Orient powszedni VII

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Słońce powoli zaczyna chylić się ku zachodowi. Natomiast Wędrowcy ruszają na wschód, żegnając Drohiczyn. Jeszcze chwilę towarzyszyć im będzie Bug.

Następne miały być Siemiatycze. I byłyby, gdyby Viator, chwilę przed zakrętem wiodącym ku temu miastu, nie zauważył skromnej tabliczki, wskazującej inny cel. Czy to możliwe, że Wędrowiec, przygotowując trasę wyprawy, pominął to miejsce? Gdzie się podział jego sławetny profesjonalizm?! Jak to się mogło stać?!! Nie szkodzi. Nic straconego. Tylko, niestety, zaplanowaną wizytę trzeba będzie odłożyć na kolejny pobyt w tych stronach, bo na wszystko czasu z pewnością by zabrakło. Wybaczcie, Siemiatycze! Tym razem nie zakręcamy, jedziemy prosto.

Wjeżdżamy na tereny zamieszkałe w dużym stopniu, miejscami w większości, przez prawosławnych Białorusinów. Tutaj nawet zwykłe krzyże przydrożne wyglądają inaczej.

Mijając wiele takich krzyży, Wędrowcy zbliżają się ku Świętej Górze. Ach, te święte góry! Olimp, Parnas, Synaj, Nebo, Syjon, Tabor, Garizim i Ebal, Mount Graham, Ayers Rock, Ślęża, Łysica, Athos, Subiaco, Coropuna… Góry miały i mają w sobie coś mistycznego – stwierdzenie to banalne, ale prawdziwe. Ludzie zawsze uważali, że wzniesienia są wyśmienitym miejscem na spotkanie z Najwyższym. Góra się wyróżnia. Góra przyciąga wzrok i myśli. Góra wyrasta z równiny, jak sacrum górujące nad profanum, jak święto przerywające ciąg nudnych, powszednich dni. Góra daje poczucie czegoś wzniosłego, szansę na wyrwanie się z miałkiej szarzyzny. Daje nadzieję na… nadzieję.

Nawet, jeśli to w rzeczywistości zaledwie pagórek, wzgórze. Choćby Jasna Góra: górą nie jest, ale mimo to stała się świętą górą. Tak mają katolicy, tak też sprawa się przedstawia u ortodoksów: Święta Góra Grabarka (bo, ku niej, rzecz jasna, zdążają właśnie Wędrowcy) to właściwie niezbyt wysokie wzgórze. Ale świętą górą jest bez żadnej wątpliwości. Taką ją bowiem uczyniła nadzieja wiernych, którzy pielgrzymują tutaj od kilkuset lat. Od ilu dokładnie, trudno orzec. Niektórzy mówią, że już od XIII wieku, inni, że od XVIII. Nieważne. Z pewnością pielgrzymują od dawna i z gorącą wiarą.

Najliczniej przybywają w Święto Przemienienia Pańskiego. Przywołującego tajemnicze wydarzenie z góry Tabor:

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!”

Grabarka to Podlaski Tabor. Orient powszedni…

W cerkwi Przemienienia Pańskiego, tej która, podpalona, spłonęła była dwadzieścia osiem lat temu i którą starannie odbudowano, trwa wieczorne nabożeństwo. Święty Starzec wiedziałby, jako ono się nazywa. Viator nie wie. Ale chodzi zapewne o coś w rodzaju prawosławnych nieszporów. Płoną setki świec. Świętą Liturgię odprawia się na Grabarce z wielką pieczołowitością: dbają o to mniszki, które zamieszkały tutaj, zakładając monaster, wkrótce po zakończeniu Wielkiej Wojny i po zmianie granic.

Wchodzić do wnętrza i przeszkadzać Wędrowiec nie chce. Zdjęć robić i tak nie byłoby tam wolno. Ale widok z zewnątrz też chyba nie rozczaruje Czytelników.

Tutaj, jako się rzekło, przybywają pątnicy z gorącą wiarą. Jej znakiem są krzyże wotywne, które od lat przynoszą ze sobą i ustawiają wokół cerkwi. I to jest chyba największa różnica między Grabarką a Jasną Górą. Kaplica Czarnej Madonny też jest gęsto obwieszona wotami. Ale dziękczynnymi, za wysłuchane modlitwy. Tutaj stoi las krzyży błagalnych. Las… Opisać jego atmosfery Viator się nie podejmie, nie ten warsztat. Fotografie powiedzą więcej.

Każdy krzyż to czyjś dramat, troska, krzywda, choroba, zdrada i diabli… przepraszam! anieli wiedzą, co jeszcze. Tysiące małych i dużych strapień. Przeto tuż obok zbudowano drugą, pomocniczą cerkiew, pod wezwaniem Ikony Matki Bożej “Wszystkich Strapionych Radość”. Viator wie, że na jego strapienia nie ma lekarstwa, będzie je dźwigał do samego końca. Przeto wzdycha jedynie i ruszają Wędrowcy dalej, tym bardziej, że noc nadchodzi wielkimi krokami. Noc astronomiczna, nie mistyczna. Na szczęście!

Mijają Podróżnicy pędem wsie i miasteczka. Takie, gdzie Polaków nie ma prawie w ogóle, lub są w mniejszości. Bywa, że stoi w nich tylko cerkiew, czasem świątynie obu obrządków. Na przykład w Kleszczelach. Tutejsza cerkiew jest tak niezwykła, że, mimo pośpiechu, Pielgrzym musiał się zatrzymać i ją uwiecznić. Błękitna Brama Niebios…

Rozum każe się zatroszczyć o nocleg. Ale serce nie pozwala. Viator przygotował coś specjalnie dla Viatorki i musi Ją tam zawieźć, po prostu – musi. Tam, czyli do Bielska Podlaskiego. Są w tym mieście warte uwagi kościoły, są też piękne cerkwie.

Jednak nie dla nich już niemal o zmroku zatrzymuje Wędrowiec auto na bialskim rynku. Nie dla nich!

Viatorka

Uparł się Viator, mimo późnej pory, aby zamiast szukać noclegu, koniecznie jechać do Bielska Podlaskiego, choć nie zdradził, dlaczego. Powiedział tylko, że warto, a jak nie dziś, to innej okazji może nie być. No to pojechaliśmy. Zobaczyliśmy cerkiew, podjechaliśmy na rynek… No tak, znajome to miejsce, choć Viatorka jest tutaj po raz pierwszy w życiu! Tą właśnie – tyle, że niegdyś wyłożoną kocimi łbami, pełną dziur i kałuż – uliczką, niezwykle przystojny hrabia Leszek Czyński podjeżdżał motocyklem do sklepu z pasmanterią, w którym igły, nici i tytoń sprzedawała skromna i uboga, ale o wielkiej urodzie sierota, niejaka Marysia Wilczurówna.

Tak, Czytelnicy na pewno też już poznają: to plenery Znachora, wyreżyserowanego w 1981 przez Jerzego Hoffmana na podstawie powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Kolejne pokolenia mają okazję oglądać ten kultowy już melodramat w każde święta, zarówno religijne, jak i państwowe, na różnych kanałach telewizji publicznej, na zmianę z Trędowatą tego samego reżysera.

Któraż z kobiet nie chciała być na miejscu Marysi, wtulać się w ramiona przystojnego hrabiego – granego przez Tomasza Stockingera – szaleńczo zakochanego, gotowego popełnić mezalians, a nawet odebrać sobie życie, gdy myślał, iż utracił swą miłość na zawsze! Który z mężczyzn nie wpatrywał się w piękne, wielkie oczy Marysi, której twarzy użyczyła Anna Dymna! Któż nie wzruszał się losami doświadczonego życiem, dobrego doktora Wilczura, który spotkał swą córkę, choć tak długo jej nie poznawał!

Nie, to stanowczo nie jest jakieś tam byle romansidło dla pensjonarek. To dobrze nakręcony i świetnie zagrany film, mimo że jego fabuła niezbyt jest skomplikowana. I choć Viatorka oglądała go niezliczoną ilość razy, zawsze z sentymentem do niego wraca.

Z uroczej uliczki, jaką widzimy w filmie, niestety mało się zachowało. Wyłożono ja szarą, smutną kostką brukową. Stoją już tylko dwa stare domy, między innymi ten, gdzie mieścił się sklep Marysi, o czym przypomina szyld Znachor. Niewiele zostało. Ale i tak warto było tu zajechać. Viator miał rację!

Nocleg zaplanowało Viatorostwo w Dubiczach Cerkiewnych – wiosce będącej stolicą gminy z najmniejszym w całym kraju odsetkiem ludności polskiej. Ponad osiemdziesiąt procent Białorusinów! Kiedy wjeżdżaliśmy, było już ciemno, ale i tak do tego stopnia zaintrygował nas mijany cmentarz prawosławny z XIX wieku, że rankiem następnego dnia wróciliśmy aby obejrzeć go w świetle słońca. Tak „barwnej” – na swój sposób, rzecz jasna – nekropoli jeszcze nie widzieliśmy.

Orient powszedni VI

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Sforsowawszy Bug mostem we Frankopolu wjeżdża Viatorostwo do Drohiczyna. Chwilę się tu Wędrowcy zatrzymają. Raz, że zmęczenie po spływie kajakowym daje się we znaki. Dwa, że miasto godne jest uwagi: będzie trochę o historii, co obiecał tydzień temu Viator Czytelnikowi Maciejowi. Trzy – ten krótki odpoczynek to swego rodzaju trampolina przed skokiem; do końca dnia wciąż daleko i wiele jeszcze Pielgrzymi dziś zobaczą. Ale o tym za tydzień.

Zdecydowanie najpiękniejsza panorama miasta rozciąga się z lewego, południowego brzegu rzeki. Raz jeszcze warto ją sobie przypomnieć:

Drohiczyn rozsiadł się na wysokiej skarpie nad Bugiem. Położenie takie, że aż prowokuje kłopoty z wielką historią!

Viator urodził się, wychował i mieszka, a zapewne także pożegna się z tym łez padołem, w niewielkim, około czterdziestotysięcznym mieście. Nigdy nie rościł sobie pretensji do wielkomiejskości. Ale, nawet z jego perspektywy, Drohiczyn to naprawdę malutkie (i senne – zwykle w taki związek frazeologiczny łączy się to w polszczyźnie) miasteczko. Gdzie się pomieściła ta wielka historia?

Na przestrzeni dziejów zdążył być Drohiczyn twierdzą graniczną i przedmiotem ciągłego sporu między Rusią Kijowską (potem zaś Litwą) a Mazowszem (następnie, co oczywiste, Polską): Polacy trzymali lewy brzeg, na prawym rządzili: Jarosław Mądry, Daniel Halicki, Trojden, Olgierd, Kiejstut i Witold. Po zjednoczeniu Korony z Litwą miasto straciło funkcję umocnionej rubieży, a zyskało rangę stolicy województwa Podlaskiego i, co za tym idzie, silną pozycję gospodarczą. Wzrosła liczba ludności, pobudowano liczne świątynie katolickie, prawosławne i unickie. Bogactwo pogranicza.

Istniały właściwie dwa grody: Drohiczyn Lacki na, nie wiedzieć czemu, ruskim, czyli północnym brzegu i, konsekwentnie, Drohiczyn Ruski na brzegu lackim, polskim, południowym. Ten drugi już nie istnieje: po szwedzkim Potopie nastąpił upadek ekonomicznej potęgi miasta. Z Drohiczyna Ruskiego pozostały nadrzeczne łęgi, po których brodzą żurawie. Zresztą, nie tylko Szwedzi pustoszyli miasto. Przedtem i potem zapędzały się tutaj zagony mongolskie, jaćwieskie, krzyżackie, tatarskie, siedmiogrodzkie i moskiewskie. Przekleństwo pogranicza!

Stracił Drohiczyn znaczenie gospodarcze, ale zachował kulturowe. Działały tu liczne szkoły, z najsłynniejszym jezuickim Collegium Nobilium (nie mylić, rzecz jasna, z uczelnią pijara Stanisława Konarskiego w stanisławowskiej Warszawie). Takie jezuickie kolegium to, według dzisiejszych kryteriów, coś między liceum a uczelnią wyższą – czyli nie byle co!

A potem, wiadomo: zabory, marazm, upadek. Tym bardziej, że miasto pozostało w granicach Ziem Zabranych, nie znalazło się na terenie Księstwa Warszawskiego ani Kongresówki. Gdyby leżało na drugim brzegu Bugu, to tak, ale w tej sytuacji… Świątynie zmieniały swą przynależność. Zabierane przez Rosjan katolikom stawały się cerkwiami prawosławnymi, a potem, po 1918 roku – na odwyrtkę. Nic nowego, wiele już razy spotkało się Viatorostwo z takimi losu kolejami – koleinami raczej – w swej podróży po Oriencie Powszednim. Specyfika pogranicza.

Dziś stoi w mieście prawosławna cerkiew świętego Mikołaja.

Jest też katolicki, pofranciszkański kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny z klasztorem, pełniącym obecnie funkcję muzeum diecezjalnego.

Diecezjalnego? Ano tak. Zwykle siedzibą diecezji jest większe miasto, ośrodek naukowy, gospodarczy, administracyjny. Zresztą – zawsze tak było. Z drobnymi wyjątkami wszelakoż. Czasami względy historyczne, prestiżowe i diabli… – przepraszam! anieli wiedzą, jakie jeszcze – przemawiały za tym, aby biskup obrał na swą siedzibę miasteczko prowincjonalne.

Drohiczyn przez całe Dwudziestolecie Międzywojenne leżał w Diecezji Pińskiej. Zmiany granic po roku 1945 spowodowały, iż stał się stolicą ostatniego skrawka tejże diecezji, leżącego w granicach Polski. Co Kościół z powagą celebrował, lokując tutaj półoficjalnie siedzibę diecezji, zwanej Drohiczyńską – nazwa Pińska była zbyt ryzykowna i dla władz drażniąca. Zresztą, nie tylko tutaj tak postąpiono: jedyny fragmencik Archidiecezji Lwowskiej, jaki pozostał po wojnie w Polsce, to Lubaczów z okolicami. Oficjalnie twór ów nazywał się Diecezją Lubaczowską, ale i tak wszyscy wiedzieli, że chodzi o Lwowską.

