Lusatia alias Vita 7

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Elektrownia Boxberg rozpiera się dumnie na równinie w pobliżu Běłej Wody. Jest tak wielka i tak mocno przyciąga wzrok, że łatwo byłoby przeoczyć znajdujący się w jej bezpośrednim sąsiedztwie Park Głazów Narzutowych w Wochozach, który odwiedziliśmy tydzień temu. Byłoby, ponieważ stał się on tak sławny, a dojazd do niego jest na tyle dobrze oznakowany, że przeoczyć go nie sposób. Za to dokładnie po przeciwnej stronie kompleksu budynków elektrowni ukrywa się obiekt, który zazwyczaj i z zasady jest pomijany. Nie doczekał się godnej publicité, a szkoda. Mały, drewniany kościółek w wiosce Sprjowje (Sprey).

1 Sprey kircheKościół w Sprjowje. Stareńki, bo z początku szesnastego stulecia pochodzący. Trzyma się świetnie, jak na swój wiek.

Katolicki czy ewangelicki? Ano właśnie! W tym, jak mówią, sęk. Stereotyp głosi, że Dolne Łużyce przyjęły protestantyzm, zaś Górne pozostały przy rzymskiej wierze. A skoro to Hornja Łužica… Lecz stereotyp, jak to stereotyp: jest w nim ziarno prawdy, ale znajdzie się też spora domieszka przekłamań oraz nieścisłości. Nie całe Górne Łużyce pozostały katolickie. I tutaj nauka Lutra znalazła licznych wyznawców. A kościółek w Sprjowje jest właśnie ewangelicki.

W ogóle trzeba zauważyć, że epizod reformacyjny mocno zaważył na historii Łużyc. Viator już wielokrotnie w swych peregrynacjach prezentował spuściznę Mikławša Jakubicy. A przecież nie był on jedyny. Cała generacja pastorów Serbołużyczan, realizując luterański postulat wprowadzenia do liturgii języków narodowych, dokonała licznych przekładów Pisma Świętego i Katechizmu, stworzyła arcydzieła piśmiennictwa religijnego, położyła podwaliny pod literaturę serbołużycką. I na kilkaset lat spowolniła proces wynarodowienia Wendów. Najsłynniejszym wśród nich był z pewnością Kaspar Peuker, o którym Viator już TU wspominał. Ale przypomnijmy raz jeszcze, bo warto. Urodził się przyszły pastor w Budyšinje (dokąd wciąż konsekwentnie zmierzamy) w rodzinie bogatego rzemieślnika, który miał możliwość sfinansowania nauki syna. I tak los dał młodemu Łużyczaninowi niepowtarzalną szansę na rozwinięcie talentów, którymi go hojnie uprzednio obdarzył. Wieloletnie studia na licznych uczelniach zaowocowały ukształtowaniem jeszcze jednego człowieka renesansu: matematyk, astronom, filozof, historyk, geograf i medyk – nadworny lekarz elektorów saskich. Wybitny teolog i działacz reformacyjny. Uczeń, przyjaciel, a wreszcie zięć wielkiego Filipa Melanchtona, któremu, jako biegły w języku górnołużyckim, umożliwiał i moderował kontakty z licznymi teologami oraz duchownymi pochodzącymi z wielu krain słowiańskich. Nauczyciel Niemiec był dumny ze swego zięcia i w nim właśnie znalazł wiernego oraz skrupulatnego strażnika swej spuścizny. Stanowczo za mało znamy historię najmniejszego narodu słowiańskiego… I to my na tym tracimy, a nie Serbołużyczanie!

2 Kaspar PeukerKaspar Peuker. Czy podczas którejś ze swych licznych podróży między Budziszynem, Wittenbergą, Lipskiem, Dreznem, Zgorzelcem i tyloma innymi miastami zatrzymał się kiedyś, aby podumać w zaciszu sprjowskiej świątyni? Niewykluczone, kościółek za jego życia już stał.

Prawdą jest jednak, iż istnieją duże obszary Górnych Łużyc, gdzie ani Peuker, ani inni pastorzy nie odnieśli żadnych sukcesów. Trójkąt, którego wierzchołki wyznaczają miasta Budyšin, Kamjenc (Kamenz) i Wojerecy, czyli Hoyerswerda. To Katolska Hornja Łužica. I to jak katolska! Czy wydaje się czasem Czytelnikom, że w Polsce aż gęsto od przydrożnych kapliczek i krzyży? Wobec tego Viator zaprasza do Kulowa (Niemcom znanego jako Wittichenau), dziesięć kilometrów na zachód od Boxbergu. To już Łużyce Katolickie. A w miasteczku, nie tak znów dużym (bo zaledwie sześć tysięcy dusz liczącym) krzyż, można rzec, na krzyżu. Pobieżnie i w pośpiechu rachując, Viator naliczył ich ze dwadzieścia – po kilka na każdej ulicy. I co najmniej drugie tyle w sąsiednich wioskach.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAKrzyż w Kulowje, jeden z wielu. Jakie jest ich przeznaczenie? Do tych danych Viator na razie nie dotarł, ale najprawdopodobniej są darami wotywnymi – wyrazem prośby lub podziękowania Bogu.

Wszystkie bardzo do siebie podobne: czarne krzyże, pozłociste postacie i szare cokoły, a na nich cytaty z Biblii lub pobożne sentencje. Na przykład taka:

Stož Božu martru
zanč nima a ju tež
njewopomina, tón nihdy
zbóžny njebudźe.
Ow wopomń wšak
to, čłowječe!

Zaiste, wielka była i jest pobożność tutejszych katolików! Mogli iść w zawody ze swymi ewangelickimi pobratymcami, do kogo bardziej odnoszą się słowa Pisma: Gorliwość o dom Twój pożera mnie! Ale, gdy w XVI wieku pastorzy tworzyli renesans łużycki, księża nie popisali się aktywnością na tym polu. Z nawiązką odrobili to zaniedbanie w wieku XIX. Wtedy, gdy całą Słowiańszczyznę ogarnął ruch odrodzenia, również Łużyce przeżyły swą drugą wiosnę. W roku 1847 utworzona została Maćica Serbska, organizacja mająca na celu pielęgnowanie języka i kultury serbołużyckiej. A po niej powstawały inne stowarzyszenia. Katolicy i protestanci działali w nich ramię w ramię.

Dziś górę wzięli papiści. Ostatnie zwarte obszary o wendyjskim charakterze językowym znajdują się już tylko na Łużycach Katolickich. Przywiązanie do tradycji też tutaj jest najsilniejsze. Koniecznie przyjedźcie do Kulowa lub do innej okolicznej miejscowości rankiem w niedzielę Paschy. Křižerjo, czyli konną procesję wielkanocną trzeba zobaczyć choć raz w życiu.

4 ProcesjaNie pomyślał swego czasu Viator, żeby uwiecznić na zdjęciu proporzec z napisem Dzwońcie dzwony. Dlatego stosowną fotkę musiał pożyczyć.

SAMSUNG DIGITAL CAMERATradycje są żywe, a język łużycki wciąż pozostaje w użyciu. Dla coraz mniejszej liczby mieszkańców, to fakt. Ale jednak!
A fotka absolutnie autorska.

Wiek XIX to czas współpracy Serbołużyczan katolików i ewangelików. Wcześniej różnie się układało. Ale to przecież nie Łużyczanie obu konfesji rzucili się sobie do gardeł. Całe Rzymskie Cesarstwo Narodu Niemieckiego (plus kilka krajów ościennych) ogarnął amok, który zaczął się defenestracją praską, a zakończył dopiero pokojem westfalskim. Dlaczego Viator przywołuje te zamierzchłe czasy? Jasne, że nie czyni tego bez przyczyny. Wszak sprytna z niego bestia i nieprzypadkowo zwabił Czytelników właśnie do Kulowa! Bo tutaj kole końca tej wojny, co się trzydzieści roków ciągła (jak to w niezapomnianych Igraszkach z diabłem ujął zapchlony, wsiowski czart Karborund, grany przez Jana Prochyrę) miało miejsce brzemienne w skutki zdarzenie. Elektor saski nadał jednemu ze swych pułkowników, zasłużonemu wielce w licznych bojach, folwark Wulkie Zdźary (Groß Särchen) opodal Kulowa. Pułkownik nazywał się Jan Szadowic i był Chorwatem na służbie elektorskiej. Jako właściciel folwarku okazał się panem sprawiedliwym i ludzkim, a przy tym, jako Słowianin, bez większych problemów porozumiewał się ze swymi wendyjskimi poddanymi. Zapewne niejednokrotnie stawał też w ich obronie. Zapisał się trwale w pamięci miejscowych jako opiekun i przyjaciel prostego ludu. Z czasem legenda połączyła postać pułkownika Szadowica z innymi miejscowymi baśniami i podaniami (zaklęty młyn, młynarz czarnoksiężnik, co pakt z diabłem podpisał, biedny ale bystry parobek jako uczeń czarnoksiężnika i jeszcze kilka innych). Tak z Chorwata, czyli Kroata powstał… Krabat – dobry łużycki czarodziej. Wielokrotnie i na różne sposoby serbołużyccy (i nie tylko) pisarze starali się zaprezentować tą największą postać łużyckiej mitologii. Měrćin Nowak – Njechorński w książeczce Mistrz Krabat, dobry łużycki czarodziej z myślą o młodszych czytelnikach przedstawił wersję legendy rzeczową, z wyraźnym przesłaniem społecznym. Otfried Preussler w swym Krabacie snuje opowieść baśniową i ekspresyjną. Jurij Brězan, pisząc Čorny młyn oraz Krabat albo przemiany świata stworzył niemalże traktaty filozoficzne, w których dzieje Czarownika są metaforą ludzkiego losu.

6 Krabat ilustracjaNjechorński, poza opowieścią, wykreował też wizerunek Mistrza Krabata, który chyba najsilniej zakorzenił się w powszechnej świadomości. Nie jest to wszakże wizerunek jedyny.

Poza Czarnym Młynem wszystkie wymienione książki zostały przetłumaczone na język polski. Nic, tylko siadać i czytać – Viator nie powie ani słowa więcej! Można, rzecz jasna, obejrzeć również film Uczeń czarnoksiężnika, ale, jak to z dziełem popkultury bywa, filmowy Krabat ma tyle wspólnego z pierwowzorem, co… powiedzmy… Myszka Miki z Myszeis? Czy jakoś tak… Łużyckości w nim za grosz nie uświadczysz.

Grób pułkownika Szadowica znajduje się w kulowskim kościele, zaś na rynku stoi posąg Krabata.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAKrabat na rynku w Kulowje. Co oznaczają ptaki i pozostałe symbole? Przeczytajcie.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAXXXXX

XXXXX

XXXX

XXXXX

XXXX

Lektura wyjaśni także, czemu na pomniku uwieczniono tę niewątpliwie sympatyczną myszkę. Z Mickey Mouse nie ma ona oczywiście niczego wspólnego!

Ufff, sporo czasu zmitrężyliśmy w Wittichenau. Ale chyba było warto? Tak czy inaczej, cierpliwości Czytelników nie można dłużej doświadczać i wystawiać na próbę. Viator obiecuje solennie, iż za tydzień już na pewno przekroczymy bramy Budyšina. Ale najpierw wspomnimy tych, którym nie było dane tego uczynić…

Lusatia alias Vita 6

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Czy może ktoś powiedzieć, iż wie naprawdę, czym jest Hornja Łužica, jeżeli nie odwiedził Budyšina? Nie może, rzecz jasna. Ruszamy przeto na południe. Już po chwili opuszczamy ostatnie, puste zazwyczaj, blokowiska Běłej Wody. Już za nami one zostały. A przed nami? Widok znajomy ten… Na horyzoncie znowu pojawiają się, i wkrótce zaczynają w nim dominować, ogromne dymiące kominy. Boxberg czyli Hamor. Kolejna elektrownia. A więc i kolejna kopalnia. Przysłowie łużyckie mówi: Bóg stworzył Łużyce, ale diabeł podłożył pod nie węgiel. Coś w tym jest…

Dopóki węgiel ten wydobywano jedynie na obszarze Łuku Mużakowa, problem nie był wielki: tam złoża kopaliny, jakkolwiek przez lodowiec wypchnięte niemal na powierzchnię i łatwo dostępne, zostały też przez aktywność glacjalną poszarpane na małe porcje. Kopalnie siłą rzeczy też musiały być małe. Wybranie do czysta złóż powodowało zapadanie się ziemi i powstawanie, wspomnianych już poprzednio, ponad dwustu jeziorek. Jak mówią geolodzy, całe pojezierze antropogeniczne, czyli ręką ludzką uczynione. Ale wokół moreny czołowej Jego Wysokość Lodowiec już tak nie narozrabiał. Węgiel zalega równomiernie na dużych obszarach i na tej samej mniej więcej głębokości. Toteż zamiast małych podziemnych szybów powstały tu wielkie odkrywkowe kopalnie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERATagebau Nochten. Zaiste, efekt diabelskiej działalności! A zdjęcie oczywiście pożyczone. Gdzieżby Viator był w stanie wykonać tak sugestywne ujęcie.

Zniknęły pola uprawne, lasy i jeziora. Wysiedlono mieszkańców licznych wiosek. Pozostały i wciąż się rozrastają wielkie dziury w ziemi. Tak jest wokół Chóśebuza, nie inaczej rzecz się ma na Górnych Łużycach.

