W górę rzeki (5)

Zbigniew Milewicz

Kawałek pieczeni

Miedzianowłosa Jadzia Hamplówna czuła się na scenie, jak ryba w wodzie. Była urodziwa i pewna siebie, miała wdzięk, ładny sopran i widocznie to „coś“ w sobie, co spowodowało, że po jednym z występów „Lutni“ dostała propozycję angażu w zawodowym teatrze w Berlinie. Jak na skrzydłach pofrunęła z tą wiadomością do domu. Ojciec Tomasz z uwagą wysłuchał córki, w milczeniu nabił tytoniem porcelanową fajkę, zapalił i z troską w głosie powiedział mniej więcej tak:

– Co tam w świecie bydziesz robić? A jak cie zepsujom… na to nie moga pozwolić.

Koniec i kropka, na odpowiedź nawet nie czekał. Był wzorem dobroci i łagodności, ale jednocześnie – jak to wówczas w tradycyjnych, śląskich rodzinach – miał wielki autorytet w domu i panna z wielkim żalem musiała sfrunąć na ziemię. Znajdowała się w wieku odpowiednim do zamążpójścia i na brak odpowiednich kandydatów do ręki nie narzekała. O jej względy starał się między innymi pewien bogaty kupiec z Częstochowy o nazwisku Szczęsny, dzięki któremu mogła automatycznie awansować w społecznej hierarchii, ale wybrała Erwina. Był w niej zakochany po uszy, ona chyba mniej w nim, ale myślę, że dobrze rokował, jako przyszły mąż. Babcia miała dominującą naturę, dziadek zaś zgodną, gotów dla niej góry przenosić. Wiedziała, że jest mądry, pracowity, poza tym nie przesiadywał w szynku. W łaski przyszłego teścia wkupił się zaś jednym dobrym uczynkiem. Któregoś dnia przyszedł na zolyty na Bytomską o dosyć nietypowej godzinie, bo wcześnie rano. Ubrany był w paradny żakiet, z muszką, pod wąsikiem, który dodawał mu powagi. Był to strój zdecydowanie wieczorowy. Skąd się wziął u Hamplów o tej porze, tak ubrany, o tym historia rodzinna milczy.

Erwin, pojedź za mnie na kopalnia po wągiel – poprosił na dzień dobry pradziadek Tomasz.

Młody człowiek, wiele się nie zastanawiając, wskoczył na furę, wziął lejce i pojechał pod wskazany adres. Prawdopodobnie po raz pierwszy w swoim życiu prowadził podobny pojazd, ponadto nie znał furmańskich zwyczajów, więc wyminął długą kolejkę wozaków, czekających na wydanie węgla i podjechał pod samą bramę, która była jeszcze zamknięta. Konie prowadzone niewprawną ręką staranowały rygle, za Erwinem posypał się grad soczystych przekleństw, a sztygar na wadze o mało co nie wygrzmocił go swoją laską. Zbity z tropu dobrymi manierami i wyglądem karlusa, który spokojnie stał przed nim i przepraszał za bramę, jednak go obsłużył. Poza kolejnością.

dziadekbabciaŚlub odbył się 13 października 1920 roku. Młodszą siostrę babci, Marysię, wziął sobie za żonę Jorg (Jurek), brat dziadka, jednak młodszy od niego o trzy lata. Przepraszam, że dodałem mu wieku w poprzednim odcinku, ale niedawno znalazłem w szpargałach dokument, który skorygował moją wiedzę na ten temat. Erwin był więc najstarszy z rodzeństwa Paluchów, podobnie, jak moja babcia wśród dzieci Hamplów, to też udało mi się już ustalić na bank. Myślę, że z praktycznych względów te dwie pary miały jedno weselisko, ale póki co nie znajduję na to żadnego potwierdzenia w dokumentach, ani w rodzinnych relacjach.

Pierwszą inwestycją małżeńską babci było znalezienie dla dziadka lepszej pracy. Uważała, że w Azotach zdrowotnie marnieje i marnuje się jako pracownik laboratorium, ponadto słabo go wynagradzają. Zdecydowanie bardziej podobał jej się Skarboferm, polsko-francuska, akcyjna spółka węglowa, powstała w lutym 1922 r., w ramach „rewanżu“ dla Francji za kredyty udzielone Polsce w wojnie z bolszewikami oraz za polityczne wsparcie przyłączenia Górnego Śląska do macierzy.

Na podstawie zawartej umowy francuscy udziałowcy mieli prawo do dzierżawy złóż węglowych w kopalniach Bielszowice, Król, Knurów i Wyzwolenie, 50 procent udziałów w kapitale zakładowym miał polski Skarb Państwa. Była to dochodowa i największa w międzywojennej Polsce spółka węglowa; w jej Radzie Nadzorczej zasiadali m.in. Henri Le Rond, przewodniczący Międzysojuszniczej Komisji Plebiscytowej i Wojciech Korfanty, dyktator III Powstania Śląskiego. Kawałek tej pieczeni dostał się również powstańczemu kombatantowi o psudonimie „Erwin“ i intuicja mi mówi, że stała za tym babcia. On umiał się poświęcać dla innych, ale był zbyt skromny i jednocześnie za dumny, żeby ubiegać się o swoje. Urzędniczą karierę w chorzowskiej ekspozyturze spółki przy ul. Katowickiej zrobił jednak samodzielnie. Rozpoczął ją jako szeregowy pracownik, później dzięki rzetelności, pasji samouka i bystrości umysłu stopniowo awansował na stanowisko kierownika jednego z działów. W parze z tym szły apanaże, pod koniec lat trzydziestych sięgały miesięcznie 500-700 złotych, kiedy n.p. para dobrych butów kosztowała 5 zł., a jajko 2 grosze.

lagiewnikiTak to było na Śląsku: Tramwaj międzynarodowy, polsko-niemieckie przejście graniczne – Łagiewniki /ulica Chorzowska

Niedoszła artystka berlińskiej sceny, lub o mały figiel pani kupcowa Sczczęsna, inną drogą awansowała zatem do upragnionej klasy średniej. Jej mąż legitymował się tylko świadectwem ukończenia szkoły ludowej, ale w wolnym czasie dużo czytał, poza tematami zawodowymi interesował się m.in. etyką, psychologią, filozofią, sztuką. Mam jego książki w domowej bibliotece. Przede wszystkim jednak wspólnie z kochaną Jadką dbali o materialny, mieszczański dostatek, na który w coraz większym stopniu mogli sobie pozwolić; z pierwszego, skromnego mieszkania przy ul. Katowickiej 15 przeprowadzili się „na kilka pokoi” do kamienicy przy Dąbrowskiego 18. Tam mieli jadalnię z gdańskimi meblami, pianinem i stojącym zegarem, który wybijał godziny na melodię dzwonu z katedry w Westminster, sypialnię i gabinet. Gabinet to był pokój dziadka, wyposażony w bibliotekę, kanapę i stylowe biurko, podkreślające jego urzędniczą pozycję. Mieli kucharkę i dziewczynę do sprzątania, chodzili regularnie do teatru i operetki, bywali na przyjęciach towarzyskich z udziałem ważnych osób i sami je wydawali. Należało to do dobrego tonu w tej sferze.

Czy czuli się w niej dobrze? – rozważałem osiemnaście lat temu, kiedy zaczynałem spisywać historię rodziny. Dziadek, nie przypuszczam. Szybciej babcia, grała panią, czuła się jak na scenie, prawdopodobnie.

Rodzinę utrzymywał dziadek, babcia zajmowała się domem i wychowywaniem córek, tak, jak to wówczas jeszcze było w zwyczaju. Fizycznej pracy już nie musiała wykonywać, od tego miała służbę, ale kto wiedział lepiej od pani Paluchowej, jak powinny błyszczeć sztućce, podłogi, albo okna przed świętami… Albo, jak powinno się kulać ciasto na makaron do niedzielnego rosołu… To mieszkanie na Dąbrowskiego w pewnym momencie stało się jednak za małe, a może dziadkowie zwyczajnie zapragnęli mieć coś oddzielnego dla siebie, bardziej rozwojowego. Córki rosły, jak kiedyś założyłyby swoje rodziny, mogliby zamieszkać wszyscy razem. Tak zaczął się budować dom przy ulicy Wesołej 5, na nowo powstającym osiedlu Ruch. Pierwsze wille już na nim postawiono, Paluchowie mieli oszczędności, więc trwało to szybko, około roku. W 1938 lub na początku 1939 roku wprowadzili się na Wesołą. Dom z cegły nie był otynkowany, na to zabrakło już środków, ale do zamieszkania już się nadawał. Zajęli pierwsze piętro, parter wynajęli państwu Szumskim, którzy pochodzili spoza Śląska, a do sutereny wprowadził się wujek Jurek, ten z Grenzschutz z ciocią Marysią i dziećmi. Na drugim piętrze, znajdował się strych i małe, jednopokojowe mieszkanie, na razie puste.

Zapędziłem się trochę, a jeszcze chciałbym opowiedzieć o jednym wydarzeniu, które wcześniej miało miejsce w rodzinie i wyglądało na złośliwy wybryk losu, a było jedynie wynikiem pazerności III Rzeszy. Kiedy Hitler doszedł do władzy w 1933 roku, mój pradziadek Franz nie posiadał się ze szczęścia. Powiesił zdjęcie kanclerza na poczesnym miejscu w swoim mieszkaniu na Kościelnej i poszedł do Skarbofermu, żeby podzielić się radosną nowiną ze swoim pierworodnym. Już z ulicy wołał do niego: nareszcie bydzie nom teroz wszystkim dobrze, nosz kochany Adolf zrobi porzondek. Do tyj pory tyś mi Erwinku zawsze stawioł gorzoła, dziś z tego świynta jo ci postawia.

Dla człowieka, który długo obracał złotówkę w dłoni, zanim ją wydał, była to deklaracja wielkiej wagi. Kilka tygodni, albo miesięcy później Erwina odwiedził w mieszkaniu jeden z jego braci. Pora była wczesna, Erwin jeszcze spał.