Ostatecznie sprawę uporządkowała w roku 1992 bulla Jana Pawła II Totus Tuus Poloniae Populus, tworząca nową strukturę administracyjną Kościoła Katolickiego obrządku łacińskiego w Polsce. Małe miasteczka, takie jak Lubaczów (wraz z Zamościem co prawda), Pelplin i Drohiczyn, już całkiem oficjalnie, stały się siedzibami diecezji. Ale Drohiczyn jest z nich zdecydowanie najmniejszy: dwa tysiące mieszkańców!

Jest diecezja, to musi być katedra. Jej funkcję pełni pojezuicka świątynia Trójcy Przenajświętszej.

Jest diecezja, to musi być Wyższe Seminarium Duchowne – autentyczna uczelnia wyższa w dwutysięcznym miasteczku – które ulokowało się w zabudowaniach pojezuickiego kolegium (wspomnianego Collegium Nobilium).

To właśnie ten zespół pojezuicki – katedra i seminarium – prezentuje się tak imponująco w panoramie Drohiczyna widzianej z południowego brzegu Bugu. Z bliska też przedstawia się okazale.

Ale na skróceniu dystansu znacznie bardziej zyskuje budowla, która w panoramie przycupnęła skromnie po lewej stronie: w ocenie Viatora najpiękniejsza świątynia Drohiczyna, barokowy kościół sióstr benedyktynek pod wezwaniem Wszystkich Świętych. Ponoć projektował go sam Jakub Fontana. To możliwe, bo rękę mistrza widać tu wyraźnie.

Wichry historii przewiały się. Pozostało wspomnienie dawnej chwały. Pozostała Góra Zamkowa.

Kiedyś, rzecz jasna, stał tutaj zamek: po prawdzie pełnił on raczej funkcje administracyjne niż militarne, ale stał. Dziś nie ma po nim śladu. Jednak warto się wdrapać na wzgórze: z żadnego innego miejsca w Drohiczynie nie uświadczysz wędrowcze tak pięknych widoków Bugu.

Wichry historii wiać będą dalej. Być może kiedyś całkowicie zmiotą miasto z powierzchni ziemi. Rzeka będzie trwać.

Viatorka

Viatorka cieszyła się od dawna na spotkanie z Podlasiem – nie tylko ze względu na piękno krajobrazów, czy ciekawe zabytki będące świadkami historii. Z równie wielką niecierpliwością czekała na spotkanie z regionalną kuchnią. Uwielbia bowiem wszelkie pierogi, ziemniaki w każdej postaci oraz kluski (oprócz tych lanych w zupie). Niestety: od lat rzadko może sobie pozwolić na taką dietę. Nie chodzi o „trzymanie linii” dla urody! Viatorka po prostu nie może nabrać kilogramów, aby nie stracić możliwości samodzielnego poruszania się i nie nadwyrężać kręgosłupów tych, którzy jej w różnych sytuacjach pomagają. No, ale w czasie takiej regionalnej eskapady, ograniczeń w diecie nie ma…

Podczas podróży po Podlasiu po raz kolejny przekonała się Viatorka o prawdziwości twierdzenia, że my Polacy nie za bardzo cenimy to, co nasze, rodzime. Już poprzedniego dnia Viatorstwo szukało restauracji, gdzie można byłoby zjeść regionalne potrawy. Ale gdzie tam! Bez problemu kupisz pizzę, kebab, hamburgery, schabowego, czy grillowaną pierś kurczaka. Lecz nie tradycyjne potrawy, których podstawą są ziemniaki i kasza. Czyżby były za mało wykwintne dla rodzimych turystów? A może raczej to autochtoni mają takie zdanie o swoich rodakach?

W internecie w końcu udało się znaleźć restaurację serwującą potrawy regionalne: „U Ireny” w Drohiczynie. Strasznie głodni trafiliśmy tam po godz. 16. I trzeba powiedzieć: warto było!

Na początek: ZAGUBY. W ciasto pierogowe zawija się farsz z tartych ziemniaków przesmażonych z cebulką i boczkiem. Pycha!

Potem babka ziemniaczana. Z utartych surowych ziemniaków wymieszanych ze skwarkami ze świeżo stopionego boczku lub słoniny, pikantnie przyprawionych i zapieczonych na złocisto-brązowy kolor. Strasznie duża porcja. Ale jakie to dobre!

Skusiło się też Viatorstwo na półmis (tak stało napisane w karcie dań – półmis, nie półmisek – ach, ten snobizm marketingowy!) pierogów: z mięsem, kaszą gryczaną i boczkiem, ze szpinakiem i fetą, z kapustą i grzybami. 12 sztuk to jednak dużo, Viatorka szybko zrozumiała, iż przeliczyła się z siłami….

Do popicia litewski kwas chlebowy. Dlaczego u nas nie jest popularny? Dziwne. Według internetu ten sfermentowany napój z chleba ma liczne właściwości zdrowotne. Wzmacnia odporność, reguluje trawienie, a nawet sprzyja odchudzaniu. I jest smaczny. W Polsce stał się powszechnie znany za czasów Władysława Jagiełły

Na koniec parowańce, tu w wersji na słodko. Nie, ta akurat potrawa rozczarowała. Znane chyba w całym kraju pyzy drożdżowe przygotowane na parze (w Wielkopolsce zwane kluchami na łachu, czy pyzami poznańskimi), tutaj zostały polane odrobiną sosu czekoladowego, a przy nich położono winogrona. Jakoś to mało regionalne….

Ogólna jednak ocena: piątka. Szkoda, że te wszystkie potrawy takie syte, nie było już nawet siły skosztować kartaczy, czyli cepelinów – zresztą Viator stanowczo stwierdził, że tych należy próbować w Suwalskiem, bo tam jest ich „ojczyzna”. Czyli za dwa dni.

Orient powszedni V

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Pogoda piękna, słońce od rana świeci mocno, ale nie przenikliwie. Viatorostwo wyspane i głodne nowych wrażeń. Zapowiada się kolejny intensywny dzień.

Pratulin. Mała wioska naznaczona wielką historią, roztrząsaną w poprzednim odcinku. Gdy rosyjski zaborca zabrał się, korzystając z pretekstu, jakim było niebłagonadiożne Powstanie Styczniowe, do likwidacji ostatniej – chełmskiej – diecezji Cerkwii Unickiej. Jesteś obrządku wschodniego? To wracasz do prawosławia i nie ma gadania!

Łatwo powiedzieć. Unia miała kilkusetletnią już tradycję, wierni, mimo podobieństwa liturgii, nie czuli szczególnych związków z prawosławiem, zwłaszcza rosyjskim. W kilku miejscach stawili opór duchownym ortodoksyjnym, którzy wkraczali, zazwyczaj w asyście wojska, by przejąć ich świątynie. Polała się krew. W Pratulinie zginęło 13 unitów. Najmłodszy miał 19 lat, najstarszy – 50. Sami mężczyźni, każdy, z wyjątkiem najmłodszego, osierocił żonę i dzieci.

Na nic było ich poświęcenie. Unię zlikwidowano, kilkaset tysięcy wiernych stało się przymusowymi prawosławnymi. Aż do roku 1905. Wtedy, po rewolucji, która spowodowała falę krótkotrwałej odwilży, pozwolono im powrócić do katolicyzmu. Ale wyłącznie w obrządku łacińskim – ot, taki szczegół. A próba odnowy Unii, o której pisał Viator w zeszłym tygodniu w Kostomłotach, też nieszczególnie się powiodła.

Ciężko jest pogodzić się z faktem, że ofiara życia idzie na marne. Różnie sobie ludzie z tym radzą. Można na przykład wynieść męczenników na ołtarze, ogłosić, iż w wymiarze eschatologicznym odnieśli zwycięstwo. Tak uczyniono i tutaj: Jan Paweł II ogłosił trzynastkę unitów błogosławionymi w 1996 roku. Kościół w Pratulinie nosi miano Sanktuarium Błogosławionych Męczenników Podlaskich. Choć, po prawdzie, to już inny kościół: cerkiew, której bronili zamordowani, została rozebrana przez Rosjan w roku 1886 (tak na wszelki wypadek, żeby nie było okazji do kultywowania pamięci zbrodni). Kilka lat temu na jej miejscu postawiono stary, drewniany kościółek, przeniesiony ze Stanina. Tyż pikny, ale to już nie to…

Kościółek, Martyrium, jest otoczony wieńcem trzynastu kapliczek: po jednej dla każdego z męczenników. Ta na przykład poświęcona jest Wincentemu Lewoniukowi. temu, który padł pierwszy od salwy kozackiej.

Oj, Wincenty, Wincenty! Czy warto było? Ledwo dwadzieścia pięć lat, żona, dzieci zapewne też. Czy warto było kłaść to wszystko na ołtarzu wierności?

W ogóle – pyta sam siebie Wędrowiec – czy warto? Dla jakiej wiary czy idei warto? Niestety, ofiara z życia nie świadczy o prawdzie czy nawet wartości którejkolwiek z nich. Przykra to konstatacja i boleśnie ją wypowiadać, ale ludzie umierali ochoczo, z poświęceniem, za tak różne ideały, czasem wręcz zbrodnicze, że męczeństwo niestety nie przesądza o niczym. Na pewno nie o tym, czy bliżej do Boga ma łacinnik, ortodoks albo unita. Chrześcijanin, żyd czy zgoła ateusz. Za każdą z tych idei ludzi szli na śmierć ze śpiewem na ustach.

Ale jedno jest oczywiste, już zresztą na Majdanku Viator dał wyraz temu przekonaniu: moment, gdy ktoś uznaje, że ma prawo decydować za bliźniego, w co ten ma wierzyć, jakim bogom i w jakich szatach liturgicznych powinien się kłaniać, gdy przyznaje sobie prawo do decydowaniu o życiu innych – ten moment to czarne jądro i źródło wszelkiego zła. Chciałoby się rzec do tych ludzi: odpierdolcie się i dajcie nam żyć w spokoju! Niestety. Doświadczenie uczy, że się nie odpierdolą. Żeby pozostać sobą, żeby zachować szacunek dla samego siebie, trzeba im się przeciwstawić.

Umierać za idee? Nie warto. Ale czasem trzeba.

Czy o tym myśli dusza Wincentego, w gołębia wcielona, gdy na gontach dzwonnicy wraz z towarzyszem przysiadłszy, smętnie grucha?

Nie lepiej żyć w zgodzie? Wygląd krzyża ma decydować o tym, kogo nienawidzę? No bzdura, absurd, dewiacja! Niech stoją sobie oba. Komu tu przeszkadza? Ano – są tacy, którym przeszkadza. I zawsze będą.

Nie da się tak trwać zbyt długo w bolesnych rozważaniach, w zawieszeniu między doczesnością a wiecznością. To wbrew zasadom higieny psychicznej. Zajmijmy myśli czymś lżejszym.

Janów Podlaski. Niegdyś miasto, siedziba biskupstwa. Dziś senna wioska na równinach nadbużańskich. Wielka historia ostatnio omija ją raczej. Może dlatego na rynku zachowały się jakimś cudem jedne z najstarszych w Polsce dystrybutory paliwa? Stacja benzynowa z 1928 roku!

Ale jeśli ktoś się uprze, by o tej wielkiej historii podumać, to proszę bardzo. Kolegiata św. Trójcy, dawna katedra diecezji janowskiej. Ślad po minionej chwale

We wnętrzu świątyni grobowiec oraz pomnik Adama Naruszewicza. Chcieliście wielkiej historii, to macie: życiorys rozdarty między Konstytucją 3 Maja a Targowicą. Patriotyczną publicystyką a pobieraniem jurgieltu. Pisarstwem oświeceniowym a podlizywaniem się carycy Katarzynie. Potępieniem zwyrodniałej cywilizacji a zamieszkiwaniem w luksusach janowskiego pałacu biskupiego. Ciekawe czasy, ciekawi ludzie, których trudno jednoznacznie oceniać.

Jest jeszcze wcześnie, poranne słońce jasno oświetla statuę Biskupa. Jest jeszcze wcześnie, ale Pielgrzym ma już dość zmagania się z przyciężkawymi dylematami. Musi, koniecznie musi, odetchnąć choć na chwilę.

Tutaj uda się to najłatwiej. Mężnie zwalcza Viator pokusę rozważań historiozoficznych o dziejach janowskiej stadniny. Stwierdza po prostu, iż klasycystyczna Stajnia Zegarowa jest piękna.

Jeszcze bardziej po bohatersku nie zagłębia się Wędrowiec w dywagacje na temat tego, co się tutaj, w myśl zasady Co by tu jeszcze spieprzyć panowie, co by tu jeszcze? ostatniemi laty z woli władz działo.

Nie i jeszcze raz nie! Dłuższą chwilę spędza Viator z Viatorką na kontemplacji piękna koni. Ich wolności i szczęścia. Li i jedynie.

Chciałoby się zostać z janowskimi arabami znacznie dłużej. Ale nie można. Bug wzywa! Spotkamy się z nim w Serpelicach.

Viatorka

Viatorka urzeczona była pięknem Janowskich arabów, ich niesamowicie długimi szyjami i nogami. Tym luzem i poczuciem wolności. Kilkadziesiąt koni na zielonym wybiegu to sobie kłusowało, to się pasło, to znów zażywało piaskowych kąpieli. Kolejno podchodziły do niewielkiegomiejsca wśród trawy, wysypanego suchym, rozgrzanym od słońca żwirkiem. Najpierw zginały długie, przednie nogi, siadały, przewracały się na bok, potem na grzbiet i radośnie tarzały się wymachując wszystkimi kończynami, zupełnie jak Viatorostwa ukochane psiaki. Uroczy widok. Viatorostwo zatrzymało się przy tej scenie najdłużej, robiąc zdjęcia i nagrywając filmik na smartfona. Dla jednego z ogierów chyba coś musiało być podejrzane, bo leżąc zaczął nas bacznie obserwować. Mimo że odległość między nami była dość duża, mieliśmy z tym zwierzęciem autentyczny, długotrwały kontakt wzrokowy. Niesamowite uczucie. Szczęśliwe konie! Czują się wolno i swobodnie, choć tak naprawdę są dla ludzi jedynie lokatą kapitału, ekskluzywną, żywą zabawką, a nawet tematem debaty i walki politycznej.

Czas jechać dalej – nad BUG. Strasznie cieszyła się już od kilku dni Viatorka na perspektywę spływu kajakiem po tej romantycznej rzece. I w ogóle na to, że po półtorarocznej przerwie spowodowanej różnymi przykrymi wydarzeniami, znowu, jeśli tylko pogoda dopisze, wsiądzie do kajaka.

