“Podhalem” na Śródziemne (1)

Zbigniew Milewicz

tekst1-winieta

Statek zwie się “Podhale” i od trzech dni stoi przy Nabrzeżu Siarkowym im. Obrońców Poczty Polskiej w Gdańsku. Ma na dziobie parzenicę, a w messie załogowej portret swojej matkichrzestnej spod Nowego Targu, która rada by już zatańczyć “drobnego” na morskiej fali, ale musi cierpliwie czekać, aż taśmociąg “Siarkopolu” przestanie pracować nad ładowniami, przygotowanymi na przyjęcie 15 ton żółtego proszku.

Wreszcie czwartego dnia kończy się załadunek, statek bierze wodę, paliwo i po odprawie celnej oraz WOP, krótko przed północą 4 września wychodzi w morze. W swoją 293 podróż, która wiedzie do Grecji i Syrii.

Załoga liczy 34 osoby, pierwszym po Bogu jest kpt. ż. w. Andrzej Rzeczewski, ja płynę jako pasażer, jeden z dwudziestu, którzy zaokrętowali na ,,Podhale”. Połowa z nich to żony i dzieci członków załogi, drugiej główny ton nadają zadbane panie i dziarscy panowie w jesieni życia. Statek posiada jedno- i dwuosobowe kabiny; dostaję „dwójkę” na poziomie pokładu szalupowego, wspólnie z emerytowanym prawnikiem z Krakowa. Mój przydziałowy współmieszkaniec zaokrętował wcześniej i mając do wyboru koję z prawdziwego zdarzenia, z solidną, drewnianą obudową, z której nie wypada się w czasie kiwania i zwykły tapczan, dokonał rzecz jasna właściwego wyboru.

Poza miejscami do spania kajuta wyposażona jest w stolik, kanapę, szafę na ubrania, parę regałów, lustro, radio i urządzenia klimatyzacyjne, które na razie jeszcze nie działają. Jest też mała łazienka z WC, w której mieszka wielodzietna rodzina karaluchów. Tuż przy koi mam pas ratunkowy, a nad nim instrukcję, jak postępować w razie różnych alarmów, regulamin uściślający zakres swobód pasażerskich na statku oraz zbiór podstawowych informacji o „Podhalu”. Czytam tam, że jest to motorowiec Polskiej Żeglugi Morskiej w Szczecinie, zbudowany w roku 1968, w stoczni im. Adolfa Warskiego. Typ statku – masowiec o ładowności 15686 ton. Silnik – Cegielski-Sulcer o mocy 7.200 KM, długość jednostki – 156 m, szerokość – 20,4 m, zanurzenie – 9,2 m, szybkość –15 węzłów.

statkizbycha (2)

Nie mam pod ręką zdjęć z “Podhala”, na razie więc fota z cyklu “marynarskie zdjęcia rodzinne”. Brat Zdzich na nabrzeżu.

Przed główkami portu rzucamy hole, zdajemy pilota i dalej już o własnych siłach. Następnego dnia przed południem wysiada pompa paliwowa, ale po czterech godzinach awaria zostaje usunięta i 6-cylindrowy silnik znów dostaje swoje średnie 114 obrotów na minutę, przy których statek płynie z najkorzystniejszą dla niego pod względem eksploatacyjnym prędkością 12 węzłów czyli 12 mil na godzinę. Ze względów bezpieczeństwa statkowe przykazania nie zezwalają pasażerom na schodzenie do siłowni, niepożądana jest ich obecność na pokładach manewrowych rufy i dziobu w czasie manewrów oraz w kuchni i na wyższym pokładzie, zwanym namiarowym. W zasadzie też nie powinni pętać się po mostku, z którego prowadzi się nawigację, ale jeśli kapitan zezwoli, to od czasu do czasu im wolno, byle tylko – zaznacza kapitan Rzeczewski – nie przeszkadzali w pracy. Skwapliwie przechodzę tą furtką w regulaminowym murze na południową wachtę II oficera pokładowego, Zbigniewa Zjawina, z którym pełni służbę stojący przy sterze st. marynarz Marian Zadrożny. Żyrokompas, radary, urządzenie „Decca”, zwane deką, pozwalające szybko określić położenie statku w kursie, szczegółowe mapy pokładowe, wszystko mnie interesuje.
– Pierwszy raz w rejsie? – zgaduje dowódca wachty.
– Jako chłopak pływałem trochę po Bałtyku na Czerwonych Żaglach – odpowiadam skromnie.
– Żagle to zupełnie inna sprawa.
– Fakt.
Odmierza cyrklem na podziałce mapy odległość 12 mil, kroczy nim po linii kursu i liczy: „druga, trzecia, czwarta…”, aż do dziewięciu, kwitując to stwierdzeniem, że około dziewiątej wieczorem powinniśmy być już koło Bornholmu. Oczywiście jeżeli maszyna pozwoli i nie pogorszy się pogoda. Od chwili wyjścia z Gdańska niebo jest lekko zachmurzone, ale stan morza dobry, siła wiatru, który wieje z kierunku południowego, skręcającego do południowo-wschodniego, nie przekracza 4 stopni w skali Beauforta. Można by więc dla zdrowia pospacerować po pokładzie albo klapnąć na leżaku – oczywiście nie w stroju plażowym, bo temperatura na zewnątrz wynosi 14 stopni C – gdyby nie wszechobecny, atakujący spojówki i drogi oddechowe pył siarkowy. Z megafonu na mostku pada polecenie, żeby zamknąć w kabinach bulaje, bo szykuje się mycie pokładów i nadbudówki. Słona woda puszczona pod ciśnieniem przez węże gumowe przynajmniej z grubsza spłukuje ze statku siarkowy nalot i już robi się „spacerowy”. Wszystkie statki myje się w morzu, zarówno z zewnątrz jak i od wewnątrz, kiedy opróżnią ładownie i zbiorniki. Między innymi dlatego morza są brudne.

,,Podhale” jest trampem, czyli statkiem, który nie kursuje na liniach regularnych, tylko tam, gdzie armator lub jego agenci widzą aktualnie potrzebę czyli interes. Ustalenia – gdzie, kiedy i z czym taki statek ma popłynąć, zmieniają się, jak w kalejdoskopie i nigdy do końca nie są pewne. Zwykłą rzeczą jest więc, że marynarz rano żegna się z dziećmi i żoną, mówi jej, że płynie np. do Kanady, a wieczorem wraca, bo termin wyjścia w morze został przesunięty na dzień następny, zaś kierunek zmieniono na Bliski Wschód i przez kilka następnych dni sytuacja się powtarza. W rezultacie wypływa, nie pożegnawszy się z rodziną, bo do końca myśli, że pewnie znowu przesuną termin wyjścia, ale będzie to nie na Bliski, tylko Daleki Wschód. Weźmy konkretnie nasz statek. W pierwszej wersji miał popłynąć z siarką do Salonik, stamtąd do Casablanki po fosfat, a termin rozpoczęcia rejsu wyznaczony został na 25 sierpnia. Później zmieniono Maroko na Syrię oraz przesunięto datę rozpoczęcia podróży na 1 września, a następnie na 4, z powodu poślizgu w terminie zejścia statku ze stoczni, gdzie przechodził okresowy remont. „Siarkopolowi” nie pasowało, żeby cały towar przetransportowany został do Salonik, chciał jego część wysłać do Włoch. Na domiar złego niepotrzebnie skierowano „Podhale” najpierw na Nabrzeże Wiślane w Gdańsku, gdzie zbiorniki siarki okazały się wyskrobane do dna, co przedłużyło czas rozpoczęcia załadunku o następnych kilka godzin. Ostatecznie wzięto siarkę na Nabrzeżu im. Obrońców Poczty Polskiej, ale do chwili wyjścia statku w morze trwały przetargi armatora z “Siarkopolem” o porty wyładowcze i z absolutną powagą rozważano kwestię, czy nie należy wymienić przyjętego już towaru na inny jego gatunek, gdyż poniewczasie okazało się, że miała to być masa granulowana, a nie sproszkowana.

Po kolacji w messie oficerskiej chief pokładowy, Walerian Jasiński, opowiada lepszą historię:

Parę lat temu, jeszcze jako drugi oficer, zamustrowałem na statek, który miał iść z węglem do Japonii, a później do Indii po rudę. To był mój imiennik, 36-tysięcznik „Gen. Jasiński” i czas rejsu obliczano na około 100 dni. Z Gdańska poszliśmy na Kanał Sueski, następnie do Singapuru na bunkrowanie i dalej już, bez zatrzymywania się, do Japonii. Po zdaniu ładunku, na wyjściu, agent armatora nie wiedział gdzie mamy płynąć. Były wersje – Indie lub Australia, ale gdzie dokładnie, tego nie potrafił określić. Ruszyliśmy więc wolno na południowy wschód i od wieczora do rana następnego dnia czekaliśmy no dyspozycje. Po 12 godzinach przez radio nadeszła wiadomość –mamy iść do Cedros Island w Zatoce Meksykańskiej. Przez cały Pacyfik szliśmy pod balastem, w Cedros Island załadowaliśmy sól, stamtąd statek pognał przez Kanał Panamski do Bostonu, gdzie nastąpił wyładunek. I dalej pod balastem na Florydę, po fosfat i dopiero z tym wróciliśmy do Szczecina. Z planowanych stu dni rejsu zrobiło się sto pięćdziesiąt i podróż dookoła świata. Nie muszę chyba dodawać, że moja ówczesna narzeczona, a obecnie żona nie była tym rejsem specjalnie zachwycona.

Pani Ewa Jasińska, tym razem towarzysząca mężowi w rejsie wraz z dwójką dzieci, uśmiechem potwierdza to, co powiedział. Każdy, kto pływa przynajmniej kilka lat we flocie handlowej, mógłby opowiedzieć mnóstwo podobnych historii. Wiele takich już słyszałem, dlatego ciekaw jestem, jak to będzie z moim rejsem. Teoretycznie ma on trwać 40-50 dni, ale jaką będzie biegł trasą i kiedy sie praktycznie zakończy, to pokaże czas. Na razie, zgodnie z „rozkładem jazdy” mijamy Bornholm. Mamy wyspę z lewej burty, z odległości kilkunastu mil, w ciemnościach, wygląda jak tajemniczy, wielopoziomowy tort udekorowany tysiącami świeczek.

W „Katoliku“

Zbigniew Milewicz

Sięganie pamięcią do wydarzeń, które miały miejsce ponad 30 lat temu, przypomina trochę wywoływanie duchów, kościół katolicki gani te praktyki, ale jak nie wywołam, to nie wyjaśnię, jak się w tym czasopiśmie znalazłem. Po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce skreślono mnie z listy pracowników katowickiego „Wieczoru“, w którym miałem etat publicysty, ponieważ psułem generalnie poprawną polityczną statystykę w popołudniówce. Może gdybym posłuchał kierownictwa redakcji, włos nie spadłby mi z głowy, a tak, dzisiaj jestem łysy. Mówili mi: poza redaktor Jarochowską tylko wy należycie do Solidarności, ale Marysia jest już na emeryturze. Co wam szkodzi się wypisać, chyba chcecie dalej u nas pracować? Oczywiście, że chciałem, ale nie za wszelką cenę.