Zdążając z Běłej Wody do Budyšina warto zatrzymać się w wiosce Wochozy. Ona, w porównaniu do tak wielu sąsiednich osad, miała naprawdę wiele szczęścia. Nie zrównano jej z ziemią. Otoczona kopalnią, na kształt półwyspu pośród wyrobisk, trwa. Dlaczego?

2 NochtenKościół w Wochozach, dla Niemców – w Nochten. Ocalał. Ilu, równie pięknych, już nigdy nie zobaczymy?

Wochozy istnieją, bo Wielki Przemysł też czasem musi, ze względów wizerunkowych, pokazać inną, ludzką twarz. Tak, kopiemy w ziemi koszmarne doły. Tak, stawiamy dymiące kominy. Ale na wrażliwości nam bynajmniej nie zbywa! Cóż nam szkodzi? Oszczędzimy Wochozy. Więcej: pokażemy wam coś, o czym nawet nie śniliście.

Co prawda, to prawda. Trzeba sporej dozy wyobraźni, żeby coś takiego stworzyć. Tam, gdzie się kończy Nochten, a zaczynają tereny nieczynnych już wyrobisk, stworzono obszar wzorcowej rekultywacji. Lausitzer Findlingspark Nochten. Czasem zwany po polsku dziwacznie Parkiem Znalezisk, ale nazwa Park Głazów Narzutowych jest zdecydowanie bardziej trafna. Bo i w rzeczy samej, na kilkunastu hektarach ziemi zrytej łopatami gigantycznych koparek, zgromadzono tu kilka tysięcy głazów zebranych we wszystkich okolicznych odkrywkach kopalnianych. Obsadzono je wrzosami, skalniakami, iglakami oraz rozmaitymi przerośniętymi bonsaiami, zaaranżowano stawy i strumyki szemrzące. Powstał park surrealistyczny nieco, ale przecież na swój sposób fascynujący. Do tego stopnia, że Viator odwiedził go już kilkukrotnie, zawsze wizyty swe bogato dokumentując fotograficznie. Jednak, gdy przyszło do działania i gdy zasiadł nad czystą kartą pliku Word, aby kolejny reportaż poetyzujący stworzyć, spostrzegł ze zdumieniem, że te zdjęcia albo się nie nadają do publikacji, albo kadr zawiera postacie krewnych i znajomych królika, którzy być może niekoniecznie chcieliby się na blogu pojawić własną osobą. Musiał przeto, lubo niechętnie, po raz kolejny sięgnąć do zasobów Wielkiej Sieci. Problemu z tym nie było żadnego, bo Surrealpark Nochten stał się ostatniemi czasy niezwykle popularny. Czemu się Viator, jak zaznaczono, nie dziwi. Podzielać jego przychylnej opinii nie trzeba. Wierzyć w czyste intencje Wielkiego Przemysłu nie należy. Ale zobaczyć warto.

3  kominyMoże i brzydkie nasze kominy, ale w głębi duszy tęsknimy za pięknem…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA…może i zryliśmy prastarą łużycką ziemię, ale czegoś takiego nie ma nigdzie na świecie…

5 ludzie…dajemy prąd elektryczny, możemy dać i estetyczny.

 Ruszaliśmy w naszą podróż, mając na sztandarach (no, powiedzmy, na proporczykach) wypisane ambitne hasło: Lusatia alias Vita. Łużyce czyli Życie. Łużyce jako życia metafora… Stańmy się więc godnymi naszych szczytnych ideałów.

Niestety, Viator czuje, że już się dłużej powstrzymywać nie zdoła: skłonność do pajacowania znów bierze w nim górę. Zasiada wędrowiec na jednym z głazów, ręką podpiera brodę (zbieżność z Myślicielem Rodina oczywiście zupełnie przypadkowa), marszczy czoło i zaczyna roztrząsać samą esencję ludzkiej natury. No bo, myśli sobie, to faktycznie wspaniała metafora! Czasem nasze życie dewastują źli ludzie, ślepy los, albo własna głupota. Potrafią je przeorać tak gruntownie i niszczycielsko, jak odkrywka kopalni pejzaże łużyckie. I co wtedy? Można siąść i płakać. Ale Park Głazów delikatnie sugeruje, że katastrofę życiową warto potraktować jako szansę. Na gruzach naszych uczuć i nadziei należy zbudować coś nowego. Coś, czego wcześniej nie byliśmy sobie nawet w stanie wyobrazić. A teraz voila! Niemożliwe staje się możliwe.

Łepetyna dymi Viatorowi, ale on się nie poddaje. Brnie dalej w tę nośną metaforę. Eksploatuje ją bezlitośnie i śmiało, jak Wielki Przemysł łużyckie złoża węgla brunatnego! Bo między tymi Łużycami i tym węglem jątrzy się bolesne rozdarcie. Jak, nie przymierzając, w duszy każdego, przeciętnie chociaż wrażliwego, człeka. Bo tu nie ma jednego oczywistego i dobrego rozwiązania. Nie będzie kopalni, będą wioski. Ale ludzie i tak z nich wyjadą za chlebem. Można być integralnym ekologiem, ale wtedy trzeba zdjąć ubrania, które produkowane są w fabrykach, wyłączyć internet, bo ciągnie energię, a i mikroprocesory też potrzebują kopalni surowców. No i trzeba zsiąść z rowerów – każdy metal powstaje w hucie. Zawsze jest coś za coś. Czysty ideał jest piękny, lecz nieosiągalny. I może o naszej wartości moralnej nie świadczy wcale fakt realizowania tego ideału, a po prostu odczuwanie bólu rozdarcia?

Ależ się wysilił Viator. A efekt rozmyślań, by użyć eufemizmu, nie poraża oryginalnością, niestety! Nie ma co, czas ruszać dalej. Przecież Budyšin wciąż trwa nie zdobyty.

I ty zostaniesz nazistą

Tomasz Fetzki

W ten wtorek przerwiemy naszą podróż po Łużycach (ale za tydzień ruszymy dalej), bo mamy do uczczenia rocznicę. Może nie istotną, ale interesującą, a przy tym nawiązującą do stulecia wybuchu Wielkiej Wojny, które tak uroczyście miesiąc temu na blogu celebrowaliśmy. Niestety, nie miał Viator czasu, aby wzdłuż i wszerz przemierzyć Niemcy, dlatego tym razem większość zdjęć, o czym lojalnie uprzedza, pożyczył sobie w Wielkiej Sieci. I gdzie indziej…

I ty zostaniesz nazistą
reportaż poetyzujący

Gdy na zrytym pociskami, błotnistym polu bitwy konał Hans Castorp, narrator słodko szeptał mu na dobranoc: Bądź zdrów, bądź zdrów, ty poczciwy utrapieńcze! Opowieść o tobie już skończona! Ale kiedy wśród zielonych wzgórz Szampanii mgła wieczności powlekała oczy pewnego literata rodem z Chełmna, narrator, gdyby nawet istniał, nie mógłby powiedzieć niczego takiego. Opowieść miała się dopiero zacząć. A wszystkiemu winna przyroda…

Są wśród naszych rodaków tacy, którzy gotowi byliby przysięgać, że Giewont jest Polakiem w skałę zaklętym. Z kolei tułacze i sieroty po Tysiącletniej Rzeszy niemal z płaczem argumentują, że muszą wrócić tam, skąd ich wygnano, bo na Śląsku nawet słowiki śpiewają po niemiecku. A znowu inni będą zapewniać, że rozległe brzozowe lasy rosyjską mają duszę. Uroczy bełkot, ale jednak bełkot: skała jest granitowa, słowik śpiewa tylko i wyłącznie po słowiczemu, zaś lasy przenika co najwyżej duch Gai. Niemniej wciąganie przyrody w nacjonalistyczne rozgrywki jest wciąż dla niektórych ponętną pokusą. Bo ona uwiarygodni to i owo, bo nada tego niezbędnego romantycznego sznytu, bo utwierdzi prawa do… Dosyć! Żaden człowiek ani żaden naród nie dostał natury na własność. I każdy powinien raczej czuć się zaszczycony, że został nią bezinteresownie obdarowany. Ale lepiej niech już nie próbuje robić na niej żadnego interesu, bo się zbłaźni sromotnie. A przy okazji ośmieszy innych. Tak, jak to się przydarzyło wspomnianemu mistrzowi pióra z Culm.

Pewnego razu, podczas jednej ze swych łużyckich wędrówek, natknął się Viator w gęstym lesie na dziwny kamień, opatrzony obcym nazwiskiem i dwiema datami.

1. Lons SorauSorauer Stadtwald, a w nim tajemniczy głaz.

 Nie miał pojęcia wędrowiec, kto zacz ten Hermann Lons z inskrypcji. I trwałby, nieszczęsny, w mrokach niewiedzy, gdyby nie Pan Rafał Szymczak, jeden z najlepszych żarskich regionalistów. To on na którymś ze spotkań miłośników małej ojczyzny tajemnicę rozwikłał i temat gruntownie oświetlił, zainspirował Viatora do stworzenia tego tekstu, a jeszcze dodatkowo wspomógł go ikonografią. Za to wszystko chce Viator serdecznie podziękować.

Przyszedł przeto na świat Hermann Löns, jako się rzekło, w Chełmnie. Zgodnie z tym, co głosi napis na kamieniu, w sierpniu 1866 roku zaczął się ten się żywot stosunkowo krótki, ale za to burzliwy oraz intensywny. Z przyczyn początkowo rodzinnych, a potem już naglony przez swój gwałtowny charakter, jeszcze zanim ukończył studia, zdążył Hermann pomieszkać i pożyć w każdym niemal zakątku Niemiec: gimnazja w Wałczu i w Monastyrze, medycyna na uniwersytecie w Greifswaldzie, epizod studencki w Gerze i ostatecznie znów Monastyr, gdzie zgłębiał arkana matematyki oraz nauk przyrodniczych, szczególną uwagę poświęcając mięczakom. Ale żadną z tych licznych dyscyplin wiedzy nie było mu dane zarabiać na chleb. Został dziennikarzem, a niespokojny duch wciąż gnał go z miejsca na miejsce. Żona i rozwód. Druga żona, kochanka, propozycja życia we troje i oczywiście drugi rozwód. Kolejna, młodsza o 24 lata, kochanka. Alkohol. Dużo alkoholu. Za dużo… I wreszcie najważniejsze: miłość, jaką obdarzył literaturę i przyrodę. Stopniowo, ale skutecznie wyparła ona z jego życia inne pasje i aktywności. Zakochany w ojczystych krajobrazach sławił poezją i prozą ich piękno. Ale też dbał o to, by objęto je ochroną. Szczególnie wiele uczynił dla swej ulubionej Pustaci Lüneburskiej.

2. Pustac LuneburskaKilkadziesiąt tysięcy hektarów pagórków porośniętych wrzosowiskami, łąkami i lasem. Bagna i torfowiska, stada owiec i ptaki. A wszystko kilkadziesiąt kilometrów na południe od Hamburga. Po prostu – Lüneburger Heide.

Pisał wiele, ale nierówna była to twórczość. Z jednej strony spod jego pióra potrafiły wyjść te subtelne strofy:

Zwiędły liść

Ciepłe powiewy wiatru,
Gałęzie ciężkie od kwiecia,
po trawie wiatr niespokojnie
przesuwa zwiędły liść.

Z łąki kwitnących fiołków
zrywa się wiatru podmuch,
patrz, taka była moja dusza,
zanim na twoją trafiła.

(tłumaczenie: Ewa Maria Slaska)

Ale z drugiej nie mógłby się wyprzeć (bo wiersz, opatrzony muzyką, zyskał wielką popularność i do dziś chętnie jest śpiewany na piwnych biesiadach) autorstwa takiego oto arcydziełka:

Dla pełni wrażeń nasza lektura może mieć za tło pieśń w wykonaniu orkiestry Paula Biste.

 Na Pustaci Lüneburskiej

 Piękna pustać lüneburska
Chodzę lasem tu i tam,
Wiele sprawek tu widziałem
O nich jest opowieść ma

 Tralali ii tralala aa i od sasa ja i do lasa ja
miły mój miły mój ty to wiesz ty wiesz że ja

 Hola, szklanicę do góry
Wznieść nam, bracie, nadszedł czas
Prędko pijmy wina kwartę
Nim się w dzbanie zmieni w kwas

 Tralali ii tralala aa …

 Psy szczekają, broń nabita
Na jelenie pójdziem w łów
W las zielony droga wiedzie
Trakt umyka nam spod nóg

 Tralali ii tralala aa …

 Hej dzieweczko, hej, nam miła
Piękna jesteś, z mlekiem miód,
Daj twe serce, a weź moje
Dziś ci złożę je u stóp

(Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska)

 Toż przy tym nawet nasze Hej sokoły jawią się jako szczyt wyrafinowania. Ale tak właśnie trafia się do powszechnej świadomości ludowej!