– Wiesz, żeś jest milionerem?
– Nie, po jakiemu? – zdziwił się, jeszcze zaspany.
– No więc żeś jest i żeś nie jest…

Okazało się, że w Australii zmarł w podeszłym wieku krewny pradziadka Franza, który wiele lat temu wyjechał na Antypody i dorobił się tam sporego majątku. Był kawalerem, nie pozostawił po sobie żadnego potomstwa, ale za to – stocznię, względnie kilka stoczni. Sąd zdecydował więc o licytacji majątku i przekazaniu pieniędzy członkom rodziny zmarłego w Polsce, do podziału. Kiedy te dotarły na granicę niemiecko-polską, na Kościelną przyszło urzędowe zawiadomienie. Do odbioru czeku albo gotówki nigdy jednak nie doszło, ponieważ przesyłka została na mocy jakiegoś uczonego paragrafu zarekwirowana przez niemieckie władze celne. Ten incydent bardzo zasmucił pradziadka Franza. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak porządny człowiek, jak Adolf Hitler zawłaszczył sobie to, co należało się jego rodzinie, jak psu buda. Może, jako bardzo poczciwy z natury człowiek i porządny Niemiec pocieszył się myślą, że jeżeli jego tysiącletnia rzesza naprawdę potrzebowała tych pieniędzy, to w gruncie rzeczy wszystko jest w porządku. Dlatego nasz dom na Wesołej został otynkowany dopiero w Polsce Ludowej.

W górę rzeki (4)

Zbigniew Milewicz

Paluchowie z ulicy Kościelnej

Według cioci Irki rodzina dziadka była bardziej zniemczona, niż babci. Jego przodkowie używali tytułu von Bleschtz (ale jak się pisało nie była pewna, wymawiało się Bleszcz) i nosili warkocze, co było symbolem szlacheckim. Była to jednak bardzo zbiedniała szlachta, która na domiar złego nie przywiązywała zbyt wielkiej wagi do pieniędzy, o nich się więc w tej rodzinie po prostu nie mówiło. Wielką namiętnością były tam natomiast karty, w które dziadek z braćmi potrafili grać całymi nocami. Ojciec dziadka, Franz, a może jego ojciec – tutaj również brak pewności – przywędrował na Górny Śląsk, jak już wcześniej pisałem, z Karkonoszy. Podobnie jak ojciec mojej babci był sierotą. Obydwoje rodzice zginęli tragicznie i pozostawili po sobie liczne potomstwo, którym zaopiekowali się później różni krewni.

Franz miał już wtedy kilkanaście lat, dostał się pod kuratelę krewniaka, który nosił nazwisko Paluch i który prawdopodobnie był bezdzietny. Usynowił chłopaka, później pewnie posłał do szkoły, albo znalazł mu jakąś pracę, z czasem młody człowiek założył rodzinę, przyszło na świat potomstwo. Jego wybranką była Franziska Brygida z d. Schnurawa. Mój dziadek urodził się jako drugi z kolei, po Georgu, 24 sierpnia 1895 r. Dano mu wyszukane imię Severin, ale od urodzenia i tak wszyscy na niego mówili Erwin. Później przyszli na świat jeszcze Max, Wilhelm, Franz, Joseph, Felix… Imion wszystkich dzieci ciocia nie pamiętała, ale mieli ich razem jedenaścioro albo dwanaścioro, najmłodsza była Marysia, jedyna dziewczynka w tej chmarze chłopaków. Paluchowie mieszkali przy Kirchstrasse, w Königshütte, czyli w późniejszym Chorzowie na późniejszej ulicy Kościelnej. W niedzielę do kościoła nie chodzili jednak razem, nie starczało dla wszystkich niedzielnych butów. Na jedną mszę szli więc starsi chłopcy, na drugą młodsi, podobnie było z zabawą na dworze w chłodniejsze pory roku, ktoś musiał zostać w domu, żeby inny mógł dokazywać, bo latem i tak wszyscy biegali boso. Ubrania młodsi nosili po starszych – zacerowane, połatane, ale zawsze czyste, o to babcia Franciszka mocno dbała.

Nie wiem, jak było z edukacją u potomstwa Paluchów, ale przypuszczam, że u większości dzieci skończyła się ona na obowiązkowych kilku klasach szkoły elementarnej, żeby jak najszybciej mogły nauczyć się jakiegoś praktycznego zawodu i pomogły ojcu w utrzymaniu rodziny. Georg poszedł do pracy na kolei, mój dziadek – podobnie, jak jego ojciec na dół, na kopalnię. Było biedniej, niż u Hamplów, ale tak żył wtedy przemysłowy proletariat w całej Europie. Skutkiem ekonomicznego kryzysu i niedożywienia w proletariackich rodzinach była m.in. wysoka śmiertelność, dziesiątkowały je choroby. Wiele dzieci umierało wkrótce po urodzeniu lub we wczesnym okresie życia, los ten nie oszczędził także Paluchów, chociaż dziadek mówił, że nie pamięta, aby w domu głodowali. Byt w rodzinie poprawił się, kiedy dwaj najstarsi chłopcy już zaczęli przynosić do domu wypłaty, ale mięso na obiad nadal było tylko w niedzielę. Dziadek wspominał, że z talerza wyjadało się najpierw ziemniaki i kapustę, a ten mały kąsek z wieprzka albo kury, który każdy dostawał, był na koniec, żeby go można było najdłużej zapamiętać i się nim nacieszyć.

Kiedy wybuchła Wielka Wojna czyli I wojna światowa, Erwin poszedł z poboru do pruskiej armii. W 1915 r. dostał przydział do artylerii przeciwpancernej, służył przy moździerzach. Walczył na Bałkanach, w bitwach pod Belgradem i Salonikami, w Karpatach oraz we Francji pod Verdun. W 1917 r. wrócił szczęśliwie z frontu do domu, via szpital polowy, z powodu dyfterytu i postrzału w nogi. W miarę tanio udało mu się więc wykupić z wojennej machiny zniszczenia.

dziadek, pierwsza wojna 015Dziadek walczył w Armii Pruskiej, ale od roku 1925 miał polską książeczkę wojskową.

dziadek, pierwsza wojna 013

Nie wiem, czy wrócił wtedy do pracy w kopalni, czy też przyjął się już do Zakładów Azotowych, z czegoś musiał żyć. Nie należał zaś do typów, którym trzeba było stawiać piwo za to, że walczyli na wojnie. Kiedy się skończyła i Polska po wieloletnim okresie zaborów stała się znowu niepodległa, stanął po stronie orędowników polskiego Śląska i jego powrotu do macierzy. Nie miał w związku z tym lekkiego życia w rodzinie.

dziadek, pierwsza wojna 006Ojciec czuł się śląskim Niemcem, starszy Jorg tak samo, inni bracia z nimi trzymali, tylko Józek popierał Erwina. Brat Francek nie mieszał się do ich sporów, denerwowały go te wieczne polsko-niemieckie kłótnie na Śląsku i pewnego dnia wyemigrował do Francji, do górniczego okręgu Pas de Calais, jak tysiące innych Ślązaków. Tam znalazł pracę, założył rodzinę i pozostał na zawsze, ale tęsknił za rodzicami, rodzeństwem, miejscem, które opuścił. Długie lata wymieniali listy, ale później jakoś się urwało.

Jak pisze historyk Danuta Sieradzka, specjalizująca się w dziejach Górnego Śląska w XIX i XX w.*, życie polskie w Królewskiej Hucie, do czasu plebiscytu i zakończenia III Powstania Śląskiego, skupiało się w różnych organizacjach. „Do aktywnych stowarzyszeń w mieście należały: Spółka Spożywców Poczciwych Wiarusów, założona w 1871 r. (twórcą był Juliusz Szaflik), Towarzystwo Robotników, zwane też Związkiem Górników i Hutników (1881 r.), Związek Wzajemnej Pomocy (1887 r.) czy Kasyno Polsko-Katolickie, utworzone w 1889 r. przez Pawła Dubiela. Szczególny charakter miały zespoły śpiewacze (chóry); w mieście panował dobry klimat dla tego typu działalności, choć były one często prześladowane przez władze pruskie. Najwcześniej powstał chór męski „Silesia“ (1895 r.), następnie „Lutnia“ (1907 r.), „Echo“ (1919 r.) czy „Cecylia“. Wspólnym śpiewaniem przypominano, że w Królewskiej Hucie i innych miastach mieszka ludność polska, która nie zapomniała języka i pieśni przodków. Inną pamiętną dla Polaków organizacją było Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół“, założone 25 listopada 1901 r. Jego członkowie śpiewali polskie pieśni, prowadzono dyskusje w języku polskim, wygłaszano prelekcje na temat historii i literatury polskiej, urządzano wycieczki poza granice państwa niemieckiego. Zebrania odbywały się w różnych miejscach, albowiem stowarzyszenie znajdowało się pod czujnym okiem policji.

Towarzystwo Śpiewacze “Lutnia” z Królewskiej Huty pod dyrekcją Józefa Budzyńskiego. Pamiątka z udziału w Zlocie Sokołów w Oświęcimiu (1908)

Babcia Jadzia śpiewała w „Lutni“, dziadek Erwin był w „Sokole“, a że czasami grupy występowały razem, więc któregoś dnia wpadli sobie w ucho i oko. Inna opowieść rodzinna mówi, że to nie przy śpiewaniu się poznali, tylko na deskach amatorskiego teatru, gdzie grali razem w jakiejś sztuce, tak czy owak odbyło się to kulturalnie. Niemcy mieli swoje stowarzyszenia, a że czasami próby, albo występy jednych i drugich odbywały się w sąsiedztwie, dochodziło później do wzajemnych przepychanek, a nawet burd ulicznych, z użyciem pałek i kamieni. Za tymi awanturami stali policyjni prowokatorzy. Babcia moja z lubością wspominała pewien występ śpiewaczo-teatralny na jednej z chorzowskich scen, Impreza odbywała się legalnie, za zezwoleniem władz miejskich. Na zmianę prezentowano utwory w języku niemieckim i polskim, wszystkie politycznie grzeczne, nie było żadnej propagandy, tak, jak sobie życzyła góra. Publiczność na sali stanowili Polacy i Niemcy, w pierwszym rzędzie siedział burmistrz, obok oberpolicmajster i bardzo im się spektakl podobał. Aż do momentu, kiedy na zakończenie cały zespół uroczyście odśpiewał „Rotę“: Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród… Oczywiście wybuchł skandal, cenzor po występie bezradnie rozłożył ręce, nie było tego w programie.

