Katastrofy

Zbigniew Milewicz

Wielki pożar Londynu

Data nosiła w sobie trzy diabelskie szóstki, w roku 1666 prawie doszczętnie spłonęła stolica Albionu. Do czasów II wojny światowej była to największa katastrofa w historii tego miasta. Gdyby nie niekompetencja władz jej skutki mogły być wielokrotnie mniejsze.

Jak na owe czasy miasto było ogromne – z przedmieściami Londyn liczył najprawdopodobniej 500-600 tysięcy mieszkańców i zapewne był najludniejszym miastem świata, a z pewnością Europy. Dla porównania – Gdańsk, największe miasto ówczesnej Rzeczypospolitej, liczył mniej niż 100 tysięcy osób, a Kraków, Warszawa i Wilno nie przekraczały 30 tysięcy.

Był też bardzo bogaty – dochód na głowę mieszkańca ówczesnej Anglii należał do najwyższych na świecie i tylko Holandia była bogatsza. W XVII w. Anglia rywalizowała z wchodzącymi w okres schyłku swej potęgi Niderlandami o panowanie na morzach (kiedy pożar wybuchł, toczyła się akurat wojna z Holendrami). Interesy londyńskich kupców i bankierów coraz częściej wykraczały poza Wyspy.

We wrześniu 1666 roku na londyńskiej giełdzie dyskutowano m.in. o pierwszym transporcie tytoniu, który przypłynął z Wirginii, nowej zamorskiej kolonii, i który uważano za zapowiedź wielkich zysków. Miasto dochodziło do siebie po wielkiej zarazie, która panowała przez wiele miesięcy 1665 i 1666 roku, i z optymizmem patrzyło w przyszłość.

Miasto rozrastało się we wszystkich kierunkach, choć odbywało się to w sposób nieco chaotyczny. Kronikarz John Evelyn opisywał city jako „naturalne, ogromne skupisko drewnianych domów”. Widać z tego, że ryzyko wystąpienia pożarów było bardzo prawdopodobne. Otoczona starymi rzymskimi murami metropolia była wypełniona po brzegi, pełna wąskich uliczek i domów z dachami ze strzechy. Przypomniała trochę stos na ognisko, który aż się prosi, by dostarczyć mu zbawienną iskrę.

Wg wiadomości ze strony internetowej Tunguska.pl w centrum plątaniny uliczek pracował Thomas Farynor, piekarz. Jego zakład, usytuowany nad Tami­zą przy Pudding Lane, o rzut beretem od słynnej Tower, zaopatrywał samego króla Karola II Stuarta. W nie­dzielny poranek, 2 września 1666 roku, jak zwykle rozpalono piec do czerwoności. Przez nieuwagę ogień wydostał się poza piekarnię i rozprzestrzenił się dookoła. Farynor i jego rodzina zostali uwięzieni w mieszkaniu nad piekarnią, ale cudem udało im się uciec przed płomieniami. Jedynie ich sparaliżowana strachem służąca nie odważyła się stawić czoła płomieniom i stała się pierwszą ofiarą pożaru.

Feralnego dnia poranek w Londynie był wietrzny. Ogień szybko więc rozprzestrzeniał się na sąsiednie domy. Należało je zburzyć, aby nie ryzykować wystąpienia efektu domina. Ale właściciele budynków przeciwstawili się decyzji. Jedyną osobą, która posiadała wła­dzę, by przeprowadzić taką akcję, był burmistrz Thomas Bloodworth. Gdy dotarł na miejsce, ogień już przeniósł się na kolejne budynki, zbliżając się do magazynów papieru i składów materiałów łatwopalnych. Strażacy przekonywali do natychmiastowe­go zburzenia domów, ale burmistrz uchylał się od podjęcia decyzji. Argumentował, że budynki są wynajmo­wane i najpierw trzeba by się skontak­tować z właścicielami.

The Great Fire Of London
Wikipedia commons: The painting is in the [style] of the Dutch School and is not dated or signed, it is thought to be from the 17th century, and so in the public domain.

W przeciwieństwie do biernego burmistrza król działał szybko. Gdy tylko dostał informację o pożarze, wysłał urzędnika z de­cyzją o zburzeniu domów. Ale pożar był już nie do opanowania. Po południu prze­kształcił się w gwałtowną burzę ogniową. To zjawisko ma miejsce, kiedy bardzo duża powierzchnia jest objęta pożarem, a powietrze nad nią staje się skrajnie gorące i zaczyna się unosić. Wtedy krążące bliżej powierzchni ziemi zimniejsze powietrze także się unosi, wypełnia­jąc wolną przestrzeń, co powoduje silne wiatry. Ruchy powietrza podsycają płomienie, do­starczając im więcej tlenu. Tak rozkręca się burza ogniowa, w której sercu temperatura może przekroczyć nawet 2000 stopnie Celsjusza.

W końcu wiatr trochę zelżał, a garnizon Tower użył prochu do stworzenia pasów przeciwpoża­rowych, które w końcu uniemożliwiły rozprzestrzenianie się płomieni. W tamtych czasach Londyn nie miał zorganizowanej straży pożarnej. Gaszeniem pożarów zajmowały się firmy ubezpieczeniowe. Robiły to przy użyciu podstawowego sprzętu, głównie ręcznych pomp wodnych, które nie wy­starczały przy tak potężnym pożarze. Dopiero równe dwieście lat póź­niej zaczęła działać pierwsza londyńska zor­ganizowana straż pożarna.

Po kilku dniach pożaru miasto było spustoszone. Spłonęło ponad 13 000 budynków, czyli około dwóch trzecich całego miasta. Z historycznych zabytków przepadła Katedra Świętego Pawła, którą trzeba było wznosić na nowo. Odbudowa miasta, rozpoczęta już 1667 roku, finansowana była głównie z podatku węglowego, uchwalonego w celu stworzenia funduszu naprawczego. Miasto odbudowywano z uwzględnieniem średniowiecznej siatki ulic, tyle że domy wykonywano z trwalszych materiałów takich jak cegła i kamień.

Były też pozytywne skutki tej katastrofy. Po pierwsze, bilans ofiar okazał się niewielki – zginęło tylko sześć osób. Ponadto pożar wybił praktycznie całą populację londyńskich szczurów, które były odpowiedzialne za trwającą od roku w mieście epidemię dżumy. Zmusił on także rządzących do stworzenia planów nowocześniejszej rozbudowy miasta.

O pożarze pisał m.in. Samuel Pepys, wysokiej rangi urzędnik królewski, który osobiście doniósł Karolowi II o katastrofie, ale zbytnio się z tym anonsem nie spieszył. Poprzedniego dnia ucztował i bawił się do upadłego w gospodzie i kiedy w nocy służąca wyrwała go z głębokiego snu okrzykiem, że się pali w mieście, posłał ją do wszystkich diabłów i niefrasobliwie wrócił do łóżka. Dopiero, kiedy rano doszły mnie wieści, że spłonęło już 300 domów zebrałem się natychmiast – napisał później w swoich pamiętnikach – poszedłem do Tower, tam wdrapałem się na najwyższe miejsce, i stamtąd ujrzałem domy po tej stronie mostu wszystkie w płomieniach i olbrzymi pożar z obu stron mostu. Tedy zeszedłem z sercem pełnym troski do komendanta Tower, który powiedział mi, że pożar zaczął się nad ranem w domu królewskiego piekarza na Pudding Lane i że strawił już kościół św. Magnusa i większość Fish Street.

“It made me weep to see it.” Samuel Pepys (1633–1703) painted by John Hayls in 1666, the year of the Great Fire. Wikipedia commons.

Zeszedłem na wybrzeże i nająwszy czółno, popłynąłem do mostu, i tam oglądałem to opłakane widowisko. Nieszczęsny dom Betty Michell, jako że cała ta część miasta w ogniu, który posuwał się coraz dalej, tak że bardzo szybko, przez czas, kiedy tam byłem, dosięgnął Steel Yard. Wszyscy usiłowali ratować swoje dobro: biedni ludzie trzymali się domów, aż póki nie zajęły się ogniem, a wtedy rzucali się do czółen albo tłoczyli się, biegając od jednych schodów nad Rzeką do drugich. I biedne gołębie, którem widział, jak wzdragając się porzucić domy, krążyły koło balkonów i okien tak długo, aż popadały, opaliwszy sobie skrzydła.

Dopiero wtedy pospieszył na dwór królewski, gdzie został przyjęty z wielkim niepokojem. Dostał zadanie odszukania lorda majora Londynu, czyli burmistrza i przekazania mu królewskiego polecenia, żeby bezwzględnie burzyć domy. Pepys wyruszył natychmiast, przebijając się przez tłumy uciekinierów niosących m.in. chorych leżących w łóżkach. Nad podziw kosztowne rzeczy wieźli też ludzie na wozach i nieśli na plecach – nie omieszkał zanotować pamiętnikarz wrażliwy jak zawsze na dobra materialne. Spotkał w końcu lorda majora, zmęczonego i zrezygnowanego, który opuścił posterunek i poszedł odpocząć do domu, narzekając, że nikt go nie słucha.

Pepys wrócił do siebie, gdzie czekali już jego goście, których zaprosił poprzedniego dnia. Byli zaniepokojeni, ale zjedli z apetytem przygotowany obiad i – jak napisał Pepys – było nam tak wesoło, jak tylko w takim czasie być mogło. Potem wybrał się z gośćmi na oglądanie pożaru. Pływali wynajętym czółnem po Tamizie, oglądając ludzi ładujących w panice dobytek na łodzie. Podpłynęli tak blisko pożaru, że małośmy lic nie popiekli od deszczu iskier, tak zaiste, jak zapalały się od tych iskier i strzępów ognia domy po trzy, po cztery, ba, po pięć i sześć, jeden za drugim.

 

Ludgate in flames, with St Paul’s Cathedral in the distance (square tower without the spire) now catching flames. Oil painting by anonymous artist, ca. 1670. Wikipedia commons.

Później z małej piwiarni na nadbrzeżu Tamizy zafascynowany oglądał pożar i pozostawił jego opis, który przeszedł do historii literatury:

Tam siedzieliśmy prawie do zmroku i widzieliśmy, jak pożary się wzmagały, a gdy się ściemniło, pokazywało się ich coraz więcej a więcej w zaułkach i na dzwonnicach, i między domy a kościoły; tak daleko, jak okiem sięgniesz, aż po wzgórza śródmieścia, wszędzie najokrutniejszy, złośliwy, krwawy płomień, ani podobny pięknym płomykom zwyczajnego ognia. Zostaliśmy tam, aż się ściemniło, i widzieliśmy pożar jak jedno wielkie sklepienie ognia sięgające na tamtą stronę Rzeki i łukiem rozpostarte nad wyniosłością na jaką milę długości; na płacz mi się zbierało, gdym to widział. Kościoły, domy, wszystko paliło się pospołu; i przeraźliwy huk, jaki się w tych płomieniach rozlegał, i trzask walących się domów!

Znakomity pisarz i publicysta Daniel Defoe zapewne widział pożar jako sześcioletnie dziecko. W wydanej anonimowo w 1703 roku historii tego wydarzenia pisał:

Strach i przerażenie napadły z zaskoczenia obywateli Londynu; mężczyźni byli w żałosnym pośpiechu, rozproszeni i skonfundowani; nie władali swoimi myślami na tyle, żeby zastanowić się, co było trzeba zrobić. (…) Ulice były zatłoczone ludźmi i wozami. Londyńczycy chcieli wywieźć z miasta te dobra, które się dało; ci, którzy byli najbardziej aktywni i mieli najwięcej pieniędzy, żeby zapłacić niesłychanie wysoką cenę za transport, uratowali wiele, reszta straciła prawie wszystko.

Porträt Daniel Defoes im National Maritime Museum, London, Wikipedia commons.

Wozy, bryczki, powozy i konie, tak wiele, jak tylko mogło wejść do miasta, zostały załadowane; za pomoc dawano każdą cenę; pięć, dziesięć, dwadzieścia i trzydzieści funtów za wóz, żeby wywieźć na pola wybrane najdroższe przedmioty, które miał pochłonąć ogień; i niektórzy krajanie mieli sumienie przyjmować ceny, które obywatele oferowali im w swojej skrajnej potrzebie. Akcji przeciwpożarowej nie udało się szybko zorganizować – służby miejskie nie działały, żołnierzy było za mało (część opuściła miasto z powodu zarazy), a zawodowej straży pożarnej, jako się rzekło, jeszcze wtedy nie było. Londyńczycy nie mieli maszyn gaśniczych i wodociągów. Jedyna nadzieja na powstrzymanie pożaru leżała w wyburzaniu kolejnych ulic – ale ogień przenosił się szybciej, niż zdołano to czynić – często przy protestach zrozpaczonych właścicieli tracących mieszkania, warsztaty i środki do życia.
Pożar szalał przez pięć dni. John Evelyn, pisarz, uczony i ogrodnik, znajomy Samuela Pepysa, z którym często korespondował, pod datą 3 września zanotował:

Pożar trwa. Po kolacji wziąłem powóz i z moją żoną i synem pojechaliśmy do Bankside w Southwark, skąd oglądaliśmy to straszne widowisko, całe miasto w straszliwych płomieniach aż do nabrzeża (…). Płomienie były wszędzie i ludzie tak osłupiali, że od początku nie wiedziałem, czy przez upadek ducha, czy zrządzeniem losu niemal nie próbowali go ugasić; nie było słychać nic oprócz płaczu i lamentu. Biegali wokół jak spłoszone zwierzęta, nie próbując nawet ratować swoich dóbr. Łuna nad miastem przypominała “wierzch rozpalonego pieca” i według Evelyna widać ją było w promieniu 40 mil od miasta przez wiele nocy. Gigantyczna chmura popiołu i dymu ciągnęła się na 50 mil od Londynu.

John Evelyn (1620–1706) in 1651. Wikipedia commons.