3. Wolny strzelecI tak się w tej świadomości zostaje: wolny i swobodny strzelec, Hermann Löns.

Jednak burzliwe życie uczuciowe, częste wędrówki gdzieś w dziczy, alkohol oraz intensywna, z czasem wręcz obsesyjna twórczość literacka, musiały doprowadzić do katastrofy. Załamanie nerwowe. Pobyt w sanatorium. I próba odrodzenia, której w sukurs przychodzi Historia: oto bowiem na szczęście wybucha Wielka Wojna. Hans Castorp przemocą został wyrwany ze swego azylu w Davos, natomiast Hermann Löns dobrowolnie opuszcza sanatorium, by wstąpić do wojska. Mógł bezpiecznie zadekować się na tyłach jako reporter wojenny: miał Nazwisko, a i wiek podeszły (he he he…) lat czterdziestu i ośmiu predestynował go do tej funkcji. Ale nie! On się uparł na służbę w pierwszej linii. Co i komu chciał udowodnić? Pewnie samemu sobie, po klęskach ostatnich lat, że nie jest wykolejonym nieudacznikiem, inteligencikiem nieużytecznym, nomen omen – mięczakiem…

Jego życzeniu stało się zadość. Wraz ze swym pułkiem fizylierów został skierowany na front zachodni. Nie zdążył niestety nacieszyć się nowym, patriotycznym wcieleniem. Poległ podczas jednej z pierwszych akcji, 26 września 1914 roku, czyli równo sto lat temu. Stało się to w pobliżu Reims, tam też, w jednym z lejów pozostałych po ostrzale artyleryjskim, gdzieś na ziemi niczyjej, pochowano jego ciało. Ale krótko po wojnie, w roku 1920, przeniesiono je na cmentarz wojenny w Loivre.

Jednak, podobnie jak za życia samemu Lönsowi, spokój nie był pisany także jego trupowi. Gdy naziści doszli do władzy, usilnie poszukiwali sposobów na umocowanie i zakorzenienie swych rządów w tradycji i kulturze. Hermann nadawał się do tego celu idealnie: piewca przyrody ojczystej – jego twórczość po części miała charakter ludowej spuścizny (takie prawie Blut und Boden), a przy tym gorący patriota (dodajmy, acz ze wstydem: zdarzyły mu się wycieczki antysemickie), który życie złożył na ołtarzu Ojczyzny. Przeto na osobisty rozkaz Führera zwłoki pisarza (istnieją wątpliwości, czy rzeczywiście były to jego szczątki) już w 1934 roku sprowadzono z Francji i pochowano na terenie posiadłości jednego z prominentnych gaulaiterów, zaś rok później przeniesiono je na teren ukochanej Pustaci Lüneburskiej i tam uroczyście złożono w rocznicę wybuchu Wielkiej Wojny.

4. Lons GrabeOstatnie (miejmy nadzieję) miejsce spoczynku Hermanna Lönsa. Walsrode, Lüneburger Heide.

 Ale to nie wszystko! W każdym zakątku Niemiec pojawiły się pamiątkowe kamienie, świadczące, że żył taki pisarz i że właściwie to był nazistą. Choć wcale o tym nie wiedział… Głazów postawiono ponad sto czterdzieści: ten w żarskim Miejskim Lesie jest jednym z nich.

5-6-7

  Głaz w Walsrode             …w Lesie Teutoburskim…       …i we Flensburgu
najbliżej grobu Hermanna…                                                      (Schleswig-Holstein)

Najbliższa koszula ciału, przeto Viator jeszcze nieco uwagi poświęci żarskiemu pomnikowi. Stał on i głosił chwałę literata protonazisty, faszystowskie rządy krzepły, więc i sam Sorauer Stadtwald musiał ulec przemianie. Bardzo charakterystycznej: tam, gdzie pośród drzew kryło się dziecięce sanatorium, w roku 1938 wyrósł potężny kompleks koszar Wehrmachtu.

8. Koszary

Flaga na maszt! I niech werble warkną z wigorem! Armaty zamiast masła, koszary w miejsce sanatorium.

 9. ZolnierzeA ci chłopcy już za chwilę opuszczą Sorau, by udać się na bojowy szlak. Najpierw Sudety, potem Polska. I jeszcze dalej. Ilu dożyło kresu tego zbiorowego szaleństwa?

 I po co było to wszystko? Nie lepiej wędrować po Pustaci Lüneburskiej, wspinać się na szczyty Harzu czy płynąć po falach Renu po prostu dlatego, że są one piękne? A nie dlatego, że pragermańskie? Z tym Renem to w ogóle mieli naziści kłopot. A konkretnie z jednym punktem reńskiego szlaku. Sami się wpakowali na skałę Lorelei i roztrzaskali na niej. No bo co zrobić z przykrą okolicznością, że ukochana przez lud pieśń o złotowłosej syrenie napisana została przez Żyda? Nazwisko Heine w podręcznikach literatury znaleźć się nie mogło. Ale i usunięcie z nich wiersza, tak silnie wrośniętego w powszechną świadomość ludową, nie wchodziło w grę. Umieszczano przeto notkę: tradycyjna pieśń ludowa. I tak Izraelita stał się tradycyjnym ludowym twórcą teutońskim… Chichot rozlega się w powietrzu, chichot historii. Zaprawdę, powtarza Viator: nie majstrujmy przy literaturze, nie kombinujmy patriotycznie z przyrodą, bo się ośmieszymy!

Na szczęście ta przyroda wyrozumiała jest i cierpliwa. Przeczeka wszystkie ludzkie wariactwa. Pustać Lüneburska czule utuliła szczątki Hermanna Lönsa. Ale i nie wypluła, pochowanego na niej skrycie, trupa Heinricha Himmlera, choć po stokroć na to zasłużył. Taka jest… Nie majstrujmy, po raz trzeci i ostatni zaklina Viator!

***
Wywiad z Tomaszem Fetzkim nagrany już po opublikowaniu tego wpisu i na jego podstawie, wyświetlony w regionalnej telewizji żarskiej i dostępny online:

http://www.telewizjazary.pl/51,2676-poznaj_swoje_miasto_-_kamien_hermanna_l%c3%b6nsa.html

Lusatia alias Vita 5

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Opuszczamy budzącą ambiwalentne uczucia makietę średniowiecznego grodziska Raduš, żegnamy pełnym otuchy spojrzeniem, a może nawet miłym słowem, potężnego byka, wypracowującego dobrobyt dawnych mieszkańców osady i ruszamy na południowy wschód.

 1 byk radduschByk biorący udział w cywilizowaniu Łużyc. Aż by się chciało z zapałem zawołać: Oto symbol serbołużyckiej krzepy i pracowitości! Prasłowiański ci on! Tylko co zrobimy z sienkiewiczowskim germańskim turem w Quo Vadis? Lepiej poprzestańmy na stwierdzeniu, że zwierzątko jest sympatyczne i fotogeniczne.

 Już z daleka znów widać na horyzoncie potężne, dymiące kominy. Im bliżej, tym bardziej wielkość całego przedsięwzięcia przytłacza wędrowca. Schwarze Pumpe, czyli po serbołużycku Carna Plumpa, w pobliżu miasta Grodk (Spremberg): elektrownia spalająca, rzecz jasna, węgiel brunatny z miejscowych złóż. Przecież cały czas znajdujemy się na obszarze Łużyckiego Zagłębia Węgla Brunatnego. Uczucia – znowu ambiwalentne. Z jednej strony elektrownia urodą nie grzeszy, a okoliczne wyrobiska kopalni odkrywkowej Welzow-Süd wręcz przerażają. Ale z drugiej strony ten przemysł to praca i utrzymanie dla tysięcy ludzi. Poza tym trzeba przyznać, że tutaj robi się sporo dla ochrony środowiska: Schwarze Pumpe posiada instalację, wyłapującą niemal cały dwutlenek węgla ze spalin. Dymy nad kominami to głównie para wodna.

2 schwarze pumpeTylko z lotu ptaka można właściwie ocenić ogrom Carnej Plumpy. Dlatego Viator pozwolił sobie pożyczyć zdjęcie.

 Kopalnie i elektrownie spotkamy na trasie naszej wędrówki nie raz. Będzie okazja jeszcze o nich opowiedzieć. Tymczasem odwiedźmy Grodk. Miasto poważnie zniszczyły walki w maju 1945 roku. A potem niszczyła je odbudowa w stylu socjalistycznych blokowisk. I dlatego teraz niszczy się blokowiska, tym bardziej, że niemal jedna trzecia mieszkańców wyjechała za chlebem na zachód. Grodk wyludnił się, ale i wypiękniał. Kryje też małą ciekawostkę.

Był czas, gdy w centrum Europy rozpierało się i potężniało państwo o nazwie Cesarstwo Niemieckie (już po swym upadku nazwane II Rzeszą). Kajzerowscy geografowie wyliczyli, że jeśliby poprowadzić dwie linie, łączące skrajne punkty tego państwa – Memel (Kłajpedę) i Lörrach oraz Emden i Pless (Pszczynę), to przetną się one jak raz właśnie w Grodku. Ale już chyba nie dodawali zbyt głośno, że sam środek Cesarstwa zamieszkany był w większości wcale nie przez Niemców…

3 mittelpunktŚrodek Niemieckiej Rzeszy. Oczywiście w czasach, gdy faktycznie nim był.

Rację, po stokroć rację miał Heraklit: panta rzeczywiście rhei i nieraz bywa tak, że centrum staje się peryferią. Ale peryferie też potrafią być urocze. Na przykład wioska Sljepo (dla Niemców – Schleife), jakieś 10 kilometrów na wschód od Grodka. Przy ścianie sljepiańskiego kościoła wkopano w ziemię kilka pokutnych kamiennych krzyży. Kto i kiedy to zrobił – nie wiadomo. Ale ponieważ wszystko na tym świecie musi mieć swój sens i porządek, miejscowa ludność przechowuje podanie o tutejszym, bo pochodzącym z sąsiedniego Mulkecy (Mulkwitz) mocarnym gospodarzu, który walczył ze zbójami, zabijał ich i z tego powodu krzyże kamienne nosił. Viator nie ma jednak zamiaru przedstawiać całej historii czytelnikom. Lepiej niech sami do Sljepo przyjadą i odwiedzą ośrodek kultury serbołużyckiej. Tam dowiedzą się dokładnie, kim był Sylny Lysina, poznają też bohaterów innych wendyjskich podań i baśni.

SAMSUNG DIGITAL CAMERADer Starke Lysina ze sljepiańskiego ośrodka serbołużyckiego.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAMożna tu znaleźć więcej postaci z wendyjskiego bestiarium. Jest zmijowy kral

SAMSUNG DIGITAL CAMERA…jest też plon, czyli smok.

 Smoki różnego rodzaju zajmują w mitologii Serbołużyczan miejsce szczególne. Nie może być inaczej w krainie, gdzie ziemia płonie ogniem. A płonie, bo dawno temu Jego Wysokość Lodowiec, rozpychając i ugniatając łużyckie równiny, wypchnął z głębin pokłady węgla brunatnego niemal na powierzchnię. A one utworzyły wychodnie, które często ulegały samozapłonowi. Takie zjawiska najłatwiej było zaobserwować tam, gdzie lodowiec zostawił najwyraźniejsze ślady, czyli na morenach czołowych.

Tak się składa, że kilka kilometrów na wschód od Sljepo leży taka morena. Ponoć jedna z największych na świecie: Łuk Mużakowa. Można nie skorzystać z takiej okazji? Pytanie retoryczne.

7lukmuzakowaPasmo wzgórz polodowcowych w kształcie rogala o długości 40 kilometrów. Tutaj najwcześniej na całych Łużycach odkryto i zaczęto wydobywać węgiel brunatny. Po kopalniach, już dawno nieczynnych, pozostało ponad dwieście jeziorek i stawów – na mapie widać je wyraźnie po obu stronach granicy. A tam, gdzie Nysa przełamuje się przez środek Łuku Mużakowa, na malowniczych tarasach i wzniesieniach książę Hermann von Pückler stworzył swe Zielone Królestwo.

 Wstąpmy przeto na wzgórza morenowe. Bliskość Parku Mużakowskiego i jego inspirujący wpływ czuje się tutaj wyraźnie. Czuł je niewątpliwie niejaki Friedrich Rötschke, gdy pod koniec XIX wieku obsadził niemal dwieście hektarów swej posiadłości w Kromoli (Kromlau) azaliami i rododendronami. Coś pokombinował z bazaltowymi słupami. Dwa brzegi śródleśnego stawu spiął łukiem mostu Rakotz. Efekt? Sławny Rhododendronpark Kromlau.

8 kromlau

Rakotzbrücke w parku różaneczników. Ze zrozumiałych względów najlepiej pojechać tam w maju.

 Nacieszywszy się do woli pięknem parku ruszamy dalej pasmem moreny czołowej. Po przebyciu kilku zaledwie kilometrów docieramy do miasta o poetycznej nazwie Běła Woda, szerzej znanego jako Weisswasser.

9 weisswasserDwujęzyczny napis na budynku dworca kolejowego. Wszystko jasne, tylko co znaczy to O/L?

 Ani się spostrzegliśmy, że po drodze, gdzieś w okolicach Sljepo, wjechaliśmy na Górne Łużyce. Przypomni nam o tym napis na dworcu kolejowym. O/LOberlausitzBěła Woda na Łużycach Górnych.

10 kanalisationDla porównania: mała retrospektywa z miejsca, gdzie zaczęła się nasz podróż. Sorau N/L to oczywiście Sorau Niederlausitz. Takich płyt zachowało się w mieście sporo. Dekady minęły, granice przesunęły się, a one trwają na posterunku.