Od kilku lat to Viatorostwa ulubiona forma rekreacji. Ulubiona, bo niesamowitych wrażeń dostarczyła każda rzeka, zalew, jezioro, jakie przepłynęliśmy. Ale ulubiona również dlatego, że jest to jedna z nielicznych aktywności dających tak bliski kontakt z przyrodą, która jest dla Viatorki, osoby mocno już niepełnosprawnej, dostępna. Kiedyś, ponad dwadzieścia lat temu, jeszcze w czasach narzeczeństwa, chodziło Viatorostwo po górach. Omijaliśmy tylko te zatłoczone, gdzie przed wejściem na szczyt czekać było trzeba w kolejce. Straszny był to już wtedy dla Viatorki wysiłek, ale ta przestrzeń, te widoki, rekompensowały wszystko.

Dziś o chodzeniu po górach mowy nie ma, choć nie tak dawno podejmowało Viatorostwo udane, jakkolwiek karkołomne, próby dotarcia tylko we dwójkę, Viatorka na wózku inwalidzkim rzecz jasna, w różne ciekawe miejsca – chociażby do zamku Bolczów w Rudawach Janowickich.

Z kajakiem aż takich problemów nie ma – trzeba tylko znaleźć trasę bez przenosek, dogodne, płaskie dojście i wyjście z rzeki, pomóc Viatorce wsiąść i wysiąść, a właściwie wsadzić i wyciągnąć ją z kajaka. A w trakcie spływu oddaje się Viatorka po prostu z pełnym zaufaniem w ręce Viatora, który świetnie posługuje się wiosłem, no i umie, w przeciwieństwie do Viatorki, pływać. I nigdy jeszcze Viator tego zaufania nie zawiódł. Potem można przez kilka godzin chłonąć przyrodę, świeże powietrze, widoki, ciszę i napawać się poczuciem wolności.

To dopiero 29 kwietnia. Po raz pierwszy tak wcześnie wybrało się Viatorostwo na spływ, a Bug to jednak spora rzeka – woda pewnie jeszcze bardzo zimna. Ale nic, ruszamyw Serpelicach, jak zwykle samodzielnie, nie w grupie, bo tylko tak lubimy.Ma być tylko przyroda imy!

Niestety, jak się okazało, nie w tym przypadku. Serpelice to miejscowość wypoczynkowa. A jak najbardziej lubią odpoczywać polscy turyści? Cóż: w tłoku i hałasie. Jak jest rzeka, to po co męczyć ręce wiosłem, skoro lepiej mieć motorówkę. Przez pierwszą część spływu towarzyszył Viatorostwu huk silników, wysokie fale niebezpiecznie kołyszące kajakiem oraz widok łodzi motorowych, gdzie na dziobach opalali się rozebrani do pasa panowie z piwem w ręce (oraz z okazałym zazwyczaj mięśniem piwnym) – takie nowoczesne Galiony. Stojący na brzegu wędkarze wyglądają na przyzwyczajonych do tego, ani śladu irytacji na twarzach. A wzdłuż brzegu samochody – każdy kierowca chce stanąć jak najbliżej wody, potem rozpala małego grilla i zupełnie go nie zraża fakt, że co chwilę jego wysmażane kiełbaski pokrywa chmura kurzu spod kół przejeżdżających tuż obok kolejnych aut.

Ale właściwie po co Viatorka się czepia? W końcu każdy odpoczywa tak, jak lubi. Zresztą po godzinie z ulgą minęło Viatorostwo te krzyczące oznaki cywilizacji. Uff, nareszcie cisza i spokój.

Zmieniające się widoki, pola, lasy, zarośnięte wysepki. Im dalej, tym piękniej. Podrywające się do lotu ptaki – Viator na pewno już wymyśliłby, czyim są wcieleniem.

Rzeka coraz szersza, ma już pewnie ze 150 metrów. W końcu ostre zakole i…  widać przystań. Koniec trasy. Jak zwykle: szybciej, niżby się chciało, choć tym razem Viator coś marudzi, że może i dobrze, bo jego siedzenie odwykłe od takiego wysiłku domaga się odpoczynku. Szkoda.

Viator

A teraz czas na kolejną wizytę, którą Viator wymarzył sobie już dawno temu. Konkretnie: w liceum, gdy po raz pierwszy obejrzał film Panny z Wilka. Otwórzcie, proszę, odtwarzanie, zobaczcie, co się dzieje w 8 minucie, 40 sekundzie: Wiktor Ruben wsiada na prom, by przepłynąć rzekę. Widok brzegu, ku któremu zmierza, to jeden z najpiękniejszych plenerów polskiego kina. Daniel Olbrychski sam wskazał to miejsce Andrzejowi Wajdzie. Panorama Drohiczyna. Wędrowiec wiedział od lat, że musi tu przybyć, bo się w owej panoramie autentycznie zakochał. Teraz wreszcie się udało. Choć nie było łatwo: coraz bezwzględniejsze i dzikie bezdroża prowadzą ku wymarzonemu miejscu, Pielgrzym coraz bardziej ryzykuje uszkodzeniem zawieszenia samochodu. Czy będzie warto?

Niech Czytelnicy sami ocenią, czy było. Viator nie ma najmniejszej wątpliwości.

Aby dostać się do samego miasta, trzeba nadłożyć jeszcze sporo kilometrów, bo najbliższy most na Bugu znajduje się dopiero we Frankopolu. Wracamy przeto powoli po bezdrożach nadbużańskich łęgów, chłonąc ich spokój. I nie ma chyba potrzeby dodawać, że w te dwa żurawie wcieliły się dusze Wiktora Rubena i Tuni (a może Feli?), aby, wolne już od wszelkich trosk, na wieczność całą cieszyć się swą obecnością.

 

Orient powszedni IV

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Jak rzekła Viatorka na zakończenie poprzedniego odcinka? Czas ruszać w drogę, bo do zachodu słońca jeszcze daleko. Prawdę mówiąc, już nie tak daleko. Ale do odwiedzenia jeszcze sporo, dlatego faktycznie – w drogę!

Tę wizytę wymarzył sobie Viator i zaplanował już dawno. Wiele lat temu. Tylko okazji jakoś dotąd nie było. Teraz jest.

Kilka lat temu, pisząc o swych wędrówkach po Łużycach, Pielgrzym zauważył, że na pewnym obszarze, poprzez zmiany granic, historia wykroiła, brutalnie ale precyzyjnie, coś w rodzaju preparatu mikroskopowego. Idealny dla badaczy kultury i dziejów. Tam i wtedy chodziło Viatorowi o leżące blisko siebie, w odległości około 20 kilometrów, trzy miasta – różnego pochodzenia, innej specyfiki oraz prezentujące odmienne typy organizacji przestrzennej. Tutaj i teraz Wędrowiec widzi analogiczną sytuację: ciekawe, czy ktoś oprócz niego dostrzegł już ten podlaski preparat mikroskopowy. Dla badaczy przenikania wyznań – wprost wymarzony.

Trzy miejscowości nad granicznym Bugiem, odległe od siebie o niespełna 15 kilometrów. Trzy odsłony chrześcijaństwa. Kiedyś Viator pasjonował się tą tematyką, do ciągłego jej zgłębiania nakręcając się nawzajem z pewnym dobrym znajomym. Ten, niegdyś świetnie zapowiadający się, młody człowiek jest dziś Świętym Starcem z Piétrebais. Zapewne przeczyta ten tekst. Może pokusi się o jakiś komentarz, bodaj krytyczny? Wszak jest wytrawnym znawcą zagadnienia oraz miłośnikiem wschodniego rytu. Sprawiłby Pielgrzymowi wielką przyjemność…

Preparat jest mikroskopowy i badawczy, przeto Viator nie potrafi się powstrzymać od profesorkowatego zadęcia. Czasem można. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!

Odsłona pierwsza: Jabłeczna, czyli twarde prawosławie.

Dla Wędrowca, tak jak i dla innych mieszkańców Łużyc, obrządek wschodni to egzotyka. No, może nie tak do końca: jednym ze skutków Akcji “Wisła” jest fakt, że w promieniu 50 – 70 kilometrów od domostwa Viatora można spotkać kilka cerkwi, tak prawosławnych, jak greckokatolickich: Szprotawa, Przemków (stolica Łemków, jak mówią), Zielona Góra, Buczyna… To daje nawet niezwykły efekt, gdy poluterańska, neogotycka kircha z czerwonej cegły pyszni się cebulastą, złotą kopuła, jaką ją zwieńczono na potrzeby nowego kultu. Ale mimo wszystko takie miejsca tam, na Zachodzie, są rzadkością. Tutaj, na Podlasiu, cerkwie stanowią powszedni element krajobrazu. Ale dla Viatora pozostają egzotyczne. Zaś jedna z nich, ta w Jabłecznej, jest po wielokroć egzotyczna. Już brama wjazdowa na teren obiektu świadczy o tym, że wkraczamy do innego świata.

Cerkiew, a właściwie monaster (czyli klasztor wraz z świątynią) św. Onufrego. Powstał w XV wieku. Jego wyjątkowość polega na tym, że jest jedynym męskim klasztorem prawosławnym na terenie współczesnej Polski, który od momentu założenia funkcjonuje nieprzerwanie po dziś dzień. Przetrwał zabory (to akurat naturalne: nowi władcy, czyli Rosjanie, wspierali wręcz jego działalność), przetrzymał okres niezbyt przychylnej dla prawosławia (co też jest ostatecznie zrozumiałe) II Rzeczypospolitej, wyszedł obronną ręką (mimo zniszczeń) z zawieruchy Wielkiej Wojny i oparł się władzom PRL-u (nawet w czasie stalinowskiej nocy!). Dziś, dla swych zasług, dumnie nosi miano monasteru stauropigialnego, czyli podlegającego bezpośrednio jurysdykcji samego Metropolity Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego (może Święty Starzec z Piétrebais coś tutaj doda od siebie).

Zabudowania klasztorne i cerkiewne nie są aż tak stare, jak dzieje monasteru – pochodzą z XIX wieku. Ale i tak robią wrażenie – właśnie swą egzotyką. Viator jest świadom, iż nieco nadużywa tego określenia, ale nie potrafi znaleźć trafniejszego. Zresztą, proszę tyko spojrzeć:

W cerkwi trwa nabożeństwo. Ikonostas, bogate szaty celebransa, dym kadzidła, transowy śpiew, świece. Mnóstwo świec. Wejść można, ale fotografowanie jest zabronione. Toteż muszą Czytelnicy zadowolić się ujęciami wykonanymi na zewnątrz. A szkoda! Niezwykła jest bowiem Boska Liturgia, a ryt wschodni – bogaty i wyrazisty. Ma uobecniać wśród wiernych Niebiosa, tak jak je sobie ortodoksi wyobrażają. I Miasto Święte – Jeruzalem Nowe ujrzałem, zstępujące z nieba od Boga, przystrojone jak oblubienica zdobna w klejnoty dla swego męża. Dla Najwyższego to, co najgodniejsze, najcenniejsze, najbardziej wzniosłe. Jak to sobie przedstawić? Cóż na ziemi było dla wschodniego chrześcijanina najgodniejsze, najbardziej wzniosłe? Czyż nie pałac Basileusa w Bizancjum i dworski rytuał? Czy nie tak musi wyglądać Niebo? Czy nie to wpłynęło na kształt Boskiej Liturgii? Viator nie jest tego pewien, tak sobie jedynie domniemywa. Ale Święty Starzec z Piétrebais na pewno wie. Tylko, czy się swą wiedzą zechce podzielić?

Bez cienia protekcjonalizmu pragnie Wędrowiec dodać, że rozumie i szanuje takie wizje eschatologiczne, choć kompletnie ich nie podziela. Dla niego Niebo może być jedynie sosnowym lasem, gdzie wraz z Viatorką i wszystkimi swoimi pieskami, które już przebiegły i jeszcze przebiegną po Tęczowym Moście, przez całą wieczność będzie się przechadzał, a wieczory wieczności w tymże gronie wraz z Bogiem spędzał będzie na pogawędce i piciu wina przy kominku. Jeśli ma być inaczej, to Viator nie reflektuje…

Eeech, czas ruszać dalej.

Odsłona druga: Kodeń, czyli katolicyzm tryumfujący.

Ziemia ta, jak już wielokrotnie wspomniano, jest na rozmaite sposoby pograniczna. Chrześcijański Wschód z Zachodem się tu ciągle miesza. Taki Kodeń na przykład. Stoi w nim cerkiew, ale nie ona jest tutaj najważniejsza.

W XV wieku miasto stało się własnością Sapiehów. Ród ten, rusińskiej, a więc prawosławnej proweniencji, skatolicyzował się i z neoficką gorliwością wprowadzał łaciński obrządek w swoich włościach. Mikołaj Sapieha Piusem (czyli Pobożnym) zwany, wybudował w Kodniu renesansową świątynię i umieścił w niej obraz Matki Bożej Gregoriańskiej, którą wykradł był z prywatnej kaplicy papieża Urbana VIII podczas swej pielgrzymki do Rzymu. Został za to nawet ekskomunikowany, ale ostatecznie wszystko dobrze się skończyło. Zaś wizerunek maryjny, zwany odtąd Matką Bożą Kodeńską, zaczął przyciągać liczne pielgrzymki. Świątynia zaś zyskała rangę sanktuarium i wzbogaciła się o barokową, potężną fasadę. Taką kontrreformacyjną, nieprawdaż?

I stan ten (z przerwą na czasy zaborów, gdy kościół oddano prawosławnym; nie dziwota, że po odzyskaniu przez Polskę niepodległości nie byli oni tutaj zbyt lubiani) trwa po dziś dzień. Kodeń to jedno z największych centrów pielgrzymkowych. Gdy Viator wszedł do wnętrza świątyni, modliła się w niej akurat pielgrzymka zakonnic. Jakich konkretnie? Diabli… przepraszam!: anieli wiedzą. Trochę niezręcznie było robić zdjęcia. A jeszcze mniej zręcznie byłoby uwiecznić siostrzyczki, gdy już wyszły na zewnątrz: wesoła gromada, gitary. Ale cóż – nie wypada. Ruszamy w dalszą drogę.

Odsłona trzecia: Kostomłoty, czyli syzyfowe dzieło godzenia.

