Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (4)

Zbigniew Milewicz

Thai znaczy wolny

thaj4-archŻycie i śmierć, syjamskie rodzeństwo, jedno bez drugiego nie może istnieć. Kiedy lecę z Monachium do Bangkoku, na lotnisku w Doha, gdzie mamy przesiadkę, telewizja pokazuje w newsach zamach na rosyjskiego ambasadora w Ankarze. Otwiera w galerii sztuki wystawę p.t. Rosja oczami Turków i ginie zastrzelony przez przez tureckiego policjanta, w odwecie za Aleppo; zamachowiec nie był na służbie, chwilę później zostaje zneutralizowany, czyli także zabity, przez interweniujących kolegów, którzy są na służbie.Kiedy oglądam telewizyjne wiadomości w hostelu w Bangkoku i później w Pattayi, śmierć pojawia się m.in. w obrazach z lokalnych wypadków drogowych. Pokazują bez retuszu zmiażdżone pojazdy i zwłoki ofiar, dużo zbliżeń, więc dobrze się zastanawiam przy wyborze przewoźników i pilnuję się przy przechodzeniu przez ulicę. Kiedy wydaje mi się, że jakoś opanowałem tę sztukę, los szyderczo puszcza do mnie oko. Zwiedzam most Ramy VIII nad stołeczną rzeką Chao Phraya i w drodze powrotnej do hostelu nieomal potrąca mnie młoda kobieta na motorowerze. Przechodzę przez jezdnię, ona nagle wyjeżdża zza zakrętu, nie widzi mnie, bo rozmawia przez komórkę, na tylnym siodełku siedzi mała dziewczynka. Instynktownie daję susa do przodu, szczęśliwie nikt tamtym pasem wtedy nie jedzie ; dopiero, kiedy mam ją z tyłu, za plecami, zauważa mnie, krzyczy histerycznie. Na szczęście nic się nie stało, w przeciwnym razie co najmniej zepsułaby mi urlop. Idę oblać to wydarzenie do pobliskiej, chińskiej kawiarni, oczywiście wodą, noworodków nie chrzci się piwem. Podobne zdarzenie przeżywam w Pattayi, kiedy jakiś mój rówieśnik – motocyklista znienacka cofa na chodniku przy wypożyczalni motorów. W ostatniej chwili uskakuję przed białym bęcwałem, rewanżując mu się jedynym brzydkim słowem po angielsku, które znam, ten mamrocze jakieś sorry, ale nie miej tu człowieku szybkiego refleksu.

thajcin

W chińskiej kawiarni na ścianach wiszą stare portrety chyba rodziców, albo dziadków obecnych właścicieli lokalu. To zamiłowanie do tradycji podkreślają stylowe, teakowe meble, ozdoby z laki i porcelany, wiekowy zegar. Klientela w kawiarni też przeważnie chińska, trudno mi odgadnąć, kto turysta, a kto mieszka w Bangkoku. Turystów z Państwa Środka na ulicach sporo, w ich kraju rozpoczynają się akurat jakieś ferie i kiedy wyjadę do Pattayi, Chińczycy opanują cały hostel, ale są i chińscy Tajowie, widziałem, byłem z Sharpem w ich Chinatown na smacznej kolacji.

thaj4-chin

Pierwsi emigranci z Chin napłynęli do Syjamu w połowie XIX w., kiedy kraj ten otworzył się na handlowe kontakty najpierw z wiktoriańską Anglią, a następnie z innymi krajami Zachodu, co stworzyło nowe miejsca pracy. Tajowie nie mieli smykałki do interesów, przybysze przeciwnie, zasymilowali się z miejscową ludnością, pokazali, że są utalentowanymi kupcami, pośrednikami, urzędnikami. Powstały nowe chińsko-tajskie elity, Syjam wkroczył na drogę modernizacji, nie tracąc jednocześnie więzi z historycznymi korzeniami, ze swoją kulturą i religią. Utarł w ten sposób nosa Holendrom, którzy chcieli skolonizować ten kraj. Słowo Thai znaczy wolny. Syjam nigdy nie był kolonią i miejscowi często to podkreślają. Reformy rozpoczął król Mongkut, kontynuowali je jego następcy, monarchowie Chulalongkorn, Vajiravudh i Prajadhipok. Zniesiono niewolnictwo, zreformowano prawo, administrację i system społeczny, wprowadzono obowiązek powszechnego nauczania. Współczesna Tajlandia ma jednak najwięcej do zawdzięczenia królowi Ramie IX.Zanim o nim trochę opowiem, oddam głos dr Marii Ochwat, specjalistce w zakresie sytuacji politycznej w Azji Południowo-Wschodniej i autorce książki pt. „Systemy konstytucyjne Tajlandii, Malezji i Singapuru”:

Tajlandia jest monarchią konstytucyjną, dziedziczną. Monarcha jest głową państwa, a jednocześnie zarówno organem władzy ustawodawczej, jak i wykonawczej. Odgrywa on znaczącą rolę w systemie politycznym państwa, choć nierzadko podkreśla się, że “król nie rządzi, a panuje”. W praktyce monarcha pełni przede wszystkim funkcje reprezentacyjne i ceremonialne, jednakże należy zauważyć, że jego władza w rzeczywistości znacznie wykracza poza to, co zostało określone w konstytucji. Wystarczy przypomnieć wydarzenia z 1992 roku, kiedy to monarcha (król Bhumibol Adulyadej, Rama IX – przyp. Z.M.) powierzył stanowisko premiera Anandowi Panyarchunowi, którego kandydatura nie cieszyła się poparciem większości parlamentarnej. Monarcha interweniował również w kwietniu 2006 roku w związku z podejrzeniem o sfałszowanie wyników wyborów. W późniejszym okresie, kiedy na ulicach Bangkoku doszło do starć pomiędzy dwoma wrogimi obozami politycznymi, wezwał uczestników do natychmiastowego zaniechania walk i jak można przypuszczać – te natychmiast ustały. Można zatem śmiało stwierdzić, że monarcha jest ostatecznym arbitrem decyzji politycznych w sytuacjach kryzysowych, a tym samym podstawowym źródłem legitymizacji narodowej. Monarcha nie wyznacza polityki samodzielnie, raczej pomaga tworzyć plan działania państwa, zwłaszcza za sprawą swoich corocznych urodzinowych przemówień i aktywnie działa na rzecz rozwoju politycznego, w dużej mierze poprzez swoich pełnomocników. Pomaga także określić naturę rządów koalicyjnych, czuwa nad promowaniem określonych osób i komentuje życie polityczne. W społeczeństwie Tajlandii władza monarsza traktowana jest jako coś oczywistego i bezdyskusyjnego. Władca jest otoczony kultem, co oznacza, że w żaden sposób nie można go narażać na jakiekolwiek niebezpieczeństwo czy to poprzez oskarżenia, czy działania – jest nawet chroniony przed krytyką. Monarcha jest buddystą, ale jednocześnie gwarantem swobody religijnej, zwierzchnikiem sił zbrojnych, nadaje tytuły i przyznaje odznaczenia. Co więcej – ma on prawo odmówić podpisania danego projektu ustawy i przesłać go ponownie do parlamentu w celu ponownego przedyskutowania.

thaj4-krol Podobizny króla Ramy IX są obecne wszędzie

Zasiadał na tronie przez ponad 70 lat, był najdłużej panującym monarchą na świecie. Urodził się w Stanach Zjednoczonych, w Cambridge, wychował w Szwajcarii. Jako trzecie z kolei dziecko nie był typowany na przyszłego króla, tron objął po niespodziewanej i do dziś niewyjaśnionej śmierci swojego brata, 9 czerwca 1946 r. Był człowiekiem wykształconym, intelektualistą z artystyczną duszą. Marzył o karierze saksofonisty, uwielbiał jazz i fotografię, studiował w Europie, m.in. literaturę francuską i łacinę. Człowiek spokojny, zrównoważony, pogodny, bardzo zaangażowany w pracę charytatywną, głównie na rzecz ekologii i ochrony środowiska. Przez cały okres jego rządów pozycja króla nie była kwestionowana ani podważana, a władza konstytucyjna, którą sprawował, poza drobnymi poprawkami, na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci nie uległa zmianie. Społeczeństwo bardzo liczyło się z jego zdaniem. Imię ceremonialne monarchy brzmiało: „Jego Wspaniałość, Wielki Pan, Siła Ziemi, Nieporównywalna Moc, Syn Mahidola, Potomek Boga Wisznu, Wielki Król Syjamu, Jego Królewskość, Wspaniała Ochrona” – Phrabat Somdej Phra Paramindra Maha Bhumibol Adulyadej Mahitaladhibet Ramadhibodi Chakrinarubodindara Sayamindaradhiraj Boromanatbophit.

thaj4-rzek

Widok z mostu Ramy VIII na Chao Phraya

Kiedy 13 października ubiegłego roku, po długiej chorobie zmarł w wieku 88 lat, Tajlandia pogrążyła się w smutku. Została ogłoszona roczna żałoba narodowa, odwołano w tym czasie wszystkie większe imprezy rozrywkowe. Podobiznę Ramy IX z żałobnymi emblematami widać wszędzie – na ulicach, w sklepach, barach, hotelach, zdobi ściany prywatnych mieszkań i budynków publicznych, znaleźć ją można w miejskich slumsach i na dziesiątkach ołtarzy rozstawionych wzdłuż ulic Bangkoku; widnieje na wszystkich tajskich banknotach i monetach. Obraza królewskiego majestatu tak w przeszłości, jak i obecnie uznawana jest w tym kraju za zbrodnię i grożą za nią wieloletnie kary pozbawienia wolności, w warunkach, przy których podobno nawet tureckie więzienia wydają się być luksusowymi pensjonatami. A że łatwo zostać o nią posądzonym, wszystkie przewodniki po Tajlandii odradzają turystom nawet najbardziej niewinne żarty na temat monarchy i jego symboli władzy.Ignorancja może drożej kosztować. Wolfgang z Kolonii, jedyny Niemiec, z którym w Pattayi przed powrotem do Europy uciąłem sobie krótką rozmowę, opowiadał mi o pewnym Angliku zabitym w biały dzień w jednym z barów, za znieważenie tajskiego banknotu. Był pijany, sprawców samosądu było kilku, po zlinczowaniu Anglika wyszli z lokalu, policji nie udało się ustalić ich tożsamości.Królowi w Tajlandii oddaje się niemal boską cześć, mamy tu do czynienia z niewątpliwym kultem jednostki, ale Rama IX ciężko pracował na swoją popularność. Podróże po całym kraju, tysiące spotkań z poddanymi, a przede wszystkim jego czujna obecność we wszystkich ważnych momentach tajskiej, współczesnej historii, sprawiły, że stał się kimś w rodzaju ojca narodu (jego urodziny są jednocześnie dniem ojca w tym kraju), postacią jednoczącą zwaśnionych rodaków, przynoszącą otuchę i spokój w burzliwych czasach. W minionym stuleciu Tajlandią wstrząsały liczne przewroty polityczne, zamachy stanu, potężne demonstracje. Gdy jednak sytuacja wymykała się spod kontroli na scenę wychodził król, nakazywał spokój i wszystko znowu wracało do stanu względnej równowagi; kiedy w czasie protestów w 2010 roku zabrakło jego interwencji, ulice Bangkoku spłynęły krwią.

Król chętnie poświęcał wolny czas na rozmyślania, wynikły z nich liczne koncepcje gospodarcze, programy wspierajcie rolnictwo i wyrównujące szanse dla najuboższych; w międzyczasie też Rama IX dorobił się jednego z czołowych miejsc w rankingu najbogatszych polityków świata, publikowanym przez magazyn Forbes. Wszyscy moi rozmówcy podkreślają jednak zgodnie, że nie wynosił się ze swoimi bogactwami ponad naród, że był skromny. Pewnie i za to też go ludzie kochają. Kiedy o nim mówią, często mają łzy w oczach, wielu na ubraniach nosi czarne, żałobne kokardki. W Bangkoku, w weekend zbierają się na placach i w miejskich amfiteatrach, aby wspólnie śpiewać na cześć zmarłego żałobne pieśni, ubrani w uroczyste, czarno-białe stroje. Z boku uwijają się fryzjerzy, strzygą za darmo wszystkich chętnych uczestników ceremonii, żeby schludnie się prezentowali, a wolontariusze rozdają zimne napoje.To nie są oczywiście spontaniczne uroczystości, organizują je władze Bangkoku, na telebimach pokazują Ramę IX w różnych okresach jego życia, często w asyście pięknej małżonki i dzieci. Sirikit Kitiyakara, zanim została królową, była uzdolnioną pianistką, zakochaną w utworach Fryderyka Chopina. Jej dzień urodzin jest w Tajlandii jednocześnie dniem matki. Król i królowa prowadzili przykładne życie rodzinne, bez skandali i to też ludzie ciepło wspominają.

thaj4-dzie

Turystki z Państwa Środka na ulicach Bangkoku

Tajlandia jest krajem wyjątkowo niestabilnym politycznie, od 1932 roku, a więc od chwili gdy przestała być monarchią absolutną, państwem rządzą na przemian władze wojskowe i cywilne. Od maja 2014 roku władzę ponownie sprawuje wojsko; rodzi się więc pytanie, jakim królem okaże się 63-letni Maha Vajiralongkorn, jedyny syn zmarłego, który większość swojego życia spędził w Niemczech i jest dziesiątym władcą z dynastii Chakri, panującej od 1782 r. Rama X cieszy się dużo mniejszą popularnością niż jego ojciec, niewiele o nim wiadomo, poza tym, że ma stopień generała, wykształcenie wojskowe, które zdobył w Australii oraz ekscentryczne maniery, że trzykrotnie się rozwodził i jest ojcem siedmiorga dzieci. W ostatnich latach często zastępował ojca podczas oficjalnych uroczystości, ale rzadko zabierał głos. Tajlandii potrzebny jest z pewnością monarcha światły, podobny osobowością do króla Bhumibola, dyplomata, a przy tym dobry strateg i mediator. Czy taki właśnie będzie Rama X, czas pokaże.