Przywitała nas Hornja Łužica moreną czołową oraz krzewami rododendronów. I odtąd, wiadomo, napięcie będzie rosnąć.

Lusatia alias Vita 4

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Jako się rzekło tydzień temu, pomimo wszechobecnych w Chóśebuzu dwujęzycznych napisów oraz mimo istnienia w mieście kompletu wendyjskich instytucji, sytuacja Serbów Łużyckich nie jest taka prosta. Ale ruchliwe i gwarne centrum to nienajlepsze miejsce do snucia takich refleksji. Kierujemy się przeto na zachód i, mijając zieloną oraz spokojną dzielnicę Žylow (po niemiecku Sielow), docieramy na peryferie stolicy Dolnych Łużyc. Horyzont znaczony jest wielkimi kominami potężnych elektrowni, spalających węgiel brunatny z miejscowych bogatych złóż. My jednak, przynajmniej na razie, poniechamy tych obiektów. Przyjdzie czas i na nie, lecz dziś naszym celem jest leżąca wśród łąk i lasów niewielka wioska Dešno, przez Niemców nazywana Dissen.

Zwykle bywa tak, że gdy język związany ze słabszą kulturą wypierany jest przez mowę i cywilizację silniejszą, a przy tym ekspansywną, najdłużej opór takim procesom stawiają regiony wiejskie. Dlatego, o ile w Chóśebuzu ciężko byłoby nam spotkać kogoś, z kim można porozmawiać po serbołużycku, w Dešnje jest to całkiem prawdopodobne. Ba, jeszcze w połowie ubiegłego wieku większość mieszkańców wioski porozumiewała się w tym właśnie języku! Ślady serbskiej spuścizny można spostrzec bez najmniejszego problemu. W centrum osady ma swój pomnik pastor, językoznawca i działacz społeczności wendyjskiej, Bogumił Šwjela. Tutejsza świątynia ewangelicka kryje szereg serbołużyckich inskrypcji. Tuż obok kościoła znajduje się niewielkie, ale naprawdę interesujące muzeum regionalne, zaś wiejska świetlica nosi nazwę Serbski dwór.

spreewald (1)Jeden z licznych napisów na emporze dešanskiego kościoła. Forma cokolwiek germańska, ale treść jak najbardziej serbołużycka!

Mieszkańcy Dešna, podobnie jak wielu innych okolicznych wsi i miasteczek, mają zazwyczaj świadomość swych serbołużyckich korzeni, kultywują noszenie strojów regionalnych i celebrują stare obyczaje oraz święta. Niestety, w zdecydowanej większości nie potrafią się już posługiwać językiem przodków. Pokolenie czterdziesto – pięćdziesięciolatków niekiedy jeszcze sporo z tej mowy rozumie i potrafi ułożyć w niej kilka zdań, ale młodsi, w jakikolwiek sposób znający język serbołużycki, to prawdziwy rarytas. Czemu tak się dzieje? Ano dlatego, że historia była dla tego ludu wybitnie mało łaskawa, a i współczesność nie jest dużo lepsza. Wiele czynników złożyło się na to, że na przestrzeni wieków Serbołużyczanie powoli, ale systematycznie podlegali procesowi wynarodowienia. Przede wszystkim znaczna przewaga demograficzna, polityczna, militarna, gospodarcza i kulturalna sąsiednich narodów, zwłaszcza Niemców, ale również Czechów i Polaków. To ona sprawiła, że Łużyczanie (o czym już Viator wspominał) nigdy nie stworzyli swego państwa. Dodajmy do tego epizody zupełnie oficjalnej, zarządzanej przez władze państwowe germanizacji, na przykład w czasach Bismarcka, ale zwłaszcza w okresie III Rzeszy, gdy proces ten przybrał wyjątkowo brutalną i krwawą postać. Nie można też zapomnieć o zalegających pod niemal całymi Łużycami złożach węgla brunatnego, którego eksploatacja, prowadzona zwykle metodą odkrywkową, spowodowała zniknięcie z powierzchni ziemi wielu wendyjskich wsi. O tym dramatycznym aspekcie dziejów Łużyc opowie jeszcze Viator znacznie dokładniej. Na koniec wspomnijmy o innej pladze, która dotyka w ostatnich latach nie tylko Łużyce, ale całą Saksonię i Brandenburgię: bezrobocie, które spowodowało masowy odpływ ludności, zarówno niemieckiej jak łużyckiej, do zachodnich landów.

Wygląda na to, że wszystko się przeciw nim sprzysięgło, ale Serbowie nie składają broni. Do końca. Po serbołużycku wciąż ukazują się książki i prasa, stacje radiowe nadają programy, w Budyšinje działa teatr wystawiający sztuki w języku górnołużyckim. Od pewnego czasu w kilku tutejszych przedszkolach prowadzony jest projekt Witaj, mający na celu naukę i przywrócenie mowy najmniejszego słowiańskiego narodu. Na przykład źěśownia (przedszkole) Mato Rizo, znajdująca się w Žylowje, wspomnianej już dzielnicy Chóśebuza, gdzie Viator miał okazję oglądać wzruszający obrzęd Ptaškowej swajźbyPtasiego Wesela, o którym opowie, gdy przyjdzie na to czas, czyli pod koniec stycznia.

Także w Dešnje, podczas jednej ze swych licznych wędrówek, mógł się Viator przyjrzeć działaniom pasjonatów, walczących o przetrwanie języka serbołużyckiego. Serbski dwór gości od czasu do czasu imprezę nazwaną malowniczo Pójsynoga (czyli nasza swojska Powsinoga). Na jedną z nich trafił niegdyś wędrowiec. Całkiem spora sala była wypełniona szczelnie; niestety, zdecydowana większość zgromadzonych prezentowała wiek, by tak rzec, mocno emerytalny. Na szczęście były też jaskółki zwiastujące zmiany.

spreewald (2)Zespół śpiewaczy na Pójsynodze. Istotne jest nie to, że ci młodzi mężczyźni pięknie śpiewają tradycyjne pieśni serbołużyckie. Znacznie ważniejszy wydaje się fakt, iż także między sobą swobodnie i w sposób całkowicie naturalny porozumiewają się w tym języku.

spreewald (3)

Dziecięce zespoły folklorystyczne zawsze są przyjmowane na Łużycach bardzo ciepło. Dla porządku musi Viator dodać, iż te dzieci przyjechały z innego regionu etnograficznego. W Sljepo, na pograniczu Górnych i Dolnych Łużyc, skąd pochodzą, nosi się zupełnie inne stroje niż w Dešnje. Ale cierpliwości, odwiedzimy i Sljepo.

Wielu ciekawych opowieści miał okazję wysłuchać Viator, rozmawiając działaczami łużyckich organizacji. Dla większości z nich na przykład język serbołużycki jest drugim. Był czas, że wendyjscy rodzice, chcąc ułatwić swym dzieciom start w dorosłe życie i awans zawodowy, uczyli ich od najwcześniejszych lat mówić wyłącznie po niemiecku. Jednak, jak widać, jakaś tajemnicza siła i piękno muszą tkwić w hornjoserbšćinje oraz w dolnoserbskeje rěcy, skoro oni dobrowolnie, bez żadnych utylitarnych korzyści do nich powrócili i przyjęli za swoje.

Rzecz w tym, by znaleźli jak najliczniejszych naśladowców. Inaczej język serbołużycki umrze, jak tyle innych przed nim. Byłaby to niepowetowana strata. Przykład Zielonej Wyspy świadczy co prawda o tym, że można być gorącym irlandzkim patriotą, nie znając ani słowa po gaelicku, ale z kolei Walijczycy udowodnili, że umierający język może zmartwychwstać.

kajakispreewaldJeden z tych przebudzonych Serbołużyczan rzekł kiedyś Viatorowi podczas wspólnej wizyty w Dešnje: Weź łopatę i zacznij tu gdziekolwiek kopać; po wykopaniu drugiej porcji ziemi spójrz – dołek napełni się wodą, bo grunt tutaj nabrzmiały jest wilgocią jak gąbka. Nic dziwnego: kilka kilometrów na zachód od wioski zaczyna się niezwykła kraina, jedyne takie miejsce na świecie. Błota, czyli Spreewald.

Swe istnienie zawdzięczają Błota wielkiemu kreatorowi pejzażu, Jego Wysokości Lodowcowi. To on poszarpał koryto Szprewy i zmienił je w sieć kanałów, strumieni i odnóg rozmaitej szerokości, biegnących w różnych kierunkach, krzyżujących się ze sobą i tworzących prawdziwy labirynt wodnych dróg. Można po nich pływać na dystansie niemal tysiąca kilometrów.

Aż tyle Viator nie pokonał, ale swoje przepłynął i zobaczył. Płynął wśród trzcin i zarośli. Mijał gęste lasy. Widziane z perspektywy kajaka odkrywają zupełnie inne, nieznane, nieprzewidywane nawet, oblicze.

Kiedy kanał wpływa na teren wioski lub miasteczka, na brzegu, podobnie jak na poboczach dróg, znajduje się tablica z nazwą miejscowości. Zresztą, do niektórych z nich aż do lat trzydziestych XX wieku można się było dostać jedynie łódką. Związek osad z wodą jest niemal organiczny, co znajduje swój wyraz w architekturze: rzadko ma się okazję oglądać domostwa tak harmonijnie i pięknie wkomponowane w krajobraz. Całe szczęście, że zachowało się jeszcze tak wiele spośród tradycyjnych, drewnianych chat Serbów Łużyckich z Błot.

spreewald (4)Płynie wśród nich Viator i myśli sobie, że właściwie bez żalu można pożegnać ten potencjalny polski zamek królewski w Chóśebuzu, o którym była mowa tydzień temu. Ale Błot naprawdę szkoda… Czarodziejska kraina, Arkadia, gdzie śluzy obsługuje młodzież gimnazjalna, chcąca sobie zarobić podczas wakacji kilka centów. Żal, że zdobycz Chrobrego nie okazała się trwała!

A jeśli chcemy sobie wyobrazić, co takiego właściwie zdobył książę Bolesław, po wizycie w Spreewaldzie koniecznie musimy się udać kilka kilometrów na południe, w okolice miasta Wětošow (Vetschau), gdzie w szczerym polu stoi replika średniowiecznego serbołużyckiego grodu: Slawenburg Raddusch.

spreewald (5)Serbołużycki Raduš z czasów Chrobrego tak właśnie musiał wyglądać. Typowe dla Słowian zachodnich grodziszcze: wał ziemno-drewniany o konstrukcji hakowej. Pani Archeolog, czy Viator czegoś nie pomieszał?

Na zewnątrz wrażenie jest duże, ale gdy zdobędziemy fortyfikacje, musimy się przygotować na zawarcie niezbędnego kompromisu z wymogami współczesności.

spreewald (6)

Imponujące obwarowania to właściwie skorupa, kryjąca nowoczesne wnętrze, służące działalności edukacyjnej oraz eventowej. Cóż, lepiej już tak, niż w ogóle.

I tak nadeszła chwila, gdy trzeba pożegnać Dolne Łużyce. Kierunek południe! Hornja Łužica czeka ze swymi tajemnicami. Jak to mówią różni zachwalacze: Naprawdę warto! Naprawdę!

Lusatia alias Vita 3

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Opuszczając brühlowskie Brody kierujemy się na zachód. Znowu bór, aż do samej Nysy Łużyckiej. Kilkanaście kilometrów lasów i ani jednej wioski. Ale nawet gdybyśmy natknęli się na jakąś osadę, na pewno nie spotkalibyśmy w niej żadnego Serbołużyczanina. Czasem można spotkać się z opinią, że na prawym brzegu Nysy, przynajmniej w jej dolnym, północnym biegu, już od końca XIX wieku nie było Wendów – zasięg słowiańskich języków łużyckich na przestrzeni wieków powoli, ale nieubłagalnie się kurczył. To prawda, lecz nie do końca. Jeszcze w roku 1937 młody student (późniejszy słynny górnołużycki historyk oraz etnograf) Frido Mětšk, w relacji z wyprawy rowerowej stwierdził, że na obszarze pomiędzy miastami Muskau, po łużycku Mužakow oraz Triebel, czyli łużyckim Trjebula (współcześnie Trzebiel), około 20 km na południe od miejsca, gdzie się znajdujemy w naszej podróży, wciąż żyli ludzie mówiący po serbołużycku. Niestety, po roku 1945 kochana Władza Ludowa, z delikatnością słonia w składzie porcelany wszystkich Serbów, jako obywateli III Rzeszy, hurtem wysiedliła za Nysę. Podobnym wyrafinowaniem zabłysnęli zresztą nowi włodarze także wobec Warmiaków, Mazurów czy Słowińców. Efekty znamy.