Każdy chyba słyszał to i owo na temat Unii Brzeskiej (nie mylić z Lubelską!), czyli próby zjednoczenia katolicyzmu z prawosławiem. Stało się to w Brześciu Litewskim w roku 1596, a polegało na tym, że spora część ortodoksów zamieszkujących Rzeczpospolitą przyjęła zwierzchność papieża, pozostając przy wschodnim obrządku, liturgii, prawie kanonicznym i kalendarzu. Różnice doktrynalne nie były znaczące, no, może poza sławetnym Filioque i kilkoma innymi drobiazgami, ale tutaj to już naprawdę Święty Starzec z Piétrebais musi zabrać głos!

I trwał kościół unicki, raz w lepszej, raz w gorszej formie, ale bez przeszkód, aż do rozbiorów. Imperium Carskie, widząc w tym sposób skutecznej rusyfikacji, systematycznie i konsekwentnie likwidowało Unię, zmuszając wiernych do powrotu na łono prawosławia. Na Ziemiach Zabranych zniesiono ją ostatecznie do roku 1839. Uchowała się jedynie diecezja chełmska na terenie Kongresówki. Jednak i ona została zlikwidowana w roku 1875, na fali represji po Powstaniu Styczniowym. Nie obeszło się bez ofiar, których symbolem jest męczeństwo trzynastu unitów z Pratulina.

A w Kostomłotach stoi sobie, jakby nigdy nic, świątynia unicka. Skąd? Jak? Ano, jest to cerkiew neounicka. Czytał to i owo Viator na ten temat, ale jakoś nie mógł złapać tej specyfiki, różnicy. Tym razem się udało. Proboszcz – rzymski katolik, jak sam podkreślił, ale birytualista – z wyglądu (zażywny, z długą rozłożystą brodą) i z zachowania (ta serdeczność, wylewność niemal) wypisz-wymaluj Batiuszka, wyjaśnił rzecz Wędrowcowi zwięźle i klarownie. To ta sama – mówił – unia. Pod rosyjskim zaborem zlikwidowano ją, za to mogła bez przeszkód działać w państwie Habsburgów. I działała, tylko, że tam nabrała zdecydowanie ukraińskiego charakteru, co niekoniecznie wszystkim Rusinom było w smak. Nazwali się Cerkwią Greckokatolicką, liturgię sprawują po ukraińsku. A wy? – pyta Viator. W języku staro-cerkiewno-słowiańskim, tak jak dawniej było w całym Kościele Unickim. Gdy odrodziła się Polska, zaczęto zabiegać o odnowienie Unii zniszczonej na terenach zaboru rosyjskiego – opowiada dalej Batiuszka – nie bez sukcesów. Powstało 46 parafii, działało seminarium kształcące kapłanów. Wszystko skończyło się wraz z wojną i zmianą granic.

Faktycznie, dziś cerkiew Świętego Nikity Męczennika w Kostomłotach to siedziba jedynej neounickiej parafii na świecie!

Zakazu fotografowania nie było. Przeciwnie, sympatyczny Batiuszka wręcz zachęcał do robienia zdjęć. Dlatego mogą Czytelnicy podziwiać świątynię wewnątrz i zewnątrz.

Przy wejściu na plebanię wisi ikona przedstawiająca trzynastu męczenników z Pratulina. Nie ma rady, trzeba się tam będzie wybrać, do tego Pratulina!

Ale dopiero jutro. Robi się ciemno, trzeba zatroszczyć się o jakiś nocleg. Już prawie dziewiąta wieczorem. Nie ma czasu do stracenia.

Viatorka

Pięknie, w swym niepowtarzalnym, barokowym stylu, opisał Viator trzy ostatnie przystanki podróży owego strasznie długiego dnia (pomyśleć, że zaczął się we Włodawie i Sobiborze). Pozostało więc Viatorce dorzucić tylko kilka własnych wrażeń.

Jabłeczna. Dotarliśmy tu o osiemnastej, ale smartfon Viatorki uparcie informował ją, iż znajdujemy się na Białorusi i jest już dziewiętnasta. A jak chcemy korzystać z telefonu albo z internetu, to musimy dodatkowo słono zapłacić. Faktycznie, kilkadziesiąt metrów za monasterem płynie Bug, a na drugim jego brzegu jest już Białoruś. No, ale jak dyskutować z siecią, że my przecież Ojczyzny bynajmniej jeszcze nie opuściliśmy?

Pierwsze, co w Jabłecznej rzuciło się Viatorce w oczy, a czego (o dziwo), zmęczony już chyba podróżą Viator nie zauważył, to wielki, rozłożysty dąb, obwieszony ikonkami, krzyżykami i czotkami (czyli czymś w rodzaju prawosławnego różańca, takiego bardziej jezusowego niż maryjnego). To drzewo wotywne, na którym swe dary w intencji wysłuchania modlitw, albo już wdzięczni za ich wysłuchanie, pozostawiają pielgrzymi.

Z wizyty w Kodniu najlepiej zapamiętała Viatorka budowlę z czerwonej cegły. Z daleka wyglądała zupełnie jak ruiny gotyckiego kościoła w Trzęsaczu, który kojarzy się Viatorce, rodowitej Pomorzance Zachodniej, z dzieciństwem i wczesną młodością spędzonymi nad Bałtykiem i którego historia zawsze pobudzała jej wyobraźnię.

Nie były to jednak żadne ruiny, tym bardziej nie gotyckie, ale powstała na początku XIX wieku Brama Unicka, pełniąca funkcję dzwonnicy. Niegdyś prowadziła do nieistniejącej już dziś unickiej cerkwi św. Michała Archanioła, która została spalona około 1875 roku w wyniku represji carskich. Brama przetrwała, a za nią dziś jest tylko pusty plac.

Kiedy Viator w Kostomłotach ucinał sobie pogawędkę z księdzem proboszczem Batiuszką, zaczynało już zachodzić słońce. Wyjechaliśmy więc spiesznie, kierując się do wzdłuż Bugu do Terespola i podziwiając po drodze sielskie krajobrazy oraz zachód słońca.

Gdy dotarliśmy do Terespola, zapadał już zmrok. Ach, jaka szkoda, że nie można było po prostu przejechać przez most tylko z dowodem osobistym i odwiedzić tak dobrze znany z lekcji historii i powieści historycznych Brześć! Przez dłuższą chwilę miał Viator jeszcze nadzieje, że chociaż zobaczymy znajdujące się w Terespolu prochownie twierdzy brzeskiej, ale niestety, było na to stanowczo za późno, wszystko dawno pozamykane.

Noc. Najwyższy czas znaleźć kwaterę. Viatorstwo – jak przystało na wolnych ludzi, nie chciało się wiązać wcześniejszymi rezerwacjami… Jednak, jak się okazało, znaleźć w romantycznej, podlaskiej krainie o tej porze nocleg, to nie taka prosta sprawa. Smartfon uporczywie trzyma się sieci białoruskiej, choć przecież od granicy coraz dalej. Postanawiamy jechać – może do Janowa Podlaskiego – fajnie byłoby przenocować koło słynnej stadniny. Tylko, że drogi, jakkolwiek urocze, słabo są oznakowane, a na dworze już całkiem ciemno. Zrobiła się dwudziesta pierwsza. Kierunkowskaz na Janów – owszem jest, ale wskazuje na jakąś wąską dróżkę, która wygląda na rowerową. W końcu smartfony, na których śledzimy mapę i poszukujemy hotelu, zaczynają się rozładowywać. No nic, jedziemy przed siebie – gdzieś musi być jakaś cywilizacja!

No i dojechaliśmy… znowu do Białej Podlaskiej! Ale w końcu to takie sympatyczne miasto i bez problemu znaleźliśmy w nim porządny nocleg, w sam raz, żeby wypocząć po tak forsownym dniu. Rano jedziemy dalej.

Orient powszedni III

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Nie sposób bez przerwy, zwłaszcza długotrwale, lecieć na skrzydłach najsilniejszych emocji. Obojętne: dobrych czy złych. Grozi to wypaleniem, zapaścią. Dlatego po intensywnych przeżyciach ostatniego tygodnia – krańcowo dotkliwych, choć przecież nieuniknionych – trzeba nieco odetchnąć, “spasować”, jak to mówią. Ciąg dalszy wspomnień z wyprawy będzie przeto dzisiaj raczej pastelowymi farbami malowany. Choć nie tak całkiem: wszak to wciąż podróż metafizyczna. Ciągle na krawędzi.

Viator

Zakończył Viator poprzednią część opowieści stwierdzeniem, iż wjeżdżamy oto na Podlasie. To nie do końca ścisłe. Naprawdę posuwamy się wzdłuż granicy Podlasia i Lubelszczyzny. Bo na przykład Parczew leży jeszcze na Ziemi Lubelskiej.

Jak się okazuje, podąża Viatorostwo, niezamierzenie co prawda, śladami ulubionego przez Wędrowca generała Franciszka Kleeberga. Siedemdziesiąt dziewięć lat temu on też, ze swymi oddziałami, z Włodawy przybył w okolice Parczewa, gdzie dopadli go wkraczający na Lubelszczyznę krasnoarmiejcy. Niech Czytelnicy uświadomią sobie sytuację: jest 29 września, cały Kraj zalany przez dwie potężne wrogie armie, wczoraj skapitulowała Warszawa. Dziś podda się Modlin. Gdzieś tam daleko broni się w okrążeniu już tylko Hel. A tutaj żołnierze Kleeberga w dwudniowej bitwie rozbijają skutecznie i bez większych strat własnych oddziały sowieckie, aby dalej, w ordynku i z bojowym animuszem, pomaszerować na Kock, ku przeznaczeniu. Takiemu, że na przykład generał Kmicic-Skrzyński, jeden z legendarnej legionowej ułańskiej Siódemki Beliny, który dzielnie stawał w owej bitwie, z łaski tegoż przeznaczenia umrze sobie spokojnie anno domini 1972 w Manchesterze, a nie skończy w kwietniu roku 1940 gdzieś w Charkowie czy innym Twerze z kulą w czaszce…

Pył bitewny opadł, sygnałówki ułańskie zamilkły. Miasteczko i jego mieszkańcy trwają w błogim spokoju. Tym bardziej, że to przecież długa majówka, pogoda też sprzyja. I dobrze – tak powinno być.

Nie chce zakłócać Viator tej ciszy. Rusza dalej. Ale tutaj pożegna chłopców z Samodzielnej Grupy Operacyjnej “Polesie”. Oni poszli stąd prosto na zachód. Pielgrzym podąża w kierunku północno-zachodnim.

Skoro Radzyń jest Podlaski, to teraz już z pewnością Wędrowcy wkroczyli na Podlasie. Radzyń – owszem – Podlaski, ale renesans wciąż lubelski. Kościół Świętej Trójcy, tak jak świątynia dedykowana w Łęcznej Marii Magdalenie, smukły, elegancki i proporcjonalny.

A droga ku niemu wiedzie przez bramę-dzwonnicę, zwieńczoną wizerunkiem Oka Opatrzności. Wiele już spotkał Wędrowiec na swej drodze Ócz Wszystkowidzących, ale takiego, otoczonego cherubinkowatymi puttami, jeszcze nie.

Ładne to i milutkie. Szkoda tylko, że promienie otaczające Oko są w rzeczywistości zaledwie błędnymi ognikami. Zaś Opatrzność okazuje się, jak to genialnie ujął mistrz Przybora, jedynie Opacznością. No, ale pomarzyć o troskliwej opiece znad obłoków zawsze można, byle nie nadmiernie. Bo jak się człowiek za bardzo przejmie rolą pieszczocha niebios, to umiar traci. Taki Eustachy Potocki chociażby: owszem, człek zasłużony, patriota, generał waleczny i gospodarz zawołany swych rozległych dóbr. Ale jednak magnat do szpiku kości. Cóż z tego, że wszyscy arystokraci uważali za absolutnie naturalne i właściwe to, iż żyją z krwawicy i krzywdy chłopa pańszczyźnianego, traktowanego niejednokrotnie jak bydło, jak inwentarz? Czy Jaśnie Oświecony Potocki posunął się do takich zachowań, tego Viator nie wie. Ale faktem jest, że wtedy, gdy jego poddani tyrali w poniżeniu i wiodło im się, by użyć eufemizmu, skromnie, Wielmożny Eustachy zbudował sobie rezydencję, co się zowie! Opatrzność pozwoliła na to, żeby ludziom tak różnie życie się układało? Ejże, chyba jednak Opaczność to była! I trwa dalej: mimo pełnej świadomości niesprawiedliwości, z jaką mamy do czynienia, Pielgrzym przyznaje, iż rokokowy pałac w Radzyniu jest piękny i… dobrze, że powstał.

Ale nawet taki pupil losu jak Potocki musi kiedyś wszystko zostawić: komnaty, parki i ogrody, bale i polowania. Do grobu tego ze sobą, jak słusznie prawią, nie weźmie

Mądra Księga ostrzega: gdzie bowiem jest skarb twój, tam będzie i serce twoje. Toteż nie może się dusza pana Eustachego od pałacu oderwać i w niebiosa swobodnie ulecieć. Krąży, w ptaka wcielona, pilnując swych włości. Czyż nie?

Dokonawszy banalnej konstatacji, iż transit gloria mundi, kierują się Viator z Viatorką na północ. Międzyrzec. Podlaski, rzecz jasna. Jeszcze jeden pałac rodu Potockich. Młodszy od radzyńskiego i zdecydowanie mniej efektowny (nawet nie chciało się Wędrowcowi stosownej fotki “cyknąć”). Za to naznaczony grozą egzystencjalną. Krwią bowiem spłynął podczas Krwawych Dni Międzyrzeca. Gorący listopad roku 1918, w całej Kongrersówce żołnierze niemieccy generalnie bez stawiania oporu, a nieraz nawet z wyraźną ulgą, dają się rozbrajać Polakom. Ale nie w Międzyrzecu – tutaj wiarusi z Ober-Ostu kontratakują, mordując 22 peowiaków zakwaterowanych właśnie w pałacu Potockich; ginie też 22 cywilów. Zaprawdę, niepodległość nie kosztowała dwóch groszy i dwóch kropel krwi. Dlatego cenić ją trzeba wysoko.

Nie pierwszy to ani ostatni raz, gdy Międzyrzec się skrwawił. Dwie dekady później odmęty doliny Gehinnom pochłoną dwie trzecie ludności miasta. Nie trzeba dodawać, które dwie trzecie. Część ofiar wywieziono do Treblinki, część do Majdanka, czyli tam, skąd teraz przybywa dwójka Wędrowców. Czy po Całopaleniu została wyrwa? Niezasypana dziura? Niezagojona rana? Trudno orzec. Na rynku stoi posąg; jeden z najciekawszych pomników Zagłady, jakie miał okazję oglądać Viator.