P.S. Życie i śmierć, syjamskie rodzeństwo… 26 grudnia pokazują w telewizyjnych newsach, wydobywanie z morza czarnych skrzynek, po katastrofie rosyjskiego samolotu TU-154, z 92 osobami na pokładzie. Tupolew rozbił się zaraz po starcie z lotniska w Soczi, nikt nie przeżył, wiózł członków popularnego Zespołu Aleksandrowa, którzy mieli dać koncert dla żołnierzy rosyjskich w Syrii.

Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (3)

Zbigniew Milewicz

Ayutthaya

Turystów można podzielić z grubsza na dwie kategorie: na muzealników i naturszczyków. Tych pierwszych interesują przede wszystkim ludzkie dzieła i wszelaka martwa materia, drugich – sami ludzie i wszystko, co żyje. Mój stary kompan Edmund, a starszy jeszcze podróżnik, dodaje do tego prześmiewnie trzecią grupę: przewody pokarmowe, czyli ludzi zainteresowanych głównie gastronomią danego kraju. Ponieważ życie bez kompromisów jest niemożliwe, muzealnik Edmund także regularnie się odżywia na wycieczkach, ze wszystkimi tego konsekwencjami, a ja, co się uważam za naturszczyka, czasami również coś godnego uwagi zwiedzę.

Zanim zaproszę szanownych czytelników do Ayutthayi, która przed Bangkokiem była stolicą królestwa Siam, słów kilka na temat gospodarki tego państwa, której jednym z filarów jest właśnie turystyka. Goszczę w jednym z najszybciej rozwijających się krajów Azji Południowo-Wschodniej.

tajl-ramka

Na pierwszy rzut oka w tajskiej turystyce pracują amatorzy, a przynajmniej ludzie mocno roztrzepani. Agent biura, w którym kupuję wycieczkę do Ayutthayi i późniejszy przewóz do Pattayi plus noclegi w tamtejszym hotelu, zamiast wydrukować mi porządnie bilety, coś kreśli ręcznie na kartce papieru, maże to, zaczyna od nowa, gdzieś telefonuje, wyciąga nową kartkę, drapie się po głowie, kiedy ogląda moją kartę kredytową, nie wiem, czy dobrze trafiłem. Na moje szczęście mówi po niemiecku i wciąż powtarza keine Sorgen, więc próbuję uwierzyć, że wie, co robi. Faktycznie, wszystko przebiegnie sprawnie; nazajutrz kierowca osobówki odbiera mnie punktualnie rano z hostelu, jedziemy jeszcze po trzech wycieczkowiczów i na główne miejsce zbiórki. Busików stoi kilka, turystów spora grupa, przychodzi przewodniczka, młoda dziewczyna, wyławia nas kolejno na podstawie biletów, lepi na koszulkach żółte i niebieskie paski papieru, żeby nas później rozpoznać wśród innych grup i nie zgubić, i w drogę. Dwie toyoty jadą z nią do starej stolicy, reszta w jakieś inne miejsce. Jestem najstarszy w grupie, po mnie jest, na oko, chyba Salome z Ibizy. Znowu ktoś z tej niewielkiej wyspy Balearów, kto wie, może tamtejsi mieszkańcy mają jakiś zlot w Tajlandii… Reszta, zdecydowanie młodzież – z Francji, Portugalii, Włoch, w większości dziewczyny. Miła Jenny o egzotycznej urodzie siedzi obok mnie, jest z Nowej Zelandii, jutro odlatuje do domu, żeby zdążyć na Boże Narodzenie.

tajl3-tempo

Na początek mamy XIV wieczną świątynię Wat Phu Khao Thong, Złoty szczyt, położoną na obrzeżach miejscowości. Jest biała, trochę w kształcie piramidy i całkiem dobrze zachowana, w porównaniu z ruinami, które zwiedzę później. Ponieważ trwa jakieś buddyjskie święto, ludzie przed budowlą odprawiają modły, celebruje je starszy człowiek ubrany w biały uniform wojskowego kroju, a więc może nie mnich, oni noszą szafranowe szaty. Przyjechała szkolna wycieczka, około setki dziewcząt, wszystkie w identycznych, granatowych fartuszkach, z włosami przyciętymi na wysokości uszu, rozkładają się biwakiem pod murami świątyni, zaczyna się lekcja historii. Profesorowie uzbrojeni w megafony, towarzystwo zdyscyplinowane, oj spodobałby się staremu belfrowi Krystianowi ten widok. Wychodzę po stromych schodach na górny podest świątyni, żeby zrobić parę zdjęć i przy okazji stwierdzam, że z moją kondycją jest dużo lepiej, niż pierwszego dnia.

Spatynowany czasem Złoty Szczyt

Kiedy wracam, ceremonia dobiega końca, służba sprząta ołtarz, zgarnia na tace ofiarne wota – kwiaty, owoce i… świńskie głowy, których wcześniej, z daleka nie rozpoznałem. Ponieważ niewiele wiem o symbolice buddyjskich rytuałów, wspomnę tylko, że zaskoczyła mnie ta głowizna.

tajl3-jedz2 tajl3-jedz

Po nabożeństwie

tajl3-ucz

Lekcja historii

Wat Phra Mahathal i Wat Ratbumana nie mamy w programie, a w przewodniku przeczytałem, że według legendy w pierwszej świątyni złożono szczątki samego Siddharthy Gautamy, czyli Buddy, a drugą postawił jeden z władców, dla upamiętnienia krwawej walki o tron, w której zginęli jego dwaj starsi bracia. Zwiedzamy ruiny starego pałacu królewskiego, Wat Phra Si Sanphet, Viharn Phra Mongkol Bopit, z jednym z największych w Tajlandii posągów Buddy z brązu i Wat Lokaya Sutha, z kultową postacią tym razem w pozycji leżącej, na niebagatelnej długości 42 metrów. Ruiny są świadectwem upływającego czasu, ale w tym przypadku przede wszystkim niszczycielskiego najazdu Birmy na królestwo Syjamu przed 250 laty.

Ayutthaya, zaliczana do dziedzictwa kultury światowej, została założona w 1350 roku i była w swoim czasie najważniejszą, azjatycką metropolią. Kiedy w 1431 roku Tajowie podbili sąsiednie imperium Khmerów z Angkoru (dzisiejszą Kambodżę) i przejęli jego kulturę, wydawało się, że stolica pozostanie niezwyciężona. W okresie swojego największego rozkwitu, w XVII w., miasto liczyło milion mieszkańców, handlarze, przybywający tu z Chin, Japonii, Niderlandów, Francji i Anglii, opisywali je jako najpiękniejsze na świecie. Jego przepych i bogactwo były dla obcych wyzwaniem i podzieliły los Angkoru.

taj-rezsalomeSalome i Maria z Porto

Na Ibizie Salome pracuje w recepcji hotelowej i dobrze mówi po niemiecku, mój angielski może zatem trochę odpocząć. W drodze od ruiny do ruiny, a później do słoniego cyrku opowiada mi o tym, jak trudno jest znaleźć właściwego współtowarzysza wycieczki za granicę. Teraz mają martwy sezon na wyspie, a może by tak do Tajlandii polecieć – pomyślała któregoś dnia, jej sąsiadka miała znajomą, która nosiła się z podobnym zamiarem, więc spotkały się i parę dni później już siedziały razem w samolocie do Bangkoku. Na początku kobieta sprawiała miłe wrażenie, ale później okazało się, że jest zgryźliwa, zazdrosna o wszystko, a jeszcze nieuczciwa w finansach wspólnej podróży, więc się rozstały. Salome jest spontaniczna w podejmowaniu różnych decyzji, może aż nazbyt i czasem później ich żałuje. Stylu swojego poruszania się po świecie nie zamierza jednak zmienić, nigdy nie przygotowuje się do drogi, nie czyta przewodników, tylko leci tam, gdzie jej fantazja podpowiada i na miejscu decyduje, co dalej. W ten sposób podróżowanie staje się ciekawą i nieustającą przygodą, prawdziwym odkrywaniem świata, na nic nie przygotowana nie doznaje żadnych rozczarowań i ze wszystkiego jest zadowolona. Z elektroniką jest zaprzyjaźniona, na lotniskach są strefy wi-fi, można hotel sobie zorganizować, dalszy transport. Z nawiązywaniem kontaktów też nie ma problemu, więc sobie sama dobrze radzi, ale podróżowanie w pojedynkę ma i minusy, choćby finansowe – konkluduje. Podobnie jak Jenny pomału kończy podróż, była w Phuket, Koh Samui, Kambodży i Laosie, święta spędzi w domu z najbliższą rodziną i przyjaciółmi.

Póki co jednak trwa wycieczka, oglądamy pokaz umiejętności słoni. Zwierzęta są uważane w Tajlandii za święte, przynoszą szczęście i dobrobyt, są jej symbolem.

Na wolności żyje ich tam około 3 tysięcy, prawie drugie tyle stanowi własność prywatną, lub rządową. Wykorzystywane są głównie w celach turystycznych i do pracy, mi.in. w dżungli, przy wycince i transporcie drzew. Nie byłoby w tym nic złego, od wieków służyły człowiekowi, gdyby nie brutalny sposób, w jaki się je traktuje – najpierw przy ich tresurze, później w czasie pracy. Dlatego proceder ten został uznany za nielegalny, mimo to nadal funkcjonuje, zwłaszcza w biednych, trudno dostępnych rejonach gór północnej Tajlandii.

tajl3-tempo2

Przewodzi nam Pani Tempo

W przerwie podczas wycieczki wegetariański, tajski lunch i ruszmy na zwiedzanie letniej rezydencji królewskiej w Bang Pa In, co jest prawdziwym orzeźwieniem dla z-ruinowanych oczu. Rodzina królewska ponoć rzadko korzysta z tej rezydencji, więc niektóre pałacyki i apartamenty służą celom reprezentacyjnym oraz komercyjnym, jako miejsce wytwornych bankietów dla VIP-ów. Piękna kolorystyka i architektura rezydencji, przestronne, pedantycznie utrzymane trawniki parku z fantazyjnie przystrzyżonymi krzewami, wodne oczka i chłodnawe podmuchy wiatru zachęcają do rozgoszczenia się na dłużej. Nam jednak pani Tempo trąbi już wsiadanego do Bangkoku; taką ma u mnie ksywę nasza przewodniczka. Co drugie słowo mówi tempo i ja sobie najpierw myślę, że może tak, jak niektórzy Polacy co rusz powtarzają jedno słowo na literę k, to ona po angielsku w odmianie tajskiej swoje tempo, aż wreszcie bystra Salome oświeca mnie, że przecież chodzi o temple, świątynię. Podróże jednak kształcą.

taj-rez123 taj-rez12 taj-rez1

Letnia rezydencja królewska

Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (2)

Zbigniew Milewicz

Miasto aniołów

Chyba są za przeproszeniem z piekła rodem, skoro na ulicy nie ma czym oddychać, upał plus smog, a z kanałów tak śmierdzi, że trudno wytrzymać… Takie są moje pierwsze wrażenia z Bangkoku, zwanego wśród miejscowych Krung Thep, Miastem aniołów, kiedy opuszczam klimatyzowaną strefę lotniska, żeby poszukać przewozu na Khao San Road. Co tam znajdę, tego nie wiem; nie zorganizowałem sobie wcześniej noclegów w Tajlandii, energii starczyło tylko na rezerwację i zakup online biletów lotniczych w obydwie strony, więc teraz sprawdzam, na co mnie jeszcze stać w zakresie życiowych improwizacji. Oczywiście nikt mnie nie zmuszał do wyjazdu z Europy, chciałem uciec do Azji przed Świętami Bożego Narodzenia, ale na rzetelne przygotowanie się do tego zabrakło już chęci. Jakoś to będzie – pomyślałem po polsku.

Na lotnisku działa biuro pośredniczące w rezerwacji miejsc hotelowych, ale tych od 2000 bathów za noc wzwyż. Za 400 czegoś nie macie? – handluję. Pani w moim wieku ciężko wzdycha i wymienia z koleżanką parę słów w swoim języku. Pisze mi na kartce: Khao San Road i jak to w Tajlandii, promiennie się uśmiecha na pożegnanie. Ale czym tam dojechać? – nie daję za wygraną. Dowiaduję się, że busem i kciuk wskazuje, że mam iść gdzieś na dół. Więcej z niej nie wyciągnę, bo już ma następnego klienta. W Tajlandii za główny język obcy „robi” angielski, przy czym odmiana azjatycka z oryginalną mają ze sobą mniej więcej tyle wspólnego, co gwara śląska z góralską. O niemieckim można tutaj zapomnieć. Na szczęście mam walizkę lekką jak piórko (dzięki Edmundzie za twoje rady) i łatwo mogę się przemieszczać, gdzie trzeba i gdzie nie trzeba. Docieram na dolną platformę dworca lotniczego i niepotrzebnie wychodzę na zewnątrz, bo okazuje się, że najpierw muszę w kasie za 100 bathów kupić bilet na busa, a później poczekać ze trzy kwadranse, aż zbierze się komplet pasażerów, przyjdzie kierowca i zaprowadzi nas do swojego samochodu. Kasę stanowi kobieta w granatowym uniformie, siedząca w hallu na wysokim stołku za pulpitem, nad głową ma jakiś szyld w języku tajskim, rozkładu jazdy brak. Byłby bezsensowny zresztą, przy wiecznie zakorkowanych ulicach miasta i regule, że bez kompletu pasażerów bus nie ruszy z miejsca. Pokazuję kasjerce kartkę od pani z biura, ta potakuje, dostaję bilet i przełączam się na stand by, przy jakiejś młodej parze z plecakami, która stoi obok i cichuteńko ze sobą rozmawia.

Wyglądają dosyć nordycko, ale z tego szeptu w pewnym momencie wylatuje jakieś coś ty, a więc rodacy. Nie mam najciekawszych doświadczeń w tej podróży z Polakami, wielu spotkałem na lotnisku w Doha, koło Dubaju, gdzie było międzylądowanie; kiedy próbowałem na luzie pogawędzić sobie z nimi, nieufnie chowali się do swych skorupek. Na początku rozmowa toczy się normalnie, są studentami z Torunia i to są ich zimowe ferie. Zamierzają zwiedzić Bangkok, później pojechać na północ kraju i jak im wystarczy czasu, może do Kambodży. Na jakimś czacie poznali dwóch ludzi, którzy podróżują po Indochinach już od sześciu miesięcy i Bangkok mają opanowany, oni im znaleźli jakiś hostel na Khao San, więc teraz jadą się z nimi spotkać.