A mogło być inaczej! Mało kto słyszał o fascynującym epizodzie z dziejów polskich Łużyc, czasem nazywanym Akcją „Mužakow”. Z inicjatywy wysiedleńców, reprezentowanych przez organizację Domowina, przy wsparciu polskich środowisk sorabistycznych, w latach 1946-47 prowadzono intensywne działania mające doprowadzić do powrotu niesłusznie wysiedlonych i utworzenia w Polsce serbołużyckiej gminy ze stolicą w Mużakowie, czyli współczesnej Łęknicy. Sprawę rozpatrywano już na szczeblu ministerialnym i to w kilku ministerstwach na raz. Pomysł był całkowicie realny. Zabrakło… czego? Determinacji? Zrozumienia decydentów? Przysłowiowego łutu szczęścia? Nie wyszło. Szkoda…

Tak sobie dumamy, aby zająć myśli podczas długiej podróży przez las. Gdybyśmy skierowali się kilka kilometrów w lewo, dotarlibyśmy do ukrytego wśród drzew tajemniczego miasteczka ruin. System kilkudziesięciu budynków, połączonych siecią utwardzonych dróg. To pozostałości potężnego zakładu chemicznego, Deutsche Sprengchemie GmbH, produkującego przede wszystkim na potrzeby wojskowe, wojenne właściwie. Mimo tego że zbudowano go na uboczu, wśród lasu, jego lokalizacja nie była dla aliantów żadną tajemnicą. W pewnym momencie także zasięg anglosaskich bombowców przestał być problemem. A jednak ta fabryka śmiercionośnych materiałów wybuchowych nigdy nie stała się celem nalotów! Przyczyny tego nie są ani strategiczne, ani taktyczne, ani romantyczne nawet, a jedynie do bólu prozaiczne: w przedsiębiorstwo był zaangażowany amerykański kapitał. Armia bała się ewentualnych roszczeń odszkodowawczych. Nieprawdopodobne? Ależ skąd. Taki Henry Ford na przykład (postać może i zasłużona dla racjonalizacji procesu produkcyjnego, ale w sumie persona szemrana i ponura) uzyskał od rządu USA wielomilionową rekompensatę za swą fabrykę zniszczoną podczas wojny w Niemczech. A że tam ginęli amerykańscy chłopcy? Sorry Winnetou, biznes jest biznes. Ale ta Ameryka… powiedzcie sami: fantastic country!

Jednak my fabryki nie odwiedzimy, choć pokusa jest silna. Miejsce to bowiem niebezpieczne i pochłonęło już wielu poszukiwaczy oraz badaczy różnej maści. Kilkanaście lat temu głośno było o dwóch studentach geografii, którzy w zdradliwych ruinach znaleźli śmierć. Lepiej nie ryzykować, tym bardziej, że naszym oczom ukazują się jakieś zabudowania.

Miastem leżącym najbliżej fabryki jest Forst, czyli serbołużycki Baršć. Od wieków rozciąga się na lewym brzegu Nysy, ale w roku 1921 zbudowano od podstaw dzielnicę prawobrzeżną, czyli Berge. Urbaniści odpowiedzialni za to zadanie wykazali się dobrym gustem: zaraz za mostem zaprojektowali plac (nie ich wina, że po kilkunastu latach nadano mu nazwę Horst Wessel Platz) z którego, na kształt gwiazdy, rozchodziło się kilka ulic.

cottbus (1)Forst – Berge, Horst Wessel Platz. Nie tylko układ przestrzenny, ale i architektura są tu przemyślane w najdrobniejszych szczegółach.

Odwiedzimy to urocze miejsce? Désolé! Jeszcze raz mamy możność delektowania się dokonaniami Władzy Ludowej. Całe Berge, do fundamentów, zostało rozebrane w pierwszej dekadzie powojennej: wszak Stolica dźwigająca się z gruzów potrzebowała cegły! A znajdująca się tu dziś wioska Zasieki to kilka domów oraz stacje benzynowe i mały bazar, nastawiony na gości zza rzeki. Tą samą drogą, którą oni tutaj przybywają, my udamy się tam: przejeżdżamy zbudowany kilkanaście lat temu most, a następnie mijamy pozostałości przejścia granicznego – świadectwo słusznie minionej w dziejach Europy epoki.

Forst, miasto nazwane w XIX wieku Małym Manchesterem, równie dobrze mogłoby nosić miano Małej Łodzi: intensywny rozwój przemysłu włókienniczego przyniósł okolicznej ludności dobrobyt, ale też pozostawił, łatwo dostrzegalny miejscami i dzisiaj, typowy krajobraz industrialny.

cottbus (2)Czy można było niektóre sceny Ziemi Obiecanej nakręcić tutaj? Czemu nie!

Mówią, że pieniądze to nie wszystko. Coś w tym stwierdzeniu musi być. Mieszkańcy Forstu mieli pracę, a więc i zapewniony byt. Ale, jako się rzekło, nie samym chlebem człowiek żyje! Gdy nie ma lęku o chleb i dach nad głową, człowiek zaczyna tęsknić za pięknem. Bo tak do głębi i naprawdę (przyczyny bezpośrednie były trochę inne, ale bez drobiazgowości!) tylko w ten sposób można wytłumaczyć fakt, że szare i surowe miasto przemysłowe stało się siedzibą czarodziejskiego ogrodu, czyli sławnego Wschodnioniemieckiego Ogrodu Różanego.

cottbus (3)Ostdeutsche Rosengarten Forst (Lausitz): 16 hektarów zieleni, ponad 800 gatunków róż, pergole, fontanny i rzeźby, niektóre naprawdę wysokiej klasy artystycznej (Viator osobiście proponuje odwiedzić posąg Żurawi). Oaza pośród przemysłowej pustyni.

Gdy uda nam się już wyplątać z pułapki, jaką do wzroku i powonienia jest różany ogród (bo w ogrodzie rośnie pnącze, w krzewach róży świat się plącze…), kierujemy się znowu na zachód. Przed nami dumny Chóśebuz. Stolica i centrum Dolnej Łužycy. Gdzie, jeśli nie tutaj, szukać Serbołużyczan!

cottbus (4)-5Oto najszybciej rzucające się w oczy świadectwo tego, że znajdujemy się na Łużycach: tablice z nazwami miast oraz ulic są dwujęzyczne.

Byłoby o czym opowiadać. W mieście znajduje się łużyckie centrum kulturalne z bogatą biblioteką (Viator nie raz miał okazję korzystać z jej zasobów), Muzeum Wendyjskie oraz gimnazjum serbołużyckie. Ale jaki w tym sens: każda z wymienionych instytucji prowadzi stronę internetową, gdzie Czytelnicy tego reportażu poetyzującego uzyskają informacje o wiele bardziej profesjonalne, niż te, których może im dostarczyć Viator – li i jedynie amator.

Z tego samego względu nie opowie wędrowiec o zabytkach wielowiekowej historii: niewiele się ich zachowało po alianckich nalotach – w Cottbus amerykański kapitał najwyraźniej nie inwestował – ale są i warto je odwiedzić. Wspomni jedynie Viator o pięknym, nowoczesnym gmachu biblioteki Uniwersytetu Technicznego (niech Czytelnik powędruje TU – warto!). Ale dwóch refleksji sobie nie podaruje!

Na wschodnim krańcu Starego Miasta, na niewielkim wzgórzu, wznosi się kompleks budynków sądowych. Nie zawsze jednak tak było. To przecież Góra Zamkowa, niegdyś wznosił się tu najpotężniejszy serbołużycki zamek. Gdy Bolizavus Luzici denuo occupat, obsadził fortecę na kilkanaście lat polską załogą. Co więcej, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, tutaj właśnie wstąpił Chrobry w związek małżeński z margrabianką Odą Miśnieńską.

cottbus (6)Wzgórze Zamkowe. Kto wie, gdyby historia Łużyc potoczyła się inaczej, może stałby tutaj zamek królów polskich? Pomarzyć zawsze można…

Drugą refleksję snuje Viator przede wszystkim z myślą o tych Czytelnikach, którzy wytrwale, z podziwu godnym samozaparciem, śledzą regularnie jego teksty. Jakiś czas temu, gdy opowiadał historię księcia Hermanna von Pückler oraz Dzieweczki z Abisynii, nieszczęsnej Machbuby (TU i TU), pozwolił sobie na taką uwagę: aż jęzor świerzbi, żeby tu właśnie wspomnieć o wyglądzie miejsca wiecznego spoczynku Księcia, niemniej „twardym trzeba być”. I oto nadszedł czas by zmięknąć i pofolgować rozświerzbionemu jęzorowi! Na peryferiach Stolicy Dolnych Łużyc, w dzielnicy Branitz (czyli Rogeńc po serbołużycku), znajduje się, kolejne po Parku Mużakowskim, dzieło Zielonego Księcia: Branitzer Park. Tam osiadł Książę po mużakowskim bankructwie, tam, niepoprawny marzyciel, stworzył kolejny park krajobrazowy i tam, dokonawszy żywota, został pochowany wraz z żoną – nieżoną Lucie von Pappenheim. I to gdzie!

Piramida – wyspa na stawie w Parku Branitz. Tu spoczywa Zielony Książę. Najefektowniej miejsce to prezentuje się jesienią. Jako, że Viator nie dysponuje taką fotografią, pozwolił sobie skorzystać z zasobów Wielkiej Sieci.

 Pomimo wszechobecnych w Chóśebuzu dwujęzycznych napisów oraz mimo istnienia w mieście kompletu wendyjskich instytucji sytuacja Serbów Łużyckich nie jest taka prosta. Jednak, by nie zanudzać Czytelników, opowie o niej Viator za tydzień. Zaprosi też wytrwałych w miejsce całkowicie wyjątkowe, można powiedzieć: łużyckie Crème de la Crème!

Łużyce wciąż czekają!

Tomasz Fetzki

Lusatia alias Vita 2
reportaż poetyzujący

Kierunek północny zachód! Po prawej stronie widać w oddali wieżę lubanickiej świątyni. Ale o niej, o pastorze Mikławšu i jego serbołużyckim Nowym Testamencie już kiedyś Viator TU opowiadał, dlatego tym razem się tutaj nie zatrzymamy. Jasne, nie ma Łużyc bez Serbów Łużyckich! Ale cierpliwości, będą jeszcze Serbowie. I to nie raz.

A wokół lasy i lasy. Bory sosnowe zazwyczaj, bo takie się na piaszczystych glebach łużyckich najlepiej udają. Gdzieniegdzie wśród tych borów wiją się mniejsze i większe strumyki, potoki i rzeczki. Zaraz za Lubanicami można się natknąć na jedną z nich. Jakiś czas powędrujemy wzdłuż jej nurtu. Nie tylko z tego powodu, że jest ładna. Raczej dlatego, że odegrała istotną rolę cywilizacyjną. Brzmi to może nieco górnolotnie, ale rzeczywiście tak było. Przekonamy się już niedługo.

SAMSUNG DIGITAL CAMERALubsza, niekiedy Lubicą zwana.

Idzie Viator borem lasem. Żywiczne zapachy wdycha. Meandrującą Lubszę obserwuje. Zamyśla się: meandry, meandry… bieg historii Łużyc zaiste był meandryczny! Plemiona serbołużyckie nigdy nie znalazły w sobie dość siły i determinacji, aby stworzyć odrębny, samodzielny organizm polityczny. Tym bardziej, że nie były jednorodne, nawet językowo. Mówimy o Dolnych i Górnych Łużycach, ale przecież te Górne to tak naprawdę ziemia ludu Milczan. Każdemu, kto choć w miarę uważał na lekcjach historii, gdzieś tam z tyłu głowy pozostał związek frazeologiczny: Milsko i Łużyce. Dolnołużyczanie posługiwali się językiem zbliżonym do polszczyzny, zaś Górnołużyczanin, czyli Milczanin, znacznie łatwiej porozumiałby się z Czechem. Na szlaku naszej podróży jest zarówno Dolna Łužyca (w tej chwili na niej się właśnie znajdujemy) jak i Hornja Łužica, więc będzie jeszcze okazja przyjrzeć się sprawie dokładniej.

Nigdy przeto nie powstało państwo łużyckie, a ziemia ta na przestrzeni wieków wielokrotnie zmieniała swą przynależność polityczną. Często i w różnych konfiguracjach była Lusatia poprzecinana wzdłuż i wszerz granicami księstw, królestw, a nawet cesarstw. Powoli, ale nieubłagalnie, podlegali też Wendowie procesowi wynarodowiania. Dziś już naprawdę niewielu ludzi mówi którymś z języków serbołużyckich. A co będzie za kilkadziesiąt lat? Dlatego przemierzamy Łużyce, póki nie jest za późno.

Ale zmiana granic i języków, jaką przyniósł za sobą rok 1945, to jednak coś całkowicie innego. To metamorfoza radykalna. Granica na Nysie rozdarła Łużyce bardziej dotkliwie, niż wcześniejsze kordony. Teraz ta rana zaczyna się zabliźniać, obie części krainy zrastają się, choć inaczej, niż kiedyś; rodzi się zupełnie nowa jakość. Taki Viator na przykład – Polak, a równocześnie czuje się Łużyczaninem. Kiedyż wcześniej ludzie tak się identyfikowali? Litwo, ojczyzno moja…

Przypadł więc Polsce wąski pas Łużyc. Historia niechcący wykroiła, brutalnie ale precyzyjnie, coś w rodzaju preparatu mikroskopowego: na niewielkim obszarze możemy, jakby w miniaturze, obejrzeć efekty różnych procesów dziejowych. Cywilizacyjnych, jako się rzekło. Dlatego właśnie ruszyliśmy z biegiem Lubszy. Panie, Panowie: oto Miasto w Trzech Odsłonach!

