ciekawska kobieta zapytała, skąd przyjechałem. Aaaaaach z Niemiec – ożywiła się – więc możemy rozmawiać po niemiecku. Bywa od czasu do czasu służbowo w Hamburgu i Berlinie i zna ten język.

Mieszkała na Queens, jechaliśmy w tym samym kierunku. Na 42 ulicy trzeba było kawałek podejść do linii E, ale na Roosvelt Avenue, gdzie była kolejna przesiadka, nie dojechaliśmy. Z przyczyn technicznych pociąg zakończył bieg na jakiejś stacji za East River i dalej mieliśmy jechać zastępczym autobusem. Moja waliza, wypakowana w połowie markowymi dżinsami i kurtkami od syna, w których już nie chodził, ważyła coraz więcej. Ruchome schody w metrze nie działały, zejście w dół, później gramolenie się w górę, na powierzchnię dały mi nieźle popalić, ale taki już był ten mój syn. Widywaliśmy się dwa – trzy razy w roku i zawsze dostawałem podobne prezenty. Niektóre z tych rzeczy służyły mi dobrze, inne oddawałem bardziej potrzebującym, jednak tym razem była to wyjątkowo uciążliwa filantropia.

Autobus podstawiono i to nie jeden, niestety żaden nie jechał na Roosvelt Avenue. Trzeba było wziąć taksówkę i dobra setka pasażerów, która okupowała chodniki przy wyjściu z metra próbowała zrobić to samo. Wtedy z komórki Leslie zadzwoniłem do Adasia, żeby przyjechał po nas swoim samochodem i nagle zdarzył się cud. Zatrzymała się przy nas jakaś bardzo wysłużona toyota, z Arabem za kierownicą i  podchmieloną dziewczyną na tylnym siedzeniu, była to bez wątpienia najlepsza taksówka w Nowym Jorku. Na Roosvelt Avenue sięgnąłem po portfel, ale Leslie nie pozwoliła mi płacić za kurs. Kosztował kilkanaście dolarów, uregulowała należność kartą kredytową, a później czekała ze mną tak długo, póki nie zjawił się mój przyjaciel. Mieszkała parę kroków stąd. Pożegnaliśmy się serdecznie, jak byśmy byli starymi znajomymi. Na odchodnym dostałem od niej bilet wizytowy, z którego wynikało, że zajmuje się marketingiem w wydawnictwie płytowym, przy Madison Avenue. Wcześniej była wokalistką, ale o tym porozmawiamy może kiedyś, przy okazji spotkania w Niemczech.

Ula jeszcze nie śpi, w kłębach dymu pochłania z You Tube najnowsze doniesienia komisji Macierewicza.

– Cześć, obiad jest na kuchence, tylko sobie podgrzej – rzuca, nie odrywając
wzroku od ekranu laptopa.

Bardzo lubię karkówkę, tylko kto to je o północy. Robię gryza, reszta będzie na jutro. Jestem w bardzo gościnnym domu, parę dni przed moim przylotem do Stanów Ula pożegnała swoją siostrzenicę z Polski, śpię na skórzanej kanapie w gościnnym pokoju. Rano Sowa jedzie po wyniki badań, Ula, jak w każdy czwartek, ma wolne w pracy i może trochę poleniuchować, a ja do metra i na Manhattan. Mój lewy staw biodrowy klnie jeszcze na wczorajszą walizę i tym bardziej trzeba go rozruszać. Pogoda dalej sprzyja ludzkiemu mrowisku, uwijającemu się po ulicach, tylko jest już chłodniej, niż przed tygodniem. Od Hudsonu wieje, żeglarze mają powody do radości, zastanawiam się, czy nie ruszyć jednym ze statków wycieczkowych, kursujących wzdłuż Manhattanu, ale wybieram World Trade Center.

Półtora roku po terrorystycznym zamachu na Centrum Handlu Światowego, w którym zginęło prawie 3 tysiące osób, zobaczyłem tutaj tylko tragiczny krater. Dziś uwagę turystów przyciągał przede wszystkim 7 WTC, pierwszy biurowiec z nowo budowanego kompleksu, który został oddany do użytku w 2006 roku. Ma ponad 227m wysokości, 56 kondygnacji i stoi w miejscu swojego poprzednika o podobnej nazwie, który zawalił się po Twin Towers. Bliźniacze Wieże – w swoim czasie budowle najwyższe w świecie – w które ugodziły samoloty z pełnymi zbiornikami paliwa, runęły na sąsiednie budynki. Spadające odłamy elewacji i kolumny rdzenia zmiażdżyły hotel Mariott i WTC7 oraz mocno uszkodziły Financial Center 3, Deutsche Bank Building, Winter Garden, pobliską cerkiew prawosławną a także liczne domy mieszkalne. Władze Stanów Zjednoczonych podjęły decyzję, że nie będzie się odbudowywać Twin Towers. W ich miejscu, według projektu Daniela Liebeskinda, do 2015 roku ma powstać zespół budynków, w którym główny – Wieża Wolności – sięgać będzie 541 m, a więc jeszcze wyżej, niż Bliźniacze Wieże.