Mimo narodowościowych pyskówek i kuksańców, których sobie bracia wzajemnie nie szczędzili, Paluchowie z ulicy Kościelnej byli kochającą się rodziną. Zilustruję to pewnym zdarzeniem familijnym. Jest czerwiec 1921 roku, moi dziadkowie są od kilku miesięcy szczęśliwym małżeństwem, na dniach urodzi się moja mama Nina, a młody Erwin szykuje się, by iść na powstanie, na trzecie. W sieni domu – ale nie wiem którego, przy Katowickiej, gdzie wtedy mieszkał z żona, czy u swojego ojca, przy Kościelnej – spotyka swojego starszego brata Jorga. Tamten już nie pracował na kolei, był w mundurze Grenzschutz i właśnie wracał ze służby. Kaj to idziesz Erwin? – zapytał. Na powstanie, z wami sie bić – odparł dziadek. A czym to bydziesz strzeloł? Powstaniec pokazał mu jakiś małokalibrowy pistolet, brat roześmiał się, stwierdził, że tym to psińco zrobi. Po czym rozpiął kaburę i dał mu swojego slużbowego gnata i jeszcze jeden dodatkowy magazynek.
To jest lepsze – dodał.
Po czym obydwaj uścisnęli się serdecznie, ucałowali po bratersku. Grüss Gott, Erwin! Z Panem Bogiem, Jorg! Znałem tę historię jeszcze z dzieciństwa, ale kiedy spisywałem ją przed osiemnastu laty, ciocia Irka skomentowała zdarzenie mniej więcej tak: zawsze Bóg im w życiu towarzyszył, zostali w domu konsekwentnie wychowani w katolickim duchu i myślę, że właśnie dlatego jeden wobec drugiego zachował się tak pięknie, po ludzku.

* Królewska Huta, Chorzów w latach 1868 – 1945, Szkice do portretu miasta.

W górę rzeki (3)

Zbigniew Milewicz

Schronisko braci Hampel

Dziś jest prościej, ale do początku lat 90 Chorzowów administracyjnie było kilka i znaczyły je rzymskie cyfry od I do IV. Ponieważ jednak mało kto wiedział, gdzie kończy się granica jednego, a zaczyna już inny, potocznie mówiło się: ida do miasta, jada do Batorego, albo do Starego i ludzie na ogół kojarzyli, o co chodzi, ale też nie zawsze. Jest taki stary wic, rozprawiają dwie sąsiadki w Świętochłowicach:

– kaj jest Hilda ?
– pojechała do Chorzowa…
– do starego?
– nie, do Emy, pranie prać.  

Dom moich dziadków znajdował się jeszcze w Chorzowie I, choć za południową miedzą był już IV – Chorzów Batory, czyli Hajduki. Rody obydwojga wywodziły się natomiast z Chorzowa II, gdzie dzisiaj stoi Pomnik Powstańca Śląskiego, czyli z samej kolebki Królewskiej Huty. Zarówno babciny ród Hamplów, jak i dziadka, Paluchów, przywędrowały tutaj z Karkonoszy, kiedy cały Śląsk należał do Marii Teresy Austriaczki. Tak twierdziła ciocia Irka, siostra mojej mamy, której konikiem była historia, ale moim zdaniem przeprowadzka nastąpiła ze sto lat później. Fryderyk II pruski zabrał Habsburgom Śląsk w 1742 r. Osiem lat później bracia Hamplowie odkupili od dzieci niejakiego Samuela Breitera ich schedę po ojcu, dwa drewniane szałasy pod szczytem Góry Śnieżki na wysokości 3866 stóp i urządzili tam schronisko, pod szyldem Hampelbaude. Karkonosze nazywały się wówczas Riesengebirge a Góra Śnieżka Schneekoppe. Jeżeli wierzyć rodzinnej legendzie, protoplasta babci przywędrował jednak pod Śnieżkę z Italii, był wesołym, niebieskookim młodzieńcem w krótkich spodenkach i sprzedawał lody. Tyle legenda i zarazem koniec moich możliwości, żeby dalej płynąć pod prąd w tym nurcie rzeki. Hampel nie brzmi mi włosko, więc mógł na przykład pochodzić z Tyrolu, pierwotnie nazywać się inaczej, albo być jedynie wytworem familijnej fantazji. Hampelbaude jest jednak udokumentowana na papierze.

Wszystkie informacje na temat schroniska, które udało mi się znaleźć, sporządzone są w języku niemieckim; Niemcy kochają Sudety, zwłaszcza ten swój raj utracony, który po wojnie znalazł się w granicach Czech i Polski. Haus des deutschen Ostens w Monachium dysponuje biblioteką, z której mogę skorzystać i skopiować to, co mnie interesuje. Najlepsze informacje znajduję jednak w internecie, dostarcza mi ich Erhard Krause, który w oparciu o stare kroniki górskich służb ratowniczych pisał*, że bracia Hamplowie, podobnie, jak ich poprzednik opiekowali się jednocześnie pobliską kaplicą. Samo schronisko natomiast miało początkowo bardzo skromny standard. Składało się z korytarza, kuchni, obszernej izby, komory i obory dla krów. Klepisko wyłożone było słomą i na niej pospołu się spało. Gospodarze karmili swoich gości chlebem, serem, masłem, mlekiem, domową okowitą, czasami jajkami i piwem, warzonym na miejscu. Caspar Lindner, jeleniogórski lekarz, zauważył z przekąsem, że najsmaczniejsza w schronisku jest woda, uchodziłoby jeszcze i piwo, ale tego gospodarze podobno nigdy nie mieli w zapasie. Bracia dokładali jednak starań, aby goście żegnali ich zadowoleni i ponownie zechcieli ich odwiedzić, ich żony i dzieci na zmianę zajmowały się gospodarstwem i usługiwały przybyszom, ale wzorców na prowadzenie takiego interesu jeszcze nie było.

hampelbaude
Moda na chodzenie po górach, na podziwianie piękna przyrody dopiero się w świecie zaczynała. Turystyki górskiej byle kto wówczas nie uprawiał, był to przywilej wyższych stanów, ludzi, którzy mieli środki na to, żeby karetą, z ogromną ilością bagaży i służbą, udać się w niezbadane, dzikie ostępy górskie. Kiedy końmi dalej nie dało się już jechać, szli pieszo, lub niesiono ich w lektykach do pierwszego schroniska, później do następnego, a Hampelbaude była ostatnim schroniskiem przed szczytem Śnieżki. Pruski, wyższy radca konsystorza Johann Fridrich Zöllner, zarazem autor pewnej interesującej książki o Śląsku, który latem 1791 r. zatrzymał się tutaj, stwierdził, że gospodarze mówią i zachowują się w bardzo wytworny sposób. Byli prostymi ludźmi – wywodził – więc mogli się tego nauczyć tylko od swoich gości. Wśród wspomnianych progi schroniska przekroczyły zaś między innymi takie osobistości, jak Leopold Graf von Schaffgotsch, Franz Anton Graf von Spork, Król Fryderyk Wilhelm III i Królowa Luiza (w 1800 r.), a latem 1797 r. poeta Heinrich von Kleist, który wpisał się do księgi pamiątkowej swoim „Hymne an der Sonne“. Także wielki J.W. Goethe miał nocować na sianie w schronisku, zanim rankiem 23 września 1790 r. wspiął się na szczyt, żeby podziwiać wschód słońca.

Dowcipnie skomentował tutaj swój pobyt artysta-malarz Ludwig Richter, autor powyższego sztychu, przedstawiającego Hampelbaude, który 14 sierpnia 1838 r. odnotował w dzienniku, co następuje: „Unzählige Reisende. Damen getragen. Schöne Mädchen. Eine ungeheure Milchsuppe überschwemmt die Stube, da der Boden des Topfes bricht.“ Przytoczyłem w oryginale, bo żaden przekład nie odda lepiej ekspresji na gorąco, w malarskim wizjerze, złapanego życia. Praski poeta Karl Herloßsohn napisał zaś: „Hier spielte eine blinde Harfnerin und tischten uns die jungen, hübschen Tochter der Wirtin ein Frühstück, bestehend aus Brot und Branntwein, ganz á la Riesengebirge, auf.“ Wtedy jednak miejsce to miało już innego właściciela.

Rudolf Hampel 002
W posiadaniu rodziny Hamplów znajdowało się do roku 1836. Po śmierci kolejnego dziedzica, jego trzy córki sprzedały schronisko za 940 talarów rodzinie Adolph, jednak w przewodnikach turystycznych nazwa się utrzymała, nawet jeżeli tylko archiwalnie, do dziś. W 1906 r. budynki spłonęły doszczętnie, odbudowano je w sąsiedztwie, gdzie był lepszy dostęp do wody, dziś stoi tam schronisko „Strzecha Akademicka“.

A rodzina Hamplów…? Częściowo wywędrowała w świat, za nowym szczęściem, za chlebem, inni zostali w Karkonoszach. Jeden adres znalazłem poprzez internet, w czeskim Mostku, może kiedyś tam pojadę. Ojciec mojej babci, czyli mój pradziadek – Tomasz – trafił jako małe dziecko w okolice Lublińca, był sierotą, jego rodzice zginęli tragicznie w jakimś pożarze. Opiekę i wychowanie chłopca przyjął wówczas krewny, który z zawodu był leśnikiem. Praca w lesie jednak Tomaszowi nie odpowiadała, pojechał do Königshütte, późniejszej Królewskiej Huty, gdzie zaczynał powstawać przemysł górniczy i hutniczy. Dostał pracę na kopalni, później założył rodzinę, jego żoną była Anna Anastazja z d. Kubitza. Mieli dwanaścioro albo i czternaścioro dzieci, córek i synów; wśród nich najstarsza była moja babcia Jadwiga, ale na sto procent pewien tego nie jestem. Urodziła się 11 października 1895 r. Rodzina żyła bardzo skromnie, jak większość śląskiego proletariatu, aż mój pradziadek uległ pod ziemią wypadkowi przy pracy. Stracił rękę, dostał za nią dobre odszkodowanie i wtedy kupił konie oraz furę do przewozu węgla. Słowem szczęście w nieszczęściu, które spowodowało, że zwykły śleper zaczął furmanić i handlować węglem.