Najlepiej byłoby rzecz ująć chronologicznie. Ale cóż poradzić! Jako pierwszy spotykamy na naszym szlaku gród drugi pod względem wieku. Lubsza wpływa do Jasienia – miasta, które właśnie rzece zawdzięcza swe istnienie. Początkowo była tu tylko serbołużycka wioska Gaśyn. Ale przyszła Wojna Trzydziestoletnia, okolica wyludniła się. A w tym samym czasie ze Śląska masowo uciekali protestanci, prześladowani przez arcykatolickich Habsburgów. Co więc mamy? Rzekę, mogącą poruszać młyny, tartaki i inne warsztaty, świetnie wykwalifikowanych rzemieślników, gotowych przybyć i się osiedlić oraz granicę tuż obok (gdy ją będziemy przekraczać, opowie i o niej Viator), a więc perspektywy lukratywnego handlu. Grzechem by było nie skorzystać. Toteż właściciel tej ziemi, Rudolf von Bunau, wykorzystał szansę, lokując nowe miasto – Gassen.

Odsłona Pierwsza: prywatne miasto gospodarcze. Z woli arystokraty powstało, na jego dobrobyt pracowało i jemu całkowicie było podporządkowane. Żadnych samorządów. Żadnej zażyłości z Panem. I żadnych funkcji obronnych. Znalazło to odzwierciedlenie w układzie przestrzennym: pałac wraz z folwarkiem w pewnym oddaleniu od osady, sieć ulic nie odzwierciedlająca żadnej szczególnej koncepcji urbanistycznej oraz brak jakichkolwiek fortyfikacji. Natomiast rynek bardzo ciekawy, w rzadko stosowanym kształcie trójkąta. Najlepiej spojrzeć na to z góry.

Lubsza (2)

Ambicją Viatora jest używanie wyłącznie własnoręcznie wykonanych zdjęć. Ale czasem się po prostu nie da. Oto Gassen z lotu ptaka (do współczesnej fotografii Viator nie dotarł). Trójkątny rynek widać jak na dłoni.

SAMSUNG DIGITAL CAMERARaz jeszcze Lubsza przyczyniła się do rozwoju miasta dwa wieki później, w epoce industrialnej. Korzystając z jej pracowitego nurtu niejaki Theodor Flöther założył kuźnię, która rozrosła się potem w sporą fabrykę. To był początek jasieńskiego przemysłu.

Tablica upamiętniająca dwusetną rocznicę miasta Gassen. Data 1660 to rok lokacji, zaś 1855 to narodziny przemysłu. Jak widać, mieszkańcy w nim upatrywali swą świetlaną przyszłość.

X

X

Po roku 1945 Gassen stał się Jasieniem. Ale ślady dawnych czasów można tu bez problemu odnaleźć. Tylko trzeba wiedzieć, gdzie. Viator wie.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAPrzed wojną, jak głosi napis, była tu siedziba miejskiej straży pożarnej. I tak zostało do dziś.

Rzeka dalej zdąża na północny zachód. A my wraz z nią. Jasień i kolejne nadlubszańskie miasto dzielą tylko trzy kilometry. Ale przez kilkaset lat to były inne światy. Od 1482 do 1815 roku obie osady dzieliła granica państwowa. Mieszkańcy Jasienia byli poddanymi elektorów saskich, zaś Sommerfeld przynależał do Brandenburgii. Dopiero Kongres Wiedeński zmienił ten stan rzeczy. Saksonia, ukarana za alians z Napoleonem Bonaparte, utraciła Gassen (jak również Sorau, z którego wyruszyliśmy) na rzecz sąsiedniej Brandenburgii, de facto Prus.

Sommerfeld, czyli serbołużycki Žemŕ (albo Zemsz), także zawdzięczał swe istnienie Lubszy, ale z innego powodu. Jakiego?

Odsłona Druga: średniowieczne miasto lokacyjne. Powstało na miejscu starego plemiennego grodu, wykorzystującego wody oraz bagniska Lubszy dla wzmożenia swych walorów obronnych. Zgodnie z zasadami lokacji na prawie magdeburskim, Sommerfeld został ciasno otoczony murami obronnymi (zaś Lubsza ze swymi odnogami pełniła rolę miejskiej fosy), ulice, dla ekonomicznego wykorzystania niewielkiej przestrzeni, tworzyły regularną siatkę, zaś w centrum wytyczno rynek, na którym wzniesiono siedzibę miejskiego samorządu i symbol autonomii prawnej – ratusz. Jasień takowego nie posiadał.

Lubsza (5)

Serce Viatora jako ptak ku górze wzlatuje, ale reszta za nim podążyć niezdolna. Drugi raz trzeba więc było zapożyczyć zdjęcie. Widać na nim wyraźnie, jak Lubsza wpłynęła na układ przestrzenny miasta. Widać też, w centrum, ratusz i kościół farny.

Ten ratusz i kościół to jeden z najciekawszych historycznych zespołów architektonicznych, jakie miał okazję oglądać Viator. Popatrzmy razem: w świątyni, wzniesionej wedle reguł stylu gotyckiego, dominują linie pionowe, wertykalnie ku Bogu kierujące. Zaś ratusz, w czasach renesansu zbudowany, eksponuje linie poziome, horyzontalnie i humanistycznie wiodące do Człowieka.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAInne style, inne epoki, inne ideały. A całość, mimo to, zadziwiająco harmonijna.

Po II Wojnie Światowej zamierzano powrócić do serbołużyckiej nazwy Zemsz. Ostatecznie jednak, ze względu na rzekę domową, miasto nosi nazwę Lubsko.

SAMSUNG DIGITAL CAMERATyle pozostało po dawnym mianie.

My zaś żegnamy się z Lubszą, ale nie odchodzimy daleko. Po pokonaniu niecałych dziesięciu kilometrów stajemy przed bramą kolejnego miasta.

SAMSUNG DIGITAL CAMERABramy były trzy. Ocalała jedna.

Odsłona Trzecia: barokowe miasto rezydencjalne. Stanowiło aneks do rozległego zespołu pałacowo – parkowego. Miało olśniewać i głosić chwałę Właściciela. Stąd bramy tryumfalne, stąd też szerokie ulice, zamknięte dominantą widokową.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAWszystkie drogi prowadzą do… pałacu.

Na realizację takiego przedsięwzięcie trzeba było sum astronomicznych. Ale twórca i władca Pförten miał dość pieniędzy. Hrabia Heinrich von Brühl (świetnie znany czytelnikom powieści Kraszewskiego) był zausznikiem, faworytem i złym duchem Augusta Mocnego, jego pierwszym ministrem oraz kolekcjonerem stanowisk i tytułów, który sztukę korupcji opanował w stopniu mistrzowskim. Kanalia, przy której większość współczesnych polityków jawi się jako banda niezdarnych amatorów, nie miała żadnego problemu z dostępem do funduszy, tak legalnych, jak i zdefraudowanych. Koszty nie grały roli, a efekty widać do dziś.

Lubsza (10)Raz jeszcze musiał skorzystać Viator z zasobów Wielkiej Sieci, ale chyba warto było. Tylko tak barokowy układ przestrzenny jawi się w pełnej krasie.

Mimo tego, że pałac popadł po wojnie w ruinę, park zarósł, a gród (nazwany przez Polaków Brodami) utracił prawa miejskie, wizja von Brühla i kunszt architekta, Johanna Christopha Knöffela, nadal nie pozwalają przejść obojętnie.

W drogę, Łużyce wciąż czekają!

Łużyce czyli Lusatia

Tomasz Fetzki
… alias Vita 1
reportaż poetyzujący

Niektórzy to mają dobrze: na warsztat biorą sobie Camino de Santiago. A tam? Aż gęsto od znaczeń i kontekstów. Roją się egzotyczne persony, krajobrazy zmieniają jak w kalejdoskopie. Pielgrzymka jako metafora, życie jako wędrówka… po kres, po Cabo Finisterra… Czego więcej może chcieć literat?

Viatora wysyłają tymczasem na pustkowia oraz bezdroża. I każą pisać. O Łużycach. Zaś Łużyce, wiadomo, to kresy kultury, pobocze historii i dzikie pogranicze. Piachy albo, do wyboru, błota. Trudne zadanie dostał wędrowiec, lecz nie bez przyczyny. Ci, którzy go pchnęli w tę podróż wiedzą, że Łużyce to jego kraina rodzinna, którą kocha i wciąż od nowa odkrywa. A tym, co odkrywa, mógłby się podzielić – zasugerowali ci tajemniczy Oni.

Właściwie dlaczego nie? Ale jak sprostać temu wyzwaniu? Zaryzykujmy, niebezpiecznie zbliżając się do grafomanii, taką oto przenośnię: peregrynacja po szarych i przaśnych Łużycach jako droga do własnego wnętrza – pozornie znanego i nieefektownego, a przecież pełnego niespodzianek i zadziwień. Ba, czasem nawet człowiek się natknie na perłę, którą gdzieś tam w głębi, nie wiedząc o tym nawet, piastuje! Może być? Metafora zużyta co prawda, ale widocznie nośna, skoro tak intensywnie używana…

Niech przeto nie spodziewa się Czytelnik systematycznego wykładu geografii, historii czy kultury Łużyc – od tego ma Wielką Sieć i coraz bogatszy wybór książek. Niech nie oczekuje bedekera, kompetentnie i wyczerpująco opisującego atrakcje turystyczne rozsiane między Kwisą i Łabą, a przy tym zachęcającego namolnie do ich odwiedzenia. Tego Czytelnik tu nie uświadczy. Cóż więc „uświadczy”?

Viator zaprasza na wspólną wyprawę do miejsc, które są dla niego, z różnych skądinąd powodów, bliskie i ważne. Ich wybór jest, jak mówią, autorski, może więc zaskoczyć obecnością tego, a brakiem tamtego. Trudno – wszak sama Ewa Maria orzekła niedawno: no risk, no fun!

A teraz szczypta patosu: kto gotów, niech rusza z Viatorem, aby przez kilka najbliższych wtorków, po obu stronach granicy, penetrować tajemnice Łużyc: ojczyzny kilku ludów i języków, krainy rzekomo bliskiej, a przecież osobliwej, niby prozaicznie przewidywalnej, a wciąż zaskakującej – jak dusza każdego z nas! Ufff, wystarczy… na wysokim diapazonie łatwo sobie zedrzeć gardziołko, a tyle jest do opowiedzenia.

**********************************

Na początek Żary. Tu rozpoczął Viator swą ziemską wędrówkę i tutaj jest jego miejsce pod słońcem. A ma to miejsce tradycję długą, bo ponad tysiącletnią! Tak przynajmniej świadczy notatka, jaką umieścił w swej kronice Thietmar.

SAMSUNG DIGITAL CAMERATablica na żarskim ratuszu, głosząca, iż roku pańskiego tysięcznego i siódmego Bolesław Chrobry na nowo zajął (…) kraj Żarowian.

 Nie wspomina co prawda biskup Meresburga o mieście Żary, lecz o terytorium serbołużyckiego plemienia Zara, jednak, o czym zgodnie świadczą znawcy tematu, plemię takie musiało mieć siedzibę obronną, gród będący protoplastą współczesnego city. Zresztą miasto, w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, też ma bogatą, siedemset pięćdziesięcioletnią historię. Żary lokowano na prawie magdeburskim zaledwie trzy lata później niż Kraków.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAOd kilkuset lat nad miastem czuwają średniowieczne wieże. Niemcy zwali je Die Drei Getreuen. Jak to przetłumaczyć: Trzech Strażników? Trzech Opiekunów? A może – Trzy Piastunki?

 Ale w ciągu tego millenium dziejów miasto nigdy, aż do roku 1945, nie było językowo (bo politycznie różnie się plotło: Bolizavus denuo occupat…) polskie. Początkowo mieszkali tu Serbowie Łużyccy (specjaliści żachną się, dowodząc, iż teren plemienia Zara to obszar przejściowy, pograniczny, dolnołużycko-lechicki; niech i tak będzie, lecz język ewidentnie polski zakrólował tu dopiero po ostatniej wojnie), ale z czasem, dość szybko, samo miasto stało się niemieckie; jednak w okolicznych wioskach jeszcze długo brzmiała mowa słowiańska.

Inna sprawa, że Polacy docierali i tutaj: choćby kilkadziesiąt rodzin z Pszczyny, których w XVIII wieku do Żar sprowadził hrabia Erdmann II von Promnitz – właściciel obu tych miast. Zostały po nich ślady w nazewnictwie obiektów miejskich. Najsłynniejszy z nich to Kornaczewskihaus – najstarsza zachowana kamienica mieszczańska i jedna z pierwszych, wzniesionych extra muros z trwałych materiałów, nie z drewna.

SAMSUNG DIGITAL CAMERARenesansowa Kamienica Kornaczewskich. Ród przybyły ze Śląska zamieszkiwał ją aż do lat czterdziestych ubiegłego wieku. A w tle: dwie Piastunki.

Tyle, że te polskie akcenty to epizody, dodatki, aneksy. A trafiały się też żydowskie, francuskie, zdarzył się nawet szkocki. Lecz „rdzeń” pozostawał teutoński, był trwały i wydawało się, że nic tego nie zmieni. Ale czyż masz coś trwałego na tym łez padole? Przyszedł pamiętny dzień 17 lutego 1945 roku i dzieje Sorau dobiegły kresu. Jednak zanim w Żarach (krótko po wojnie, o czym mało kto wie, na pewien czas – w Żórawiu) na dobre zagościła polszczyzna, najpierw miasto zostało zdominowane przez innych przybyszów, także posługujących się słowiańskim językiem. Oni także zostawili po sobie ślad.