Mojego przyjaciela, Bogdana Szewczenkę, usunięto wtedy z katowickiego ośrodka TV i, żeby zarobić na życie, nocami produkowaliśmy w jego piwnicy huśtawki dla dzieci, które rano zanosiliśmy na targowisko w starych Tychach, ale udało się nam sprzedać tylko jedną sztukę. Żeby nie nazywało się, że utrzymują nas żony, zmieniliśmy towar na ciuchy. Wyciągało się z szafy to, w czym człowiek już nie chodził, albo rzadko zakładał i konfekcja miała większe wzięcie, ale rodziny trudno było z tego wyżywić. Moja żona Mira pracowała wtedy w sekretariacie „Unitry“ w Katowicach, przedsiębiorstwa zajmującego się dystrybucją sprzętu elektrotechnicznego, a Teresa, połowica Bogdana, pisała w tyskim „Echu“. Bez finansowej pomocy moich teściów z Modrzejowa, bez obiadów na Dębowej, u mamy Niny, trudno byłoby nam z Mirą wyżyć. Mira spodziewała się narodzin naszego pierwszego syna, więc dobrze się stało, że krótko po jego przyjściu na świat, udało mi się wrócić do zawodu. W czerwcu 1982 roku ruszyło w Katowicach pismo „Katolik“, w którym i dla mnie znalazło się miejsce.

351px-Katolik_nr_1_1868Numer “Katolika” z 9 lipca 1868 roku

Tytuł nawiązywał do historycznego periodyku, znanego z walki z germanizacją Górnego Śląska. Pismo to wychodziło w latach 1868-1931, a jego najbardziej znanym naczelnym był, pochodzący ze Śląska Cieszyńskiego, Karol Miarka, społeczny działacz, nauczyciel, pisarz, publicysta i drukarz. Pierwszy numer pod jego redakcją ukazał się 1 kwietnia 1869 r. w Królewskiej Hucie, dzisiejszym Chorzowie.

katolikpaxNowy „Katolik“ należał do Stowarzyszenia PAX, o którym Katolicka Agencja Informacyjna pisze, co następuje:

Organizacja katolików świeckich kolaborująca z komunistycznymi władzami Polski Ludowej.

Stowarzyszenie powołane zostało przez Bolesława Piaseckiego i grupę osób związanych z dawnym Obozem Narodowo-Radykalnym Falanga, wydającą od 1945 pismo “Dziś i Jutro”. Stowarzyszenie uzyskało formalny status w 1947 r. “PAX” miał być jedyną, monopolistyczną organizacją katolicką, a zarazem instrumentem służącym rozbiciu Kościoła od wewnątrz.

PAX współpracował z ruchem księży patriotów, krytykował Episkopat Polski, popierał proces bp. Czesława Kaczmarka i uwięzienie Prymasa Wyszyńskiego.

To PAX-owi władze powierzyły w zarząd majątek Caritas i w latach 1953- 56 “Tygodnik Powszechny”, po tym jak redakcja odmówiła wydrukowania nekrologu Stalina.

PAX prowadził działalność społeczną i polityczną. Miał swoje koło poselskie w Sejmie PRL. Od 1947 do 1993 r. wydawał dziennik “Słowo Powszechne”. Posiadał też własny Instytut Wydawniczy.

Mimo daleko posuniętych ustępstw na rzecz władzy, stowarzyszenie, zwłaszcza po 1956 r. usiłowało jednak promować elementy nauczania katolickiego, zwłaszcza w odniesieniu do katolickiej nauki społecznej czy kwestii przerywania ciąży. Wydawało również książki, które gdzie indziej nie mogłyby legalnie się ukazać.

W wyniku przemian demokratycznych w Polsce Stowarzyszenie PAX zawiesiło działalność polityczną. Jego kontynuacją jest od 1993 r. Stowarzyszenie “Civitas Christiana” uznane oficjalnie w 1997 r. dekretem Prymasa Polski kard. Józefa Glempa za organizację katolicką.

© 2005-2007 Katolicka Agencja Informacyjna. Wszelkie prawa zastrzeżone.

PAX miał opinię mocno kontrowersyjną, stało za nim także wielu ludzi, którzy nie zgadzali się z jego negatywnymi ocenami i czego by o stowarzyszeniu nie sądzić, dzięki niemu z PRL-owskiej banicji wróciła do zawodu spora gromada nieprawomyślnych, śląskich dziennikarzy – i za to mu chwała.

RedakcjaRedakcja niemal w komplecie

Interes ubiły obydwie strony, do „Katolika“ przyszli bowiem pracować ludzie z wieloletnim stażem zawodowym, dobrzy rzemieślnicy, m.in. redaktorzy Leopold Kurek, Andrzej Babuchowski i Eugeniusz Łabus z Polskiego Radia, Michał Smolorz z telewizji, Włodek Paźniewski, z którym razem pracowaliśmy dawniej w „Dzienniku Zachodnim”, Edek Szopa, Czesław Ryszka, Janek Lewandowski, Magda Polakowska, niedościgniony fotoreporter, Bogdan Kułakowski, grafik Jurek Miciak… Naczelnym redaktorem początkowo dwutygodnika, a później tygodnika został poseł Jan Waleczek, a faktycznie tytułem kierowali Marian Filipek, Jan Jaśniak i Tadeusz Kurlus.

Zeitungsartikel _Seite_1Nie sprawdziły się czarnowidzkie gderania niektórych kolegów, że będziemy wszyscy za księżmi w procesji dzwonkami potrząsać, albo podlizywać się komunie. Nikt nikomu nie narzucał tematów, choć oczywiście kierownictwo redakcji miało swoje wytyczne i program, ale można się było wymigać od tego, co niewygodne. Krytyki władzy i pochwały opozycji w piśmie nie było. Mogliśmy za to delektować się tematyką kulturalną, wyżywać w społecznej, wydobywać z cienia różne kontrowersyjne fakty z najnowszej historii Polski, pokazywać ludzką krzywdę i interweniować w obronie ofiar. Oczywiście, często mówiło się w redakcji, że „Katolik“ uprawia tzw. zastępcze tematy, ale lepsze to było jednak od sprzedawania pietruszki czy huśtawek na bazarze. Sporo miejsca pismo poświęcało społecznej nauce kościoła, filozofii chrześcijańskiej i – rzecz jasna – pontyfikatowi oraz myśli Jana Pawła II.

Mnie po staremu interesował margines społeczny i tematyka obyczajowa, jeździłem do ludzi, którym działa się krzywda, a kiedy zjawił się w Polsce uzdrawiacz Harris, a po nim tyszanin Nardelli pokazał, co potrafi, zająłem się naturalnymi metodami leczenia chorób. Zrealizowałem także marzenie życia i popłynąłem w prawdziwy, dalekomorski rejs statkiem handlowym, który później opisałem i obfotografowałem radzieckim aparatem marki Zenit, co „Katolik” opublikował. Ten reportaż chciałbym też tutaj przypomnieć w następnych pięciu odcinkach.

W górę rzeki (21) – odcinek ostatni

Zbigniew Milewicz

Zataczanie koła

Zdania na temat tego, co ja tutaj wypisuję, są wśród moich czytelników podzielone. Mój przyjaciel Edmund na przykład uważa, iż sporo dowiaduje się o mnie z tych tekstów, ale że nadmierną szczerością mogę sobie i innym zaszkodzić. Cóż, na papieża nie będę już kandydował, do polityki też mnie nie ciągnie, a wiele osób, o których piszę już nie żyje, więc ani im nie pomogę, ani tym bardziej zaszkodzę. Zdecydowanie więc bliższy jest mi brat Zdzich, jako czytelnik, ponieważ umie się posługiwać zarówno batem, jak i marchewką. Przyjmuję więc od niego do wiadomości, że ojciec faktycznie miał problemy z kręgosłupem (o czym wspominałem w 18 odcinku), po tym, jak próbował bosakiem wyrwać kawał drewna ze strawionego pożarem komina fabrycznego, niedaleko ich domu na Goleniowskiej. Runęło to na ojca i uszkodziło mu dwa kręgi, chodził później kilka miesięcy w gipsowym gorsecie.

Rodzina Hamplów-rok 1914To ostatni wpis, tym razem zatem Autor podsuwa nam zdjęcia najróżniejsze, nadesłane przez rodzinnych Czytelników,  przypominające różne wpisy z ostatnich kilku miesięcy.
Tu: rodzina Hamplów, rok 1914. W pierwszym rzędzie od lewej prababcia Anna, dzieci: Emilia, Truda, Marika, Teo, Greta i pradziadek Tomasz. W drugim moja babcia Jadzia, Karol, Lena i Willi.

To były, jak mówi Zdzich, chude lata, w domu nie było czym palić w piecach, a ojciec robił, co było w jego mocy, żeby zapewnić rodzinie byt. Potwierdza, że miał on pewne maniery wschodniego satrapy, ale takie wzorce wyniósł z wileńskiego środowiska, w którym wyrastał. Próbował je zmienić, przeflancować na niemiecki styl życia, który mu imponował i miały mu w tym pomóc jego żony. Najpierw moja mama – pochodziła ze Śląska, który był dla ojca ucieleśnieniem germańskości. Później Celina, Pomorzanka, z prawdziwymi, niemieckimi korzeniami. Zdzich wspomina, że ojciec kupił sobie książki do nauki języka niemieckiego i przy wsparciu mamy Celiny opanował go do tego stopnia, że sobie później w domu czasami rozmawiali po niemiecku. Bardzo mu imponowała ta kultura, ale starych, wschodnich nawyków nie dało się całkowicie wykorzenić.

Komunia swietejGrety1916-z lewej babciaI Komunia święta Grety. Obok babcia.

Kiedy pożegnaliśmy ojca, jego miejsce zastąpiły opowieści o tym, jaki był. Zawsze starosłowiański, patriarchalny otec, nigdy tata, czasem tylko Terenia, żona Zdzicha tak o nim mówiła. Legenda łagodziła jednak jego rysy. Przed pierwszymi Zaduszkami namówiłem mamę Ninę na podróż maluchem do Wrocławia. Samochód był prezentem dla młodej pary od mojego dobrego teścia Mariana. Zgodziła się, ale odniosłem wrażenie, że robi to tylko dlatego, aby nie sprawić mi przykrości. Była już na emeryturze i po pierwszym zawale serca, kardiolog uważał, że wcześniej mogła zignorować lżejsze ataki, więc zalecał jej, żeby do maksimum oszczędzała się emocjonalnie i fizycznie. Interpretowała te zalecenia po swojemu, uważała, że człowiek jest tyle wart, ile potrafi zrobić dla innych. Nadal służyła wielu ludziom bezinteresownie dobrą radą, pisała im pisma do urzędów, tłumaczyła listy z niemieckiego na polski i na odwrót. Po śmierci babci gotowała Irce obiady i prała jej rzeczy, w niedzielę wszyscy gościliśmy na Dębowej, przepisywała moje teksty na maszynie, bo przecież umiała to robić lepiej ode mnie, potrafiła wcześnie rano wyjść mi na spotkanie z drugim śniadaniem, na most kolejowy, jak jechałem do redakcji. Kiedy dostałem wilczy bilet jako dziennikarz, oczywiście martwiła się, ale udawała spokojną. Martwiła się, że ma niską emeryturę i nie potrafi dzieciom finansowo pomóc, że jesteśmy na garnuszku moich teściów. Przy tym wszystkim niestety wypalała sporo papierosów, do mocnej kawy, parzonej po turecku.