Interes okazał się trafiony, rodzina mogła popuścić pasa. Z czasem pradziadek Tomasz dokupił karetę ślubną i karawan pogrzebowy, a później otworzył mały sklepik przy ulicy Bytomskiej, w domu, gdzie mieszkali, w którym stanęły za ladą jego starsze córki. Miejsce było świetne, ulica przelotowa, do Bytomia, a w sklepiku sprzedawano wszystko, czego ludzie potrzebowali w domu – szmalc, mydło i powidło. Oczywiście także na kredyt, bo klienci nie byli bogaci, ale przeważnie uczciwi. Z tego okresu pochodzi pewne dydaktyczne wspomnienie mojej babci Jadzi, do którego chętnie wracała przy różnych okazjach:

Szatkowali kapustę z rodzeństwem (czyli musiało to być jesienią), później włożyli ją do beczek i zaczęli, jak nakazywał zwyczaj, deptać bosymi stopami, żeby się zakisiła do sprzedaży, kiedy zjawił się jakiś kuzyn, albo wuj. Przyniósł ze sobą wino i poczęstował młodzież. Jadzia, a po śląsku Hejdla, nigdy jeszcze nie piła żadnego alkoholu, więc ze smakiem ciągnęła słodki napój, nieświadoma konsekwencji. Ile wtedy wypiła, tego nie pamiętała, ale było jej bardzo wesoło; zanim straciła świadomość, dobrała się jeszcze do porcelanowej fajki ojca i razem z rodzeństwem próbowali, jak smakuje palenie tytoniu. Błaznowali ile wlezie, co się skończyło, kiedy w domu niespodziewanie zjawił się gospodarz.
– A kaj Hejdla? – zapytał.
Nikt nie wiedział. Znalazł ją śpiącą w beczce z kapustą, wziął na ręce i zaniósł do łóżka, a kiedy się rano obudziła, nie powiedział jednego złego słowa. Babci było jednak bardzo wstyd i od tamtej pory, aż do ślubu z dziadkiem mogli ją szatkować, ale nie dała się namówić na żaden trunek. Miała go – jak podkreślała – vollständig dość. To był najbardziej kategoryczny zwrot w ustach mojej babci Jadzi, po którym nikt nie mógł jej już do niczego przekonać. Kiedy go słyszałem, jako rozkapryszone dziecko, wiedziałem, że za chwilę weźmie swój pięciorzemienny bat i jednak będę musiał pójść spać, umyć schody, przygotować latarkę na roraty, wyrzucić śmieci, albo dalej ćwiczyć te nudne gamy na pianinie. Dzisiaj ozłociłbym ją, gdyby mi jeszcze raz to powiedziała.

* „Schles. Bergwacht“, SB1978/Jgg.28/S415

W górę rzeki (2)

Zbigniew Milewicz

Moje stare kąty…

Kiedy przed laty pracowałem, jako nocny portier w pensjonacie „Maja“ w Monachium, przychodził tam czasami w gości pewien stary Żyd. Pensjonat prowadził jego współplemieniec o nazwisku Zimmermann, rodem z miasta Krakowa, więc przychodził jak najbardziej do swoich. Już na progu się chwalił: prawda, że ładnie mnie w Hajfie ostrzyżono? Albo częstował wszystkich w recepcji orzeszkami pistacjowymi, które nigdzie w świecie nie smakowały lepiej, jak te z bazaru w Hajfie.
Oczywiście chwaliłem jego fryzurę i jego pistacje, ale w myślach drwiłem ze starego dziwaka: jak to do fryzjera specjalnie do Hajfy latać, gdzie mu się podziała jego kepele ? Pewnie nie wie, co zrobić z forsą… Rozumiałem, że do fryzjera chodzi się także dla przyjemności porozmawiania o nowinkach w świecie i nie ma to, jak z rodakiem je wymienić, sam odwiedzałem co jakiś czas salon pana Ochmanna, mówiącego po polsku fryzjera, niedaleko Hackerbrücke, pewnie więc nie brakowało i jego żydowskich kolegów w mieście.

Dziś robie dokładnie to samo, co on. Każdy powód, żeby pojechać do Polski, zwłaszcza na mój Górny Śląsk, jest dobry. Fryzjer ma z moimi włosami coraz mniej do roboty, coraz więcej czasu zostaje więc na inne zajęcia. Tychy są moim polskim domem od połowy lat 60, dzieciństwo i wczesną młodość spędziłem w Chorzowie. Tam zostało jeszcze paru krewnych i trochę koleżeństwa klasowego, z którym przeważnie nie rozpoznajemy się już na ulicy, tam są groby bliskich. Zaczynam zwykle od nich, samochód parkuję na dziedzińcu przy kościele św. Ducha i idę na cmentarz, zapalić znicze mamie, dziadkom, cioci. Później ulicą Dąbrowskiego, koło mojej dawnej podstawówki na rogu z Omańkowskiej, mijam niegdysiejszą drukarnię na skrzyżowaniu z Hajducką, budynek ubezpieczalni, dom, w którym dziadkowie ze swoimi córkami mieszkali, zanim wybudowali własny na Wesołej i już jestem przed Słowakiem. Kiedyś ta droga z domu do budy wydawała mi się bardzo długa, a mijane budynki przytłaczały swoimi rozmiarami, dziś widzę to wszystko w odwrotnych proporcjach, dziwne, dlaczego tak się dzieje.

dziadkowiezbycha

Moja babcia po “kądzieli”, Jadwiga Paluch, z córkami Niną i Irką, około 1929 r.
Nie jestem natomiast pewien, kim jest mężczyzna na zdjęciu?

Naprzeciw, na rogu z ul. Zjednoczenia, stoi majestatycznie najstarsza średnia szkoła w Chorzowie, liceum im. M. Curie-Skłodowskiej, dawniej wyłącznie żeńskie, do którego uczęszczała moja mama Nina. Budynek postawiono jeszcze w pruskich czasach, ale mama chodziła już do polskiej szkoły. Urodziła się w 1921 roku, pod koniec III powstania śląskiego, które zakończyło się zwycięstwem, jej ojciec a mój dziadek bił się w tym powstaniu o polski Śląsk, nie mogło być zatem inaczej. Liceum im. Juliusza Słowackiego, w którym ja z kolei zdobywałem w PRL-u wiedzę, powstało dużo później od Curie, w połowie lat trzydziestych, kiedy już gęstniała brunatna mgła nad Śląskiem. Przeznaczeniem prywatnej Eichendorffschule było kształcenie zdolnej młodzieży mniejszości niemieckiej miasta, na co w skarbcu Republiki Weimarskiej nie mogło zabraknąć pieniędzy. Dano jej jak najlepszych pedagogów i wyposażono tak dostatnio w pomoce naukowe, że po zakończeniu II wojny światowej część tego dobytku, którego nie udało się wyszabrować, została podarowana na dobry początek Wyższej Szkole Pedagogicznej w Katowicach i dobrze tam służyła. Wspominam zaś o tym dlatego, że do Eichendorffschule uczęszczała m.in. młodsza o siedem lat siostra mojej mamy, ciocia Irka. Mama należała do Związku Harcerstwa Polskiego, a jej siostra do Bund Deutscher Mädel, takie są zachodnie Kresy, nic nie jest tutaj jednoznaczne w swoim pochodzeniu.

Spod liceum oczywiście na ulicę Wolności, na główny trakt handlowy i spacerowy miasta. Pod numerem 18, na pierwszym piętrze, mieszkałem kiedyś z mamą. Stare kamienice są dziś pięknie odnowione, środkiem porządnie wybrukowanej jezdni biegnie, jak dawniej linia tramwajowa, bo samochody od lat tędy już nie jeżdżą. Kuszą witryny eleganckich sklepów, kawiarń, klubów, czuć pieniądze ze strefy euro. W miejscu przedwojennej synagogi, brzydki jak pryszcz McDonalds, który psuje Wolce wygląd. Na szczęście u szczytu ulicy wszystko po dawnemu – neogotycka poczta stoi, jak stała. Zawsze zachwycała mnie swoją architekturą i staromodną elegancją. Kiedy mam więcej czasu idę dalej, w górę przez wiadukt, nad ratuszem i pozostałymi tylko w pamięci zabudowaniami części rynku. Królowała wśród nich popularna kawiarnia „Nasza“, dokąd zabierała mnie co niedzielę po mszy w Jadwiżce mama w asyście przyjaciół. Lokal miał pyszne ciastka i lemoniadę, grała w nim damska orkiestra i w ogóle było elegancko. Odkryłem tam po raz pierwszy swoje zamiłowania taneczne i przyjemność, jaką dają oklaski publiczności, ale o tym może kiedy indziej opowiem.

chorzowwczoraj
Z albumu Mariana Gałuszki : “Chorzów wczoraj, Königshütte gestern”

Wiaduktem koło zabudowań dawnej hali targowej i placu, na którym stoi Pomnik Powstańca Śląskiego, dzieło z lat 70, nawiązujące do przedwojennego monumentu, który hitlerowcy zburzyli we wrześniu 1939 r. Pierwowzór stał przed pocztą, w miejscu wcześniejszej Germanii i zwrócony był wymownie w stronę najbliższej granicy niemieckiej. Obecnie patrzy na hutę, która po wojnie nazywała się Kościuszko, a od przemian ustrojowych – znowu Królewska. Podobnie, jak pierwowzór, postać powstańca ma rysy piewcy polskości na Śląsku, poety-kowala z Królewskiej Huty, Juliusza Ligonia, przepasana jest hutniczym fartuchem i w ręku trzyma miecz. Za czasów PRL-u zakład był żywicielem wielu mieszkańców Chorzowa, dziś zatrudnia raptem trochę ponad 200 osób. Po modernizacji i reorganizacji zamknięto szereg wydziałów, pozwalniano ludzi, nie ma pieców martenowskich, które witały mnie żarem, ilekroć tamtędy przechodziłem lub przejeżdżałem. Hutą zarządza obecnie hinduski fabrykant, a Romek Wypler, mój kuzyn jest jednym z tych szczęśliwców, którzy nie stracili u niego pracy. Jak będzie jutro, pojutrze, tego nie wie, ale na dziś rodzina jest zabezpieczona.

Podobnie jak Ligoń, Romek jest kowalem hutniczym. Mieszka wraz z żoną, córką, jej mężem i dwoma wnuczkami na czwartymi piętrze przedwojennej kamienicy, na przedłużonej ulicy Wolności. Ciasno im nie jest, bo mieszkanie ma kilka przestronnych pokoi; z niektórych okien roztacza się piękny widok na dachy Chorzowa. Kiedy jestem u Wyplerów na bezuchu, czyli w gościach – a zdarza się to mniej więcej raz w roku, w okolicach Wszystkich Świętych – zawsze sobie z sentymentem pooglądam tę panoramę. Kuzyn wraz z żoną Ewą i córką Izą opiekują się grobami moich bliskich, więc czas odwiedzin jest logiczny. Romek ma także duszę artysty, nie dosyć mu kowalstwa w pracy, w domu uprawia metaloplastykę. Jak ma wolny czas i natchnienie, siada przy jednym z tych panoramicznych okien, które poza pięknym widokiem dają mu jeszcze lepsze światło i dłubie, tnie, kuje, a Ewa goni go z tą robotą, bo jej marasi. Przynajmniej się nie nudzą a efekty są: różnego rodzaju biała broń wisi na ścianach mieszkania, widzę starodawne pistolety, miniatury armat, militaria najbardziej Romka interesują.

SAMSUNG CAMERA PICTURES
Romek Wypler z żoną Ewą w domowych pieleszach.Ten kominek robił oczywiście jeszcze jego ojciec…

Niedawno stracił mamę, parę miesięcy później ojca, mieszkali niedaleko, w Batorym. Ciocia Jutka była schorowana, ale wujek Józek, znany w Chorzowie zdun, w życiu nie był u lekarza. Jak pamiętam zawsze wadzili się o coś obydwoje, ale nigdy na bij zabij, tylko tak dla zasady. Widocznie zabrakło mu tej soli w zupie.