Pisarz porównał płonący Londyn do upadku biblijnej Sodomy i mitologicznej Troi. Nie był jedyny: także obrazy pożaru Londynu namalowane wkrótce po wydarzeniu nawiązują aluzyjnie do pożaru i upadku Troi. Straty jednak prawdopodobnie były większe niż w starożytnym mieście odkopanym w XIX w. przez Schliemanna: po prostu Troja była dużo mniejsza niż XVII wieczna stolica Anglii. Kiedy zaś w czasie II wojny światowej Luftwaffe zaatakowała Anglię, James Pope-Hennessy, autor książki o wojennych zniszczeniach Londynu, napisał później, że wielki pożar wywołany niemieckimi bombami 29 grudnia 1940 roku w pewnym momencie wyglądał jak katastrofa zrelacjonowana przez Pepysa w 1666 roku – w Londynie płonęło równocześnie 1,5 tysięcy miejsc.

Urzędnik królewski Pepys był szczęściarzem. Uratował swój dobytek – w szczególności skrzynię z dużą częścią majątku, ogromną jak na ówczesne czasy sumą 2350 funtów w złocie (robotnik zarabiał wtedy kilka funtów rocznie), a za taką kwotę można było kupić solidny ziemski majątek. Jego dom nie spłonął, chociaż pożar dotarł na tę ulicę. Do połowy września 1666 roku zapisy w dzienniku Pepysa skupiają się głównie wokół przewożenia z miejsca na miejsce mebli, obrazów, tkanin, naczyń i drogocennej skrzyni ze złotem – o którą bał się okropnie i którą starał się ukryć przed wzrokiem robotników porządkujących dom i wieszających na ścianach pozdejmowane z nich w pośpiechu tkaniny.

Dopiero 14 września Pepys zanotował z ulgą, że mógł położyć się z powrotem spać z żoną we własnym łóżku i we własnej sypialni. Ale – jak pisał – długo jeszcze śniły mu się w nocy pożary.

W Kaliningradzie czyli Królewcu

Jednak są dżentelmeni na świecie! Gdy napisłam, że autorzy blogowi mi się porozjeżdżali na urlopy albo nawet – popadli w lenistwo, odwrotną wręcz pocztą z Monachium i z Australii przybyły dwa wpisy, od Zbycha i od Lecha.  W kolejności w jakiej nadchodziły wpisy, zostaną natychmiast wchłonięte przez adminkę. Zbych dziś, Lech – jutro! A przy okazji – jakie świetne teksty. Dziękuję, Panowie!

Zbigniew Milewicz

Cztery dni śledzia

W więziennej grypserze śledź to policjant prowadzący przesłuchanie, a w mojej – osobistej także reporter, który za czymś chodzi, nawet jeżeli dokładnie nie wie za czym. Zaczął mój pies, tak długo szczekał, warczał, a później dla odmiany skomlał i przymilnie łasił się do mnie, że wreszcie mu uległem. Była to ruska sobaka, która mi od dawna w duszy siedzi i kiedy jej nie nakarmię, przynajmniej od czasu do czasu, wyje, jak głupia.

W Kaliningradzie nigdy jeszcze nie byłem, choć on blisko, za miedzą. Z Berlina, w linii powietrznej to 527 kilometrów, a z Gdańska, drogą S22 tylko 163. Jadę ze Śląska, na polski, świeżo wydany paszport, z wizą, która zezwala mi na dwutygodniowy pobyt w Rosyjskiej Federacji. Dzięki szybkiemu pociągowi Pendolino droga na Wybrzeże zajmuje zaledwie 5,5 godziny, stamtąd do celu podróży pojadę dłużej, choć odległość będzie prawie trzykrotnie mniejsza. Gdański dworzec PKS jest komfortowo zlokalizowany na tyłach kolejowego, mam godzinę do odjazdu autobusu, starczy jej na odnalezienie salonu Orange i na zarejestrowanie mojej starej karty telefonicznej prepaid. Słowem wychodzę z cienia anonimowych abonentów i w duchu obowiązującej od 25 lipca ustawy antyterrorystycznej włączam  się do walki z międzynarodowym złem.

Kupuję kanapki na drogę i Wyborczą, w której na temat tej rejestracji czytam, że jeżeli mimo wszystko chcemy zachować anonimowość, wystarczy wejść na jeden z serwisów ogłoszeniowych i wyszukać zarejestrowane karty SIM. Ceny zaczynają się od 20 zł. za sztukę. Przepisy nie wprowadzają żadnego ograniczenia w ilości kart, które mogą być zarejestrowane na jedną osobę (…) Czy legalne jest sprzedawanie zarejestrowanych kart? Urząd Komunikacji Elektronicznej wyjaśnia, że przepisy nie regulują tej kwestii, podobnie, jak dalszego ich anonimowego zakupu, a więc delikatnie mówiąc nowa ustawa nie ma merytorycznie większego znaczenia. Obowiązek rejestrowania wszystkich abonentów sieci telefonicznych istnieje m.in. we Francji, Niemczech, Hiszpanii, Danii i Indiach, ale szereg krajów nie zdecydowało się na jego wprowadzenie, albo z niego zrezygnowało, ponieważ doprowadził on do upowszechnienia kradzieży numerów oraz tożsamości, przez co niewinne osoby miały później problemy z wymiarem sprawiedliwości. Inaczej mówiąc, rejestracja stała się raczej mirażem, niż gwarantem bezpieczeństwa.

Ruch autobusowy między Gdańskiem i Kaliningradem obsługują wyłącznie rosyjscy przewoźnicy, w sezonie letnim mają po trzy kursy dziennie i bilet kosztuje 50 złotych w kasie PKS, albo czterysta kilkadziesiąt rubli u kierowcy, ale on bierze zwyczajowo pięćset od łebka. Parze młodych Niemców, którzy widocznie nie po raz pierwszy podróżują tą linią, nie podoba się ten zwyczaj, próbują coś wynegocjować u wąsacza za kierownicą, ale ten gotów jest tylko ich wysadzić za najbliższym skrzyżowaniem. Przed odjazdem jeszcze raz sprawdza bilety wszystkim pasażerom i interesuje go, czy są w autobusie Ukraińcy. Jakaś blondynka w średnim wieku podnosi niepewnie rękę, wąsacz zatrzymuje na niej wzrok. Pyta o innych innostrancow, melduje się para drobiazgowych Niemców, jakiś Litwin i ja, jeden Polak. Reszta pasażerów to Rosjanie, pracujący w Polsce, w przygranicznej strefie, albo jeżdżący tam w interesach. W Elblągu wsiada polski biznessman w koszuli od Bossa, bermudach i oryginalnych adidasach, z dwoma smartfonami  i kilkoma puszkami piwa, który przez całą dalszą drogę  będzie prowadził głośno i wyraźnie  ważne rozmowy handlowe z branży motoryzacyjnej. Głownie po polsku, ale i – trzeba mu przyznać – całkiem poprawnie po rosyjsku.

Przez przebudowę drogi między Gdańskiem i Elblągiem, na granicę polsko-rosyjską w Gronowie-Mamonowie docieramy z dwugodzinnym opóźnieniem. Na przejściu pusto, mały ruch graniczny dalej zawieszony z woli polskich władz,  wyłącznie na Ukrainę można po staremu jeździć. Polscy pogranicznicy sprawdzają  dokumenty podróżne, bagaże zainteresują dopiero Rosjan, po  odprawie paszportowej. Są profesjonalnie skrupulatni, ale uprzejmi, nie widzę tej typowej dla poprzedniego systemu, ostentacyjnej demonstracji władzy, której doświadczyłem jeszcze dziewięć lat temu w podróży do Moskwy i na Daleki Wschód. Kilku pasażerów, w tym polski handlowiec, musi otworzyć swoje walizy, parę z nich dodatkowo obwącha owczarek z ekipy antynarkotykowej, jest w porządku, możemy jechać dalej.

W hotelu Berlin, położonym wygodnie blisko dworca autobusowego, pojawiam się późnym wieczorem. Moja rezerwacja tutaj stoi pod znakiem zapytania, bo właściwie jej nie mam. Aby uzyskać wizę, katowickie biuro pośrednictwa drogą elektroniczną zapewniło mi w Berlinie pobyt, ale kiedy dostałem stempel, anulowało voucher. Tak zwyczajowo postępujemy, na pewno znajdzie Pan sobie sam coś lepszego, tańszego – powiedziała miła pani z biura przy odbiorze zawizowanego paszportu. Kiedy stwierdziłem, że na pięć minut przed podróżą na pewno już niczego nie znajdę, solennie obiecała mi przesłać smsem parę dobrych adresów noclegowych w Kaliningradzie, ale się tego nie doczekałem. Świecę więc oczami przed hotelową recepcjonistką, tłumaczę całą historię i okazuje się, że kobieta doskonale wszystko rozumie i nie muszę się denerwować. Rezerwacja online była dla mnie po 25 Euro za noc, czyli niezbyt drogo, za tyle nie może mi niestety teraz sprzedać pokoju, ale ze zniżką dla seniora, za 31 Euro się da. I jak tu takich dziewczyn nie lubić. Pokój jest dwuosobowy do mojej dyspozycji, z telewizorem, lodówką, klimatyzacją i węzłem sanitarnym, czyściutki, przestronny. Tylko pobliska, hałaśliwa jak się niebawem okaże, stacja części zamiennych do transportu miejskiego działa do późna w nocy i wcześnie rano zaczyna pracę, ale nie ma róży bez kolców.

Nazajutrz rano pogoda się już psuje, zamiast słońca, które towarzyszyło mi w drodze, leje. Przygotowany i na taką opcję, ruszam w miasto, autobusem za 18 rubli, które kasuje, jak za dawnych, dobrych czasów w Polsce, konduktorka. W metrze i autobusie charakterystyczny zapach pochmielija – pisał w jednej ze swoich reporterskich opowieści o Rosji Mariusz Wilk. Niestety nic nie czuję, może się coś zmieniło w mentalności Rosjan, a może to przez tych parę wódek, które wczoraj sam łyknąłem wieczorem przy kolacji, w hotelowym barze. Na mieście wiszą jeszcze plakaty z jubileuszu siedemdziesięcioleciolecia kaliningradskoj oblasti, który świętowano zasadniczo w lipcu tego roku. Obchody zaczęły się jednak już w lutym, od Święta Długiej Kiełbasy, najsmaczniejszej, zimowej zabawy, kiedy to oprócz poczęstunku na gości czekały m.in. wystawy lalkarzy i konkursy karnawałowych przebierańców, uliczni artyści i ludowi twórcy. W kwietniu odbył się Dzień Śledzia (jednak jestem w kursie) w Muzeum Światowego Oceanu, kulinarna orgia i zarazem degustacja wszelkich możliwych rybnych smaków. W maju –  Międzynarodowy Festiwal Sztuki „Bałtyckie Sezony“ i Międzynarodowa Wystawa Turystyczna „Pro Turyzm 2016“, później m.in. Dzień Rybaka i Ogólnorosyjskie Młodzieżowe Forum Oświatowe „Bałtycki Artek – 2016” oraz liczne zawody sportowe i festiwale piosenki. Organizatorzy obchodów adresowali je w równym stopniu dla miejscowych mieszkańców, jak i dla turystów z zewnątrz, którzy zjechali nie tylko z całej Rosji, ale i z Zachodu, głównie z Niemiec, i zasilili zawsze głodny, miejski budżet.

Niemcy odbywają swoje sentymentalne podróże na ziemie, które zamieszkiwali niegdyś ich przodkowie, od upadku Związku Radzieckiego w 1991 r., kiedy to obszar Królewca przestał być strefą militarną, całkowicie zamkniętą. Kurt z Wuppertalu, któremu pomagam kupić piwo w hotelowym barze, już po wieczornym zamknięciu, ma wizę rosyjską tylko na trzy dni. Dziarski 77-latek zaplanował sobie, że w tym czasie dotrze swoim terenowym samochodem na koniec rosyjskiej części Mierzei Kurońskiej, na granicę z Litwą, gdzie się urodził. Popatrzy, zrobi zdjęcia, weźmie do auta trochę tamtej ziemi, pooddycha znowu tamtym powietrzem, którego nie zapomniał od dzieciństwa i wróci do Niemiec. To jest jego pierwszy przyjazd do Königsberg i chyba ostatni. Nie chce opowiadać o gehennie wypędzenia, musi zachować siły na podróż, powie mi tylko, że wtedy, w drodze na Zachód, którą odbywali pieszo, zmarła mu mama i młodsza siostrzyczka. Jak znajdzie swój rodzinny dom? Ma wszystko zapisane i w pamięci, samego domu już pewnie nie ma, może ta wieś też już nie istnieje, ale musi to miejsce jeszcze raz w swoim życiu zobaczyć. Najważniesze, żeby mu pozwolili tam dojechać, to jest strefa nadgraniczna. Życzę mu tego z serca.

Starej, wojskowej twierdzy Königsberg praktycznie już nie ma. Powstała w XIII w., na ziemi, należącej do pogańskich Prusów, których wyciął w pień Zakon Krzyżacki (przypomnijmy, że jego pełna nazwa brzmiała Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie), po tym jak książę Konrad I mazowiecki podarował im łaskawie ziemię chełmińską. Siedem wieków później lotnictwo brytyjskie bombami fosforowymi spaliło centrum miasta. To, co ocalało, zniszczyła Armia Czerwona wiosną 1945 roku, w czasie szturmu na Królewiec. Na mocy postanowień Konferencji Poczdamskiej miasto wraz otaczającym je rejonem zostało przekazane Związkowi Radzieckiemu i otrzymało nazwę Kaliningrad, na cześć nieżyjącego, bliskiego współpracownika Stalina. Ruiny centrum zostały rozebrane na cegły, które wykorzystano do odbudowy radzieckich miast, zniszczonych w czasie wojny. Nowym gospodarzom brakowało pomysłu na to miasto, w latach 50 rozważano nawet koncepcję, czy nie przekazać go zaprzyjaźnionej NRD, ale zostało. W latach 60 powstały pierwsze, kilkupiętrowe budynki z prefabrykatów, według typowych projektów, co upodobniło Kaliningrad do wielu innych miast ZSRR. Nie do końca wszakże, bo zostały tam liczne pamiątki przeszłości.