pomnik0Pamięci ofiar poświęcony jest park-muzeum 9/11, otwarty w dziesięciolecie zamachu. W miejscu fundamentów zburzonych budynków powstały dwa baseny, woda spływa po wewnętrznych krawędziach większego, tworząc w dole taflę, w środku której czernieje wlot mniejszego. Wygląda, jak studnia, albo otwarty grób, dna nie widać. Wymowna symbolika pustki po Twin Towers i ludziach, których pogrzebały. Ich nazwiska wyryte są na tablicach z brązu, rozmieszczonych wokół większego basenu, dostrzegam na nich także polskie. Wejść do muzeum trudno, jest kontrola, jak na lotnisku i trudno się temu dziwić. Wstęp w zasadzie darmowy, jednak grupa młodych ludzi z pojemnikami z plexiglasu, gorąco wszystkich namawia, żeby wspomóc fundację, która zajmuje się ochroną tego miejsca pamięci. Za banknot o większym nominale dostaje się się ciepłe, gulgoczące podziękowanie, za jakiś bilon – mocno wymuszony uśmiech.

W starej, protestanckiej kaplicy św. Pawła przy Church Street, oddalonej o kilkadziesiąt metrów od WTC, czynna jest wystawa pamiątek ze Strefy Zero. Jest wśród nich hełm i sprzęt strażacki, popalony mundur, są zdjęcia z akcji ratowniczej, kartki od rodzin i przyjaciół, poszukujących swoich bliskich, które wieszano na ogrodzeniu kaplicy oraz przeróżne wota i podziękowania zanoszone Bogu i ludziom za uratowanie życia. XVIII-wieczna świątynia zrządzeniem Opatrzności przetrwała zamach. Krucha, bardzo kontrastująca architekturą z nowoczesną zabudową Lower Manhattan, była pierwszy schroniskiem dla strażaków, policjantów, ich psów ratowniczych, żołnierzy i licznych wolontariuszy, którzy pospieszyli na ratunek ofiarom, ocalałym z zamachu i do odgruzowywania. W kaplicy wydawano im posiłki, była ona jednocześnie noclegownią.

Podobną funkcję pełnił pobliski, katolicki kościół św. Piotra, do którego przeniesiono zwłoki franciszkanina Mychala F. Judge`a, uznanego symbolicznie za
pierwszą ofiarę śmiertelną Ground Zero. Z pochodzenia Irlandczyk, pełnił funkcję kapelana nowojorskiej straży pożarnej. Bardzo lubiany przez swoich podopiecznych, przybył na miejsce zamachu wraz z pierwszą grupą ratowników. Spowiadał i udzielał rozgrzeszenia rannym i umierającym, najpierw na ulicy, później w lobby Północnej Wieży. Zginął, kiedy runęła południowa i jej gruzy śmiertelnie raniły wiele osób. Zdjęcie kapłana, niesionego przez pięciu mężczyzn przez zgliszcza, zrobione obiektywem fotoreportera z Agencji Reutera jest jednym z najbardziej znanych obrazów, związanych z 11 września, uważa się je za amerykańską Pietę.

Wśród śmiertelnych ofiar zamachu ponad czterysta stanowili ci, którzy pośpieszyli innym na ratunek, co nie znaczy, że jest to lista zamknięta. Wśród ludzi, którzy w krytycznym czasie mieszkali w rejonie WTC oraz brali udział w różnych akcjach ratunkowych, czy porządkowaniu terenu, z roku na rok przybywa zgonów – zwłaszcza na choroby płuc i nowotworowe, których nabawili się wdychając toksyczny pył. Dziewięć lat po zamachu rząd USA przyznał żyjącym poszkodowanym fundusz w wysokości 4 mld. dolarów, z którego finansuje się obecnie pomoc medyczną i odszkodowania za utratę zdrowia. Sowie dawano jednorazowo 50 tysięcy, ale nie przyjął, uważa, że powinien dostać więcej. Ewentualnie mogłaby to być jakaś przyzwoita, dożywotnia renta.

Wyniki badań są OK, czekają go jeszcze badania psychologiczne. Póki co jedziemy do psychiatryka na Bronx, gdzie pracuje jego brygada. Chce mi pokazać, jak wygląda robota przy ściąganiu azbestu. Tym razem jest to pryszcz – kawałek rury w kotłowni szpitala, który trzeba oczyścić i zabezpieczyć. Zajmuje się tym już drugi dzień pięciu emigrantów z Serbii i Polski. Najpierw musieli zbudować z folii trzy namioty – przepisy mówią, że w jednym robotnicy przebierają się z cywilnych ubrań w robocze, w drugim czyszczą skażone azbestem przedmioty, w trzecim myją się po pracy. Do tego zamontowali wyciąg powietrza, żeby ulotniły się zawarte w nim toksyny. Przede wszystkim jednak każdy musi pracować w masce, aby nie zachorować na pylicę azbestową albo inne świństwo i Sowa za te wszystkie sprawy odpowiada, bo jest kimś w rodzaju inspektora bezpieczeństwa i higieny pracy. Na wypadek związkowej kontroli z zewnątrz wszystko musi być formalnie zapięte na ostatni guzik, ale życie rządzi się swoimi prawami. Kiedy gonią terminy, pracuje na równi z innymi, a jak przepisy ochronne hamują tempo robót, to je sam omija.
Przeżył osiemdziesięciu kolegów, z którymi zaczynał na azbestach – chwali się. Widocznie starszy Pan na górze jeszcze czegoś od niego chce.