Tym razem nie wchodzę na czwarte piętro, bo trochę się spieszę, spotykamy się z Romkiem na krótko przed jego domem. W czasie rozmowy moją uwagę przyciąga mężczyzna, który stoi nieopodal, na rogu Strzelców Bytomskich. Twarzy na razie nie widzę, bo stoi bokiem, ale jest w nim coś znajomego. Kiedy się odwraca do nas, zatyka mnie z wrażenia. Trącam kuzyna, reaguje podobnie. Józek – mówi. Wierzę w duchy, ale w to, że zmarłemu ojcu Romka chciało się do nas jawnie pofatygować w biały dzień, to nie bardzo. W podwójną halucynację i przypadki też wątpię. Może mi więc ktoś powie, dlaczego w tym samym czasie i akurat pod domem Romka zobaczyliśmy to samo? I wreszcie: co reżyser tego spotkania chciał nam powiedzieć?

Na Wesołą 5, na osiedlu Ruch, gdzie słynny stadion piłkarski, zachodzę rzadko i niechętnie. Ten adres pamiętam najlepiej, ale mi żal, że po śmierci dziadka dom został sprzedany jakimś babom z Gdańska, do tego za półdarmo. Nie wiem, kto teraz tam mieszka, podobno już ktoś inny, sąsiedzi też się zmienili, oglądam go więc sobie tylko z zewnątrz i nie za długo, żeby się zupełnie nie rozkleić. Widać, że nowi właściciele zainwestowali w modernizację domu, ale nie ma już śladu po naszym czarodziejskim ogrodzie, w którym babcia z dziadkiem hodowali różne warzywa, gdzie rosły jabłonie, grusze, krzaki agrestu i pachniało bzem. Nie ma więc sensu szarpać duszę.

W górę rzeki (1)

Wiele tekstów w tym blogu, powiedziałabym nawet, że coraz więcej, to zgłębianie, poszukiwanie, chodzenie po śladach lub, jak to nazwał nasz autor, płynięcie w górę rzeki.

Zbigniew Milewicz

Babcia Urszula

Pod prąd płynie się trudniej, niż z prądem, ale za to jaka radość z każdego przebytego metra, wiedzą o tym wszyscy, którzy biorą się za spisywanie wspomnień rodzinnych. Poza tym nie da się płynąć przy nich w dół, tam się tylko trafia prędzej, lub później i szczęśliwy ten, komu uda się wcześniej tę pisaninę zakończyć. Inna sprawa, kogo później zainteresują takie wspomnienia i czy starczy materiału przynajmniej na budę dla psa, ale to już nie zmartwienie autora. Piszący folguje osobistej, pierwotnej potrzebie uchronienia siebie i swoich przodków od zapomnienia, więc liczy na zrozumienie czytelnika, na pogodne non omnis moriar.

Zamierzałem zacząć od kądzieli, bo przędzy mam dużo więcej, niż wiedzy na temat, jak wykuwał się miecz. Wyszło jednak inaczej, trochę z winy mazurskiego projektu Śladami poetów – Ernsta Wiecherta i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, w którym uczestniczyłem latem bieżącego roku.

babcia UrszulaZainspirowany wystawą o Polakach z Kresów Wschodnich na Warmii i Mazurach w mrągowskim muzeum, pojechałem do pobliskiego Kętrzyna, żeby poszukać śladów po babci Urszuli, mamie mojego ojca, a repatriantce z Wilna, którą tam po wojnie rzuciły losy. Powiedział mi o tym mój szczeciński, starszy brat po mieczu, Zdzisław, którym się opiekowała, kiedy był małym dzieckiem. W Kętrzynie zmarła i została pochowana, ale w którym roku oraz gdzie i pod jakim adresem mieszkała, tego nie wiedział.

Babcia Urszula i jej starsza córka, ciocia Maria

Zastępczyni kierownika Urzędu Stanu Cywilnego, pani Irena Korowaj, taksuje mnie nieufnie, pyta o nazwisko babci, ja na to, że w grę mogą wchodzić dwa: Dworzecka, lub Ożarowska. Data śmierci? Około roku 1950 – strzelam. Wiem, że w sumie nic nie wiem, ale gdyby było inaczej, to nie zawracałbym jej głowy i ta moja niewiedza widocznie mi sprzyja, bo w ruch idą stare księgi i nagle słyszę zdziwiony głos, że jest: Urszula Ożarowska, urodzona 9 lutego 1881, wdowa, zamieszkała przy ul. Chopina 5 i zmarła 16 marca 1950 r., po operacji raka. Po chwili urzędniczka – jeszcze bardziej zaskoczona – odnajduje pod tym samym adresem Konstancję Dworzecką, urodzoną o trzy lata wcześniej i zmarłą 22 czerwca 1950 r., przyczyna śmierci – także rak. Konstancja była z domu Ożerowska, prawdopodobnie ten, co zapisywał wówczas dane, wziął nazwisko na słuch i samogłoska „a“ w kresowym zaśpiewie zabrzmiała mu jak „e“. Biurokracja w powojennych urzędach była znacznie mniejsza, niż obecnie, wiele informacji od petentów przyjmowano na wiarę, na podstawie ich ustnych oświadczeń, czy zeznań świadków, jednak chaos był tak duży, że na doraźny użytek często zmyślano nazwiska, daty urodzin, adresy, życiorysy i trudno to było urzędnikom sprawdzić. Ile zatem prawdy kryło się w danych, które uzyskałem, tego nie wiedziałem.

Gdzie babcia spoczywa? Tymi danymi powinno było dysponować przedsiębiorstwo komunalne przy ul. Limanowskiego. Zanim tam pójdę, jeszcze dla porządku wylegitymuję się pani Korowaj, żeby wiedziała, komu udzielała informacji. W mieście roboty drogowe, przez nowo budowane rondo, kierowany przez przechodniów, bez błądzenia docieram pod podany adres. W jednym z baraków z czasów PRL-u, stojących w sąsiedztwie miejskiej zajezdni autobusowej, dowiaduję się, że ksiąg z lat pięćdziesiątych już nie ma. Grób pewnie zlikwidowano, bo gdyby po dwudziestu latach od pochówku ktoś go ponownie opłacił, to został by zarejestrowany w nowych dokumentach starego cmentarza. Po wojnie Kętrzyn miał tylko jedno miejsce pochówku, więc nie ma sensu, żebym dalej szukał. Może parafia, w której odbył się pogrzeb będzie wiedziała, w jakiej kwaterze i na jakim polu złożono szczątki. Ulica Chopina należy do parafii św. Jerzego, przy zamku, z Limanowskiego to dwudziestominutowy spacer, jest ładna pogoda, przy okazji obejrzę miasto. Liczy ono dzisiaj ponad dwadzieścia tysięcy mieszkańców, wszędzie w miarę blisko, tylko do Wilczego Szańca, dawnej głównej kwatery wodza III Rzeszy najlepiej pojechać własnym samochodem albo taksówką, ale tam się nie wybieram, nie moje klimaty.

Niestety kancelaria będzie czynna dopiero o gdzinie 15, za około trzy godziny, wszyscy księża w mieście, bo żadnego samochodu na kościelnym dziedzińcu, a wąsata kucharka dopiero gotuje obiad. W przedsionku czternastowiecznej, gotyckiej świątyni pani sprzedająca dewocjonalia zachęca, abym za drobną opłatą wszedł na wieżę widokową. Bazylika pełniła w swojej krzyżackiej przeszłości funkcje obronne, więc jest też co zwiedzać. Wolę jednak pójść na ulicę Chopina i zobaczyć, co mieści się pod numerem 5. W dół, koło narożnego budynku z dziwną rzeźbą robotnika, zmagającego się z jakimś kołem, przez tory kolejowe i jestem na miejscu. Od frontu, w jednopiętrowym budynku mieści się zakład pogrzebowy „Abel“, z tyłu – warsztat samochodowy. Przedsiębiorcy pogrzebowego nie ma, jest na cmentarzu, jego teściowa mówi, że prowadzą swoją firmę w tym budynku od kilku lat. Przebudowali go i gruntownie odnowili, wcześniej był tutaj zakład produkujący ozdoby choinkowe, dopóki nie spłonął. Właściciel firmy samochodowej to potwierdza i nie wierzy, że moja babcia mogła tu mieszkać, chyba, że była dozorczynią w bombkarni. Na piętrze od zaplecza i w dobudówce od frontu widać jakieś pomieszczenia, ni to gospodarcze, ni mieszkalne, mogła tam się umościć razem ze swoją krewną, jeżeli oczywiście piętra nie dobudowano później.

Dla zabicia czasu idę zwiedzić stary zamek krzyżacki, ratusz, w którym już byłem, miejskie planty, wszystko odrestaurowane, zadbane. Zwracają uwagę drogowskazy na jednym słupku, gdzie i jak daleko stąd do Warszawy, do Berlina, do Kaliningradu. Najbliżej do tego ostatniego, tylko 90 km. Przed 1945 rokiem, kiedy Kętrzyn nazywał się jeszcze Rastenburg, a Kaliningrad – Königsberg, z jednego do drugiego było jeszcze bliżej. W bazylice pw. św. Jerzego zapalam dwie świeczki przed tablicą, poświęconą ofiarom sowieckiego totalitaryzmu. Jedną babci Urszuli, drugą jej najmłodszej córce Stanisławie, którą wywieziono z Wilna do łagru w Kazachstanie. Mamy godzinę 15, pochwalam punktualność miejscowego duchowieństwa. Na kościelny dziedziniec zajeżdża pierwsza gablota; młody, bardzo zażywny ksiądz obrzuca mnie wzrokiem, w którym obojętność idzie w parze z poczuciem wyższości. Czego sobie życzę? Marszczy niskie czoło i myśli przez chwilę – nie, parafianie z ulicy Chopina należeli w 1950 roku jeszcze do świętej Katarzyny. Sprawdza w starych księgach, tak, zgadza się.