Rok 1918-slub cioci Heleny- wujka AdolfaRok 1918 – ślub cioci Heleny i wujka Adolfa

Kiedy wychodziliśmy z osobowickiego cmentarza, powiedziała, że więcej już tutaj nie przyjedzie, co wytłumaczyłem sobie po swojemu, że lepiej było nie zabierać chorej mamy w tę podróż. Chyba na wiosnę następnego, 1984 roku, zmarł w Chorzowie, w bardzo sędziwym wieku wujek Adolf, mąż siostry babci, cioci Heleny. Był to człowiek ogólnie lubiany w rodzinie, znany z dowcipu, zamiłowania do płci pięknej i dobrych trunków, stary marynarz pruskiej floty wojennej. Pojechaliśmy z mamą na pogrzeb, później, na rodzinnym spotkaniu, które odbyło się w domu, w którym wujek mieszkał, powiedziała mi pogodnie: popatrz Zbysiu, zatoczyłam koło, tutaj się urodziłam.

ostatnie-wspolne-zdjecie-od lewej Irka-mama Nina-ja-MirkaOstatnie wspólne zdjęcie: Irka, Mama Nina, Autor i jego żona, Mirka

Na początku września, za swoją część skromnego spadku po ojcu kupiłem bilet na statek handlowy, który płynął do Syrii. Kilka dni po rozpoczęciu rejsu kapitan powiadomił mnie, że dostałem telegram – nagle zmarła moja mama. Znajdowałem się wtedy na Morzu Północnym, na którym szalał sztorm. Przeszkodził mi w przeprawie szalupą na kontenerowiec, wracający kontrkursem do Gdyni i nie byłem na pogrzebie mamy. Cały ciężar obowiązków, związanych z pochówkiem wzięła na siebie moja dzielna żona Mira, sporo pomógł jej nasz przyjaciel domu Lolek, ale dla mnie świat się wtedy w ogóle zawalił.

Opis zdjec w oryginale- nie wiem czyjego autorstwaKtoś, ale nie wiadomo kto, opisał te zdjęcia. Po niemiecku.

W górę rzeki (20)

Zbigniew Milewicz

Przychodzimy, odchodzimy…

Piosenką o takim tytule kończyli zwykle swój występ artyści Piotra Skrzyneckiego, z krakowskiej Piwnicy Pod Baranami, w moich dawnych, studenckich czasach. Dźwięczała mi w uszach przy pisaniu tego odcinka, więc pożyczyłem sobie jej słowa, bo pasują do tekstu. Prąd rzeki zniósł mnie już na rozlewiska w pobliżu ujścia i pora będzie pomału kończyć opowieść, ale wcześniej chciałbym jeszcze – przynajmniej szkicowo – wspomnieć o kilku ważnych wydarzeniach, które wywarły wpływ na moje dalsze życie.

Dziadek Erwin odszedł w wieku 77 lat, babcia Jadzia przeżyła go o 6 lat. W ostatnim okresie życia złagodniała, stała się bardziej wyrozumiała dla otoczenia. Po wylewie nie umiała się już poruszać bez laski, jednak umysłowo nadal była sprawna. Niektórzy w to powątpiewali, bo nagle stała się bardzo hojna, swoim ulubieńcom w rodzinie zaczęła rozdawać różne precjoza, które nagromadziła w ciągu swojego życia, kto jej mógł tego zabronić. Mieszkały z Irką przy ulicy Marchlewskiego w Tychach, niedaleko mojej mamy. Ich M-3 wymagało różnych, technicznych przeróbek, którymi zajmował się między innymi najmłodszy brat dziadka, wujek Feliks. Kiedy czas mi na to pozwalał, starałem się mu pomagać. Niewysoki mężczyzna o krzaczastych brwiach, szopie posiwiałych włosów i bulwiastym nosie, szybko zorientował się, że synek nie mo grajfki do techniki i zamiast przeszkadzać mu przy robocie, byłem za zaopatrzeniowca. Ze sklepu piwo mu przynosiłem, albo jakieś brakujące narzędzia, śrubki i nakrętki z piwnicy, jeszcze dziadkowe. Do pomocy przy sprzątaniu mieszkania przyjeżdżała, jak dawniej, ciocia Gryjta z ulicy Polnej w Chorzowie, już zupełnie zgarbiona i pomarszczona, ale nadal zadziwiająco żwawa i religijna starowinka. Na ciocię Irkę przy domowych zajęciach już nie można było liczyć. Kierowała teraz jednym z działów w Tyskiej Fabryce Serów i kiedy przychodziła z pracy, cały czas poświęcała czytaniu tych swoich romansów. Miała za sobą jeden nieudany związek małżeński, tam gdzie mogła zrobić dobrą partię coś poszło wspak, więc stała się zgorzkniała i jeszcze bardziej opryskliwa w obejściu.

Kasia z AniaKasia z Anią

Babcia doczekała się mojego ożenku z Kasią, który przypadł na początek 1974 roku. Wcześniej wydreptałem u gospodarza Śląska, generała Jerzego Ziętka, spółdzielcze M-3 w Tychach i tam uwiliśmy sobie małżeńskie gniazdko. Oczywiście ożeniłem się z miłości, inaczej być nie mogło i na Mikołaja dostałem piękny prezent, córeczkę, której daliśmy na imię Anna Maria. Trzy lata chodziliśmy z Kasią przed ślubem, zjedliśmy razem małą beczułkę soli, ale nie potrafiliśmy później ułożyć sobie wspólnego życia; formalny związek trwał bardzo krótko, zaledwie około roku. Babcia, pamiętam, była jedyną osobą z kręgu moich najbliższych, która namawiała mnie do cierpliwości i wycofania pozwu rozwodowego. Tej wytrwałości, jak w dawnych latach przy domowym pianinie, niestety mi zabrakło. Nie starczyło też wiedzy i doświadczenia w poskramianiu złośnic, niewątpliwie jednej z trudniejszych sztuk życiowych…

W kopalni Siemianowice- reportazPan reporter w pracy. W kopalni Siemianowice “na reportażu”

Pracowałem wtedy już w redakcji Dziennika Zachodniego w Katowicach, jako szpunciarz w kronice miejskiej i reporter sądowy. Było to zdecydowanie lepsze zajęcie od grzania stołka w państwowej administracji i organizowania widowni w teatrze Wyspiańskiego, którym poświęciłem po studiach pierwsze dwa lata życia zawodowego. Dziennikarstwo dawało mi satysfakcję, chciałem się tu doskonalić i rozwijać, ale jest to temat na inną okazję. Podobnie jak moje drugie małżeństwo, z Mirą, którą poznałem kilka lat po rozwodzie z Kasią. Wytrzymało długo, dwie dekady, z tego związku mam dwóch dzielnych synów.

Niedługo po naszym ślubie, latem 1982 roku, po raz pierwszy odezwał się Zdzich, mój starszy brat po mieczu. Zadzwonił do mamy Niny z uzdrowiska w Wiśle, w Beskidzie Śląskim, gdzie przebywał z żoną Terenią i dziećmi na wczasach. Powiedział, że wie od cioci Marii, ile mamie zawdzięcza, więc postanowił ją odnaleźć, spotkać się i podziękować. Miał szczęście, po rozwodzie ze Stefanem, moim ojczymem, mama wróciła do pierwszego, ślubnego nazwiska, dalej mieszkaliśmy na Śląsku i w domu na Dębowej był telefon, a co za tym idzie – adres w książce telefonicznej, którą wertował w domu wczasowym. Pojechaliśmy do Wisły w czwórkę – moja mama Nina, Irka, Mirka i ja. Plus czworonóg cioci, Filip. Kilkumiesięczny synek został pod opieką mojej kochanej teściowej – to wcale nie żart – mamy Meli z zagłębiowskiego Modrzejowa. Zdzich czekał na nas na peronie, razem z żoną i synami, 11-letnim Krzysiem i 5-letnim Sławkiem. Dziwne było przywitać się na niedźwiedzia z ludźmi, których widzisz pierwszy raz na oczy, ale lody szybko stopniały. Przyjechali w Beskidy z Gryfina, pod Szczecinem. Mój brat miał tam mieszkanie zakładowe z elektrowni Dolna Odra, gdzie pracował jako starszy mistrz. Z okazji naszego spotkania Zdzich z Terenią wydali miłe, skromne przyjęcie w kawiarni domu wczasowego, które zapoczątkowało serię następnych spotkań.

Na dworcu w Wisle mama Nina ze Zdzichem i ZbychemMama Nina ze Zdzichem i Zbychem na dworcu w Wiśle

Po zakończeniu turnusu przyjechali do Tychów, gdzie z kolei my staraliśmy się ich ugościć po staropolsku. Później mama została zaproszona do Gryfina, wtedy spotkała się także z ciocią Marią, która mieszkała na szczecińskiej starówce i z Celiną, drugą żoną naszego ojca, na Dunikowskiego. Wróciła do Tychów zmęczona, ale cieszyła się, że odbyła tę podróż. Po niej my z Mirą pojechaliśmy na Północ, gościliśmy u Zdzicha i Tereni i poznaliśmy pozostałych braci: Mariusza, Ryszarda i Edwarda, ich bliskich oraz przyjaciół i wszędzie były to progi nadzwyczaj gościnne. Wszyscy bracia mieli konkretne, techniczne zawody i poza najmłodszym Edwardem, także już swoje rodziny. W międzyczasie odbyły się chrzciny mojego syna i Zdzich został ojcem chrzestnym.

Od lewejMariuszEdwardZdzich-Ja- Ryszard-SlawekOd lewej Mariusz, Edward, Zdzich, Zbych, Ryszard – mały na dole to Sławek

Tamten bogaty dla mnie w wydarzenia 1982 rok poprzedziła inna, pamiętna data, wprowadzenie stanu wojennego w Polsce. Wszystkie publiczne media zostały zawieszone, a ich pracownicy otrzymali okolicznościowe urlopy, aż do odwołania. Po ciekawej, kilkumiesięcznej próbie sił w Rozgłośni Polskiego Radia na Ligonia, pisałem wtedy w katowickiej popołudniówce, redakcji Wieczoru . Kiedy nadeszła weryfikacja dziennikarskich kadr, z politycznych powodów znalazłem się za burtą (Alles ist eine Reise), czyli znów pogruchotało mi trochę kości. Dziadek Erwin, w poprzednim wpisie, sierdził się na komunę nie bez powodu.

Mój ojciec nie mieszkał już wtedy w Dąbiu. W latach 70 drugi związek małżeński rozsypał mu się, jak i pierwszy, Szczecin mu obrzydł, i tata wyjechał do Wrocławia. Tam zatrudnił się jako kierowca w pewnym przedsiębiorstwie budowlanym i zamieszkał w hotelu robotniczym, w dzielnicy Psie Pole. Na ojcowiźnie, na Goleniowskiej, urządził się syn Mariusz z rodziną, a kiedy pod koniec lat 80 wyjechali do Niemiec, włości przejął Ryszard, kiedy rozstał się z żoną Danką. Dotąd mieszkali z córeczką Olą u teściowej, na pobliskiej ulicy Nysy. Na początku lipca 1983 r. dostałem od braci wiadomość, że zmarł nasz ojciec. Pojechaliśmy do Wrocławia załatwić niezbędne formalności i pochowaliśmy go na cmentarzu w Osobowicach.

ojciec-tereniaZdzichKrzysJedno z ostatnich zdjęć ojca – po lewej Terenia, po prawej Zdzich i Krzyś

Rzeczy, które zostawił po sobie na Psim Polu, z łatwością zmieściliśmy w naszych podręcznych bagażach. Siemistrunnaja gitara przypadła w udziale Mariuszowi, albo Ryszardowi, już nie pamiętam dokładnie, któremu z nich, ja powiedziałem, że chcę dostać jego ciepłą, zieloną kurtkę z wojskowymi pagonami, i była moja. Nosiłem ją później aż do zdarcia, najwyraźniej mieliśmy z ojcem podobny gust jeżeli chodzi o ubiór. Tylko on bardziej niż ja dbał o swój wygląd. Na Goleniowskiej miał w odrzwiach zamontowany drążek, na którym regularnie ćwiczył i kiedy na mnie patrzył, pytał rzeczowo: Zbyszku, a po co ci ten śmietnik? Znaczy brzuch, choć mnie się wtedy wydawało, że w ogóle go nie mam. Ojciec stronił od kościoła, a jednak wśród przedmiotów, które zostawił po sobie, znalazłem obrazek Chrystusa Zmartwychwstałego, taki, jaki dostaje się od księdza po kolędzie. Pamiętam, że mocno mnie on zaskoczył i wzruszył. Położyłem go ojcu na piersi, zanim zamknięto wieko trumny.