Tałes jak szorstki całun otula skuloną w rozpaczy i zadumie postać. Inskrypcja głosi: Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi. Czy wystarczająco głośno, by inni bracia usłyszeli? Bynajmniej nie o to chodzi, iż tuż obok, na lewo od pomnika, stoi motocykl. A kilka metrów dalej całe stado takich maszyn. Rynek jest nimi szczelnie zastawiony. Długa majówka. Zjazd harleyowców. Fiesta.

Rzecz nie w tym, iż dziś w Międzyrzecu naprawdę trudno o ciszę. Przecież życie musi trwać i rozkwitać – taka jego uroda. A że zabawa toczy się na ziemi przesiąkniętej krwią? To nie specyfika Orientu powszedniego. Wszędzie jest tak samo. Pielgrzym nie gorszy się. To dobrze, że ludzie żyją, świętują, są razem. Tak ma być! Chodzi o to, czy wołanie krwi brata jest tutaj w ogóle kiedykolwiek przez kogoś słyszane. Czy coś z niego wynika. Motocykliści przejechali tędy z rykiem silników? I dobrze, przeciw temu krew brata nie woła. Ale jeśli znów przemaszerują tędy z rykiem gardziołek schludni czciciele bogini Nacji z głupawymi opaskami na rękawach?

Kierunek wschód! Tam, jak mówił klasyk, musi być jakaś cywilizacja. Jest! Biała Podlaska – barok i melanż.

Barok tutejszy niejedno ma imię. Porównajmy choćby kościół klasztorny pod wezwaniem św. Antoniego i parafialną świątynię Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Inne światy.

Kapucyni, a wcześniej reformaci, to franciszkanie (świadczą o tym wizerunki Świętego Serafickiego i świętej Klary na tympanonie), więc wypadałoby, aby wypadło skromnie: nie jest to, ukochany przez Viatora, kapucyński barok toskański, ale okolice już jak najbardziej te.

Fara, choć też obiekt poklasztorny, bazyliański ściśle rzecz ujmując, skromnością się nie przejmuje, a jej monumentalność podkreśla dodatkowo oprawa z obłoków na niebie. Viator już dawno przypuszczał, iż twórcy baroku byli silnie zapatrzeni w cirrusy i cumulusy. W Białej Podlaskiej znalazł na to dowód.

Jest tu jeszcze kościół pod wezwaniem św. Anny. Nie tak wyrazisty. Barokizowany raczej, niż barokowy. To jednak nieistotne. Ważne, że przez pierwsze ćwierćwiecze swego istnienia służył Braciom Polskim jako ich zbór. Wspomniał Wędrowiec o melanżu – jest melanż. Zbór ariański staje się z czasem świątynią katolicką. Greckokatolicka, unicka cerkiew bazylianów, (oj, pojawią się jeszcze boleśnie ci unici w viatorowej podróży!) też się zlatynizowała. W pofranciszkańskim kościele, zanim stał się w 1918 roku na nowo katolicki, przez wiele lat, pod zaborami, prawosławni sprawowali swą Boską Liturgię. Dodajmy pięć synagog (do dziś dochowała się z trudem jedna). Tutaj, w krainie Orientu powszedniego, taki tygiel to nic nadzwyczajnego. Aby zamieszanie dopełniło swej miary, rusza Viator na południe (tak sobie dziś cały dzień meandruje, wiadomo – gzygzakowaty życia sznur by, minąwszy Łomazy, dotrzeć do Studzianki.

Mizary w Kruszynianiach i Bohonikach zdążył już Pielgrzym niegdyś poznać. Tutejszą muzułmańską nekropolię widzi po raz pierwszy.

Cmentarz służył Tatarom osiedlonym w Studziance przez Jana III Sobieskiego oraz ich potomkom, od XVII wieku do II Wojny Światowej. Dziś wyznawców islamu już tutaj nie ma, ale w żyłach wielu mieszkańców wioski płynie tatarska krew. Krew gorąca, bohaterska, gotowa do tego, by ją przelewać za nową Ojczyznę. Mizar studzianecki piastuje szczątki rotmistrzów, majorów, pułkowników, a nawet jednego generała – Józefa Bielaka.

Na starszych kamieniach nagrobnych autentyczne arabeski, czyli napisy ryte alfabetem arabskim oraz jakieś tajemnicze symbole, których znaczenia Wędrowiec nie zna. Na nowych nagrobkach inskrypcje: czasem rosyjskie, ale częściej polskie.

Nie chce Viator upraszczać na siłę problemu, lecz patrząc na dziedzictwo Polaków-Tatarów dochodzi (po raz kolejny zresztą) do wniosku, że lęk przed obcymi, niechęć do przybyszów, nie jest wyrazem siły i narodowej dumy, ale kompleksów strachem podszytych. Jeśli ktoś aż tak nisko szacuje wartość swej kultury, że boi się jej konfrontacji z tym, co przychodzi z zewnątrz to… to jego problem, nie Viatora.

A tutaj sobie wschodnie z zachodnim zgodnie kohabituje, Tatarzy krew za Rzeczpospolitą przelewali, a ich potomkowie palą na grobach bohaterskich islamskich przodków znicze krzyżem znaczone. Po prostu – Orient powszedni!

Chyba nie bardzo wyszło Wędrowcowi to malowanie pastelami… Może się uda za tydzień.

Viatorka

Intensywny to był dzień, jego trudy zaczęła Viatorka odczuwać już przed Parczewem (bo przecież tegoż dnia zdążyła już odwiedzić Włodawę i Sobibór). Nie miała siły wysiadać z samochodu, żeby z bliska obejrzeć pamiątki dawnych lat i powspominać historię, choć generała Kleeberga darzy, tak samo dużą jak Viator, estymą.

Piękna pogoda, cieplej niż zakładała Viatorka w najśmielszych marzeniach… Tylko obolałe, puchnące nogi i, od czasu do czasu, łupiący krzyż stale przypominały, że ze zdrowiem jednak nie jest najlepiej…

Nie mogła więc zmienić Wędrowca za kierownicą, chociaż tego dnia był on jakiś rozkojarzony i miał „ciężką nogę”. Refleksu mu jednak starczyło na tyle, by dzięki sprawnemu ruchowi kierownicy ominąć zaskrońca wygrzewającego się na środku rozgrzanej drogi.

Przemieszczając się z Parczewa do Radzynia Podlaskiego trochę Pielgrzymi zbłądzili, zamiast główną drogą pojechali bocznymi. Ale to dobrze, lubimy przecież takie wycieczki, zanurzenie w krajobrazy i przyrodę. Inne niż na Łużycach. A te widoki! – świeża zieleń, mnóstwo mleczy, nieprawdopodobna ilość bocianich gniazd i małe, stare, drewniane, urocze chatki, obok nowych, murowanych domów. Są tak małe, że Viatorka ze zdumieniem rozważa, jak mogła się w nich pomieścić cała rodzina, niegdyś przecież bardziej liczna.

I tak sobie jechaliśmy boczną, mało uczęszczaną drogą, podziwiając widoki wyłaniające się zza kolejnych zakrętów, aż zza jednego z nich wyłonił się… pan Policjant z „suszarką” w dłoni, a za nim radiowóz. No tak, o dziwo, od jakichś stu metrów to był obszar zabudowany, a pan kierowca (czyli Viator) przekroczył prędkość. Z czym dyskutować? Mandat, punkty karne, sympatyczna rozmowa z Panem Władzą, nawet dowcipy o różnicach między żoną i terrorystą (choć przecież Viatorka zachowała stoicki spokój i powstrzymała się przed wypowiadaniem komentarzy w stylu „a nie mówiłam”).

Tak więc w miłym, mimo wszystko, nastroju i z dużo „lżejszą” nogą Viatora, ruszyliśmy dalej.

Pałac w Radzyniu Podlaskim o spokojnej, niekrzykliwej urodzie, otoczony drzewami, nad stawem. Jeśli przyszłoby mieszkać Viatorce w pałacu, to właśnie w takim

W Międzyrzecu Podlaskim huk motorów, mnóstwo ludzi, aż znowu nie chce się wysiadać z samochodu.

Biała Podlaska. Ta nazwa wzbudzała w Viatorce od dzieciństwa jakiś dziwny sentyment. Urocze miejsce, choć różniące się od wyobrażeń.

W końcu mizar w Studziance: ciche miejsce wiecznego spoczynku, inspirujące do spokojnej refleksji oraz przemyśleń i o życiu i o umieraniu, które, choć tutaj akurat „egzotyczne”, to jednak pisane wszystkim.

Czas ruszać w dalszą drogę, bo do zachodu słońca jeszcze daleko.

Orient powszedni: przerwa w podróży

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Stało się nieuniknione. Przyjaciółka odeszła. Zasnęła na zawsze we wtorek przed południem w hospicyjnej sali, trzymana za rękę. Wczoraj odprowadziliśmy ją na miejsce wiecznego odpoczynku. W głowie kłębi się Viatorce i Viatorowi tyle myśli, że nie sposób przywoływać chwil uroczego wytchnienia z kwietniowo-majowej podróży. Trzeba zrobić postój. Przerwę. I pomyśleć. Powspominać. Bo jak nie my, to kto? Celebryci, kabotyni i egocentrycy sami zadbają o rozgłos. Prawdziwy Człowiek o to nie zabiega. My zadbamy, by o Nim pamiętano. Bo jak nie my…

Viatorka

Wracają wspomnienia. Pierwsze spotkanie 18 lat temu: późniejsza Przyjaciółka przyprowadza do klasy szkolnej swojego małego jeszcze, niepełnosprawnego intelektualnie syna, ubranego w czerwone rajtuzki. Jak zwykle, są spóźnieni… Wielu będzie Przyjaciółce robić z tego powodu zarzuty, że zawsze się spóźnia. Ale dlaczego tak się działo wtedy? Rozmawiałyśmy o tym po latach. Po prostu – Przyjaciółka codziennie rano musiała stoczyć ze swym dzieckiem „walkę” – żeby się umył, załatwił, coś zjadł i ubrał się, ale przede wszystkim, aby został w szkole bez niej – bo z powodu swych lęków był od niej całkowicie uzależniony, nie potrafił bez niej funkcjonować, a nawet istnieć.

Te „walki” toczyła Przyjaciółka ze swoim synem przez wiele lat, właściwie aż do końca, i to dzięki nim dziś samodzielnie porusza się on po mieście (choć ciągle poczucie bezpieczeństwa daje mu tylko kontakt telefoniczny, kiedyś z Matką, teraz z siostrą), jest aktorem grupy teatralnej, potrafi zaopiekować się swoim siostrzeńcem, czyta i pisze, mógłby się zapewne w przyszłości nawet całkowicie usamodzielnić… Niestety, dwie urzędowe osoby kierujące placówkami powołanymi do pomocy takim ludziom (paradoks: jedną z tych placówek Przyjaciółka współtworzyła) wpędziły go w takie kłopoty, że może on nawet pójść do więzienia. Przy jego zaburzeniach bardzo trudno go bronić, jest trudny, uparty, często irytujący, ciągle wpada na głupie pomysły i zdarza się mu robić rzeczy „niezgodne z zasadami współżycia społecznego”. Od ponad roku pozbawiony jest specjalistycznego instytucjonalnego wsparcia, a teraz jeszcze stracił najważniejszą dla siebie Osobę…

Ale powróćmy do wspomnień… Był 2005 rok, trwała walka o powstanie ośrodka dla osób niepełnosprawnych. Razem z Przyjaciółką tak bardzo chciała Viatorka stworzyć miejsce, w którym wszyscy potrzebujący i ich bliscy znajdą wsparcie. Przyjaciółka biegała po sponsorach, przekonywała władze, organizowała wolontariuszy do remontu i porządków. Zajmowało jej to tyle czasu, że ludzie myśleli, że jest zatrudniona na etacie. Bo kto by tak społecznie i całkowicie bezinteresownie poświęcał tyle wysiłku dla idei?

No i udało się, powstał nie jeden, ale aż trzy takie ośrodki, z których dziś jednocześnie może korzystać 100 osób: niepełnosprawnych intelektualnie, chorych psychicznie, niesprawnych ruchowo i starszych.

Potem Przyjaciółka organizowała świetlice środowiskowe i artystyczne, półkolonie, wycieczki, imprezy integracyjne, hipoterapię, zajęcia na basenie… Przez kilkanaście lat wspierała też ubogich i cierpiących, biorąc udział w zbiórkach żywności czy wspomagając powstanie i działalność hospicjum. Zawsze społecznie i zawsze bezinteresownie.

Nosiła ze sobą aż trzy telefony: jeden dla syna i pozostałych dzieci, drugi prywatny dla innych osób i trzeci dla potrzebujących. A one bez przerwy dzwoniły, nie można było z Przyjaciółką spokojnie porozmawiać. Na każde zawołanie, na każdą potrzebę szybko wsiadała do samochodu i spieszyła z pomocą.

Zawsze podkreślała, że kocha to, co robi… KIEDY ZNAJDOWAŁA NA TO WSZYSTKO CZAS I SIŁĘ?

Przecież sama tak wiele w życiu przeżyła. Wychowała czwórkę dzieci, w tym niepełnosprawnego syna, a przez ostatnie dziewięć lat wspierała swą córkę w samotnym wychowaniu jej autystycznego dziecka. Osiem lat temu straciła ukochanego męża w tragicznym wypadku w zakładzie pracy, potem sama miała wypadek i stała się niepełnosprawna. No i w końcu ta straszna choroba, która zabrała ją w takim cierpieniu i tak młodo… Miała tylko 59 lat.