Mikrej postury blondas o komicznie zakrzywionym nosie, któremu zawdzięczał swój ptasi pseudonim, uchodził cało z najgorszych opresji. Parę tygodni temu, gdy stał na rusztowaniu, przeżył bez szwanku przelatujący mu tuż obok głowy nóż monterski, który niechcący upuścił jakiś pracujący wyżej słowacki robotnik. Oczywiście Adaś nie miał wtedy hełmu na głowie, bo było upalnie. Przed moim przyjazdem natomiast o mało nie wypadł z windy z XVII piętra. Na pomoście pracowali, jak zwykle, we dwóch. Winda zawalona była gruzem z azbestem, który ściągali z elewacji biurowca. Kiedy zjeżdżali w dół, trzeba było nogami równomiernie i z czuciem odpychać się od ściany, żeby nie zahaczyć o wystające klimatyzatory. Za którymś razem nie udało się. Jedna noga się spóźniła, winda zaczepiła wewnętrzną krawędzią o skrzynkę, gruz przesunął się po podłodze tam, gdzie stał Sowa i znaleźli się prawie w pionie. Gdyby nie zapięte pasy bezpieczeństwa, na dole nie byłoby czego zbierać. Oczywiście pytam, jak z tego wyszli. Adaś na to, że nie wie i rechocze po swojemu. Jakoś tak pomału, nie nerwowo udało im się tę windę w końcu wypoziomować – mówi.

Uświadamiam sobie, że ja właściwie nigdy nie widziałem go zdenerwowanego. Czasami miewał doła, ale w przeciwieństwie do mnie, zawsze potrafił trzymać na wodzy negatywne emocje. Miał naturalny talent komiczny, umiał każdego rozweselić, więc może i starszemu Panu na górze podoba się oglądanie go dalej na scenie życia. Tego lata, na początku sierpnia, wybrał się na przejażdżkę motorowym pontonem po dzikich rozlewiskach niedaleko Queens. Jest tam trochę niezamieszkałych wysepek z rezerwatami wodnego ptactwa i na którąś z nich dotarł.
Wciągnął ponton na brzeg, rozebrał się do naga i skoczył do wody. Jak każdy pływak, po pewnym czasie sprawdził, jak daleko odbił od brzegu i wtedy zobaczył swój ponton w wodzie. Zapomniał, że istnieje coś takiego, jak przypływ. Przeszedł w szybki crawl, ale podwodny prąd był silniejszy. Stracił ponton z oczu, od wysepki dzieliła go już spora odległość, więc zaczął płynąć po prostu przed siebie, na przetrwanie. Czasami w pobliżu pojawiała się jakaś motorówka, wtedy machał ręką, wołał o pomoc, tylko nikt go nie słyszał, ani nie widział. Uratował go dopiero kuter rybacki, płynący z turystami na wycieczkę.

– Rzucili z pokładu koło ratunkowe i wyłowili z morza starego, nagiego
człowieka – ironizuje Sowa. – Przy trapie dostałem zaraz jakiś koc, bo oczywiście byłem turystyczną atrakcją, poszły w ruch fotoaparaty. Prawie nic nie widziałem, morska sól zalepiła mi oczy. Poprosiłem o coś do picia, dostałem papierosa. Na brzegu czekała już na mnie policja. Opisałem całe zdarzenie, wysłali łódź na poszukiwanie pontonu i nawet szybko go znaleźli. Cały poobijany, był już prawie na pełnym morzu. Fale zmyły z burty wszystkie moje rzeczy, które zostawiłem – ciuchy, portfel, okulary, komórkę… Tylko sandały zostały, bo je wrzuciłem na pokład. Sporządzili protokół, zadzwonili do Uli, do pracy, zawieźli do domu, porządne chłopy. Możesz sobie wyobrazić zdziwienie Uli, jak mnie zobaczyła czekającego przed drzwiami, w policyjnym dresie i w klapkach. Moja lekarka, do której zgłosiłem się na badania, na następny dzień, zapytała mnie, jak długo mniej więcej płynąłem. Powiedziałem, że orientacyjnie około trzech godzin. To nieźle, jak na faceta po zawale, z bajpasami – usłyszałem. EKG wypadło w każdym razie bez zarzutu.

W sobotę rano na niegdyś bardzo polskim Green Point można kupić w hurtowni świeżuteńkie, dobrze uwędzone ryby. Brygada Sowy kończy pracę na Bronx i zbieramy zamówienia, komu łososia, komu dorsza. Polacy zaczęli się pomału wyprowadzać z tej dzielnicy, kiedy gruchnęła pogłoska, że w pobliżu powstanie wysypisko śmieci i część domów zostanie zburzona. Okazało się to zwykłą plotką, a grupa przedsiębiorczych biznesmenów, która ją rozpowszechniała, wykupiła pustostany i zrobiła z Green Point małe Las Vegas, z kultowymi kawiarniami, salonami gry, nocnymi barami i dyskotekami. Widać to zwłaszcza przy Bedford Avenue. Ceny nieruchomości w dzielnicy poszły mocno w górę i kogo nie było stać na wyższy czynsz, wyprowadzał się, ale polskich akcentów nadal na Green Point nie brakuje. Widać je na szyldach sklepów, biur podróży, banków, restauracji, słychać na ulicy.