Z pożogi wojennej ocalały m.in. dawny główny dworzec kolejowy, siedem miejskich bram Królewca i neogotycki kościół Świętej Rodziny, którego osobliwością było, że odprawiano w nim ceremonie ślubów i chrzcin, ale nigdy pogrzebów. Ostały się: część z siedmiu mostów nad królewiecką rzeką Pregołą, Königsberger Dom w Kneiphof i wreszcie grób najsłynniejszego mieszkańca miasta, uznawanego za ojca filozofii klasycznej, Emanuela Kanta. W roku 2005 jego imię otrzymał Kaliningradzki Uniwersytet Państwowy, mieszczący się na dawnym Placu Paradnym, w odbudowanym z wojennych zniszczeń gmachu nowej Albertiny, najstarszego, XVI wiecznego uniwersytetu Prus, w którym Kant nauczał.

W Królewcu pełno jest miejsc z cytatami wybitnego myśliciela, głównie po rosyjsku, jeden, umieszczony na ławeczce, przed wejściem do ZOO, zwrócił moją szczególną uwagę.

kantklein

“Postępujcie tak, aby każdy wasz uczynek mógł być potraktowany, jak obowiązująca wszystkich reguła”. Immanuel Kant

Ale będę szczery, nie dla Kanta przyjechałem nad Pregołę, a może właśnie na odwrót, właśnie dla jego Krytyki czystego rozumu.

kant2kleinZ Saszą, która mieszka w niedalekim Czerniachowsku, znamy się z internetu i przyjaźnie korespondujemy już ładnych parę lat, więc pora poznać się osobiście. Ma parę godzin wolnego czasu, przyjedzie do Kaliningradu. Wiekowo mogłaby być moją córką, ale przecież nie jest, występuje w jednym z lepszych zespołów folklorystycznych kaliningradskoj obłasti, ma rozpiętość głosu od altu poprzez mezzosopran do sopranu i w związku z tym często śpiewa partie solowe. Łączą nas więc między innymi pasje muzyczne. Z wykształcenia jest pedagogiem, pracuje w handlu, prywatnie – matka dwóch dorastających chłopców. Zapraszam ją na obiad do stylowej restauracji niedaleko centralnego Placu Zwycięstwa, pod nazwą Sało i borschch. Karmią znakomicie, głównie po ukraińsku, na odchodnym słyszymy do pobachenija, a więc rosyjski wróg publiczny nr 1 jest wszechobecny i nie zamierza się ukrywać w jakichś zakamarkach.

Mam ochotę skoczyć na dzień-dwa do St. Petersburga, to przecież zaraz za rogiem. Niestety, z Kaliningradu odchodzi tam tylko jeden pociąg na dzień, a podróż trwa (trzymajcie się) 25 godzin i na najbliższy tydzień biletów wolnych brak. Na dworcu kolejowym działa agencja lotnicza, jest jeszcze jedno wolne miejsce na jutrzejszy lot nad Newę, ale kosztuje on… 41 tysięcy rubli, przy dalszych przelotach np. do Moskwy, za które płaci się tylko 4 tysiące. Umom Rossii nie ponjat`… przypomina mi się wiersz poety Tiutczewa. W czwartym dniu kończę więc pobyt w mieście nad Pregołą i autobusem, trzymając cały czas paszport w zębach (bo bez niego nie sprzedadzą ci w Rosji biletu do autobusu, a kierowca nie wpuści do środka ) dojeżdżam do Gdańska, gdzie kończy się akurat Jarmark Dominikański. Docieramy tam niestety także z kilkugodzinnym opóźnieniem, przez rosyjską turystkę, przyłapaną na próbie przemycenia przez polską granicę trzech kartonów papierosów. Nie miała czym zapłacić kary i gdyby nie przyszedł jej z pomocą jakiś jej młody zjemjlak, który w ciemno zgodził się założyć kasę, pewnie do dzisiaj tkwiłbym w Gronowie.

Moja Kalina

Zanim oddam głos autorowi dzisiejszego wpisu, powiem tylko, że Dygat był przez lata moim ulubionym pisarzem, a jego powieść Jezioro Bodeńskie była nawet jednym z ważniejszych wątków w mojej debiutanckiej książce Portret z ametystem.

Zbigniew Milewicz

Czytam Cukier, wiersz Łukasza Szopy, mojego ziomala z Tychów, podesłany mi po znajomości przez adminkę, i włącza mi się myślówa: cukier? Zucker? Lucy Zuckerowa? Skojarzenia prowadzą mnie prosto do zmysłowej i niewiernej żony żydowskiego fabrykanta z reymontowskiej Ziemi Obiecanej, postaci drugoplanowej w tej książce, ale dla mnie przecież najważniejszej. W ekranizacji powieści, filmie Andrzeja Wajdy, nakręconym w 1974 roku, Lucy zagrała Kalina Jędrusik, w której jako młody człowiek byłem nieprzytomnie zakochany. Sprawdzam w Wikipedii, kiedy zmarła, to był 7 sierpnia 1991 roku, a więc mija już 25 lat, jakże skutecznie czas zaciera ślady w ludzkiej pamięci, nawet po kimś bliskim i trzeba przypadku, żeby go sobie znowu przypomnieć.

Urodziła się w 1931 roku w Gnaszynie, który dziś jest dzielnicą Częstochowy; była córką Henryka Jędrusika, przedwojennego senatora RP i żoną pisarza, Stanisława Dygata. Absolwentka krakowskiej PWST, debiutowała na deskach gdańskiego Teatru Wybrzeże, wspólnie m.in. ze Zbigniewem Cybulskim i Bobkiem Kobielą. Później już była stolica, kolejno sceny teatrów Narodowego, Współczesnego, Komedii, STS-u, Rozmaitości i Polskiego. Dziesiątki ról dramatycznych i charakterystycznych. Na większą skalę stała się popularna dzięki programom telewizyjnym niezapomnianego Kabaretu Starszych Panów, autorstwa Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego, teatrowi TV oraz kreacjom filmowym, m.in. w Niewinnych Czarodziejach, Pingwinie, Upale, Jowicie, Lalce, Ziemi Obiecanej, Lekarstwie na miłość, Hotelu Polanów i jego gościach. Widownia była dokładnie spolaryzowana, Kaliny w Polsce nie cierpiano, albo ją ubóstwiano, z obojętnym odbiorem się nie spotykała. W latach 60 i 70 uchodziła w kraju za symbol seksu oraz obyczajowego wyzwolenia, lansowała mocny makijaż i śmiałe dekolty, co oczywiście PRL – owskiej kołtunerii się nie podobało i stanowiło główny powód sporów o artystkę.

Kiedy na jednej z barbórkowych gali wystąpiła z przebojem Marylin Monroe Bye bye babe, ubrana w obcisłą sukienkę, ze złotym krzyżykiem na falującym, odsłoniętym biuście, do tego bez stanika, Władysław Gomułka, ówczesny I sekretarz partii, ze złości podobno rozbił popielniczką ekran telewizyjny. Bliska kręgom rządowym aktorka Nina Andrycz twierdziła wprawdzie, że to nie towarzysz Wiesław zrobił, tylko jego nieatrakcyjna i zawistna żona, ale przez jakiś czas państwo G. nie mieli telewizora, a Kalina wezwana została na poważną rozmowę do dyrekcji TV. Postawiono jej warunek: w następnym, przygotowywanym programie wystąpi przed kamerami ubrana od stóp do głów, albo dostanie w telewizji szlaban. Zgodziła się. To był jakiś program rozrywkowy, emitowany na żywo; wszystkie panie na estradzie miały wydekoltowane kreacje, tylko ona nie, wystąpiła w skromnej, wełnianej sukience z golfem. Zaśpiewała piosenkę, ukłoniła się i odwróciła do widowni tyłem. Oczom publiczności ukazały się jej gołe plecy i dekolt tylni… do granic możliwości.

Marian Brandys: Kalina była postacią z bajki

Przypięto mi etykietkę osoby „dziwnej” – zwierzała się w jednym z wywiadów. – Narastała atmosfera nienawiści i niechęci wokół mnie. Zaciążyło to na całej mojej karierze. „Jak mogłeś tę kurwę puścić na ekran…” (…) Życie prywatne aktora utożsamia się z rolami – truizm. Z pewnej strony to nawet komplement dla aktora, bo oznacza, że zagrał sugestywnie, wnikliwie, prawdziwie. Na tym polega szukanie „złotego środka“. Aktor w jakiś sposób musi na chwilę utożsamić się z kreowaną przez siebie postacią. Dla mnie niestety okazało się to zgubne. Mówiono: „Ona po prostu taka jest“. Zepsuta, bo grałam kobietę zdradzającą męża. Byłam narkomanką, bo moje oczy takie nienaturalnie przymknięte. Gra alkoholiczkę, jest alkoholiczką. Ci wszyscy ludzie w kinie i w teatrze wiedzieli lepiej ode mnie, kim jestem. Koszmar… Wiem, tańczyłam na tej delikatnej linie, która oddziela kobietę broniącą swojej niezależności, od kobiety pozbawionej szacunku…

Kazimierz Kutz, który był zaprzyjaźniony z rodziną państwa Dygatów, mówi: Kalina była arcydziełem Stasia i niewątpliwie najlepszą postacią, jaką napisał. Tyle, że żywą. Była jego zrealizowanym snem o Hollywoodzie, snem o zniewalającym, amerykańskim fenomenie banału. Była tym samym idealnym przykładem nieograniczonego wpływu mężczyzny na ciało i duszę kobiety. Mitem Hollywoodu fascynował się Stasio od wczesnej młodości. Już pod koniec lat dwudziestych słał miłosne listy do gwiazd amerykańskiego kina. Kalina była niewątpliwie ucieleśnieniem tamtych fascynacji. Zresztą były to fascynacje wspólne i towarzyszyły im przez całe życie…

Kalina poznała swojego przyszłego męża w Gdańsku, kiedy po szkole krakowska animatorka teatralna i pedagog Lidia Zamkow ściągnęła ją do Gdańska; Stanisław Dygat, już wówczas uznany pisarz, był kierownikiem literackim Teatru Wybrzeże. Debiutowała w sztuce Alfreda de Musset, Nie igra się z miłością. Jakiś omen – mówiła później – zaczęłam od igrania z miłością. To był wielki sukces. Piękny. To jest szczęście trafić na „swoich“, przyjaciół – tak samo myślisz, tego samego chcesz, jeden drugiego inspirował. Bywaliśmy na swoich próbach, na premierach. Mój Boże, przejmowaliśmy się swoimi losami. Taka nieprawdopodobna wspólnota (…) Zaraz potem powstał satyryczny teatrzyk „Bim –Bom“. Przewodzili nam: Zbyszek Cybulski, Bobek Kobiela, Jacek Fedorowicz i Wowo Bielicki. Cudowne, wesołe czasy. A satyrycznym mottem był kogut – symbol zarozumialstwa, obojętności, głośnego piania, głupoty, która niszczy mądrość i radość. Przeciwko temu „kogutowi“ występowaliśmy… Pierwsze duże role, zostałam zauważona, co dla młodej aktorki jest prawdziwym szczęściem…

Była zafascynowana prozą Dygata, na egzaminie wstępnym w PWST recytowała fragment Jeziora Bodeńskiego, imponował jej jako człowiek. On, starszy o 16 lat, stracił dla niej głowę. Kalina wyglądała wtedy, jak świeżo wypieczona bułeczka – kontynuuje Kazimierz Kutz – z obfitym biustem sięgającym niemal po zęby i oczami młodej sowy. Mówiąc nieco po staroświecku – była ponętna. Ale jej seks był z modelu, który dopiero miał nadejść.

Staś wyłowił mnie z morza i zostałam jego złotą rybką, tak mówił – wspominała. – Był moją pierwszą, prawdziwą miłością, najszczerszą… Dla Kaliny rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną, jej koleżanką po fachu, w podróż poślubną poślubną w 1958 roku pojechali do Italii, a później określi ją jako najpiękniejszą podróż swojego życia. Tam spotkali się z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim, poznali Guliettę Massinę. Dla ich przyjaciela domu: byli najwspanialszym i najniezwyklejszym małżeństwem (…) i przede wszystkim najautentyczniejszym, bo bez grama obłudy i kłamstwa; jak z dobrej literatury amerykańskiej, a nie z naszej rzeczywistości. PRL-owska opinia publiczna wolała jednak karmić się skandalem. W pamięci Agnieszki Osieckiej Kalina dosyć ostentacyjnie się zakochiwała, właściwie wykonywała wielką sztukę pt. „Kocham się“. I lubiła o swoich romansach mówić głośno. Staś również w tym uczestniczył, obnosząc się po całym mieście, że ma nowego rywala i trzeba będzie się strzelać. Wielki show. Oni prowadzili życie na pokaz. To było bardzo teatralne życie. Jednocześnie czuło się, że są sobie bardzo bliscy i niezbędni – na pewno było to niekonwencjonalne małżeństwo. A poza tym Warszawa była mała – żeby powstała legenda środowisko musi być małe (…)

Sama Kalina mówiła na ten temat tak: Przeżyłam kilka szalonych romansów, nie dużo… No, kiedyś policzyłam – pięć. To wcale nie jest dużo na całe życie… Nie umiałam ich ukryć – żer dla legendy. I jeżeli ktoś „życzliwy“ opowiedział mężowi o mojej nowej fascynacji innym mężczyzną, on mawiał swoim cudownym, wolterowskim „r“: „Gdyby ona była panienką na poczcie przyklejającą znaczki, to być może nie byłyby jej potrzebne takie fascynacje. Kalina jest wielką aktorką i potrzebne jej są niezwykłe, cudowne momenty. Ona kocha cudowne przeżywanie i proszę się nie wtrącać do naszego małżeństwa”. Kochany, tolerancyjny, wyrozumiały… Te moje i jego różne miłostki nigdy nie zmieniły naszej miłości, wzajemnego szacunku i zaufania.