– To może i ja bym się tam załapał, jako wolny elektron… – myślę głośno i od razu widzę, żem zepsuł miły nastrój.

Mają spłoszone spojrzenia, więc zapewniam ich, że to była tylko teoretyczna opcja, ale nie odezwą się do mnie już ani słowem. Kierowca pakuje ósemkę pasażerów do niewielkiego, klimatyzowanego vana, każdy musi trzymać swój bagaż na kolanach i zaczyna się niepowtarzalna przygoda z ruchem drogowym tej wielomilionowej metropolii. Jak się jeździ w Azji, tego doświadczyłem już przed laty w Istambule, ale Bangkok wyzwala więcej adrenaliny. Może przez ruch lewostronny, albo wszechobecne motorowery i tuk-tuki, zmotoryzowane ryksze, które wcisną się w każdą lukę między samochodami osobowymi, autobusami i ciężarówkami. Światła na większych skrzyżowaniach i znaki drogowe są właściwie zbędne, ponieważ każdy jeździ stosownie do aktualnej sytuacji na drodze i własnej fantazji, kiedy trzeba, to pod prąd, w poprzek ulicy, albo w ostateczności po chodniku. Klaksonów używa się oszczędnie, kierowcy wzajemnie uważają na siebie – uczynnie zmieniają pas ruchu, zwalniają, lub przyspieszają, żeby pomóc drugiemu w ryzykownym manewrze, bo za chwilę znajdą się przecież w podobnej sytuacji.

tajl2-1Po półtoragodzinnej jeździe, wczesnym wieczorem docieramy do celu, w jakimś niewielkim zaułku, który niczym się nie różni od sąsiednich, wszędzie tanie, tajskie kramy, garkuchnie, warsztaty rzemieślnicze, hoteli brak. Idę na czuja do najbliższej, większej ulicy i po paru metrach widzę naprzeciw elegancko ubranego gościa – biała koszula, ciemne spodnie garniturowe. Wyszedł na papierosa z biura, nad którym widzę angielski szyld, że jest to agencja turystyczna. Tak trafiam do hostelu Bed&Butler, do którego w linii prostej mam zaledwie kilkaset metrów, ale Daar, najbliższy współpracownik właściciela, na jego koszt zawozi mnie tam szarmancko firmową limuzyną. Należność za pięć noclegów reguluję u agenta; gdybyś trafił bezpośrednio do mnie, zapłaciłbyś tylko 300 bathów za noc, a tak agent skasował dodatkowo 150 za pośrednictwo – powie mi później Sharp, właściciel hostelu. Cóż, każdy chce żyć.

Sharp jest trzydziestoletnim Amerykaninem tajskiego pochodzenia, prowadzi swój bizness od dwóch lat. Sam używa najczęściej określenia dom, bo to jego pasja i całe obecne życie, daje mu utrzymanie, tutaj mieszka i gości stara się traktować jak domowników. Wcześniej był szefem technicznym jednego ze szpitali w Bangkoku, praca była mocno stresująca, do tego mało opłacalna, nie żałuje, że ją zostawił. Kiedy miał 16 lat rodzice wysłali go z Bangkoku do Los Angeles i przestali się nim interesować. Pomogli mu życzliwi, obcy ludzie, w Stanach zdobył średnie wykształcenie, doświadczenie życiowe i pieniądze, które zainwestował później w kupno tej nieruchomości. Nie chciał na stałe zostać w USA. Dom był w ruinie, własnymi rękami doprowadził ją do obecnego stanu, wnętrza zaprojektował mu znajomy architekt, trzeba przyznać zgrabnie, z pomysłowym wykorzystaniem każdego centymetra kwadratowego niewielkiej w sumie powierzchni. Hostel jest przygotowany na przyjęcie maksymalnie ośmiu osób; z poziomu ulicy wchodzi się do baru i saloniku z kontuarem pełniącym funkcję czegoś w rodzaju recepcji, stamtąd idzie się na piętro z dwoma sypialniami, dla żeńskiej i męskiej klienteli. Toalety i prysznice znajdują się w suterenie, wszystkie pomieszczenia są klimatyzowane, bez tego kiedyś trzeba było żyć w tropikach, a dziś nie sposób się już obejść.

Nie ma kompletu gości. Dostaję łóżko z numerem 1, na dolnym poziomie piętrusa, szerokie i wygodne, wyposażone w lampkę do czytania, skrytkę na wartościowe przedmioty i przegródkę, w której mogę trzymać podręczne drobiazgi. Kiedy zaciągnę ciężką zasłonę, mam swoje niekrępujące pomieszczenie; reszta rzeczy zostanie w walizce, w nogach łóżka. Towarzystwo jest młode i wesołe, nade mną mieszka rockowy muzyk z Lyonu, a w sąsiedztwie chiński programista, Felix. Lucija z Ibizy i dziewczyna muzyka nocują za ścianą, ale w Bangkoku nikt nie chodzi o dziesiątej wieczorem spać, tylko ja, żeby odetchnąć po kilkunastu godzinach podróży samolotem. Wcześniej oczywiście prysznic plus mała kolacja, którą gospodarz wyczarowuje z kawałka łososia i jarzyn. Śpię jak kamień, nazajutrz rano budzę się rześki, gotów do turystycznego podboju Bangkoku. Sharp radzi to robić ostrożnie, stopniowo, wręcza mi wizytówkę hostelu, żeby w razie czego dać znać, jak się zgubię. Wtedy – mówi – znajdź jakąś taksówkę i poproś kierowcę, żeby do mnie zadzwonił i ja mu powiem, jak najlepiej dojechać do mnie, inaczej będzie cię woził po całym Bangkoku. Trochę mi przypomina kierownika schroniska z czasów moich dawnych wędrówek po Tatrach, ta sama troska o domownika, żeby wrócił cało.

tajl2-3Wyruszam w miasto zaopatrzony w mapę, smartfona z nawigacją, wielgachny kapelusz zielonych ludzików z Kaliningradu i butelkę zimnej wody, którą dostaję w prezencie od Sharpa (po chwili i tak już będzie ciepła). Po przejściu kilkuset metrów chodnikiem postanawiam przeprawić się na drugą, cienistą stronę ulicy, tylko, jak to zrobić… Podpatruję innych, bez względu na sygnalizację świetlną wciskają się między jadące jeden za drugim motorowery, tuk tuki, samochody, te zmniejszają wtedy prędkość, albo zwiększa ją pieszy i tak metr za metrem człowiek dociera do celu. Z duszą na ramieniu podążam śladem przechodniów, ale broń Boże na czerwonym świetle, przed jakąś ciężarówką na wszelki wypadek ostrzegawczo podnoszę rękę, bo wyobraźnia pracuje, no i udaje się, cało przechodzę przez jezdnię. Najpierw do banku, wymienić pieniądze, otwierają go za parę minut, o dziesiątej. Jak miło z rozgrzanej patelni ulicy wejść do chłodnego wnętrza, gdzie po okazaniu paszportu zostaję obsłużony szybko i uprzejmie, tylko wcześniej muszę jeszcze podać swój tymczasowy adres. Pani za bankowym kontuarem kopiuje sobie moje osobiste dane, sprawdza, czy mam aktualną wizę, którą otrzymałem na lotnisku, dwa podpisy i już jest za co szaleć w Bangkoku. Obcej waluty oficjalnie nigdzie ode mnie w Tajlandii nie przyjmą, poza bankiem, albo kantorem, w którym obowiązują podobne formalności.

Pierwszy dzień poświęcam na zaaklimatyzowanie i poznanie najbliższych okolic hostelu, ale i tak parę razy się gubię w plątaninie podobnych do siebie uliczek. Mapa okazuje się mało użyteczna, bo poza główniejszymi punktami opisana jest wyłącznie w miejscowym języku, podobnie mój dotykowy smartfon; kiedy znajduję się w strefie wifi, nawigacja pokazuje dokąd iść, ale poza nią już nie. Mogę liczyć tylko na swoją pamięć wzrokową, niestety nie idealną i uczynność tubylców, z którą jest dużo lepiej. Niezbyt daleko od mojego hotelu znajdują się światowej sławy buddyjskie świątynie, takie m.in. jak Golden Mount, Wat Benchamabophit, Wat Indrawichan, czy najsłynniejsza Wat Phra Kaeo, czyli Świątynia Szmaragdowego Buddy. Poza tą ostatnią wszystkie obejrzałem, dzięki bardzo uprzejmemu kierowcy tuk tuka, który za śmieszne 20 bathów woził mnie od przybytku do przybytku, czekał, aż skończę zwiedzanie, a w końcu dotarł tam, gdzie miał swój interes, czyli do salonu krawieckiego, szyjącego na miarę garnitury, smokingi, spodnie i koszule z najlepszych tajlandzkich materiałów. Oczywiście najtaniej w świecie. Błagam, ja z tego żyję, pomóż mi, wejdź tam przynajmniej na dziesięć minut – poprosił. Garniturów, które mam, starczy mi pewnie do końca życia i jeszcze można będzie w nich chodzić, bo od małego szanuję ubrania, smokingów nie używam, ale jak tu nie wyjść człowiekowi w potrzebie naprzeciw. Było, jak na tanich wycieczkach u tureckich szwagrów. Gostek w wytwornym garniturze dusił mnie prawie godzinę, żebym zdecydował się na jakieś zamówienie; jak magik wyciągał zewsząd bele najprzedniejszych materiałów, kazał dotykać, jakie są miękkiej, ugodowo redukował ceny, jak słabłem podawał kolejny, plastikowy kubek z zimną wodą, ale kiedy po raz setny powiedziałem, że się zastanowię, zrezygnowany zwolnił mnie i pozwolił wyjść. I tak wiem, że pan nie przyjdzie – powiedział proroczo na do widzenia.

tajl2-2Aby mój kierowca nie stracił jednak zupełnie wiary w białego człowieka, dałem mu się zawieźć do większego biura turystycznego, bo tym razem ja miałem w tym swój interes, a na zakończenie kursu zamiast dwudziestaka dostał 50 bathów. W biurze znalazłem i zarezerwowałem w miarę tani i jak się później okazało całkiem przyzwoity hotel w kurorcie Pattayi oraz przewóz na 25 grudnia. Przy okazji zręczny agent sprzedał mi wycieczkę do starej, tajskiej stolicy Ayutthaya i letniej, królewskiej rezydencji Bang Pa In, o której opowiem w następnym odcinku. Odwiózł wiózł mnie prawie pod sam Bed&Butler, w którym już trwały przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Nazajutrz zapisałem się na wycieczkę, a pojutrze była Wigilia. Sharp kupił z tej okazji na jakimś bazarze sztuczną choinkę i właśnie ją stawiali z Daarem przed wejściem do hostelu. Jup, dziewczyna Sharpa, z dużym wdziękiem tym dyrygowała, pracowała w tajskiej CSI, policji kryminalnej, więc drzewko musiało stać, jak należy. Sharp był ateistą, Daar buddystą, a Jup nie wiem, ale chcieli stworzyć swoim gościom przynajmniej jakąś namiastkę świąt. W związku z tym już od samego rana w hostelu było bardzo muzycznie – kolędowo, a ja właśnie tego chciałem uniknąć.

W Bangkoku jest katolicka, renesansowa katedra p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, którą w 1984 r. nawiedził papież Jan Paweł II, w czasie pielgrzymki do Tajlandii. W Wigilię, późnym popołudniem jadę tam, żeby pokłonić się swojemu nowonarodzonemu Panu, nie mogę inaczej. Kilku rykszarzy odmawia kursu, mówią, że to niedaleko, ale droga jest trudna, trzeba się mocno nakręcić, w końcu któryś się decyduje, za 200 bathów. Tłok na ulicach jest tego dnia jeszcze większy niż zwykle, w głównej hali sportowej miasta mają się odbyć wieczorem ważne walki w thaibox, tajlandzkim sporcie narodowym, więc wielu chce je obejrzeć na żywo. Pasterka zaczyna się o 17.00, powinniśmy zdążyć, rykszarz pyta, czy jestem katolikiem, ja potakuję. A on – mówi – baptysta i pokazuje na religijny obrazek, umieszczony nad kierownicą, którego nie dostrzegłem do tej pory. Tośmy bracia chrześcijanie – kwituję. Pasterka już się rozpoczęła, siadam na zewnątrz katedry, na jednym z wolnych krzeseł, we wnętrzu komplet wiernych. Wejście do świątyni udekorowane jest girlandami pięknych, tropikalnych kwiatów, uroczystą mszę celebrują tajlandzcy duchowni, w języku angielskim. Na zewnątrz są telebimy, więc widzimy i słyszymy przebieg nabożeństwa. Wierni w eleganckich, przewiewnych kreacjach, temperatura w cieniu dochodzi dzisiaj do plus 38 stopni, taka jest tajlandzka zima. Wśród zgromadzonych na Pasterce widać ludzi o europejskich rysach twarzy, jest sporo rodzin z białym tatą, tajską mamą i kolorowymi dziećmi.

Na przekażcie sobie znak pokoju wierni zwracają się do siebie, z dłońmi złożonymi po buddyjsku na wysokości piersi i wzajemnie się sobie kłaniają. Jest to radosna Pasterka, główny celebrans przed końcowym błogosławieństwem pozwala sobie na żartobliwy ton, który wierni kwitują śmiechem, ale kiedy intonuje Silent Night, przestaję sam przed sobą udawać twardziela. Wydaje mi się, że stoję pod polską choinką, nie udało mi się więc przed nią uciec.

Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (1)

Uwaga, pierwszy odcinek reportażu Zbycha z Tajlandii nie zawsze jest przyzwoity, proszę zatem Czytelników skromnych i wstydliwych, bądź małoletnich, by opuścili fragment zapisany na niebiesko 🙂

Zbigniew Milewicz

Słoń w butelce

zkonfucjuszemWłada poznaję w przedostatni dzień Starego Roku, w jednej z bocznych uliczek Walking Street. Stoi przed rusztem, na którym pieką się nadziane na drewniane szpikulce kawałki marynowanego kurczaka, pachną tak smakowicie, że też coś kupię. Teraz obydwaj rozglądamy się za najbliższym Family Markt, gdzie sprzedają chłodne napoje. Śpiewny angielski nieznajomego powoduje, że przechodzę na język zdecydowanie dla mnie łatwiejszy:

– Ja Zbyszek, a kak was zovut ?
– Wład – odpowiada.