A Ona mimo wszystko zawsze była sobą, zawsze robiła to, co uważała za słuszne. Nie kalkulowała, nie bała się, że komuś się narazi i potem będzie miała kłopoty. Walczyła o prawa słabszych i pokrzywdzonych, ale też o swoje dziecko. Niestety, kiedy zachorowała i zabrakło Jej sił, przyszedł czas, że ta Jej niezłomność obróciła się przeciwko Niej i jej synowi. Spotęgowało to Jej cierpienie…

Prawie półtora roku temu, gdy dopiero co zdiagnozowano u Niej chorobę, dwie osoby sprawujące ważne funkcje urzędowe złożyły w Prokuraturze przeciwko Niej pozwy. Pierwszy zabolał ją chyba najbardziej – wniosek o zmianę opiekuna prawnego dla Jej syna. Bo jakoby nie ma z Nią kontaktu, podobno ma postawę roszczeniową, a nawet obojętną i od początku nie dało się z Nią współpracować. Z Nią, która poświęciła życie nie tylko swojemu dziecku, ale też innym niepełnosprawnym. Z Nią, która nawet będąc w szpitalu setki kilometrów od domu, odpowiadała na wszelkie pisma. Z Nią, z którą wszyscy inni jakoś świetnie potrafili współpracować, tylko nie owe dwie urzędniczki… Prokuratura na szczęście ten wniosek oddaliła.

Ale pozostałych dwóch już nie. Po ponad roku, miesiąc przed odejściem Przyjaciółki, syn odebrał akt oskarżenia. Tydzień przed Jej śmiercią odbyła się pierwsza rozprawa przed sądem karnym. Czekała na nią z niepokojem, nie mogła już w niej uczestniczyć.

Zarzuty przeciwko Jej synowi: znieważył słownie kierownika i pracowników placówki. Absurd! Specjalistyczna placówka, powołana do pomocy i ochrony, stawia swojego podopiecznego upośledzonego umysłowo, całkowicie ubezwłasnowolnionego, przed sądem karnym za zachowania wynikające z wprost z jego zaburzeń. Uderzył koleżankę, zastraszał i wyzywał kolegę… Viatorka zajmuje się tą sprawą od roku i ma swoje zdanie – takie zarzuty nigdy nie powinny powstać, wszystkim tym problemom placówka mogła i powinna była zapobiec. Tylko jak to wytłumaczyć komuś, kto nie zajmuje się tematem? Do tego trzeba godzin, a nikt nie chce słuchać…

Odchodziła więc Przyjaciółka pogrążona w lęku o przyszłość syna. Z obawami o przyszłość swych dzieci mierzą się wszyscy rodzice osób niepełnosprawnych intelektualnie. Ale kto umiera ze świadomością, że ich dziecko może trafić do więzienia, gdzie na pewno sobie nie poradzi, nie przeżyje zapewne nawet kilku dni? Absurdalne i niesprawiedliwe. Ironia losu: gdyby Przyjaciółka nie przyczyniła się do powstania tej placówki i nie powierzyła jej swojego dziecka, może byłoby inaczej? A Ona już nie mogła niczego zrobić, tylko wierzyć, że gdy Jej zabraknie, przyjaciele nie pozostawią syna bez pomocy. Ale czy przyjaciele dadzą radę z bezduszną machiną…

I jeszcze kilka obrazków…

Lata temu: Przyjaciółka pełna energii, uśmiechnięta, a wokół niej mnóstwo ludzi, którym pomaga. Ciągle dzwoniące telefony, niezamykające się drzwi od Jej mieszkania. Doceniana przez władze, uczestniczy w różnych ważnych gremiach.

Ostatnie półtora roku: bezdennie smutne oczy i wielkie cierpienie, lęk o syna. I garstka przyjaciół, których można policzyć na palcach jednej ręki. Nieliczni, ale wierni – trwają przy Niej do końca. Nikt poza nimi nie reaguje, kiedy urzędnicy robią z Niej człowieka nieodpowiedzialnego, roszczeniowego, niemal pieniacza.

A po śmierci? Piękne artykuły w gazecie, reportaż w telewizji, kondolencje składane nawet przez tych, którzy z ostatniego roku Jej życia zrobili piekło. Na pogrzebie znowu tłumy, takie jak kiedyś, kiedy działała i była pomocna. I piękna pogoda, świeciło słońce. To było poniekąd oczywiste – zawsze śmiałyśmy się, że kiedy Przyjaciółka jest na jakiejś imprezie, to na pewno pogoda dopisze. Ludzie się wzruszali, mówili miłe słowa, wspominali.

Tylko czy jutro pomogą osieroconemu, niepełnosprawnemu człowiekowi, który znalazł się na równi pochyłej i ustrzegą go przed wpadnięciem w kolejne tarapaty?

Nadzieja umiera ostatnia…

Viator

W ogrodzie Wędrowca rośnie czereśnia. Wczesna: owocuje zawsze pod koniec maja. W tym roku zaczęła owocować, gdy rozpoczął się pobyt Przyjaciółki w hospicjum. Owoce skończyły się, gdy… no, słowem – skończyły się nagle i za szybko, choć wiadomo było, że się skończą. Ale zjadły je okoliczne dzieciaki i szpaki. Ni Viator, ni Viatorka nie mieli czasu skosztować choćby jednej czeresienki. Apetyt na czereśnie rzecz ważna. Ale są ważniejsze.

Przyglądał się Pielgrzym żałobnikom na pogrzebie. Było ich wielu – to fakt – ale powinno być kilka razy tyle. I, jako rasowy pesymista, czyli realista, tak myśli sobie Wędrowiec i takoż rzecze: Dziatki moje, zaprawdę powiadam wam! Jeśli chcecie dobro czynić na tym łez padole, róbcie to dla samej przyjemności czynienia dobrze. I tylko dla niej. Powiadam wam, wtedy nie zawiedziecie się, ani rozczarujecie! Na wdzięczność nie czekajcie, bo się nie doczekacie. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, nie doczekacie się.

Co dodać? Przyjaciółka już zażywa wywczasu Wielkiej Ciszy. Po stokroć Jej się należał! My wędrujemy dalej. Wiadomo dokąd. Bo też, w gruncie rzeczy, o czym innym, jeśli nie o Tamtej Stronie, medytują Viator z Viatorką podczas swej podróży po bezdrożach Orientu powszedniego? Zresztą, czy są inne tematy warte medytacji? Za tydzień ciąg dalszy. Zapraszamy.

Orient powszedni II

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Duża ilość i jakość reakcji Czytelników na zeszłotygodniowy odcinek wschodniego itinerarium uświadomiły Viatorostwu, iż umieścili sobie poprzeczkę naprawdę wysoko. Trudno będzie teraz temu sprostać. Ale próbować trzeba.

Z Lublina skierowali się Wędrowcy na, rzecz jasna, wschód. Łęczna. Viator przybył tutaj po raz pierwszy, ale miejsce jest mu dość bliskie, jako, iż stąd wiedzie swój ród Szwagier Wędrowca. No i gdy później, po powrocie z wyprawy, zwierzał się Pielgrzym swej Siostrze – żonie Szwagra, rzecz jasna – iż odniósł wrażenie, że miasto jest trochę zapuszczone, to mu się młodsza Siostrzyczka niemal do gardła rzuciła, mało mu oczu nie wydrapała! Viator ceni taką lojalność, tym bardziej, iż miała Siostra poniekąd rację. Faktycznie – generalnie Łęczna jest zadbana, są na to fundusze z okolicznej kopalni Bogdanka, świetnie prosperującej. Ot, choćby doskonale utrzymany kościół pod wezwaniem św. Marii Magdaleny, przykład eleganckiego i smukłego Renesansu Lubelskiego.

Jednak wrażenia Viatora nie były tak do końca bezpodstawne. Miasto reklamuje się tym, że ma trzy rynki, dwie synagogi i dwa ratusze. I niestety, w okolicy, gdzie one się znajdują, rzeczywiście nie wszystko jest takie, jakim być powinno. Piękne, stare domki w większości chylą się ku upadkowi. Rynek II i stojące przy nim wspomniane dwie synagogi (Duża i Mała), choć malownicze, jako żywo są zapuszczone, inaczej się tego nie da nazwać.

Rynek III w połowie wygląda jak klepisko, urządzona i zieleniąca się jest tylko druga połowa. A nad drzewami zaczyna powoli zachodzić słońce.

Rynek I odnowiony co prawda w całości i solidnie, ale jednak tak jakoś tandetnie, cukierkowato. Za to stary, klasycystyczny Ratusz, obecnie USC, jest naprawdę piękny.

Ale i nad nim zachodzi słońce. To znak, że czas znaleźć nocleg. W tym celu Wędrowcy udali się do Włodawy.

Od rana zwiedzanie miasta. Tutaj też nie wszystkie atuty wyzyskano maksymalnie. Jedyny w kraju tak zwany Czworobok (czyli coś w rodzaju czworokątnych sukiennic), mimo iż unikalny, pozostaje średnio wyeksponowany, a jego podwórko, potencjalnie miejsce wspaniałych wystaw czy imprez, wręcz leży ugorem. Szkoda.

We Włodawie Viator osiąga kres… przynajmniej w pewnym sensie. Bug, wodowskaz, granica. A na drugim brzegu stoi pogranicznik i pilnie się Wędrowcom przygląda. Inny świat! Kiedyż to Pielgrzym ostatni raz widział coś takiego?

Miasto ma swój urok. Jest tu kościół katolicki, jest cerkiew prawosławna, jest i synagoga (nawet trzy). Ten zestaw będzie się już powtarzał regularnie na trasie wyprawy Viatora. Taka jest historia i specyfika tych ziem: ludzie różnych kultur, języków, religii zawsze żyli tu obok siebie. I oczywiście prawie każdy spośród autorów wspomnień z tamtych czasów usiłuje nam wmówić: Et in Arcadia ego!

Nooo… Taki głupi to już Viator nie jest, może głupi, ale taki to już nie! Nie było żadnej Arkadii. Jedyny raj to raj dzieciństwa tych autorów. Poza tym proza życia, bieda i konflikty. Jak w życiu. Czasem żyli ci ludzie obok siebie lepiej, czasem gorzej. Istotne, że ŻYLI. Bo przyszedł czas, że przestali – jedni przestali żyć obok siebie, inni przestali żyć w ogóle. Wtedy, gdy przyszedł Kataklizm o którym, jako rzekł poprzednio Viator, nikt w gruncie rzeczy nie chce pamiętać, nikogo on nie obchodzi. Mimo, że wszystko wywrócił do góry nogami: dziś Włodawa to miasto graniczne, kresowe – wtedy leżało w ścisłym centrum kraju.

Początek Katastrofy nie zapowiadał jeszcze jej rozmiarów. We Włodawie zaczęło się nawet dość optymistycznie. Tutaj, mniej więcej w połowie pamiętnego Września, generał Kleeberg przeprawił się ze swymi oddziałami przez Bug, tutaj je zreorganizował, uporządkował i poprowadził do dalszych zwycięstw. Tu powstała nazwa Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie”. To kolejne miejsce, gdzie Viator trafia na ślady wielkiego generała, którego postacią już od dawna jest zafascynowany. Dlaczego? Kiedyś już o tym pisał, relacjonując swą wizytę w Kocku. Można tam zajrzeć i przeczytać całość, ale, by oszczędzić Czytelnikom fatygi, Wędrowiec przytacza poniżej stosowny cytat. Powoływać się na siebie samego, tym bardziej zamieszczać autocytat, trochę niezręcznie. Ale, jako się rzekło, to dla wygody Czytelników. Poza tym Viator, skłonny skądinąd do wodolejstwa (któremu nawet wodowskaz na Bugu by nie sprostał) i barokizowania, akurat swój podziw dla generała Kleeberga ujął zwięźle i treściwie, teraz niczego do tych słów nie musi dodawać:

Człowiek zdeterminowany i odważny, fachowy dowódca, sprawny organizator. Bez fajerwerków i bez zbędnej brawury zebrał i zorganizował rozmaite rozbite i z nadszarpniętym morale oddziały, tworząc z nich Samodzielną Grupę Operacyjną „Polesie”. Skutecznie bił Sowietów i Niemców, przeszedł wrześniowy szlak bez żadnej klęski: wszak bitwa pod Kockiem była w istocie zwycięska. Musiał skapitulować, bo skończyła się amunicja. Zresztą – nie było już dokąd iść, o co walczyć… No i last, but not least, idąc na zachód uratował, jak się później okazało, wszystkich swoich oficerów od pewnej śmierci gdzieś w Katyniu czy Miednoje. Komuś takiemu należy się szacunek i dobra pamięć.

Wtedy, gdy trwał Wrzesień żagwiący, jeszcze nic nie wskazywało na to, co się tutaj wkrótce wydarzy. By się z tym zmierzyć, trzeba opuścić Włodawę i ruszyć na południe. I to jest właśnie, wspomniana w odcinku pierwszym, prawdziwa wyprawa do Jądra Ciemności. Oznakowanie, jak na znaczenie miejsca, kiepskie, Viatorstwo raz nawet pobłądziło, mimo, iż asfaltowa nawierzchnia szosy przyzwoita. W końcu jednak osiągamy wielki kompleks leśny i skręcamy w boczną drogę. Trzeba nią będzie pokonać kilka kilometrów. Oznakowania nie ma już żadnego, a jakość leśnego duktu tak zła, iż Viatorowi przebiega przez głowę, całkiem serio, myśl, iż to jakiś sabotaż, że komuś zależy, żeby nikt się tu nie pojawiał.

Mimo to wytrwale, kilometr po kilometrze, pokonujemy las. Wędrowiec czuje narastającą duszność, strach, jakąś klaustrofobię, mimo, iż to otwarta przestrzeń. Na szczęście ostatecznie dojeżdża na małą, idylliczną stacyjkę gdzieś w głębi puszczy.

Nie jest Pielgrzym pierwszym, którego zadziwia faktem, iż obóz zagłady w Sobiborze tak długo czekał na godne upamiętnienie. Przecież o jego istnieniu, a zwłaszcza o buncie i ucieczce więźniów wiedziano od dawna: pierwszy film fabularny, ten z Rutgerem Hauerem w roli głównej, nakręcono już w 1987 roku, ostatnio powstał kolejny. Ale tu, na miejscu, ciągle były jakieś kłopoty z budową muzeum, wciąż brakowało czyjejś dobrej woli. Na szczęście od kilku lat sytuacja ulega systematycznej poprawie. Wyraźnie, poprzez wysypanie białego żwiru, oznaczono teren pochówków, odnowiono kurhan pamięci.