W Warszawie państwo Dygatowie mieszkali początkowo na Mokotowie, w niedużym, dwupokojowym mieszkaniu w bloku, najpierw w jednym, później drugim, stamtąd przenieśli się do szeregowca na Kochowskiego, na Żoliborz. Niezależnie od kubatury mieszkania prowadzili zawsze dom otwarty, kolorowy salon, do którego schodziła się stołeczna bohema. Często bywali u państwa Dygatów m.in. Gustaw Holoubek, Tadeusz Konwicki, Adam Hanuszkiewicz, Łapiccy, ale i ludzie nikomu nie znani. O każdej porze dnia i nocy można było tam przyjść i znaleźć schronienie – wspominał Holoubek. – Spotykało się tam bezdomnych; jakieś dzieci uliczne, które zajmowały się drobnymi usługami – przynosiły mleko, chleb, pocztę, w końcu sekretarzowały państwu. Te małe dzieci Kalina traktowała je wszystkie jak własne… Była zjawiskiem niezwykłym i to przede wszystkim jako człowiek. Należała do tych rzadkich kobiet, które prowadzą życie otwarte, całkowicie jawne, nie poddane żadnej pruderii, żadnym kłamstwom, żadnym niedomówieniom; a równocześnie nosiła w sobie pewną tajemnicę. Tajemnicę czegoś, czego jej brakowało w życiu. Zajmowała się innymi ludźmi, niosła im pomoc, troskę, współczucie – i domagała się wobec siebie tego samego. Była krucha…

Początki swojej kariery scenicznej w Warszawie i życie ówczesnej bohemy opisywała z rozrzewnieniem: Na chwilę zawitałam do Teatru Narodowego. Wkrótce Erwin Axer zaproponował mi etat w Teatrze Współczesnym, najlepszym chyba wówczas teatrze. I wielki sukces w „Operze za trzy grosze” Brechta w reżyserii Konrada Swinarskiego. Ten start w teatrze wielkiego Axera był piękny i czysty. Czule wspominam ten okres. Doznałam takiego szczęścia, że „otarłam się” o wszystkich najwspanialszych tego świata, o wielkie duchy Spatifu lat 60-ych. Tam się kotłowało. Antoni Słonimski, Otto Axer, Janusz Minkiewicz, Staś Dygat, Żuławski, Studnicki… Ja wykołysana na kolanach ostatnich Skamandrytów; ja, która byłam na „ty“ ze Słonimskim… Ta bohema to było coś wspaniałego. Oni nas młodych otoczyli swoimi opiekuńczymi skrzydłami. To były nasze uniwersytety po szacownej szkole krakowskiej, kiedy dostałam się w warszawskim Spatifie lat 60-ych do grona wielkich, wspaniałych artystów. Piłam z nimi wino, wspólnie oglądaliśmy spektakle, kończyło się to nad ranem w „Bristolu“ i spacerem w Łazienkach. Czarowne, tajemnicze, kochane…

Chciała, żeby w ich żoliborskim domu było przejrzyście i kolorowo – trawa, kwiaty, leżak, na stoliku dzban domowego wina. Przyjaciele, mnóstwo przyjaciół, goście. Ale stało się to niemożliwe, bo tuż obok jest sklep mięsny. Aby skrócić sobie czas oczekiwania na mięso kolejkowicze obserwowali, co też ja robię: „Wyszła w szlafroku. Wymalowana od rana. Nie wymalowana? Jak ona wygląda. Kto u niej jest?” Uwagi te wypowiadano na tyle głośno, abym słyszała. Wszystko było nie tak, jak „ powinno”. Każdy mój ruch był komentowany. I pewnego razu ustawiliśmy z przyjaciółmi wysoki płot, który zasłonił cały ogród. Odetchnęłam z ulgą. Przy całej mojej wielkiej tolerancji na ludzką głupotę, przyszedł moment, że nie wytrzymałam psychicznie. Nie można żyć przez całą dobę „na tacy“.

Kiedy w 1962 roku zdobyła Złotą Maskę w plebiscycie Expresu Wieczornego na najpopularniejszą aktorkę telewizyjną (głosowało na nią 113 tysięcy osób), niektóre media nagłośniły również odgórnie spreparowany, pełen oburzenia list dwudziestu kobiet z Rybnika, które podpisały się pod petycją, aby jej nie pokazywać w telewizji, bo gorszy ich mężów. Dostała to przyobiecane embargo na publiczne występy i jedynymi, którzy stanęli w jej obronie byli wspaniali Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski, Starsi Panowie Dwaj. Bez Jędrusik nie będzie Kabaretu Starszych Panów – argumentowali. I decydenci to stanowisko uszanowali, co tygodniowe, telewizyjne spektakle kabaretu cieszyły się w PRL- u ogromnym wzięciem, na równi z czwartkową Kobrą, kiedy wyludniały się ulice, ludzie gromadzili się przed telewizorami i oglądali, chłonęli te pełne wyszukanego intelektualnie humoru kuplety, dialogi, scenki. To były okazje do uroczych, towarzyskich spotkań i wymiany poglądów.

Kalina wiele lat walczyła o artystyczne przetrwanie, jeździła po Polsce z monodramem Tabu wg powieści Jacka Bocheńskiego i wtedy po raz pierwszy zobaczyłem ją na żywo, ale już nie pamiętam, gdzie to było. Dopiero w 1974 roku spełniło się moje marzenie, żeby osobiście spotkać się z Kaliną. Przyjechała z okazji jakiegoś artystycznego widowiska do Katowic, u władzy gierkowskiej nie miała szlabanu, wykorzystałem to, żeby zrobić z nią wywiad dla Dziennika Zachodniego, gazety, w której wtedy pracowałem. Była zdziwiona, że tyle o niej wiem. Kiedy powiedziałem, że od lat wycinam z gazet wszystko, co o niej piszą i wklejam to do specjalnego zeszytu, obdarzyła mnie tym swoim cudownym, lekko kpiącym uśmiechem, który wart był dla mnie więcej niż całe złoto świata.

Jakiś czas później spotkaliśmy się w katowickim Marchołcie, już jako dobrzy znajomi, wtedy podarowała mi swoje zdjęcie z dedykacją, dla Zbyszka. Rozmawialiśmy m.in. o Holly Golightly ze Śniadania u Tiffany`ego T. Capote `a, z którą się utożsamiała i uważała, że to  najlepsza rola w jej scenicznej karierze. Kiedy w 1978 roku Stanisław Dygat zmarł na atak serca, w ich towarzyskim salonie się przerzedziło. Z latami lista przyjaciół malała – opowiada Aleksandra Wierzbicka, która opiekowała się Kaliną w ostatnich latach jej życia – zostali tylko ci najwierniejsi. A ona była taka, że nikomu niczego nie odmawiała, jeżeli tylko mogła, pomagała każdemu. W domu było takie powiedzenie, że robi się na małpę: malowała się i ubierała wytwornie, aby ruszyć do ataku, czyli coś dla kogoś załatwić. I wcale nie były to błahe sprawy. Dla niej największą tragedią było odejście Stasia. Szczególnie, że stało się to, kiedy jej przy nim nie było. Kalinę mało się wtedy widywało, bardzo często wyjeżdżała w trasy, zarabiała. Książek Stasia nie wydawano… Co roku, w rocznicę śmierci męża, zamawiała mszę i zapraszała przyjaciół na wystawne przyjęcie, na których były zawsze jego ulubione trunki i potrawy, a gotowała ponoć znakomicie.

W pamięci swoich koleżanek i kolegów artystów oraz ich bliskich żyje w licznych anegdotach, m. in. z modnych niegdyś nadmorskich Chałup, dokąd wszyscy wyjeżdżali latem, choć przeważnie akcja działa się w stolicy.

Jerzy Gruza: – Klęła jak szewc. Ale słuchało się tego z przyjemnością, nie było w tym chamstwa. Nie żyjący już Andrzej Łapicki przytaczał taką historię: – Kiedyś była jakaś próba w Sali Kongresowej. Kalina pali papierosa. Podchodzi do niej strażak, salutuje i mówi: ‘Tu się nie pali’. Na co ona, nie odwracając głowy: ‘Odpierdol się, strażaku’. On skonfundowany odszedł, ale po minucie, zastanowiwszy się, wrócił i mówi: ‘Sama się odpierdol, stara kurwo’. Tylko że tam już nie stała Kalina, tylko Krafftówna, bo się zamieniły miejscami. Zuzanna Łapicka: – Na początku lat 80 Magda Umer postanowiła, że ochrzci się razem ze swoim synem Mateuszem. Mnie wybrała na matkę chrzestną Mateusza, a Kalinę na swoją. Przed chrztem, którego udzielił zaprzyjaźniony ksiądz, rodzice chrzestni musieli się wyspowiadać. Odbyło się to w mieszkaniu księdza. Jedna osoba się spowiadała, a reszta czekała na swoją kolej. W ten sposób, chcąc nie chcąc, usłyszeliśmy fragmenty spowiedzi Kaliny, która miała donośny głos. Powiedziała: ‘Ja wiem, proszę księdza, że ja strasznie klnę’. Na co ksiądz: ‘Kalinko, to nie jest wielki grzech, najgorszy grzech to jest nienawidzić drugiego człowieka. A ty przecież jesteś niezdolna do nienawiści’. Zapadła chwila ciszy i Kalina mówi: ‘Nie nienawidzić? Ale niektórych to ja, kurwa, tak nienawidzę. A co ja, Jezus Chrystus jestem?’

W latach 80 włączyła się do polityki, brała udział w kampanii wyborczej „Solidarności“. Kiedy spotkaliśmy się na krótko po raz trzeci, to był 1989 rok, a może 1990. Odwiedziłem ją w garderobie Teatru Polskiego, w przerwie prób do Tanga, Sławomira Mrożka, w którym grała Eleonorę. Sprawiła na mnie wrażenie zmęczonego człowieka, trochę nieobecnego duchem. Jej ramiona i dekolt pokrywały liczne, świeże zadrapania, to moje kociaki – uprzedziła pytanie. Była uczulona na kocią sierść, ale za nic nie chciała oddać swoich ulubieńców. Cierpiała na astmę i 7 sierpnia 1991 roku zmarła podczas ataku choroby. Podobno nie była zbyt przesądna, ale wierzyła w magię liczb i do siódemki zawsze miała uprzedzenie. Pochowano ją obok jej męża, w powązkowskiej Alei Zasłużonych.


Wszystkie cytaty pochodzą z książki Piotra Gacka Kalina Jędrusik Muzykalność na życie i artykułu Jacka Szczerby w Wysokich Obcasach z 15.10. 2012 r., p.t. Co, ja Jezus Chrystus jestem?

kjzmrozkiem

 

Z zapisków stróża (5)

Zbigniew Milewicz

Krwawy lipiec

Lato w pełni, ludzie się wczasują, tylko Zły nigdy nie ma urlopu. Można odnieść wrażenie, że w sezonie urlopowym pracuje wręcz na zdwojonych obrotach, żeby zepsuć człowiekowi zasłużony odpoczynek. Ostatnio działa w dokładnych, czterodniowych odstępach czasu: 14 lipca ma miejsce rzeź w Nicei, 18 – w pociągu pod Würzburgiem uciekinier z Afganistanu przy pomocy siekiery i noża ciężko rani turystów z Hongkongu, a 22 dochodzi do tragedii w Monachium, mniej więcej cztery kilometry od osiedla, na którym mieszkam. Jest więc coraz bliżej.

Dowiaduję się o strzelaninie via Berlin, od starszego syna, który na bieżąco śledzi newsy w swoim iphonie i zaraz dzwoni do mnie, żeby się zorientować, czy ze starym wszystko w porządku. Później kolejno zgłaszają się młodszy syn i córka, z tym samym pytaniem, czy żyję, na szczęście żadnego z nich nie ma w tym czasie w Monachium. Firma ochraniarska, w której dorabiam do emerytury, sprawuje pieczę również nad centrum handlowym OEZ, pod którym zabójca zastrzelił z pistoletu dziewięć osób. Tego dnia, zgodnie z planem pracy, byłem w innym obiekcie, na rannej zmianie, gdzie w pobliżu też znajduje się McDonald. Nie lubię jedzenia z tej sieci, ale czasami kupuję sobie tam kawę i gdyby mi przyszło pracować na wieczornej zmianie w Olimpiaeinkaufszentrum, to być może zaszedłbym do miejscowego Mc- a i później już nie odebrałbym tych wszystkich telefonów. Co komu pisane…

Zły działa globalnie i czasami można się go spodziewać. Kiedy w pierwszej połowie lipca, w Luizjanie i Minnesocie biali policjanci zabijają z błahych powodów dwóch Afroamerykanów, w Dallas, podczas demonstracji zorganizowanej w związku z tymi wydarzeniami, ciemnoskórzy snajperzy likwidują w rewanżu pięciu stróżów prawa, białych oczywiście. A kiedy na nadmorskiej promenadzie nicejskiego kurortu tłum bawi się z okazji narodowego święta Francji, to wręcz prosi się, żeby policja profesjonalnie zaryglowała ten teren, bo okazja do zepsucia zabawy jest ogromna, ale z niezrozumiałych dla mnie powodów tego nie robi. Człowiekiem, który bohatersko zajedzie drogę rozpędzonej ciężarówce śmierci, będzie niepozorny kierowca skutera o imieniu Franc, pracujący na miejscowym lotnisku. Pochodzący z irańsko-niemieckiej rodziny Ali David S., otworzył ogień do swoich ofiar na monachijskim Moosachu dokładnie w piątą rocznicę masakry dokonanej przez Breivika, norweskiego prawicowego ekstremistę, który w imię ochrony swojego kraju przed islamizacją zabił 77 osób. W pokoju osiemnastolatka znaleziono dowody dużego zainteresowania sprawcy tą postacią, jak i ogólnie wcześniej dokonanymi w świecie przez różnych psychopatów zbiorowymi morderstwami, ich osobowościami, taktyce policji w prowadzeniu śledztw, etc. W większości sprawcy byli młodociani i wykonywali egzekucje w szkołach, na rówieśnikach i nauczycielach. Wyczerpujące informacje na ten temat czerpał głównie z przetłumaczonej na niemiecki książki amerykańskiego psychologa, Petera Langmana, zatytułowanej „Amok im Kopf“.