Pieczętujemy znajomość dobrym, miejscowym piwem chang, co po tajlandzku znaczy słoń, na schodach nieczynnego już o tej porze banku. Bank, jak większość ważnych instytucji, prywatnych przedsiębiorstw i firm w tym kraju, jest tajlandzki. Zagraniczni są tylko turyści i ich w sumie duże pieniądze, które przywożą do Bangkoku, Phuket, Koh Samui, czy Pattayi, żeby je wydać.

Autor w świątyni Konfucjusza

Wład, pięćdziesięciolatek, ponad 190 cm wzrostu, słusznej wagi moskwiczanin, ma na ramieniu wytatuowany spadochron. Jest emerytowanym komandosem, w stopniu podpułkownika, brał udział m.in. w wojnie w Czeczenii i Ossetii Południowej, teraz pracuje w dużej, rosyjskiej firmie, na jednym z kierowniczych stanowisk. Z wojskowej emerytury – powiada – w przeliczeniu to około 200 euro miesięcznie, nie byłoby go stać na Tajlandię, a przyjeżdża tutaj czasem kilka razy w roku. Tym razem zdecydował się na Pattayę, najbardziej rozrywkowe miejsce w tym kraju i może na świecie. Ty rzeczywiście jesteś w Tajlandii po raz pierwszy? – upewnia się po raz kolejny. – To zapraszam na małą wycieczkę, dopiero dziś przyjechałem i pohulałbym, ale we dwóch milej.

walkingstreet

Po zapadnięciu zmierzchu

Też tak uważam, ale oczywiście nie wiem, kto zacz ten Wład, czy nie jakiś zbok, albo z rosyjskich służb wywiadowczych, zajmujący się werbowaniem polskich emerytów na niemieckich papierach, ale może jednak zwyczajnie przyjazny Słowianin, któremu raźniej iść na dziewczynki we dwóch. Wszak już w Kabarecie Starszych Panów śpiewano: jeżeli kochać, to nie indywidualnie… Jestem na zasłużonym urlopie, najwygodniej mi więc wybrać ostatnią opcję. W pierwszym klubie tabledance Rosjanin finansuje wszystko: drinki dla dwóch panienek, które w mgnieniu oka rzucają się nam na szyję i dla dwóch następnych, które śpieszą, by je zmienić. Jesteśmy póki co jedynymi klientami w lokalu, więc trzeba personelowi dać zarobić. Drinki są dwa razy droższe od naszego changa, któremu pozostajemy wierni, ale takie są obowiązujące tu zasady. Klient płaci za swoje piwo o połowę mniej, niż w hamburskiej Reeperbahn, ale dziewczynom się nie skąpi. Są przeważnie filigranowe, wszystkie uśmiechnięte, bo jesteśmy w kraju tysiąca uśmiechów, i bardzo pomysłowe w sprawianiu klientom przyjemności, choć poza pettingiem nie ma na co liczyć w lokalu. Jeżeli mężczyzna zapragnie seksu, po tajlandzku bum bum, płaci odstępne właścicielowi baru i zabiera dziewczynę do hotelu, gdzie za short time (w miejscowym języku jest to godzina) płaci się przeciętnie 1000 bathów, a za całą noc 2000, co w przeliczeniu daje około 25 i 50 Euro. Można oczywiście dać zarobić babciom, wynajmującym w Pattayi, po 200 bathów, pokoje na godziny, a jeżeli nie lubimy wyuzdania tancerek go go, pójść do jednego z licznych salonów masażu, gdzie za dodatkową gratyfikacją, wysokiej klasy masażystka zrobi wszystko, albo prawie wszystko, co klientowi się wymarzy.

narurze

Tajskie piękności

My z Władem idziemy jednak na razie do kolejnego lokalu, którego specjalnością są zabawki. Przy ich pomocy personel pokazuje gawiedzi, że np. potrafi celnie strzelać plastikowymi kulkami (nie powiem z czego) do balonów na widowni, albo wydawać różne muzyczne dźwięki, z wysokim „c” włącznie. Tam honorowo partycypuję już w kosztach wstępu i konsumpcji. Później Walking Street aż do przystani, z której nazajutrz mamy popłynąć na Koh Larn. Po drodze Wład pokazuje mi lokale nastawione na obsługę jego ziomków, m. in. słynne Galaxy i Rasputina, w których pracują głównie dziewczyny z byłej Wspólnoty Niepodległych Państw. Ponieważ do Tajlandii przyjeżdżają na ogół dobrze sytuowani Rosjanie, więc i ceny są tam do tego adekwatne. Wstęp na Sylwestra w skromniejszych, rosyjskich lokalach zaczyna się od 100 Euro na twarz.

boks

W większych lokalach jest i thaibox

Plaża w Pattayi jest mocno zaśmiecona. Ekipy sprzątaczy wprawdzie czeszą ją regularnie, ale zawsze można natrafić w piasku na kawałek szkła, albo zardzewiały drut i zepsuć sobie urlop. W wodzie pływają plastikowe torebki i tacki po tajlandzkich kulinariach, więc jeden pobyt tutaj mi wystarczy. Koh Larn ma być przeciwieństwem Pattaya Beach. Wład przychodzi na molo nawet trochę przed umówionym czasem, kupuję bilety na prom, po 40 bathów na osobę, zakładamy obowiązkowe, pomarańczowe kamizelki ratunkowe i idziemy na dziób, żeby móc podziwiać piękny, morski pejzaż. W Pattayi niebo było zachmurzone, ale kiedy po mniej więcej godzinie podróży dobijamy do wyspy, nie widzę ani jednej chmurki. Jest samo południe, za dwanaście godzin powitam Nowy Rok, temperatura w cieniu przekracza 35 stopni C.

plaza

Plaża w Pattayi, pozornie bez zarzutu…

Kierowca odkrytego jeepa Toyoty, rozwożącego gości po wyspie, pyta, dokąd nas zawieźć. Wład nie chce na najbliższą, chińską plażę, bo nie jest zbyt czysta, pojedziemy dalej, gdzie wypoczywają m.in. rosyjscy turyści. Wszystkie miejsca na pace są zajęte, siadamy na jedynym wolnym, obok kierowcy, dwa changi przy drobnym tajlandczyku, który żartuje, że teraz wyglądamy, jak prawdziwi siam bruder, czyli bracia syjamscy*. Plaża rzeczywiście, jak z reklamowego obrazka, woda czysta, drobniusieńki piasek, na którym ani śladu po źle wychowanych gościach. Siadamy pod parasolami, przy trójce młodych mężczyzn.

– Where you come from? – pyta standartowo Wład.
– America, North Carolina – odpowiada najbliżej siedzący. – And you?
– Russia, Moscow.
– And a Pole living in Germany – uzupełniam.

Po wstępnym, lekkim zadziwieniu, jaki to ten świat robi się mały, wymieniamy imiona, podajemy sobie dłonie, chwilę trwa small talk, po czym idziemy razem popływać w ciepłym Pacyfiku, czy, jak wolą Rosjanie – Oceanie Spokojnym. Woda jest mocno zasolona, lekko niesie człowieka, można się w niej umościć na wznak, jak w stogu siana. Na plaży czekają na nasz powrót sprzedawczyni chłodnego piwa i masażystka, która zajmie się nogami jednego z naszych amerykańskich kolegów. Piją piwo z wizerunkiem tygrysa na etykiecie, my z Władem pozostajemy wierni słoniowi. Do konfliktu na tle tych gatunkowych, ani systemowych różnic jednak nie dojdzie, wręcz przeciwnie. Wład, który trochę zna tę wyspę, proponuje wspólną wycieczkę do położonego na pobliskim wzgórzu instytutu hydrogeologii i solidarnie kupujemy ten pomysł. Instytut niestety jest zamknięty, więc wspinamy się wyżej, na platformę widokową, na której mogę tylko dziękować Stwórcy za to, że stworzył na świecie takie piękne miejsca, jak to.

Z tropikalnym słońcem należy zawierać znajomość stopniowo i ostrożnie. Po dwóch godzinach czuję, że mam już dosyć i uciekam w cień. Amerykanom chyba też plaża na dzisiaj wystarczy, żegnają się z nami mocnymi uściskami dłoni, może do zobaczenia kiedyś i gdzieś tam…

– Całkiem normalni, fajni goście – konkluduje w zadumie Wład.

Zanim i ja się z nim się pożegnam, w drodze powrotnej promem do Pattayi, nie pytany opowie mi trochę o swojej wojennej przeszłości. Zwłaszcza Czeczenii nie udaje mu się wyrzucić z pamięci, mimo upływu lat trauma trwa. Ciągle ma przed oczyma różne obrazy i to nie w pierwszej kolejności trupów, czy spalonych, zniszczonych osiedli, a zwykłej, żołnierskiej biedy egzystencji – oblepionych błotem butów, przemoczonego munduru, brudu, insektów, wiecznego niewyspania. Jako dowódca odpowiedzialny był za bezpieczeństwo swoich podwładnych, ich stratę zawsze mocno przeżywał, to też ciągle wraca. Dobrze, że w domu ma u swojego boku kochaną i mądrą kobietę, która nie pozwala mu wiecznie rozpamiętywać przeszłości. To chochołuszka, Ukrainka, rezolutna i energiczna kobieta, bez niej źle mogłoby się potoczyć jego życie. Oczywiście wie, że pojechał do Tajlandii trochę się rozerwać, w pełni to zaakceptowała, zuch dziewczyna.

Jedziemy jeszcze zobaczyć Wielkiego Buddhę, niedaleko Jomtien Beach, 18 -metrowej wysokości złotą statuę, będącą główną świętością Wat Phra Yai. Przybytek zbudowano na wzgórzu Pratumnak Hill, w 1940 roku, w czasie, kiedy Pattaya była jeszcze wioską rybacką. Jest to buddyjska świątynia, pielgrzymują do niej gromadnie zarówno wyznawcy kultu Przebudzonego, jak i ciekawscy turyści; jeżeli zignorujesz to miejsce, to nie byłeś w Pattayi – poucza mój przewodnik. Wielki Buddha wita nas promiennym uśmiechem i ma wyjątkowo smukłą sylwetkę; jego mniejsze egzemplarze są już typowe, brzuchate. Do jednego z kultowych pępków przybysze próbują wrzucić pieniążek, jeśli trafią, będzie towarzyszyło im w życiu szczęście. Nie jest to jednak proste, próbuje i Wład, też pudłuje. W sąsiedztwie Wat Phra Yai znajduje się chiński kompleks świątynny, ofiarowany Konfucjuszowi i Guan Yin (według oficjalnych statystyk 14 % ludności Tajlandii, czyli około 6 milionów, stanowią Chińczycy), głównej postaci chińskiego panteonu buddyjskiego, czczonej jako bogini miłosierdzia, litości i płodności.

Wracam na ziemię, czyli na Walking Street, z buta to tylko około dwóch kilometrów i wyrzucam sobie, że tyle czasu spędziłem w miejscowych barach, wśród roznegliżowanych panienek, zamiast przeżyć go godziwiej. Pattayia oferuje wiele: można tu między innymi popróbować windsurfingu, polatać na spadochronie za motorówką, zobaczyć życie podwodnej flory i fauny przez szklane dno łodzi, rafy koralowe, albo hodowlę cudownych orchidei, pojeździć na słoniach i skorzystać z tysiąca innych rzeczy, a ja, jak ten typowy, niemiecki emeryt… Słoń tylko w butelce.

– Typowi niemieccy emeryci siedzą od rana do wieczora w tych samych barach, na tych samych miejscach i z nikim nie gadają, a ty jednak jesteś towarzyski łajdus i jeszcze dosyć ruchliwy – przypochlebia mi się fałszywie mój diabeł stróż. – Poza tym, aby dojść ze swojego hotelu nad morze, to czy chcesz, albo nie, musisz przeciąć Walking Street.

Stamtąd do Piyada Residence, gdzie mieszkam od prawie tygodnia, mam teoretycznie tylko około 20 minut marszu. Droga piechura w Tajlandii, zwłaszcza Europejczyka wiedzie jednak przez mękę i nigdy nie wiadomo, kiedy dotrze do celu i czy w ogóle, o czym napiszę oddzielnie, w korespondencji z Bangkoku, od której powinienem był zacząć swoją tajlandzką opowieść, ale wyszło inaczej. Grzeszne oblicze Pattayi, do której jeszcze zajrzymy, powinno złagodzić Krung Thep, czyli Miasto Aniołów, jak miejscowi nazywają Bangkok, tylko, czy tak będzie, to się okaże.

* To oczywiście aluzja do Siam, historycznej nazwy Królestwa Tajlandii.

PS adminki: Określenie bliźniąt syjamskich pochodzi od braci Chenga i Enga Bunkerów, urodzonych w Syjamie w 1811 roku. Bracia Bunkerowie przeżyli 63 lata, założyli rodziny i występowali przez lata jako jedna z atrakcji cyrku P. T. Barnuma, zdobywając majątek i sławę.

Z zapisków stróża (6)

Zbigniew Milewicz

Aniołek

Kiedy niedawno w Kolumbii rozbił się samolot, w którym zginęła prawie cała, pierwszoligowa drużyna brazylijskiego klubu piłkarskiego i napisałem szpunta na ten temat, wytykając europejskim mediom lekkie zignorowanie katastrofy nad równikiem, adminka zaproponowała mi zgłębienie tematu. Mógłbym – sugerowała – napisać np. o obecnym tempie pamiętania i zapominania, albo o szacunku do śmierci, albo o europocentryzmie. Admince się nie odmawia, ale chyba więcej we mnie dokumentalisty, niż moralisty i w zamian dam jej przedświątecznego aniołka.