Każdy Żaranin wie, gdzie się znajduje cmentarz żołnierzy radzieckich. I prawie każdy jest przekonany, iż pochowano na nim tych, którzy polegli podczas zdobywania miasta. Viator też tak myślał jeszcze do niedawna. Tymczasem prawda jest znacznie bardziej złożona. I zaskakująca. Przyjrzyjcie się czterem płytom nagrobnym: zostały dobrane jako zestaw typowy i reprezentatywny. A jednak pewien szczegół, niewyrażony wprost, winien zwrócić naszą uwagę. Ktoś już wie?

SAMSUNG DIGITAL CAMERA SAMSUNG DIGITAL CAMERAIleż to razy odwiedził wędrowiec tę nekropolię, zanim zauważył, że coś tu się nie zgadza: walki o Żary zakończyły się, jak wspomniano, 17 lutego, zaś większość dat śmierci to kwiecień i maj, a trafiają się nawet te z końca czerwca. W Sorau Sowieci założyli potężny szpital polowy i zwozili tu rannych z innych pól bitewnych. Kto wie, może nawet z walk o Berlin? I tutaj, jeszcze długo po klęsce III Rzeszy, żołnierze umierali z ran.

Ale to nie wszystkie tajemnice radzieckiego cmentarza. Jeśli spojrzymy jeszcze dokładniej, dotrze do nas, iż są tu pochowani tylko oficerowie (plus kilku sierżantów, nic poniżej). Taka oto demokracja panowała w robotniczo-chłopskiej Armii Czerwonej! Szeregowcy spoczywają gdzie indziej, w masowych grobach. Nazwijmy rzecz po imieniu – w dołach. Kiedyś to miejsce uhonorowano kilkoma obeliskami, ale już od wielu lat nikt się o te pomniki nie troszczy. Toteż wyglądają tak, jak wyglądają.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAA kiedyś były stosowne napisy i gwiazda czerwona na szczycie. Kiedy?

 To jest drugi żarski cmentarz radziecki. Spytajcie jednak kogokolwiek spośród mieszkańców miasta, gdzież on się mianowicie znajduje! Możecie być pewni, że popadnie w głębokie zdumienie. Jaki drugi cmentarz. Jest taki? Viator dowiedział się o jego istnieniu po czterdziestu paru latach życia w Żarach. I powiedzcie teraz, że nie warto wciąż od nowa…

Miejsce wiecznego spoczynku nieszczęsnych sowieckich szeregowców utonęło w niepamięci. Za to, zwłaszcza przez ostatnie dwadzieścia pięć lat, Żaranie intensywnie odkrywają na nowo niemiecką, a nawet serbołużycką przeszłość miasta. Bo też innej nie ma.

SAMSUNG DIGITAL CAMERATak zwana Kaczarka, czyli po prostu Serbołużyczanka w zrekonstruowanym (różne mądrale twierdzą, iż nieprecyzyjnie) stroju łużyckim regionu żarskiego.

Dlatego figura Kaczarki, choć świeżej daty, wrosła już na stałe w krajobraz Żar. Czasem zimą jakaś litościwa dłoń założy jej szalik, niekiedy wiosenną porą ktoś w jej dłonie włoży bukiecik kwiatów… Taki żarski Manneken Pis: ktoś swojski, bliski, tutejszy i bardzo lubiany.

Na razie jednak żegnamy Cię, miła Kaczarko! A za kilka tygodni, gdy wrócimy z podróży, będziemy rozumieć znacznie lepiej, kim naprawdę jesteś. I pogawędzimy o NASZYCH Łużycach.

Wielka Wojna (9)

Tomasz Fetzki

Leopold brat Maurycego; Polak

Pielgrzym po czasoprzestrzeni tym razem ani na krok nie ruszy się z domu. Jako obszar swojej wędrówki wybiera czas. I jeszcze raz pomaszeruje szlakami Wielkiej Wojny. Lub raczej – jedną z jej ścieżek. Może i nie najważniejszą, ale swą wagę mającą. Może nie całkiem zapomnianą i zielskiem zarosłą, ale żeby znów tak masowo zadeptywaną, to też chyba nie.

Dla Polaka Wielka Wojna to przede wszystkim Legiony. Zacznijmy przeto mocnym akcentem, wyrazistym symbolem.

gottlieb (1) orzelekNie byle jaki to orzełek, bo legionowy!

Mamy go więc przed oczyma: orzełka z szarych, „leguńskich” maciejówek. Nie chodzi o to, że jest zbrojny w tarczę. Ani o to, że dumnie wznosi skrzydła i bez lęku patrzy przed siebie, choć to wszystko, rzecz jasna, prawda. Istotne, że nie ma korony.

Bo to orzełek demokratyczny. Tak jak Legiony, w których służyli przedstawiciele wszystkich warstw społecznych; dominowali inteligenci, ale to oczywiste – byli najbardziej świadomi Sprawy. Zresztą ci inteligenci to zarówno synkowie szlacheccy, jak i potomstwo mieszczan.

Bo to orzełek republikański. Tak jak Legiony, gromadzące wszystkich, którzy czuli, że Ojczyzna to naprawdę res publica: odpowiedzialny jest za nią każdy jej mieszkaniec. Bez różnicy wyznania (weźmy chociażby Ignacego Boernera), bez względu na narodowość. Dlatego, jak podają różne źródła, od trzech do pięciu procent legionistów to byli Żydzi. Ich dziadkowie lub rodzice, pod wpływem ruchu „żydowskiego Oświecenia” – Haskali – opuścili zamknięty świat ortodoksyjnego Sztetl, oni poszli krok dalej: wstępując do Legionów potwierdzili swój wybór polskości, często pieczętując go dodatkowo własną krwią.

Jednego spośród tych Polaków z wyboru chce przedstawić pielgrzym. Właściwie musi koniecznie opowiedzieć o dwóch braciach, bo związek między nimi jest z tych mistycznych (zwykle Viator unika tego określenia, stanowczo się go nadużywa; tu jednak pasuje jak ulał). Literatura i Wielka Sieć pełne są wiadomości na temat Maurycego (1856-1879) i Leopolda (1879-1934) Gottliebów. Dotrzeć do nich łatwo; Viator ograniczy się do spraw najistotniejszych, przepuszczonych (by użyć trywialnej metafory) przez pryzmat swej wrażliwości. Może kogoś zachęci do dalszych poszukiwań?

Rodzina porządna. Ojciec Izaak – zamożny drohobycki przemysłowiec, nafciarz. A syn? Artysta, panie dzieju, malarz. Gorzej nawet, nie tylko pierworodny, ale wszyscy czterej synowie zamiast rafinerią, woleli się zająć pędzlami i sztalugami. Na szczęście tato był człowiekiem na tyle światłym i tolerancyjnym, że przeszkód ani przed najstarszym Maurycym, ani przed pozostałymi nie piętrzył. Kilkuletnia wędrówka między uczelniami artystycznymi Wiednia, Krakowa i Monachium (gdzie młody Gottlieb poznał twórczość Rembrandta, pod której wpływem pozostał do końca). Fascynacja Polską, jaką przeżył podczas spotkania z dziełami Jana Matejki. I związek z samym Mistrzem: początkowo w charakterze ucznia (jedni twierdzili: ucznia umiłowanego, inni: najzdolniejszego spośród uczniów; w każdym z tych określeń jest duża cząstka prawdy), potem współpracownika i przyjaciela. Trudna droga do polskości: wyjazd z Krakowa, spowodowany antysemityzmem kolegów studentów i niektórych profesorów Szkoły Sztuk Pięknych (a dodać trzeba niezbędnie, iż Maurycy był pierwszym żydowskim studentem tej uczelni), przed którym nie był go w stanie ochronić nawet sam Matejko; po kilku latach powrót, spowodowany usilnymi staraniami Mistrza Jana. Wielki projekt wspólnego przedsięwzięcia artystycznego: ukazania historii Polaków i Żydów. I oczywiście twórczość, wyrażająca to zakorzenienie w obu kulturach, penetrująca pogranicze polsko-żydowskie, chrześcijańsko-judaistyczne, orientalno-okcydentalne. Arcydzieła takie, jak choćby Ahaswerus, Żyd wieczny tułacz, miękkością modelunku i wszechogarniającym smutkiem przywołujący Rembrandta (Viator, lata temu zobaczywszy obraz, a nie znając jego autora, głowę dałby, że malował go właśnie van Rijn), czy Autoportret, którego nie powstydziłby się i Georges de La Tour – taki tu mamy światłocień! I tyle planów na przyszłość…

gottlieb (2) maurycyMaurycy Gottlieb, Chrystus nauczający w Kafarnaum (1877 – 1879).
Pewnych niuansów tematu „rdzennie chrześcijański” malarz by nie wyczuł. Tutaj są.

Nagle, wśród tego wytężonego wysiłku, Maurycy umiera. W wieku zaledwie dwudziestu trzech lat. I żeby to chociaż zszedł z tego świata młodo i romantycznie! Gdyby go, jak Władysława Podkowińskiego, zmogła bieda i jej siostra serdeczna, gruźlica! Albo gdyby, jak Witold Wojtkiewicz, od dzieciństwa nosił wypisany na chorym sercu wyrok, nieco tylko odroczony. Tak, to by miało ten niezbędny sznyt romantyzmu. Ale powikłania po banalnej infekcji gardła? Tak nie może odchodzić wielka nadzieja polskiego malarstwa! A jednak: zgasł Maurycy młodo i prozaicznie. Nie zdążył już zobaczyć swego najmłodszego braciszka, urodzonego kilka miesięcy po jego śmierci.

Malec, który przyszedł na świat w takich okolicznościach, pociecha starości swych rodziców, na dobrą sprawę mógłby zostać nazwany Beniaminem, w rzeczywistości jednak otrzymał imię Leopold. Po raz czwarty zagrały geny rodzinne, jeszcze jeden Gottlieb został artystą. Ale cień starszego brata nie przytłoczył go, mimo kultu, jakim pamięć o Maurycym otoczona była w rodzinie i środowisku. Leopold poszedł w malarstwie własną drogą. Uczeń Jacka Malczewskiego i Teodora Axentowicza, na gruncie artystycznym przyjaciel Vlastimila Hofmana czy (wspomnianego już) Witolda Wojtkiewicza, w pierwszych latach dwudziestego wieku tworzył dzieła w nastroju secesyjnym, z czasem sięgając ostrożnie po środki wyrazu właściwe dla fowizmu czy kubizmu.

gottlieb (3) kochankowieLeopold Gottlieb, Kochankowie.
Do daty powstania Viator nie dotarł, ale jego zdaniem (niech fachowcy nie zgrzytają zębami, to jego prywatne odczucie) inspiracje cezannowskie są tu wyraźne, więc chyba rok 1910 lub gdzieś w pobliżu.

Jak przystało na malarza, całe lata przebywał za granicą: Monachium, Paryż, Barcelona. A nawet Ziemia Święta, gdzie w roku 1910 objął stanowisko wykładowcy jerozolimskiej Szkoły Rzemiosł Artystycznych Becalel – pierwszej żydowskiej uczelni artystycznej! Wydawać by się mogło: realizacja marzeń, piastowanych przez pokolenia wygnańców. Wypełnienie życzenia, które od niemal tysiąca dziewięciuset lat rozbrzmiewało podczas święta Paschy: Leszana haba bJiruszalajim! W przyszłym roku w Jeruzalem! Czy można chcieć więcej?

Gdy się jest bratem Maurycego Gottlieba – można, a nawet trzeba. Nie ukoi serca oliwno-cytrusowa Jerozolima, nie zatrzymają w miejscu zaułki i winnica Montmartru. Serce rwie się tam, gdzie pola malowane zbożem rozmaitem. Zwłaszcza, gdy ten kraj pszenno-buraczany jest w potrzebie. Maurycy rozpoczął wędrówkę ku polskości, Leopold ją dokończył: w 1914 roku wstępuje do Legionów. A ma już trzydzieści pięć lat (wiek może nie podeszły, ale znacznie powyżej „średniej legionowej”) oraz, jako się rzekło, spory dorobek i renomę. Dlatego, na życzenie samego Komendanta, chorąży Leopold Gottlieb będzie się zajmował dokumentowaniem epopei I Brygady. Z przyczyn technicznych w grę nie wchodzi malarstwo olejne, ale rysunki oraz litografie – jak najbardziej. Powstało ich około tysiąca, tworzonych w marszu i na kwaterach, zebranych w tece Legiony. Bardzo w kręgach wojskowych cenione, zostały zaprezentowane szerszej publiczności już w roku 1917, na specjalnie zorganizowanej w Lublinie Wystawie Legionów Polskich.

gottlieb 4-5 podwPortretował chorąży Gottlieb zarówno          …jak i tych, którzy pozostali całkiem
tych, co już wówczas, a zwłaszcza później,     nieznani (Portret nierozpoznanego
byli znani (Podpułkownik Kazimierz             oficera Legionów).
Sosnkowski, szef sztabu I Brygady
Legionów
)…

Prace te, tworzone na żywo i na gorąco, niczego nie tracąc na jakości, wiele zyskały na autentyczności. Publicystyczno-dokumentalny charakter nie umniejsza ich artyzmu. Tego, co mówią o legionistach grafiki Gottlieba, nie znajdziemy w pamiętnikach czy powieściach, to coś zupełnie osobnego.

gottlieb6-7odpoczynekXXXXXDokumentował służbęXXXXXXX…i chwile wytchnienia (Odpoczynek
XXXXX(Na posterunku)…XXXXXXXXXna postoju)…

gottlieb8cmentarz…także tego wiecznego (Cmentarz bohaterów).