Już w kilka godzin po dokonanej zbrodni, kiedy zidentyfikowano dziesiąte zwłoki, leżące w bocznej uliczce nieopodal OEZ, jako należące do sprawcy, policja orzekła, że najprawdopodobniej jego czyn nie miał charakteru politycznego. Uznano za mało prawdopodobne pogłoski o możliwych powiązaniach S. z neonazistami albo z tzw. Państwem Islamskim. Popełnił samobójstwo strzałem z pistoletu w głowę – stwierdzono, dodając, że był… leworęczny. W sobotę przybyło w mediach informacji. Pokazano sąsiadów rodziny S. z Maxvorstadt, którzy dziwili się, jak taki miły i grzeczny młody człowiek mógł z zimną krwią zamordować dziewięć osób, głównie swoich rówieśników, ale i dzieciaków. Jak na krótko przed zbrodnią podstępnie wabił swoje ofiary przez fejsa na jedzonko do McDonalda. Mieszkał z rodzicami i młodszym bratem we wspólnym mieszkaniu, ojciec był taksówkarzem. Maxvorstadt należy do zamożniejszych, monachijskich dzielnic, tu przeprowadzili się niedawno z dużo biedniejszego Moosach, gdzie Ali uczęszczał do średniej szkoły. Był w niej podobno ofiarą mobbingu i nie lepiej wiodło mu się w nowej szkole. Nieliczni jego koledzy określają go mianem spokojnego, zamkniętego w sobie odludka, którego poza komputerowymi grami siłowymi niewiele interesowało. Trochę z nimi przesadzał – mówią.

Czyżby więc postanowił się za ten mobbing zemścić, nie wirtualnie, ale realnie? Śledztwo pewnie wykaże, jaki miał kontakt z rodzicami, z młodszym bratem, co o nim w sumie wiedzieli. Stwierdzono, że w swoim czasie leczył się na depresję, nic ponadto.

Żywię naiwną nadzieję, że w kolejny czwarty dzień lipca nic szczególnie złego się nam nie przytrafi, że limit nieszczęść na ten miesiąc jest wyczerpany, ale przed nami jeszcze Światowe Dni Młodzieży w Polsce. Dla dobrych ludzi będzie to okazja do zademonstrowania pozytywnych wartości, dla służb porządkowych – zdolności do ich ochrony, ale Zły może też się upomnieć o swój ogarek, więc nie lekceważmy jego inteligencji. W Doniecku już nie udaje, że śpi, bratobójcza wojna o wschodnią Ukrainę rozgorzała ze wzmożoną siłą.

Krysieńka z Rudy Śląskiej, z którą się znamy i lubimy już tak długo, że nawet najstarsi górale tego nie pamiętają, także martwiła się o mnie. Napisz cykl porad, jak sobie radzić w dzisiejszym, złym świecie – zaproponowała w smsie. Hmmm… łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Jedno jest pewne, egoizmem ewentualnie można coś wygrać, kiedy życie toczy się gładko i w miarę przewidywalnie, a po schodach na pewno łatwiej się wchodzi nie samemu. Funkcję poręczy pełni ramię i serce drugiego człowieka, raz moje, raz twoje :-).

Last minute: porady kulturalne dla monachijczyków

Spieszcie się, jeszcze tylko jeden dzień…

Zbigniew Milewicz

Beaty wewnętrzne światy

Wychodzące w Monachium czasopismo polonijne Moje Miasto poświęciło artystce całą piątą stronę. Budzi skrajne emocje. Jedni Beaty nie cierpią, inni są zauroczeni, osobiście należę do tych drugich, muszę się więc pilnować, żeby nie ukręcić tutaj o niej waty cukrowej.

beata0

Śpiewamy w tym samym chórze parafialnym przy Polskiej Misji Katolickiej. Przed ostatnią, kwietniową próbą daje mi obejrzeć filmik nakręcony telefonem komórkowym, z przygotowań do jej wernisażu. Na planie muzyczne trio: Leszek Żądło gra na saksofonie, Małgorzata Szewczyk na flecie i Jolanta Szczelkun na akordeonie, akompaniują Beacie, która śpiewa swoje wiersze. Muzykę ułożyła sama. Na ścianach wisi już parę jej obrazów. Jest wyraźnie podekscytowana tym artystycznym przedsięwzięciem, któremu patronuje Konsulat Generalny RP w Monachium. Wypali, czy nie… Przyjdziesz? – pyta. – Jasne – obiecuję.

beata4

Niestety w ostatniej chwili muszę zmienić plany i na wystawę docieram z tygodniowym poślizgiem. Ekspozycja nosi tytuł: Wewnętrzne światy – między mistyką i erotyką i mieści się w dwóch, średniej wielkości pomieszczeniach przy pryncypialnej Prinzregentenstrasse. W pierwszym króluje Eros, w drugim chrześcijański Bóg, dla wielu dwa antagonistyczne światy, trudne z sobą do pogodzenia. Może dlatego do tej pory żaden z księży z monachijskiej misji, w której Beata dwoi się i troi, między innymi jako psałterzystka, nie zaszczycił wystawy swoją wizytą.

– Czy można pogodzić świętość i grzech? – zastanawia się retorycznie autorka. – Skoro Bóg stworzył nas mężczyznami i kobietami, a później kazał rozmnażać się i czynić sobie ziemię poddaną, to dotykamy rzeczy świętych. Miłość oblubieńcza Boga do człowieka i miłość małżonków są w moim odczuciu sobie bardzo bliskie. Dają pełnię szczęścia. Mistyka to bezpośrednie połączenie duszy z Bogiem. Poprzez akt małżeński następuje najściślejsze zjednoczenie kobiety i mężczyzny. Ale erotyka to szersze pojęcie, tu jest miejsce na zachwyt, radość i tajemnicę. Bóg też jest tajemnicą.

beata5

Jest zadowolona z otwarcia wystawy, której dokonał osobiście konsul ds. Polonii, Aleksander Korybut-Woroniecki, z jej odbioru. Z frekwencją zwiedzających bywa różnie, ale ci, którzy przychodzą zostawiają później miłe wpisy w księdze gości. Do obrazów dołączone są wiersze Beaty, poetycko „komentujące“ ich treść, po polsku i niemiecku. Autorką tłumaczeń jest Nina Kozłowska.

Boską tajemnicą pozostanie, dlaczego Ten na Górze tak nierówno podzielił talenty wśród ludzi. Może więc dlatego niektórzy Beaty zazdrośnie nie lubią, że taka po renesansowemu wszechstronna. Z wykształcenia jest architektem, po Politechnice Warszawskiej, ma otwarty przewód doktorski na Wydziale Architektury TU w Monachium, pisze wiersze, maluje, śpiewa /w 30 rocznicę stanu wojennego wystąpiła nad Isarą z udanym recitalem piosenek Kaczmarskiego i Gintrowskiego/, dokumentuje aparatem fotograficznym i piórem życie misji, robi dekoracje na parafialne uroczystości… Zapracowała więc na ten Złoty Krzyż Zasługi, który niedawno wręczył jej w Monachium Prezydent Andrzej Duda. Poza tym jest właścicielką firmy BM Kunst, w ramach której poza malowaniem obrazów zajmuje się m.in. restauracją cudzych dzieł i projektowaniem. Prywatnie zaś ma męża i dwójkę dzieci w wieku 9 i 13 lat, którzy mieszkają w Warszawie.

– Co dzieci mają z takiej matki? – pytają “życzliwi”.

beata1

Myślę, że najlepiej je o to osobiście zapytać. Ale najpierw zachęcam wszystkich, kto jeszcze nie był, a lubi niekonwencjonalną sztukę do zwiedzenia wystawy, bo warto.

***
beata6Próbka poezji autorki.

Pąki Istnień

Jak pąki Istnień
Co Duchem spowite
Jak ciało nieme
Nagością okryte
Jak Tajemnica
Co się rozpoczyna
Tak życiem wytrwa
w Miłości przyczyna

 

Fotos: Autor

 

Straszne rocznice 2

Zbigniew Milewicz

Czarnobyl

Nikt sobie na Śląsku specjalnie tym głowy nie zaprzątał. Pieprznęło u ruskich, ich zmartwienie, poza tym to było daleko, ile się tego pyłu do nas mogło dostać. Mieliśmy swój – kopalniany, hutniczy, z zakładów chemicznych, cała tablica Mendelejewa wisiała w powietrzu, człowiek był uodporniony na różne świństwa. Internetu jeszcze wtedy nikt nie miał, a cóż wielkiego mogła napisać Trybuna Robotnicza, albo Ludu na ten temat…? Zdarzyła się awaria elektrowni, wszystko jest u towarzyszy radzieckich pod kontrolą, już sprzątają zresztą, więc nie ma co panikować. Dopiero, jak kazali wszystkim przyjść z dzieciakami do przychodni, żeby wypiły Płyn Lugola, to zacząłem się zastanawiać nad powagą sytuacji. A kiedy w drodze na Pomorze, na jakąś konferencję naukową PAX-u, zobaczyłem, że na jezdni co parę metrów leżą martwe ptaki, pomyślałem: to też może być przez tę elektrownię.

Trzydzieści lat temu, 26 kwietnia 1986 r. doszło do katastrofy w Czarnobylu na Ukrainie. O godz. 01.23, w reaktorze jądrowym jednego z bloków energetycznych miejscowej elektrowni atomowej eksplodował wodór, co wywołało pożar i emisję substancji promieniotwórczych. Była to największa katastrofa w historii energetyki jądrowej i jedna z największych katastrof przemysłowych XX w. Razem z awarią elektrowni jądrowej Fukushima została zakwalifikowana do siódmego, najwyższego stopnia w skali INES. Skażenie promieniotwórcze objęło bezpośrednio obszar od 125000 do 146000 km.kw terenu na pograniczu Ukrainy, Białorusi i Rosji, a chmura radioaktywna wyemitowana z uszkodzonego reaktora rozprzestrzeniła się po całej Europie. Z terenów, które najmocniej ucierpiały ewakuowano i przesiedlono ponad 350000 osób.

Budowę elektrowni rozpoczęto w latach 70 ubiegłego wieku. Za główną przyczynę katastrofy uznano błędy konstrukcyjne reaktora, który służył celom militarnym. Produkował pluton i miał konstrukcję modułową, która w razie awarii sprzyjała rozszczelnianiu, przy jednoczesnym samoczynnym wzroście mocy reaktora. Przyczyną wtórną były błędy proceduralne, na które podobnie, jak w przypadku wad konstrukcyjnych położono wówczas polityczną pieczęć milczenia. Po katastrofie władze Związku Radzieckiego obarczyły winą głównie operatorów reaktora.

25 kwietnia 1986 roku personel obsługujący czwarty blok energetyczny prowadził przygotowania do testu, które nieoczekiwanie zastopowała awaria w pobliskiej, smoleńskiej elektrowni. Aby sprostać potrzebom wieczornego szczytu, dyspozycja mocy w Kijowie wydała nakaz przesunięcia testu na wczesne godziny nocne następnego dnia. Do tego czasu reaktor miał wspomagać system zasilania. Według przepisów ów eksperyment powinni wykonać dwa lata wcześniej, przed oddaniem reaktora do eksploatacji, ale elektrownia pod naciskiem politbiura podjęła dzielne zobowiązanie, że szybciej uwinie się z reaktorem, więc test odłożono na później. W ogóle nie można go było uniknąć, bo do projektu w ostatniej chwili zostały wprowadzone zmiany i należało sprawdzić, czy zdadzą one egzamin. Może by i zdały, gdyby nocna zmiana wiedziała dokładnie, co powinna robić. Pierwotnie miała ona tylko czuwać nad systemem chłodzenia wyłączonego już reaktora, bo do samego testu przygotowana była dzienna zmiana, pod nadzorem grupy specjalistów. Może wtedy eksperyment, z Bożą pomocą, udałoby się jakoś pomyślnie przeprowadzić, ale przez feralny Smoleńsk tamtych już dawno nie było w pracy. O północy popołudniowa zmiana przekazała nocnej dokumenty z opisami procedur, pełne ręcznych poprawek i skreśleń, zespół ekspertów, zmęczony bezczynnym oczekiwaniem od rana chyba nie miał za bardzo ochoty na to, by tłumaczyć ludziom, o co generalnie i w szczegółach w tym teście chodzi, a na dodatek operatorem odpowiedzialnym za obsługę reaktora był młody inżynier z trzymiesięcznym stażem pracy.

Nie podejmuję się opisu skomplikowanych, technicznych szczegółów, które bezpośrednio doprowadziły do katastrofy. Powiem tylko, że ten test w opisanych warunkach nie mógł się udać. Doszło do dwóch silnych eksplozji. Poziom promieniowania radioaktywnego w Czarnobylu był 500 razy silniejszy, niż po zrzuceniu bomby atomowej w Hiroszimie. Jego tragiczne, globalne skutki można będzie oszacować dopiero w przyszłości. Radioaktywny izotop Cezu 137 rozkłada się połowicznie dopiero po 30 latach a izotop Strontu po 29. Potrzeba 300 lat aby na skażonym terenie życie wróciło do stanu sprzed katastrofy.

Wkrótce po wybuchu pożaru – czytamy w relacjach z miejsca tragedii – na miejsce przybyła straż pożarna. Pierwsza stawiła się brygada pod komendą porucznika Władimira Prawika, który zmarł 11 maja 1986 w wyniku choroby popromiennej. Strażacy nie zostali poinformowani o niebezpieczeństwie kontaktu z radioaktywnym dymem i odpadami, a możliwe jest też, że w ogóle nie zdawali sobie sprawy, że wypadek to coś więcej niż zwykły pożar instalacji elektrycznych. „Nie wiedzieliśmy, że to reaktor. Nikt nam tego nie powiedział”.

Grigorij Chmiel, kierowca jednego z wozów pożarniczych, relacjonuje później:

Przyjechaliśmy za 10 czy 15 druga w nocy… Widzieliśmy porozrzucany wokoło grafit. „Czy to jest grafit?” – zapytał Misza. Kopnąłem leżący na drodze kawałek, ale jeden ze strażaków podniósł go. „Jest gorący” – powiedział. Kawałki grafitu były różnych rozmiarów. Jedne wielkie, inne tak małe, że dało się je podnieść…
O promieniowaniu nie wiedzieliśmy prawie nic. Nawet ci, co pracowali tu wcześniej, nie mieli pojęcia. W pojazdach nie było wody, więc Misza napełnił zbiorniki i wycelowaliśmy strumień w górę. Potem ci chłopcy, którzy niedługo potem umarli, poszli na dach – Waszczyk Kolia, Wołodia Prawik i inni… Wspięli się po drabinie… i nie widziałem ich więcej.