Zapakowany w złote pudełeczko, leżał w pojemniku przed kontenerem na śmieci, obok innych niepotrzebnych przedmiotów. Figurka wykonana misternie z kryształu trzymała w dłoniach książkę i nie mogłem dopatrzyć się niczego, co dyskwalifikowało by ją w sprzedaży w handlu. Dom towarowy, w którym dorabiam do emerytury zakazuje personelowi przywłaszczania czegokolwiek, co stanowi własność firmy, choćby i rzecz szła na przemiał. Żal mi się jednak zrobiło niebiańskiej postaci i naruszyłem siódme przykazanie.

Drugi anioł, a właściwie anielica stała bardzo smutna na trzecim piętrze domu i pakowała klientom świąteczne prezenty w ozdobne kartony.
– Musisz się do ludzi uśmiechać, to nie są wieńce pogrzebowe – wysyczał jej do ucha kierownik działu, ucharakteryzowany, jako Weihnachtsmann.
– Wiem, ale oni już przecież zapłacili za towar, poza tym boli mnie ząb – poskarżyła się dziewczyna.
– Ho, ho, ho – odkrzyknął kierownik i zadzwonił srebrnym dzwonem. – Jak nie teraz, to kiedy mamy zarabiać, a ona mi tutaj odstrasza klientów – dodał w zamyśleniu.

Jak co roku, kolorowe, bogate wystawy monachijskich sklepów i butików kontrastowały z ponurymi twarzami przechodniów. Każda dzielnica miała swój Weihnachtsmarkt, na którym raczono się grzanym winem i słuchano kolęd płynących z głośników. Nostalgiczna, niemiecka nuta przeplatała się ze skocznym rytmem amerykańskich carols, ale im więcej ludzie mieli w czubie, tym bardziej posępnieli. Nawiasem mówiąc, pod polską choinką nastroje też przeważnie są minorowe, ale to dopiero w wigilię i po pasterce humor rodakom zdecydowanie się poprawia. Stacje niemieckiego radia i telewizji robią wszystko, aby obywatelom BRD umilić przedświąteczny nastrój. Nastrojowe, muzyczne kadry wtapiają się w reklamę wielkich sieci handlowych, aby widzowie i słuchacze nie zamykali portfeli, tylko dalej kupowali świąteczne gęsi, gry komputerowe, perfumy i czekoladki. Serwisy informacyjne skłaniają się bardziej ku pozytywnym przekazom, a negatywne podają oględnie, żeby odbiorca doszedł do wniosku, że przecież mogło być jeszcze gorzej.

Oczywiście nie da się przemilczeć, ani przypudrować krwawiącego dalej Aleppo, kolejnych aktów terroru w Turcji, prześladowania chrześcijan przez islamistów na Bliskim Wschodzie i wciąż trwających walk we wschodniej Ukrainie, gdzie skłócone ze sobą światowe mocarstwa nieodmiennie wspierają dobrych w walce ze złymi, tylko nikt z nas nie wie, kto naprawdę jest kim. Wszystko zależy od tego, w jakim języku nadaje stacja. Co dla członków Nato jest białe, to dla Kremla czarne i odwrotnie. Kanclerz Merkel już oficjalnie, bez ogródek oskarża rosyjskie lotnictwo o bombardowanie ludności cywilnej wschodniego Aleppo i konwojów, które spieszą jej z pomocą humanitarną. Tu bombki na choinkach, tam bomby i śmierć, oby ten konflikt nie przerodził się w III wojnę światową…
– Ty wiesz, że to może być nasza, chrześcijan ostatnia gwiazdka? – pyta przez telefon Marysia, moja stara, monachijska znajoma.
– Jakaś bzdura, kto tak mówi? – reaguję zapalczywie.
– Papież Franciszek – odpowiada.
– Usłyszałaś to od niego osobiście?
– Nie, ale tak podobno miał powiedzieć na Placu Świętego Piotra.

Nie wierzę rzecz jasna Marysi, ale coś tam w głębi duszy, jakieś niedobre ziarno, pozostaje. W godzinach wieczornych, na chwilę przed zamknięciem sklepów, przedświąteczny tłum na monachijskich ulicach jeszcze bardziej gęstnieje. Biedna anielica, zanim pójdzie do domu, jeszcze zapakuje z dwadzieścia prezentów w kolorowy papier i wyda je klientom o twarzach szarych jak ten grudniowy wieczór za oknami. Całe szczęście, że po domu kręcą się także dzieciaki, tylko u nich widać ożywienie i nieudawaną radość, że idą święta, a wraz z nimi oczywiście i prezenty. Trudno wyczuć, ile z nich wie, co to jest Boże Narodzenie, ale w boskiej naturze leży wszak wyrozumiałość.

anioleczek

W domu wyjmuję aniołka z pudełka, żeby przyjrzeć mu się dokładniej i niezgrabiasz upuszczam go na podłogę. Tłucze się książka, którą trzymał w dłoniach, w zamian dostaniesz więc adminko ten tekst, plus napis z pudełka. Wesołych Świąt czytelnikom 🙂

Ta pierwsza brygada

W dzień szczególnych sensacji księżycowych posklecał to sobie:

Zbigniew Milewicz

I natychmiast mi nadesłał. Ale cóż ja, adminka biedna, dziś dopiero wolny dzień znalazłam na wstawienie tego wpisu z 14 listopada…

Bardzo przepraszam i Autora, i Czytelników

My pierwsza brygada

Tak, jak na parafialny chór Polskiej Misji Katolickiej w Monachium przystało, najpierw odśpiewaliśmy w starym kościele św. Barbary po łacinie i po polsku okolicznościowe pieśni z okazji dorocznego Święta Niepodległości, a później poszliśmy się bratać z ludem bożym. W parafialnej sali, gdzie ugoszczono wszystkich winem i ciastkami, chór musiał najpierw trochę pośpiewać, rozgrzać polskich parafian narodową nutą…

Na pierwszy plan poszło Wojenko, wojenko… Później Przybyli ułani pod okienko… Wreszcie utwór główny wieczoru, od 14.08.2007 r. oficjalna pieśń Wojska Polskiego, My Pierwsza Brygada, zrodzona w I Brygadzie Legionów Polskich, dowodzonych przez Józefa Piłsudskiego. Poszła wersja aktualnie oficjalna, ale ludzie różnie śpiewali.

Oto znana wersja Brygady:

My pierwsza brygada

Legjony to żałobna nuta,
Legjony to skazańców głos.
Legjony to żołnierska buta
Legjony to ofiarny stos!
xxxxxMy pierwsza brygada,
xxxxxStrzelecka gromada
xxxxxNa stos rzuciliśmy nasz życia los
xxxxxna stos na stos! x2

Nie trzeba nam od was uznania,
Ni waszych skarg ni waszych łez
Przeminął już czas kołatania
Do waszych serc, próśb nadszedł kres!
xxxxxMy pierwsza brygada… etc.

Krzyczeli, żeśmy stumanieni,
Nie wierząc nam, że chcieć to módz
Leliśmy krew osamotnieni
A z nami był nasz drogi Wódz!
xxxxxMy pierwsza brygada… etc.

Nie chcemy już od Was uznania
Ni Waszych mów, ni waszych łez!
Już skończył się czas kołatania
Do waszych serc, do waszych kies!
xxxxxMy pierwsza brygada… etc.

Żeby się jednak nie nazywało, że zakłamujemy historię, w zależności od potrzeby i aktualnego politycznego kursu, przytoczę trochę mniej przykładne zakończenie zwrotki ostatniej. Jak podaje Mieczysław Pruszyński („Tajemnica Piłsudskiego” Polska Oficyna Wydawnicza „BGW” Warszawa 1997 wyd. II str. 25):

Nie chcemy już od Was uznania
Ni Waszych mów, ni waszych łez!
Skończyły się dni kołatania
Do waszych serc, jebał was pies!

Pieśń wytrzyma wszystko.

Tadeusz Chyła

Zbigniew Milewicz

Ostatni cesarz ballady

Artysta dzisiaj skończyłby 83 lata, będzie to więc mały prezent urodzinowy dla jego fanów i młodszych czytelników, którzy o nim może tylko słyszeli. W sierpniu b.r. portal culture.pl zamieścił obszerny materiał o Tadeuszu Chyle, autorstwa Janusza R. Kowalczyka, idealny dla mnie na ściągę.

***

Solenizant pochodził z Sopotu i z wykształcenia był artystą malarzem, uprawiał malarstwo sztalugowe, ścienne i scenografię. Po ukończeniu Liceum Sztuk Plastycznych w Gdyni-Orłowie dostał się do pracowni Juliusza Studnickiego i Jacka Żuławskiego na Wydziale Malarstwa Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Sopocie, dyplom uzyskał w 1961 r. W tej samej pracowni dyplom robiła także Alina Ronczewska-Afanasjew, siostra bliźniaczka aktora Ryszarda Ronczewskiego. Kolegą z roku był również Jacek Fedorowicz, który tak wspominał ówczesne zwyczaje: “Mówienie z akcentem wileńskim należało do rytuału szkoły. Mówili tym akcentem nie tylko wszyscy kresowiacy, ale i Tadeusz Chyła – rodowity sopocianin, dla którego najbardziej położonym na wschód miastem, które w życiu odwiedził, był Tczew.” [Ja, jako wykopalisko”, Warszawa 2011].

Jego kariera muzyczna i kabaretowa rozpoczęła się w 1954 r. w studenckim teatrze Bim-Bom w Gdańsku, gdzie śpiewał swoje ballady. Aktor i reżyser Ryszard Ronczewski wspomina, że mówili o nim Chyłeńka, bo sam wszystko zdrabniał. Brał chlebaczek, kroił kromeczkę, smarował ją masełkiem i dżemikiem… Był to człowiek niebywale skromny. Wspaniały facet. Taki, którego będzie brakowało.

Zawsze w czarnym swetrze, który stanowił jego uniform, z nieodłączną gitarą. Do tego ujmujący sposób bycia i nieśmiały uśmiech. Bardzo grzeczny! Nawet sam do siebie mówił pieszczotliwie: Tadzieńku! Na przykład: Tadzieńku, bądź uprzejmy i zamów sobie […] jednego ‘harcerzyka’. Ale pamiętaj, że jeden ‘harcerzyk’ to jeden ‘harcerzyk’, a nie cały zastęp. Harcerzykami ‘Tadzieńku’ nazywał cocktail, cały przyrządzony na zielono. To znaczy żubrówka zmieszana z czystą wódką z dodatkiem cytryny, pepermintu […] i czegoś tam jeszcze – co ‘Tadzieńku’ uważał za swój wynalazek i podobno opatentował.
[Zbigniew Adrjański, “Kalejdoskop estradowy 1944–1989”, Warszawa 2002]

Bim-Bom powstał z inicjatywy studentów PWSSP, do których dołączyli m.in. studenci Politechniki Gdańskiej oraz grupa z Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Sopocie z Bobkiem Kobielą na czele. Opiekę artystyczną nad nimi sprawował Zbigniew Cybulski, wówczas aktor Teatru Wybrzeże. W Bim-Bomie występowali Wowo Bielicki, Jacek Fedorowicz, Kalina Jędrusik… Chyła prezentował się w większości przedstawień, ale nie wymienia się go wśród głównych twórców zespołu, bo – jak twierdzą jego znajomi – nie należał do ludzi, którzy pchają się na pierwszy plan. Publiczność była nim oczarowana.

Jednym z tych czarodziejów [Bim-Bomu] był student malarstwa z Wyższej Szkoły Plastycznej w Sopocie – Tadeusz Chyła. W pelerynie, z gitarą, jakby zszedł z mansardy niegdysiejszej cyganerii, odśpiewał balladę o księżniczce i karocy. Była w tym nostalgia za czymś, co minęło. […] Uszczęśliwiony Chyła kłaniał się jak podwórkowy bard. Gdy ciepło zaciągnął z lwowska: – Ta całuji wam rączki, kochani, i z rozkoszu zabisuji na waszą cześć – dostał wielkie brawa.
[Jarosław Abramow-Newerly, “Lwy STS-u”, Warszawa 2005]

Prześmiewcza twórczość Chyły i jego przyjaciół idealnie oddawała nastrój politycznej odwilży, której pierwsze symptomy dało się odczuć po śmierci Stalina. Październik 1956 roku przyniósł dalsze zmiany poluźniające polityczny gorset. Studencki teatrzyk Bim-Bom koncertował w kraju i za granicą. A wraz z nimi Chyła, przemierzający wraz z zespołem Austrię, Belgię, Francję, Holandię i Niemiecką Republikę Demokratyczną.

We wrześniu 1957 roku znalazł się w dwunastce artystów Bim-Bomu, którzy otrzymali zaproszenie na występy w Paryżu. Mieszkali w miasteczku studenckim, grali w Beaux-Arts. Wyposzczeni cywilizacyjnie artyści spoza wschodniej kurtyny mierzyli się z niepowtarzalną atmosferą obrzydzanego im przez lata “zgniłego Zachodu”.

Najmniejsze opory w posługiwaniu się francuskim miał Tadzio Chyła i jednocześnie znał najmniej słów francuskich z nas wszystkich. Ale kochał ten język. Podchodził wciąż do Francuzów i pytał: – Ułe ru Szanzelize? Francuz odpowiadał, gestykulując. Tadzio na to: – Chwileczkę, pan poczeka. Hanka! Jak jest dziękuję? – Mersi. – Mersi za informację. – I szedł w przeciwnym kierunku. Francuz go doganiał i zatrzymywał. Pytał, gdzie właściwie Tadzio chce iść. Tadzio tymczasem zapominał, jak pytać o ulicę, i zapominał, o jaką.
[Jacek Fedorowicz, “Ja jako wykopalisko”, Warszawa 2011]

Reszta zespołu starała się przeprosić Francuza za kolegę, który wcale nie szuka żadnej ulicy, tylko czasem lubi porozmawiać sobie po francusku.

W Bim-Bomie poznał swoją pierwszą żonę, Barbarę Michałowską i zaczął komponować melodie do swoich piosenek. Miał swój udział w przedstawieniach legendarnego teatrzyku rąk Co-To i powstaniu kabaretu literackiego To-Tu. Był w nim kompozytorem i wykonawcą ballad do przewrotnych tekstów Jerzego Afanasjewa, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Ludwika Jerzego Kerna, Andrzeja Waligórskiego. Wkrótce potem Chyła i Michałowska zdecydowali się na występy estradowe. W czasach przedtelewizyjnych były one dość popularne. Wieńczyły wiele oficjalnych akademii, jako tzw. część artystyczna, co dla większości ich uczestników było jedynym kontaktem z masową rozrywką.