***
Przypis od Redakcji. Autor pisze w tekście „do Tychów”, co wstrząsnęło duszą redaktorki, aliści… Proszę poczytać

Rocznica

Zbigniew Milewicz

Zostań z nami

Zszedł ze swego łoża boleści, zanim oficjalnie stwierdzono jego zgon. Dokładnie stało się to wtedy, kiedy w drodze z Niemiec do Polski, tak powszechnej dla mnie jak droga z piekarni do domu, zobaczyłem przez szybę samochodu deszcz meteorytów sypiący się z nieba, a może tylko jedną gwiazdę, która spadając potrąciła sąsiednie, a tamte znowu inne i zrobiło się zamieszanie w tym rejonie nieboskłonu. Po chwili jednak wszystko wróciło do stanu ładu i równowagi, a Główny Księgowy Firmamentu odnotował w swoim laptopie, że Stan Ciał Niebieskich został zmniejszony w wyniku Rotacji Transcendentalnej o jedną wypaloną jednostkę, a następnie zastąpiony nową. Jej potencjał i możliwości energetyczne znał jednak wyłącznie Główny Energetyk.

To znaczy, do światowych mediów poszła informacja, że: Zszedł o 21.37, a tak naprawdę wydarzyło sie to o 21.31. Wtedy, kiedy monitor elektrokardiogramu pokazał linię płaską, a nie, kiedy ustały funkcje mózgu. On bowiem, mimo swojej wybitnej inteligencji, całe życie kierował się przede wszystkim sercem, a nie rozsądkiem. Spojrzał na sponiewierane chorobą ciało, tak, jakby przed chwilą nie należało do niego, na swoją byłą świtę i medyków zgromadzonych koło łóżka i z ulgą opuścił szpitalny apartament.

Przed budynkiem, na placu, niezliczony tłum z zapalonymi świecami modlił się nadal o Jego zdrowie. Wszystko prawie było jak przedtem: ludzie śpiewali religijne pieśni, skandowali Jego imię, odmawiali różaniec, ale na ich twarzach, zamiast zachwytu malował się smutek. Zauważył, że ten smutek ma różne barwy; dominowały ciemne brązy, różne odcienie szarości, czerni, ale zdarzało się, że spod nich przebijał żywy róż, czerwień, błękit, pomarańcz… Mocniej, albo słabiej, ale wyraźnie były widoczne; podobnie wyglądały oblicza niektórych Strażników Tajemnicy, zgromadzonych wokół Sacrum. Ciągnął się za nimi charakterystyczny, siarkowodorowy zapaszek, każda z tych osób wyposażona była w różnych rozmiarów i kształtów Nożyczki Do Obcinania Kuponów. Większość z nich miała kształt krzyża, ale widział także nożyczki w kształcie młota na niesprawiedliwość społeczną, komunizm, faszyzm, aborcję, albo terroryzm, ale tylko… pobłażliwie uśmiechnął się na ten widok. Gdyby żył, pewnie zareagowałby inaczej.

Odczekał chwilę, aż otworzyło się okno na górze i dostojnik w purpurowych szatach obwieścił Urbi et Orbi, że On nie żyje. I zanim na Placu rozlegl sie powszechny lament, opuścił go. Udał się za rzekę, do Braci Biednych i Bezdomnych, którym raz na rok, na wiosnę, obmywał nogi. Od razu go poznali. Ślepy (od denaturatu) Julek posadził go na skrzynce od margaryny i otulił kocem, bo nocne zimno ciągnęło od rzeki. Głupia Ewka z chmarą swoich i nie swoich dzieciaków herbaty w blaszance mu przyniosla, a Stefek-hifek na harmonijce Cicha Noc zagrał, choć przecież Chrystusik już umarł i dopiero co zmartwychwstał. A Cygan Urke powiedział, że jak nie ma się gdzie podziać, to niech zostanie z nimi.

Zawsze jestem z Wami – powiedział.

Monachium, 07.04.2005

W górę rzeki (19)

Zbigniew Milewicz

Marsz, marsz Polonia…

W Lidzbarku Warmińskim był końcowy poligon, rekrucki znój i wreszcie żołnierska przysięga. Wcześniej jednak musieliśmy przez trzy lata, raz w tygodniu, chodzić na zajęcia w studium wojskowym UJ. Siedem godzin można było wytrzymać, wkładało się mundur, buty gwoździami podbite, zimą długi szynel, rogatywkę i maszerowało się na zajęcia w Collegium Novum. Naprzeciw stała podrzędna knajpa, zwana Barceloną, w której po szkoleniu piwko tak smakowało… Na porannym apelu, w drugiej kompanii, „bili do dacha” m.in. bracia Zielińscy, Skaldowie, których popularność dopiero się rozpoczynała.

03Na poligonie w LidzbarkuNa poligonie w Lidzbarku

Szkolili nas starzy frontowcy, musztry uczył podpułkownik, albo major, Bąkowski, ogniowego – mjr Proniewicz, taktyki – mjr Bednarski i każdy z nich był wielkim oryginałem. O naszych przełożonych krążyły liczne anegdoty, wynikały zaś na ogół z frontowych opowieści, na które naciągaliśmy ich, aby skrócić nudny materiał dydaktyczny. Z katedry padało na przykład stwierdzenie, że woda wrze w temperaturze 90 stopni… Student przerywał wykładowcy, że jednak będzie ich 100, na co tamten ripostował, iż w warunkach bojowych wszystko wygląda inaczej… Albo: kąt prosty, jak wiadomo, ma 180 stopniAleż, panie majorze, fama głosi, że 90Powiedzcie famie, że jest głupia…

04Major Bednarski i jego studenciMajor Bednarski i jego studenci

Mjr Bednarski, o poczciwej, kresowej duszy, lubił opowiadać, jak zdobywał wała pomorska i szczerze martwił się, że studenci przychodzą na zajęcia z taktyki nie przygotowani. – Ta idziesz ty z kolegą i dziewczyną na ten przykład do kina – chrząkał. – Czemu nie weźmiesz ze sobą zeszytu z taktyki ? Kolejka długa na kilometr, niech kolega jej pilnuje, a ty z boku stoisz i powtarzasz na głos, co w zeszycie zapisane. Później kolega twój to robi, ty za niego w kolejce i obydwaj zdajecie na piątkę.
A co z dziewczyną? – padało z sali pełne troski pytanie.
Ty już, synok, nie martw się, ona sobie poradzi – szczerzył pożółkłe zęby.

Major Proniewicz oczekiwał od nas wiedzy szczegółowej, bo i szkolenie ogniowe tego wymagało. Trzeba było nie tylko umieć sprawnie rozebrać i złożyc np. ręczny karabin maszynowy, ale i nazwać wszystkie jego części. Na końcowym egzaminie mógł niejednego z nas tymi detalami wykończyć, ponieważ jednak lubił sobie wypić, odpowiednio się przygotowaliśmy. Na krakowskim Pasterniku mocno grzało tamtego dnia słońce i ono też było naszym sprzymierzeńcem. Złożyliśmy się na skrzynkę piwa i pół litra czystej, którą ukradkiem został ochrzczony chmielowy napój. Przy trzeciej butelce major był już w świetnym nastroju i stawiał studentom coraz lepsze stopnie. Wszyscy zdali, choć nie dał rady całej skrzynce. Nasi kelnerzy zanieśli go do służbowej Wołgi, a on po drodze z rozrzewnieniem śpiewał Marsz, marsz Polonia. Tej pieśni w czasach PRL-u oficjalnie się nie wykonywało, ale egzaminy dobiegły końca i major był już osobą prywatną.

O1TaniecZwyPod koniec szkolenia wojskowego dopuściłem się pewnego skandalu. Pojechaliśmy ciężarówkami na zajęcia z taktyki, na Pasternik. Porucznik Pietras, dowódca kompanii, ogólnie świetny gość, rozdał nam ślepe naboje, których nie wystrzelałem do końca. W czasie drogi powrotnej usiadłem sobie z tyłu pojazdu, obok koleżka, któremu też coś zostało w magazynku i przy Plantach, na raz – dwa – trzy, odsłoniliśmy plandekę.

Taniec zwycięstwa po przejściu do cywila

Po serii z dwóch kałasznikowów, jakiś starszy mężczyzna spadł z roweru, na ulicy zrobiło się zamieszanie, a my mieliśmy wielką frajdę. Dostaliśmy za ten wybryk ostrą naganę i dwa tygodnie sprzątania magazynów studium wojskowego, co było w pełni zasłużoną karą.

Napisałem o tym szczeniackim numerze, ponieważ przypomniało mi się, że na ostatnim roku studiów znowu pojawił się motyw strzelania, tym razem ostrą amunicją. Był marzec 1968 roku, do studentów, którzy w Żaczku konspirowali przeciw nadużyciom komunistycznej władzy, przeniknęli prowokatorzy bezpieki. Pamiętam obcego, młodego mężczyznę (rozpoznałbym go jeszcze dziś), który mocno namawiał nas do wyłamania drzwi w magazynach z bronią studium wojskowego UJ i do użycia jej w czasie demonstracji, przeciw milicji. Na szczęście nikt gada nie posłuchał.

Zanim rozpoczął się tamten trudny okres, było jeszcze trochę miło. W czasie wakacji, w Międzyzdrojach, poznałem Magdę z Warszawy, studiowała na SGPiS. Zaczęły się wyjazdy do stolicy, razem chodziliśmy na spektakle kabaretowe, do Dudka, Owcy, STS- u. Mieszkała na Targówku, w ładnej willi z ogrodem, poznałem jej sympatycznych rodziców. Czasami przyjeżdżała do Krakowa, wtedy zabierałem ją do Teatru Stu, Krzysztoforów, Jamy Michalikowej. Był i stary hotel w Tomaszowie Mazowieckim, leżącym mniej więcej w połowie drogi między dwoma stolicami. Szlagier o nazwie Tomaszów – słowa Julian Tuwim, muzyka Zygmunt Konieczny – śpiewała wówczas Ewa Demarczyk, gwiazda kultowej Piwnicy Pod Baranami, nie mogliśmy tam więc nie pojechać. Pamiętam nasze rozczarowanie senną mieściną, jednak poeta miał prawo się nią zachwycać. Stamtąd pochodziła jego ukochana żona, Beatrycze – „Panna, Madonna, legenda tych lat”.