Ryby podzielone, należność od kolegów skasowana, możemy jechać na zaplanowaną wycieczkę do ważnego dla tutejszej Polonii maryjnego sanktuarium w Doylestown, zwanego amerykańską Częstochową. To niedaleko od Nowego Jorku, około 100 mil. Pogoda dalej dopisuje, ale niestety dobry fart opuszcza Sowę. Na przedmieściach Doylestown przejeżdża skrzyżowanie na czerwonym świetle i zalicza stłuczkę. Tęgi brodacz z terenówki, który miał już zielone światło i nie zdążył wyhamować, ma ledwo porysowany zderzak, za to Sowa będzie miał chyba tylny wahacz i drzwi do wymiany, a na pewno nie wróci tym autem samodzielnie do domu. Jęczy, że nówka Honda i tak potrzaskana, a powinien się przede wszystkim cieszyć, że nikomu się nic nie stało. W drugim samochodzie jechała cała rodzina, poza ojcem za kierownicą – matka w zaawansowanej ciąży i dwie dziewczynki. Wszyscy zachowali spokój; przyjechała policja, zrobiła, co do niej należało, brodacz pojechał w dalszą drogę, a my z Sową policyjnym autem na parking.

W sumie byłoby to banalne wydarzenie, warte może tylko krótkiej wzmianki, gdyby nie godne laurki zachowanie miejscowego stróża prawa. Pierwotnie auto miało zostać na parkingu, a my mogliśmy wracać do domu i organizować transport Hondy do zaprzyjaźnionego warsztatu, co wiązało się z podwójnymi kosztami. Miejscowa pomoc drogowa nie wyjeżdżała poza granice miasta. Emerytowany sergeant o wyglądzie Clinta Estwooda, który na pół etatu dorabiał jeszcze w służbie, dał się jednak uprosić i zaczął ze swojej prywatnej komórki obdzwaniać znajomych, żeby nam pomóc. Udało się, przyjechała dwuosobowa ekipa, wciągnęli auto na pakę, Sowa zajął trzecie miejsce w kabinie, a ja znów do autobusu. Pojechaliśmy najpierw do jakiegoś sklepiku, który pełnił również funkcję kasy biletowej, policjant sprawdził, o której mam połączenie do Nowego Jorku, a później zawiózł na przystanek, przykazując, żebym się stąd nigdzie nie ruszał. Skromnie licząc poświęcił ponad dwie godziny prywatnego czasu na pomoc obcym bliźnim. Thank you sergeant!

Autobus zatrzymywał się w każdym miasteczku, przez które przejeżdżaliśmy. W sobotni wieczór ruch pasażerów był umiarkowany. Wejścia do domów i witryny sklepów były już udekorowane na nadchodzący Halloween najwymyślniejszymi straszydłami; w jakimś otwartym, rzęsiście oświetlonym garażu, długowłosy artysta o końskiej twarzy rzeźbił drewniane figury, w innym muzykowała grupa country, a wszędzie widać było niezliczone lampiony, wykonane z pomysłowo wydrążonych dyni. Tym razem autobus zakończył kurs, gdzie trzeba, na 42 ulicy i na Queens dotarłem bez problemów. Uszkodzona Honda stała na parkingu stacji benzynowej niedaleko domu; póki nie zostanie naprawiona, Ula z Adasiem będą korzystać z ich starej Hondy, która działała bez zarzutu. W niedzielę jedziemy nią na Green Point, do polskiego kościoła, wypada podziękować Bozi za to, żeśmy wyszli cało z wypadku.

Droga powrotna do Europy zaczyna się na lotnisku La Guardia, niedaleko od Queens. Z okien samolotu, przy bezchmurnym niebie, podziwiam Statuę Wolności, której tym razem nie udało mi się zobaczyć z bliska, ruch statków po Hudsonie, panoramę metropolii. Spędziłem w tym ponad 8-milionowym mieście okrągły tydzień, nie obejrzałem Manhattanu z wody, za to powłóczyłem się późnym wieczorem po rzęsiście oświetlonym Broadwayu i za dnia po Parku Centralnym. Nie zwiedziłem żadnego ze słynnych muzeów, nie zarobiło na mnie żadne biuro turystyczne, ale byłem pełen wrażeń. Kocham chodzić bez celu po obcych ulicach, obserwować różne ludzkie typy, łowić zapachy dolatujące z knajp, perfumerii, dźwięki muzyki z tanecznych parkietów, przycupnąć w jakiejś przydrożnej kafejce.

Któregoś dnia zaniosło nas z Adasiem na Brighton Beach, na południowym cyplu Brooklynu, za którym już tylko Atlantyk. Na ulicy nikt nie mówił po angielsku, był za to bazar za bazarem, jeden kusił cytrusami, drugi wódeczką, jakiej byś nie zapragnął, w następnym mogłeś sobie kupić kożuch, bo przecież szła pomału zima, a w każdym poczęstować cię mogli czajem, jeżeli oczywiście byłeś poważnym klientem. Nie bez powodu nazywano tę dzielnicę Małą Odessą, tu skupia się od pokoleń rosyjska – w szerokim tego słowa znaczeniu – emigracja. Było więc swojsko. Przy szerokim deptaku nad piaszczystą plażą rozsiadły się restauracje i bary, w których zjeść można było soljankę albo pielmieni, napić się zimnej baltiki, posłuchać kawałów, opowiadanych rosyjsko-żydowskim żargonem, albo popatrzeć, jak walczy z kielichem starszy jegomość. Purpurowa od wódeczki twarz, jakby wycięta z kreskówki o wilku i zającu, zdradza pełną determinację. Kolega w kaszkiecie nalewa z karafki, żołądek już nie przyjmuje, ale hańba odmówić, więc walczy. Co zwróci, to uzupełni, zuch! Ponoć ziąb nadchodzi i słoty, dobrze byłoby wykąpać się jeszcze w morzu, na pamiątkę pobytu w Brighton Beach. Idziemy więc na plażę i nura do wody, ale jest dosyć chłodno i długo sobie nie popływamy.