Ugaszenie płonącego grafitu było bardzo trudne. Potrzeba było do tego kilku tysięcy ton piasku, boru, dolomitu, gliny i ołowiu zrzucanych ze śmigłowców (głównie Mi-26, i mniejszych Mi-8 – ich załogi były tylko prowizorycznie zabezpieczone przed skutkami promieniowania). Zrzucane materiały pod wpływem żaru z reaktora stapiały się razem, tworząc zwartą masę. Jak się później okazało ołów, zastosowany w gaszeniu reaktora, pod postacią par wyrządził ogromne szkody osobom gaszącym ruiny reaktora.

Kiedy zakończono zrzucanie ładunków, nastąpił poważny kryzys. Reaktor był tak zbudowany, że pod jego podstawą, grubą na metr warstwą betonu, znajdowały się zbiorniki rozbryzgowe na wodę z ewentualnych wycieków. W razie przedostania się stopionej masy do tych zbiorników, mógł nastąpić kolejny wybuch, powodując jeszcze większe skażenie. Ponieważ prawdopodobieństwo takiego zdarzenia szacowano na 10-15%, przedsięwzięto akcję zapobiegawczą. Ściągnięto setki wozów strażackich i beczkowozów do wypompowania wody, lecz mimo tej akcji w zbiorniku wciąż pozostawało kilka hektolitrów wody. Trójka inżynierów zgłosiła się na ochotnika i dotarła do zbiornika, by otworzyć dwa zawory główne.

Po otwarciu zaworów przystąpiono do instalowania pod reaktorem agregatów chłodzących. Ponieważ w trakcie prac temperatura reaktora spadła (głównie w wyniku zasypywania go ołowiem), zamiast tego postanowiono wybudować w tym miejscu „poduszkę betonową”, aby w razie przepalenia się reaktora do wnętrza nie doszło do stopienia fundamentów i silnego skażenia terenu. Ponieważ grunt był miękki (Prypeć i Czarnobyl leżą w pobliżu mokradeł), użyto techniki stosowanej w podobnych sytuacjach do budowy metra – w ukośne odwierty wlewano ciekły azot (-196 °C) i doprowadzono do zamrożenia gruntu. 13 maja grupa 450 górników sprowadzonych specjalnie z Tuły (ze względu na podobne warunki gruntowe) rozpoczęła kopanie tunelu o długości 150 metrów. Ukończono go po 36 dniach pracy w trzygodzinnych szychtach (w celu ograniczenia napromieniowania). Górnicy w tym okresie otrzymali dawkę 40-80 rem, w ciągu kilku kolejnych lat 170 z nich zmarło.

Po 10 dniach pierwotna, betonowa podstawa reaktora przepaliła się i radioaktywne szczątki reaktora runęły do zabezpieczonego „betonową poduszką” zbiornika, gdzie pozostają do dziś. Ich wydobycie jest na chwilę obecną technicznie niemożliwe.

Blok 4, stan z roku 2006

W grudniu 1986 roku, po 6 miesiącach dochodzenia, przeprowadzono badania wewnątrz betonowego sarkofagu, gdzie odkryto wysoce radioaktywną substancję w pomieszczeniach poniżej reaktora. Ważąca kilkaset ton bryła została nazwana „stopą słonia” z powodu swojej pomarszczonej powierzchni. Bryła ta jest spiekiem piasku, szkła i dużych ilości radioaktywnego paliwa, które wydostało się z reaktora. Przez betonowy sufit pomieszczeń pod reaktorem przedostała się lawa roztopionych szczątków oraz wcześniej nieznana substancja krystaliczna, która została nazwana czarnobylitem.

Kontrowersje budzi szacowana liczba ofiar. Greenpeace podaje ogólną liczbę 100000 ofiar śmiertelnych Czarnobyla. 134 spośród ratowników, którzy przybyli do płonącego reaktora zachorowało na chorobę popromienną, z czego 28 zmarło w ciągu kilku dni lub tygodni. Organizacja WHO utrzymuje, że około 2200 pracowników elektrowni i członków ekip ratowniczych straciło życie na skutek katastrofy. Raport Lekarzy Przeciw Wojnie Nuklearnej szacuje liczbę wypadków raka tarczycy powstałych z powodu katastrofy na 10 000 i sądzi, że istnieje możliwość kolejnych 50 000 przypadków, do tego doszło do 10 000 deformacji płodów i śmierci 5000 niemowląt. Jednak do tej pory nie zaobserwowano jakichkolwiek negatywnych skutków wśród dzieci urodzonych po awarii. Związek Czarnobyla, organizacja zrzeszająca likwidatorów elektrowni, podaje, że 10% z 600 000 osób pracujących przy tym procesie już nie żyje (20 lat po tragedii), a kolejnych 165 000 jest niepełnosprawnych. Z kolei prof. Wade Allison z Uniwersytetu Oksfordzkiego oszacował ilość śmierci nowotworowych z powodu Czarnobyla na 81. Współcześnie status osoby poszkodowanej w wyniku katastrofy w Czarnobylu posiada 1 milion dzieci i 2 miliony dorosłych.

Trudno jest ustalić całkowity koszt ekonomiczny katastrofy. Według Michaiła Gorbaczowa, ZSRR wydał 18 mld rubli (w tym czasie równowartość 18 mld dolarów) na działania związane z zamknięciem i dekontaminację. Na Białorusi całkowity koszt przez 30 lat szacuje się na 235 miliardów dolarów (wartość dolara z 2005). Bieżące koszty są dobrze znane – z raportu Forum Czarnobyla 2003-2005 wynika, że 5-7% wydatków budżetowych na Ukrainie jest nadal związane z katastrofą w Czarnobylu. Politycznie miała ona wielkie znaczenie dla realizacji nowej polityki sowieckiej głasnosti i sprzyjała zacieśnieniu stosunków ZSRR-USA pod koniec zimnej wojny, ale była jednocześnie przysłowiowym gwoździem do trumny Kraju Rad. Pomogła Ukrainie wybić się na niepodległość.

Straszne rocznice

Zbigniew Milewicz

San Francisco rok 1906

Równo 110 lat temu, 18 kwietnia 1906 roku, o godzinie 5:12, w 130 roku od chwili założenia miasta, przez San Francisco i północną Kalifornię przetoczyła się Apokalipsa. Najbardziej ucierpiało miasto, któremu patronował Biedaczyna z Asyżu, od czasu kalifornijskiej gorączki złota pyszniące się mianem największego na amerykańskim Zachodnim Wybrzeżu, bogate Frisco. Epicentrum trzęsienia Ziemi znajdowało się niedaleko brzegu Pacyfiku, około trzech kilometrów od miasta; obszar epicentralny biegł wąskim pasem, wzdłuż uskoku San Andreas na północ i na południe, na długości 296 mil. Trzęsienie trwało 65 sekund, miało charakter pulsacyjny i było odczuwalne od Oregonu do Los Angeles, a więc na długości 1170 km, wzdłuż wybrzeża Pacyfiku, a także w głębi kraju, do miejscowości Winnemucca w centralnej Nevadzie. Tak zwane wstrząsy wtórne notowano w tym rejonie jeszcze przez półtora roku. Kataklizm i spowodowane nim pożary, zapamiętano, jako jedną z najgorszych naturalnych katastrof w historii Stanów Zjednoczonych.

O jej ofiarach i szczegółach, opowiada w przejmujący sposób, ustami świadków, książka zatytułowana: „ Największe katastrofy w dziejach świata”, której autorem jest Rodney Castleden. Oto dwa opisy:

Byłem świadkiem scen, których nigdy nie chciałbym więcej oglądać. Świtało. Spojrzałem w górę. Spadające kamienie wypełniały przestrzeń, a wszędzie dookoła ginęli pod nimi ludzie. Wielkie budynki trzęsły się i falowały. Co chwila słychać było grzmoty, podobne w brzmieniu do stu dział odpalanych w jednym momencie. Potem wystrzeliły strumienie ognia, a po nich znów wybuchy.
Zapytałem stojącego obok mężczyznę, co się dzieje. Zanim zdążył mi odpowiedzieć, spadło na niego z tysiąc cegieł, pod którymi zginął. Jakaś kobieta rzuciła mi się na szyję. Odepchnąłem ją i uciekłem. Dokoła mnie budynki trzęsły się w posadach, a naokoło strzelały płomienie. Gdy tak biegłem, mijałem ludzi płaczących, modlących się i wzywających pomocy. Myślałem, że oto nadszedł koniec świata. Wtedy napotkałem katolickiego księdza, który powiedział: „Musimy się dostać do promu”. Znał drogę, więc popędziliśmy w dół Market Street. Mężczyźni, kobiety i dzieci wypełzali spod gruzu. Setki ludzi pędziło w dół ulicy, a w każdej chwili spadał na nich gruz. W niektórych miejscach ulice popękały, a szczeliny biegły we wszystkich kierunkach. Widziałem jak w dół Market Street gnało oszalałe ze strachu bydło. Przykucnąłem w pobliżu chwiejącego się budynku i zauważyłem, że nadbiegające zwierzęta zaczęły znikać, jakby zapadały się pod ziemię. Kiedy wszystkie już przepadły, podszedłem bliżej i odkryłem, że faktycznie runęły w głąb szerokiej szczeliny w powierzchni ulicy. Strach i przerażające sceny odbierały mi zmysły.

…piętrowy budynek zawalił się z hukiem. Płomienie omiotły Market Street i dopadły stojący tam, nowo wybudowany, ognioodporny budynek, Miejscami ulice obniżyły się o trzy, cztery stopy. Gdzie indziej pojawiły się wysokie na cztery, pięć stóp wybrzuszenia. Wagony tramwajowe powyginały się na wszelkie możliwe sposoby. Wszędzie poniewierały się kable elektryczne. Budynki zawalały się w całości lub odpadały ich frontowe części, a ulice wkrótce wypełniły się cegłami i ogniem. Powozy z zaprzęgniętymi do nich końmi (o tej porze były to głównie wozy sprzedawców dowożących towar), kierowcy i zawartości wozów – wszystko leżało na ulicach, martwe, przygniecione przez cegły i kamienie. Warsztaty i duże domy handlowe zostały albo zupełnie zniszczone, albo ściany ich były wybrzuszone, wykręcone i przesunięte o dwie lub trzy stopy od swego dotychczasowego położenia, ciągle jeszcze stojące, lecz całe popękane.

Frisco wróciło do życia w szybkim, amerykańskim stylu. Dziewięć lat po trzęsieniu ziemi zorganizowano tam już imponującą rozmiarami wystawę p.t. „Panama – Pacific International Exposition”, poświęconą budowie Kanału Panamskiego. Podczas II wojny światowej miasto było bazą ekspedycyjną dla tysięcy żołnierzy walczących na Pacyfiku, stąd odpływały do boju alianckie okręty. Po wojnie do San Francisco dotarły tysiące emigrantów i byłych żołnierzy, zaczął się kolejny boom budowlany. W 1967 r. zorganizowano tam po raz pierwszy tzw. Lato Miłości, które z czasem wyrobiło aglomeracji opinię miasta liberalnego. Dziś miasto to duży, ponad 850 tysięczny ośrodek, znany m.in. z licznych atrakcji turystycznych, takich, jak most Golden Gate, słynne tramwaje linowe, pokonujące strome wzgórza i ulice, czy ciężkie więzienie Alcatraz, zresztą od kilkudziesięciu lat już nieczynne. Miasto, bardzo zróżnicowane kulturowo i etnicznie, z przewagą społeczności azjatyckich i latynoskich, posiadające wiele także wiele uniwersytetów.

 

Reblog na Wielki Post

Nadesłany przez “naszego” Zbyszka Milewicza z następującym komentarzem: Ewuniu, proponuję Ci kolejny przedruk, myślę, że tekst dobrze się wpisuje w czas Wielkiego Postu, który dla wierzących powinien stać pod znakiem refleksji i duchowej odnowy. Niewierzącym też nie powinien zaszkodzić 😉

W sam raz lektura na Wielki Tydzień

Od pychy do lenistwa: 7 grzechów głównych Polaków

tekst opublikowany w Gazecie Krakowskiej 18 grudnia 2014 aktualizowany 18 marca 2015

Pycha. Chciwość. Nieczystość. Zazdrość. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Gniew. Lenistwo. To według katechizmu Kościoła katolickiego 7 grzechów głównych. O nich, a właściwie o 7 wadach głównych Polaków, z księdzem dr. Robertem Nęckiem, rzecznikiem Archidiecezji Krakowskiej, a także badaczem nauk społecznych na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II – rozmawia Maria Mazurek.

Porozmawiamy o grzechach głównych?

Będąc precyzyjnym: o wadach głównych. Zwyczajowo możemy mówić “siedem grzechów głównych”, ale grzechami one nie są. Za to stają się podstawą do rozwijania się innych występków i patologii, skłonnościami do popełniania tych samych nieprawości. Wady główne są więc naszymi słabościami.

Skoro to nasze powtarzalne słabości, to nie musimy się z nich spowiadać?

Musimy. Dlaczego Pani tak sądzi?

Bo skoro jesteśmy zazdrośni lub leniwi z natury, to nie nasza wina.

Nigdy nie jesteśmy zazdrośni czy leniwi z natury. Możemy mieć predyspozycje do pewnych słabości, ale mamy obowiązek pracować nad sobą. Jeśli nie pracujemy – grzeszymy.

Grzech główny numer jeden: pycha. Co to?

Jeśli odpowiadałbym pani teraz na pytania, a w moim głosie byłaby pogarda, to popełniałbym grzech pychy.

Czyli wywyższania się nad innymi?

Tak.

Pytam, bo słyszałam też inną interpretację tego grzechu. Że to nie poczucie wyższości nad innymi, ale stwierdzenie, że to, co mam, zawdzięczam sobie.

To też. Święty Paweł pytał: Cóż masz, czego byś nie otrzymał?

Od rodziców, od Boga, od życia?

Od wszystkich. Człowiek nie jest samotną wyspą. Drażni mnie, gdy ktoś podkreśla: To, co osiągnąłem, zawdzięczam sobie. Takie postawienie sprawy jest typowe dla tzw. nowobogackich – ludzi, którzy szybko się dorobili. Wie pani, jaką definicję nowobogackiego miał arcybiskup Józef Życiński? “Człowiek, który zrobił sam siebie”. A ja pytam: gdzie byli np. twoi rodzice?