02Magda-TomMazZ Magdą w Tomaszowie Mazowieckim

Nie napiszę, że byłem w Magdzie zakochany po same uszy, bo zaraz ktoś powie, że to u mnie nic nowego. Moja mama ją w każdym razie lubiła i chyba nie miałaby nic przeciw naszemu małżeństwu. Kiedy w 1968 r. posadzono mnie na Montelupich, Magda napisała do niej list z prośbą, żeby powiedziała mi, że kończy ze mną znajomość. Mama nie zrobiła tego, zaś ów dokument znalazłem wśród rodzinnej korespondencji dopiero parę lat temu. Verba volant, scripta manent, słowa ulatują, pisma pozostają. Ktoś mi później powiedział, że po studiach wyjechała do Paryża, tam wyszła za mąż i wzięła za konserwację zabytkowych mebli, ale wtedy był to już dla mnie czas przeszły dokonany.

Ponieważ sąd uniewinnił mnie od zarzutu działania na szkodę władzy ludowej (Papierowych rycerzy ciąg dalszy), po wyjściu z więzienia mogłem wrócić na uczelnię. Dokończyłem studia i obroniłem pracę magisterską. W Chorzowie, na Wesołej, gdzie dawno nie byłem, mój niemłody już dziadek Erwin powiedział mi jedno, gorzkie zdanie, którego nie zapomnę: jak oni mogli grozić, że wam pogruchoczą kości, nie takiej Polski chciałem, żałuję, że byłem powstańcem. Była to aluzja do marcowego wystąpienia Edwarda Gierka na wiecu w Katowicach, w którym zapowiadał twardy kurs przeciw opozycji. Zapewniłem dziadka, że nie dam sobie zrobić krzywdy, ale on myślał pewnie o kruchości ludzkiej egzystencji i nietrafności życiowych wyborów w skali ogólnej.

Był na emeryturze, chorował i na przykład wielu pracom remontowym w domu nie mógł już podołać, całe gospodarstwo pozostawało praktycznie na głowie babci, a o sprzedaży posesji nie chciał nawet słyszeć. Wtedy uzmysłowiłem sobie, że jestem cholernym egoistą. Pojawiam się w Chorzowie raz na jakiś czas, przyniosę węgla z piwnicy, narąbię drewna, trochę posiedzę i już mnie nie ma, znikam w swoim wygodnym świecie. Kiedy mój dziadek Erwin zmarł i dwaj pracownicy zakładu pogrzebowego wynosili z mieszkania trumnę, w przedpokoju dźwignęli ją trzykrotnie pod sufit i powiedzieli: gospodorz, pożegnejcie się z domem! Taki był koniec adresu na Wesołej 5. Dom został szybko i tanio sprzedany, babcia z ciocią Irką kupiły dwupokojowe mieszkanie w Tychach i życie potoczyło się dalej, uboższe o jednego bliskiego człowieka.

P.S. Dziękuję Krystianowi Cichowskiemu, że w 16 odcinku tej opowieści skorygował imię naszego wychowawcy ze Słowaka, prof. Brzozy, które brzmi Janusz.

W górę rzeki (18)

Zbigniew Milewicz

Szaleństwa młodości

Chyba nie odpowiedział mi na ten list; adres miałem z biura meldunkowego, musiał się zgadzać. Napisałem więc do ojca jeszcze raz, tym razem informując go, że na letnie wakacje wybieramy się z mamą do Międzyzdrojów, to niedaleko od niego i mógłbym przyjechać do Szczecina-Dąbia. Podobnie, nie otrzymałem odpowiedzi. Przyszło lato, któregoś dnia wsiadłem w Międzyzdrojach w pociąg, pojechałem do Dąbia i metodą koniec języka za przewodnika dotarłem na ulicę Goleniowską.

Pamiętam, że tabliczka z moim nazwiskiem na drzwiach mocno mnie wzruszyła, ale postanowiłem trzymać fason. Drzwi otwarła drobna blondynka, powiedziałem, kogo szukam, wskazała na łazienkę koło przedpokoju. Szczupły, wysportowany mężczyzna w szortach obrzucił mnie badawczym spojrzeniem: Pan kto ? Syn Zbyszek – odpowiedziałem. Skurczył się jakby w sobie, zamrugał powiekami, powtórzył moje imię i zmienionym głosem powiedział, że nie spodziewał się… Kazał żonie wprowadzić mnie do pokoju. Wyglądało na to, że nie otrzymał ode mnie żadnego listu. Zajmowali parter w poniemieckiej willi, w jednym pokoju ganiał jakiś chłopak, przypuszczałem, że to mój młodszy brat po mieczu ( później okazało się, że był nim najmłodszy Edward ). W drugim, gościnnym, stała komoda, tapczan, stół z krzesłami i fotel, w którym ojciec po wyjściu z łazienki sobie usiadł i polecił żonie, żeby założyła mu buty. Był ubrany w elegancki garnitur, butów sobie sam nie zawiązywał, ponieważ – jak mi na poczekaniu wyjaśnił – cierpiał na bóle kręgosłupa. Wskazał żonie stół, jeden gest, żadnego słowa. Sprawnie i szybko nakryła go białym obrusem, z kredensu wyjęła zastawę i poszła do kuchni.

Tak pysznej sałatki pomidorowej, jaką przyrządziła, jeszcze nie jadłem. Ojciec wniósł do pokoju kryształową karafkę ze spirytusem, rozcieńczonym wodą, napełnił kieliszki i wzniósł uroczyście toast, za nasze spotkanie synu. Ucztowaliśmy tylko we dwóch, małżonka ojca, Celina, milcząco nam usługiwała. Napełnił ponownie karafkę, trunek był jeszcze mocniejszy niż poprzednio, ale zupełnie nie czułem jego działania. Myśli miałem klarowne, kontrolowałem, co mówię, a ojca interesowało, jak żyję ja, a co robi i jak wygląda moja mama, pochwalił, że studiuję w Krakowie. Sam o swoim życiu prawie nie mówił. Utrzymywał siebie i rodzinę z reperowania starych samochodów, które później sprzedawał, finansowo było to słabo opłacalne. Celina urodziła mu trzech synów, Ryszarda, Mariusza i Edwarda, czyli w sumie miałem czterech braci po mieczu, doliczając Zdzisława, najstarszego z nas. Powiedział, że często myślał o mnie i o mamie, jak nam się wiedzie na Śląsku i chciał płacić mi alimenty, które zasądził sąd, ale nigdy nie było z czego.

Nurtowało mnie także, czy prawdą było to, co w swoim czasie ciocia Maria, siostra ojca, opowiedziała mojej mamie. Mianowicie, że faktycznym ojcem trójki dzieci babci Urszuli był pewien hrabia, któremu ona prowadziła dom. Małżonka chlebodawcy cierpiała na bezpłodność i kiedy, jako drugi urodził się mój ojciec, hrabia tylko jemu dał swoje nazwisko (z wileńska wymawiało się to dźwięczniej, naźwisko ), aby ród Milewiczów nie zaginął. Ciocia Maria i jej siostra Stasia nie dostąpiły tego zaszczytu. Historia brzmiała dla mnie bardzo powieściowo (choć oczywiście na hrabiowski tytuł bym się nie obraził) i kiedy powtórzyłem ją ojcu, zaprzeczył, jakoby choć trochę miała być prawdziwa. Jego zdaniem, ciocia Maria zawsze miała wybujałą wyobraźnię. Na ścianie w gościnnym pokoju wisiała siemistrunnaja gitara ojca, poprosiłem, żeby na niej coś zagrał, ale już nie pamiętam, czy to zrobił. Dobrze się czułem w jego progach, emanował życzliwością, ale przecież kiedy powiedział, że spodziewa się, iż zagoszczę tutaj przynajmniej kilka dni, zobaczę jego przydomowy warsztat pracy, może w czymś mu pomogę, wymówiłem się. Chciałem wracać do Międzyzdrojów.

Wieczorem podziękowałem za gościnę, odprowadził mnie na stację, ponownie mieliśmy się spotkać za kilka dni w Międzyzdrojach. Tym razem we trójkę z mamą. Nie wiem, kto wpadł na ten niefortunny pomysł, ojciec czy ja. Rozmowa na plaży się nie kleiła, siedzieli obok siebie jak obcy sobie ludzie. Poszliśmy do restauracji coś zjeść, płacił ojciec, na odjezdnym powiedział, że znowu nas odwiedzi. Dawał mojej mamie do zrozumienia, że chętnie ponownie związałby się z nią, ale co zamierzał w takim razie zrobić ze swoją obecną rodziną, tego nie mówił. Ulubiona maksyma mojego ojca brzmiała: dopóki u człowieka siły witalne są, powinien rodzina zakładać. Wygłosił ją do nas, stojących na peronie, z okna odjeżdżającego pociągu, tym swoim głębokim, melodyjnym głosem, który nie pozostawiał cienia wątpliwości, że jest dokładnie tak, jak mówi. Chyba więc szczęśliwie dla wszystkich do kolejnego spotkania we troje już nie doszło.

Do domu z uczelni przyjeżdżałem średnio dwa razy w miesiącu. Zawoziłem brudne ciuchy, wracałem z czystymi, z wałówą i pieniędzmi od mamy na czynsz i życie w Krakowie. Na II roku zmienił nam się adres, mama dostała dwupokojowe mieszkanie spółdzielcze przy ulicy Dębowej w Tychach. Od III roku studiowanie stało się dla mnie przyjemnością, ubyło nauki, a przybyło wolnego czasu, który mogłem spożytkować choćby na śpiewanie w chórze akademickim UJ, którym dyrygował Stanisław Has, albo na działalność w teatrze studenckim. Co prawda wystąpiłem tylko w jednej sztuce, w Wariacie i zakonnicy Witkacego, wyreżyserowanej przez Łukasza Jasielskiego, ale co to była za rola! Zagrałem pielęgniarza, chyba Pafnucego, który w pewnym momencie sam wariuje i w końcowej scenie zawisa na podwyższeniu, w pozie Ukrzyżowanego. Dzisiaj myślę, że scena ta była zbyt naturalistycznie zagrana, ale wtedy wyznawałem zasadę: im mocniej tym lepiej.

Na III roku zacząłem waletować, nie byle gdzie, bo w Domu Studenckim UJ Żaczek, przy ul. 3 Maja, którym kierował legendarny Jan Buszek, postać godna oddzielnego tekstu, poza tym cyklem. Później udało mi się zalegalizować pobyt w akademiku. W Żaczku nauczyłem się grać w brydża i poznałem gorzki smak pokera. Poznałem też sporo fajnych, ciekawych ludzi – komicznego Jurka Kowalskiego, zwanego powszechnie dziadkiem, który studiował prawo, Wieśka Fiszera z psychologii, serdecznego Andrzeja Rygorowicza, też z psychologii, który był poza tym utalentowanym plastykiem, Bogdana Barwińskiego, z nim chodziłem po Tatrach, porąbanego rusycystę Szulkina… Straty finansowe w pokerze odrabiałem, albo i nie, w studenckiej spółdzielni pracy, która także nazywała się Żaczek. Tam nauczyłem się niestety trochę oszukiwać. Głównie świadczyłem usługi w zakresie szorowania różnych hal fabrycznych po malarzach, a przekręty polegały m.in. na mnożeniu przerobionych powierzchni, co było często stosowaną praktyka, więc jak natrafiała się ku temu okazja, nawet nie wypadało stosować równania 2+2=4. Najciekawsze było, że w tej spółdzielni pracowali przeważnie przyszli prawnicy, wśród których obracałem się w akademiku. Nigdy później w życiu nie wiodło mi się finansowo lepiej jak w tamtym okresie. Stać mnie było z kolegami na wynajęcie nocą taksówki do Zakopanego, na dancingi w Feniu, albo Cracovii. Kiedy kupiłem mamie na urodziny, na bazarze, piękny, drogi materiał na sukienkę, byłem dumny, że mnie stać.