Kiedy więc Tadzio Chyła powiedział: ‘Stary. Ty będziesz moim konferansjerem’, odrzekłem, że nie będę bo nie mam najmniejszego zamiaru kiedykolwiek w życiu występować na estradzie. Tadzio nie przyjął tego do wiadomości, tylko długo i cierpliwie tłumaczył mi, na czym polega występ estradowy i czym się różni od występu w teatrze – wspomina Jacek Fedorowicz. No i uległ koledze; jego pierwszy samodzielny “numer estradowy” polegał na parodii śpiewania “po polsku z angielska”, z nienagannym akcentem amerykańskim w polskim tekście, “co dawało efekt dość zabawny”. Z uwagi na zasługi Tadeusza Chyły dla polskiej estrady, towarzysząca mu ekipa zwykła mawiać, że w odróżnieniu od typowej chałtury, oni robią jej wyższą odmianę – “Chyłturę”.

Do legendy estradowej przeszedł występ Tadeusza Chyły na jednym z pierwszych Festiwali Polskiej Piosenki w Opolu. Wspomina Jacek Fedorowicz:

W czasie koncertu w nieosłoniętym podówczas amfiteatrze lunął potworny deszcz. Publiczność wpadła w panikę i mało brakowało, żeby kilka tysięcy ludzi wzajemnie się stratowało. Pełniłem tam funkcję konferansjera. Udało mi się jakoś opanować publiczność, ponieważ wyszedłem na scenę bez parasola i dałem publiczności do zrozumienia, że właściwie nic się nie stało, a że trochę kropi, to nic, koncert za chwilę potoczy się dalej. Wróciłem za kulisy i wyjaśniłem sytuację: gremialnej ucieczki nie będzie, ale pod warunkiem, że ktoś z solistów wyjdzie na estradę. Odpowiedziało mi głuche milczenie. Żadna w gwiazd […] nie miała zamiaru narażać fryzury. Zdając sobie sprawę z grozy sytuacji, wpadłem w szał i obrzuciłem cały skład wykonawczy koncertu stekiem najgorszych wyzwisk. […] usłyszał [to] Chyła, który siedział gdzieś w kącie garderoby ze swoim zespołem. Skrzyknęli się i po chwili już byli na estradzie. Co Tadzio na tej estradzie wyrabiał, nie wiem, wątpię, żeby śpiewał, bo nie przypuszczam, aby ktoś umiał śpiewać pływając. W każdym razie był tam i pokazał publiczności, że nie ma co wiać przed oberwaniem chmury, skoro wykonawcy nie przerywają koncertu.

Kolejnym ucieleśnieniem Chyłtury było założenie w 1968 roku śpiewającego kabaretu Silna Grupa pod Wezwaniem, o czym tak wspominał Kazimierz Grześkowiak:

Siedziałem kiedyś w kawiarni z Tadziem Chyłą, dosiadło do nas takie wielkie, grube, łyse, czyli Jacek Nieżychowski i powiedział: dlaczego wy właściwie nie śpiewacie razem. Popatrzyliśmy sobie w oczy i tak powstała Silna Grupa. Zespół działał cztery lata, o trzy za długo.
[Waldemar Sulisz, “Odyniec”, “Dziennik Wschodni”, 18 sierpnia 1995]

Oprócz Chyły grupę tę tworzyli: Kazimierz Grześkowiak, Jacek Nieżychowski i Andrzej Zakrzewski. Chyła był jej członkiem do 1970 roku.

O jego popularności świadczyły obiegowe dowcipy. Na przykład:

Do sklepu z płytami wchodzi klient i pyta:
– Czy są nagrania Chyły?
– Nie ma – odpowiada sprzedawca.
– A były?
– Też nie ma.

Jego piosenki śpiewała cała Polska. Prywatnie jednak nie wszystko grało. Druga żona Chyły, śliczna Rosjanka Gala, wyjechała do Paryża, gdzie popełniła samobójstwo. W jednej z warszawskich cerkwi odprawiono po jej śmierci mszę żałobną. Załamany Chyła przesadził z alkoholem i podczas nabożeństwa ledwo trzymał się na nogach. Anna, jego trzecia żona, opiekowała się mężem do końca.

W towarzystwie siadał gdzieś z boku, brał gitarę, coś tam brzdąkał, śpiewał. Należał do ludzi uczuciowych, ale tę uczuciowość ukrywał pod kożuchem obojętności – dodaje Ryszard Ronczewski. – Chyłeńka miał ogromne serce. Wszystko, co robił, robił z uczuciem. Tacy ludzie, jak Chyła, występują w jednym egzemplarzu. Nadal jest jeden Wojciech Młynarski. Równie pojedyncza była Agnieszka Osiecka, był też jeden Jacek Kaczmarski. I teraz dołączył do nich Chyłeńka.
[Dorota Abramowicz, “Ballada o Chyłeńce już skończona”, “Dziennik Bałtycki”, 28 lutego 2014]

Przestał występować. Jego muzyka poszła w zapomnienie. W 2008 roku płytę z własnymi wersjami piosenek Silnej Grupy pod Wezwaniem wydał Kazik Staszewski (“Silny Kazik pod Wezwaniem”).

W  maju 2014 roku Galeria U w Domu Kultury Stokłosy na warszawskim Ursynowie przygotowała wystawę malarstwa Tadeusza Chyły z okazji jego osiemdziesiątych urodzin. Niestety artysta nie doczekał jej otwarcia. Dwa miesiące wcześniej, 23 lutego 2014, Tadeusz Chyła zmarł.

Znaliśmy go wszyscy z obrazów – pisała w katalogu do wystawy jej kurator Blanka Wyszyńska-Walczak. – Tych utkanych nutami i ciepłym głosem. Każda ze skomponowanych i wykonanych przez niego ballad w wyobraźni słuchacza powoływała do życia kolorowy świat. Sceny odmalowane w ‘Cysorzu co ma klawe życie’, ‘W śnie psa’, ‘Mariolli’ i dziesiątkach innych przenikał subtelny humor i liryczny nastrój. W wywiadach Tadeusz Chyła wielokrotnie podkreślał, że w swojej pracy estradowej czuje się malarzem tworzącym obrazy dla słuchaczy. Nie było to ubieranie w piękne słowa działań artysty, lecz ich rzeczywiste sedno. Albowiem Tadeusz Chyła był z wykształcenia malarzem i osobą o wrażliwości charakterystycznej dla ludzi pędzla. Wystawa ‘Tadeusz Chyła – liryczny kolorysta’ to niezwykła okazja, aby zobaczyć aż czterdzieści płócien artysty. Powstałe na przestrzeni kilkudziesięciu lat obrazy zostały zebrane z kolekcji prywatnych. O niezwykłości tego zbioru decyduje nie tylko przekrojowy charakter, ale przede wszystkim przyczyna powstania dzieł. Przez całe swoje życie malował przede wszystkim z wewnętrznej potrzeby. Kiedyś zwierzył się swojej żonie, że traktuje to zajęcie jak modlitwę. To było jego osobiste widzenie piękna świata, kontakt z absolutem. W warstwie inspiracji i przekazu powstały czysto intymne dzieła, nie zabiegające o odbiorcę i popularność. Takie natężenie osobistego podejścia można odnaleźć wśród malarzy naiwnych, lecz w odróżnieniu od nich Tadeusz Chyła był całkowicie świadomym artystą, tworzącym w pełni dojrzałe dzieła sztuki. Jego obrazy przemawiają do nas językiem lirycznym i subtelnym, obdarzone wysmakowanym kolorytem nabierają lekko magicznego wyrazu. Odnajdziemy w nich świat i wrażliwość, jaką znamy z utworów Tadeusza Chyły barda.

Mało kto wiedział o tym, że Tadeusz Chyła malował obrazy przez całe życie. Nawet koledzy ze studiów jak Jacek Fedorowicz, czy prof. Włodzimierz Łajming nie wiedzieli, że tak było. Jednak w wywiadach Tadeusz Chyła często podkreślał, że bardziej czuje się malarzem niż bardem.

***

Tyle portal culture.pl o artyście, pod którego w czasach swojej młodości, z racji pewnego fizycznego podobieństwa, chętnie się podszywałem. Tadzia już niestety nie ma, ja jeszcze jestem, też Tadeusz – z bierzmowania, ale przecież nie zaśpiewam tak, jak on żadnej jego ballady, choćbym się starał jak nie wiem co.

Tak śpiewał… (zaczynamy od Ballady o mumii, a potem poleci po kolei – w sumie 20 ballad)

Z Monachium

Zbigniew Milewicz

O`zapft is!

W sobotę 17 września po raz 183 wystartował w Monachium Oktoberfest, największe, ludyczne święto świata. Tradycyjnie zainaugurował je główny burmistrz miasta, Dieter Reiter, wbijając szpunta do pierwszej beczki z chmielowym przysmakiem w hali Schottenhamel. Udało mu się to zrobić zgrabnie, za drugim uderzeniem i piwa przy tym za dużo nie wylał, co nie zawsze jest regułą. Do dziś wspomina się na przykład nieszczęsnego Ericha Kiesla, rządzącego Monachium na przełomie lat 70 i 80, któremu uciekło prawie pół beczki, i kiedy rok później już sobie z otwarciem dobrze poradził, to przecież był zdenerwowany, bo wiedział, że w telewizji patrzą mu na ręce miliony ludzi na całym świecie. Zamiast więc wykrzyknąć po bawarsku sakramentalne: O`zapft is! zawołał: I zapf os!, co jego przeciwnicy polityczni poczytali, jako antywschodnią nagonkę.

Bawarczycy znani są z pielęgnowania swoich tradycji i dbałości o szeroko rozumianą etykietę zachowań a zarazem drobiazgowości, którą dobrze oddaje określenie Erbsenzähler (liczygroch), co ma swoje dobre i złe strony. W kontekście nadal aktualnego, możliwego zagrożenia terrorystycznego na Theresienwiese, gdzie się odbywa Oktoberfest, skierowano tego roku do pilnowania porządku około sześciuset policjantów i ludzi ze służb pozamundurowych, nie licząc ochraniarzy z hal piwnych, strażaków i służb sanitarnych. Każdy kawałek terenu obserwują kamery, więc wszystko jest pod kontrolą. Poniedziałkowe wydanie monachijskiego Abendzeitung, w wersji online podaje sporo szczegółów z przebiegu pierwszych dwóch, świątecznych dni. Pogoda z czasem się zepsuła, publiki było więc mniej, niż się spodziewano, ale i tak wszyscy dobrze się bawili, choć niektórzy aż do przesady. Wysokoprocentowe piwo powaliło wielu, hamulce moralne puściły, doszło do kilku przestępstw (tyle na razie udokumentowano) na tle seksualnym, rabunkowym i przemocy.

Ilustrowały to wszystko liczne, mniej lub bardziej szokujące zdjęcia, uwiecznione przez policyjnych i prywatnych fotografów. Mnie najbardziej zapadły w pamięci dwa: gościa, który po pijanemu wspiął się na koronę drzewa i tam zapadł w błogi sen. Deliberowano, jak udało mu się tego dokonać i dlaczego nie spadł w czasie snu na ziemię… Drugie przedstawiało młodą parę w regionalnych, bawarskich strojach, w biały dzień czule rozmawiającą ze sobą na łące, w języku znad Sekwany. Kiedy po raz drugi chciałem sobie to zdjęcie zobaczyć, już go nie znalazłem. Twarze na wszystkich fotkach były wyretuszowane, ale pomyślałem sobie, że ochrona danych osobowych i tak została tutaj naruszona, bo kto zechce, po szczegółach ubioru i sylwetki, może dojść do prawdy.

Ponieważ na Oktoberfest już się w swoim monachijskim życiu nachodziłem, poszedłem w dzień otwarcia do innego Szkota (schottenhamel, to po bawarsku szkocki baran, choć prawidłowa, niemiecka pisownia barana jest hammel), do Griega Mc Arthura. Nie znaliśmy się osobiście, ale od jakiegoś czasu było o nim słychać w Monachium; ekscentryczny artysta malarz, urządził wernisaż w swojej nowej piwnicy na końcu Schwanthalerstrasse, całkiem niedaleko od Theresienwiese. W głównej sali ulokował przeważnie swe prace marynistyczne i abstrakcyjne, jest tutaj też stolik z przekąskami i Schuhputzservice Mario, który na razie pasuje mi tutaj, jak pięść do oka. W bocznej, zasłoniętej kotarą wnęce, klimaty sado-maso, czyli BDSM, równie bliskie Griegowi jak ocean. Można na pniu kupić jego soczyste rysunki, ceny zróżnicowane, od 50 do 300 euro. Po kolejnym kieliszku Prosecco żeńska publika nabiera ochoty na to, żeby jej Mario, nobliwie wyglądający, starszy pan, ładnie wyczyścił buty, co czyni uniżenie i z ochotą. To jest już spektakl performance. W grudniu artysta chce zorganizować w Monachium większy happening, poświęconego m.in. erotyce w sztuce, ale o szczegółach jeszcze nie chce mówić. Jestem na tę imprezę zaproszony, we właściwym czasie złożę więc tutaj relację.

grieg

Do swobody obyczajowej Berlina czy Köln, dalej z Monachium niż na Księżyc, ale ponieważ tutaj mieszkam, cieszy mnie, że są takie miejsca, gdzie anioł z diabłem spacerują pod rękę.

Reblog z komentarzem

Zbigniew Milewicz

Od historii nie uciekniesz…

Przy całej swojej sympatii dla sąsiedzkiej, ukraińskiej społeczności, oczekiwałem od polskich władz zajęcia jednoznacznego stanowiska w sprawie Rzezi Wołyńskiej, o której w zależności od opcji politycznej raz się publicznie mówiło, a kiedy indziej znowu nie, a nazwać po imieniu nikt jej jakoś nie chciał. Z zadowoleniem przyjąłem więc niedawną, lipcową uchwałę Sejmu i Senatu RP, uchwaloną nota bene jednogłośnie,  o uznaniu zamordowania ponad stu tysięcy Polaków przez ukraińskich nacjonalistów w czasie II wojny światowej za ludobójstwo. Wyrażono w niej jednocześnie szacunek dla Ukraińców, którzy ratowali Polaków. W odpowiedzi ukraiński Parlament ostro potępił tę uchwałę, a w tamtejszych mediach rozpętała się histeria. Przytaczam fragmenty interesującego wywiadu na ten temat, który ukazał się 27.08.2016 r., na łamach Gazety Wyborczej.