– Proszę, jacy ci mężczyźni odważni – zaczepia nas piegowata plażowiczka.

lilianaJej śpiewny angielski zdradza, że nie urodziła się na Brooklynie. Przechodzimy na rosyjski, Liliana jest naszą rówieśniczką i pochodzi z Mińska. W Stanach mieszka od 13 lat, podobnie jak Adaś ma amerykańskie obywatelstwo i pracuje jako pielęgniarka w szpitalu na Coney Island. W Mińsku była lekarzem, tutaj nie uznano jej dyplomu, więc skończyła studium pielęgniarskie i mówi, że jest zadowolona. Zarabia dobrze i dalej pomaga ludziom. Jest wdową, mąż był Irlandczykiem i pracował w policji. Zapraszamy Lilianę na kawę, a ona nas później na ukraiński barszcz, który kupuje w swoim sprawdzonym sklepie. Jemy go z plastikowych pojemników, na ulicznym skwerze i rozmawiamy o życiu.

Międzylądowanie znowu w Atlancie. Ogromne jest to lotnisko, z terminalu na terminal jedzie się podziemną, ekspresową kolejką, są oznaczone kolejnymi literami alfabetu, jak osiedla w Tychach. Podobnie, jak w tamtym kierunku, korzystam z porządnego serwisu amerykańskich linii Delta Airlines. Po kilkunastu godzinach lotu wita nas Europa, już spowita jesiennymi szarugami. Nad Monachium burza i gęsta mgła. Przy optycznie zerowej widoczności pilot pewnie osadza maszynę na płycie lotniska. Kiedy wraz z innymi pasażerami stoję w kolejce do odprawy paszportowej, wchodzą bocznymi drzwiami – kapitan samolotu wraz z załogą, wszyscy niemłodzi, a stewardessy wyraźnie zmęczone. Pierwszy pilot, o szerokiej, ogorzałej twarzy, z siwą grzywą włosów opadających na kołnierz munduru, niesie niedbale swój wiekowy kuferek, który gdyby mógł mówić… Drugi przypomina starego pirata, nie mają w sobie nic z tych irytujących, operetkowych póz, tak często odgrywanych przez ich młodszych kolegów.

– Jak było? – pyta mnie po powrocie młodszy syn, Mikołaj.
– Przejechaliśmy na czerwonym świetle, jest mandat za 126 baksów, ale na szczęście wszyscy zdrowi – odpowiadam.

Za tydzien jeszcze raz Nowy Jork

W Nowym Jorku i Toronto

Zbigniew Mierzwa

Właściwie nie planowałem tej podróży. Zdecydowany byłem przegonić złego z kruchej, niemowlęcej skorupki na odległość, choćby przy pomocy skype`a. Panu Bogu w końcu powinno być obojętne, gdzie modli się dziadek chrzczonego dziecka, w Kanadzie, Niemczech, czy w Polsce. Gabriel wziął mnie jednak sposobem. Przysłał mi ozdobną kartkę, z treści której wynikało, że wraz z rodzicami z radością zaprasza dziadka na uroczyste przyjęcie Sakramentu Chrztu Świętego. Następowała data: 13 października 2013 roku i adres polskiego kościoła w Toronto. Nie było innej rady, trzeba było lecieć. Trzęsącymi się ze starczego sknerstwa rękami wysupłałem na bilet lotniczy i 10 października ruszyłem z Monachium za ocean.

Wstępnie do Nowego Jorku, bo do Toronto nie było już wolnych miejsc. Na lotnisku Newark, w sąsiednim New Jersey, czekał na mnie zgodnie z obietnicą mój przyjaciel z dawnych czasów, który zobowiązał się dostarczyć mnie osobiście swoim samochodem do Toronto. Ponieważ dżentelmeńsko wywiązał się z danego słowa, trochę go teraz dla niepoznaki przebiorę i ucharakteryzuję, żeby mógł pozostać w tym reportażu anonimowy, jak tego chciał. Z całym jednak szacunkiem dla faktów. Tak więc Adaś – zwany od dzieciństwa Sową – w towarzystwie swojej przyjaciółki Uli, wpakowali mnie razem z moim bagażem na tylne siedzenie Hondy Accord, która jeszcze pachniała fabryką. Następnie powieźli przez Holland Tunnel biegnący pod Hudsonem, dolny Manhattan, Williamsburgbridge nad East River, na Brooklyn. Stamtąd już tylko kawałek do Quins, gdzie mieszkają. Miałem wrażenie, że przez te dziesięć lat od mojego pierwszego pobytu w nowojorskiej metropolii nic się tutaj nie zmieniło. Ten sam zwariowany ruch na ulicach, niemilknące klaksony, jarzące się światłami wieżowce i mosty, czułem się, jak bym stąd w ogóle nie wyjeżdżał. Ula i Adaś też wizualnie za bardzo się nie zmienili w ciągu tych dziesięciu lat. Nadal szczupłe sylwetki, może się bardziej przygarbiły, jej jakby przybyło sceptycyzmu w kącikach ust, jemu ubyło włosów, ale duchowo nadal byli w dobrej formie.