Spieszę więc pod tamten adres, do najstarszej, kętrzyńskiej parafii w samym centrum miasta. Kancelaria działa w podobnych godzinach; starsza pani życzliwie zaprasza, abym usiadł przy jej biurku i szuka. Znalazła, niestety numeru pola i kwatery cmentarnej wówczas nie zanotowano, ale są inne dane. Pożółkłym atramentem pisze, że rodzicami babci byli Franciszek Wierszycki i Ewa; brak jej miejsca urodzenia, które jest z kolei u jej krewnej Konstancji. Ujrzała świat na Glimańce, w powiecie wileńsko-trockim i rodzicami byli Franciszek i Ewa. Można zatem przyjąć, że były rodzonymi siostrami? Pytań jest więcej, niż odpowiedzi. Obydwie – podaje dokument – zostały przed śmiercią opatrzone świętymi sakramentami, ale nie zostało zapisane, jakiego babcia była wyznania, co u Konstancji stwierdzono, rzymsko-katolickie. O Ożerowskiej ani słowa, reszta danych pokrywa się z informacjami z USC. Jest jeszcze jedna ciekawostka, według zapisu w księdze parafialnej, obydwie kobiety urodziły się 9 lutego, tyle, że Urszula w 1881 a Konstancja w 1884 roku. Jeżeli nie popełniono zwykłego, pisarskiego błędu, to dwoje moich dzieci poszło w ich ślady. Moja córka Anna-Maria z pierwszego małżeństwa i syn Mikołaj z drugiego urodzili się 6 grudnia, w dziewięcioletnim odstępie czasu.

Nie wiem jeszcze, że powiat wileńsko-trocki powstał dopiero na początku lat dwudziestych ubiegłego stulecia, kiedy obydwie moje krewne były już dojrzałymi kobietami, że wcześniej, w rosyjskiej guberni wileńskiej funkcjonowały oddzielnie – jako obwód wileński i trocki. Miejscowości, w której urodziła się Konstancja nie udało mi się jednak póki co odnaleźć na żadnej mapie, ani w żadnym spisie.

W centrum działa punkt Informacji Turystycznej, w którym próbuję się dowiedzieć, co przed wojną mieściło się przy ul. Chopina 5. Dostaję do wglądu przewodnik historyczny po mieście, autorstwa Tadeusza Korowaja, który jest urodzonym kętrzynianinem, etnografem z wykształcenia i prywatnie mężem pani Ireny z USC. Jaki ten świat na Warmii i Mazurach jest mały. Rastenburgu ulica Chopina nazywała się Freiheit i pod numerem 5 mieściła się fabryka płaszczy skórzanych i torebek Karla Hundriesera. Na Woli znajdowały się ogródki, na ogół zagospodarowane, część z nich przetrwała do dziś. Jeżeli babcia i jej krewna nie znalazły schronienia w dawnej fabryce Hundriesera, to może obok mieszkał jego dozorca, albo ogrodnik, który troszczył się o zielone płuca firmy i tam się ulokowały? Autor przewodnika, z którym dzięki uprzejmości jego żony udaje mi się telefonicznie porozmawiać, nie może tego wątku potwierdzić, ani wykluczyć. Natomiast z relacji Zdzicha wynika, że mogło tak być.

Zdzich słabo przypomina sobie babcię. Kiedy nasz ojciec wyprowadził się z nim ze Śląska do Elbląga, był pod babciną opieką. Miał wtedy może trzy, cztery lata, czuł się przy niej dobrze i bezpiecznie. Kiedy ojciec poznał Celinę, swoją przyszłą, drugą żonę, mama przestała mu być potrzebna. Wtedy zamieszkała u swojej krewnej w Kętrzynie. Pewnego razu ojciec, albo ciocia Maria, zawieźli tam Zdzicha na przechowanie. Zapamiętał parterowy, mocno podniszczony i pachnący wilgocią dom, z drewnianymi okiennicami, które otwierały się na zewnątrz, w oknach piękne, duże pelargonie. Schodziło się do niego w dół, po schodkach, wokół był sad. Mieszkały tam dwie staruszki, które jakoś pasowały do tego domu; tory kolejowe w pobliżu też zapamiętał. Była jeszcze jakaś dziewczynka, może jego rówieśnica, chodzili razem sikać do beczki w sadzie, wkopanej do ziemi, tyle mu zostało w pamięci…

Przed wyjazdem z Kętrzyna idę na stary cmentarz, aby pożegnać się z babcią Urszulą, przynajmniej symbolicznie, ogólnie. Gdzieś w zakamarkach duszy cichutko gra naiwna nadzieja, że może jednak psim swędem natrafię na jakiś ślad po niej, przecież ona wie, że wnuk do niej w gości przyjechał. Grobów tu tysiące, stare w centralnej, górnej części nekropolii, nowsze na zboczu i w dole, nie wiem, w którą alejkę iść, więc skręcam tam, gdzie odzywa się jakiś ptak na drzewie. Po paru krokach widzę znajomy napis na marmurowej płycie, kawałek dalej podobny, później jeszcze jeden Milewicz. Kim są owi zmarli, nie wiem, ale robi się jakoś swojsko, odmawiam pacierz za spokój ich dusz i duszy babci Urszuli. Może kiedyś też na taki zasłużę. Dla porządku robię jeszcze rundę po sąsiednich alejkach, ale nie znajduję już znajomych nazwisk.

Mazury 2014 151

Mazury 2014 150

Mazury 2014 149

Co słychać u poetów i innych artystów

Zbigniew Milewicz i Edmund Nowak biorą udział w projekcie aktywizującym 50+ wykoncypowanym przez organizatorów – Bogusława Flecka z Berlina i Zofię Wojciechowską z Mrągowa – jako wędrówka po śladach Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i Ernsta Wiecherta, ale też jako poznawanie tego, czego człowiek jeszcze nie widział, albo nawet nie wiedział, że warto zobaczyć. Projekt ten pojawiał się już tu na blogu kilkakrotnie, teraz kolejna odsłona. Oczywiście nie skorzystamy – bo czas minął – z zaproszenia na tegoroczny festiwal, ale może, może… Może ktoś się wybierze w przyszłym roku. Sorkwity są przewspaniałe, a we wszystkich okolicznych miejscowościach można zjeść sielawę. Naprawdę! A ja myślałam, że to taka bajkowa ryba.

mragowofestiwal (3)

Zbigniew Milewicz

IV Festiwal Kultury Mazurskiej

Jeszcze nie przebrzmiały doroczne, mrągowskie prezentacje artystów z kręgu kultury kresowej, kiedy w pobliskich Sorkwitach ruszył podobny, mazurski festiwal. Podobny, pod względem bogactwa dorobku kulturalnego miejscowej społeczności, jednak odmienny w wyrazie. Jeden zazdrośnik z drugim mówił wprawdzie, że kresowiacy dorobili się w Mrągowie już dwudziestego, jubileuszowego festiwalu, a Mazurzy dopiero czwartego, ale jakże taki paroletni Mazurek umie dokazywać.
W pierwszy dzień zachowywał się powściągliwie, jak w świętym miejscu przystoi. We wnętrzach zabytkowego kościoła ewangelicko-augsburskiego w Sorkwitach, który prowadzi pastor Krzysztof Mutschmann, odbył się koncert poetycko-muzyczny, z udziałem profesjonalnych artystów, pochodzących z tych terenów oraz zdolnych amatorów czyli grupy teatralnej „Insania“ z Piecek, która recytowała utwory z dorobku poetyckiego księdza prałata Andrzeja Świecha z katolickiej parafii św. Brata Alberta w Sorkwitach.

mragowofestiwal (1)Dzień drugi stał pod znakiem naukowych wykładów i dyskusji, związanych z bogatą historią Warmii i Mazur, a wygłoszonych w auli miejscowego gimnazjum. Pełna osobistego uroku Katarzyna Enerlich, pisarka pochodząca z Mrągowa, przeczytała jedno ze swoich opowiadań, był prosty obiad mazurski w gimnazjalnej stołówce, popisy zespołów muzycznych w rytmie bluesa, rocka i big beatu. Niestety frekwencja publiczności, zwłaszcza w części wykładowej była raczej skromna, za to dopisała w trzecim dniu, kiedy wokół gimnazjalnego boiska ustawiono kramy z rękodziełami mazurskiej sztuki ludowej, pysznym jadłem i nalewkami i można było wszystkiego do syta popróbować. Na estradzie, ze swadą prezentowały się kolejno kapele z regionu, pod nóżkę, a że pogoda dopisywała, to i humory wszystkim też.

mragowofestiwal (2)Całości towarzyszyły różne wystawy – malarskie mazurskich artystów, m.in. Jolanty Fukowskiej, witraży i numizmatyczna Sławomira Stefaniaka, który prezentował też zbiór rozmaitych eksponatów, związanych z życiem i twórczością poety i pisarza mazurskiego, Ernsta Wicherta. Organizatorzy Festiwalu – Gmina Sorkwity, Towarzystwo Miłośników Ziemi Mrągowskiej i miejscowa parafia ewangelicko-augsburska – postarali się skonstruować atrakcyjny program, adresowany dla miejscowej społeczności i turystów odwiedzających region i myślę, że im się to w sumie udało.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na koniec dwa wiersze księdza-poety, Andrzeja Świecha:

Nad Jeziorem Gielądzkim

Na brzegu jeziora fale piasek myły
I starą pieśń mazurską cichuchno nuciły
O żyjących tu ludziach od dziada pradziada
O rzemiośle rybaka jak ryby odławiał
O zapachach żywicy wśród lasów sosnowych
Węgorzy i sielawy na olszy wędzonych
O rybackich chatach i Mazurów mowie
Wierze obyczajach nikt tak nie opowie
Lecz abyś mógł zrozumieć starych dziejów mowy
Musisz serce otworzyć na szept fal jeziornych
A gdy poznasz już piękno tej ziemi i kraju
Nie będziesz więcej tęsknił za utratą raju

Dęby

Splecione konarami rąk
Dwie kolumny strzeliste
Jak para zakochanych
Wpatrzone w niebo błękitne
Stoją zadumane
Nad historią świata
Wierni jej świadkowie
Przez długie dziejów lata

mragowofestiwal

Zdjęcia: Edmund Nowak i autor

Kresy na Warmii i Mazurach

Autor i Edmund Nowak, autor zdjęć, biorą udział w polsko-niemieckim projekcie Śladami Poetów – Ernst Wiechert i Konstanty Ildefons Gałczyński.