Igor T. Miecik rozmawia z Jurijem Szuchewyczem.

Jurij Szuchewycz: Wołyń ludobójstwem? Ile wam Kreml zapłacił?

Fot. zbiory Osrodka KARTA, udostepnił Mariusz Hermanowicz

Kiedy my toczymy wojnę z Moskwą, wy jak zwykle wbijacie nam nóż w plecy. Towarzysze mojego ojca z UPA często mi opowiadali, że gdy oni walczyli z Sowietami albo Niemcami, to AK tylko czekała, żeby zadać im cios od tyłu.

W lipcu Polska wypowiedziała Ukrainie wojnę. Wojnę hybrydową. Czego się spodziewaliście? Macie teraz naszą odpowiedź na swój zdradziecki atak. Wojna to wojna. Ale to nie my ją rozpoczęliśmy – usłyszałem w słuchawce telefonu, zanim zdążyłem powiedzieć coś więcej niż “dzień dobry” i zapytać o projekt uchwały ukraińskiego parlamentu o “historii ludobójstwa narodu ukraińskiego dokonywanej systematycznie i konsekwentnie przez państwo polskie”.

To nie była nasza pierwsza rozmowa. Jurija Szuchewycza, syna komendanta Ukraińskiej Powstańczej Armii, poznałem dwa lata temu. Spotkaliśmy się kilka razy we Lwowie i przegadaliśmy długie godziny. Ich owocem były wywiady w “Gazecie Wyborczej” i w mojej książce o Ukrainie. Tyle że mówiliśmy wtedy o obaleniu Janukowycza, ukraińskiej rewolucji oraz o samym Szuchewyczu i jego niezwykłym życiu.

Pojechałem też do Lwowa kilka dni po przyjęciu przez polski Sejm uchwały o tym, że “ofiary zbrodni popełnionych w latach 40 przez ukraińskich nacjonalistów do tej pory nie zostały w należyty sposób upamiętnione, a masowe mordy nie zostały określone – zgodnie z prawdą historyczną – mianem ludobójstwa”.

Wiedziałem, że nie będzie łatwo – do tej pory omijaliśmy temat Wołynia – ale nie spodziewałem się, że aż tak…

Atmosfera od początku była zła. Szuchewycz wyznaczył spotkanie w centrum miasta w modnej, drogiej wiedeńskiej kawiarni. Przyszedł w towarzystwie żony Lesi i poselskiego asystenta.

Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta

– Ile wam zapłaciła Moskwa? – zaczął, nie czekając na moje pytanie.

Zatkało mnie: – Jaka Moskwa? Komu? Za co?

– Moskwa Putina, Kreml. Ile zapłacili waszym posłom, za nazwanie wydarzeń na Wołyniu ludobójstwem? Ile?

Jurij Szuchewycz jest na Ukrainie, zwłaszcza zachodniej, pomnikiem. Niekwestionowanym tam autorytetem moralnym, kimś w rodzaju świeckiego przywódcy duchowego.
Ma 83 lata i życiorys męczennika. Jako syn zamordowanego w 1950 r. przez NKWD legendarnego komendanta UPA Romana Szuchewycza, sam nie mając nic na sumieniu, został aresztowany przez Sowietów jako 15-letni chłopiec i z krótkimi przerwami przesiedział w łagrach ponad 30 lat. W celi stracił wzrok. Wyszedł w 1989 r., w przededniu odzyskania przez Ukrainę niepodległości.

Po zwycięstwie Majdanu w 2014 r. zdobył mandat deputowanego Wierchownej Rady, gdzie w sprawach dotyczących historii jego głos jest wpływowy, zawsze słuchany z uwagą i szacunkiem.

W lipcu jako jedyny deputowany towarzyszył przewodniczącemu Wierchownej Rady Andriejowi Parubijowi w zakończonych fiaskiem negocjacjach z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim dotyczących wspólnego stanowiska w sprawie rzezi wołyńskiej. A po przyjęciu polskiej uchwały służył radą deputowanemu Ołehowi Musijowi, autorowi projektu “odwetowej” uchwały ukraińskiego parlamentu o polskim ludobójstwie.

Panie Juriju, pan mówi poważnie o pieniądzach z Moskwy?

– To nie moja opinia, tylko pogląd powszechny na Ukrainie. Putin wykorzystuje w wojnie hybrydowej różne siły polityczne, a także je finansuje, by wykonywały jego wolę. Tak jest z mniejszością rosyjską i partią komunistyczną w Estonii, skrajną prawicą Marine Le Pen we Francji, węgierskim Jobbikiem, nie widzę przyczyn, dla których nie miałby finansować posłów polskiego Sejmu.

Po co Putinowi taka uchwała polskiego Sejmu?

– Kreml zrobi wszystko, żeby skompromitować postać Stepana Bandery, ukraiński nacjonalizm, myśl polityczną OUN i działalność UPA. Zrobi wszystko, żeby opluć naszych bohaterów i podzielić naród.

Nie potrzeba Putina, by Bandera i jego koncepcje dzieliły Ukraińców. Nie tylko w Polsce nie jest on darzony sympatią. Spotkałem wielu Ukraińców bardzo sceptycznych wobec ideologii banderowskiej.

– To efekt pół wieku sowieckiej propagandy. Ale to się zmienia. Po raz pierwszy od lat możemy sami decydować, kto jest naszym bohaterem, i sami wychowywać naszą młodzież. Bandera jest niezaprzeczalnym symbolem ukraińskiego patriotyzmu. Czy się to komuś podoba, czy nie.

Nie uważa pan, że to nie jest uczciwe postawienie sprawy, zwłaszcza wobec ukraińskiej młodzieży: albo Bandera, albo Putin. Szantaż moralny: jeśli nie jesteś wyznawcą Bandery, znaczy, żeś nie jest patriotą, gorzej – jesteś separatystą, zdrajcą. Jakby nie można było być liberałem czy socjalistą i jednocześnie patriotą.

– Nie można być prawdziwym ukraińskim patriotą, odrzucając Banderę. OUN była jedynym prawdziwie niepodległościowym niezależnym nurtem politycznym, dla którego wolność Ukrainy była wartością najwyższą, i jest to rzecz nie podlegająca dyskusji. W rzeczywistości wojny hybrydowej, z którą mamy do czynienia, postawiliśmy niedawno w ukraińskim parlamencie kropkę nad i.

To pan był autorem ustawy, która podważanie zasług OUN i UPA dla ukraińskiej niepodległości uważa za przestępstwo. Szacunek można wymóc ustawą i groźbą kary?

– Można i trzeba. Trwa wojna.

Co jest takiego w uchwale polskiego Sejmu dotyczącej Wołynia, że wywołała na Ukrainie tak skrajne emocje, a u pana, jak widzę, wywołuje wręcz gniew?

– To z gruntu, od pierwszego do ostatniego zdania, zakłamany, prowokacyjny i szowinistyczny tekst.

Czy ktoś tam wspomniał, jakie były przyczyny konfliktu polsko-ukraińskiego na Wołyniu? Czy mówi się tam o brutalnej okupacji ukraińskich ziem etnicznych przez II Rzeczpospolitą, o paleniu naszych cerkwi albo odbieraniu ich nam przez katolików, o policyjnych pacyfikacjach wiosek, wysiedleniach, wypędzeniach, o tym, że samo słowo “Ukrainiec” było zakazane, a Polacy wprowadzili do obiegu upokarzające nas określenie “Rusin”?

Wołyń traktowaliście jak rezerwuar taniej siły roboczej, niewolniczej wręcz. Pogarda polskich kolonistów dla “chama” Ukraińca czy określenie “bydło”, którym nazywano ukraiński lud, tkwią w pamięci każdej wołyńskiej czy galicyjskiej rodziny. Wie pan, jakie jest moje pierwsze wspomnienie związane z ojcem? To widzenie w Berezie Kartuskiej – polskim obozie koncentracyjnym dla Ukraińców. Miałem cztery lata, ale pamiętam.

Nie wspomina się też w waszej uchwale o planowym mordowaniu Ukraińców na Chełmszczyźnie, Podlasiu i Zasaniu, które Armia Krajowa rozpoczęła jeszcze w 1941 r. Przez niemal całą okupację w stosunku do ukraińskiej ludności polskie podziemie szło ręka w rękę z sowiecką partyzantką, wszystko, byle tylko przywrócić okupacyjne granice sprzed 1939 r. i oczyścić z Ukraińców ziemie aż po Zbrucz.

A wasza akcja “Burza”? O niej też cisza, a była to ostatnia desperacka próba współpracy z Sowietami, znów w imię utrzymania polskich imperialnych zdobyczy na etnicznych ziemiach Ukraińców.

Rzezi wołyńskiej zaprzeczyć jednak nie można. Nie można zaprzeczyć planowemu mordowaniu cywilnej ludności polskiej, starców, kobiet i dzieci. Jak rozumiem, sprzeciw na Ukrainie budzi określenie “ludobójstwo”.

– Określenie “ludobójstwo” to oczywiste zakłamanie historii. Wam zależy jednak jeszcze na powiązaniu, choćby na siłę, ofiar partyzanckiej wojny domowej z Banderą, OUN, ruchem ukraińskich nacjonalistów i obciążeniu ich całą odpowiedzialnością.

A nie ponoszą tej odpowiedzialności? Co się w takim razie według pana stało w 1943 r. na Wołyniu?

– Doszło do partyzanckiej wojny i masowego antypolskiego wystąpienia ukraińskiego ludu, z jednej strony umęczonego kolonialnym uciskiem Polaków, a z drugiej – podejmującego samorzutne akcje samoobrony przeciw groźbie i aż nadto czytelnym, brutalnym próbom przywrócenia statusu quo ante bellum.

I podczas tej samoobrony wybito 80 tysięcy ludzi?

– To kolejne kłamstwo. Przypominam, że polska uchwała sejmowa mówi o 100 tysiącach! Ćwierć wieku temu naliczono 20 tysięcy ofiar, potem 40, jeszcze później 60, 80, a teraz 100 tysięcy. Polacy na siłę wrzucają wszystkich, którzy zginęli podczas wojny i okupacji na Wołyniu i Galicji, do jednego worka z podpisem “rzeź wołyńska”. Wszystko jedno, czy zginęli z ręki Niemców, Sowietów, zwykłych band albo nawet wyjechali na roboty do Niemiec. Niedługo naliczycie tych ofiar więcej, niż było przed wojną wszystkich Polaków na zachodniej Ukrainie.

Zastanawiam się, czy gdybym był Ukraińcem, to wolałbym, by historia zapamiętała rzeź wołyńską jako spontaniczne powstanie ludowe, gdzie znający się od lat ludzie mordują swoich sąsiadów, czy też raczej jako akcję wywołaną z inspiracji i na rozkaz nacjonalistów. I chyba wołałbym wierzyć, że moi dziadowie zostali zaczadzeni zbrodniczą ideologią i działali na rozkaz, niż że pewnego dnia sami z siebie wzięli siekierę, piłę i poszli do chaty sąsiada wymordować całą jego rodzinę.

– To perfidna, przemyślana i prowadzona konsekwentnie od wielu lat polska operacja propagandowa. Obciążając odpowiedzialnością ukraiński ruch niepodległościowy, chcecie zohydzić i uczynić zbrodniarzami naszych bohaterów, ludzi, którzy położyli fundament pod ukraińską tożsamość i państwowość, odzyskali dla Ukraińców godność.

To postkolonialna manipulacja. Pomysł zmierzający do ponownej dekapitacji narodu ukraińskiego. Pozbawienia go przywództwa i wartości, tak by znów stał się bezwolną niewolniczą masą, której można będzie narzucić obce wartości i przywództwo. W tym sensie postępujecie wobec Ukrainy dokładnie tak jak Moskwa. Prezentujecie podobne moskiewskiemu postkolonialne i postimperialne myślenie, co pokazał otwarcie wasz Sejm 22 lipca. Sądzi pan, że nie wiem, co Polacy kryją w głębi serca? Sentymenty o Polsce od morza do morza! Ot co! Wilno nasze, Lwów nasz.

Nigdy nie słyszałem w Polsce ani jednego poważnego głosu, czy to polityka, czy to działacza społecznego, który by kwestionował granice ustalone w Europie po 1945 r. W przeciwieństwie do pana, który nieraz mówił, że jeszcze nie wszystkie ukraińskie etniczne ziemie wróciły do macierzy, i wymieniał jako takie rosyjski Kubań i ziemie nad Donem, na zachodzie zaś Podlasie, Chełmszczyznę, Zasanie i Łemkowszczyznę. Już sam termin “ziemie etniczne” jest dziś niedopuszczalny.

– Bo co? Niewygodny dla krajów postkolonialnych, które odbierały ziemie innym narodom? A Polacy w jakich kategoriach myślą? Proszę się rozejrzeć po Lwowie latem, wszędzie wycieczki waszych kresowiaków. Bardzo proszę, niech przyjeżdżają, ale jak się ich posłucha, otwierają się oczy: to polski uniwersytet, to cmentarz polskich bohaterów, tu polskie to, tam polskie tamto.

Przez lata nie mogliście o tym głośno mówić, czekaliście na moment słabości Ukrainy. Teraz, kiedy my toczymy wojnę z Moskwą, wy jak zwykle wbijacie nam nóż w plecy. Towarzysze mojego ojca z UPA często opowiadali mi, że gdy oni walczyli z Sowietami albo Niemcami, to AK tylko czekała na okazję, żeby zadać im cios od tyłu.

Pan wybaczy, ale skala ukraińskiej kolaboracji z hitlerowcami nie miała precedensu na terenach byłej II RP. Ukraińska policja pomocnicza…

– Policja była wszędzie. Na okupowanej brytyjskiej wyspie Jersey służyli lojalni wobec Niemców angielscy boje, nawet czapek nie zmienili.