Jeśli Viator uważa, że warto tyle uwagi poświęcić Leopoldowi, nie chodzi tylko o to, że był on malarzem polsko-żydowskim, ale też o to, że był – po prostu – dobrym malarzem. Gdy wojna się skończyła, znów wyjechał do Paryża, gdzie żył i tworzył do śmierci. Wieloma jeszcze pracami dowiódł, iż posiada talent wysokiej próby.

gottlieb9kobietytulipanCo by tu wybrać z dorobku powojennego? No, niech będzie, specjalnie dla Ewy Marii: Leopold Gottlieb, Kobiety i tulipan (ok. 1934).

Ale wróćmy jeszcze raz na pogranicze kultur. Leopold Gottlieb i pozostali legionowi Machabeusze nabyli sobie prawo do polskości, płacąc za nie najcenniejszym kruszcem. Są i pozostaną niezbędną cząstką polskiej historii i kultury, czy się to komuś podoba, czy nie. Bo zawsze byli tacy, którzy się krzywili z niesmakiem. A i dziś niejeden chętnie by jeszcze pogmerał, pojudził… Na tych opuśćmy zasłonę litościwego, ale niewyrozumiałego milczenia.

**********
Przygotowując tekst powyższy tak się Viator zżył z synem Izaaka z Drohobycza, że właściwie żałuje, iż ani na krok nie ruszył się z domu. Cóż jednak począć: z łużyckich lasów wszędzie tak daleko!

Ale wy warszawiacy? Ale wy krakowiacy? Doceńcie szansę, jaką wam daje miejsce zamieszkania. Odwiedźcie jubileuszowe wystawy, a pospieszcie się, bo niektóre z nich otwarto tylko na kilka dni! Odwiedźcie i potem opowiedzcie o nich czytelnikom tu, na blogu. Viator też chętnie posłucha.

http://www.mkidn.gov.pl/pages/posts/leguny.-wystawa-w-setna-rocznice-czynu-legionowego-4858.php

 http://www.jewishmuseum.org.pl/pl/wydarzenie/zyd-polak-legionista-1914-1920

http://www.muzeum.krakow.pl/Wystawa.585.0.html?&cHash=43fa91ba47b12d27e583c6b4812102f0&tx_ttnews%5BbackPid%5D=26&tx_ttnews%5Btt_news%5D=6477

Wielka Wojna (3)

Tomasz Fetzki

Kriegerdenkmal przydrożny II
reportaż poetyzujący

Opuściwszy Złotnik rusza wędrowiec na zachód. Przejeżdża przez Lubanice. Tak, Lubanice Mikławša Jakubicy. Ale tym razem nie ma po co się tu zatrzymywać: bryła Pomnika Wojennego stoi co prawda, ale jego treść istotna jest całkowicie zatarta: właściwie nie ma na nim żadnej treści.

Jeszcze kilka minut jazdy przez las, bo lasy tutaj są wszędzie, i Viator dociera do Łukaw – przedwojennego Hermsdorfu. Wieś nie ma żadnej przesiedleńczej specyfiki (jak to było w wypadku Złotnika), repatrianci tutaj osiedleni doświadczyli hitlerowskiej okupacji z wszystkimi jej „atrakcjami”, doskonale wiedzieli, na co stać dzielnych aryjskich chłopców, a niemieckie emblematy budziły w nich zrozumiałą odrazę. Jakim więc cudem niezwykłym, jakim trafem nieprawdopodobnym ostał się tutejszy Kriegerdenkmal? Owszem, zdewastowano tablicę z nazwiskami hermsdorferów poległych w bitwach Wielkiej Wojny, ale sam monument stoi. A jaki zadbany! Trawa wokół wykoszona, eleganckie ogrodzenie… Nie ma się co dziwić. To jedyny zabytek w wiosce, bo nawet kościoła tu nie ma; na msze jeździ się do Lubanic. Stoi więc pomnik i bije po oczach swą symboliką: niezwykle czytelną, a przy tym jeszcze obrosłą wtórnymi znaczeniami.

 fetzkipmoniki_6Łukawski Kregerdenkmal: nie tylko przetrwał, ale prezentuje się znakomicie.

Tak jak w Złotniku, obelisk wieńczy Eisernes Kreuz, zaś poniżej umieszczono klasyczną dla obiektów tego typu płaskorzeźbę skomponowaną z miecza, dębowych liści i hełmu. Jest jednak pewna istotna różnica. O ile hełm z pomnika złotnickiego to po prostu wojskowe nakrycie głowy o dość uniwersalnym kształcie, w Łukawach nie ma mowy o wieloznaczności: Viator widzi sławetny (ponurą, rzecz jasna, sławą) niemiecki Stahlhelm.

fetzkipmoniki_7Tak wyrazisty, że nawet my się wzdragamy, nieprawdaż?

Łukawskim repatriantom na pewno często się zdarzało w latach Wojny Drugiej zobaczyć oficera Wehrmachtu, albo i esesmana, na którego szyi pysznił się Krzyż Żelazny. A bandziory w hełmach o charakterystycznym, łamanym obrysie, to była codzienność. Koszmarna codzienność, przeto i koszmarne skojarzenia związały się z tymi akcesoriami. Wygnańcy z Kresów nie musieli koniecznie wiedzieć, że mają one znacznie dłuższą historię: Eisernes Kreuz ustanowiono już w epoce napoleońskiej, zaś hełm stalowy powstał właśnie podczas Wielkiej Wojny; latem 1914 roku cesarscy żołnierze ruszali w bój zdobni jeszcze w Pickelhauby, ale już dwa lata później szturmowali Verdun chroniąc czerepy Stahlhelmami.

Krzyż Żelazny w Łukawach nie zawiera znaku swastyki – jest „pierwszowojenny”. Takoż hełm z płaskorzeźby: widać na nim charakterystyczne wypustki (według legendy miały przypominać pragermańskie rogi à la Wiking, w rzeczywistości służyły do mocowania dodatkowej płyty pancernej chroniącej czoło). Hełmy armii Hitlera owych wypustek już nie posiadały. Ale to nie ma żadnego znaczenia. I hełm i krzyż pozostaną na zawsze symbolami nazistowskiego okrucieństwa. Wojna Druga usunęła Pierwszą w cień.

Viator patrzy na Kriegerdenkmal, a jedna myśl nie daje mu spokoju. Jak to w końcu było? III Rzesza to logiczna konsekwencja setek lat historii niemieckiej, jak chcą niektórzy, czy też aberracja i wybryk tego procesu, jak głoszą inni? Czy istnieje linia rozwoju, wychodząca od Krzyżaków, wiodąca przez zniszczone w 1914 roku belgijskie Leuven i kończąca się na Einsatzgruppen? Czy to był ten mityczny Sonderweg? Ech, za głupi jest Viator, żeby znaleźć odpowiedź… Ale pomyśleć warto. Byle nie za długo, w drogę!

Grabig, czyli po prostu Grabik. I tutaj Kriegerdenkmal uchował się mimo piętna Żelaznego Krzyża, przycupnąwszy gdzieś na uboczu, w zapuszczonym parku. I tutaj dziś stoi odświeżony, przeniesiony w inne, bardziej eksponowane miejsce, ponadto zaopatrzony w tabliczkę z tłumaczeniem wzruszającej niemieckiej inskrypcji. I przy nim ktoś postawił znicz. To może nie warto dublować wrażeń?

fetzkipmoniki_8Wy, którzy walczyliście i polegliście bohaterską śmiercią, nigdy o Was nie zapomnimy! Jeśli jednak ludzie przestaną kiedyś o Was mówić, to ten kamień nigdy nie zamilknie. Rzeczywiście – nie milczy.

Chwila, moment! Popatrzmy, poczytajmy. Ale przede wszystkim – policzmy. Dokumenty mówią, że w przededniu Wielkiej Wojny Grabig liczył około siedmiuset dusz. A Kriegerdenkmal krzyczy, iż wojna zabrała z tego grona czterdziestu czterech poległych i dwóch zaginionych. Jak to mówiono? Rzeźnia? Maszynka do mielenia mięsa? Chcecie maszynkę – macie maszynkę!

Obelisk każe pomyśleć o jeszcze jednym epizodzie Wojny Pierwszej. Ona tak naprawdę nie skończyła się w wagonie pod Compiègne. Rozszalałego żywiołu nie można uspokoić pstryknięciem palcami, ot tak! Walki tu i ówdzie toczyły się jeszcze kilka lat: rosyjska wojna domowa, rumuńska interwencja w Węgierskiej Republice Rad, Powstanie Spartakusa, Bitwa Warszawska, wojna turecko-grecka, Powstanie Wielkopolskie i trzy Powstania Śląskie, zduszenie Bawarii Radzieckiej… Wymieniać można bez końca. Długo musiała nieszczęsna Europa czekać na upragniony spokój. Śmierć ostatniego żołnierza wymienionego na obelisku z Grabika nastąpiła czwartego czerwca 1919 roku. Gdzie? Może w walce z Polakami? Może w jednej z setek bitew, jakie na ulicach niemieckich miast prowadziły ze sobą Freikorpsy i oddziały Czerwonych? A może zostawmy te pytania daremne i jedźmy dalej.

Na przykład do Sieniawy Żarskiej, niegdyś znanej jako Schönwalde. W centrum osady stoi dawny Kriegerdenkmal, jednak jest całkowicie „spolszczony”, dlatego dziś go uwagą nie zaszczycimy. Ale w lesie za wsią, na tyłach boiska piłkarskiego znajdziemy, o ile to określenie jest na miejscu, prawdziwy cymes. Pomnik, jaki swoim poległym w Wielkiej Wojnie kolegom wystawili członkowie Towarzystwa Gimnastycznego Sieniawa.

fetzkipmoniki_9Kriegerdenkmal, a właściwie Denkmalanlage.

Ten dowód pamięci sieniawskich sportowców jest godny uwagi i pochwały, ale przyznajmy, smak artystyczny fundatorów monumentu był… powiedzmy, taki sobie. Szczególnie w wypadku dwóch patetycznych postaci, trzymających straż po obu stronach pomnika. Widać je, choć niewyraźnie, na starych fotografiach. Germańscy wojownicy, a może aniołowie, dzierżący miecze. Rzeźby wykonano z nietrwałego materiału, toteż do dziś się nieco „rozpłynęły”

fetzkipmoniki_10Statua „roztopiła się”, ale miecz widać wyraźnie.

Z tyłu, za pomnikiem, jeszcze jedna niespodzianka. Ku czci każdego z poległych kolegów gimnastycy posadzili dąb i postawili kamień upamiętniający miejsce jego śmierci. Odczytać można jeszcze dwa napisy: Reinhold Dalitz 6.4.16 Charkow oraz Adolf Klaus 15.6.16 Lippica.

fetzkipmoniki_11Charków – jasne. Ale gdzie leży Lippica?

Gdyby zachowały się pozostałe inskrypcje, być może otrzymalibyśmy panoramę wszystkich krain, w których walczyli i ginęli mieszkańcy Łużyc. Galicja, Francja, Rosja, Turcja, afrykańskie kolonie, trzy oceany. Może jeszcze gdzieś indziej? Viator miał kiedyś trzech kolegów Ukraińców. Mieszkali po sąsiedzku, w promieniu dwudziestu kilometrów. Ale zaszczytną służbę czerwonoarmisty jeden pełnił w Magdeburgu, drugi za kręgiem polarnym, trzeci nad Amurem. A każdy niebiosom dziękował, że nie w Afganistanie. Imperia tak już mają.

Wspomina sobie Viator dawne czasy, mknąc (jakżeby inaczej) przez las. Gdy już przez niego przebrnął, na dalekich przedmieściach Żar, w miejscu, gdzie kiedyś była strzelnica sportowa, odnajduje jeszcze jeden, by tak rzec, „korporacyjny” Pomnik Wojenny. Głaz postawiony przez członkowie tutejszego towarzystwa strzeleckiego na pamiątkę kolegom strzelcom, którzy z Wojny nie wrócili.

fetzkipmonikiTen pomnik nie miał szczęścia. Dźwignięty kilka lat temu z ziemi i ustawiony na cokole, powtórnie został obalony. Przez „nieznanych sprawców”.

A ornamentem są oczywiście miecze, hełmy i dębowe liście. To już jest irytujące! Nie z powodu monotonii, ale hipokryzji. Tam – ropiejące rany, szczury, wszy, bebechy na wierzchu i szczątki miesiącami gnijące na ziemi niczyjej. Tutaj – listki, wieńce i oręż paradny. I tak sobie myśli Viator, kierując się już ku domowi, że dopóki potomstwo bohaterów wojennych podczas uroczystości rocznicowych będzie słuchać bicia dzwonów i oglądać poczty sztandarowe, ale nie będzie miało okazji, choćby na chwilę, powąchać trupiego smrodu, to nic, ani Pierwsza, ani Druga, ani żadna Wojna nie nauczy ich rozumu. Amen.