Pewnego dnia Wieśkowi Fiszerowi udało się znaleźć w jakiejś podkrakowskiej stodole, pod stertą słomy, poniemiecki, terenowy samochód marki Volkswagen Kübelwagen, który podobno miał za sobą udział w kampanii Rommla w Afryce. Złożyliśmy się w kilka osób i za dwa tysiące złotych staruszek był nasz. Wiesiek został oficjalnym właścicielem, wyremontował silnik i po miesiącu już jeździliśmy nim po Krakowie, budząc zrozumiałe zainteresowanie. Celem eskapad były głównie żeńskie akademiki, skąd zabieraliśmy na wycieczki najładniejsze studentki. Wiesiek miał łeb do interesów, ubrany we frak i cylinder, woził młode pary do USC, a kiedy Janusz Morgenstern zaczynał kręcić w Krakowie kolejny odcinek Stawki większej niż życie, podpisał umowę o statystowanie z samochodem w filmie. Dziadkowi, który był świńskim blondynem i na różnych imprezach studenckich znakomicie parodiował przemówienia wodza III Rzeszy, także udało się załapać na statystę do filmu. Został szeregowym żołnierzem Wehrmachtu, w przerwach między zdjęciami chodził we wrogim mundurze po krakowskim rynku i kiedy łyknął sobie trochę piwa, to się ku uciesze przechodniów po swojemu wygłupiał.

volkswagenMorskieOkoPod Wodogrzmotami Mickiewicza, autor z przyjaciółmi i weteranem szos…

Pewnego tygodnia zdjęcia zakończyły się już w piątek, do poniedziałku rana był czas, żeby wypróbować auto na dłuższej trasie, chociaż zgodnie z umową, pod groźbą finansowych restrykcji, Wieśkowi z rekwizytem nie wolno było opuszczać Krakowa. Pojechaliśmy całą paczką do Bukowiny Tatrzańskiej. Weteran spisywał się na trasie bez zarzutu, rozpędzał do ponad setki, choć trochę miał problemy z hamulcami, ale bezpiecznie zajechaliśmy na miejsce. Zaparkowaliśmy auto w obejściu Franka i Marysi Surówków, którzy znali mnie od dziecka, daliśmy im kluczyki, z przykazaniem, żeby nam ich już dzisiaj pod żadnym pozorem nie wydawać i poszliśmy na dancing do Janosika. To była magiczna knajpa, także zasługująca na oddzielną opowieść. Wspomnę tylko, że grała w niej najlepsza na świecie, cygańska orkiestra, która tak potrafiła wejść człowiekowi w duszę, że gotów był ją diabłu sprzedać, byle tylko jeszcze raz usłyszeć Czardasza Montiego, solo na skrzypcach. Kelnerki w lokalu nie mogły później nadążyć z trunkowymi zamówieniami i takiego to właśnie szalonego wieczoru wydarzył się wypadek.

Jakim cudem udało się Wieśkowi odpalić samochód, tego nie wiem. Do środka weszli Szulkin, dziadek i jakieś dwie młode góralki, które mieszkały w Białce i szarmancki kierowca, nie bacząc na swój stan nietrzeźwości, postanowił odwieźć je do domu. Ja wcześniej poszedłem spać do zaprzyjaźnionych gazdów, więc o wszystkim dowiedziałem się dopiero rano. Na drodze prowadzącej zakosami ostro w dół w pewnym momencie wysiadły reflektory. Kierowca myślał, że droga skręca w prawo, a było odwrotnie. Weteran w bojowym stylu pokonał stromy stok, przeleciał nad żerdką pola i wpadł chłopu do stodoły. Widocznie stodoła była mu jednak sądzona. Wrak długo później stał tam jeszcze, górale pokazywali to z drogi turystom, jako miejsce cudu, bo taki straśny wypadek, a nikomu nic się nie stało… Wieśkowi tylko stłukło się jedno szkło w okularach. Naturalnie mieliśmy później problemy z miejscową milicją, a w Krakowie z kierownikiem produkcji filmu, ale ostatecznie wszystko udało się załatwić polubownie. Takie wtedy były czasy.

W górę rzeki (17)

Zbigniew Milewicz

Rok 1963

Licealista początku lat 60 nie miał tak lekko jak dzisiaj jego wnuk, jeżeli chodzi o szkolną dyscyplinę. Nauczyciele zwracali uwagę na schludność wyglądu uczniów, ich fryzury, szkolne tarcze na rękawach ubrań, dziewczyny musiały nosić granatowe fartuszki „do kolan“ z białymi kołnierzykami, a chłopcy, przy większych okazjach – garnitury i krawaty. Te na szczęście były wtedy w modzie. Któregoś dnia doszedł nam nowy rygor: nie ma żadnego chodzenia po kawiarniach i późnym wieczorem po mieście, chyba, że w towarzystwie dorosłych.

Z dyrekcją liceum, która wydała te zarządzenia, nie było sensu ani zwyczaju dyskutować, szkoła miała jeszcze swój autorytet. Można było natomiast próbować obchodzić niewygodne i  – co tu dużo mówić – nieludzkie przepisy. Tarczę mocowało się przy pomocy plastra do agrafki, zamiast przyszywać ją na fest do ubrania, fartuszek koleżanki zostawiały po lekcjach w szatni, skromna bluzeczka znikała w torbie z książkami, a na światło dzienne wychodził seksowny, różowy sweterek, który kuzynka przysłała z RFN. Największą trudność sprawiał  wybór właściwego lokalu na randkę. Kawiarnia Malinowa w ogóle nie wchodziła w rachubę, była zbyt blisko budy i belfrowie lubili w niej bywać. Pozostawała Delta albo Nasza. Kiedyś wybrałem Deltę i miałem pecha, bo ledwo usiedliśmy przy stoliku, a tu wchodzi do kawiarni nasz chemik, prof. Szarszaniewicz w towarzystwie jakiejś kobiety. Udawał, że mnie nie widzi, ale przy najbliższej okazji w szkole nie omieszkał zapytać, co tam robiłem i w czyim byłem towarzystwie. Na szczęście dziewczyna siedziała tyłem do niego i nie mógł widzieć jej twarzy. Skłamałem więc, że to była moja ciocia Irka, za złamanie zakazu groziło obniżenie stopnia z zachowania. Profesor znał ciocię, w swoim czasie także uczył ją chemii, podobnie, jak prof. Jazowy – łaciny. Wtajemniczyłem ją zatem w szczegóły afery i poszła na najbliższą wywiadówkę, zamiast mamy. Ciocia Irka umiała kłamać jak z nut, tylko że stary, kresowy lis też o tym wiedział, niby uwierzył, że to ona towarzyszyła mi w Delcie, ale do końca liceum miałem u niego przechlapane. Hrabia, co psy obrabia – docinał mi, kiedy nie radziłem sobie z ćwiczeniami na lekcjach, ale chemika mimo wszystko nie można było nie lubić.

mama-ciociairka-pomaturzeZ chwilą zdania egzaminu dojrzałości cały ten balast ograniczeń przestał nas, młodych ludzi, obowiązywać. Kiedy przyszedłem ze Słowaka na Wesołą, mama usadowiła mnie na fotelu w gabinecie, uroczyście poczęstowała wawelem z ozdobnej, drewnianej papierośnicy i podała mi kieliszek wina. Pamiętam, że był to tokaj aszu. Domyślała się, że od pewnego czasu podpalam papierosy, a na prywatkach, na które wprawdzie rzadko, ale chadzam, pija się nie tylko oranżadę. Było mi wtedy – pamiętam – bardzo niezręcznie z tymi atrybutami dorosłości.

Mama i Ciocia Irka ze świeżo upieczonym maturzystą

Na temat mojej przyszłości w domu nie rozmawialiśmy. Mama niczego mi nie sugerowała, nawet swoją ulubioną metodą między wierszami , chciała, żebym sam podjął decyzję, a ja do końca nie wiedziałem, co chcę robić. Najpierw postanowiłem, że złożę podanie do Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni, ale na przeszkodzie stanęły wysokie wymagania w zakresie nauk ścisłych. Później zobaczyłem siebie na scenie zawodowego teatru. Za radą profesora Gurgacza zacząłem przygotowywać na egzamin początek Popiołów Stefana Żeromskiego, Ogary poszły w las… Chciałem też zadeklamować którąś z mickiewiczowskich ballad a na improwizację pokazać np. jak krótkowidz nawleka igłę nitką, ale w międzyczasie pojawił się wątek łapówki dla kogoś ważnego z komisji egzaminacyjnej, bez której podobno trudno było zdać. Z tzw. wiarygodnych źródeł wynikało, że oczekiwana jest suma rzędu 30 tysięcy złotych, takiej kwoty w domu nie było.

Zdjęcie poniżej: Autor w wawelskim grodzie

Na wawelskim wzgórzu...Mama milczkiem zaczęła się więc rozglądać za jakimś ciepłym stołkiem dla mnie w administracji, w której miała kontakty, kiedy ją zaskoczyłem. Za pięć dwunasta złożyłem podanie na studia, na Wydziale Filologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, w katedrze slawistyki, zdałem egzaminy wstępne i zostałem studentem I roku. W tamtym czasie Polska dopiero otwierała się na zagranicę, wycieczka nad ciepłe morze w Bułgarii była równie egzotyczna, co dziś na Hawaje. W nagrodę za zdaną maturę mama zafundowała nam obojgu wyjazd do Złotych Piasków i tam poznałem Bubę, piękną dziewczynę z Sofii, w której oczywiście zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Ogólnie bowiem byłem chłopię kochliwe. Kiedy więc później pytano mnie, dlaczego postawiłem na bułgarystykę, w sumie mało praktyczny kierunek studiów, zawsze zwalałem na Bubę, argumentując, że miłość jest ślepa. Teraz przyznam się, że wierutnie kłamałem, bo dokonałem tego wyboru jeszcze przed wyjazdem nad Morze Czarne. Nie wyszło mi ze szkołą morską i teatralną, więc postawiłem na miłą mi cyrylicę, którą zaszczepiła mi pani Żurkowa w podstawówce. Najchętniej poszedłbym na rusycystykę, ale tam przypadało piętnastu kandydatów na jedno miejsce, a na slawistyce tylko bodaj siedmiu, wolałem nie ryzykować. Chciałem dostać się na studia w Krakowie. Po pierwsze były one nobilitacją, szansą na wyfrunięcie z Chorzowa, na usamodzielnienie się w mieście, przed którym Śląsk zawsze zdejmował czapkę. Mogła ciocia Irka skończyć swoją akademię rolniczą w Cieszynie-Olsztynie, chciałem i ja pokazać, że nie jestem głupszy. Mama gotowa była to finansować. Alma Mater Jagiellonica obchodziła właśnie 600-lecie istnienia, był to dla mnie wielki splendor.