Oni nie pilnowali gett żydowskich ani obozów jenieckich…

– A polska policja granatowa, a policja żydowska to gett nie pilnowała? Dla mnie kolaboracja z Niemcami znaczy tyle samo co kolaboracja z Sowietami, a tu Polacy byli liderami. Zaczęliście już w 1939 r., kiedy nie zdecydowaliście się walczyć ze Stalinem tak jak z Hitlerem, i mimo że zapłaciliście za to krwawą cenę w Katyniu,kontynuowaliście  tę współpracę przez całą wojnę. Kiedy zaś była skierowana przeciw Ukraińcom, była nadzwyczaj harmonijna i skuteczna, a jej ukoronowaniem była akcja “Wisła”.

Widać to nawet dziś, bo o Katyniu grzecznie milczycie, a za Wołyń domagacie się od Ukraińców nieustających aktów pokajania. Gdy do Lwowa albo do Równego przyjeżdżają na przepustki chłopcy z frontu z Donbasu, to co oni czują, kiedy dowiadują się, że ktoś, kto wydawał się sojusznikiem, mówi o ich bohaterach i ideałach tym samym głosem co rebelianci? Otóż czują, że znów dostali cios w plecy. Wie pan, że w Ługańsku rebelianci urządzili oficjalną uroczystość upamiętniającą “ofiary rzezi wołyńskiej”?

Pana teza o antyukraińskiej współpracy polsko-moskiewskiej jest krzywdząca i nieprawdziwa. Między Polską a Rosją nie było w ostatnich latach gorszych stosunków niż dziś. I jest to spowodowane między innymi, jeśli nie przede wszystkim, polskim wsparciem dla ukraińskich dążeń niepodległościowych.

– To proszę przestać mówić po rosyjsku i przejść na ukraiński. W tej chwili! – wtrąciła się nagle pani Lesia, żona Szuchewycza.

Zatkało mnie. Mówię po ukraińsku płynnie, ale zdecydowanie lepiej po rosyjsku. W tym dwujęzycznym kraju używam raz jednego, raz drugiego języka. Czasem automatycznie, nawet nie zastanawiając się nad tym, zaczynam po rosyjsku i po kilku zdaniach się przestawiam. Ale nigdy nikt na Ukrainie nie robił najmniejszego problemu z powodu języka, którym się mówi. Także sam Szuchewycz.

Wcześniej spotykałem się z panem Jurijem w cztery oczy. Siadaliśmy w skromnej kawiarence obok jego domu, gdzie Szuchewycz miał swój stolik, albo spacerowaliśmy po Lwowie. Niewidomy starzec, wspierając się na moim ramieniu, wyraźnie zrelaksowany, przerywał “służbowe” wątki naszej rozmowy dygresjami na temat miasta i starymi galicyjskimi anegdotami, wydawało mi się, że zadzierzgnęła się między nami nić szczerej sympatii. Mówiliśmy raz po ukraińsku, raz po rosyjsku. Zdarzały się Szuchewyczowi wstawki po polsku. Cytował z pamięci Słowackiego i Norwida.

Co się nagle popsuło między nami? Przed spotkaniem z Lesią Szuchewycz, urodzoną w Niemczech córką ukraińskiego emigranta, żołnierza UPA, ostrzegali mnie dawni towarzysze pana Jurija. Twierdzili: “To fanatyczka”.

A mówili to członkowie założonej przez Szuchewycza w latach 90 partii UNA i jej bojówki UNSO. Ludzie, którzy na ochotnika walczyli w Naddniestrzu, obu wojnach czeczeńskich, Gruzji i wszędzie tam, gdzie można było “bić Moskala”. Jeszcze niedawno wydawało się, że na prawo od nich jest już tylko brunatna mgła.

W ciągu dwóch lat wojny w Donbasie Ukraina i Jurij Szuchewycz osobiście dokonali jednak ostrego zwrotu. Na scenie politycznej pojawiły się nowe agresywne ugrupowania i zradykalizowały się istniejące. Dawni koledzy mówią, że to Lesia namówiła Szuchewycza, by porzucił UNA-UNSO i dołączył do Ołeha Laszki, szefa Partii Radykalnej, który narodowo-socjalnym populizmem przelicytował wszystkich.

– Jest pan na Ukrainie, więc ma pan mówić po ukraińsku – powtórzyła tonem nieznoszącym sprzeciwu Lesia Szuchewycz. – Wiem, że pan umie. Przy mnie po rosyjsku mówić pan nie będzie! Ani słowa więcej po kacapsku!

Zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Rozmowa przestawała przypominać wywiad, nasz dialog zaczął się zamieniać w konfrontację. Wystarczyła jedna sejmowa uchwała, żeby w jednej chwili zniknęła cała polityczna poprawność i zwyczajne przejawy sympatii czy przynajmniej szacunku i zrozumienia, które towarzyszyły naszym wcześniejszym spotkaniom.

– Dobrze by było, żeby Polacy przestali pisać Ukraińcom historię i pozwolili nam samym ją napisać – podjął po chwili pan Jurij.

Problem w tym, że to wspólna historia. Czy ma ona wyglądać tak jak w projekcie ukraińskiej uchwały? Znam pana poglądy, jest pan nacjonalistą, ale pochodzi pan z inteligenckiej lwowskiej rodziny. Pradziadek etnograf, badacz huculszczyzny, dziadek sędzia, ojciec i stryj inżynierowie. Pan to widzi wyłącznie w czerni i bieli? Czy historia Ukraińców w II RP to rzeczywiście opowieść o ludobójstwie? A co z ukraińskimi legalnymi partiami politycznymi? Posłami mniejszości z wicemarszałkiem Sejmu II RP Wasylem Mudrym na czele?

– To nie Ukraińcy zaczęli tę wojnę na uchwały. Projekt naszej może być dla Polaków bolesny, ale czas najwyższy, by spojrzeli historycznej prawdzie w oczy.

Nie wszyscy Ukraińcy widzą stosunki polsko-ukraińskie tak, jak je opisuje uchwała. Podobnie jest z rzezią wołyńską. Temat jest wykorzystywany jako oręż do walki politycznej przez propagandę promoskiewską, ale interesują się nim też zwykli ludzie, którzy chcą poznać niezideologizowaną prawdę historyczną. W Odessie na przykład miejscowa młodzież, koło fascynatów historii, przy wsparciu diaspory żydowskiej zorganizowała wystawę o Wołyniu ’43. Urządzili ją w murach rosyjskiego teatru, ale ani z rebeliantami, ani z Putinem nie mają nic wspólnego, wcześniej robili seminarium o obronie Sewastopola, bezwzględnie krytyczne wobec dowództwa Armii Czerwonej.

– Skąd pan wie o tej wystawie na temat Wołynia? – wtrącił się asystent Szuchewycza.

Od znajomej dziennikarki z Odessy.

– Nazwiska tych ludzi pan zna? Nazwę ich organizacji? Co to za teatr? – asystent wyciągnął pióro i otworzył notes.

A co to ma do rzeczy?

– Trzeba powiadomić o tej wystawie odpowiednie służby.

Jakie służby?

– Organy ścigania, prokuraturę, Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy.

PS Tekst jest relacją z trzech rozmów z Jurijem Szuchewyczem z lipca i sierpnia 2016 r. Bezpośredniej we Lwowie i dwóch późniejszych telefonicznych.

*Jurij Szuchewycz – ur. w 1933 r., deputowany do ukraińskiego parlamentu. Sowieci aresztowali go w 1948 r., tuż po 15 urodzinach. W więzieniach i łagrach spędził 31 lat i stracił tam wzrok. Jego ojciec Roman był komendantem UPA współodpowiedzialnym za czystkę etniczną Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

XXXII Festiwal Szantowy w Tychach

Zbigniew Milewicz

Port Pieśni Pracy 2016

Taaaaaak, zaraz mnie adminka oskarży o uprawianie prywaty i patriotyzm lokalny. Nie mogę jednak nie odnotować przynamniej w wielkim skrócie wydarzenia, które na trzy dni zamieniło ciche Jezioro Paprocańskie w burzliwy ocean, a jego żeglarzy i kajakarzy w nieustraszone wilki morskie.

szanty (3)
Impreza odbywa się w dwóch miejscach jednocześnie, na centralnym Baczu, czyli Placu Baczyńskiego w Tychach i Dzikiej Plaży w Paprocanach. Dostaję identyfikator z napisem Media i ochrona pozwala wejść za kulisy sceny, ustawionej nad samym brzegiem jeziora. Zanim rozpocznie się trzeci dzień festiwalu, chwilę sobie porozmawiamy z Wojciechem Hermansą, artystyczna ksywa Muzyk, z zespołu Perły i Łotry. Jest to tyska grupa, istniejąca na muzycznej scenie od 1998 roku, śpiewają a capella pieśni kubryku, o żeglarskich trudach i radościach; jednocześnie są współorganizatorami festiwalu, jego pomysłodawcami i opiekunami artystycznymi, od pierwszej edycji.

szanty

Muzyczny wehikuł rockowo-folkowej grupy “Gilflof”

Aktualnie zjechało do Tychów 16 zespołów szantowych i szantowo-folkowych, niestety tym razem brakuje wśród nich debiutantów, których organizatorzy chętnie promują i przyuczają, jak się po wantach bez wyblinek wspinać na artystyczne reje. Trudno, taki rok. Za to są stare wilki morskie, m.in. Trzecia Miłość, Formacja, Samanta, Ryczące Dwudziestki, Brasy, Andrzej Korycki & Dominika Żukowska, Grzegorz GooRoo Tyszkiewicz, są z Wybrzeża, Wrocławia, Górnego Śląska…

szanty (2)
Storm Weather Shanty Choir przyżeglował aż z Norwegii. Pełni mocy Wikingowie zasłużenie podbili serca publiczności, ale mnie najbardziej spodobała się Trzecia Miłość z Katowic. Nie ukrywam, że głównie za sprawą jej dwóch uzdolnionych, pełnych wdzięku skrzypaczek i wokalistek, Jolanty Gacki i Justyny Rodasik, których prościutka, piękna opowieść o syrence, warszawskiej panience do dziś dźwięczy mi w uszach. Byłem pod wrażeniem Formacji z Gdańska, z jej leaderami Krzysztofem Jurkiewiczem Jurkielem i Jackiem Jakubowskim. Kiedy zaśpiewali swoje sztandarowe Przeznaczenie, autorstwa Jurkiela, które znam i cenię, zwłaszcza za mądry, przejmujący tekst, bardzo się wzruszyłem. A jak genialnie Jacek Jakubowski zaśpiewał Starego dziadka, przebój diamentowego super szanty-mana Jurka Porębskiego, ale to miało miejsce wieczór wcześniej, w paprocańskim pubie Tawerna, gdzie po sobotnim koncercie, do białego świtu trwała afterwork party. Tam brać żeglarska udowodniła, że potrafi nie tylko dzielnie stawiać czoła Neptunowi, ale i Bachusowi.

szanty (1)“Formacja” z Gdańska

Trzydniowy festiwal zwieńczyło ogłoszenie werdyktu jury, kto wyjedzie z Portu z Wielkim Dzwonem. Grand Prix XXXII Festiwalu Szantowego w Tychach otrzymali Andrzej Korycki i Dominika Żukowska, występujący od dziesięciu lat w duecie, obydwoje rodem z Żyrardowa. Poza nurtem szantowym pięknie śpiewają rosyjskie ballady, z repertuaru Bułata Okudżawy, Włodzimierza Wysockiego i Żanny Biczewskiej. Nagrodę wręczyli im zastępca Prezydenta Miasta Miłosz Stec oraz Paweł Drzewiecki, dyrektor Miejskiego Centrum Kultury, które było głównym organizatorem imprezy. Współfinansowali ją poważni sponsorzy, m.in. Grupa FCA Poland i tyskie browary. Gdybym był dystrybutorem nagród w tyskim Porcie Pieśni Pracy, przyznałbym jeszcze jedną, Michałowi Gramatyce i Muzykowi z Pereł i Łotrów, za lekkie, dowcipne prowadzenie festiwalu, który zgromadził sporo publiczności, miejscowej, tyskiej, ale i spoza miasta. Pogoda dopisała, piwo było zimne, więc nikogo nie trzeba było specjalnie namawiać, żeby śpiewał wspólnie z artystami refreny piosenek. Słowem – piszę się na następne, paprocańskie szanty w przyszłym roku. Ahoj!

szanty (4)

Trzy pokolenia marynistyczne rodziny Porębów

Przeczucie
Autor: Krzysztof Jurkiewicz

Kiedy wojna zakończyła się na dobre,
Dziadek zebrał wszystkich i wyruszył w drogę,
Pojechali szukać szczęścia na północy,
Pełni marzeń, pełni chęci do roboty.
Na tym zdjęciu, na nabrzeżu, czwarty z lewej,
Podpis: „w Gdańsku, 1947”.

Kręci, kręci się busola naszych marzeń,
Nikt nie zgadnie, jaką drogę nam pokaże,
Jakim kursem przeznaczenie się potoczy,
Jakim wiatrom powierzymy nasze losy…
Kiedy w chłodnej morskiej wodzie moczę dłonie,
Mam przeczucie, że to jeszcze nie jest koniec…

Ojciec całe swoje życie związał z morzem,
Kilka nawet niezłych statków ma na koncie,
W kilku stoczniach nad kreślarską siedział deską,
Tak mu wreszcie do emerytury zeszło.
Na tym zdjęciu z podniecenia oczy im się świecą,
Podpis: „Stocznia Gdynia, sierpień ‘80”…

Kręci, kręci się busola naszych marzeń…

Teściu całe życie pływał na „rybakach”,
Czasem jeszcze coś dorabia na kontraktach,
Kiedy wreszcie z wielkim workiem wraca z morza,
Zawsze coś dla jedynego wnuka chowa.
Na tym zdjęciu dziadek z wnuczkiem w marynarskiej czapce,
Podpis: „Operacja Żagiel, Westerplatte”.

Kręci, kręci się busola naszych marzeń…

Dookoła wszystko pachnie morską wodą,
Ciężką pracą, marzeniami i przygodą…
Szare fale ciągle niosą mi piosenki,
Już gitary prawie nie wypuszczam z ręki.
Na tych zdjęciach obok innych widzę siebie,
Podpis: „ciągle w drodze, kiedy koniec – nie wiem”…