Budowa pawilonu wystawowego trwa, na razie to stan surowy, ale już wkrótce…

Aleja pamięci. Kamienie z tabliczkami, informującymi, skąd pochodziły ofiary. Poza Żydami polskimi czy słowackimi są też licznie reprezentowani mieszkańcy Francji, Holandii…

Patrzy Wędrowiec na te tabliczki i myśli sobie tak: Żydzi nie są wyjątkowi, żaden naród nie jest, to tylko gorliwi chłopcy z opaskami, wspomniani w poprzednim odcinku, mogą tak myśleć. Ale Szoah jest wyjątkowy. Ta skrupulatność. Organizacja. Wydajność. Determinacja. Dbałość o szczegóły. Dziś żyjesz sobie w Paryżu, Amsterdamie czy innym centrum cywilizacji, a jutro giniesz w ciszy i tajemnicy pośrodku lubelskich lasów. Robi wrażenie, no nie?

Z autentyczną ulgą opuszcza Viator Jądro Ciemności. Jeszcze tylko pozdrawia smutno te brzózki schylone ku ziemi, jak chasydzi, owinięci w tałesy i medytujący na Księgą Ksiąg. Bo niewątpliwie ich dusze wcieliły się drzewa i próbują pojąć przed obliczem Najwyższego to, czego zrozumieć się nie da.

A gdzie pofrunęły dusze oprawców? Chyba tkwią tutaj, tuż przy torach, po których toczyły się wagony pełne strachu i smutku; nasyp widać w głębi fotografii.

Jeszcze raz przejeżdża Pielgrzym przez Włodawę. Od południa widać jej najpiękniejszą panoramę. Strzałki wskazują trzy świątynie, świadczące o historii.

I już. Jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i opuści Viator Lubelszczyznę. Zaczyna się Polesie, kraina niemal arkadyjska, choć niezupełnie. Ale o tym za tydzień.

Viatorka

Wysuszyła Viatorka Viatorowi głowę przed tygodniem, po czym solennie obiecał jej, że tekst swój napisze najpóźniej dzień przed terminem. I co? I nic. Tym razem zostawił Viator Viatorce może dziesięć minut zamiast pięciu. Ale cóż robić, w końcu miał Viator wczoraj paskudny, podły dzień… Może następnym razem się poprawi?

Początek podróży z Lublina w kierunku Podlasia minął Viatorce szybko, nie mogła się skupić na urodzie i zabytkach Łęcznej czy Włodawy. Skonstatowała jednak, że urocze to miejsca, że ciekawe zabytki, zupełnie inne od tych na naszym Zachodzie. Tylko wszędzie te dysonansy – jakieś relikty budowlane za słusznie minionej epoki, a mówiąc dosłownie, rudery z lat 70 ubiegłego wieku, niektóre opuszczone. Psują urodę i harmonię dawnych założeń architektonicznych. I właściwie dlaczego nikt z tym nic nie robi?

Emocje wzbudziła w Viatorce dopiero podróż do Sobiboru, o którym wcześniej tyle słyszała, a nawet dawno temu oglądała film fabularny. Piękna, słoneczna pogoda, coraz piękniejsza przyroda, coraz więcej bocianów, spokojny las i fatalna droga, właściwie „czołgowisko” i niepewność – czy ta droga dokądś w ogóle prowadzi?

W końcu jest – stacja kolejowa, kilka domów, ale żadnego człowieka, budynek wystawowy w stanie surowym, ostrzegawcza taśma budowlana zagradzająca drogę do lasu i tablica informacyjna. Wątpliwość – czy to naprawdę tu?

Wjeżdżamy kilkadziesiąt metrów do lasu. Po lewej stronie wąska alejka między wysokimi drzewami, a przy niej kamienie z tabliczkami. Na wprost jakiś komin i mała polanka pokryta białymi kamieniami. I co, to wszystko? Gdzie prochy tych 200 tysięcy zamordowanych?

Spojrzała Viatorka ze swego wózka inwalidzkiego do góry, ponad wysokie sosny, spodziewając się zobaczyć nad sobą jakąś szarą chmurę popiołów… Ale nie, nad nią było tylko jasnobłękitne niebo, spomiędzy drzew przedzierały się promyki słońca, słychać było jedynie cichy szum wiatru i mnóstwo śpiewających ptaków.

Tak, dopiero w tym miejscu poczuła Viatorka grozę… Zaczęła sobie wyobrażać, jak wiele lęku, bólu, emocji każdy z zamordowanych tutaj zostawił, co myślał, idąc na śmierć samemu i patrząc na śmierć bliskich … Co mogli czuć więźniowie, których zmuszono do pracy przy mordowaniu, a którzy wiedzieli, że ich samych też czeka ten sam koniec. A dziś te myśli, emocje, ból, a nawet prochy zniknęły, nie ma ich, nic nie znaczą.

Wszyscy niby wiemy, że jesteśmy śmiertelni, ale jak trudno się z tym pogodzić, szczególnie kiedy życie tracimy z czyjejś ręki, albo kiedy odchodzimy świadomie.

I znowu pomyślała Viatorka o swojej przyjaciółce, której życie niczego chyba nie oszczędziło, a na koniec „obdarzyło” ciężką, bolesną chorobą i straszliwą niepewnością o dorosłe dziecko. Przedwczoraj cichutko odeszła jej towarzyszka z hospicyjnej sali. Jednak nawet wtedy przyjaciółka nie myślała o swoim losie: martwiła się, co powie, jak wytłumaczy to swojemu upośledzonemu synowi.

A co myśleli: matki i ojcowie, żony i mężowie, córki i synowie w sobiborskim lesie?

Orient powszedni I

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Długa majówka w tym roku przyjęła dla Viatora postać bardzo długiej kwietniówko-
majówki. Tak wyszło. Grzech nie wykorzystać. Toteż wyruszył Viator z Viatorką na wielką rajzę. Miała być turystyczna, okazała się poniekąd mistyczna.
Viator oszczędziłby Czytelnikom katowania sprawozdaniem ze zwykłej przejażdżki, nawet arcyciekawej. Ale to nie była zwykła przejażdżka. Mogła być, gdyby Pielgrzym rozsądnie zostawił mózg i serce w domu. Niestety, zabrał je ze sobą, a taki ekwipunek powoduje, iż Wędrowiec niechybnie wplątuje się w jakieś kłopoty. Tak stało się i tym razem: relaksująca w założeniu wycieczka okazała się po trosze pielgrzymką ku Niebieskiej Jeruzalem, a po trosze wyprawą do Jądra Ciemności. Peregrynacją zygzakiem snującą się między baśnią i banałem, metempsychozą i buractwem, metafizycznymi ciarkami i dreszczem obrzydzenia. Podróżą po Oriencie powszednim. Tam, gdzie Jakub zmaga się z Aniołem, a człowiek człowieka pałką na śmierć zatłucze i na popiół spali.
Więc jednak zaryzykuje Viator małe itinerarium w odcinkach, by podzielić się swymi obserwacjami – chyba warto.
Lecz najbardziej mistyczny i ezoteryczny okazał się fakt, iż Viatorka zgodziła się towarzyszyć Wędrowcowi nie tylko w samej podróży, ale i, pierwszy raz, w jej opisywaniu. Po krótkiej naradzie stanęło na tym: najpierw Pielgrzym, z odcinka na odcinek, opowie o swych doznaniach, a potem Viatorka doda własny punkt widzenia.
I uwierzcie: Viator sam płonie z ciekawości, cóż tam znajdzie, w tym spojrzeniu z innej perspektywy. Miejmy nadzieję, iż Czytelnicy też poczują się usatysfakcjonowani lekturą takiego dwugłosu. Do dzieła przeto!

Dla mieszkańca Łużyc tak zwana Ściana Wschodnia to koniec świata i głębokie kresy.
Po prostu – egzotyczny Orient. Godzien odkrycia.
Odkrywanie rozpoczęło się w Lublinie. Najpierw była konferencja biografistyczna, na
której Viator opowiadał (okazało się w świetle późniejszych odkryć, że chyba jak na ironię wybrał ten temat) o grupie ludzi, którzy, połączeni wielkim celem, potrafili zgodnie współpracować mimo dzielących ich różnic, czasem bardzo istotnych, bo światopoglądowych. Sam opowiadał Viator, z uwagą słuchał wystąpień innych prelegentów. A przez okno wciąż widział wznoszącą się niedaleczko, ot, po drugiej stronie ulicy, ekspresjonistyczno-dantejską Bramę Piekieł, czyli Pomnik Walki i Męczeństwa. To już piąta lubelska konferencja, w której uczestniczył Wędrowiec, ale, jak dotąd, nie było okazji, aby przejść na drugą stronę ulicy i odwiedzić (bo przecież nie: zwiedzić) to miejsce. Tym razem się udało. Czas musiał się znaleźć.
Każdy z nas odwiedził niejedno takie miejsce, obejrzał sporo filmów, przeczytał ileś tam książek. Każdy z nas ma już za sobą etap emocjonalnego szoku, niedowierzania, rozważań pod tytułem: Jak to w ogóle było możliwe, w dwudziestym wieku, w środku cywilizowanej Europy, zakończonych konstatacją, że owszem, było możliwe i już. Viator też tak ma, toteż wizyta w Konzetrationslager Majdanek nie poruszyła w nim jakoś szczególnie silnych emocji. Raczej pobudziła do myślenia.
Już na samym początku, przechodząc przez Sektor SS, czyli miejsce, gdzie odbywały
się selekcje, podzielił się Pielgrzym z Viatorką refleksją o tym, że korzeniem zła jest moment, gdy ktoś uznaje, iż ma prawo decydować o życiu drugiego człowieka, robić mu różne selekcje. Tutaj się zaczyna. Nie zawsze prowadzi to aż do komory gazowej (która w
Majdanku znajduje się właśnie w sąsiedztwie Sektora SS), ale nigdy nie wiedzie ku dobremu. Dokąd zaś zawiedzie, zależy już tylko od szeregu okoliczności. Kto sobie prawo władzy nad innym uzurpował, zależnie od tych okoliczności, może zostanie tylko autorytarną mendą, zatruwającą życie swojej rodzinie, a może stanie się zbrodniarzem z załogi Majdanka. Mentalnie jest już od momentu uzurpacji gotowy na jedno i drugie. Okoliczności, moi drodzy, okoliczności!
Idą Viator z Viatorką terenem łagru. Sami, bo tacy już z nich mizantropi. Kolejne spostrzeżenia. Do pasa drutów kolczastych przy zachodnim krańcu obozu przylegają bezpośrednio działki. Z jednej strony baraki, z drugiej uroczo kwitnące jabłonki, wypielęgnowane kwiatuszki, milutkie altanki. Banalny kontrast, jako środek artystyczny zgrany i nic nie wnoszący. Ale pobudza do refleksji: to, co się tutaj, i w tylu innych miejscach stało, nikogo w gruncie rzeczy nie obchodzi. I chyba nigdy szczególnie nie obchodziło. Życie toczy się, jakby nigdy nic. Zamordowani, odarci z godności, pozbawieni do końca życia poczucia bezpieczeństwa i szczęścia nie doczekali tak naprawdę sprawiedliwości czy jakiejkolwiek rekompensaty. Sprawcy w zdecydowanej większości nie zostali, jak zwykle zresztą, ukarani. Owszem, pomniki stoją, uroczystości rocznicowe czasem się odbędą. Ale jaka to pociecha dla ofiar? Świat trwa, jabłonki kwitną, nikt nie pamięta. I znów, jak przed laty, zaczyna grzmieć marszowy krok… ale stop! O nim za chwilę.
Krematorium. Tysiące tysięcy spopielonych zwłok. Powtarzano te liczby tak często, że
spowszedniały. Nikogo nie obchodzą. I znowu brzmi krok marszowy… Momencik! Zaraz!
Prawie nikogo te prochy nie obchodzą. Gawron czy inny jakiś czarnowron z uporem grzebie w ziemi tuż obok złowrogiego budynku. Viator nie ma wątpliwości: to dusza męża i ojca, poczerniała z rozpaczy, wcieliła się w ptaszysko i szuka, uparcie acz bezowocnie, szczątków swej żony i dziatek, z którymi brutalnie i nieodwołalnie rozdzielona została tutaj, na Majdanku.


Może te szczątki znajdują się po sąsiedzku, w Mauzoleum? To jedyne miejsce, gdzie
Viatorem naprawdę szarpnęły emocje. Znał budowlę doskonale od dawna, z wielu fotografii. Ale wyobrażał sobie, iż prochy są tutaj zabetonowane, zakryte. Tymczasem pod kopułą, w murowanej otwartej niecce leży kopiec. Ziemia, prochy i kawałki kości. I dobrze, tak ma być!



Akurat przechodzi wycieczka. Przewodniczka tłumaczy, iż szczątki po spaleniu mielono, mieszano z ludzkimi odchodami i nawożono nimi okoliczne pola. Również tam, gdzie teraz znajdują się idylliczne działki, oglądane przez Viatorostwo. Dodaje, że Muzeum chciało nabyć ten teren i odpowiednio upamiętnić, ale napotkano opór. Bo przecież kogo to
w końcu obchodzi?
Korzystając z okazji, pyta Viator Przewodniczkę: Skąd się wzięły te sarenki? Jakie sarenki?
O te, tam! Bo rzeczywiście, na rozległym polu obozowym, otoczonym ze wszystkich
stron drutami kolczastymi, pasie się stadko saren. Fotografia może kiepsko to oddaje, ale
uwierzcie: w centralnej części zdjęcia, lekko po prawej, widać lustra, czyli jasne pupy
zwierząt.


Wygląda to tak, jakby Muzeum utrzymywało stadko, aby wyjadało trawę. Ale nie,
Przewodniczka zaprzecza. Sarny musiały tu przyjść z pobliskiego lasu. Tylko jak one
pokonały ogrodzenie z drutu kolczastego?
Ten niezwykły widok uruchamia w głowie Viatora ciąg asocjacji. I nic już nie zagłuszy
huku marszowego kroku. Nadchodzą. Piękni, młodzi, energiczni. Serca gorejące miłością
Ojczyzny, schludne fryzury, eleganckie koszule zapięte pod samą szyją. Solidne, okute
obuwie. Na rękach opaski z jakimś bzdurnym symbolem. Chłopcy oenerowcy, czy jak im
tam. Minęły lata, a oni znowu idą. Jakby nigdy nic. Pewnych ludzi żadne majdanki świata nie otrzeźwią. Jasne, tacy natchnieni patrioci z ogolonymi łbami maszerują w różnych krajach. Jednak Viatora najbardziej obchodzą nasi, polscy. Za nich mu najbardziej wstyd. I za to, że znowu mogą tak bezkarnie maszerować po ulicach, chorągwie po kościołach i katedrach rozwijać, a nawet na Jasną Górę pielgrzymować. Swoją drogą: chyba niekoniecznie ich wizyta spodobała się gospodyni, czyli skromnej Żydówce z Nazaretu. Ale kogo to obchodzi?
No i co się Viator czepia? Ojczyzny nie kocha? Polakiem się nie czuje? Czuje się, jak
najbardziej! Tylko wie, że jeśli ktoś jest bardziej Polakiem (Niemcem, Uzbekiem, Tajem,
Urugwajczykiem, Algierczykiem, Koreańczykiem, Bantu – do wyboru) niż człowiekiem, to
istnieje ryzyko, iż prędzej czy później może się to skończyć jakimś nowym Majdankiem.
Kwestia okoliczności.
Lecz skąd takie orientalnobarokowe skojarzenia? Sarenki i marsz narodowców? Bob
Fosse winien. Przecież znacie: Tomorrow Belongs to Me. Tam też zaczęło się od młodych
serduszek płonących czystą miłością do Ojczyzny i od jelonka, co przez cichy las mknie…
A co akurat widnieje na opasce – hakenkreuz, krzyż celtycki czy też inna falanga – to doprawdy okoliczność, sztafaż, rzecz trzeciorzędna.
Posłuchajcie. I do zobaczenia za tydzień, na szlaku.