Zbigniew Milewicz

Gdzie Wilejka łączy się z Krutynią…

Nikt ich tutaj specjalnie nie zapraszał, chcieli, to mogli przyjechać, nie chcieli, zostawali w swojej Oszmianie, Poniewieżu, Lidzie, Grodnie, Wilnie. Ryzykowali, że przyjmując status obywateli sowieckich, narażają się na szykany za polskie pochodzenie, za szlacheckie korzenie, że wywiozą ich na białe niedźwiedzie, a w najlepszym razie ograbią, albo spalą im majątek. Wielu zatem skorzystało z układów repatriacyjnych, jakie Polska już pod koniec wojny zawarła z ZSRR.

mragowowystawa (5)O tych trudnych decyzjach, o ich motywach i następstwach opowiada wystawa Polacy z Kresów Wschodnich na Warmii i Mazurach, zorganizowana staraniem Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie. Zwiedzamy ekspozycję mrągowskiego oddziału muzeum, mój stary kompan od podróży, Edmund i ja. Robi wrażenie. Dokumenty repatriacyjne, stare metryki, szkolne i uczelniane dyplomy sąsiadują ze zdjęciami z albumów rodzinnych i miejsc świętych dzieciństwa i młodości, kiedy świat był jeszcze piękny, radosny, z balów, wesel i wycieczek na łono natury. Często cudem uratowane z wojennej pożogi domowe precjoza kresowian sąsiadują z tym, co zastali w swoich nowych domach. Ze skromnym wyposażeniem, jeżeli takie w ogóle jeszcze ostało się przed szabrownikami.

mragowowystawa (4)

Fala niemieckich uchodźców z Warmii i Mazur pozostawiała, podobnie, jak oni na Wschodzie, praktycznie w pełni wyposażone domy, ale rabusie niemal zawsze byli szybsi od repatriantów. Mienie pozostawione na Kresach rekwirowała w ramach tzw. sprawiedliwości dziejowej Armia Czerwona, na stacjach kolejowych – mówi kierownik mrągowskiej placówki, p. Dariusz Żyłowski – piętrzyły się stosy fortepianów, kredensów i innych mebli salonowych, które z czasem diabli brali. Tutaj szabrownicy potrafili rozebrać w miarę dobrze zachowany dom prawie do fundamentów, a przyjeżdżali głównie z centralnej Polski. Nie zdążyli czegoś zabrać za pierwszym razem, wracali, kiedy na miejscu byli już nowi właściciele i wtedy dochodziło często do dramatycznych sytuacji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA– Oczywiście, była milicja, która starała się w takich sytuacjach pomóc repatriantom – wspomina pan Żyłowski – ale rabusie byli też uzbrojeni i nie wahali się przed przemocą.

Na miejskim cmentarzu w Mrągowie znajduje się kwatera dziesięciu mrągowskich milicjantów, którzy polegli po II wojnie w walce o tzw. utrwalanie władzy ludowej na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Jest ona bardzo zaniedbana, na płytach nagrobnych nie napisano, od czyich kul zginęli, jest tylko imię, nazwisko i stopień służbowy. Tablicę mosiężną w czole alei, na której były inne dane, ktoś zdemontował i pewnie przetopił na gorzałę. Chociaż zginąć mógł wtedy nawet jakiś jego krewny, niekoniecznie z rąk szabrowników, sowieccy sołdaci i hitlerowscy maruderzy byli po tych samych pieniądzach.

mragowowystawa (3)Wystawa obejmuje tysiące eksponatów, w tym szereg dokumentalnych nagrań i filmów z rozmów, przeprowadzonych ze świadkami powojennego exodusu, których grono w miarę upływu czasu nieuchronnie maleje. Przejmujące są to relacje. Mówią o niepewności, czy decyzja o wyjeździe jest słuszna, czy w nowym miejscu zapuszczą korzenie, o żalu pożegnania z rodzinnym domem, o dramatycznym wyścigu z czasem. Do nielicznych szczęśliwców należeli ci, którym pozwolono spokojnie się spakować – osoby wyjeżdżające z terenu Związku Radzieckiego do Polski teoretycznie miały prawo zabrać ze sobą odzież, obuwie, pościel, produkty żywnościowe, sprzęty domowe, wiejski inwentarz gospodarczy i inne przedmioty codziennego użytku o łącznej wadze do 2 ton na rodzinę – ale często musieli to zrobić w kilka minut. Brali więc ze sobą jedynie to, co było pod ręką. Sowieci nie wypuszczali zwykle do Polski osób, które przekroczyły 16 rok życia i tych, które nie miały jeszcze 59 lat, więc często fałszowano dane w podaniach o repatriację, a wpadka groziła poważnymi konsekwencjami. Latem 1945 roku ruszyły pierwsze większe transporty kolejowe zza Bugu do Polski. Przesiedleńcy podróżowali wagonami towarowymi, odkrytymi węglarkami, osobowe składy trafiały się rzadko. Do 1950 roku przyjechały do Polski ponad dwa miliony repatriantów z dawnych Kresów Wschodnich Rzeczpospolitej. Istniał rozdzielnik, Kresowianie z Galicji Wschodniej i Wołynia, z terenów dzisiejszej Ukrainy kierowani byli głównie na Dolny Śląsk, a z Kresów Północno-Wschodnich na Ziemię Lubuską oraz Warmię i Mazury.

mragowowystawa (2)Nowe życie, w nowym miejscu początkowo nie układało się po różach, kolców było zdecydowanie więcej. Po wojnie tutejsze ziemie zamieszkiwały cztery podstawowe grupy ludności: rodzimi autochtoni, wcześniej obywatele niemieccy, po weryfikacji narodowościowej uznani za Polaków, osadnicy z województw Polski centralnej, Podlasia i Lubelszczyzny, Kresowiacy oraz osadnicy ukraińscy i Łemkowie, przymusowo przesiedleni w 1947 roku z Rzeszowskiego i Lubelskiego na Warmię i Mazury, w ramach tzw. Akcji „Wisła“. Warmiaków i Mazurów z niemieckimi korzeniami systematycznie ubywało, w ramach przesiedleń, albo łączenia rodzin odbywali swój także niełatwy exodus w głąb Niemiec, ale sporo czasu minęło zanim przybysze na dobre zapuścili korzenie nad Krutynią. Owszem, adresy łatwo dawało się wówczas zmieniać, nie pasowało jedno gospodarstwo albo pole, dawali przydział na inne, ale sąsiedzi bywali różni. Z jednym można się było zgodzić, z innym znowu nie, więc na początku ludzie starali się osiedlać w nowych miejscach całymi wsiami, gromadami krewnych i znajomych z dawnych czasów, żenili się tylko między sobą, z czasem przywykli jednak do tej kulturowej inności, do innej mowy i zwyczajów, do tego, że wszędzie ludzie są tacy sami, tylko dobrzy albo źli, i o tym też opowiada ta wystawa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPiękny album do niej napisała Pani Kinga Raińska, autorka scenariusza ekspozycji, nad którą muzealnicy i miłośnicy regionu Warmińsko-Mazurskiego pracowali żmudnie przez pięć lat, zanim otwarła podwoje. Często darczyńcom trudno było się rozstać z cennymi, rodzinnymi pamiątkami, część dokumentów została zresztą tylko wypożyczona do digitalizacji, ale przeważyła myśl, że w sumie stanowią one narodowe dziedzictwo i ta pamięć lepiej przetrwa w muzeum.

Zdjęcia: autor i Edmund Nowak

Zamiast felietonu (3)

Zbigniew Milewicz

Święta, święta…

Głowa mnie już boli od świętowania tych okrągłych rocznic. 25- lecia pierwszych, częściowo wolnych wyborów w Polsce nie można było jednak uniknąć. Tylko na zdrowy rozum, jak może być coś częściowo wolne? Albo jesteś za kratkami, albo na wolności. Półdziewicą, czy trochę w ciąży nie można być, ale w kraju nad Wisłą wszystko jest możliwe.

Część mediów i polityków wolała powoływać się na 25 rocznicę odzyskania wolności, a przecież uczciwiej byłoby powiedzieć, że spod sowieckiego buta weszliśmy wprost pod amerykański. Pod sowieckim z rozmarzeniem śpiewaliśmy, choć pewnie nie wszyscy : ja drugoj takoj strany nie znaju, gdie tak wolno dyszy cziełowiek…Teraz gotowi jesteśmy dać się pokrajać za freedom, na Bliskim Wschodzie, czy w Afganistanie, w ramach polsko-amerykańskiego braterstwa broni. Powoływał się na nie prezydent Komorowski, witając Baracka Obamę na warszawskim Okęciu. Na tle reprezentacyjnej eskadry amerykańskich samolotów F- 16, stacjonujących w Polsce, na postrach Rosji, padło filozoficzne stwierdzenie, że „F“ można tłumaczyć, jak fighter, czyli wojownik, albo jako freedom, czyli wolność. Polski przekład jest ode mnie, bo na Okęciu wszyscy pewnie znali angielski, a tłumacze już na bank.

Na uroczystościach 25- lecia, oprócz prezydenta USA, na koszt polskich podatników
gościło 50 zagranicznych delegacji, w tym kilkunastu przywódców europejskich. Był m.in. świeżo wybrany ukraiński prezydent-elekt, król czekolady Petro Poroszenko, który w międzyczasie został oficjalnie mianowany prezydentem Ukrainy i z okazji kolejnej, światowej rocznicy, w Normandii, spotkal się przecież z Putinem i sobie przez 15 minut o czymś tam rozmawiali, a który przedtem jeszcze spotkał się z Barackiem Obamą, ale założę się, że choć też przez chwilę rozmawiali, nie rozmawiali o rzezi wołyńskiej sprzed ponad 70 lat. Byłoby to nie na temat i nietaktowne wobec polskich władz, którym głównie zależy na tym, żeby sąsiednia Ukraina stała się suwerennym krajem, mlekiem i miodem płynącym, oczywiście według europejsko-unijnych standardów. Tak bardzo zależy, że o tamtych tragicznych wydarzeniach z historii raczej nie mówi się na salonach. Przywódcy skrajnych ukraińskich nacjonalistów, Stepanowi Banderze, którego ludzie wymordowali w czasie II wojny co najmniej kilkadziesiąt tysięcy Polaków, przyświecał podobny cel, a wspierały go hitlerowskie Niemcy. Przed czterema laty ukraiński prezydent Wiktor Juszczenko nadał Banderze pośmiertnie tytuł Bohatera Ukrainy, gloryfikując jednocześnie zasługi jego zbrojnych ugrupowań OUN-UPA. Przywódca pierwszego Majdanu, Pomarańczowej Rewolucji, która zwyciężyła przy czynnym wsparciu ówczesnych polskich władz, z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim na czele, nie miał cienia wątpliwości, że to słuszna nominacja. Parlament Europejski ją skrytykował, ale przecież zaakceptował europejskie aspiracje Ukrainy. Do rehabilitacji Bandery negatywnie odniósł się wschód Ukrainy, jak i organizacje żydowskie na całym świecie; Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińska Powstańcza Armia miały na swoich rękach także krew tysięcy Żydów. Swój protest wyrazili wówczas również prezydent RP Lech Kaczyński oraz środowiska kresowe w Polsce. Krótko później doszło do tragedii smoleńskiej, więc temat Bandery przeniesiono do lamusa. Samostinnoj Ukrainie, o której tak marzył, polskie władze, niezależnie od politycznej orientacji, pozostają jednak wierne.