Ula, o ile się nie mylę, po krakowskiej ASP i z dobrymi, arystokratycznymi korzeniami, po staremu pracowała w hotelarstwie, jako dyspozytorka służb sprzątających pokoje. Adaś, na azbestach. Mieszkali w solidnej kamienicy z cegły, przy Yellow Stone Blvd., w dwóch pokojach z kuchnią, które mieli na własność. W starym mieszkaniu na Green Point, gdzie wcześniej waletowałem, byli tylko lokatorami. Teraz mają więcej przestrzeni i wyższy standard, ale gościnność jest ta sama. Kiedy wchodzimy do mieszkania, Ula natychmiast włącza laptopa i zapala papierosa. Alkoholu prawie nie pije, ale niebieskiego dymka nie może sobie odmówić. W internecie śledzi od dawna namiętnie wszystkie doniesienia komisji Macierewicza na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej.

– Co ja o tej tragedii myślę? – pyta. Kiedy zgodnie z prawdą deklaruję się po stronie niedowiarków teorii spiskowej, wywiązuje się ożywiona dyskusja, która pewnie trwałaby do rana, gdyby nie fakt, że na 5.30 Adaś nastawił budzik. W końcu rano jedziemy do Toronto. Ula nie pojedzie z nami, bo w piątki pracuje. Sowa ma kilka wolnych dni w pracy, w związku z okresowymi badaniami lekarskimi w programie World Trade Center, którym jest objęty. Uczestniczył w porządkowaniu cmentarzyska po zamachu 11 września 2001, widział wiele okropności i mówi o tym niechętnie, bo mimo upływu lat trauma trwa.

– Pamiętasz, Guerra, jak mnie w Nowej Hucie chciałeś zamordować? – zmienia temat i rechocze charakterystycznym, przeciągłym śmiechem.

Dorabialiśmy obydwaj w studenckiej spółdzielni pracy Żaczek w jakiejś nowohuckiej papierni i z całego majątku mieliśmy tylko dwa złote. Mnie chciało się sakramencko palić, a Sowie jeść, więc mieliśmy problem, co kupić – dziesięć Sportów, czy jakąś kanapkę, bo na obydwa luksusy nie starczało forsy. Przekonałem go, żeby kupił fajki, przyniósł bułkę i kawałek kaszanki, cały Sowa. Dwa lata młodszy ode mnie, studiował prawo na UJ, ja – bułgarystykę. Nie należał do szczególnie pilnych studentów, ja prymusem także nie byłem, ale udało mi się obronić pracę dyplomową z kilkumiesięcznym poślizgiem. Sowie zajęło to więcej czasu, bo wiadomo, studia prawnicze to nie jakaś filologia. Kiedy pokazał swojej mamie dyplom, odetchnęła z ulgą. Była wdową po ogólnie znanym i szanowanym adwokacie w średniej wielkości galicyjskim mieście i marzyła o tym, aby jej syn jedynak objął schedę po ojcu. Niestety nie objął, poszedł budować gierkowską Drugą Polskę, wyjeżdżał na kontrakty do Kraju Rad, trochę zajmował się interesami, ale przede wszystkim ostro balował. Do tego zawsze miał słabość. Z racji swojej kierowniczej funkcji w jednej z krakowskich organizacji młodzieżowych, bywał na PRL-owskich salonach, poznawał prominentów władzy, znanych aktorów, dziennikarzy. Kiedy system się zmienił, wyjechał do Stanów, nie miał innych pomysłów na dalsze życie.

– Ot tak po prostu, wyjechałeś? – zapytałem.
– Oczywiście musiałem najpierw uzyskać wizę, co nie było proste – odparł. –
Pod amerykańskim konsulatem stały dniem i nocą tasiemcowe kolejki, obowiązywały zapisy, ale woźnym był mój dobry znajomy i pomógł mi wejść do środka. Przyjął mnie Rudy, największy służbista w konsulacie, znany z tego, że dawał prawie zawsze odmowy. Rutynowo otaksował mnie spojrzeniem, byłem ubrany elegancko, w najlepszy garnitur z angielskiej wełny. Ludzie na dworze, głównie z prowincji, prezentowali się inaczej, przychodzili roztrzęsieni, a ja pewny siebie. „W jakim celu wybiera się pan do Stanów Zjednoczonych?” – zapytał. „Turystyczno- biznesowym“ – odpowiedziałem niedbale. „Taaaaaak, a jaki biznes?” „Chciałbym otworzyć w Krakowie sieć koszernych restauracji i szukam chętnych biznesmenów, którzy partycypowaliby w tym pomyśle.” „To bardzo ciekawe”, ożywił się konsul, „radziłbym panu udać się wobec tego na Florydę.”

Był gojem, ale miał żonę Żydówkę i bez ociągania przyznał Adasiowi wizę, a że z restauracji wyszedł całkiem niekoszerny azbest, to już zupełnie inna sprawa. Na usuwaniu szkodliwego dla zdrowia tworzywa, który pokrywał niezliczoną ilość budynków w Nowym Jorku, można było pod koniec ubiegłego wieku nieźle zarobić i zarabia się nadal. Kiedyś monopol na te prace mieli polscy emigranci i przybysze z innych krajów Europy wschodniej, ale zwłaszcza nasi rodacy, dziś coraz mocniej wypychają ich Latynoso. Są najsilniejszą liczebnie mniejszością etniczną w Stanach i widać to w zatrudnieniu, w każdej branży.