Viatorka

No tak, Viator tradycyjnie postawił Viatorkę w sytuacji co najmniej niezręcznej. Choć
doskonale zdawał sobie sprawę, że to jej debiut, szczególnie postarał się, aby jego własny
tekst był elokwentny i napisany barwnym, żeby nie powiedzieć, kwiecistym językiem, po czym dał Viatorce swój tekst na 5 minut przed terminem wysłania. No i jak w tej sytuacji biedna, prosta Viatorka ma się odnaleźć… No, ale spróbujmy!!! Choć na początek będzie krótko.

Dla Viatorki ostatni rok był okropny, zmienił jej podejście do świata i ludzi, a nawet
odbił się na jej zdrowiu. Zdarzyło się wiele złych rzeczy, zawiodła się na kilku bliskich
ludziach, bezsilnie musiała obserwować cierpienie i wielką niesprawiedliwość, jaka spotkała jej przyjaciółkę. Dlatego ten wyjazd kwietniowo-majowy był dla niej dosłownie „ratunkiem”, żeby nie zwariować, dzięki niemu mogła się wziąć w garść i nabrać sił do tego, aby wrócić i zrobić co w jej mocy, żeby pomóc cierpiącej, odchodzącej kobiecie i matce, a potem móc normalnie żyć własnym życiem. Mimo, że podróż zaczęła się w miejscu, które powinno budzić grozę…

Po konferencji, na której też wygłosiła swój referat, odwiedziła Viatorka Majdanek.
Zobaczyła baraki, komorę gazową, tysiące butów, Mauzoleum… Obserwowała
zwiedzających, często bardziej zajętych swoimi smartfonami, niż historią opowiadaną przez przewodniczki. Patrzyła na ogródki, gdzie ludzie relaksowali się na prochach zamordowanych więźniów. I ze zdumieniem stwierdziła Viatorka, że nie wywołuje to w niej wcale oburzenia, a właściwie to jej to nawet nie dziwi. I wcale nie próbuje tego Viatorka rozpatrywać w kategoriach „okoliczności”, które mogą spowodować, że w sprzyjających warunkach taka zbrodnia może się powtórzyć. Bo zbrodnie odbywają się cały czas, ludzie bezkarnie robią innym z życia piekło, często nie sposób się przed tym obronić i nikogo to nie obchodzi…
Okoliczności mogą spowodować jedynie, że ten proceder zyska status oficjalny, stanie się
bardziej dosłowny i hurtowy. I tak cały czas myśli Viatorki wracały do jej przyjaciółki. I
refleksji, jak to jest możliwe, że w czasach pokoju, w demokratycznym kraju, dwie osoby
sprawujące ważne funkcje urzędowe mogą bezkarnie zadręczyć kobietę, która całe swoje
życie poświęciła na pomoc innym… Od półtora roku, czyli od momentu, gdy zachorowała na nieuleczalną chorobę, nękały ją i jej syna, aż doprowadziły do sytuacji, że ten upośledzony umysłowo człowiek za tydzień stanie przed sądem karnym. A ta kobieta o pięknej duszy umiera właśnie w strasznym bólu i z wielkim, wszechogarniającym lękiem o przyszłość swojego dorosłego, ale bezbronnego dziecka. I nikogo to nie obchodzi, nikt nie chce nawet słuchać o jej historii. To przynajmniej Wy posłuchajcie.

Festiwal piosenki natrętnej XIII

Tomasz Fetzki

Jeszcze w zielone gramy, czyli natręctwo gorzkie, ale nieuniknione

Kilka dni temu usłyszał Viator w radio, że zbliża się pierwsza rocznica (kiedy ten czas zleciał, swoją drogą?!). Usłyszał i natręctwo natychmiast go dopadło, jakby się już od dawna spięte czaiło do skoku.

Coraz ciężej się robi na pielgrzymim szlaku: nie dość, że droga wyboista i marsz znojny, to jeszcze Kostucha co i raz kosi tych, którzy swoją obecnością, swoim słowem, swoim optymistycznym realizmem pomagali jakoś znieść to wszystko. I niech nikt nie bredzi, że nie ma ludzi niezastąpionych. Są, jak najbardziej! Im więcej czasu odpływa od ich odejścia, tym boleśniej to czuć. A dziś właśnie mija równo rok.

Viator jest w pełni świadom tego, iż mógł się stać ofiarą co najmniej kilku innych namolnych piosenek. Ta była po prostu najszybsza. Bo też i boli chyba najbardziej. Czemu?

Do mądrych Czytelników Wędrowiec się zwraca…

Upojny aromat róż

Tomasz Fetzki

Kilka lat temu pojechałem na wycieczkę do Berlina. Wycieczkę grupową. Rzadko mi
się to zdarza, bom zmizantropiał ostatnio okrutnie. Ale to był wyjazd z koleżankami i
kolegami
z pracy, więc ostatecznie – czemu nie?
Po mieście oprowadzał nas profesjonalny Przewodnik. Zawodowiec nie tylko w tym
znaczeniu, że brał za to pieniądze. Przede wszystkim dlatego, iż był świetnie przygotowany:
miał dużą wiedzę i umiał ją atrakcyjnie przekazać. Słuchałem z przyjemnością. Sam
dorywczo param się tym rzemiosłem, wielokrotnie mówiono mi, że jestem niezły
– bez
ukrytego interesu mówiono
, więc zakładam, że szczerze. Słowem: trochę się na tym znam i z przyjemnością (gdyż, nieco paradoksalnie, moja mizantropia nie jest zaprawiona zawiścią) stwierdzam, iż facet był dobry.
Dla mnie to nie była pierwsza wizyta w Niedźwiedzim Grodzie, ale dla większości
uczestników wyprawy tak. Przeto i program standardowy: Reichstag, Brama
Brandenburska, Alexanderplatz i takie tam oczywistości. Gdy przechodziliśmy obok
Fernsehturm, zagadnąłem dyskretnie Przewodnika, czy zabierze nas o tam, w ten
zaułek
. Z najszczerszym zdziwieniem spytał: A po co?
Zaraz potem była krótka przerwa na „aktywności osobiste”. Po niej nasz Cicerone znów
błysnął profesjonalizmem: w tak zwanym międzyczasie przygotował się (co, nota bene, nie
jest trudne, gdy się ma komórkę z internetem, no ale przecież nie musiał!), zaprowadził nas tam, w ten zaułek i fachowo zaprezentował jego historię.
Po co ten przydługi wstęp?
Skoro świetny Przewodnik, erudyta i człek o szerokich horyzontach (nie kpię –
z jakim
znawstwem i pasją opowiadał o tutejszych modernistycznych osiedlach!; inna rzecz, że akurat wtedy słuchałem go chyba „tylko głównie” ja), nie wiedział niczego o Rosenstraße, cóż powiedzieć o słabszych? A przecież to miejsce powinno być punktem OBOWIĄZKOWYM dla wszystkich wycieczek, dla każdego odkrywcy Berlina. Adminka nasza najdroższa twierdzi, że mam na tym punkcie lekkiego hyzia. Niewykluczone. Ale dobrze mi z nim i nie może być inaczej. Uliczka znajduje się w najściślejszym centrum, lecz jest ukryta i trafić na nią trudno. Wydarzenia, które się tam rozegrały równo 75 lat temu, też są centralnym, jednym z najważniejszych epizodów ostatniej wojny, ale przy tym mają dość skryty, nieefektowny charakter i również mało kto trafia na ich ślad. Wielki błąd!
Do początku 1943 roku niemieccy Żydzi, pozostający w małżeństwach (zwanych
Mischehen) z Niemcami, jakkolwiek objęci nadzorem, choć wiodący życie pełne upokorzeń i strachu, byli względnie bezpieczni: traktowano ich jak trzeci czy czwarty sort, poniżano,
wykorzystywano w roli niemal darmowej siły roboczej dla fabryk zbrojeniowych, ale żyli!
I
żyło tak około 30 tysięcy osób. O ile aryjskastrona, powodowana wyrachowaniem,
małostkowością lub wygodą, czasem też strachem, nie wystąpiła o rozwód. Wtedy
perspektywa dla Żyda (lub Żydówki) stawała się oczywista i tragiczna. Niestety, przyszedł
czas i na mieszane” związki. Pod koniec lutego 1943 roku rozpoczęły się aresztowania i wywózki do obozów koncentracyjnych. Na prowincji przebiegały sprawnie. W Berlinie stało się inaczej.
Pod dawną siedzibą gminy żydowskiej,
przy Rosenstraße, gdzie uwięziono berlińskich mężczyzn z Mischehen, zaczęły się spontanicznie gromadzić ich żony i dzieci.
Pierwszy raz spotkały się 27 lute
go. Przychodziły codziennie, by pod lufami wycelowanych
w nie karabinów maszynowych skandować:
Oddajcie nam naszych mężów! Przychodziło ich ponad tysiąc. I, w co trudno uwierzyć, po tygodniu wydarzył się cud. Mężczyzn
wypuszczono, a nawet zawrócono z trasy kilkudziesięciu, którzy podążali już
transportem do Auschwitz. Prawie wszyscy dożyli końca wojny.
Rozpisywać się szczegółowo na temat
Protestu na Rosenstraße (bo taką nazwę z
czasem otrzymało to wydarzenie
) nie warto, skoro ktoś już to zrobił wcześniej i bardziej
fachowo. Można sobie poczytać
ciocię Wikipedię, trzeba koniecznie poznać znakomity
artykuł Agnieszki Hreczuk, dobrze także obejrzeć film nakręcony na kanwie Protestu. Lepiej zrozumiemy uwarunkowania i specyfikę wydarzeń, łacniej pojmiemy, jak dokonywał się wybór: pozostać człowiekiem, czy stać się szmatą.
A ja sobie pozwolę już tylko na garść refleksji.
Klękam z szacunkiem (i nie ma w tym stwierdzeniu cienia
patosu) przed kobietami z
Rosenstraße, prze
d wielkością ich człowieczeństwa i siłą ich miłości. Bo zważmy: porwały się właściwie z motyką na słońce. Wbrew wszelkiej nadziei. Cóż z tego, że minęły raptem
trzy tygodnie od klęski
pod Stalingradem? Wehrmacht trzymał straż od wybrzeży Atlantyku po stepy nadwołżańskie i od kręgu polarnego po Saharę. Znikąd odsieczy. A wszędzie panoszy się Gestapo, siejąc terror w zgwałconym społeczeństwie. Ba, jeszcze w ostatnich tygodniach wojny Volksgerichtshof szczodrze szafował wyrokami śmierci! Zaś kobiety z Rosenstraße już od dawna, od września 1935 roku – momentu ogłoszenia Nürnberger Rassengesetze dokładnie wiedziały, na co stać chłopców Himmlera i Müllera. Hańbą i strachem do syta napoione, nie miały złudzeń. Ale nie dały się złamać, nie porzuciły swych mężów ani przez te wszystkie lata, ani 27 lutego. Skąd się bierze taką siłę?
Właściwie dziwię się Niemcom, że za symbol Widerstandu czyli oporu uznali Zamach 20 lipca. Naprawdę się dziwię, bo wielu spośród spiskowców (nawet sam Graf von Stauffenberg) moralnie było co najmniej niejednoznacznych, nad czym zresztą już się kiedyś zastanawiałem, bo temat nie daje mi spokoju.
Róże, które zakwitły na mrozie 27 lutego, są znakiem jednoznacznym, czystym i
wielkim. One i ten bukiecik białych różyczek, skoszony w Monachium zaledwie pięć dni
wcześniej! Przypadkowa zbieżność? Sophie Sholl i jej brat Hans, Christoph Probst, profesor Kurt Huber, Hans Leipelt… Zaprawdę, obrodziła różami ta zima. Ich zapach przetrwał do dziś i nim chcę się upajać. To najlepsza cząstka Niemiec tamtego czasu.
Nie tylko Niemiec. I nie tylko tamtego czasu. Długo się wahałem, czy nawiązać do
aktualiów. Aby nie trywializować ofiary Zimowych Róż. Gdyż nie da się porównać tamtego
ryzyka do tego, na co patrzymy i z czym się musimy mierzyć dziś. Proporsją muszą być gard
e, nie popadajmy w śmieszność i żenadę. Nam grozi nieporównanie mniej, waga naszej odwagi (cóż za fraza, swoją drogą), bo przecież jeszcze nie bohaterstwa, jest z tamtą
niezestawialna, by tak rzec.
Jednak, po namyśle, zdecydowałem się na wycieczkę we współczesność, bo sprawa
jednak jest poważna i staje się, na naszych oczach, coraz poważniejsza. Żarty się kończą. C
o prawda skala zagrożnia nie ta, ale mechanizmy podobne. Tamte róże niszczono, nasze
skromne białe różyczki, póki co, zostały nazwane symbolem nienawiści. Otóż to: póki co.
Mechanizm szmacenia się jest ten sam. Aromatem róż pijany roję sobie, iż warto teraz być
przyzwoitym i odważnym, by nie trzeba było stawać się za jakiś czas bohaterem. Mam gdzieś bohaterstwo. Wolę
, banalny i zwyczajny, dumać w różanym ogródku.

Rzeźba Ingeborg Hunzinger ustawiona na Rosenstrasse w roku 1995; zdjęcia Autor