“Czcij ojca swego i matkę swoją”.

Szacunek do rodziców jest obowiązkiem chrześcijan. Zawsze, gdy o tym myślę, przypomina mi się wzruszająca anegdota ze starożytnego Rzymu o Koriolanie i jego matce. Koriolan był rzymskim oficerem, który mimo młodego wieku bardzo szybko piął się po szczeblach hierarchii wojskowej. Ale to niektórym się nie podobało. Uniesiony więc honorem przeniósł się do “armii wroga”, czyli do Wolsków, gdzie został naczelnym dowódcą sił zbrojnych. Rozkazał atak na miasto. Kiedy Rzymianie zobaczyli swój błąd, wysłali do Koriolana najważniejszych polityków z błaganiem, by zmienił zdanie. Nie pomogło. Następnie duchownych w szatach liturgicznych, którzy na kolanach prosili go, by wrócił do Rzymu. Koriolan nimi też wzgardził. Potem podarowali mu złoto, które jeszcze bardziej go rozzłościło. Wreszcie, w akcie rozpaczy, wysłali do niego matkę. Ona uklękła i zaczęła błagać go, by zażądał odwrotu wojsk. Podniósł ją, przytulił i powiedział: Matko, ocaliłaś Rzym, ale straciłaś syna. Koriolan zdążył nakazać odwrót wojsk, ale zaraz potem został zabity przez Wolsków.

Ładne.

Pogańskie opowiadanie, a wpisuje się w chrześcijaństwo. Nie rozumiem, jak dzieci mogą gardzić swoimi rodzicami, jak mogą pławić się w luksusach, podczas gdy matki i ojca nie stać na podstawowe potrzeby.

Ale zapytam raz jeszcze, bo nie do końca rozumiem: Czym jest to poczucie wyższości zwane pychą, oprócz tego, że twierdzeniem, iż wszystko zawdzięczam sobie?

Źródłem zamknięcia się na innych, egoizmu.

Ale jeśli znam swoją wartość i lubię siebie, to popełniam grzech pychy?

Nie. Bóg nie chce, byśmy mieli kompleksy, nie wierzyli w swoje możliwości, źle się oceniali. Pokochanie siebie jest warunkiem tego, by pokochać innych. Przecież w Biblii jest napisane: “Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego”. Nie mogą polubić świata i bliźnich ci, którzy depczą samych siebie. W grzechu pychy chodzi o coś innego – by znać swoje ograniczenia. By nie czuć się bogiem, od którego wszystko zależy.

Czemu mówi się, że pycha to najgorszy grzech?

Bo z niego wynikają wszystkie inne. Choćby chciwość bierze się z poczucia, że należy nam się więcej niż innym, bo jesteśmy ponad wszystkimi.

 Poniżej:
Pycha w interpretacji Johanny Rubinroth    01superbia

Dalsze grzechy
Dalsze interpretacje

Sto lat i trzy dni

Zbigniew Milewicz

Z nieba na ziemię

Kolejna, okrągła rocznica. BMW, samochodowy potentat, ikona monachijskich filistrów, nazywanych spießer i symbol bawarskiego dobrobytu, obchodzi sto lat. Jako datę urodzin koncern przyjmuje 7 marca 1916 r., a za swoich założycieli uznaje Gustava Otto i Karla Rappa, którzy w Monachium na początku XX wieku, niezależnie od siebie, rozpoczęli działalność gospodarczą w dziedzinie lotnictwa. Logo firmy, niezmienione do dziś – stylizowany krąg śmigła w bawarskich barwach – przypomina o jej lotniczych korzeniach.

Wszystko zaczęło się we wrześniu 1909 r., na pokazach lotniczych w Kolonii. Wśród publiczności znajdował się przemysłowiec Gustav Otto, syn wynalazcy czterosuwowego silnika o wewnętrznym spalaniu. Był tak zafascynowany możliwościami maszyn latających, że po pokazach niezwłocznie pojechał do Francji, gdzie kupił trzy samoloty jednopłatowe typu Blèriot oraz licencję na ich produkcję na terenie Niemiec (dokładnie trzydzieści lat później Luftwaffe zrzuciła pierwsze bomby na Warszawę). W 1910 r., jako jeden z pierwszych, otrzymał niemiecką licencję lotniczą, z nr 34 oraz założył szkółkę lotniczą i fabrykę, którą nazwano Gustav Otto Flugmaschinenfabrik. Mieściła się ona na wschód od poligonu wojskowego Oberwiesenfeld, przy Lerchenauerstrasse 76, gdzie dziś znajduje się fabryka BMW i centrala koncernu.

Początkowo produkowano tu samoloty treningowe i zwiadowcze; weszły one w skład wyposażenia Bawarskiego Korpusu Lotniczego, a kiedy rozpoczęła się Wielka Wojna, posłano je na front. Ponieważ nie sprawdziły się, zakład przerzucił się na produkcję dwupłatowców oraz innych konstrukcji, które okazały się w boju równie mało skuteczne. Ministerstwo Wojskowe Prus zrezygnowało więc z dalszych zamówień i firma podupadła. Wtedy zainteresowało się nią konsorcjum złożone z MAN AG oraz kilku banków, kupiło zakład i założyło nową spółkę, Bayerische Flugzeugwerke AG.

Inżynier Karl Rapp rozpoczął swoją przygodę z lotnictwem później, w październiku 1913 r., kiedy to wspólnie z drugim udziałowcem – był nim Julius Auspitzer – zajęli się w Monachium produkcją silników do samolotów. Rapp Motorenwerke GmbH mieściły się w kilku drewnianych budynkach obok Oberwiesenfeld, a więc w sąsiedztwie firmy Otto, gdzie wcześniej funkcjonował zakład o identycznym profilu. Kiedy niecały rok później wybuchła wojna, fabryka stała się zakładem zbrojeniowym, produkującym silniki lotnicze na potrzeby pruskich sił powietrznych. Nie miały one dobrej renomy, były problemy z tłumieniem drgań i czasem pękały, więc Ministerstwo Wojskowe Prus zerwało umowę. Próby poprawienia konstrukcji spełzły na niczym i pewnie Rapp wcześniej wypadłby z rynku, gdyby nie otrzymał licencji na budowę 12- cylindrowych silników, zaprojektowanych przez Austro-Daimlera, których odbiorcą był resort wojskowy rządu Austro-Węgier, a także Bawaria. Główny wykonawca nie był w stanie sprostać wszystkim zamówieniom i Rapp dostał swoją szansę. Osobą nadzorującą budowę konstrukcji ze strony Austro-Daimlera był Franz Josef Popp, wiedeńczyk, specjalnie oddelegowany w tym celu do Monachium.

Wikipedia, za którą przytaczam te wszystkie szczegóły, poświęca mu sporo miejsca, całkiem zasłużenie. Popp przekonał bowiem Rappa, aby zatrudnił u siebie Maxa Fritza, młodego projektanta i inżyniera silników lotniczych z Daimlera, któremu w ciągu kilku tygodni udało się zaprojektować nareszcie udaną konstrukcję z innowacyjnym gaźnikiem i ta postawiła firmę na nogi. Rapp, skompromitowany jako inżynier, opuścił zakład, nazwa zmieniła się na Bayerische Motorenwerke GmbH i Popp został ich dyrektorem. Był on zdolnym menadżerem i rynkowym graczem. Podczas, gdy Max Fritz zajmował się projektowaniem, Popp pełnił kluczową funkcję przewodniczącego zarządu, aż do przejścia na emeryturę w 1942 r. Za jego rządów firma przeszła gruntowną rekonstrukcję, rozwinęła skrzydła, choć wzlotom towarzyszyły i upadki.

Po kapitulacji Niemiec w I wojnie światowej alianci na mocy Traktatu Wersalskiego zabronili m.in. budowy samolotów i silników lotniczych. Na krótko zamknięto fabrykę, po czym ruszyła produkcja silników dla łodzi, samochodów osobowych, ciężarówek i motocykli. Drugim ruchem, rokującym jej perspektywicznie większe bezpieczeństwo finansowe, była dziesięcioletnia umowa licencyjna na produkcję zespołów montażowych hamulców z berlińską firmą Knorr-Bremse AG. Interes okazał się trafiony, ale doraźnie zbyt mało dochodowy dla głównego udziałowca BMW, którym był ziomek i dobry znajomy Poppa, Włoch z pochodzenia, Camillo Castiglioni. Spontanicznie przyjął on więc ofertę prezesa Knorra i w sierpniu 1920 r. sprzedał mu wszystkie swoje udziały. BMW było teraz własnością producenta hamulców.

O przetrwanie walczył również dawny zakład G. Otto, Bayerische Flugzeugwerke AG, który z samolotów przerzucił się na produkcję mebli i zabudów kuchennych, a nieco później – motocykli własnej konstrukcji. Nazywały się Flink i Helios. Jesienią 1921 r. austriacki przemysłowiec – finansista Castiglioni oficjalnie zgłosił ofertę kupna BFW. Większość akcjonariuszy wyraziła na nią zgodę, tylko MAN (Maschinenfabrik Augsburg -Nürnberg), najstarsza spółka na niemieckiej giełdzie, której silniki diesla napędzały okręty wojenne, zachowała swoje udziały. Popp, dyskretnie wspierający Castiglioniego w planach całkowitego przejęcia fabryki, z czasem przekonał jednak prezesa MAN, żeby ją sprzedał, bo rzekomo nie była warta funta kłaków. Wiosną 1922 r. austriacki finansista stał się więc właścicielem zakładu, który wkrótce miał otrzymać logo BMW.

Pod egidą Knorr-Bremse BMW rozwijało się całkiem dobrze. W 1921 r. załoga liczyła już 1800 pracowników, firma posiadała szkołę zakładową, ale była zależna od Berlina i budowa silników lotniczych nie wchodziła w rachubę. Nieoczekiwanie znowu dał znać o sobie Castiglioni, który w maju 1922 r. złożył prezesowi Knorra kuszącą ofertę: 75 milionów marek niemieckich za drobiazg właściwie, za odsprzedanie mało znaczącego wydziału silników i odlewni aluminium, razem z prawem do marki i logo BMW. Zadeklarował, że zamierza na własną rękę założyć fabrykę silników i prosi o rysunki, patenty i maszyny potrzebne do ich produkcji. Zażyczył sobie także, aby przeszło do niego kilka kluczowych postaci, w tym główny konstruktor Max Fritz i przewodniczący zarządu Franz Josef Popp. Berlin chętnie przystał na tę propozycję. Tym sposobem spełniło się marzenie Poppa o scaleniu obydwu zakładów pod jednym szyldem i odzyskaniu niezależności. Reszta dawnego BMW pozostała własnością Knorra, pod nową nazwą Südbremse AG.

Większościowy udziałowiec BMW, Castiglioni, po staremu zainteresowany był przede wszystkim robieniem szybkich pieniędzy. Kiedy dowiedział się, że Czechosłowacja rozbudowuje siły powietrzne i poszukuje odpowiednich silników lotniczych, wynegocjował z Pragą korzystne warunki i zawarł kontrakt na dostawę konstrukcji BMW III a i BMW IV, który pomyślnie funkcjonował ponad 10 lat, niestety zyski lądowały tylko w kieszeni właściciela. BMW rzekomo nic na tym nie zarobiło. Nie Czesi jednak tylko Rosjanie byli wówczas najpoważniejszym klientem. Interesy z państwem bolszewików zapewniły przedsiębiorstwu solidny byt w ogólnie chudych dla Niemiec latach dwudziestych. Na dostawach silników dla Armii Czerwonej Castiglioni dobrze zarabiał, kasując wysokie, maklerskie honoraria od każdej dostarczonej sztuki. Po pięciu lukratywnych latach ktoś życzliwy powiadomił Deutsche Bank, że finansista gra nieuczciwie, gdyż prowadzi fikcyjne spółki, na których konta wpływają prowizje od Rosjan. Bank sprawdził tę informację, okazała się prawdziwa. Aby uniknąć odpowiedzialności sądowej, Castiglioni wpłacił pokaźną sumę miliona marek na konto BMW, ale stracił miejsce w radzie nadzorczej przedsiębiorstwa i zmuszony był pozbyć się reszty udziałów. Jego era w BMW się zakończyła, pozostała natomiast urażona duma Rosjan, którzy dowiedzieli się o przekrętach Austriaka. Za dziesięcioprocentowe prowizje, jakie od nich ściągał pod szyldem fikcyjnych spółek, BMW zrewanżowało się darmową licencją na silniki BMW VI, masowo później montowane w bombowcach Tupolewa TB-1.

Pierwszy motocykl BMW, legendarny R 32, zaprezentowany został publiczności na targach motoryzacyjnych w Berlinie jesienią 1923 r. Był on dziełem Maxa Fritza i jego asystenta Martina Stolle. Na szkic R 32 uzdolniony projektant Fritz potrzebował tylko pięciu tygodni. Jesienią 1928 r. BMW przejęło Fabrykę Samochodów w Eisenach i rozpoczęło karierę, jako producent osobowych pojazdów dwuśladowych, z czego jest dziś najbardziej znane. W Eisenach powstawał mały Dixi i początkowo kontynuowano jego produkcję. W marcu 1929 r. powstał pierwszy, seryjny samochód z biało-niebieskim logo, BMW 3/15 PS DA 2, zbudowany podobnie, jak Dixi na licencji brytyjskiego Austina Seven, a trzy lata później, już w Monachium, pierwszy, „prawdziwy“ boarisch, BMW 3/20 PS AM 1 / Automobilkonstruktion München Nr 1.