Do Toronto mamy z NY niecałe 800 kilometrów. Droga wiedzie znów przez Holland Tunel, do New Jersey i przez Pensylwanię do stanu New York, a więc wydawałoby się – pokrętnie. Tak jednak dziwnie biegną granice tych trzech stanów, bo szlak sam w sobie jest prosty. Wodospad, a właściwie wodospady Niagara, bo są to trzy kaskady, witają nas piękną, słoneczną pogodą, jest ciepło, jak latem. Daruję sobie opis tego powszechnie znanego cudu natury, wpisanego w amerykańską symbolikę. Powiem tylko, że stojąc na tarasie widokowym nad Niagarą, po stronie amerykańskiej – kanadyjska panorama jest jeszcze ładniejsza – zastanowiłem się, jaką miałbym szansę przeżycia, gdybym sobie ni stąd, ni zowąd wszedł do tak leniwie płynącej przed progiem urwiska rzeki. Niagara, płynąca z jeziora Erie do jeziora Ontario musi pokonać prawie stumetrową różnicę poziomów. Gdzieś tak w połowie drogi rzeka rozwidla się na dwie części i spada kaskadami, które mają od 50 do 60 metrów wysokości i do 900 m szerokości. Adaś mówi, że nie miałbym szans, bo to jest mniej więcej dwudzieste piętro, a jednak różni już próbowali, olbrzymka kusiła.

W 1829 r. niejaki Sam Patch skoczył z wysokiej wieży do wodospadu i przeżył ten skok. W 1859 r. znany linoskoczek Jean F. Gravelet przeszedł po linie nad wodospadami, bez zabezpieczenia. Na początku XX wieku 63-letnia nauczycielka Annie E. Taylor zmierzyła się z Niagarą, w specjalnie do tego celu skonstruowanej beczce. Choć poraniona, wyszła z tego eksperymentu z życiem, ale przestrzegła innych przed naśladownictwem. Na próżno, wielu śmiałków próbowało jeszcze na różne sposoby pokonać Niagara Falls i większość przypłaciła to życiem.

Adaś funduje bilet na statek, który podpływa aż pod Wyspę Kozią, rozdzielającą kaskady po stronie amerykańskiej i kanadyjskiej. Na pokładzie prawie sami turyści z Japonii, wszystkich nas jednoczą błękitne, nieprzemakalne peleryny, bo niedługo będzie prysznic. Rejs trwa niewiele ponad pół godziny i pozostawia w uszach dudnienie młota wody o skały. Pod wyspą weszliśmy w wodną mgławicę i przez dobrą chwilę nie było nic widać. Kadłub statku dygotał cały na wirach, byłem pod wrażeniem. Nie bez powodu Irokezi nazywali to miejsce Grzmiącą Wodą.

niagara-sebronHippolyte Victor Valentin Sebron (1801-1879) – “Wodospady Niagara zimą”, olej na płótnie, 1853, Musee de Beaux Arts, Rouen – obraz prezentowany aktualnie w Berlinie na wystawie Irokezi.

Pora ruszać w dalszą drogę. Granicę między USA i Kanadą wytyczają wodospady, za mostem pobieżna kontrola paszportów, mamy jeszcze do zrobienia około 125 kilometrów. Toronto jest największym miastem Kanady, zamieszkałym – na całym administracyjnym obszarze – przez około 6 milionów ludzi i największym na świecie tyglem multi-kulti, w którym znajduje się ponad 150 grup etnicznych. Angielski jest językiem ojczystym dla mniej, niż 52 procent mieszkańców Toronto. Ponad połowa z nich jest emigrantami, co daje miastu drugie miejsce na świecie co do ich liczby, po Miami w Stanach. Według statystycznych danych Polonia liczy w tej aglomeracji blisko 300 tys. osób, ale nieoficjalne dane mówią, że jest ich dwa razy więcej. Do Kanady nie potrzebujemy wizy.

Kiedy jeździ się po takim dużym, obcym mieście samochodem dobrze jest mieć elektroniczną nawigację, a przynajmniej zwykłą mapę, a tego niestety nie posiadamy. Mój syn nie może nas znikąd odebrać i poprowadzić, ponieważ, tak jak zapowiadał, poszedł z żoną i szwagrem na mecz koszykówki. W końcu udaje się jednak odnaleźć jego adres, ale trochę to trwa. Młodych jeszcze nie ma w domu, dziecko zostawili pod opieką rodziców żony syna i mogą użyć trochę wolności. Teść Tadeusz, techniczna dusza, chodzi po mieszkaniu metrowymi krokami i liczy, ile może ono mieć metrów kwadratowych. Zięć mu powiedział, że sto pięćdziesiąt, a jemu wydaje się, że jest więcej. Tak, czy owak, miejsca dla gości nie powinno zabraknąć, jest gdzie spać i biesiadować. Obowiązki szefowej kuchni pełni gościnnie jego żona, Ewa, której talentom kulinarnym nie sposób się oprzeć. Obydwoje są z Podlasia i choć od 30 lat mieszkają w Monachium, w śpiewności mowy tego nie słychać. Ich dzieciom, które urodziły się już poza krajem, łatwiej między sobą komunikować się po niemiecku, w domu jednak zawsze mówiły tylko po polsku.