Katedrą Filologii Słowiańskiej kierował prof. Stanisław Urbańczyk, ceniony językoznawca, bohemista, który przyjął do wiadomości, że zamierzam zostać bułgarystą, ale bardziej mu  pasowałem jako czechista, więc zapisał mnie na swój kierunek. Po roku miałem sam zdecydować, czy będę to kontynuował. Z dzisiejszym rozumem byłbym wdzięczny profesorowi za jego ingerencję w moje plany edukacyjne, bo i dorobek kulturalny nad Wełtawą był bogatszy i miałem większe szanse na pracę po studiach jako bohemista. Uparty, bałkański osioł uległem jednak swoim sentymentom i kiedy po trzecim roku pojechałem po raz pierwszy na praktykę  językową do Sofii i tam spotkałem się z Bubą, bez przeszkód mogliśmy się porozumiewać w jej  języku ojczystym. Niestety blondyni o nordyckiej urodzie mieli na Bałkanach dużo większe notowania u dziewczyn, niż chłopaki takie, jak ja i zawiesiła oko na Ryśku, moim koledze z roku. Doszło do skandalu, z zazdrości poniosły mnie nerwy i publicznie pobiliśmy się z kolegą. Nigdy więcej już nie spotkałem Buby, ale przecież nie przerwałem z tego powodu studiowania języka, który tak naprawdę  w późniejszym życiu do niczego mi się już nie przydał.

Na stancji u Rajpoldów, z Krystianem.Główną zmorą na I roku był scs, język starocerkiewno-słowiański, czasami Krystian Cichowski mi przypomina, jak kułem na głos czytanie starych tekstów. Drugą – zajęcia z historii języka polskiego, które prowadziła bardzo wymagająca prof. Ewa Ostrowska. Zamieszkaliśmy razem z Krystianem na Długiej 18, na stancji u rodziny Rajpoldów, albo Raypoldów, w przejściowym pokoju; Krystian zdał do Wyższej Szkoły Pedagogicznej, na kierunek geografii i miał swoje Himalaje wiedzy do zdobycia, a najmłodszy syn gospodyni był bardzo żywotny i nie dawał łatwo skupić się nam na nauce. Stara, krakowska kamienica nadal stoi, kiedy jestem pod Wawelem, czasem dochodzę tam z Basztowej. Nie ma już tego małego sklepiku przy wejściu, w którym było wszystko czego dusza zapragnie, za to są domofony i krata na stu włamywaczy w drzwiach.

Krystian i autor na stacji u Rajpoldów

Zanim dostałem się na studia, pojechałem do Krakowa zobaczyć Juvenalia, przy okazji składania dokumentów na uczelni. Mówiono później, że było to ostatnie, krakowskie święto żaków w wielkim stylu, w końcu wpisywało się ono w historyczny jubileusz UJ. Zapamiętałem z niego dwa obrazy – karykatury władz uczelni i jej profesorów, niesione przez wesołych przebierańców i model amerykańskiej, kremowej limuzyny, którą z wysiłkiem dźwigała gromada studentów. W środku siedział sam Melchior Wańkowicz, ubrany w jasny garnitur, w kapeluszu z szerokim rondem, towarzyszyła mu elegancka pani, podobno żona. W listopadzie 1963 r. stuknęła mi natomiast osiemnastka. Kiedy przyjechałem do Chorzowa, żeby poświętować z tej okazji, okazało się, że odezwał się także wielki nieobecny, mój ojciec. Przysłał mi ze Szczecina-Dąbia telegram z życzeniami urodzinowymi i był to dla mnie powód do radości. Wtedy postanowiłem napisać do ojca list, żeby się z nim spotkać.

W górę rzeki (16)

Zbigniew Milewicz

Morze, nasze morze…

Okazji do wystąpienia na scenie w sali gimnastycznej czy na czwartym piętrze w auli Słowaka nie brakowało. Były liczne akademie ku czci…, rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego, wśród zapraszanych gości pojawiali się prominenci. Czasem zaszczycał nas obecnością brat naszego polonisty, słynny tenor operowy, Bohdan Paprocki, a wtedy dokuczała mi trema. Jakże tu bowiem zaśpiewać popisowe Mississippi*, żeby taki zawodowiec później przy rodzinnej herbatce nie zapytał: a skąd żeście wytrzasnęli tego amatora?

W czasie występu miałem więc podzielną uwagę. Z jednej strony starałem się jak najlepiej oddać klimat amerykańskiego musicalu i wcielić w mojego idola- był nim zaś sam Paul Robeson – a z drugiej baczyłem na minę dostojnego gościa. Nie znając oryginału, śpiewałem ten utwór po polsku, ale kto wtedy poza anglistą znał na sali angielski… Chętnie też deklamowałem wiersze przy różnych okazjach, występowałem w konkursach recytatorskich, aż do pamiętnego zjazdu absolwentów chorzowskiej szkoły handlowej, któremu towarzyszył program artystyczny, w Domu Kultury Huty „Kościuszko“. Dziś jest to Teatr Rozrywki.

Na prośbę dyrekcji Słowaka miałem w nim wystąpić z wierszem, który chyba nosił tytuł Szkoła, ale już nie pamiętam, czyjego był autorstwa. Traktował on o uczniu, który miał nauczyć się na pamięć wiersza i odpytywany przez nauczyciela, pogubił się w treści. Czasu na przygotowanie deklamacji było sporo, około tygodnia, tylko za bardzo nie czułem tego tekstu. Jak na mój gust był zbyt liryczny. Wolałem ekspresyjne wiersze, w rodzaju Spotkania Jerzego Jurandota, śmieszne Słówka Boya, lubiłem klimat mickiewiczowskich utworów. Wkułem jednak wiersz na pamięć, a przynamniej tak mi się wydawało, stanąłem za kulisami i czekałem, aż przyjdzie na mnie czas. Najpierw miałem być na scenie czwarty z kolei, później reżyser zdecydował, że pierwszy po przerwie, a w rzeczywistości wyszedłem jako przedostatni. Sala miała około 500 miejsc i zajęta była do ostatniego fotela. Kiedy zmrużyłem oczy pod światłem jupiterów i powiedziałem pierwszą zwrotkę, w głowie zapanowała idealna pustka a suflera pod sceną nie było. Do miejsca, w którym uczeń z wiersza zapomniał słów brakowało dwóch zwrotek, więc jak bym nie kombinował, była klapa. Skonfundowany skłoniłem się przed publicznością, powiedziałem przepraszam i przy brawach wyszedłem za kulisy. Rozpoczynały się letnie wakacje, ze wstydu przez kilka dni nie opuszczałem domu. Mama, która uczestniczyła w tym zjeździe, pocieszała mnie jak mogła, że wyszło naturalnie, wszyscy myśleli, że zagrałem zapominalskiego. Sporo czasu musiało jednak minąć, zanim przełknąłem tę pierwszą, dużą porażkę w swoim życiu.

W harcerstwie nie było złych dni. Nasza drużyna, którą kierował znakomity Maciek Gadomski, stała się wodniacka dopiero w połowie mojej licealnej edukacji. Z początku chodziliśmy, jak to lądowe szczury, z kompasem na azymut, zdobywaliśmy beskidzkie szczyty, a najpierw uczyli się harcerskich praw, żeby móc złożyć przysięgę. Później zdobywało się odznakę ZHP. Moim zastępowym był kolega z klasy, Romek Hardyk, po jakimś czasie sam dochrapałem się tej funkcji, w stopniu ćwika. Kiedy zastępy zamieniły się w załogi, zostałem załogowym. Żeby mieć na czym pływać, pod okiem instruktora wzięliśmy się za budowę kanadyjek, harcówka zamieniła się w pracownię szkutniczą i było to pasjonujące zajęcie. Nie używany magazyn na dziedzińcu szkolnym własnoręcznie wyremontowaliśmy i przerobiliśmy na hangar. W czasie 1-Majowego pochodu nasza drużyna, dwójka , maszerowała ulicą Wolności i z dumą niosła te łodzie na barkach, oczywiście z pieśnią na ustach. Morze, nasze morze, wiernie ciebie będziem strzec… Przyszedł czas na ich zwodowanie, żadna nie wymagała poprawki. Tylko już nie pamiętam, gdzie my na nich pływaliśmy: na Pogorii, w Paprocanach, czy w Goczałkowicach?

wodniacyZ druhem Zdebikiem, chyba w Goczałkowicach.

W Harcerskim Ośrodku Wodnym nad Jeziorem Goczałkowickim zdobywałem patent żeglarski, w warunkach, jak przystało, surowych. Przez trzy czwarte kursu lało jak z cebra, my pod namiotami, albo na dezetach, najpierw na wiosłach, jezioro wzdłuż i wszerz, dzień za dniem. Później stanęły żagle i zaczęliśmy się uczyć od podstaw żeglarskiego rzemiosła oraz egzotycznie brzmiących achterpików, rafów, fałów i halsów. Za przewinienia i psoty na pokładzie czołgaliśmy się za karę w kapokach pod ławkami lub wspinaliśmy na top grota. Stare łodzie musiały lśnić czystością, codziennie pod okiem bosmana szorowaliśmy dek ryżowymi szczotkami, jak na burcie farba się łuszczyła, trzeba było ją zdrapać i położyć nową warstwę. W zamian bosman uczył nas węzłów i opowiadał ciekawe historie. Między innymi o tym, jak powstało to sztuczne jezioro, jak zalano wieś razem z jej cmentarzem i po nocach straszyło, jak pływały trumny z umrzykami, słychać było różne jęki i wycia. Kiedy więc zgodnie z programem zorganizowano nam nocny alarm i kazano wypłynąć na środek jeziora, na jakąś mieliznę i wyskoczyć za burtę, żeby znowu zepchnąć łódź na wodę, było trochę strasznie. Po powrocie do ośrodka, w namiotach zrzuciliśmy mokre mundury, zawinęli w suche koce, każdy dostał kubek gorącej herbaty, chyba z kroplą czegoś mocniejszego i więcej niczego do szczęścia nam już nie brakowało. Oczywiście najpiękniejszą chwilą, jaką zapamiętałem z Goczałkowic, było ogłoszenie wyników egzaminów na stopień żeglarza. Zdali wszyscy, kiedy usłyszałem, że przyznano mi patent, poczułem się jakby mnie pasowano na mężczyznę.

Także letni spływ kajakowy, który nasza drużyna rozpoczęła w okolicach Krzepic na Liswarcie a zakończyła w Bydgoszczy, był dużym wyzwaniem. Płynęliśmy Wartą, Notecią i kanałami do Gopła, a później Kanałem Bydgoskim, zajęło nam to dwa tygodnie, dłonie od wioseł miałem zgrabiałe i kiedy spływ się skończył, odetchnąłem z ulgą. Z drugiej strony miałem satysfakcję, że podołałem trudom tej wyprawy. Ukoronowaniem moich młodzieńczych, wodniackich przygód było bałtyckie, przybrzeżne pływanie, w ramach praktyki po zakończeniu kursu żeglarskiego. Odbywaliśmy ją na starych szalupach z Batorego, przebudowanych na trójżaglowe jachty, z kojami dla dziewięciu osób. Po tygodniu pracy na pokładzie, trudnych, nocnych wacht i wrześniowych sztormów, zawinęliśmy znowu do Gdyni i musiało minąć trochę czasu, zanim ląd przestał nam chybotać pod stopami.

klasazbychaCzęść naszej klasy i grono profesorskie przed egzaminem dojrzałości, autor to ten grubas z tyłu.