Na cały stuletni życiorys tej firmy, nawet w wielkim skrócie, brakuje tu miejsca. Kto ciekaw, łatwo znajdzie informacje w sieci, więc wspomnę na zakończenie tylko o jednym, może mało znanym fakcie z czasu II wojny światowej, któremu Wikipedia poświęca zaledwie cztery, lakoniczne zdania. Priorytetem dla całej gospodarki niemieckiej była wówczas oczywiście produkcja zbrojeniowa. W BMW powstawały ciężkie motocykle z doczepianym „koszem“, model R 12 i R 75 oraz terenowy samochód BMW 325, ale główne zadanie polegało na opracowaniu i produkcji różnego rodzaju silników dla Luftwaffe, do 1945 r. wyprodukowano ich ponad 30.000. Najważniejszym był podwójny silnik gwiazdowy BMW 801, osiągający moc do 1467 KW. Realizując zlecenia hitlerowskiego reżimu od połowy 1941 roku, zatrudniano także obcokrajowców, aby zaspokoić braki siły roboczej i podtrzymać produkcję. Do 1944 roku pracowali wszędzie, ogólnie stanowiąc 40 do 50% załogi BMW, która w tym czasie wynosiła 50.000 osób. Posiadali status albo więźnia albo pracownika przymusowego. Dla przykładu do wykonywania silników lotniczych wykorzystywano prawie wyłącznie robotników przymusowych, którzy byli zakwaterowani w obozie zewnętrznym Allach, znanym także jako osiedle Ludwigsfeld, obozu koncentracyjnego Dachau.

Tyle Wikipedia. Brak informacji, ilu więźniów i robotników przymusowych straciło w Allachu życie, szacuje się, że tysiące. BMW nigdy po ludzku nie pochyliło się nad tymi ofiarami, nie powiedziało choćby przepraszam, ale ponoć okazało hojność w programie niemieckich, powojennych odszkodowań. Zatem z czystym sumieniem może świętować okrągły jubileusz. Prosit!

Przedruk: Zaszczuta wiceminister

Zbigniew Milewicz

Z drugiej ręki

Nie czytam dwutygodnika Kobra, ale robi to Jurek, mój monachijski sąsiad, z którym sobie czasem przy piwku politykujemy. Od niego więc mam ostatni, grudniowy numer pisma z ubiegłego roku, w którym jest m.in. tekst na temat Moniki Zbrojewskiej, współkierującej resortem sprawiedliwości w rządzie Platformy Obywatelskiej. Dobry materiał dziennikarski, pióra Anny Fijak, którym chciałbym się z Państwem podzielić, opowiada on o wszechobecnym na scenie politycznej mobbingu i jego tragicznych skutkach.

kobra

Z hasłem miłości bliźniego na ustach potrafimy zabić. Wprawdzie nie bezpośrednio, przy użyciu niebezpiecznego narzędzia, ale słowem. Złe słowo, zwłaszcza dzisiaj, w dobie internetu, ma zabójczą moc. Dotyka przede wszystkim osoby wrażliwe, bo te gruboskórne zniosą wiele. A co do tego, że Monika Zbrojewska była kobietą kruchą, jej znajomi nie mają wątpliwości. Gdy nastąpił bezpardonowy atak, nie umiała sobie z nim poradzić.

Piątek 23 października, wczesne popołudnie. Ulicą Byszewską w Łodzi jedzie toyota yaris, za nią samochód kierowany przez emerytowanego policjanta. Policjant widzi, że poprzedzający go pojazd dziwnie się zachowuje, mówiąc wprost – jedzie zygzakiem. Zawodowa rutyna daje znać o sobie. Były funkcjonariusz wyprzedza toyotę, zajeżdża jej drogę zmuszając do zatrzymania. W środku kobieta, jakby nie zdająca sobie sprawy, co się dzieje. Wyczuwalny jest alkohol. Kiedy później przeprowadzono badanie okazuje się, że stężenie wynosiło ponad dwa promile. To dużo, w przypadku kobiety bardzo dużo.

Przyjeżdża policja. Kobieta nie wszystkie polecenia wykonuje bez sprzeciwu. Zostaje odwieziona do Izby Wytrzeźwień. Jeszcze nikt nie wie, że chodzi o wiceministra sprawiedliwości Monikę Zbrojewską.

kobra (1)Zanim informacja dotarła do przełożonych, ktoś dał cynk dziennikarzom. Przypadek? Są tacy, którzy wszystko widzą w jasnym kontekście. Monika Zbrojewska jest ministrem w rządzie Platformy Obywatelskiej. Za kilka godzin rozpoczyna się cisza wyborcza, a z nią kończy się w mediach okładanie ciosami poniżej pasa. Ale o konkretnym przypadku pisać przecież można. Następuje zmasowany atak. Media, zwłaszcza te związane z Prawem i Sprawiedliwością, biją na odlew. Internet pełen jest chamskich komentarzy. I nic to, że wiceminister nie należy do PO, nie uważa się za polityka. Dla jednych wystarczy, że jest ze znienawidzonego rządu, dla drugich radość sprawia, że ktoś, kto był tak wysoko, właśnie z hukiem z tej wysokości spada. Dla różnej maści nieudaczników, przeciętniaków, a czasami wręcz pospolitych leni, porażka człowieka bardziej uzdolnionego, bardziej pracowitego jest najsłodszym miodem na zawistne serce.

Nic nie wskazywało, że kiedyś osiągnie zaszczyty. Rodzice posłali ją do technikum odzieżowego, bo Łódź była wówczas centrum przemysłu włókienniczego i zawód dawał gwarancję pracy. Wprawdzie po transformacji padał zakład za zakładem, ale gdy Monika Zbrojewska rozpoczynała edukację w szkole średniej, nikomu nie śnił się krach socjalistycznej gospodarki, a z nim bankructwo całych gałęzi przemysłu.

W technikum uczono zawodu, po macoszemu traktując przedmioty humanistyczne. Nagle okazało się, że uczennica Monika ma większe ambicje. Marzyło się jej prawo, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że ze świadectwem z „odzieżówki“ i wyniesioną z tej szkoły wiedzą, na prawnicze studia nie ma żadnych szans. Obowiązywały wówczas egzaminy wstępne, a sito na tradycyjnie obleganym przez kandydatów prawie było szczególnie gęste.

Ku zaskoczeniu komisji stała się rzecz niezwykle rzadka. Absolwentka technikum odzieżowego zdystansowała dziesiątki kandydatów z „lepszych” szkół. Nikt nie wiedział jednak, że za tym sukcesem kryły się setki godzin spędzonych nad podręcznikami, których nie obejmował program nauczania w technikum. Monika Zbrojewska okazała się jedną z najlepszych wśród ubiegających się o indeks Uniwersytetu Łódzkiego. Studia skończyła wśród trojga najlepszych studentów na swoim roku. Zaproponowano jej pracę w Katedrze Postępowania Karnego i Kryminalistyki. Została na uczelni.

Szybki doktorat, dziesiątki naukowych publikacji. Stała się znana poza wąskim, naukowym środowiskiem, dzięki komisji śledczej w sprawie afery Lwa Rywina. Została jej ekspertem. Posiedzenia komisji transmitowane przez wszystkie znaczące stacje telewizyjne, cieszyły się olbrzymią oglądalnością. Wśród ekspertów wyróżniała się właśnie Zbrojewska. Z jednej strony fachową wiedzą, z drugiej obiektywizmem. Niektórzy z występujących traktowali udział w komisji jako trampolinę do kariery, a ich stronniczość była aż nazbyt widoczna. Na ich tle Zbrojewska budziła szacunek nawet u osób, którym obiektywne opinie pani ekspert się nie podobały, bo stały w kolizji z politycznymi interesami. Potem, jakby naturalną koleją rzeczy, były komisje w sprawie prywatyzacji PZU i w sprawie Olewnika.

Wielu jej zazdrościło. Szybkiej kariery naukowej ukoronowanej habilitacją w wieku 41 lat, co w naukach prawniczych nie jest częste, także statusu materialnego związanego z prowadzoną równolegle praktyką adwokacką. Zazdroszczono znanych klientów, takich jak choćby Leszek Miller (proces przeciwko Zbigniewowi Ziobrze) czy niegdysiejsza gwiazda telewizyjna Irena Dziedzic. Zazdrośnicy nie zastanawiali się nad ceną, którą za powodzenie przychodziło Monice Zbrojewskiej płacić. A cena była bardzo wysoka, bo w życiu nic nie jest za darmo.

Wszystko zbudowała na jednym filarze. Kariera, praca zawodowa. Nie było żadnej innej podpórki, choćby tej natury osobistej, żadnego oparcia. Taka konstrukcja jest bardzo niebezpieczna. Gdy pada jedyny filar, wszystko obrócić się może w ruinę. Takiej ruiny Monika Zbrojewska doświadczyła.

kobra (2)

Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby nie Cezary Grabarczyk, obejmujący fotel ministra sprawiedliwości i jego propozycja skierowana do łódzkiej znajomej o objęcie stanowiska jednego z zastępców. Monika Zbrojewska została wiceministrem.

Wchodziła do budynku przy Alejach Ujazdowskich chyba nie zdając sobie sprawy, jakie to miejsce. Miejsce zasiedziałych pracowników, odpornych na zmiany personalne na szczytach, biegłych w zakulisowych grach i zwalczaniu konkurencji. Nowa wiceminister bez politycznego zaplecza (wszyscy przecież wiedzieli, że do PO nie należy), bez umiejętności bezwzględnego wymuszania na podwładnych posłuszeństwa, z góry stała na straconej pozycji. Dodatkowo górowała nad większością ministerialnych urzędników wiedzą, a jest to grzech, którego wielu wybaczyć nie potrafi. Nie miała męża, nie miała dzieci, więc pracy mogła całkowicie się poświęcić, a takie zawodowe zaangażowanie także nie może podobać się ludziom, żyjącym w rytmie ośmiogodzinnego dnia.

Było trudno, a stało się jeszcze trudniej, gdy z ministerstwa odszedł Cezary Grabarczyk. Nowy szef resortu, Borys Budka, został zaskoczony atakiem na wiceminister Zbrojewską. Szczególnie zajadły był jeden z ustosunkowanych urzędników. Minister Budka chcąc sprawę ostatecznie wyjaśnić, zarządził konfrontację, ale do niej nie doszło, gdyż urzędnik wycofał się z oskarżeń. Sprawy jakby już nie było, ale przecież zły osąd pozostał. Monika Zbrojewska została odsunięta od nadzoru nad komisją kodyfikacyjną. To dla niej bolesna porażka, bo uzmysławia sobie, że jednak jej wrogowie odnieśli zwycięstwo, a minister Budka jej nie obronił. Nie chciał, czy nie mógł?

Powinna sobie odpuścić. Zbliżały się przecież wybory, a sondaże wskazywały, że Platforma Obywatelska nie otrzyma mandatu na dalsze sprawowanie rządów. Jeżeli padnie PO, to padnie również minister Budka, a z nim wszyscy jego zastępcy. Czy jednak gorycz i emocja były silniejsze od trzeźwej kalkulacji? Czy to, co stało się 23 października na ulicy Byszewskiej w Łodzi, nie wiązało się z zawirowaniami w ministerstwie?

Alkohol temat drażliwy. Współpracownicy Zbrojewskiej będą utrzymywać, że nie piła. Na oficjalnych imprezach lampka lub dwie wina, nigdy nie zdarzyło się, by nie przyszła na zajęcia. Ale przecież 23 października nikt nie zmusił wiceminister do wypicia szklanki wódki i do zajęcia miejsca za kierownicą. Ludzie nieuzależnieni od alkoholu zwykle nie sięgają po tak dużą dawkę, by rozładować stres.

Psycholog Andrzej Wroński zastrzega się, że o przypadku pani wiceminister mówić nie będzie, bo go nie zna. Co najwyżej o alkoholizmie wśród kobiet. Staje się on problemem. Coraz więcej pań w tajemnicy przed otoczeniem, nawet najbliższą rodziną, sięga po kieliszek. Najczęściej wieczorem, po trudnym dniu. Z czasem to samotne picie staje się nałogiem. Kobiety odrzucają od siebie brutalną prawdę, że wpadły w uzależnienie. Rano przecież wstają do pracy, normalnie funkcjonują, w czym więc problem? Kac leczą porcją tabletek. Współpracownicy nie mają pojęcia, że dzieje się coś złego. Czy tak było w przypadku Moniki Zbrojewskiej? Być może…

Reakcja jest szybka. Po kilku godzinach od zatrzymania wiceminister, premier Ewa Kopacz podpisuje jej dymisję, dziekan Wydziału Prawa Uniwersytetu Łódzkiego Agnieszka Liszewska stwierdza, że dalsze uczenie prawa przez osobę, która dopuściła się przestępstwa, będzie niemożliwe, Rada Adwokacka grozi wydaleniem z zawodu. Sankcje poważne, ale przecież zasłużone. Czy jednak to, co działo się potem, można już usprawiedliwić?

Monice Zbrojewskiej zawalił się cały jej dotychczasowy świat. Pracę na uczelni, adwokaturę w ciągu jednej chwili powinna wykreślić z życiowego kalendarza. A przecież zawodowemu sukcesowi poświęciła wszystko. Na dodatek internet zieje jadem. Każdego dnia zatrzymuje się w Polsce przynajmniej kilkudziesięciu nietrzeźwych kierowców, ale nikt się nimi nie interesuje. Są przecież anonimowi, nic nie znaczą. Zbrojewska wystąpiła jednak przed szereg, a polski szereg bardzo nie lubi, gdy ktoś łamie jego szyk i przy najbliższej nadarzającej się okazji z lubością wdepcze delikwenta w ziemię.

Nie wychodzi z domu. Najbliżsi radzą, by nie uruchomiała komputera i nie czytała dotyczących jej wpisów, by nie sięgała po gazety. Czy jest jednak w stanie odizolować się od świata, w którym tkwiła po uszy?

Rodzina zawozi ją do szpitala. Przechodzi gruntowne badania. Wykazują silne zatrucie lekami. Czyżby sięgała po zwiększone porcje tabletek, by choć na chwilę zapomnieć albo na chwilę zasnąć? Monika Zbrojewska umiera 30 października. Lekarze jako przyczynę śmierci podają niewydolność wielonarządową. Monika Zbrojewska chciała, by je ciało skremowano. Kiedy przygotowywano się do pogrzebu byłej wiceminister, internet dalej syczał. Dominowało przekonanie, że 43-letnia kobieta zapiła się na śmierć. A fakt, że akurat było to kłamstwem, nie miał dla piszących żadnego znaczenia. Prawda bowiem jest ostatnią rzeczą, którą nienawistnicy zwykli się przejmować.

Anna Fijak