Zakradam się na palcach do pokoju Gabrysia, śpi, jak suseł. Rzekomo do mnie podobny, ja tego jakoś nie widzę. Dopiero nazajutrz, jak się rozkrzyczy i trzeba będzie coś z tym fantem zrobić, pomoże muzyka. Biorę małego na ręce i coś tam podśpiewując tańczę w rytm, wtedy się uspokaja. Mnie można było kiedyś tak samo przekupić, więc faktycznie wykapany z niego dziadek. Przed południem przylatuje do Toronto babcia Mira. Nasz młodszy syn nie mógł dotrzeć, prowadzi w Monachium własną firmę i interesy nie pozwalają. Później zjawiają się goście ze Stanów, dom się zapełnia. Jagoda, przyjaciółka Ewy, jeszcze z rodzinnych stron mieszka od lat w Mayfield w Pensylwanii, niedużym mieście, rzekomo podobnym trochę do Karpacza. Przyjechała samochodem z córką i synem, którzy są mniej więcej rówieśnikami naszych dzieci. Jagoda pracuje jako pielęgniarka w hospicjum, Nicole w firmie farmaceutycznej a Patryk ma własny biznes ogrodniczy. Towarzyszy im koleżanka Nicole z pracy i jednocześnie narzeczona jej brata, Stefanie, która jest najprawdziwszą Amerykanką, nie rozumie ani słowa po polsku, ale z naturalnym wdziękiem udaje, że w ogóle jej to nie przeszkadza.

Siedząc na tarasie przy kawie i domowym serniku gawędzimy sobie zresztą najpierw w grupach, młodzi między sobą po angielsku, starzy po polsku. Za to wieczorem, przy szaszłykach z rożna i wodzie rozmownej nastąpi prawdziwa integracja i pomieszanie języków. Stefanie nauczy się mówić bezbłędnie na zdrowie, swojemu chłopakowi powie kocham cię, a byli żołnierze przy stole odśpiewają kilka marszowych pieśni. Próbujemy It`s a long way to Tipperary, ale ze słowami kłopot, za to Pałacyk Michla i Katiuszę znamy na pamięć, echo pięknie niesie te pieśni z tarasu na ósmym piętrze. Szkoda, że nie ma z nami Krzyśka, męża Jagody, który nie rusza się nigdzie bez akordeonu, ale gra właśnie na jakimś polskim weselu w Nowym Jorku.

– Zdrastwujte, a wy otkuda tak choroscho znajete russki? – pozdrowił nas nazajutrz w windzie skośnooki sąsiad z siódmego.

Wybieraliśmy się właśnie z Mirą i małym na spacer. Trochę zmieszany podziękowałem sąsiadowi za komplement, przeprosiłem za zakłócenie ciszy nocnej.

– Nic się nie stało – powiedział uprzejmie już po angielsku. – Jestem z Kazachstanu i z wykształcenia muzykiem, gdybyście fałszowali, wezwałbym policję.

Mieszkanie, w którym mieszkał mój syn z rodziną, zlokalizowane było niedaleko centrum miasta, w ładnie zadrzewionej, eleganckiej dzielnicy i należało do jego pracodawcy, sporej, skandynawskiej firmy, prowadzącej interesy na międzynarodową skalę. Działał w niej już sporo czasu, zaczynał w Monachium, później jeździł służbowo także do Berlina, Frankfurtu, Stuttgartu. Od dwóch lat firma zdobywa rynek kanadyjski i syn tym kieruje. Mówi mi, że zawodowo czuje się zrealizowany. Ma dobrą i urodziwą żonę, była informatykiem w pewnej amerykańskiej korporacji, a kiedy została mamą, przeszła na urlop macierzyński. Ich syn jest zdrowym dzieckiem i prawidłowo się rozwija, żyją dostatnio, mogę się tylko cieszyć. Też tak chcieliśmy, gdy przed laty oboje z Mirą wyjeżdżaliśmy na Zachód.

– Będziecie mierzwą dla swoich dzieci – przepowiadał nasz tyski sąsiad, Krystian.

Był przyrodnikiem z wykształcenia i zamiłowania, więc takie porównanie i aluzja do mojego nazwiska w jego wykonaniu nie dziwiły, ale osobiście mnie wkurzały. Buntowałem się na myśl, że wyjeżdżam z kraju tylko po to, żeby zostać jakimś nawozem dla swoich dzieci. Prawda, nie miałem żadnych konkretnych planów na swoją emigracyjną przyszłość, tylko naiwnie, po polsku wierzyłem, że jakoś to będzie, a z pewnością dużo lepiej, niż w kraju. No i rzeczywiście jakoś mi się wiedzie. Dziś z przekonaniem mogę powiedzieć: mówcie mi mierzwa, czyli nawóz!

Ciąg dalszy w przyszłym roku

Ten wpis został opatrzony “tagiem” porady kulturalne, a to dlatego że koniecznie trzeba iść na wystawę o Irokezach. Kto więc mieszka w Berlinie, albo się tu w najbliższych dniach wybiera, to niech pospiesza do Martin Gropius Bau. Wystawa jest czynna do 6 stycznia. Więcej informacji w linku (proszę kliknąć na słowo Irokezi w podpisie pod obrazem zimowej Niagary).