Między wakacyjną przygodą i popisami na scenie w liceum trzeba się było uczyć. Szło mi to różnie, ale starałem się traktować naukę poważnie i nie chodziłem na wagary. Nauczycieli mieliśmy na ogół wymagających, jednych darzyło się sympatią, innych nie za bardzo. Z polonistą, prof. Januszem Paprockim nie miałem najlepszego kontaktu, choć sam przedmiot lubiłem. Naszym wychowawcą był nieco kostyczny profesor Jan Brzoza, który nauczał historii; w XI klasie przejęła tę funkcję dla odmiany ciepła w relacjach międzyludzkich profesor Wala Michalska, także historyczka. Profesor Franciszek Gurgacz, pedagog już starszy wiekiem, prowadził szkolną bibliotekę i to on uczył mnie warsztatu recytatorskiego, doradzał wybór lektur, był człowiekiem wielkiej kultury i mądrości, a prywatnie ojcem serdecznej przyjaciółki cioci Irki. Prof. Jazowy, mój surowy nauczyciel łaciny w liceum, mieszkał wraz z rodziną na parterze naszego domu przy ul. Wesołej. Jako dzieciak zawdzięczałem mu ratunek z pewnej opresji; łażąc po wysokim płocie, oddzielającym nasz ogród od podwórka, w pewnym momencie straciłem równowagę i zawisnąłem głową w dół, z nogą między sztachetami. Na szczęście był w domu, kiedy zacząłem się drzeć i wołać o ratunek. Nie mogłem więc obijać się z łaciny, dług wdzięczności trzeba było spłacić.

przebierancy-zbychFizyki nauczał wielki oryginał, profesor Emil Pieczka, zawsze gładko zaczesany do tyłu. Solidnej budowy ciała, latem przychodził do szkoły w pumpach i trampkach, zimą w swych słynnych spodniach i butach narciarskich oraz flanelowej koszuli w kratkę. Siadał bez słowa i cienia wyrazu na twarzy za katedrą, wyjmował czarny, zatłuszczony notes, otwierał go na jakiejś stronie, marszczył czoło i dopiero wtedy zaszczycał nas spojrzeniem. Zgromadzeni w amfiteatralnej sali śledziliśmy lot tej strzały, panowała pełna napięcia cisza, ale czasami nas zwodził. Zatrzymywał np. wzrok na Adamie Kandziorze, a padało nazwisko Milewicz i trzeba było iść do tablicy. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek dostał u Emila piątkę, dobry stopień trafiał się bardzo rzadko, natomiast czysta trója stanowiła dla ucznia powód do dumy. Był jednak sprawiedliwym nauczycielem.

Z Krystianem Cichowskim i Krzyśkiem Kozubskim na licealnym balu przebierańców.

O matematyku, profesorze Swadźbie, którego nie można było nie lubić, pisałem w poprzednim odcinku. Z tego, co mówił mi Krystian Cichowski, wynika, że Jasiu nie daje się czasowi. Stuknęła mu już osiemdziesiątka, ale dalej czynnie uprawia turystykę górską w Tatrach i organizuje wystawy filatelistyczne. Z Krystianem przyjaźnimy się od Słowaka, od ponad ćwierćwiecza mieszka w Berlinie. Podobnie jak ja zawsze lubił chodzić po górach, a na nizinie po kawiarniach i sporo tych wędrówek odbyliśmy razem. Z Wieśkiem Polczykiem razem żeglowaliśmy, prześcigali się w zbieraniu znaczków pocztowych i z zapałem grali w ping-ponga. Dobry kontakt miałem z Krzyśkiem Kozubskim, Jurkiem Żakiem, Maćkiem Gibasem, Januszem Durajem, Andrzejem Gregorczykiem, Sewerynem Sowiakiem i Mietkiem Kozłowskim. Z dziewczyn, z Basią Marklowską, Krysią Pudełko i Haliną Delakowicz. Z Krysią sympatyzowaliśmy już w podstawówce, z Haliną uczyliśmy się razem do matury rosyjskiego, który wybraliśmy na przedmiot dodatkowy.

Adresatką moich pierwszych, młodzieńczych amorów była jednak Inga, córka sąsiadki przy ulicy Wolności. Jej mama sprzątała nam czasami mieszkanie, myła okna a zdarzało się, że robiły to razem. Dziewczyna była starsza ode mnie o kilka lat, pewnie miała już za sobą jakieś seksualne doświadczenia i gotowa była się nimi ze mną podzielić, ale ja nie potrafiłem przemóc chorobliwej nieśmiałości w stosunku do dziewczyn, choć niesamowicie mi się podobała. Miała południowy typ urody, bujne kształty, wesoły i bezpośredni sposób bycia, tylko wypadało rwać taką wisienkę.

Z Gienią, którą później poznałem w Słowaku, było podobnie. Dla odmiany blondynka, ale też bardzo aerodynamicznie zbudowana, poruszała się tak zmysłowo, że nie mogłem oderwać od niej wzroku. Miała w sobie coś z Nany, głównej bohaterki powieści Emila Zoli, którą „pożyczyłem“ sobie z księgozbioru cioci Irki i czytywałem w tajemnicy przed dorosłymi. Z rasowej, paryskiej kurtyzany… Takie typy kobiet najbardziej przemawiały do mojej seksualnej wyobraźni. Na pierwsze, niewinne pieszczoty z Gienią pozwoliłem sobie jednak dopiero, kiedy skończyłem 18 lat… Uwierzycie, że nawet wtedy nie posunąłem się dalej…? Taka była ze mnie romantyczna gapa.

* „Showboat”, muz. Jerome Kern a utwór, który śpiewałem nosił w oryginale tytuł Ol`Man River. Po niedawnym odsłuchaniu na youtube znakomitego nagrania z 1936 r., mam nadzieję, że nikt nie nagrywał w liceum moich popisów.

Wpis okolicznościowy

Zbigniew Milewicz

Wiosna

Osobiście uważam świętowanie Dnia Kobiet w XXI wieku, w Europie za anachronizm. Miłe Panie posiadają więcej praw od nas, mężczyzn, nie ma już niemal zawodu, w którym nie pokazałyby, że są lepsze, jesteśmy na każde ich skinienie, kto tu właściwie powinien obchodzić dzień dyskryminowanej mniejszości? Tak panowie, macie rację, to my, na Czterdziestu Męczenników można by było ustanowić takie święto. Póki co jest jednak 8 marca i mam od głównej animatorki naszego bloga zamówienie na okolicznościowy wpis z tej okazji. Ewa chciała, żeby był pikantny, ale skąd emeryt ma wziąć pieprz, albo chili? Wszystko zwietrzało. Poza tym najwybitniejsze słowa na temat kobiet już zostały w literaturze napisane i niczego nowego, choćby miało moc viagry nad viagrami, już nie wymyślę.

Dlatego oddam głos mojemu ulubionemu poecie, Julianowi Tuwimowi, który dokładnie sto lat temu napisał pikantny wiersz, p.t. Wiosna, zamieszczony w tomie Sokrates tańczący. Ponieważ właśnie nam się zaczyna ta pora roku, będzie na temat, do tego witalnie. W podtytule autor nazwał swój utwór dytyrambem, czyli pieśnią pochwalną, która ma swoje źródło w greckich obrzędach ku czci boga wina i sztuki, Dionizosa. Towarzyszyły im radosne libacje i orgie seksualne, które znajdziemy także w wierszu, tylko zamiast radości jest zwykła zwierzęcość ludzkich żądz. Rozpasany tłum daje im upust w wielkomiejskiej scenerii, może Łodzi, z której poeta pochodził. Tuwim nie oszczędza czytelnika, epatuje dosadnymi słowami, wulgaryzmami, więc współczesna mu krytyka literacka nazwała go pornografem. Czy słusznie? Faktycznie, człowiek we Wiośnie nie brzmi dumnie, kobieta nie ma subtelnych rysów, ale kto zabroni poecie takiej wizji świata.

Gromadę dziś się pochwali,
Pochwali się zbiegowisko
I miasto.
Na rynkach się stosy zapali
I buchnie wielkie ognisko,
I tłum na ulicę wylegnie
Z kątów wypełznie, z nor wybiegnie
Świętować wiosnę w mieście,
Świętować jurne święto.
I Ciebie się pochwali,
Brzuchu w biodrach szerokich,
Niewiasto!

Zachybotało! Buchnęło – i płynie –
Szurają nóżki, kołyszą się biodra,
Gwar, gwar, gwar, chichoty,
Gwar, gwar, gwar, piski,
Wyglancowane dowcipkują pyski,
Wyległo miliard pstrokatej hołoty,
Szurają nóżki, kołyszą się biodra,
Szur, szur, szur, gwar, gwar, gwar,
Suną tysiące rozwydrzonych par,
– A dalej! A dalej! A dalej!
W ciemne zieleńce, do alej,
Na ławce, psiekrwie, na trawce,
Naróbcie Polsce bachorów,
Wijcie się, psiekrwie, wijcie,
W szynkach narożnych pijcie,
Rozrzućcie więcej “kawalerskich chorób”!
A!! będą później ze wstydu się wiły
Dziewki fabryczne, brzuchate kobyły,
Krzywych pędraków sromne nosicielki!
Gwałćcie! Poleci każda na kolację!
Na kolorowe wasze kamizelki,
Na papierowe wasze kołnierzyki!
Tłumie, bądź dziki!
Tłumie! Ty masz RACJĘ!!!

O, ty zbrodniarzu cudowny i prosty,
Elementarny, pierwotnie wspaniały!
Ty gnoju miasta tytanicznej krosty,
Tłumie, o Tłumie, Tłumie rozszalały!
Faluj, straszliwa maso, po ulicach,
Wracaj od rogu, śmiej się, wariuj, szalej!
Ciasno ci w zwartych, twardych kamienicach,
Przyj! Może pękną – i pójdziecie dalej!

Powietrza! Z swych zatęchłych i nudnych facjatek
Wyległ potwór porubczy! Hej, czternastolatki,
Będzie dziś z was korowód zasromanych matek,
Kwiatki moje niewinne! Jasne moje dziatki!

Będzie dziś święto wasze i zabrzęczą szklanki,
Ze wstydem powrócicie, rodzice was skarcą!
Wyjdziecie dziś na rogi ulic, o kochanki,
Sprzedawać się obleśnym, trzęsącym się starcom!

Hej w dryndy! Do hotelów! Na wiedeński sznycel!
Na piwko, na koniaczek, na kanapkę miękką!
Uśmiechnie się, dziewczątka, kelner wasz, jak szpicel,
Niejedną taką widział, niejedną serdeńko…

A kiedy cię obejmą śliskie, drżące łapy
I młodej piersi chciwie, szybko szukać zaczną,
Gdy rozedmą się w żądzy nozdrza, tłuste chrapy,
Gdy ci kto pocznie szeptać pokusę łajdaczną –

– Pozwól!!! Przeraź go sobą, ty grzechu, kobieto!
Rodzicielko wspaniała! Samico nabrzękła!
Olśnij go wyuzdaniem jak złotą rakietą!
“Nie w stylu” będziesz – trwożna, wstydliwa, wylękła…

Wiosna!!! Patrz, co się dzieje! Toć jeszcze za chwilę
I rzuci się tłum cały w rui na ulicę!
Zośki ze szwalni i pralni, “Ignacze”, Kamile!
I poczną sobą samców częstować samice!

Wiosna!!! Hajda – pęczniejcie! Trujcie się ze sromu!
Do szpitali gromadnie, tłuszczo rozwydrzona!
Do kloak swe bastrzęta ciskaj po kryjomu,
I znowu na ulicę, w jej chwytne ramiona!!!

Jeszcze! Jeszcze! I jeszcze! Zachłannie! Bezkreśnie!
Rodźcie, a jak najwięcej! Trzeba miasto silić!
Wyrywajcie bachorom języki boleśnie,
By, gdy je w dół wrzucicie nie mogły już kwilić!

Wszystko – wasze! Biodrami śmigajcie, udami!
Niech idzie tan lubieżnych podnieceń! Nie szkodzi!
– Och, sławię ja cię, tłumie, wzniosłymi słowami
I ciebie, Wiosno, za to, że się zbrodniarz płodzi!