Dlaczego, czy to leży rzeczywiście w interesie polskiej racji stanu? To zależy pewnie od tego, co się przez nią rozumie. Aleksandra Kwaśniewskiego, z racji jego politycznego życiorysu, trudno byłoby posądzić o rusofobię, którą Kreml zarzuca polskim politykom. Dziś były prezydent jest prawą ręką ukraińskiego oligarchy; za radiem RMF 24 i amerykańskim portalem Buzzfeed podaję, że zasiada w radzie doradców ukraińskiego koncernu gazowego – razem z synem wiceprezydenta USA Joe Bidena. Ale skoro były kanclerz Niemiec, Gerhard Schröder od lat pobiera apanaże z rosyjskiego Gazpromu, to nie ma się czego wstydzić. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że gazowy oligarcha był ministrem w ekipie obalonego prezydenta Janukowycza. Jak sam twierdzi jednak, ani nie był, ani nie jest z Janukowyczem mocno związany. Natomiast Kwaśniewski – cytuję jego wypowiedź – działa w imię uniezależnienia Ukrainy od Rosji, a zatem Polska może temu tylko przyklasnąć. Exprezydent co prawda nie chce ujawnić, jak duże profity przynosi mu doradzanie Ukraińcowi, ale zapewnia, że pieniądze te trafiają na polskie konta, a podatki do polskiego fiskusa. Firmę kontroluje związany z Janukowyczem polityk Mykoła Złoczewski, który za jego rządów sprawował funkcję m.in. ministra energetyki, czyli koło się zamyka, witamy w Moskwie.

Kreml nie odda Ukrainy, jest zbyt mądrym, zbyt przebiegłym graczem i ma militarną przewagę w miejscu, o które toczy się gra. Obawiam się, że Polska może w niej tylko stracić. A propos, znacie ten dowcip? Rosjanie grają w szachy, Amerykanie w pokera, a Polacy w durnia. W sumie niewesoły, ale życiowy. Utkwił mi w pamięci fragment telewizyjnego reportażu z drugiego, kijowskiego Majdanu. Bojownik nacjonalistycznego, prawego sektora na pytanie reportera, o stosunek do Polaków, odpowiada mniej więcej tak: kiedyś bywało między nami różnie, były polskie pany, ale czasy się zmieniły i nie musicie się nas już bać. Na youtube obejrzałem jednak inny zgoła materiał na ten sam temat, gdzie padła beznamiętna, krótka wypowiedź: teraz są nam jako sojusznicy potrzebni, wieszać będziemy później.

W prawym sektorze pamięta się o Akcji Wisła, wymierzonej przeciw OUN i UPA, przeprowadzonej po zakończeniu II wojny światowej przez polskie, komunistyczne władze. W jej wyniku zlikwidowane zostały zbrojne struktury, a tysiące zarówno ukraińskich, jak i ukraińsko-polskich rodzin z południowo-wschodniej Polski przesiedlonych zostało w inne regiony kraju, głównie na tzw. Ziemie Odzyskane. Mam nadzieję, że ten czarny scenariusz się nie spełni. W przeciwnym razie trzeba zakasać rękawy i już teraz brać za budowę ogromnej, pancernej szyby na granicę z Ukrainą. Na wzór tej, która chroniła Baracka Obamę na Placu Zamkowym, kiedy mówił, jak to smakuje mu polska kiełbasa i pierogi w Święto Konstytucji w jego rodzinnym Chicago. Polska nigdy nie będzie już samotna – przekonywał płomiennie z mównicy i zgromadzeni bili mu gromkie brawa. Ale wiz do USA nie przeklaskali, dalej są potrzebne. Tacy z nas sojusznicy, tylko do wyjmowania cudzych kasztanów z ognia jesteśmy dobrzy.

Zamiast felietonu (2)

Zbigniew Milewicz

Piekło wyboru

No i stało się. Opowiedziałem Edmundowi po raz nie wiadomo który starą anegdotę, jak to Honecker pojechał polować z Breżniewem na zające na Syberii i mój kompan, rozbawiony, jak zwykle zaordynował: a żeby cię diabli wzięli! Zrobił to tak serdecznie, że tym razem posłuchali i nie było zmiłuj się, musiałem z nimi pójść. Do żadnej windy, tylko na jakiś wojskowy poligon, gdzie wpakowali mnie do helikoptera i zawieźli do starej, opuszczonej fabryki, jakich jeszcze wiele w Brandenburgii, albo w Meklemburgii. Równie dobrze jednak mogło to być gdzieś na Ukrainie, bo na fabrycznym placu powiewały flagi różnych państw – w tym na pewno gwiaździsta, unijna i ukraińska. W ogromnej hali stały na paleniskach kotły, wypełnione różnymi cieczami, a w nich, zgodnie z tradycją, gotowali się potępieńcy.

Diabły miały dziesiątki wcieleń. Przy tradycyjnych kotłach ze smołą uwijały się włochate i rogate poczwary z widłami, przy kadzi z płynną viagrą stały starszawe rajfury i alfonsi, tam, gdzie bulgotało piwo, albo wóda – sympatyczni barmani. W złocie pomagali pławić się urzędnicy w nienagannie skrojonych garniturach, a w fekaliach – pracownicy przedsiębiorstwa wodociągów i kanalizacji. Piekło było zarządzane nowocześnie i demokratycznie, kto do niego trafił, mógł sobie wybrać dowolny kocioł. Nie tyle nawet mógł, ile musiał, choć pozwalano zmieniać kadzie.

– Znudzi się duszy gotowanie w wódce – instruował mnie mój diabeł osobisty – to może zanurkować w piwie, albo mamy dosyć viagry, to sobie pływamy za przeproszeniem w innym świństwie. Warunek – dusza musi się nieustannie gotować, całą wieczność.

Ubrany był w polowy mundur, jaki można kupić w każdym sklepie z militariami, bez dystynkcji i znaków rozpoznawczych, podobnie, jak jego mrukliwy współtowarzysz. Trochę od nich zalatywało pochmielijem, a zaśpiew mowy zdradzał, że pochodzą gdzieś ze wschodnich regionów czarciego imperium.

– To gdzie dusza decyduje się na początek? – padło nieuchronne pytanie.

W jednej z kadzi, w błękitnym atramencie, gotowali się dziennikarze, wspólnie z politykami. W kotle z czekoladą mieszał tryzubem jowialny kucharz i zachęcał wszystkich do degustacji. Nie wiedziałem kompletnie, co wybrać. Na szczęście w pewnym momencie zadzwonił telefon.

– Mam nadzieję, że cię nie obudziłem, jest niedziela, idziesz wybierać europosłów? – zapytał znajomy głos.

– Nie, nie idę – zaskomlałem w mikrofon, jeszcze niezupełnie obudzony.
Edmund miał niezły ubaw, kiedy opowiedziałem mu swój sen, ale ostatecznie też nie poszedł głosować.

Zamiast felietonu (1)

Zbigniew Milewicz

Demo

Nie wiem dlaczego, ale w Monachium, a pewnie także w innych miastach Bundesrepubliki, różne demonstracje odbywają się głównie w soboty. Większość zakładów pracy wtedy nie pracuje, więc czas na igrzyska jest właściwy i łatwiej dostać wymagane zezwolenie od ratusza, a może policja w soboty nie jest zbyt zapracowana i chętniej ochrania takie zgromadzenia, ale pewnie się mylę.W imię demokracji, która nad Isarą kwitnie pięknie, jak bez w maju, demonstruje się przeciw i za, ale częściej przeciw, w sprawach przeróżnych, większej i mniejszej wagi, ale zawsze słusznych. Bywa, że demonstrujący nie za bardzo wiedzą, o co chodzi, kiedy z ciekawości pytam o powód pochodu; koleżanka, albo kolega zachęcali, żeby się dołączyć, więc to zrobili, co będą w domu przed komputerem siedzieć, pogoda ładna, można pochodzić.

Ewa demo 4

EMS: Zdjęcia z “demo” w Berlinie a nie w Monachium, ale co za różnica. 11 maja. Protestujemy przeciw “niesłusznej” energii (węgiel, atom, ropa) i opowiadamy się za słuszną (wiatr, woda, zielenina) – pływamy łódkami, stoimy nad rzeką, niektórzy nawet siedzą na leżaczkach i popijają piwo lub kawę. 

Siedzę w mc’cafe na Stachusie, popijam aromatyczny napój i patrzę na kolejne demo, pewnie chodzi o jakąś lokalną sprawę, bo uczestników niewielu, może pięćdziesięciu. Asekuruje ich z marszu dziesiątka policjantów, nie licząc sił zmotoryzowanych, jedno bmw jedzie na przedzie, drugie zamyka pochód, a co sobie będą żałować, w końcu ja płacę za tę ochronę, z moich podatków. Być może są to aktywiści i sympatycy z towarzystwa ochrony zwierząt, bo zarówno kobiety, jak i mężczyźni mają na głowie ludowe kapelusze, kompletnie pozbawione typowych dla nich ozdób, a więc m.in. kit bobrowych, kogucich piór, czy morskich muszelek. Wcześniej w monachijskiej prasie „pisało”, że towarzystwo zwiera szeregi, żeby zaprotestować przeciw niehumanitarnemu męczeniu i zabijaniu zwierząt w imię ludowych tradycji w modzie. Koguta boli, jak mu się z ogona pióro wyrywa a bóbr i morska małża tudzież ślimaczek muszą za Oktoberfest zginąć – ubolewał autor tekstu.

Ewa demo1

W pełni z nim się zgadzam, ja bym nawet poszedł dalej. Dlaczego by nie zorganizować protestu przeciw ludzkiej śmierci? Mogliby wziąć w nim udział nie cierpiący specjalnie chorzy, których dni są policzone i starcy o młodych duszach. Nawiasem mówiąc, w ramach prewencji, na oddziałach położniczych szpitali wywiesiłbym transparenty z napisem, że narodziny grożą śmiercią (podobnie, jak palenie tytoniu). Równolegle do takiej manify mogłoby pójść demo dzieci nienarodzonych, protestujących przeciw narodzinom, jako takim. Gdyby udało im się nie urodzić, nie musiałyby później umierać. Śmierć straciłaby w obydwu przypadkach swój ponury fach, stanęłaby dalsza rozbudowa piekła, a raj, w którym jest i tak mieszkań sporo, zorganizowałby wtedy może jakąś ich wyprzedaż po promocyjnych cenach. Tylko że – dla kogo?